Prawa autorskie
Henryk Longin Rogowski
Tom I
Rozdział I
Pusty step, twierdza wysunięta najbardziej na wschód kraju, trawionego przez niezgodę, ognie i najazdy na Rzeczpospolitą. - Ciężkie to czas, mości dobrodzieju stać w grodzie i wroga wypatrywać, któren nie wiadomo, z której strony przyjdzie. - To prawda, ciężka to służba, ale być ona musi. Wczoraj wieści od króla przyszły, aby się przemóc jeszcze i z tej strony wroga do kraju nie wpuścić. Tedy wyglądam w step, a i ludzie moi nim podążają, śledząc bacznie, czy ordy się nie zbliżają. A waść skąd wziąłeś się tutaj ze swymi? - Tropimy pachołka, któren dwa konie z grodu zabrał i uciekł zmuszając córkę przyjaciela mego, by z nim jechała. Znasz waść jej ojca, co prawda nie jest on teraz z nami, bo podwójne nieszczęście nań spadło, jeszcze do owej ucieczki doszło i drugie. Niedźwiedź na polowaniu wyskoczywszy z zarośli drasnął go pazurami. Zmogli diabła wreszcie, ale pazury swe pokazał. - Mów waść wreszcie, kto zacz? - Już mówię, to imć pan Piekutowicz, szlachcic, który pod moją chorągwią nieraz w bojach bywał, gdy powinność wzywała. - Wiem, nieraz przecież z wami i ludźmi moimi biliśmy ordyńców. Nie raz widziałem jak ciosy zręcznie szablą zadawał. - A cóż z dziewczyną? Może ona i dobrowolnie z grodu odjechała, z tym na kogo dybiecie? - Nie może być. On pachołek mój, którego kiedyś w stepie znalazłem, a któren u mnie się wychował. Jeszcze, gdy był dzieckiem widziałem, że już wtedy odwagi, ale i pychy dużo w nim było. - Nie wiem, czy ci acan pomogę, bo jak do tej pory nie mam wieści od moich, tych którzy stepy przemierzają, by taką parę widzieli. - Niełatwo będzie tego psubrata wytropić, pewnie nocami jedzie, a w dzień przyczajony siedzi. - A mówiłeś waść, że z nim dziewczyna? Jakże to tak. Byłaby mu posłuszna, gdyby jechała wbrew swej woli? - Nie wchodząc w szczegóły, moją powinnością jest go złapać, by móc sprawę wyjaśnić. - Co waść się tak zamyśliłeś? - A zamyśliłem, bo pomyślałem sobie, że gdyby ona dobrowolnie z nim jechała, a waść ich złapiesz nie naprawisz już nigdy tego, co zburzyć możesz. - Dałem słowo Piekutowiczowi, że go dobędę, to i tak być musi. - Tak to już u nas jest, że zbyt często za prędko to słowo dajemy, nie zawsze ważąc sprawę. Nie gniewaj się waść, że tak mówię, ale zwykłem mówić to co czuję, nauczony życiem. - A cóż waści waży na tym, że za tym pachołkiem obstajesz, skoro go nawet nie znasz. 2 - Sam mi go waść przybliżyłeś mówiąc, że odważny, przebiegły i uchodzić umie. Te cechy, a najwięcej odwaga mówią o wartości człowieka, a nie to, że on pachołkiem. Kiedyś byłem w podobnej sytuacji, która mnie życia nauczyła, jeśli idzie o te sprawy. Wyszło na to, że ojciec chcąc dobrze zgubił córkę, która gdy ich pojmano i siłą rozdzielono, zamknęła się w sobie i nikt z nas jej głosu od tamtej pory nie słyszał. Jest teraz w klasztorze koło Połańca, Bogu służy i tylko to jest pociechą dla ojca. - Przykre rzeczy waść mówisz, ale nie wszystkie sprawy muszą być podobne do siebie i pojęte z tą myślą, choć prawdę mówiąc ludzie i ja nieraz widziałem, jak ich oczy się często spotykały. Myślałem wtedy, że przygląda się jemu z ciekawości, bo po prawdzie nawet on i urodziwy. Czarne włosy jak noc ciemna, a oczy niebieskie przypominające niebo. A i waleczny i w walce przebiegły, jak mało kto. - Sam widzisz waść, że wszystko możliwe. - Widzę i nawet teraz to czuję, ale sprowadzić ich muszę, bom dał słowo. - Tak to jest, gdy człowiek takie słowo za szybko wypowie, ale nie chcę broń Boże waści pouczać, zatem rób waść wszystko zgodnie ze swoim sumieniem. Ja nie dam ci żadnego słowa, a może kiedyś się dowiesz i mnie zrozumiesz dlaczego. Odwrócił się i oczy przysłoniwszy patrzył w step, gdzie na horyzoncie widać było, że oddział konnych podążał ku nim. - Kiedy waść ruszasz ? - Ano ludzie już odpoczęli i ja również, tedy zaraz wyjedziemy, by do zmroku jeszcze kawał stepu przebyć. - Musisz waść zważać, bo silne czambuły zapuszczają się często w tę okolicę, choć prawdę mówiąc, moi mi o tym nie donoszą, ale zważać nigdy nie zaszkodzi. Pójdę z tobą waść, by obaczyć wasz odjazd, a i pożegnać się z ludźmi. Zejdę już z tych murów, bo od tego patrzenia oczy już mnie bolą. Nie przywykłem do bezczynności, a tu od jakiegoś czasu wielki spokój panuje. - Co chcesz waść? To dobrze, że czambuły w miejscu stoją. - Tak, ale dzień i noc musimy chodzić, i czuwając bez przerwy, baczyć na nich. Mam wieści, że stoją za rzeką obozem, ale to dość daleko od nas. Idąc wyszli na dziedziniec, gdzie ludzie też na murach stali, wypatrując. - Co tam Snitko? - Cisza - mości komendancie, jeno dostrzegłem, że nasi do nas zmierzają. - Wiem, widziałem. Otwórzcie bramy, gdy już imć pan Melesław ze swymi do drogi stanie. A tobie waść jeszcze raz mówię, bacz pilnie i z wielkim rozumem podejdź do sprawy, o której mówiliśmy. Zbierz ludzi, a ja tymczasem rozkaz wydam i dam ci mości dobrodzieju przewodnika na dalszą drogę. Od Chana on, ale jam go pojmał w boju i rany wyleczył i do zdrowia doprowadził. Krzywdy mu nie robię, to i on wierny jak pies. A zna tutaj step i lasy za nim, bagna jak mało kto. No, może dorównać jemu tylko Adżip, który jest również pod moją komendą. Dobrze w drodze mieć takiego człowieka pod ręką. - Skoro tak waść mówisz wezmę go, bo prawdę mówiąc nienajlepiej znam te okolice. Któryś dzień już w drodze jesteśmy, tedy daleko od grodu, ale ślady, a i słowa ludzi, tu właśnie prowadzą. Ludzie Melesława do drogi stanęli, a tymczasem przez fosę i bramę, którą teraz otworzono wjechał Turczyn, prowadząc pod chorągwią swoich. Podjechał, zeskoczył z konia i zameldował. - Cisza mości komendancie. Objechalim het w pola i nic, jedynie przed rzeką znaleźliśmy ślady dwóch koni, ale wyglądało na to, że to konie nie od chana, bo ciężkie i dziwnie kute, tedy dałem spokój, a oni z pewnością rzekę przebyli. - Mówisz waść, że dziwnie kute. A jak ? - spytał Turczyna. - Pośrodku w podkowach musiały być gwiazdki, bo takie coś na ziemi było widać. - Toż to ci, za którymi podążam. - Tedy mów waść co chcesz, ale musisz się spieszyć, bo owe ślady wiele godzin temu widzieliśmy, a było to o świtaniu, także dużą przewagę mają nad wami. W chwilę po tej rozmowie Melesław dał znak, by na konie siedli, a i Tatar pojawił się z koniem i rzekł do Melesława. - Mości panie z rozkazu komendanta mam waści radą w drodze służyć, tedy jestem pod waści rozkazy. Nie troskaj się waść i ufaj mi, bo słowo komendanta jest mi wszystkim, tedy całym swym umysłem będę waści służył. - Dobrze, już dobrze - ozwał się Melesław i głowę skręciwszy, jakby w pokłonie ruszył w kierunku bramy. Zatrzymał jednak konia i spytał, głowę odwracając. - A za rzeką droga wolna, bezpieczna? - Trzeba bardzo baczyć, bo wprawdzie ordy gdzieś odeszły, ale zawsze do rzeki wrócić mogą, a nawet za nią się zapuścić w naszym kierunku, ale nie trap się waść, Turczyn zna tu stepy i zwyczaje Tatarów, tedy jedź spokojnie. Ruszyli i za chwilę było słychać odgłosy kopyt końskich dochodzące z mostu, który był opuszczony na fosę. Dowgił stanął tuż przy strzelnicy nad bramą i wzrokiem odprowadzał jadących w step. Zamyślił się teraz, bo odżyły mu w pamięci czasy, kiedy jego córka pokochawszy rówieśnika postanowiła z nim uciec czując, że nie otrzyma zgody na ten związek. Człowiek ten później śmierci szukał i po kilku miesiącach znalazł ją w bitwie z ordami tatarskimi. A córka cóż, Bogu służy, ale nikt od niej z bliskich, ani jednego słowa dotąd nie usłyszał. - Gdyby te czasy wróciły się - pomyślał i łza spłynęła mu po policzkach. Ale otrząsnął się po chwili z odrętwienia na krzyk z drugiej strony murów. - Ktoś konno zbliża się ku nam. Dowgił przeszedł na drugą stronę i przysłonił oczy ręką, ale z tej odległości nie mógł rozpoznać, kto to podąża. Tymczasem Melesław ze swymi wojami oddalał się od warowni, myśląc jednak o tym, co usłyszał od Dowgiła. Słowa przez niego wypowiedziane nie dawały mu spokoju. - Dlaczego w ten sposób ze mną rozmawiał? Ocknął się z myśli owych i przywołał Tatara. Jak cię zwą ? - spytał. - Turczyn panie. - Jak długo służysz u pana komendanta ? - Oj, długo już panie, ale z początku nie ja służyłem, bo raczej on mi służył, gdy ze śmiercią się zmagałem. - Powiedz mi, jeśli wiesz, czy komendant ma córkę. - Wiele słów słyszy się panie tu i ówdzie. Różnie ludziska gadają. Podobno ma w klasztorze. Melesław pobladł, bo teraz już wiedział, skąd te przestrogi i słowa wypowiadane przez tego szlachetnego człowieka. - Nieraz z nim w bojach bywałem, podziwiając jego zdolności wybitne we władaniu orężem. Teraz chciałem jeszcze jedno wyjaśnić, więc powiedz mi Turczyn, gdzie jest matka córki Dowgiła ? - Raz jedyny usłyszałem, bo jak długo służę, o tym się nie mówi. Sam widzisz panie, jak komendant zamknięty w sobie. A matka jej słyszałem, że popełniła samobójstwo. Zamyślił się Melesław, a w chwilę potem wyrwał go z zadumy krzyk. - Panie, Tatarzy przed nami ! Ocknął się natychmiast i ocenił sytuację. Przed nimi w znacznej odległości kilku Tatarów na koniach gnało w kierunku lasu, który tu zaczynał się blisko rzeki. Wpadli w ten las i zniknęli im z oczu. Mało ich, aby odważyli się zaatakować, ale może ich znacznie więcej w lesie stoi, a ci wyjechali na zwiad. Zatrzymał ludzi i krzyknął! 3 - Ominiemy las i zbliżymy się do rzeki, jeno baczyć mi pilnie, by te psubraty nas nie zaskoczyły. Natychmiast konie skręciły omijając las, w którym być może, jak myślał Melesław niebezpieczeństwo chce ich dopaść. Ominęli więc las nie zbliżając się do niego zbytnio i dotarli do rzeki. Na raz od strony lasu wyskoczyły dwa konie z jeźdźcami i gnały co koń wyskoczy wzdłuż brzegu rzeki, a po chwili jeszcze kilku wypadło na otwartą przestrzeń. - Gonią ich! Ci na małych koniach to ordyńce, a ci uciekający to chyba nasi, więc jedźmy im naprzeciw. Pogonili konie i pełnym galopem jechali w kierunku Tatarów. Tamci jednak zobaczywszy przed sobą większy oddział jazdy, konie wstrzymali i na powrót jęli do lasu uchodzić, w nim bezpieczeństwa szukając. Tymczasem tych dwóch z przodu również skręciło, ale zaczęli w step uchodzić. Zdziwił się Melesław, bo odległość znaczna była, a z niej powinni dostrzec chorągiew, która powiewała na przedzie oddziału. - Ruszajmy ostro, by sprawdzić, kto tak wartko przed nami uchodzi. Toż to pewnie ci, na których dybiemy. Spięli konie i popędzili za dwójką uciekających, ale oni skręcili w prawo i jęli gnać wzdłuż gęstwiny, która tu porastała. Melesław ze swymi zbliżał się do nich, mając mniej zdrożone konie. - Od strony lasu! Natychmiast Turczyn i kilku pognało, by przeciąć drogę uciekającym, a ci widząc beznadziejność ucieczki wstrzymali konie, które teraz dopiero było widać, że są całe spienione. Dyszały ciężko przestępując z nogi na nogę. Melesław ze swymi podjechał bliżej i dostrzegł teraz córkę Piekutowicza i pachołka, którego sam nie wiedział, dlaczego tak nazwał. - Z konia! - wrzasnął do niego, a ten natychmiast na ziemię zeskoczył. - Dziwię ci się waćpana. Z prośby ojca za wami podążam, by cię przekonać, że porządek musi być na tym świecie, a nie samowola. - Nie masz waść prawa decydować o moim życiu, ani mi rad udzielać, a tym bardziej ścigać mnie po stepach. - A właśnie, że mam, bo takie prawo dostałem od ojca waćpanny. Jedźmy do niego i przekonuj go co do swoich racji, a i ja mu dobre słówko rzeknę, co do sprawy. Spojrzała na niego złowrogo i chwilę jakby rozważała co dalej czynić, ale natychmiast usłyszała ostry głos Melesława. - Odebrać mu pas i oręż, ręce związać i na konia wsadzić! Nic tu po nas w stepie, więc ruszajmy do imć pana Dowgiła, bo pewno głodni jesteście. Opuściła głowę i spojrzała na Michała widząc, jak mu ręce wiążą. Melesławowi żal zrobiło się dziewczyny, bo przyszły mu do głowy słowa, które Dowgił wypowiedział, a i późniejsze następstwa. Swego chłopaka nawet by puścił, bo ten już odpracował swoje. Skarciłby go jeno za ucieczkę bez słowa, ale co do dziewczyny to dał słowo, że ją do domu sprowadzi. Zły był teraz i jadąc milczał, a myślał o życiu Dowgiła. Pewnie po stracie bliskich mu osób poszedł na służbę do imć pana hetmana i tu na tym stepie stoi. Niezadługo jadąc pośpiesznie ujrzeli warownię, a i tam ich z murów dostrzeżono. Zaraz powiadomiono Dowgiła, że jacyś ludzie do warowni zmierzają. Dowgił jadł ogromną pieczeń, ale zaraz wstał od stołu i podszedł do okna. Z góry jeszcze bardziej było widać oddział zbrojnych, na którego czele powiewała chorągiew. - Toż to Melesławowi ludzie z nim zmierzają, bramy otworzyć nim nadjadą! Nie wiedział dlaczego już wracają, a już w ogóle nie przypuszczał, że doszli uciekającą parę. Jakiś czas trwało, nim ludzie na koniach zbliżyli się do bramy warowni i przez fosę wjeżdżali na dziedziniec. Zsiedli z koni i zaraz wyszedł do nich Dowgił. - Widzę, że szczęśliwie wyprawa zakończona. - Nie dla mnie - odpowiedziała dziewczyna hardo i dopiero teraz Dowgił dostrzegł, że wymówiła te słowa białogłowa. Ubrana była tak, że trudno było zobaczyć w niej kobietę. Dopiero teraz, gdy się dobrze przypatrzył, to spod kapelusza wyglądały oczy ciemne i śliczna twarzyczka. Spojrzał jeno w te oczy i natychmiast - rzekł do Melesława. - Jadło sobie przerwałem, to i teraz waści zapraszam do stołu. Nie trzeba było powtarzać tych słów, jeno Melesław nakazał rozwiązać ręce chłopakowi. Zaraz też pęta z rąk zdjęto i on również zsiadł z konia, by podążyć za nimi. Szli za Dowgiłem, a on wskazał ogromną izbę, do której wojowie wszedłszy, usadowili się za stołami. Podano jadło i wszyscy jedli w milczeniu. Dowgił z Melesławem siedli przy stole, tuż przy oknie i zdawało się, że obaj nie mają chęci do rozmowy. Dziewczyna też siedziała w milczeniu i mimo, że przed nią stało jadło, zdawało się, iż go nie dostrzega. Melesław też to dostrzegł, spojrzał na nią i rzekł. - Jedz waćpanna, bo do domu daleka droga, a i gościny takiej nie sposób odmówić, bo można zgrzeszyć. Nie odezwała się nic, jeno głowę odwróciła. - Nie dolewaj waść oliwy do ognia. Trzeba dużo czasu, aby właściwe myśli nadeszły. Dobrze jest też siebie postawić w takiej sytuacji, by w ten sposób znaleźć odpowiedź, by nie robić komuś tego, co nam niemiłe. - Rację masz waść i nie przeczę, bo trzeba coś przeżyć, aby to zrozumieć. - Ja pierwszy raz w życiu goniłem pannę, tedy jeszcze doświadczeń takowych nie miałem, ale teraz już mam. - I co waść zrobisz? - Nie mam wyboru, bo dałem słowo dobrodzieju, ale na przyszłość naukę mam srogą. - A jak to się stało, że tak szybko ich doszliście ? - Zawrócili zza rzeki gonieni przez ordyńców, jużci, a może i innych zbójów, dość że zmierzali w naszym kierunku, lecz gdy nas zoczyli, tamci w lasy się cofnęli, a ci do onego lasu też ujść chcieli, aleśmy im drogę odcięli i są tutaj. Rozmawiali jeszcze dość długo i nim się spostrzegli ciemność ogarnęła step rozciągający się poza fortem. Dowgił spojrzał na swych ludzi. Siedzieli z ludźmi Melesława i śmiejąc się opowieści snuli. A dziewczyna, ni chłopak jadła nie tknęli. Dowgił spojrzał na Melesława i spytał. - Co z nim zrobisz waść ? - Z kim - Ano z chłopakiem. - Nie mam ja żalu do niego, bom go teraz zrozumiał. Ja będąc młodym nie musiałem, ale gdybym musiał, też bym tak uczynił, bo huncfot byłem. Matuś zawsze mi to mówiła, mości dobrodzieju. Też sprzeciwu nie lubiłem i zawsze chciałem, by moje było na wierzchu. - To dobrze waść, że to rozumiesz, bardzo dobrze. A tymczasem staniecie tu u nas na nocleg, bo ćmok w stepie. - Dobrze mości dobrodzieju, ale rankiem ruszymy, by na swoje wcześniej powrócić. - Ja tymczasem zlecę, by dziewczynie spanie przygotowano jak na nią przystało. 4 Powiedziawszy to wstał i podszedł do niej. - Chcę Wać panną porozmawiać. - A kimże waść jesteś? - Jestem na usługach hetmana naszego, zwą mnie Dowgił. Rozkazuję z polecenia hetmana w twierdzy. - Tedy mnie waść nie rozkazuj, bo rozkazów mam już dość. - Nie chcę ci waćpanna rozkazywać, jeno dobrej rady, a może i pomocy udzielić, jemu i tobie, ale musisz mnie wysłuchać, a i opowiedzieć mi swoje troski. Spojrzała nieufnie, choć po oczach było widać, że przyjazny odblask mają. Dowgił przywołał Adżipa i coś mu przekazał, a ten po chwili wyszedł. - Dałem mu polecenie, by przywołał kogoś, kto waćpannie lokum przygotuje bezpieczne na tę noc. Po chwili weszła starsza białogłowa. Ubrana była w czerni i włosy już siwe pokrywały jej głowę, ale były starannie uczesane. Widać było, że kiedyś musiała być piękną damą. Dowgił spojrzał na dziewczynę i rzekł. - Będziesz pani pod pieczą tej białogłowy, a ona już zadba o twoją wygodę. - A miałeś panie ze mną mówić. - A chcesz waćpanna ? - Pewnie, że chcę. Wygładziła swoje włosy i natychmiast dodała. - Wyglądasz mi waść na sprawiedliwego człowieka. Dowgił spojrzał na starszą kobietę, a ona odwróciwszy się wyszła, jeno rzekła. Naszykuję ten w końcu. - Dobra myśl. - Mów więc waćpanna, z czego jesteś tak niezadowolona w swym życiu. - Proszę sobie nie żartować ze mnie, bo jestem bardzo nieszczęśliwa. - A z czegoś ty chciała wyżyć w stepie? Z tego troszkę jadła, które on miał w torbie przytroczone do siodła. Żyjąc trzeba jeść, mościa panno. - Wiem o tym. Na wiosnę była u nas cioteczka, która odziedziczyła pokaźny majątek po mężu. Podczas tego pobytu posprzeczała się z ojcem moim. Nie wiem o co poszło, a ja starałam się ją pocieszyć. Powiedziałam jej, że i ja cierpię, bo kocham kogoś, ale ojciec się sprzeciwia i nie pozwoli mi nigdy na ten związek. - Taki on już jest – odpowiedziała wtedy. - Ale temu zaradzimy. To ciocia podpowiedziała, abyśmy uciekli i przyjechali do jej posiadłości, lecz mieliśmy dla odwrócenia uwagi ruszyć niby w step, by wyglądało, że to przez naszą nieuwagę i nieostrożność Tatarzy nas pojmali. A my mieliśmy objechać koło i ruszyć prawdziwym traktem do cioteczki, która mieszka pod Połańcem. Dowgił słuchał zamyślony, ale słowo Połaniec spowodowało, iż zamknął oczy. Coś ścisnęło go za gardło, a dziewczyna podtrzymała go za rękę. - Co ci waść ? - Nic już przeszło. Idź tedy waćpanna i w końcu po prawej stronie znajdziesz swoją komnatę. Pomyślę i przyjdę, by dać odpowiedź na twoje troski. Wtedy dostrzegli, że zbliża się do nich Melesław. - Co znowu, mościa panna mowę odzyskała? - Nie acan mnie pojmał, a jeno gości, to też żalu do niego nie mam i mieć nie mogę, bo i za cóż. - To prawda, ale i do mnie żal ci minie, gdy zrozumiesz, że robię to dla twojego dobra. - Spojrzała nań złowrogo i rzekła do Dowgiła. - Pójdę już, bom zmęczona. Po czym Dowgił zwrócił się do Melesława. - Dziwna ta miłość zakazana. Nie kosztowałem jej nigdy, ale podobno to co zakazane, lepiej smakuje. - A ja wiem, że smakuje tylko dobre jedzenie i cóż po miłości, gdy to pierwsze niepewne, mości dobrodzieju. U ojca krzywdy nie ma, a co do młodzieńca, to trzeba ich rozdzielić i dlatego pomyślałem sobie, abyś waść wziął go na służbę do siebie. Lubi on psia takie życie, bom nieraz widział jego oczy, gdy do nas zbrojni zjeżdżali. - Jakże to tak? - A tak. Proszę waści usilnie i nie odmawiaj po starej znajomości. 5 Dowgił zamyślił się, bo wiedział, że jego plany komplikują się. Zamierzał bowiem ułatwić ucieczkę i dać im Adżipa, by ten bezpiecznie odwiódł ich od fortu i później drogę możliwie najbezpieczniejszą wskazał, a tu tymczasem taka prośba. - A co będzie, gdy pannę dowieziesz do domu, a ona wiedząc, że on tutaj, ucieknie i tu wróci? - To już nie moje zmartwienie, ale ostrzegę Piekutowicza o takiej możliwości, a waść nie odmawiaj, bo w sumie to dobry chłopak, odważny, baczny, bystry i orężem dobrze władający. A wyuczył się jego zdaniem, poza moimi oczami. Myślał, że ja nie wiem, ale nie wzbraniałem mu ćwiczyć, bo zawsze uważałem, że jeśli coś się lubi, to nie można mu tego wzbraniać. - Przemyślę to waść, ale dziwnie mówisz, bo jedno przeczy drugiemu. - A co ma jedno do drugiego? Dziewczyna ma słuchać ojca, bo ten wiadomo, że nie chce dla niej źle. Ma nawet dla niej kandydata majętnego, tylko z tego co wiem, ona się upiera. - Znów nowe słowa waść wypowiadasz, ale czas spać, bo świt niedaleko. - To prawda, alem rad, że szczęście przy mnie, bom szybko uporał się z tą sprawą. - Będziesz waść spał w pierwszej izbie po prawej. Tam pośrodku jest wygodne łoże, a ja tymczasem do powinności powrócę. Warty obejdę, a i waści ludzi muszę rozlokować. Odwrócił się i odszedł. Zrobił to po to, aby uwolnić się od towarzystwa Melesława, bowiem wiedział, że ludzie jego znają swoje obowiązki i miał do nich zaufanie. Nikt mu nic nie meldował, więc nie miał obaw. Przywołał tylko Adżipa i polecił mu rozlokować ludzi Melesława, aby możliwie dobrze wypoczęli. Teraz już jedna myśl zaprzątała mu głowę. Dziewczyna, gdyby uciekła, znalazłaby swe szczęście przy pomocy ciotki, no i to czego pragnie i mnie ulżyłaby w cierpieniu jeszcze. Byłaby przecież pod Połańcem, a więc blisko klasztoru, w którym przebywała Helena. Może wtedy na moją prośbę zaczęłaby rozmowy z Heleną, odwiedzając klasztor. Może potrafiłaby ją przekonać, że nie jestem takim złym człowiekiem, za jakiego mnie uważa. To jest szansa. Powiedział jakby do siebie i to tylko teraz zaprzątało jego myśli, więc zaraz w głowie układał plan. Zgodzi się zatem zatrzymać na służbę chłopaka, ale w pierwej musi porozmawiać z dziewczyną. Poszedł przez korytarz i zobaczywszy, że nikogo tam nie ma w zasięgu wzroku, zastukał do drzwi. Ona natychmiast je otworzyła, tak jakby zniecierpliwiona czekała na Dowgiła. - Myślałam już, że waszmość się rozmyśliłeś, ale czekałam cierpliwie. - Słuchaj więc waćpanna. Pojedziesz rano z waszymi do domu. Adżip ruszy za wami i będzie miał wszystko co potrzeba, a w chwili sposobnej on ciebie uprowadzi. Miły twój zostanie, niby u mnie na służbie. Adżip będzie wiedział, gdzie ma się udać za tobą. - Boję się. - Nie masz się czego obawiać, Adżip jest mi tak wierny, że ręczę swoim słowem i honorem za niego. Wszystko się uda. Nigdy w życiu nie uczestniczyłem w takiej intrydze i drugi raz już tego nie powtórzę. Ale i ja mam do ciebie prośbę, maścia panno. Pod Połańcem, gdzie znajdziesz swe szczęście jest klasztor. Jest w nim moja córka, która tak samo jak ty, potrzebowała zrozumienia. Byłem innego zdania i teraz żałuję. Gdy już ułożysz sobie, odszukaj ją i powiedz jej to, że bardzo żałuję i teraz dopiero zrozumiałem i dlatego tobie pomogłem. Córka ma na imię Helena. - Dobrze waść, gdy tylko Helena zechce będzie mieć przyjaciółkę we mnie. Teraz idź spać i wypocznij, a ja wszystko ułożę.
6 - Dzięki ci panie, teraz rozumiem ciebie i zrobię wszystko co w mej mocy, aby i tobie panie ulżyć, a może tak się stanie, że ją odzyskasz. Bardzo bym tego chciała. Pogładził ją po włosach nie bardzo w to wierząc. Zaraz też kazał przywołać Adżipa. Nie wzbudzało to niczyich podejrzeń, bo często tak czynił. A gdy ten się zjawił - rzekł do niego. - Mam bardzo ważną misję dla ciebie. Gdy Melesław ruszy ze swymi jutro, objedziesz stepem, a gdy bory się zaczną zbliżysz się do nich i będziesz pilnie wypatrywał chwili dogodnej, by wykraść dziewczynę, a gdy już to się stanie. poprowadzisz ją lasami, abyście niezauważeni wjechali do młyna przy rzece. Tam do was dołączy chłopak. Będziesz miał pismo ode mnie na wypadek, że jedziesz z nimi w mej sprawie. - Wiesz gdzie młyn? - Wiem panie. - To teraz idź spać, a list będziesz miał rano u siebie. Adżip pokłonił głową i rzekł. - Możesz panie ufać Adżipowi i cieszy mnie to, że mogę być pomocny. Dowgił położył mu rękę na ramieniu i odpowiedział. - Zależy mi na tej sprawie, więc spisz się. Adżip podniósł głowę i wyszedł, a Dowgił usiadł i zamyślił się. Przyszły mu na myśl ostatnie dni, gdy jego córka była przy nich, gdy miał jeszcze żonę w domu. Ciepło mu się zrobiło, a jednocześnie poczuł ulgę na myśl, że może jego córka Helena, inaczej o nim pomyśli. Prędko napisał pismo i przystawił pieczęć wraz z podpisem. A w piśmie napisał. Ludzie ci z mojego rozkazu jadą w bardzo ważnej sprawie i należy dać im pomoc każdą, gdy o takową poproszą. Natychmiast po tym poszedł do Adżipa, który zajmował izdebkę, w której kiedyś zbroję trzymano. Wszedł i położył list. Zaraz też wrócił do siebie i wreszcie mógł się położyć. Lecz nie spał do rana, bo różne myśli zaprzątały mu głowę, nawet i takie, czy dobrze teraz postępuje, choć wiedział, że już rozkazy wydane i tak być musi. Myślał, czy to nie opatrzność Boska sprawiła i sprowadziła tu tych ludzi z dziewczyną na krańce Rzeczpospolitej, aby mu uświadomić i dać szansę na pojednanie z Heleną. Za dużo wtedy stracił, czas by odzyskał choć połowę szczęścia. Nie spał do rana i gdy usłyszał, że Melesław gotuje ludzi do drogi, wyszedł do nich i przywitał się. - No i co acan, weźmiesz chłopaka? Będziesz miał pożytek z niego. - Albo i utrapienie, bo będę musiał go pilnować. - Nie będziesz mi mówił, że wiesz acan i jesteś pewien, że on którejś nocy nie ucieknie. - Kocha ci on służbę na równi z panną, więc prędko myśli o niej ulecą. Skoro tak waść zalecasz, niech będzie. Jego o zgodę nie będziemy pytać, jeno mu to powiem sam, osobiście. - A ja mu nakażę, aby cię słuchał we wszystkim i rozkazy wykonywał. Widząc, że chłopak też się do drogi szykuje - rzekł do niego. - Zostaniesz u mnie na służbę hetmańską i będziesz strzegł z nami granic Rzeczypospolitej, a za zasługi będziesz nagradzany, jak każdy z mej kompani. Chłopak spojrzał na dziewczynę i Dowgił również. Miały jej oczy, choć znak dać jemu, ale ona miała kamienną twarz i niczym się nie zdradzała, a chłopak zachowywał się tak, jakby mimo to zrozumiał, bo wziął swego konia za uzdę i ruszył w kierunku stajni, skąd przed chwilą konie wyprowadzali. - A nie mówiłem. - Miłuje on służbę, boć nieraz widziałem, a w gruncie rzeczy to dobry chłopak i jeszcze raz wspomnę, że będziesz waść zadowolony. - Oby tak było. Melesław dosiadł konia, rękę uniósł do góry i krzyknął. - W drogę ! Trzy dni jazdy przed nami, no gdy się nic w drodze nie stanie. Cieszę się, że waści mogłem zobaczyć, a teraz do następnego widzenia, oby nie na polu walki. Konia swego trącił, a ten zatańczył pod nim, drobiąc krokami. Krata broniąca wjazdu do fortu była uniesiona, tedy orszak ruszył. Panna zerknęła na Dowgiła, jakby szukając potwierdzenia słów, które do niej wczoraj mówił, lecz on nic nie dał po sobie poznać. Kiedy orszak przejechał przez fosę krata opadła, a Dowgił skierował swe kroki do stajni. Po drodze myślał czy zapewnienie Melesława co do służby chłopaka jest prawdziwe. - Czegóż on więcej pragnie? Czy życia z Anną, czy służby w potężnym forcie, w którym to służba jest zaszczytem dla wielu z nich. Zaraz miał się o tym przekonać. Wszedł do stajni i ujrzał go. Stał przy koniu, głowę dostawiwszy do jego boku - Cóż się tak martwisz. - Panie nie mogę służyć u ciebie. Kocham ją i ona mnie, a wyczułem po niej, że coś zdarzyć się musi, bo ona nigdy by się tak ze mną nie żegnała, w to nie uwierzę. - Masz rację i ja was rozumiem. Za chwilę wezwę cię do siebie i u mnie porozmawiamy. - Dziękuję ci panie, masz szlachetne serce. - Nie mów nic więcej. Odwrócił się i poszedł przez podwórzec do siebie.
Całą trylogię można poczytać, lub zakupić na stronie wydawnictwa www.stronasztuki.pl
Henryk Longin Rogowski
|