| Czekając na żywych. |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Anna Teluk | |||
| Środa, 09 Grudzień 2009 14:06 | |||
|
Centrum miasta, dwupasmówka z ledwie widoczną linią dzielącą pasy ruchu, doskonale komponowała się z wiekowymi dębami. Wyglądały na pamiętające czasy brukowanych, wąskich uliczek i porosłych krzakami alejek, zamiast chodników. Jedynie betonowe dziwolągi, co wznosiły się po obu stronach jezdni, nie bardzo umiały wtopić się w senny krajobraz zapomnianego miasteczka.Władze w ratuszu, co siedziby rajców nie przypominał, pałac ślubów - nic z pałacu w sobie nie mieścił, tylko rynek miejski kocimi łbami wyłożony i w stylu retro odrestaurowany, ostatnim wspomnieniem minionej świetności. Nie była typem błyskotliwej nastolatki, skromna, zazwyczaj cicha, jednocześnie dumna i uparta. Buntownicza natura i momentami chorobliwa dociekliwość ostatecznie ukształtowały osobowość.W dorosłość wkroczyła kilka tygodni temu, lecz dojrzałość wyryła jej rysy, kiedy jeszcze dzieckiem być powinna. Do dziś nie wie, dlaczego tak wiele musiała przeżyć, pomimo młodego wieku i braku doświadczenia w borykaniu się z trudami życia.Nie skończyła lat jeszcze dwunastu, gdy po raz pierwszy zetknęła się z wielką tajemnicą śmierci. Miała siostrę rok starszą od siebie, nieuleczalna choroba pozbawiła ją szans na przeżycie. Pomimo strachu nie odeszła od łóżka konającej. Musiała z nią zostać do końca, a ten był bliżej niż myślała. Nic tak bardzo nie wyryło piętna w pamięci jak dzikość wzroku umierającej, wbijająca się w jeden, bliżej nieokreślony punkt na suficie. "Co tam mogło być, czego ona szukała?"- to pytanie przez lata nie dawało jej spokoju. Do tej pory nie znalazła też odpowiedzi, ale to akurat było pewnie pozytywne zdarzenie. Im dłużej nie znała przyczyny, tym bardziej była bezpieczna. Miała rodziców, a właściwie matkę, która to raz kolejny próbowała ułożyć sobie życie z następnym facetem. Od dawna przestała liczyć, który z kolei tatuś mógłby z tego wyjść. Przychodzili i odchodzili prawie tak samo nagle jak noc i dzień. Fakt, miała matkę, gdzieś w jednym z mieszkań obczepionych wilgocią, czekającą na łaskawe spojrzenie następnego, neandertalskiego adoratora. Nie tęskniła do takiego domu, nie umiała tęsknić ani za nią, ani za ojcem, który kiedyś był. Do czasu śmierci jej siostry miała niby normalny dom, później zmieniło się wszystko. Matka już nie krzątała się od śniadania do kolacji z coraz to większą liczbą zajęć i zmartwień, a ojciec nie krzyczał od drzwi wracając z pracy. Zapadła cisza tak głęboka, że niemożna było jej przerwać. Krótkie czarne włosy mistrzowskim nieładem oplatające głowę, dodawały delikatnej twarzy zadziorności, a asymetryczna grzywka przykrywająca brązowe źrenice czasami tylko przeplatała się z iskrami zaciekawienia.Od tygodni marzyła by wreszcie znaleźć swój własny azyl, kryjówkę, gdzie każdy dzień będzie ją zbliżał do pojęcia niepojętego, zrozumienia czegoś, czego zrozumieć nie sposób. Jeszcze tylko kilka kroków dębową aleją i będzie na miejscu. Tak niewiele dzieli ją od postawienia nogi na pierwszym ze stopni do brudnego, zaniedbanego mieszkania, które być może stanie się jej nowym domem. Przyśpieszyła czując ściskanie w dołku: "mam nadzieję, że się dziadek nie rozmyślił"- pomyślała.Odrapane drzwi na poddaszu starej kamienicy otworzył starszy, wychudły mężczyzna. Wysoki w szarej koszuli o twarzy porytej zmarszczkami bardziej niż sędziwy staruszek. Uśmiechając się przyjaźnie, szerokim gestem zaprosił dziewczynę do środka: - Jesteś pewna, że czegoś takiego szukałaś? - spojrzał pytająco, wskazując na wygląd mieszkania. - Nie jestem wymagająca... - nie kończąc ruszyła w głąb pokoju, z którego wchodziło się do kuchni i dalej do drugiego pomieszczenia, niegdyś za drugi pokój pewnie służącego. Maleńkie okienka wpuszczały wąski strumień światła, a skośny sufit straszył, jakby za chwilę chciał runąć na głowę śmiałkowi, który zechce tu zostać. - Trzeba tu odświeżyć i posprzątać, ale nie mam na to ani siły, ani ochoty szczerze mówiąc - rzucił właściciel mieszkania. – Nie musisz się decydować od razu, jeśli zechcesz jednak zostać, przyślę mojego syna, aby uprzątnął ten bałagan. Głos mężczyzny brzmiał niezwykle łagodnie, rysy twarzy falowały rytmicznie pod wpływem drgań strun głosowych.Dziewczyna wciąż rozglądała się zaciekawiona, po chwili dopiero przemówiła: - Zostanę tu, myślę że będzie to dobre miejsce-Spojrzała na stojącego nieopodal gospodarza obdarzając go jednocześnie nieśmiałym uśmiechem. - Tak jestem pewna, że będzie mi tu jak w domu. - Doskonale, więc może się przedstawię, nazywam się Stanisław Lewicz, teraz muszę się już pożegnać, ale będzie mi bardzo miło jeśli jutro odwiedzisz mnie w moim domu, podpiszemy umowę i omówimy szczegóły, moje dziecko. - Był zaskoczony zdecydowaniem dziewczyny, emanował z niej jakiś niepojęty spokój i zaskakujące opanowanie, żadnych narzekań czy choćby zwykłego marudzenia. Coś dziwnego w niej zauważył, jakaś bliżej nieokreślona siła i determinacja, która mając cel przywiodła ją tu i kazała zamieszkać w tej norze.Pośpiesznie sięgnął do kieszeni mocno naznaczonych czasem spodni, w poszukiwaniu jedynej, ocalałej pary kluczy: - Spotkamy się więc jutro, panienko - oznajmił - Natalia... - Słucham?- pierwszy raz mężczyzna spojrzał na dziewczynę nie kryjąc zdziwienia. - Nazywam się Natalia Leś Zobaczył rozpromienioną, szczęśliwą twarz, a delikatny uśmiech nadawał jej niezapomnianego spokoju i błogości. "Dziwne dziecko – pomyślał - surowa i zdecydowana, anioł w oczach a nic szczególnego nie powiedziała, ani nie zrobiła - hmm, dziwne dziecko” Tak miało być, ten pokój, poszarpany dywan, to wszystko tak właśnie miało być. Skrzypiąca podłoga z desek wielokrotnie pokrywanych najtańszą farbą, miniaturowe okna, popękane szyby i szarość wdzierająca się zza brudnych firan. A w środku ona, w bezdusznej klitce, starej, zniszczonej kamienicy. Dokładnie jak na tym rysunku, który kilka dni przed śmiercią podarowała jej siostra.Prawie wszystko też tam było. Prawie.
Rozdział I
Obudził ją koszmarny ból pleców. Brutalnie postawiona na nogi spostrzegła, że za posłanie służyła jej tej nocy podłoga i wyświechtany dywan. Szerokim ruchem rozciągnęła zastygłe mięśnie, po czym ponownie usadowiła się na podłodze. Jej uwagę przykuł skrawek papieru na brzegu kanapy, przysunęła się więc do niej, nie wstając jednak z klęczek. To była mała kartka, jakby wydarta ze starego notesika. Nagłówek od razu przykuł uwagę: 14 listopada 1967 roku - wtorek "Jakie zimne miał ręce, dotknęłam go, ale nie przypominał już człowieka, kamień tak bym go teraz nazwała. Kiedyś jego dłonie skrywały cały świat w swej miękkości, a dziś cały świat nie pomieści tego zimna. Taki twardy, taki...Czy wiesz jak oni na mnie patrzyli? Nie płakałam, nie chciałam żeby mi współczuli i nie okazali współczucia, nie okazali też żalu ani zrozumienia.Chciałam uciec, ale oni tam byli, jak więc odejść, oni żyli...." W tym miejscu kartka kończyła się wydarta okrutnie dalszemu ciągowi wynurzeń jakiejś nieszczęsnej kobiety. "Kim byli oni?”- myślała drugi raz sięgając po kartkę. Wyraz po wyrazie odnowa analizowała głośno czytając: ”wczoraj nie było tu tego zapisku, zauważyłabym, nie, nie, na sto procent nic tu nie było”. - Wstała, skierowała kroki w stronę kuchni w poszukiwaniu choćby odrobiny kawy, kilka łyków przywróci jej jasność myślenia. Dwupalnikowa kuchenka elektryczna, a na niej blaszany czajnik z gwizdkiem: "to już coś"- pomyślała wyraźnie ucieszona. Na wprost drzwi stał kremowy kredens, jakby żywcem wydarty z lat sześćdziesiątych.Oszklona szafka kryła resztki kawy i zbrylony cukier w kryształowej cukiernicy. Nawet samotna filiżanka ze starej zastawy porcelanowej chyba na nią specjalnie czekała. Zaopatrzona w gorący napój wróciła do pokoju. Jakiś inny się wydawał, jaśniejszy, a może to tylko złudzenie po opuszczeniu niezwykle mrocznej kuchni.Kilka łyków wcale nie poprawiło samopoczucia, wzrokiem wróciła do miejsca, gdzie odłożyła kartkę, lecz nic tam nie było.Przecież zaledwie pięć minut temu miała ją w ręce, rozejrzała się dokoła, jakby szukała potwierdzenia, że jest sama - "tu ją kładłam"- przekonywała samą siebie. Sł ońce weszło już w najwyższy punkt na niebie, a promienie bezczelnie wdzierały się do pokoju. Szykowała się do wyjścia na spotkanie z właścicielem mieszkania.Z zewnątrz kamienica wyglądała jeszcze gorzej niż od środka, nienaturalnie usytuowana pośrodku nowoczesnych budynków czteropiętrowych. Dom, w którym zamieszkała został postawiony z pewnością w końcu XIX w, sąsiedztwo więc raczej mało dopasowane architektonicznie. W mieście więcej było takich właśnie bzdurnych rozwiązań budowlanych. Nowe mieszało się ze starym i odwrotnie. Była to chyba jedyna mieścina, w której zabrakło tzw. starówki, właśnie dlatego, że kiedyś ktoś postanowił udowodnić iż nowe wcale nie jest wrogiem starego. Skutek raczej mizerny, miasto straciło urok odstraszając bzdurnymi rozwiązaniami każdego, kto przypadkiem w nim się zatrzymał. Mieszkanie Lewiczów znajdowało się kilka ulic dalej, szła powoli rozmyślając ciągle o dziwnym zdarzeniu dzisiejszego poranka.Ukradkiem spoglądała na mijanych ludzi, sprawiali wrażenie niezwykle zmęczonych czy wręcz przybitych, a może to tylko było subiektywne odczucie, być może dokładnie to samo myśleli o niej wszyscy, których mijała.Wiedziała jedno, ma coś do zrobienia, jakieś bardzo ważne zadanie do wykonania, nieznany jeszcze cel, który z dniem odejścia siostry został wpisany w dalsze młode życie.Nawet się nie zorientowała kiedy znalazła się przed drzwiami obitymi purpurową dermą. Grawerowana wizytówka upewniła ją, że znalazła się we właściwym miejscu.Drzwi otworzył chłopak - z wyglądu - mniej więcej w jej wieku o dość bujnej blond czuprynie. Wizyta dziewczyny nie była dla niego zaskoczeniem: - Śmiało, wchodź, rodzice czekają. To było zupełnie inne mieszkanie, czyste, gustownie urządzone I takie jasne. - Zdecydowałaś więc, wynajmujesz mieszkanie-Zapytała kobieta siedząca w fotelu. Miała około sześćdziesięciu lat. Dość tęgiej budowy ciała o niedawno rozjaśnianych włosach. Natalia domyśliła się, to musiała być żona mężczyzny, który poprzedniego dnia pokazywał jej lokal. - Tak, podoba mi się tam, jest tak... - Jak?... Przedpotopowo, strasznie i ponuro, albo... - głośno wyśmiewał decyzję dziewczyny syn gospodarzy - Nie każdy lubi nadmiar nowoczesności, synu. - Uciął chichot chłopaka ojciec wchodząc do pokoju: - Witaj Natalko, przygotowałem dokumenty - dodał zwracając się już tylko do gościa. - Niestety, jak zauważyłaś nasz syn uważa, że ludzkość zaczyna się od ery telewizorów, a kończy na najwyższej liczbie decybeli, tak, smutne lecz prawdziwe. - Nie on jeden lubi głośną muzykę, nie ma chyba w tym nic złego. - Natalia poczuła się dość niezręcznie, miała wrażenie, że jej wizyta nic dobrego za sobą nie wnosi. - A ty, moje dziecko, wydaje mi się, że ty raczej wolisz ciszę I spokój, jesteś inna niż ci wszyscy młodzi teraz, rozwydrzeni bez ambicji, bez jakichkolwiek celów w życiu. Poczuła zawstydzenie, nikt w ostatnich latach nie mówił o niej w ten sposób. Tym bardziej, że tuż obok stał ich syn. "Muszę jak najszybciej stąd wyjść."- była przekonana, iż to najlepsze wyjście z tej żenującej sytuacji. - Powiedzmy, że najnowsze zdobycze techniki nie są dla mnie wyznacznikiem jakości egzystencji … ale wracając do rzeczy, mieliśmy podpisać umowę - ponagliła gospodarza. Nerwowym ruchem podrapał się po głowie, na chwilę zniknął za białymi drzwiami by powrócić równie szybko z przygotowanym wcześniej arkuszem papieru i podał go dziewczynie. Nie zwracając uwagi na szczegóły umowy, złożyła podpis po czym ponownie odezwała się: - Chciałam Pana zapytać jeszcze o to mieszkanie …. takie stare domy mają zwykle swoją historię. - No tak, to prawda, zwykle jakieś mają, ale ten, o ile wiem takiej nie posiada, nie ma tam żadnej tajemnicy, żadnej skrywanej legendy. Niestety, muszę cię rozczarować Natalio, nic mi nie wiadomo o jakimkolwiek zdarzeniu związanym z tym domem, czy z którymś z jego mieszkań.Wywód pana Stanisława został brutalnie zagłuszony przez dźwięki dobiegające z sąsiedniego pokoju: „Przebaczył mi śnieg topniejący o świcie pożegnał dzień by odebrać im życie nie czekałam współczucia bo litości nie było nie wołałam przyjaciół bo zabrali ich siłą. Czy ich widzisz? ze mną razem tu byli czy ich słyszysz? krzyczą że jednak przeżyli” - Co to było? Co to za piosenka?? Gdzieś już słyszałam te słowa.Dziewczyna nie kryła poruszenia, słowa płynące z głośników w pokoju młodego Lewicza wywołały ciarki na całym ciele, zaintrygowana chciała dociekać dalej, lecz w jednej chwili dobiegł ją krzyk gospodarza: - Wyłącz to! Natychmiast wyłącz ! Zwariować można! Nawet na starość, człowiek we własnym domu spokojnie herbaty wypić nie może. Oburzenie mężczyzny niemal w sekundzie doprowadza do kłótni małżonków: - Twoja szkoła – wrzasnął – dobrze wychowałaś to dziecko! - A oczywiście ja , a ty? Gdzie ty wtedy byłeś? Oglądałeś kolejny mecz twoich marnych podopiecznych, czy może w przerwach podciągałeś nadszarpnięty autorytet ucząc pokory cudze dzieci?- Kobieta puściła mężowi sporych rozmiarów bukiet pretensji. Niewinny wybryk ich syna wywołał prawdziwą awanturę - To ja już pójdę - przerwała utarczkę Natalia - późno już, do widzenia Państwu. Kierowała się właśnie do wyjścia, gdy jak spod ziemi wyrósł przed nią sprawca zamieszania: - To mówiłaś, że jak masz na imię? - Zajmij się lepiej rodzicami i tą wojną, którą wywołałeś. - Wiesz - spojrzał wymownie w stronę rodziców - nie bardzo interesują mnie nieustające żale wiecznie niedowartościowanej kobiety i sfrustrowanego moralisty, ot cała prawda o mojej idealnej rodzince. Mam cudownych rodziców, a życie z nimi to istna sielanka. - Chłopak nieszczególnie przejął się tym, że doprowadził do kolejnej sprzeczki. Ironia wpisana w twarz nadawała mu, nie wiedzieć czemu powagi i swego rodzaju stateczności. - Więc jak ci na imię? - Kontynuował nie zważając na oburzenie dziewczyny. - Co to była za piosenka? - zapytała jakby niechcący. - Jaka piosenka?- odpowiedział pytaniem - No ta, którą doprowadziłeś ojca do szału? - A tak, to... spodobały ci się uderzenia perkusji, czy ta solówka na basach? - Słowa... słowa mnie przekonały... więc co to było? - No, no, zrozumiałaś tekst, więc pewnie studiujesz germanistykę... Hej, przyznaję jestem pod wrażeniem, zrozumieć tekst przy tak ciężkim brzmieniu to nie lada wyczyn. Dziewczyna stała jakby wbita w podłoże nie mówiąc ani słowa" Co on wygaduje, jaki niemiecki, słyszała wyraźnie każde słowo i z całą pewnością nie był to język obcy . - Muszę lecieć - odwróciła się nagle i zaczęła zbiegać ze schodów. - Zaczekaj - słyszała za sobą nawoływania chłopaka. - Czekaj, odprowadzę cię! Przystanęła dopiero gdy wpadając jak oszalała na opustoszałą ulicę, potrąciła przypadkowego przechodnia. Popatrzyła niby niechcący upewniając się tym samym, w którą stronę ma pójść. Tym razem, chciała jak najszybciej znaleźć się w miejscu, które od wczoraj stało się jej nowym domem. Ktoś jednak biegł za nią, słyszała odgłos za plecami, odruchowo spojrzała za siebie, to był on, syn Lewiczów. - Czekaj, nie dam rady już szybciej! - Krzyknął do dziewczyny. Zwolniła. Powoli zbliżali się do parku, który mieszkańcy - nie wiedzieć czemu - nazywali Zielnikiem. Nazwa sugerowała jakoby można w nim było zbierać zioła. Nic bardziej mylnego, ten niewielki skwerek porośnięty był tylko strzyżoną dość często trawą. Miejsce raczej marnych rozmiarów jak na park, nadrabiało dorodnymi okazami pomników przyrody w postaci ponad stuletnich grabów i dębów, u stóp których ludzie utworzyli klomby z kwiatów rozmaitych gatunków. Kilka krzyżujących się ze sobą alejek zostało zaopatrzonych w ławeczki, oblegane najczęściej albo przez bandy wyrostków, albo przez członków klubu seniora. Chłopak szedł kilka kroków przed dziewczyną tyłem do kierunku, w którym zmierzali przodem zaś do rozmówczyni: - Dlaczego właściwie postanowiłaś się schować w tym strasznym domu? - To pytanie nie dawało mu spokoju, nie potrafił zrozumieć pobudek dla jakich tak młoda osoba opuszcza rodzinny dom, by zamieszkać w starej ruderze. - Ten dom wcale nie jest taki straszny. - Odpowiedziała tłumacząc swoją decyzję. - Potrzebowałam miejsca, gdzie będę mogła w spokoju pobyć sama ze sobą, bez wścibskich, wszędobylskich oczu rodziny i znajomych. Co w tym złego, że lubię ciszę i wcale nie czuję się samotna. - Nie oczekiwała odpowiedzi. - I wcale nie studiuję germanistyki, nawet nie znam tego języka. W tym roku skończyłam liceum i szukam pracy, żeby zarobić na siebie i dalszą naukę. Nazywam się Natalia Leś. Zadowolony, czy czegoś nie dopowiedziałam jeszcze? Patrzył zdziwiony nieznacznie. - Nie, no fajnie, więc teraz moja kolej. Jak wiesz nazywam się Lewicz, a na imię dali mi Dawid, jestem jak to ojciec mawia lekkoduchem i mało ambitnym marzycielem, studiuję wprawdzie ale, spokojnie to dla zmylenia przeciwnika, w każdym razie, jeśli uda mi się dobrnąć do egzaminów końcowych i jeszcze jakimś cudem takowe zaliczyć zostanę sławnym skrzypkiem przy odrobinie szczęścia, albo nauczycielem muzyki jeśli dopadnie mnie pech. To tyle o mnie.- Chrząknął i zamilkł czekając na kontynuację rozmowy. Znowu ją zaskoczył, zupełnie nie podejrzewałaby go o zamiłowanie do muzyki klasycznej. Ubrany jak członek jakiejś subkultury, w długiej, pomiętej bluzie z kapturem na głowie i markowych, czarnych adidasach wystających spod długich, szerokich nogawek jeansowych spodni. Pozory. Właśnie, znów oceniła człowieka po wyglądzie. - Ciekawe - westchnęła ciężko - i słuchasz rocka przy takich zainteresowaniach, hmm kto by pomyślał... - urwała nagle, by rzucając pytające spojrzenie ponownie wspomnieć o piosence. - Ale wiesz ten numer z tekstem piosenki zupełnie ci nie wyszedł, myślałeś, że dam się nabrać na ten niemiecki? - Odbiło ci, tak?- próbował wymóc uśmiech na swojej twarzy lecz do śmiechu wcale mu nie było. - Nabijasz się ze mnie? Wiesz może i jestem postrzelony, wierząc w to co mówią moi rodzice, ale do cholery umiem rozróżnić język ojczysty od obcego, tak się składa, że na co dzień i od święta raczej rozmawiam po polsku, rozumiesz, z matką, ojcem, kumplami... - Ironiczną wypowiedzią miał nadzieję sprowokować dziewczynę do przyznania, że próbuje go nabierać. Nic, żadnego rozbawienia nie spostrzegł w jej oczach, zupełnie żadnych emocji, szła wolno jakby mimo uszu puszczając jego złośliwe gadanie. - Ja to słyszałam, całości już nie powtórzę ale wiem, że w końcówce śpiewała oni tam byli, oni przeżyli … coś w tym stylu. Uwierz mi nie ma w tym nic dobrego a już na pewno nic zabawnego.- Mówiła łagodnie, celowo akcentując wybrane słowa, tak bardzo chciała być wiarygodna. Tak dla odmiany jeden jedyny raz w życiu ktoś mógłby jej uwierzyć. Od kilku minut stali pod kamienicą, rozmowa jakoś nie bardzo się kleiła, jednak żadne z nich nie wspominało o pożegnaniu. W zasadzie stali tak bez słowa, a każde z nich unikało wzroku drugiego - Mam pomysł - wyskoczył z inicjatywą Dawid - mówiłaś, że szukasz pracy, kumpel wspominał ostatnio coś o robocie w schronisku dla ofiar przemocy domowej, jego matka tam szefuje, nie kojarzę za bardzo ale chyba opiekunki do dzieci szukała. Mogę zapytać, jeśli cię to interesuje. Oczekiwał odpowiedzi nie tylko na ofertę pracy, coś było w dziewczynie takiego, że nawet wzroku na dłużej nie pozwalała na sobie zatrzymać. Jej spojrzenie w niewiarygodny sposób odpychało, raziło? Może to nie właściwe określenie lecz w tej chwili inne nie przychodziło mu do głowy, był zmieszany jak piętnastolatek ukradkiem przyłapany na podglądaniu koleżanki z klasy. - Bardzo byłabym ci wdzięczna, jeśli to nie jest jakiś większy problem - odpowiedziała jednym tchem. - Dzięki, za wszystko, za odprowadzenie i w ogóle. - Delikatnym uśmiechem w tej właśnie chwili żegnała nowego znajomego. - I wcale nie jesteś taki zły – dodała usprawiedliwiając się sama przed sobą.Wyprostował się nabierając przy tym dumnego wyrazu, wreszcie chyba ktoś go docenił. - Wpadnę do ciebie rano przed zajęciami, ok?- Wcale nie spodziewał się usłyszeć odpowiedzi, tak czy owak wiedział na pewno, dowie się o tę pracę i postara najlepiej jak umie pomóc dziewczynie. "Ładna jest fakt, choć widział wiele ładniejszych. Co w niej siedzi, zagadkowa, sprawia wrażenie lekko niezrównoważonej, albo jednej z rzeszy dziwaków obdarzonych tzw. szóstym zmysłem"- rozważał wracając do domu. Rozmowa z Natalią była prawdziwym wydarzeniem, ciekawsza niż nie jedna z ulubionych książek, z gatunku sci- fiction, które tak namiętnie czytał. "Od jutra biorę się za porządki"- tym postanowieniem żegnała dzień. Tej nocy przykładnie położyła się na kanapie. Zasnęła zmęczona nadmiarem emocji. Głuche uderzenie w drzwi wyrwało ją z błogiego snu, następne jeszcze głośniejsze zmusiło by usiadła. "Puk, puk puk" Najprawdopodobniej od dłuższego czasu ktoś się próbuje do niej dostukać - Kto tam? - krzyknęła nie do końca rozbudzona - Otwieraj to ja, Dawid. -Zwariowałeś, przecież jest bardzo wcześnie - powiedziała witając w drzwiach chłopaka. - Przecież mówiłem, że zajdę przed zajęciami, tu masz gazetę z ogłoszeniami. Wcisnął jej w ręce lokalny dziennik. - A za mniej więcej dziesięć minut będę wiedział co z tą robotą, o której wczoraj ci wspominałem. Zaśmiała się głośno: - Zawsze taki jesteś? W gorącej wodzie kąpany? Przecząco pokiwał głową. - Nie gadaj tylko ogarnij się trochę Natalia zawstydziła się, stała przed obcym sobie człowiekiem w piżamie.Szybkim ruchem zgarnęła ubranie przerzucone przez oparcie kanapy i wyszła do kuchni. Po chwili wróciła, usiadła na podłodze i zabrała się za przeglądanie gazety. Wielki, czarny nagłówek na pierwszej stronie, przykuł uwagę: "MIEJSCOWY SZPITAL ZAMYKA ODDZIAŁY" - Hmm, ciekawe co zrobią z chorymi, wprowadzą wreszcie eutanazję jako najbardziej opłacalną formę humanitarnej eksterminacji słabych i nieproduktywnych przedstawicieli gatunku. - Sarkazm bił od niej wyjątkowo okrutnie. Kilka linijek niżej wzmianka o wypadku samochodowym, czarnobiałe zdjęcie z miejsca zdarzenia i podpis:: ”niezidentyfikowani ludzie we wrakach. Przeżyli, na pytanie naszego kolegi : jak udało im się wydostać, jeden z nich odpowiedział gdzie oni tam my. Żyjemy gdy wy umieracie. – po czym oddalili się z miejsca wypadku” - Dawid, Dawid, spójrz - szarpała chłopaka za rękaw, machając przed nosem gazetą. - Spójrz, to zdjęcie, to jest właśnie to zdanie, od trzech dni, gdzie się nie ruszę to zdanie podąża za mną, ciągle to jedno zdanie w różnych okolicznościach, w różnych odmianach ale ciągle to samo. Chłopak zagłębił się w tekście, po czym przemówił: - Co cię tak dziwi, wypadek jak wiele, nie ma w tym nic dziwnego ani tajemniczego. - Przeczytaj to zdanie. - Palcem wskazała wytłuszczony tekst”....”- tuż obok doszczętnie rozbitego samochodu stało dwóch mężczyzn, jeden z nich trzymał za rękę kilkuletniego chłopca. - To pewnie pasażerowie drugiego auta, głupio brzmi ten komentarz pod fotką, ale zapewne autor miał na myśli tylko to, że wyszli cało z takiej kraksy, bo spójrz na te samochody wyglądają jak pogniecione puszki po konserwach. - Nie rozumiesz - nie dawała za wygraną - chodzi o to, że ciągle natykam się na to zdanie, wszędzie, rozumiesz,. Popatrzył na Natalię jakby pierwszy raz zobaczył ją w tej właśnie chwili. „Mówi jak paranoiczka” - niewiarygodne, nie wyglądała na osobę z problemami psychicznymi. Jednak to co mówiła dalekie było od tak zwanej normy, więc albo faktycznie cierpi na jakiś rodzaj zaburzeń psychosomatycznych, albo...- innego wytłumaczenia nie znał. – Wczoraj w tym pokoju znalazłam kartkę jakby z pamiętnika wyrwaną, pisała ją kobieta, wiem że to głupio brzmi, ale na tym skrawku też było takie zdanie: "czy wiesz jak oni na mnie patrzyli, oni tam byli, oni żyli "a wczoraj u ciebie w domu, w piosence, którą puściłeś, to samo zdanie było. Uważasz, że to normalne? Słuchał uważnie jej wypowiedzi, siedział na kanapie głowę opierając na dłoniach i rzeczywiście słuchał: - Gdzie więc ta kartka? - Właśnie myślę, że to jest moje zadanie, muszę ją odnaleźć, odłożyłam ją wczoraj na miejsce, to znaczy tam, gdzie ją znalazłam - wskazała na brzeg kanapy - i wyszłam do kuchni, gdy wróciłam niestety nie było jej, wiem, pewnie za chwilę powiesz, że to był sen czy coś w tym rodzaju, ale czym w takim razie nazwiesz tą piosenkę i dzisiejszą gazetę...? Spojrzenie dziewczyny wołało: "uwierz mi". Już prawie otwierał usta by przemówić, gdy rozległ się dźwięk dzwonka, melodyjka niemiłosiernie dudniła w pokoju, sięgnął do kieszeni po telefon: - Słucham. - W ułamku sekundy na twarzy chłopaka pojawiła się radość. - Zaraz będziemy, piętnaście, góra dwadzieścia minut. - Zbieraj się koleżanko, idziemy na rozmowę w sprawie twojej przyszłej pracy. Nie wyglądasz na zachwyconą. Siedziała nadal na podłodze oniemiała z wrażenia. Nigdy w jej dotychczasowym życiu nic nie działo się tak szybko. Każda decyzja, którą podejmowała dojrzewała co najmniej kilka dni. Wszystko przewróciło się w jej odczuciu do góry nogami.
|
|||
| Zmieniony: Czwartek, 10 Grudzień 2009 08:58 |










