| Powieść - Burzliwe Lata - tom I |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Henryk Longin Rogowski | |||
| Środa, 25 Listopad 2009 17:30 | |||
|
Całość do pobrania... Strona Sztuki :http://www.stronasztuki.pl/ksiazka/henryk-longin-rogowski/burzliwe-lata/139.html
HENRYK LONGIN ROGOWSKI
Burzliwe Lata
Prawa autorskie Henryk Longin Rogowski
Copyright Henryk Longin Rogowski
ISBN-10: 0977949400
ROZDZIAŁ I
Przyszło lato. Był rok tysiąc czterysta piąty. Po gościńcu jechała kareta, oznaczona herbem rodu szlacheckiego, na którym widniało poroże jelenia i skrzydło sępa. Eskortowana była przez imć pana Zembrzuskiego, a celem ich podróży był Kraków, jako że jadący zmierzali na sejmik krakowski. Gościniec zanurzył się w las, a eskorta zdwoiwszy czujność jechała po obu stronach karety. Nie było ich wielu, jednak byli to rycerze wspaniali i w bojach zaprawieni. Jechali leśnym duktem w ciszy, jako, że i kareta ciszej jechała po trakcie równo trawą wyłożonym. Jechali, a oczom ich ukazały się bagna leżące po prawej stronie, z lewej zaś urwisko porośnięte gęsto. - Doskonała pułapka - pomyślał imć Zembrzuski. Ledwie pomyślał, a strzała przeszyła jadącego przodem rycerza z eskorty. Była to zasadzka urządzona przez Krzyżaków, którzy wyjechawszy na drogę ruszyli do ataku. Imć Zembrzuski krzyknął na swoich, a oni przylgnąwszy plecami do karety odpierali ataki knechtów zakonnych, przy czym raz po raz któryś z rycerzy krzyżackich padał na murawę z krzykiem nieludzkim. Dowodzący Krzyżakami widząc przegraną zarządził odwrót i poprowadził resztę oddziału w las będący przed nimi, uciekając w popłochu. Zembrzuski nakazał straty policzyć i oręż pozbierać. - Dwóch zabitych mamy, mości komendancie, a knechtów zakonnych szesnastu martwych naliczyłem. - Siadajmy na konie i ruszajmy! - Krzyknął Zembrzuski. Kareta ruszyła duktem w dalszą drogę. - Cóż jeszcze przytrafi się w drodze - pomyślał Zembrzuski. Podjechał do karety, coś rozmawiał z jadącymi w niej, po czym pojechał przodem rozglądając się wokoło. W jakiś czas wynurzyli się z lasu. Oczom ich ukazał się zajazd u Szymona, karczma, z której korzystali podróżni. Stała ona na skraju dużej osady. - Zatrzymamy się tutaj, mości Zembrzuski. - Trzeba po bitwie odpocząć, no i wieczerza potrzebna. Kareta zjechawszy z drogi wjechała na podwórzec gospody, gdzie Szymon w głębokich ukłonach gości znamienitych zapraszał. Z karety wysiedli dwaj goście. Szlachcic Wołyński, imć pan Kalesanty i siostrzeniec jego January. Przemierzywszy schodki weszli do dużej izby zastawionej stołami. Pod ścianą był bufet. Na nim trzy antałki stały, zapewne z miodem pitnym. Dalej okienko w ścianie, przez które strawę podawano. Za nimi do izby wszedł imć pan Zembrzuski z kompanią. Rozsiadłszy się przy stołach czekali. Po drugiej stronie sali wrzało. Przy stołach siedzieli goście i głośną dysputę prowadzili. Wsłuchawszy się w gwar można było zrozumieć, o czym tak prawiono. A temat był gorący, bo o zakonie, który coraz bardziej stawał się bezkarny. A jednak, którego ludzie uciekli w popłochu zobaczywszy karetę i jeźdźców zmierzających w kierunku gospody. Ze sobą mieli rannego, chyba wyższego rangą, bo bardzo o niego zabiegali. Ranny odziany był w płaszcz biały z krzyżem na plecach, pod którym widniała duża czerwona plama. Ludzie ucichli zobaczywszy w zamęcie siedzących nieopodal gości. Pierwszy podniósł się Hińcza z ziemi mielnickiej a zobaczywszy przybyszów posłał im ukłon i taki sam otrzymawszy odezwał się. - Mości panowie, czy to wy starliście się z Krzyżakami? - Ano my - odparł imć Kalesanty i głośno krzyknął na karczmarza, po czym uderzył pięścią w stół. - Ano my, skorośmy zostali napadnięci - mości panowie. Teraz rozmową nie było końca, tylko Zembrzuski ze swoimi czuwali, aby znów coś nie zakłóciło biesiadowania. Dopiero późną nocą strudzeni rozmowami i podróżą posnęli. Gwar ucichł, tylko Żyd szczęściarz krzątał się wokoło stołów znosząc kufle po napitkach i półmisy po jadle. Krzątał się z zadowoleniem, bo grosza zarobił nie mało. Świt wstał niespodziewanie prędko i krótkiej nocy nie zmąciło żadne wydarzenie. Razem ze świtem odezwały się koguty, które jęły przeszkadzać niewypoczętym gościom. Imć pan Kalesanty podniósł się znad stołu i wrzasnął. - Do koni - mości panowie! W drogę. - W drogę powtórzyło echo rozchodzące się po izbach i tylko Żyd Szymon wzdrygnął się na grom w głosie szlachcica. Zembrzuski czapkę na głowę włożywszy wyszedł z izby, skoczył na konia spinając go kolanami. Kareta podjechała pod zajazd, wsiedli doń mości panowie szlachta i orszak cały ruszył w drogę. Słońce wyraźnie wychodziło zza chmur, a już hen na końcu drogi zobaczyli stado sępów krążących nisko, zdawało się szybujących do zdobyczy. Imć pan Kalesanty wymienił spojrzenie z Zembrzuskim, a ten kazał jednemu ze swoich, by pośpieszył i zobaczył, co tam się dzieje. Tenże ruszył ostro na przełaj przez pola, gdyż droga skręcając prowadziła dużym zakolem. Wszyscy widzieli jak malała jego sylwetka i w końcu maleńki punkcik pozostał na horyzoncie. Tymczasem, kareta z konnymi przejeżdżała traktem. Nie obawiali się niczego, bo widoczność była doskonała. - Ciekawym, co tam się dzieje - powiedział Hińcza spojrzawszy na horyzont, gdzie coraz więcej sępów szybowało wokoło. - Pewnikiem padło jakieś zwierzę - odparł zaraz Zembrzuski, który w duchu myślał coś innego, a powiedział tak, żeby, Hińczy ludzie byli pewni jego słowa. O swoich nie obawiał się. Znał każdego i wiedział, że nie zlękną się tego widoku. Po jakimś czasie zobaczyli rosnącą sylwetkę jeźdźca zbliżającego się ku nim pełnym galopem. Był to Maćków wysłany na zwiad. Po pewnym czasie zbliżył się na tyle, że można było wyczytać trwogę z jego twarzy. Zbliżył się do Zembrzuskiego i zameldował. - Mości panie, ludzie doszczętnie rozbici a nie widziałem u nich żadnego zbrojnego. Wozy spalone. Znalazłem kobietę z dzieckiem, która wypowiedziała słowo Krzyżacy i wyzionęła ducha. Dziecko całe i zdrowe, więc je zabrałem. To chłopak panie. - Chłopak powiadasz - odezwał się imć Kalesanty. - Daj go tutaj, a wziąwszy go w dłonie - powiedział. - Będziesz się nazywał Maćków Sęp, co byśmy wiedzieli jak się do ciebie zwracać mości dobrodzieju. Nadłożymy drogi i pochowamy naszych, tylko bacznie uważać na Krzyżaków. I kareta ruszyła z jeźdźcami, by dojechać do miejsca, w którym Krzyżacy rozbili doszczętnie ludzi przenoszących się z bydłem na tereny zdatniejsze do wypasu. Widok był straszny. Głowy porozbijane szablami. Kobiety i dzieci bez wyjątku. Zembrzuski zsiadł z konia. Pochylił się nad zabitym. Z jego ręki wyjął kawał białego materiału, który urwany był z płaszcza Krzyżaka. Teraz nie było wątpliwości. - Pochowamy ich - zarządził imć Kalesanty, po czym wszystkich ułożono do głębokiego dołu i przysypano ziemią. Dopiero teraz sępy poszybowały w górę. - Trzeba złożyć skargę do króla, opowiedzieć cośmy widzieli, aby król położył kres temu. To powiedziawszy nakazał ruszyć w dalszą drogę. Na drodze do Krakowa był jeszcze gród, Trzyciążem zwany. Wszyscy jechali w milczeniu i nawet imć Zembrzuski sposępniał, bo pomyślał, że dziecko z pewnością zostawią na wychowanie w grodzie. Późnym wieczorem dotarli do grodu, który okolony był palisadą z drzewa. Gdy do bramy się zbliżali z góry ozwał się głos potężny. - Kto, zacz? Zembrzuski odezwał się. - Do Krakowa jedziemy na rozmowy z królem Jagiełłą. Eskortuję imć pana Kalesantego herbu Działosza. Nastąpiła cisza. Pilnujący bramy rozważał. Po chwili krzyknął. - Musicie poczekać. Powiadomię o waszym przybyciu, jego wielmożność Zbysława. Stali strudzeni, ale w tych czasach trzeba było być nadzwyczaj ostrożnym. Czekali chwili, gdy wreszcie potężna brama, będzie otwarta, co też stało się niebawem. Brama uchyliła się. Wyszedł z niej potężny chłop o niedźwiedziej budowie i podszedł do karety. Imć Kalesanty poznał go od razu. Poznał go również imć pan Zembrzuski. - Toż to Bolko, zwany niedźwiedziem. I Bolko ich rozpoznał, jako że przedtem nie raz z nimi w bitwach brał udział. Wjechali na podwórzec, gdzie stajenni konie odebrawszy do stajni jęli je prowadzić. Wyszedł Zbysław, będący panem w tym grodzie Trzyciążem zwanym. - Zapraszam mości panowie - rzekł i wskazał na drzwi ręką, które prowadziły do komnaty, gdzie stały ławy, aby strudzeni mogli chwilę odpocząć. Dało się poczuć ruch spory w grodzie. Szykowano strawę i napitki, aby należycie gości przyjąć. Gdy jadło znalazło się na stołach zaproszono nas do wielkiej sali ozdobionej trofeami myśliwskimi. Były tu najprzeróżniejsze poroża, kły dzików, kły niedźwiedzie, czaszki zwierząt. Wszystko to pięknie wyprawione. Zbysław dostrzegł nasze zaskoczenie i rzucił słowa. - Mości panowie do stołów zapraszam, bo czas upływa, a jutro skoro świt w drogę się będę z wami sposobił, bo i mnie trzema przed królem stanąć. Wszyscy jedli w milczeniu. Po pewnym czasie imć Kalesanty - rzekł. - Gdy, jechaliśmy do was w drodze natchnęliśmy się na ludzi bezbronnych usieczonych przez Krzyżaków. Ostał tylko jeden chłopak, dziecko. Chciałbym prosić o opiekę nad nim. To powiedziawszy kazał przynieś małego. Dopiero teraz przyjrzał się dziecku uważnie. Miało ono potężne nogi i ręce, a włoski blond kręcone jak pierścionki. Zbysław wziął dziecko i oddał kobiecie, która siedziała z tyłu, po czym - rzekł. - A jakże wychowamy go na dobrego rycerza, już ja i moja tego dopilnujemy. Jakiś czas trwała jeszcze wieczerza a później przyszedł sen, z którego wszyscy skwapliwie skorzystali, jako, że nie trzeba było wart wystawiać, gdyż grodu pilnowali ludzie Zbysława. Znów świt przyszedł prędko, ale imć Zembrzuski nieco go wyprzedził. Wstał, obudził Maćkowego, a tak rzekł do niego. - Wyjedziesz pierwszy, miej oczy otwarte i pilnuj, co by Krzyżacy nie zrobili nam jakiejś zasadzki na drodze. Maćków do drogi chwilę się przygotował, i wymknąwszy się z grodu w drogę ruszył. Przemierzywszy gościniec, zapuścił się w knieje, bacznie nadsłuchiwał. Spory kawałek ujechał. Przystanął w zaroślach, bo wydawało mu się, że słyszy rżenie konia. Nie na próżno był najlepszym zwiadowcą u Zembrzuskiego. Od małego wychowywał się w lesie. Do tego miał nadzwyczajny zmysł, który nie raz ostrzegał go o niebezpieczeństwie. I tym razem długo nie czekał. Razem ze świtem zobaczył oddział jeźdźców krzyżackich składający się z dwóch starszych ubranych w białe płaszcze z krzyżami na plecach, oraz pół setki knechtów, którzy jechali tak, jak do walki. Cofnął się głębiej, aby nie być zauważonym. Konia mocniej przytrzymał i czekał, kiedy ci przejdą koło niego, po czym ruszył za nimi w pewnej odległości, korzystając z lasu, który jak gdyby pomagał mu, aby nie był zauważony. Obserwując Krzyżaków dostrzegł, że przed nimi jedzie ktoś inaczej ubrany. Przyjrzał mu się uważnie, choć odległość była znaczna. Dostrzegł człowieka, który wczoraj z nimi zasiadał przy stole, w grodzie Zbysława. Człowiek ten zdawałoby się, że prowadzi orszak, gdyż jadąc na przedzie często odwraca się do tyłu, jakby sprawdzając, czy Krzyżacy jadą blisko niego. Dopiero teraz Maćków zobaczył, że ten człowiek ma ręce skrępowane w przedzie i strużka krwi spływa mu po policzku. Nagle usłyszał głos i zobaczył rękę Krzyżaka w płaszczu podniesioną w górę.
Całość do pobrania... Strona Sztuki : http://www.stronasztuki.pl/ksiazka/henryk-longin-rogowski/burzliwe-lata/139.html http://www.libernovus.pl/ksiazki/burzliwe-lata
|
|||
| Zmieniony: Niedziela, 27 Marzec 2011 19:04 |










