Świńska grypa PDF Drukuj Email
Utwory - Książki
Wpisany przez Gabriel Koch   
Piątek, 15 Styczeń 2010 11:46


konkurs

 

G a b r i e l  K o c h     

 

 

 

ŚWIŃSKA GRYPA

(Refleksja o miłości i przemijaniu)

    

Przeszłość to taka dziwna sprawa:

Niby jej nie ma, a jest

Niby jest, a jej nie ma.

(Autor nieznany)

 

 

Osoby występujące w niniejszej opowieści są wymyślone. Ich podobieństwo z osobami realnie istniejącymi jest przypadkowe, aczkolwiek niekiedy nie do uniknięcia.   

 

 

 

 

 WIECZÓR 

 Był wieczór. Siedziałem w domu i paliłem jednego papierosa za drugim, choć każdy z tych papierosów zawierał mnóstwo trucizn. Właściwie trucizny owe to było jedyne, co te papierosy zawierały. Do tego piłem piwo, a zawarty w nim alkohol niszczył, jak wiadomo, moje szare komórki, i kiedy sobie wyliczyłem, ile piwa w mym dotychczasowym życiu wypiłem, to właściwie nie powinienem już w ogóle mieć jakichkolwiek szarych komórek. Ale jakoś się ten rachunek nie zgadzał. Przypomniało mi się, że Einstein kiedyś powiedział, iż człowiek używa tylko 10 % swego mózgu. Więc pomyślałem: -W porządku, zatem można te pozostałe 90% przepić, ponieważ i tak leżałyby nieużywane.

 A potem rozmyślałem o gąbczastym zwyrodnieniu mózgu, czyli o tych śmiercionośnych molekułach krowiego szaleństwa, które być może już zagnieździły się w moim ciele i wędrowały w kierunku mego mózgu (a przynajmniej tego, czego dotychczasowa konsumpcja piwa jeszcze nie zniszczyła), żeby zamienić go w bezużyteczną, gąbczastą substancję. Ale pocieszyłem się faktem, że inkubacja tej złowrogiej choroby trwa kilkanaście albo nawet jeszcze więcej lat, więc przestało mnie to zajmować i stwierdziłem, że na dworze wciąż pada. Zatem zapaliłem następnego papierosa, otworzyłem następną puszkę piwa i zacząłem zastanawiać się nad możliwością jakiejś rozrywki.  

 Mógłbym na przykład załączyć telewizor, ale tam roiło się o tej porze od jakichś powszechnie znanych postaci, które wciąż jedzą jogurt albo rozwodzą się ze swymi partnerami, albo gotują potrawy przed kamerami i tym podobne, więc zamiast tego zapaliłem następnego papierosa i otworzyłem następną, trzecią puszkę piwa. Mógłbym też zajrzeć do leżącej na stoliku gazety, ale tam roiło się od krzyku, skandali, śmiertelnych wypadków, zamachów i ogłoszeń matrymonialnych, więc zamiast tego zapaliłem następnego papierosa i otworzyłem kolejną, już czwartą puszkę piwa.

 Mógłbym jeszcze zrobić parę innych rzeczy, ale stwierdziłem, że właściwie po co, świat po czwartej puszce piwa zaczął wyglądać całkiem znośnie, a z doświadczenia wiedziałem, że po piątej puszce piwa wszystko będzie OK. Więc z tych wszystkich możliwości wybrałem rozmyślanie i zacząłem przypominać sobie dokładnie i po raz nie wiem już który, jak to było z K., jak to było, zanim ją poznałem oraz jak to było po tym, gdy mnie opuściła. 

 K. 

 K. poznałem pewnej nocy w knajpie. Nie sądziłem jeszcze wtedy, że spotkanie to okaże się tak ważne w mym życiu, gdyż okoliczności tego spotkania nie były jakieś nadzwyczajne. Miało to miejsce w czasie, gdy stan i kondycja mej emocjonalności nadwerężone były długimi latami życia pozbawionego spektakularnych wydarzeń, nagłych, pomyślnych zwrotów czy też ważnych, przełomowych spotkań z ludźmi, którzy zostają na zawsze. Więc właściwie byłem przekonany, że w mym życiu nigdy już nic wielkiego albo przynajmniej godnego uwagi się nie wydarzy. Już odkąd osiągnąłem czterdziestkę, a więc kilka dobrych lat temu, dręczył mnie problem przemijania, miałkości i znikomości ludzkiej egzystencji, popadania w zapomnienie tego, co kiedyś uważałem za wielkie i wspaniałe. Do tego od jakiegoś czasu żywiłem chroniczne i przygnębiające przekonanie, że żadna z moi 21 powieści dla młodzieży nigdy nie zostanie opublikowana i wraz z osiągnięciem tego przekonania umarło we mnie kilka innych marzeń.

 Nawiasem mówiąc, bynajmniej nie wszystkie aspekty tej problematyki były nowe i pojawiły się dopiero w późniejszej fazie mego rozwoju. Wręcz przeciwnie: poczucie odrzucenia, zapomnienia i nieakceptacji towarzyszyło mi już od najwcześniejszych lat. Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy jeszcze byłem niemowlakiem. Matka stała w kolejce w jarzynowym, gdy gruchnęła wiadomość, że do rzeźnika obok rzucili kiełbasę "Zwyczajną". (Urodziłem i wychowałem się w czasach, gdy w Polsce towaru w sklepach nie było, tylko go "rzucali"). Kobiety jak na komendę rzuciły się do wyjścia i po chwili w jarzynowym zostałem tylko ja w wózku i zdezorientowana ekspedientka. Matka dopiero po przyjściu do domu, gdy wyjmowała kiełbasę z siatki, stwierdziła, że czegoś jej brakuje. Z początku nawet wydawało jej się, że to poczucie braku dotyczy portfela albo parasola. Podobno bardzo wtedy płakałem. Nie przeżyłem tego świadomie, ale niewątpliwie traumatyczny charakter tej sytuacji zapadł głęboko w mą duszę.

 Za drugim razem zapomniano mnie odebrać z przedszkola. Było to krótko po narodzeniu mojego młodszego brata, którego fenomen bycia niemowlęciem cieszył się niepodzielną uwagą zarówno matki jak i ojca. Trzecim razem dziewczyna, którą kochałem nad życie, odeszła do innego. A potem w dorosłym życiu wydawnictwa permanentnie odrzucały moje utwory literackie. I tak to zostało do teraz. By uciec od tej nieuchronnej, morderczej i nieubłaganej codzienności, wciąż jeszcze pozwalałem sobie na pijaństwa, ale już też coraz rzadziej, ponieważ każdy kolejny kac był trudniejszy do zniesienia od poprzedniego: każde pijaństwo, nawet małe, odchorowywałem co najmniej przez trzy następne dni. Wciąż jeszcze niekiedy pisałem wiersze, ale były one coraz bardziej zgryźliwe, gorzkie, pełne skarg i klątw, pretensji i zarzutów pod adresami tych, którym się powiodło. Jak już powiedziałem, żadna z 21 dotychczas napisanych przeze mnie powieści dla młodzieży nie została opublikowana i nie zanosiło się na to, że kiedykolwiek opublikowana zostanie. A powieści niedrukowane, krótko po ich napisaniu szybko się starzeją, tracą kontakt z rzeczywistością, która wciąż się zmienia, i wędrują do lamusa.

 Tak więc musiałem stwierdzić, że jestem zwykłym, statystycznym zjadaczem chleba, niczym nieróżniącym się od tych wszystkich facetów w moim wieku. Konkretnie wyglądało to tak: W ciągu roku zużywałem 20,5 skarpety, 4,8 buta, 1,2 samochodu, 0,8 pralki, 200 litrów piwa, 20 litrów wódki, 1,3 kobiety, 0,7 dziecka, 0,9 boga, 0,4 śmierci, 12 samotności, 4 wielkie tęsknoty za tym, co nigdy nie istniało i 24 mniejsze za tym, co było dawno temu, hektolitry śliny i potu, 25 orgazmów, w tym również te z sobą samym, 35 depresji, 57 rozczarowań, wielkich i małych, 35 kłamstw o sobie i o innych, 47 nocnych koszmarów, 15 podróży do donikąd, 7 powierzchownych myśli samobójczych, 25 wierszy swoich i cudzych, itd. itd. A więc, jak widać, nic szczególnego.  

 SYRENA

 Już kiedyś wydawało mi się, że spotkałem K., ale okazało się, że to jednak nie była ona. Siedziałem w jakiejś knajpie zmęczony tym moim jałowym życiem, tym piwem, tymi rozmyślaniami itd., kiedy ta kobieta weszła do sali. Intuicyjnie podniosłem głowę z zamyślenia i, wiedziony instynktem, spojrzałem najpierw na jej biust a zaraz potem na twarz. Była piękna jak górski pejzaż o poranku, jak wstęga krwistoczerwonych orchidei, jak wschód słońca albo jak zachód słońca albo coś takiego. I był w niej jeszcze jakiś paradoksalny powab: słodka niewinność połączona ze skłonnością do moralnego zepsucia, cnota i występek, dominacja i uległość. Jakoś przypominała mi syrenę, która wyłoniła się z piany morskiej, by pokazać światu, jakie piękno skrywają mroczne głębie oceanów. W końcu udało mi się ją poderwać. Kosztowało mnie to kilka drogich drinków, bo przecież nie mogłem zaoferować jej piwa, i parę błyskotliwych dywagacji na temat sztuki, literatury, pozycji kościoła katolickiego w społeczeństwach Europy Zachodniej i problemów młodzieży w krajach Trzeciego Świata. Poszliśmy do mnie na chatę, a ja przez całą drogę, upojony piwem i zdobyczą, a również dlatego, że ciągle zapominałem, jak ma na imię, nazywałem ją "moją Syreną", przypisując jej atrybuty tej wspaniałej, mitycznej istoty. W końcu chyba jednak za bardzo ją przepoetyzowałem, ponieważ w decydującym momencie okazało się, że nie może rozłożyć nóg, gdyż jak powszechnie wiadomo, syreny takowych nie posiadają.

 -Shit- pomyślałem. Byłem nie tylko rozczarowany, ale również zły. Jednak uspokoiłem się dosyć szybko, ponieważ w mym życiu już nie takie rozczarowania i przykrości mnie spotykały. W każdym razie to nie była K. Zresztą wtedy nie miałem pojęcia, że w ogóle kiedykolwiek spotkam K.  

 SPOTKANIE 

 Kiedy po raz któryś już z kolei ponownie przeanalizowałem moje życie, włosy zjeżyły mi się na głowie z przerażenia w obliczu wyników tej analizy. Motyle nadziei mej młodości leżały zmrożone chłodem jesieni życia na pożółkłej ściółce egzystencji, zimny wiatr losowych przeciwności wychłodził mi spojrzenie i ogołocił oczy z blasku, głębia mych przemyśleń na temat życia i świata podlegała ustawicznemu spłycaniu, zarastając szarym torfem codzienności, a metaforyka mych sformułowań nabierała pretensjonalnego charakteru. Wszystko w mym życiu było takie mierne, średnie, a w wielu dziedzinach nawet poniżej przeciętnej, jakby rzeczywiście należały mi się te wszystkie dwóje, które tak licznie otrzymywałem w szkole. I najgorszy ze wszystkiego był fakt, że nic nie zapowiadało jakiejś radykalnej zmiany na lepsze. Starzałem się tylko coraz bardziej, coraz bardziej i coraz bardziej. Byłem jak drzewo, które z latami popada w wegetatywny uwiąd toczone kornikiem czasu i grzybem przemijania. Chciałem się zmienić, zmienić całe moje życie, nadać mu nowy bieg i cel, świeżość, poderwać do lotu, ale nie wiedziałem jak i, co było równie przygnębiające, czułem, że nie mam sił, by tego dokonać: pegazowi mej onegdaj jakże witalnej fantazji zwiotczały mięśnie poruszające jego skrzydła.

 I właśnie wtedy poznałem K.!

 Spotkanie to wstrząsnęło całym moim jestestwem, nawiozło jałową glebę mej egzystencji życiodajnymi substancjami i radosne soki życia znów poczęły krążyć w mych korzeniach, konarach i gałęziach. Uskrzydlony tym zdarzeniem poszedłem do fryzjera i kazałem zrobić sobie fryzurę a la David Beckham, co zresztą nie było takie łatwe, gdy wziąć pod uwagę, jak często ten kreatywny piłkarz zmienia styl swoich fryzur. Kupiłem odtwarzacz MP3 i nie rozstawałem się z nim ani na chwilę: dyndał na mych piersiach dzień i noc. Zacząłem nagminnie słuchać hip-hopu, rapu i wszystkich odmian techno. W ucho wpiąłem sobie trzy kolczyki, dwa w lewą brew i drobny, niebieski kamyk w prawe skrzydełko nosa. Na plecach kazałem sobie wytatuować coś, co przypominało motyla. Kupiłem też markowe buty sportowe i za duże dżinsy, które po ubraniu zsuwały się do połowy tyłka, tak że krok miałem na wysokości kolan, a nogawki walały się po podłodze w zwojach fałd. Uprościłem znacznie sposób mego wysławiania się i naszpikowałem moje proste wypowiedzi, które teraz tylko rzadko osiągały leksykalny status zdania, słowami "cool", "fuck you" i "baby". To było to! Znów byłem młody i to młody młodością współczesną. Oczywiście mógłbym wrócić do mojej własnej młodości, tzn.: zapuścić długie włosy, ubrać obcisłe poszerzane u dołu spodnie (tzw. dzwony), do tylnej kieszeni włożyć duży grzebień, nosić pod pachą radio tranzystorowe z wyciągniętą anteną, zamiast "cool" mówić "klawo", słuchać nagminnie Czerwono-Czarnych, Niebiesko-Czarnych, Czerwonych Gitar lub No To Co. Ale to znowu prowadziłoby do powtórzenia mego nieciekawego losu z nieuchronną perspektywą zostania niespełnionym pisarzem włącznie.

 Pamiętam, jak w tej nowej szacie i nowym nastroju poszedłem z K. na dyskotekę do Unique na Starówce. Było wspaniale. Właściwie dopiero tam, w światłach stroboskopu i otoczony setkami dopiero co rozkwitłych, półnagich i pokłutych kolczykami ciał naznaczonych tatuażami współczesności, tak naprawdę poczułem w sobie zew młodości i nieposkromiony głód istnienia. Znów miałem przed sobą nieograniczony bezmiar czasu i wszystkie możliwości stały przede mną otworem. A przy tym K. była taka młoda i piękna, powabna i niezniszczalna jak odwieczny archetyp miłości, seksu i ludzkiego ciepła. Kochałem ją i jakoś też kochałem wszystkich innych w tej dyskotece, również dlatego, że już zaczynały działać te ecstasy, które pół godziny wcześniej wzięliśmy z K. w dyskotekowej toalecie. Wypełniały mnie Miłość i Pokój.

 -Jak ci się tu podoba- zapytała K. w pewnym momencie, gdy ekstatycznie gięliśmy nasze postaci na zatłoczonym parkiecie.

 -Cool- odparłem wniebowzięty. -A tobie, baby?

 -Niesamowicie cool- powiedziała z rozanieloną miną. Przytuliła się do mnie.  

 KRZYŻ

 Ale to było później, o wiele później, dopiero po tym, oczywiście, jak poznałem K. Do tego czasu natomiast moje życie więdło, traciło kolory i nabierało owej przeźroczystej bladości charakterystycznej dla cery ludzi dotkniętych anemią, a na wszystkim kładł się ciężki całun melancholii i dusił świeżo-zielone kiełki jakiejkolwiek radości. Albo nie przydarzało mi się zupełnie nic, albo były to zwykłe, nijakie czy też co najwyżej denerwujące rzeczy. Puste i nieodwołalnie następujące po sobie dni nie różniły się w niczym jedne od drugich, a bezbarwną i rozwodnioną bezczynnością tkankę niekończących się minut i godzin wspomagała jeszcze zaokienna, późnojesienna szaruga, która tygodniami po brzegi wypełniała miasto lepką i beznadziejną substancją wilgoci. Przebieg mego dnia w owym czasie wyglądał mniej więcej tak: budziłem się w mym pustym łóżku, wstawałem ociężały i zniechęcony, zapalałem pierwszego porannego papierosa, szedłem do kuchni, załączałem ekspres do kawy, szedłem do łazienki, spoglądałem w mą wymiętą, zmęczoną twarz odbitą w lustrze, szczerzyłem do siebie pożółkłe zęby, dłonią przeczesywałem tłuste włosy, z których sypał się łupież, wyciskałem wągry na czole, potem, ponownie w kuchni, drapałem się po tyłku, zapalałem następnego papierosa i nalewając sobie kawy do kubka, spoglądałem w okno. Jak zwykle padało.

 Czy takie życie miało jeszcze jakikolwiek sens?

 Jednego z takich właśnie dni siedziałem na kanapie i pozwalałem długim kadencjom czasu przemijać bezczynnie z jednego końca wieczności na drugi. Myśl o załączeniu telewizora albo otwarciu gazety napawała mnie wstrętem, a książek już od kilku lat nie czytałem, obrażony za to, że moich własnych nie chciano drukować. By nie zwariować i jakoś otrząsnąć z siebie stagnację ducha i ciała, postanowiłem wykonać kilka trywialnych czynności odnoszących się do banalnych, prozaicznych wymogów codzienności. Postanowiłem odkurzyć podłogi w mieszkaniu. -Ruch dobrze mi zrobi- pomyślałem. Tak też uczyniłem. Wodziłem ssawką odkurzacza po dywanie, zastanawiając się nad znaczeniem tej czynności, która z chwili na chwilę traciła jakikolwiek sens w obliczu faktu, że po kilku zaledwie dniach trzeba ją będzie znowu powtórzyć. Zastanawiałem się usilnie, dlaczego w życiu tak jest, że nie wystarczy odkurzyć jeden jedyny raz i na zawsze, dlaczego nie wystarczy jeden jedyny raz umyć zęby, naczynia, pościelić łóżko itp., tylko ciągle trzeba robić to na nowo, lecz nie udało mi się znaleźć zadowalającej odpowiedzi. Zrezygnowany odłożyłem odkurzacz na miejsce i zająłem się czymś ciekawszym, czymś, co miało charakter polowania albo zbieractwa; przeszukałem szpary między siedzeniem a oparciami kanapy, na której spędzałem większość mego dorosłego życia. Znalazłem tam kilka przedmiotów, których kiedyś bezskutecznie szukałem: długopisy, nożyczki, grzebień, kilka zapalniczek, damskie majtki, dwa biustonosze, nawet kilka cukierków z dawno przeterminowaną datą przydatności do spożycia. -No proszę!- powiedziałem, przyglądając się tym znaleziskom. A gdy odsunąłem kanapę nieco od ściany, ujrzałem za nią na podłodze skulonego człowieka z nogami podciągniętymi pod brodę i ramionami skrzyżowanymi na piersiach.

 -Kim pan jest?- zapytałem zupełnie zaskoczony.

 -Jestem nierobem- odparł mężczyzna i podniósł na mnie nieco mętny wzrok.

 -Ach tak- odrzekłem. -I jak długo już mieszka pan za moją kanapą?

 -Od jakichś 2 lat- odparł mężczyzna i pociągnął łyka wina owocowego konserwowanego przy pomocy dwutlenku siarki z butelki, którą wyjął spod pachy. -Tutaj jest ciepło, a do jedzenia nie potrzebuję dużo- wyjaśnił, pociągając kolejny łyk z butelki. -Nawiasem mówiąc, pańskie książki są strasznie interesujące i często...

 -Już dobrze- przerwałem mu obcesowo i zasunąłem kanapę z powrotem do ściany. Nie miałem ochoty wdawać się w tego rodzaju dyskusje. Poza tym facet wyglądał okropnie i śmierdział. Z drugiej jednak strony, jakoś nie miałem serca, by wyrzucić go na ulicę. Na dworze było okropnie zimno.

 Zasunąłem więc kanapę na powrót do ściany i usiadłem na niej. Siedziałem tak jakiś czas bezczynnie, czując, jak znów owłada mną duch marazmu i inercji. Wtedy ktoś zadzwonił do drzwi. Kiedy je otworzyłem, ujrzałem na progu dwóch mężczyzn. Jeszcze nigdy nie widziałem, by dwaj mężczyźni stojący jeden obok drugiego tak diametralnie się od siebie różnili. Jeden był wysoki, chudy, a jego głowę porastała gęsta acz równo przycięta i wypielęgnowana czupryna, wskutek czego ten drugi był mały, gruby i łysy. Jedyne co ich w jakiś sposób łączyło, to były ich jednolicie czarne garnitury, w które byli odziani i głupio-przymilne uśmiechy na ich gładko ogolonych i przepojonych merkantylizmem twarzach, po których od razu poznałem, że to domokrążcy. Ten wysoki i chudy trzymał w ramionach ogromny, drewniany krzyż.

 -Idioci. Po co mi krzyż i do tego taki duży? Czyż nie dźwigam własnego krzyża, który już i tak jest dostatecznie ciężki?- pomyślałem, postanawiając od razu, że go nie kupię.

Ale oni nie chcieli mi tego krzyża wcale sprzedawać. Powiedzieli, że jeżeli pozwolę im się ukrzyżować i wytrzymam na tym krzyżu bez przerwy następnych trzydzieści lat, otrzymam 350000 złotych, do tego premię, do tego obniżkę podatku od wzbogacenia i do tego jeszcze darmową kartę roczną na przejazdy wszystkimi środkami lokomocji w obrębie całego województwa. Gdy to mówili, idiotyczne, głupio-przymilne uśmiechy nie schodziły z ich twarzy. Bez słowa zatrzasnąłem im drzwi przed nosem i wróciłem do siedzenia na kanapie. Zapaliłem papierosa i otworzyłem puszkę piwa.

 -Durnie- pomyślałem nieco rozeźlony. -Trzydzieści lat, podczas gdy ja nie wiem, co mam począć z następnym dniem!

Siedziałem jeszcze jakiś czas na kanapie, ale nic więcej się nie działo, więc poszedłem spać. Lecz nawet w głębokim uśpieniu memu znękanemu umysłowi nie było dane zaznać ukojenia. Jak zwykle. Jeśli nie dręczyła go rzeczywistość, to gnębiły go intensywne sny, z których jeden właśnie teraz go nawiedził:

 Stoję na tym małym, obskurnym dworcu w M., trzymając babkę za rękę i rozglądam się wokół niespokojny, podniecony czekającą mnie podróżą. Smutek i prowincjalizm dworcowej architektury jeszcze nie mają do mnie dostępu (dopiero później doświadczę, że wszystkie małe dworce są obskurne i napawają mnie smutkiem i poczuciem zapomnienia). W mym krótkim życiu nie ma jeszcze przeszłości, czas jest wieczny i niepodzielny, istnieje tylko teraźniejszość, która się permanentnie rozgrywa i pełna jest przygód. Wszystko jest możliwe i tajemnicze. Jeszcze nie istnieje śmierć. Jakiś pijany facet zatacza się po peronie, mamrocze coś do siebie, bełkotliwym głosem wyzywa na jakiegoś Gomułkę. Nie wiem jeszcze, co te słowa znaczą i kto to jest ten Gomułka. Babka ściska mocno moją rękę. Na stację wjeżdża pociąg ciągnięty przez ogromną, ociekającą wodą i smarem czarną lokomotywę, którą spowijają kłęby mlecznobiałej pary.

 Wsiadamy, ja siadam przy oknie, jakiś mężczyzna pomaga babce włożyć walizkę na półkę. Dwie obładowane tobołami kobiety upychają ich podróżny dobytek na półkach i pod siedzeniami, sadowią się na wolnych miejscach naprzeciw nas. Po chwili mężczyzna rozpościera gazetę na kolanach i czyta. Kobiety są jakieś takie rozłożyste, wielkie, mają ogromne, jędrne piersi, i od razu zaczynają rozmowę. Wreszcie rozlega się gwizdek konduktora i pociąg rusza. Mężczyzna spogląda sponad gazety na powoli odjeżdżający peron. Babka wyjmuje z podróżnej torby książkę z obrazkami do malowania. Wesołe postaci, zwierzęta, drzewa, niebo rysuję na niebiesko, mężczyzna pochylony nad gazetą czyta, wielkopierśne kobiety rozmawiają o swych dzieciach, mężach, chorobach, liście drzew wypełniam zieloną kredką. Mężczyzna od czasu do czasu spogląda chwilę znad gazety, przysłuchuje się, jakby chciał coś powiedzieć, włączyć się do rozmowy, ale za każdym razem rezygnuje i ponownie zatapia się w czytaniu. Jakiś czas tak to trwa, babka robi na drutach, skarpetę albo szalik, wciąga się do rozmowy: ma dużo do powiedzenia o mężach, dzieciach, chorobach. Skończyłem już trzy obrazki i babka pokazuje je tym z wielkimi biustami. -O, jak ładnie- mówią na krawędzi prowadzonej rozmowy, uśmiechając się. Ta po lewej ma dwa złote zęby. Po pewnym czasie czuję się znudzony siedzeniem, malowaniem, monotonią podróży.

 -Chcesz bułkę?- pyta babka zajęta robótką i rozmową.

 -Tak- mówię.

 Babka wyjmuje bułkę z serem, serek topiony, jem, nie wiem jeszcze, że bułki z serkiem topionym już nigdy nie będą tak smakować. Nagle otwierają się drzwi i do przedziału wchodzi konduktor.

 -Bilety proszę!

 Znużona, lekko nabrzmiała i zaczerwieniona twarz, jakby nie chciała być tu i teraz. Wszystko na nim wygląda zmęczone: czapka, mundur, zwłaszcza biała, zmięta koszula. Wszyscy pokazują bilety. Konduktor wychodzi i coś z jego zmęczenia pozostaje w przedziale, zalega w powietrzu, nadaje ton prowadzonym rozmowom. Zapada zmrok. Książka do malowania przestaje mnie już zupełnie interesować. Farby tracą czystość, rozmazują się, podobnie jak twarze. Potem na dworze robi się zupełnie ciemno i światło w przedziale mętnieje, zalega jak nadmiar wody w kałużach po deszczu. Wszystko to dzieje się dalej. Nastrój w przedziale robi się senny. Mężczyzna drzemie, gazeta wypadła mu z rąk na podłogę, rozmowa kobiet utyka pojedynczymi słowami. Babka, wygrawszy przetarg na opowieści o mężach, dzieciach i chorobach, robi dalej na drutach pogrążona w myślach. Zaczyna padać deszcz. Światło w przedziale nie rozjaśnia, wręcz przeciwnie, podkreśla tylko zaokienną ciemność. Mijają chwile, które niczego nie zmieniają. Może pociąg wcale już nie jedzie, może stoi w miejscu, odstawiony na boczny tor i tylko świat za oknami przesuwa się coraz dalej w przeszłość.

 Młoda konduktorka wchodzi do przedziału. Ładna, długie blond włosy, dobrze wygląda w mundurze, wnosi trochę świeżości.

 -Bilety proszę- mówi miękkim, sympatycznym głosem.

 Spoglądam na babkę, ale to miejsce jest puste. Babka zmarła przed ponad dwudziestu laty i ciągle jeszcze nie żyje. W teraźniejszości i w mej pamięci.

 -Jeszcze jedna śmierć, jeszcze jedno puste miejsce- myślę, podając konduktorce bilet. Bilet do nikąd. Zapalam papierosa. Czuję się nagle cholernie znużony. Nie mam nawet siły, żeby wyobrazić sobie, jak byłoby z nią w łóżku, z tą konduktorką, która wychodzi i którą zapominam na najbliższych kilkanaście lat. Spoglądam na babkę, która właśnie ssie cukierka. Babka ma zawsze cukierki w torebce, jakkolwiek jest chora na cukrzycę i lekarz zabronił jej słodyczy.

 -Chcesz też?- pyta babka sponad robótki, tej skarpety albo szalika, którego już nigdy nie skończy. Uśmiecha się. Oczywiście, że chcę. Biorę od razu dwa. Landrynki. Nie wiem jeszcze, że landrynki już nigdy nie będą tak smakować. Światło w przedziale mętnieje jeszcze bardziej, przygniata. Cienkie strugi deszczu płyną ukośnie po szybie, w której odbija się nasz przedział: widzę siebie, babkę, te dwie wielkopierśne kobiety, tego faceta z gazetą, w strugach deszczu, uwięzionych w przeszłości. Czuję się jak więzień. Wiem już teraz, że nigdy do tej wsi nie przyjedziemy, tak jak wiem, że ten pociąg nigdy i nigdzie nie zakończy biegu. Twarze podróżnych znam już na pamięć, do końca mego życia. Rozmowy umarły. Czas stanął.

 Na pustym siedzeniu obok mnie leży gazeta. Próbuję czytać. Polityka, reklamy, prominencja, gospodarka, skandale, nagie kobiety, ofiary wypadków, plotki. Wszystko zaledwie sprzed kilkunastu godzin i teraz już bez znaczenia, obojętne jak papier, na którym jest wydrukowane. Ten cały krzyk i krew milknie i krzepnie jeszcze zanim wyjdzie następny numer: ogłoszenia i skandale przestają być aktualne, bzdurne wydarzenia ustępują miejsca nowym bzdurnym wydarzeniom, nagie standardowe kobiety zastąpione zostają takimi samymi nagimi standardowymi kobietami. I cały ten wyblakły, papierowy świat ląduje na śmietniku umykającej codzienności. Odkładam gazetę i opieram głowę na ramieniu babki. Próbuję spać. Zamykam oczy, które jeszcze jakiś czas pełne są mętnego światła i skostniałego czasu. Dopiero po chwili robi się ciemno pod powiekami i wtedy pojawiają się jakieś majaki, jakieś postaci, bezimienne twarze, sytuacje, które nie rozgrywają się do końca. Budzę się. Mam wrażenie, że nie upłynęła nawet minuta. Spoglądam na babkę, ale widzę jedynie moją zmęczoną twarz odbitą w szybie. Rozglądam się po pustym przedziale i próbuję odgadnąć, gdzie jestem i co tutaj robię. Zrezygnowany zapalam papierosa.  

 Wreszcie kiedyś, po tej długiej walce z czasem, mętnym światłem i drogą nadchodzi nasza stacja. Tylko niewielu pasażerów tutaj wysiada. Wychodzę jako ostatni na mokry peron. Już z daleka spostrzegam wujka Janka, brata babki, który zawsze odbiera nas ze stacji. Obejmujemy się, patrzymy na siebie zdziwieni zmianami, jakie czas na nas poczynił: jego głowa jest kompletnie siwa i jakby zmalał od tamtego czasu, gdy widziałem go po raz ostatni.

 -To już tyle lat. Zmieniłeś się.

 -Tak- mówię. -Co słychać? Wszyscy zdrowi?

 Idziemy w stronę wyjścia po mokrym peronie, który smutno i beznadziejnie błyszczy w półmroku. Odwracam głowę w stronę odjeżdżającego pociągu, który wiezie babkę w długą, nieskończenie długą podróż.

 Gdy już na dobre się obudziłem, stwierdziłem, że znowu jestem tu i teraz, choć nie od razu wiedziałem, gdzie i kiedy to jest. 

 PRZED I PO 

 Zanim poznałem K. zwykłem był... Ach! Tak! Me życie dzieliło się na przed K. i na po K. Zresztą takie egzystencjalne cezury wyznaczane spotkaniami z ludźmi, którzy zmieniali bieg życia i koleje losu tego, kto ich spotkał, nie są czymś rzadkim. Maria Magdalena spotkała na drodze swego życia Jezusa, Ray Manzarek spotkał Jima Morrisona, Paul McCartney spotkał Johna Lennona, pan Bogusław Kaczyński spotkał Monikę Callas itd. Tylko że w moim wypadku pozytywne konsekwencje wynikłe ze spotkania K. nie miały trwałego charakteru. K. odeszła po kilku zaledwie miesiącach i me życie powróciło do siedzenia na kanapie i przeżuwania jałowych godzin. Tak, jak przedtem. Nie stałem się na trwałe dobrym, cnotliwym człowiekiem, nie założyłem wiekopomnego zespołu bigbitowego albo rockowego, nie perorowałem godzinami w telewizji o moich operowych fascynacjach i spotkaniach z operowymi diwami, nie pisałem przynudnawych wprawdzie, ale za to jakże pouczających biografii o wielkich i małych śpiewaczkach operowych i operetkowych, które wydano w łącznym nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy. Niestety. Wręcz przeciwnie. Dwadzieścia jeden powieści dla młodzieży skazanych na milczenie spoczywały ukryte głęboko w pawlaczu nad drzwiami do sypialni po prawej stronie jak się patrzy z przedpokoju, stojąc tyłem do kuchennych drzwi, obok od wieków już niesłuchanych płyt długogrających z piosenkami Framerów, Połomskiego, Karela Gotta i Tercetu Egzotycznego, taśm magnetofonowych z wszystkimi przemówieniami Fidela Castro, Ericha Honeckera i Edwarda Gierka, dzieł zebranych Jerzego Putramenta z nierozciętymi jeszcze do tej pory stronicami, kilku zbiorów poezji partyjnej i miłosnej najwybitniejszych poetów doby polskiego socrealizmu oraz kilku albumów pełnych rodzinnych zdjęć, z których patrzyły pożółkłe twarze formowane rzeczywistością polskiej prowincji i jeszcze całego mnóstwa tym podobnych rzeczy, które wiodły beznadziejnie minioną i beznadziejnie zapomnianą egzystencję w mroku pawlaczowego wnętrza. Co im się, być może, słusznie należało.

 Im tak, ale przecież nie moim powieściom!!!  

 PANI BRANICKA 

 Któregoś dnia wieczorem, znużony w końcu wielotygodniowym siedzeniem w domu, postanowiłem pójść na długi spacer. W klatce schodowej spotkałem moją sąsiadkę z trzeciego piętra, panią Branicką, która akurat znosiła na dół starą lampę z podartym abażurem i jakiś zwinięty w rulonik bieżnik albo dywanik.

 -Dobry wieczór- powiedziałem.

 -Dobry wieczór, sąsiedzie- odparła pani Branicka.

 -Wyprowadza się pani?- zażartowałem.

 -Nie- uśmiechnęła się. -Wystawiam starocie na śmietnik. Znowu tyle się tego nazbierało. A pan nic nie ma do wyrzucenia?

 -Teraz nie. Wyrzuciłem w zeszłym miesiącu.

 -No tak, no tak- powiedziała ze zrozumieniem pani Branicka.

 Wyprzedziłem ją po schodach w dół i zajrzałem do skrzynki na listy. Zapchana była reklamami. Jak zwykle oferowano mi przedłużenie penisa, powiększenie biustu, podciągnięcie skóry na twarzy i wypełnienie warg silikonem, odciągnięcie tłuszczu, przedłużenie nóg, pomniejszenie głowy, powiększenie oczu i wydłużenie języka, pokrycie skóry modnymi tatuażami, sklonowanie mnie jako kobiety itd. itd., a wszystko okazyjnie po obniżonych cenach w ramach jesiennej promocji.

 Oczywiście wyrzuciłem te wszystkie oferty do stojącego obok skrzynek na listy pojemnika na śmieci, który już po brzegi wypełniony był reklamami. Zawsze tak robiłem. Jednak muszę przyznać, że do skrzynki na listy ciągle jeszcze zaglądałem z ciekawością, mimo iż wieloletnie doświadczenie mówiło mi, że poza reklamą i rachunkami do zapłacenia nic innego tam nie znajdę. Choć już dawno pożegnałem się z nadzieją, że któraś z moich dwudziestu jeden powieści dla młodzieży kiedykolwiek ujrzy światło dzienne, to jednak ciągle jeszcze, otwierając skrzynkę na listy, jakoś bezwiednie szukałem listu z wydawnictwa, które zawiadamiało mnie o przyjęciu tej czy innej powieści do druku.

 No cóż, siła przyzwyczajenia. Kiedy wyszedłem z domu, zauważyłem kupę przedmiotów piętrzących się na chodniku przed wejściem. Domyśliłem się, że to pani Branicka te rzeczy tutaj wystawiła. Była wśród nich stara, pęknięta umywalka, plastikowy łabędź z połamanym dziobem, sztuczna choinka obwieszona w większości potłuczonymi bombkami, porcelanowa lalka bez lewej nogi, złamany taboret, wielki garnek z dziurą w dnie i urwanym uchwytem... Chciałem pójść dalej, kiedy z głębi klatki schodowej usłyszałem wołanie:

 -Sąsiedzie, czy mógłby mi pan pomóc!?

 Zawróciłem i wszedłem po schodach na górę. Pani Branicka stała na drugim piętrze, dysząc z wysiłku. Obok niej na schodach leżały zakurzone zwłoki mężczyzny.

 -To jest Włodzimierz, mój mąż- powiedziała pani Branicka jakby mimochodem, wytrzepując ręce z kurzu. -Zmarł przed trzydziestu pięciu laty. Proszę chwycić tam, przy nogach.

 Zrobiłem, jak mi poleciła. Stary Branicki był słusznego wzrostu i słusznej wagi, tak że znosząc go na dół, musieliśmy co chwilę odpoczywać. Ale wreszcie wytaszczyliśmy go na ulicę i wrzucili na tę kupę rzeczy zużytych i niepotrzebnych, które nazajutrz śmieciarki wywiozą na centralne wysypisko śmieci. Na koniec pomogłem jeszcze pani Branickiej znosić na śmietnik jej samotność. Miała tego całe sterty w mieszkaniu. 

 CZEKANIE 

 Siedziałem w domu (czyż po odejściu K. nie było to mym głównym, by nie rzec, jedynym zajęciem?) i rozmyślałem właśnie o tym, że oddawanie moczu jest dla mężczyzn czynnością o niemałym, jeżeli nawet tylko symbolicznym, znaczeniu, o wiele większym w każdym razie niż ma to miejsce u kobiet.

 -Jeżeli dla kobiet- myślałem- jest to jedynie zwykły, fizjologiczny akt, o tyle u mężczyzn wciąż jeszcze pełni on w jakiś sposób tę samą funkcję jak u wielu gatunków ssaków, których samce używają tej substancji do markowania terenu. Jak na przykład wtedy, gdy chcemy wysikać się na mieście. Oczywiście na ogół jest tak, że w pobliżu nie ma żadnej publicznej toalety, a do toalety w pobliskiej restauracji nie chcemy wchodzić, by nie ryzykować dobitnych spojrzeń kelnerów i kelnerek dających nam do zrozumienia, że sikanie dozwolone jest tylko do konsumpcji. Więc szukamy gdzieś w pobliżu jakiejś małej uliczki, zaułka, do którego wpadamy z pośpiechem, z trudem już tylko utrzymując napór zawartości w pęcherzu, rozglądamy się jeszcze wokół, żeby się upewnić, stwierdzamy, że nikogo nie ma, -w porządku- myślimy i odpinamy rozporek. Ale możemy być pewni, że gdy tylko pierwszy strumień dotknie fasady domu, zza pobliskiego rogu wyjdzie kobieta, matka z córką, dziadek z wnuczką, staruszka, koleżanki-nierozłączki wracające ze szkoły, grupka zakonnic albo przynajmniej chłopak z dziewczyną, którzy nieodwołalnie w tym właśnie momencie i tą właśnie uliczką muszą przechodzić. Wtedy przerywamy gwałtownie i chowamy go spiesznie do rozporka, plamiąc sobie przy tym spodnie i palce.Tak to właśnie zawsze jest, a jeśli istnieje ktoś, kto w tym względzie zrobił inne doświadczenia, to bardzo proszę o kontakt.  

 Przypomniało mi się, jak kiedyś, zaraz na początku naszej znajomości gdy jeszcze nie mieszkaliśmy razem, umówiłem się z K. we wtorek o siedemnastej na dworcu głównym przy wejściu. Czekałem. Dziesięć po piątej jeszcze jej nie było, ale pocieszałem się myślą, że pociąg, którym miała przyjechać, zapewne ma spóźnienie, gdyż coś takiego zdarza się i to nawet dosyć często. Zadziwiająco często. Czekałem więc cierpliwie dalej, tylko że już wtedy bardzo chciało mi się sikać. Ciśnienie w pęcherzu rosło coraz bardziej, wielka wskazówka dworcowego zegara właśnie wkroczyła w obszar drugiego kwadransa, ale K. wciąż nie było. Kłopotliwa wielce sytuacja, bo jak tu teraz pójść do toalety? A jeśli w tym czasie właśnie przyjdzie i stwierdzi, że mnie nie ma, pomyśli, że w ogóle nie przyszedłem i pójdzie sobie? Dwadzieścia po piątej wciąż jeszcze jej nie było, i teraz już naprawdę czułem się rozczarowany, nawet bardzo, mniej więcej tak jak wtedy, gdy na Gwiazdkę zamiast wymarzonej kolejki elektrycznej dostałem czekoladę z orzechami i książeczkę z wierszami Marii Konopnickiej pt. Jaś nie doczekał. Zaczynałem być zły na rodziców za tę Gwiazdkę wtedy i jeszcze za parę innych rzeczy, które zrobili, jak i za te, których nie zrobili. Na przykład przypomniało mi się, jak mama wyrzuciła na śmietnik podarowaną mi przez kuzyna piłkę do rugby, bo myślała, że ta piłka zdeformowała się, leżąc jakiś czas w pobliżu kaloryfera. Nikt takiej piłki na tym peerelowskim osiedlu przedtem ani potem nie miał!

 O piątej dwadzieścia pięć ciśnienie w pęcherzu robiło się nie do zniesienia, a K. wciąż jeszcze nie było. W tym momencie pomyślałem, że może nie powinienem był pić tyle piwa bezpośrednio przed spotkaniem, ale już naturalnie było za późno, by tego piwa nie pić, i pięć dalszych minut później pogodziłem się z myślą, by opuścić stanowisko i pójść do toalety. Lecz wtedy ogarnęła mnie złość na myśl, że w tej dworcowej toalecie sikanie kosztuje 2 złote, a do tego przypomniałem sobie babkę klozetową, podstarzałą kobiecinę wiejskiej proweniencji, która tam kasuje pieniądze i dba o porządek, tę starą, wysuszoną wiedźmę, która zawsze tak patrzy, jakby mówiła: "mężczyźni to świnie" (jest jakaś rażąca nieprawidłowość w fakcie, że sikanie mężczyzn w toaletach publicznych zawsze nadzorują kobiety), a do tego ci wszyscy pasażerowie, którzy właśnie tłumnie przechodzili obok mnie, wszystko to wkurzało mnie teraz, ponieważ teraz w ogóle wszystko mnie wkurzało z powodu nieznośnego ciśnienia w pęcherzu, z powodu tej nieudanej Gwiazdki przed trzydziestu kilku laty, tej piłki do rugby i nie dającego zanegować się faktu, że K. nie przyjechała, teraz, o piątej trzydzieści było to już pewne, bo żaden pociąg na świecie nie spóźnia się o pół godziny. Żaden!

 Więc postanowiłem, że nie pójdę do tej dworcowej toalety i w wyobraźni ujrzałem, jak ciśnienie w pęcherzu przebiera miarą i pękam z hukiem i to wygląda tak: wszyscy ci spieszący ludzie spryskani moją krwią, moje organy walają się po dworcowej posadce, tu wątroba, tam nerki, moje serce pod stopami tłumu, a K. nie przyszła!  

 KSIĘŻNICZKA DINA

 Załączyłem telewizor. Właśnie leciał program, którego tematem był roztrząsany od kilku dni we wszystkich mediach na świecie skandal w królewskiej rodzinie. Otóż jednemu z dziennikarzy udało się po miesiącach czatowania w okolicach królewskiego pałacu zrobić zdjęcie księżniczki Diny siedzącej na muszli klozetowej. Na zdjęciu tym wyraźnie było widać, że pochwa księżniczki Diny jest ze złota. Oczywiście zdjęcie to stało się natychmiast przedmiotem rozlicznych, zażartych sporów i szczegółowych analiz i wzbudziło nie lada sensację, większą nawet niż mające miejsce w tym samym czasie trzęsienie ziemi w Azji Wschodniej, w którym zginęło 30 tysięcy ludzi.

 Trzeba tutaj zaznaczyć, że księżniczka Dina była ulubieńcem świata: jako człowiek uosabiała wszystko, co czyste, dobre, skromne, sympatyczne i piękne, a jako osoba urzędowa, reprezentująca swych poddanych w życiu publicznym królestwa i na arenie międzynarodowej, była personifikacją political correctness w najlepszym tego pojęcia znaczeniu. I teraz coś takiego! Taka skaza, rysa, uszczerbek na godności!

 Ekran wypełniło zbliżenie fotografii, na której przedstawiona była księżniczka Dina siedząca na muszli klozetowej. Jej twarz przekreślona czarną belką (-przesłonięcie twarzy jest konieczne ze względu na ochronę tożsamości- wyjaśniła widzom redaktorka), jej pochwa rzeczywiście wyglądała, jakby była ze złota. Cięcie i kamera zbliżyła twarz rzecznika prasowego Królewskiej Rodziny.

 -Czy to zdjęcie naprawdę przedstawia księżniczkę Dinę?- zapytała prowadząca program redaktorka.

 -Absolutnie niemożliwe- stwierdził rzecznik. -To ewidentny fotomontaż.

 -Ale ów dziennikarz, który to zdjęcie wykonał, zaświadcza notarialnie, że zrobił je osobiście i że zdjęcie jest autentyczne- kontynuowała redaktorka.

-To ewidentne kłamstwo- powiedział rzecznik.

 -Proszę pana- zagaiła redaktorka nieustępliwie- mam tutaj poświadczenie autentyczności tej fotografii wystawione przez Niezależny Instytut Analiz Mikrojądrowych w Hamburgu, gdzie zdjęcie to poddane zostało szczegółowym analizom.

 -Potwarz, sprzsiężenie- skomentował rzecznik prasowy.

 -Co za bzdury- skonstatowałem rozeźlony. Przełączyłem na inny kanał, ale tam było to samo, więc przełączyłem na następne, ale na innych też leciały dyskusje na temat księżniczki Diny. Szczerze mówiąc, nie lubiłem księżniczki Diny i jej losy obchodziły mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Uważałem, że jest zwykłą, przeciętną kobietą, taką, za którą nie odwróciłbym się na ulicy, a gdybym się pewnego ranka obudził i stwierdził, że leży u mego boku, wyrzuciłbym ją z łóżka. Choć właściwie nie tyle nie lubiłem jej, ile mentalności mediów, które z tej przeciętnej kobiety robiły jakąś nadzwyczajną istotę.

 Wreszcie zrezygnowany przełączyłem na TV Polonia, ale tam natknąłem się na 1976 odcinek serialu Plebania.

 -Niech to wszyscy diabli- wyrzuciłem z siebie, zgasiłem telewizor i poszedłem spać.

 I wtedy miałem ten dziwny sen, który, jak zwykle, nawiązywał do czasów mej młodości:

 Wczesnym rankiem wybieram się na ryby, jest jeszcze ciemno, kiedy wyjeżdżam. Nad rzekę docieram późnym świtem. Śpiewają ptaki. Jest pełnia lata. Wzdłuż brzegu rzeki zwieszają się niczym bezwładne ramiona długoletnich robotnic gałęzie wierzb, nabrzeże wyścielone jest gładkimi jak łysiny prezesów kamieniami. Momentami wydaje mi się nawet, że stąpam po głowach. Idę wzdłuż rzeki, szukając dogodnego stanowiska. W którymś miejscu natykam się na łowiącego wędkarza.

 -Biorą?- pytam.

 -A wie pan, że nawet tak- mówi wędkarz.

 -A na co?

 -Ja łowię na wątrobę- odpowiada zdecydowanie, jakby to była jedyna skuteczna przynęta.

 -A na nerki?- dopytuję.

 -Nie bardzo- odpowiada wędkarz, wpatrując się w spławik. -Już lepiej na płuca albo oczy.

 Chwilę milczymy. Rzeka toczy się wolno, unosząc coraz dalej spławik, który obaj śledzimy spojrzeniami.

 -Nieźle byłoby na wargi- wtrącam w tę ciszę.

 -Ba!- wzdycha wędkarz, szukając czegoś w torbie. -To świetna przynęta, ale skąd ją wziąć?

 Rzeczywiście. Wargi to rarytas, który można dostać tylko spod lady i do tego za dewizy.

 -No to powodzenia- mówię, rezygnując z dalszej dyskusji i ruszam dalej.

 Idę z dużą nadzieją, ponieważ udało mi się zdobyć dwie pary warg, które mam w słoiku w torbie. 

 Wreszcie znajduję dogodne miejsce na zakręcie rzeki, która tutaj zwalnia bieg, a jej nurt staje się głębszy. Brzeg porośnięty jest gęsto leszczyną, co wprawdzie utrudnia zarzucanie, ale dobrze maskuje łowiącego. Rozkładam sprzęt i zakładam jedną z warg na haczyk. Ustawiam nie większy niż metrowy grunt i zarzucam. Spławik płynie spokojnie z prądem. Nawet nie zdążyłem zapalić papierosa, kiedy spławik znika pod wodą. Odczekuję krótką chwilę, po czym lekko, ale zdecydowanie zacinam. Żyłka wypręża się ze świstem, a wędzisko wygina się w łuk.

 -Oho- myślę uradowany, holując ostrożnie zdobycz do brzegu, -niezła sztuka.

 Niebawem nad powierzchnię wody wyłania się głowa prawie całkowicie porośnięta wodorostami i pokryta mułem. Wyciągam zdobycz na brzeg. Czyszczę ją z wodorostów i mułu. U moich stóp leży, ciężko dysząc, około osiemdziesięcioletni starzec. Po zważeniu i zmierzeniu okazuje się, że doskonale mieści się w przepisowej normie. Kiedy jednak chcę go włożyć do siatki, starzec przecząco kręci głową:

 -Wypuść mnie, a spełnię twoje trzy życzenia.

 -Zgłupiałeś albo co?- mówię, spoglądając podejrzliwie na jego przykurczoną postać.

 -No to dam ci dobrą radę- mówi starzec, próbując nowego fortelu. -Pracuj wytrwale, a osiągniesz wszystko czego chcesz.

 -Dobra, dobra, stary- bagatelizuję.

 Starzec przybiera hardą postawę, mierzy mnie groźnym spojrzeniem i mówi uroczyście, niemal krzycząc: -Jestem odznaczonym kombatantem, bohaterem drugiej wojny światowej!

 -Stul pysk, bo spłoszysz mi ryby- mówię i zaczynam wpychać go do siatki.

 Starzec opiera się, rozcapierza ręce i nogi. Okazuje się nadspodziewanie silny. W pewnym momencie rzuca się na mnie. Walę go pięścią w skroń. Starzec pada, ale nie traci przytomności, jak się mogłem tego po tak silnym ciosie spodziewać, lecz zaczyna krzyczeć bez związku: -Za ojczyznę, za naród i króla! Nie rzucim ziemi! Litwo, ojczyzno moja! Państwo bez stosów! Czterej pancerni i pies! Rejtan na sejmie! Stawka większa niż życie! Bóg, Honor, Ojcz...

 Drugi cios ogłusza go. Starzec przysiada na brzegu i spogląda błędnie dookoła. Teraz już bez trudu wkładam go do siatki, którą zanurzam w wodzie. Starzec usiłuje widocznie jeszcze coś mówić, bo przez chwilę na powierzchni wody, w miejscu gdzie zanurzona jest siatka, ukazują się pęcherzyki powietrza. Zapalam Sporta, zakładam drugą wargę i zarzucam ponownie wędkę. Siadam na składanym krzesełku. Słońce stoi już wysoko na niebie i wieje lekki wiatr, szumi leszczyna.

 Obudziłem się nagle, ale ciągle jeszcze jakoś trwałem w materii tego dziwnego snu, który tak mnie jakoś zmieszał, że przez chwilę nie wiedziałem gdzie i kim jestem. Dopiero po kilku minutach uświadomiłem sobie, że leżę w mym własnym łóżku i jestem starzejącym się niespełnionym autorem 21 powieści dla młodzieży, którego w dodatku niedawno opuściła największa miłość jego życia. Gdy sobie to uświadomiłem, stwierdziłem, że lepiej byłoby, gdybym się w ogóle nie obudził.  

 DŁUGI I SIWY 

 Pewnego razu, znękany wielotygodniową, dręczącą rozterką, którą spowodowało odejście K., postanowiłem polecieć do M., mego rodzinnego miasta na Śląsku, by odwiedzić rodziców. Zawsze mi to dobrze robiło. Wylądowałem w Katowicach i pojechałem autobusem do M. W drzwiach do klatki schodowej omal nie zderzyłem się z ciotką Trudą.

 -Jak ty wyglondosz?!- powiedziała ciotka Truda, która wcale nie była moją ciotką, tylko dominującą sąsiadką z klatki schodowej domu, w którym mieszkali moi rodzice. Ciotka Truda popluła na dłoń i przygładziła odstający kosmyk włosów na mojej głowie.Tak się wtedy robiło. Tak robiły wszystkie matki, babki i ciotki wobec ich synów i wnuków i wobec synów i wnuków ich znajomych. Albo pluły na chusteczki i wycierały nimi zabrudzenia na twarzach synów i wnuków. Ohydne.

 Wtedy w bramie sąsiedniego bloku zauważyłem Długiego i Siwego. Stali tam i palili papierosy, przyglądając się temu, co działo się wokół. Przed nimi na chodniku stała pusta butelka po czystej z czerwoną kartką. Wzruszenie ogarnęło mnie na ich widok i na widok tej butelki. Prawie nic się przez te wszystkie lata nie zmienili. Obaj, jak wtedy, mieli długie, choć nieco już przerzedzone włosy, te same, choć nieco wytarte, poszerzane u dołu dżinsy i takież dżinsowe kurtki. Byli towarzyszami mego dzieciństwa i młodości, a nie widziałem ich już jakieś dwadzieścia kilka lat. A może trzydzieści? Spiesznym krokiem podszedłem do nich.

 -Cześć- powiedziałem.

 -Cześć- powiedział Długi.

-Cześć- odparłem, ściskając mu dłoń.

 -Cześć- powiedział Siwy.

 -Cześć- powiedziałem do Siwego i uścisnąłem mu dłoń.

 -Jak leci?- zapytałem.

 -Jakoś leci- powiedział Długi.

 -Jakoś leci- powiedział Siwy.

 -A tobie?

 -Jakoś leci- odparłem.

 Nastąpiła krótka przerwa w wymianie zdań.

 -Zrobjymy flaszka?- zapytał po chwili Długi.

-No pewnie- odparłem.

 Dałem Siwemu pieniądze i ten jak wystrzelony z procy pobiegł do pobliskiego monopolowego. Nie minęła nawet minuta, gdy był z powrotem, wesoło trzymając w dłoni pół litra czystej. Otworzył butelkę i polał. Wypiliśmy.

 -I kajś to boł tak dugo?- zapytał Długi.

 Powiedziałem im, że prawie trzydzieści lat temu wyprowadziłem się stąd do W. i do teraz tam żyję.

 -I co, mosz tam lepij jak tu u nos?- zapytał Siwy.

 Nie umiałem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, więc odpowiedziałem wymijająco.

 Siwy polał ponownie. Za chwilę znowu. W miarę jak piliśmy, rozmowa robiła się coraz luźniejsza, żywsza i gorętsza, coraz bardziej rozwiązywały nam się języki, coraz więcej wspólnych wspomnień wydobywaliśmy z mrocznych zaułków pamięci na światło dzienne.

 -A pamiyntocie, jak wtedy...?- zaczynał Długi i opowiadał jakieś wydarzenie z naszej przeszłości.

 Albo:-A pamiyntocie, jak my roz po szkole...? zagajał Siwy.

 Czy też ja sam, dobywszy z pamięci jakieś zdarzenie albo osobę, mówiłem:-A pamiyntocie tego synka, co...?

 Obrazy przeszłości tłoczyły nam się w głowach, postarzali znajomi i przyjaciele rozsiani po świecie znów stawali się młodzi w naszych opowieściach, ożywały dawne, dobre czasy. Potem dałem Siwemu pieniądze i ten pobiegł po następne pół litra. Wrócił jeszcze szybciej niż za pierwszym razem. Polaliśmy, wypiliśmy, polaliśmy, wypiliśmy... Czułem, jak ogarnia mnie poczucie wiecznej błogości. Było tak, jak wtedy, przed laty, jak wtedy, gdy wydawało mi się, że zawsze tak już zostanie.

 Mój boże, o czym żeśmy tam nie rozmawiali: o dupie Marynie, o towarzyszu Gomułce (pseudonim “Wiesław") i towarzyszu Gierku, o Małym Fiacie 126 p, o winach owocowych, o Jacku i Agatce, o Żytniej, Bałtyckiej, o proletariuszach wszystkich krajów, o papierosach marki Sport i Mazury, o adapterze Bambino 2 i czterościeżkowym monofonicznym magnetofonie szpulowym Grundig ZK 140, o pochodach pierwszomajowych, melinach, w których kupowaliśmy wódkę w godzinach nocnych, o Jaruzelskim, gąsce Balbince, o kobietach, z którymi spaliśmy, o kobietach, z którymi chcieliśmy spać, ale nie spaliśmy, o polskiej gospodarce, o Niebiesko-Czarnych, Czerwono-Czarnych, Czerwonych Gitarach i No To Co, o Marksie, Engelsie i Bolku i Lolku, o Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, o serialu Czterej pancerni i pies, o Ludowym Wojsku Polskim, o margarynie Palma, o serialu Stawka większa niż życie, o polskiej klasie robotniczej, hucie Katowice, peweksowskich reklamówkach, o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, o pochodach pierwszomajowych, propagandzie sukcesu, o przodownikach pracy i ludziach dobrej roboty, o płynie do szorowania garnków Ludwik, o haśle ABY POLSKA ROSŁA W SIŁĘ A LUDZIE ŻYLI DOSTATNIEJ, o partiach ZSL i SD, o butelkach na zastaw i wielu, wielu innych rzeczach, sprawach i ludziach. Słowem niemal o wszystkim tym, co kształtowało moją osobowość w owych szczęśliwy czasach młodości.

 Pamiętałem jeszcze, jak dałem Siwemu pieniądze i ten przyniósł trzecie pół litra. Potem urwał mi się film. Obudziłem się w mieszkaniu rodziców z kompresem na głowie i wiadrem obok łóżka. Nie umiałem sobie przypomnieć, jak tam dotarłem, ale ojciec powiedział mi, że Długi i Siwy mnie przynieśli.

 -Nie zostawili starego kumpla w potrzebie- stwierdziłem z uznaniem.

 Po tygodniu pobytu u rodziców wróciłem jakoś do siebie i postanowiłem polecieć z powrotem do domu. Na lotnisku w Katowicach poszedłem do okienka.

 -Proszę?- zapytała panienka w okienku.

 -Jo by chcioł lecieć do W.- powiedziałem.

 Zacząłem wbrew woli mówić po Śląsku i nie mogłem się opanować. Często mi się to zdarzało, gdy wracałem z podróży do rodzinnych miejsc.

 -Proszę?- zapytała panienka, która najwidoczniej nie była ze Śląska.

 -Jo leca do W.- powiedziałem i pokazałem jej bilet.

 Wzięła bilet i zaczęła mu się przyglądać. Podałem jej dowód osobisty.

 -Proszę tutaj położyć bagaż.

 Położyłem bagaż na taśmę. Panienka przykleiła naklejkę wokół uchwytu walizki. I tak dalej.

 Przyleciawszy do W., nie udałem się prosto do domu, tylko wstąpiłem na kawę do jednej z lotniskowych kawiarni. Z miejsca przy stoliku mogłem widzieć lądujące i startujące samoloty. Zatopiony w myślach o K. i przyczynach jej odejścia zauważyłem na krawędzi świadomości, jak młodziutka, zgrabna kelnerka o azjatyckich rysach twarzy stanęła przy mnie z tacą w dłoni i uprzejmie pytającą miną.

 -Mocie kawa z ekspresa?- zapytałem.

 -Proszę?- odparła, pochylając się nieznacznie w moją stronę.

 -Jo by chcioł szklonka kawy- odparłem najwyraźniej jak tylko umiałem, co jednak nie zmieniło pytającego wyrazu jej twarzy.

 -Do You speak english?- zapytała kelnerka i pochyliła się jeszcze bardziej w moją stronę.

-Ja, jo godom po angelsku- odparłem. -Ale teroz ńy chca godać po angelsku, ino sie napić kawy z ekspresa.

 Kelnerka stała chwilę bezradnie, skonfundowana, lecz nic na to nie mogłem poradzić. Język podwórka, na którym rozegrały się moje wczesne lata, zdominował już nie po raz pierwszy zupełnie moją lingwistyczną świadomość.

 -Ach, tak- powiedziała w końcu i błysk zrozumienia rozjaśnił jej młodą, azjatycką twarz. -Coffee, yes, coffee.

 Potwierdziłem skinieniem głowy.

 Odwróciła się i poszła zrealizować zamówienie.

 Siedziałem więc, piłem kawę i patrzyłem na startujące i lądujące samoloty.

Przypomniało mi się, że dwa tygodnie temu powiedziano nam w pracy, iż w tym roku z powodu kryzysu finansowego nie dostaniemy dodatku urlopowego. Informacja ta wywołała ogromne niezadowolenie wśród kolegów i koleżanek, ale mnie pozostawiła obojętnym. Bo dokąd miałbym się udać, by spędzić urlop? Czyż w mym aktualnym stanie uczuciowym spowodowanym utratą K. mogły jeszcze nęcić mnie swym urokiem te nowe europejskie kolonie wypoczynku i rozrywki w południowej części naszego globu, do których leciała właśnie większość startujących przed mymi oczami samolotów? Owe urocze, malownicze, porosłe smukłymi palmami wysepki zagubione gdzieś pośród nieskończonego błękitu Pacyfiku, owe plaże z gorąco-żółtego i czystego jak kryształ piasku, na których wylegiwały się ponętne ciała spragnionych przygody turystek? Owe małe, przytulne, urocze kafejki, w których miejscowe dziewczyny o giętkich i smagłych ciałach pokrytych gładką, oliwkową skórą, z uwodzicielskimi uśmiechami, będącymi zapowiedzią gorących, szaleńczych nocy, serwowały kolorowe koktajle w oszronionych szklaneczkach z cienkiego szkła?  

 O, nie! Ja chciałem jedynie sycić się widokiem dookolnej, swojskiej rzeczywistości, w której wszystko przypominało mi drogą i jakże boleśnie utraconą K. Co najwyżej miałbym ochotę pojechać jesienią na pobliskie, bezlistne piachy Mazowsza, by przemierzać samotnie i bez celu smagane deszczem bezbrzeżne łąki i pastwiska pokryte szarobrązową zbutwiałą trawą. Co najwyżej miałbym ochotę zagubić się pośród szarej, posępnej architektury rodzimych blokowisk, której ponura metaforyka przypominała mi wiele śląskich miast i miasteczek, wśród których się wychowałem. Co najwyżej mógłbym błądzić zagubiony w myślach i w plątaninie W-skich ulic i przyglądać się kipiącym śmieciami kontenerom, słuchać rzewnego skrzypienia tramwajów na zakrętach lub patrzeć w nieruchome, zarośnięte i przepite twarze żebraków tak licznie wystających na rogach domów z butelkami taniego wina w dłoniach. Wreszcie co najwyżej mógłbym siedzieć zagubiony na brzegu jednej z głównych polskich rzek i kontemplować znikającą w dali i jesiennej mgle brudnoszarą wstęgę tejże, w której wodach wciąż jeszcze można wywoływać kolorowe filmy do aparatu. O, nie! Ja nie potrzebowałem do nikąd jeździć. To był właśnie mój nastrój, tutaj, na miejscu miałem pożywkę dla mego mrocznego romantyzmu.

 -Pieprzę wasz dodatek urlopowy. Możecie go sobie włożyć- zdecydowałem stanowczo, z przekonaniem. Wstałem, poszedłem do kelnerki, zapłaciłem za kawę i pojechałem do domu.  

 Bogdan 

 Było to krótko po tym, jak poznałem K.

 -Posłuchaj, stary. Mam świetny pomysł- powiedziałem.

 Bogdan spojrzał na mnie pytająco, ale nic nie powiedział. Nadal przebierał z niesamowitą prędkością po strunach swej nieodłącznej elektrycznej gitary.

 -Wymyśliłem coś, co można by opatentować i zarobić pieniądze.

 -No?- zapytał Bogdan skupiony wyłącznie na swej gitarze.

 -Patrz! Wymyśliłem skalę, przy pomocy której można mierzyć coolness.

 Nie zrobiło to na nim większego wrażenia.

 -Jak coolness?- zapytał obojętnie, jakbym mówił jakieś bzdety.

 -Patrz. Najmniejszą jednostką na tej skali jest clint, a cała skala składa się z dziesięciu clintów.

 Bogdan przestał grać i odłożył gitarę jak ktoś, kto wie, że okazywaniem obojętności nie zbędzie naprzykrzającego się rozmówcy.

 -A czemu clint? Co to, jakiś skrót?

 -No clint!- powiedziałem dobitnie. -Clint Eastwood!

 -A czemu on?

 -No bo to najcoolniejszy aktor ze wszystkich, jakich znam.

 -Acha.

 -No więc tak. Na tej skali można by mierzyć stopień coolności wszystkich tych słynnych aktorów, którzy dostają nagrody na różnych festiwalach filmowych włącznie z Oskarem.

 -No i co?

 -Człowieku! Wyobraź sobie tylko ogromną wielorakość możliwości zastosowania tej skali. Charts, listy rankingowe itd., wyobraź sobie codzienne doniesienia mediów o tym, który z aktorów w danej chwili znajduje się najwyżej na coolliście, a który spadł etc. Ludzie uwielbiają coś takiego.

 -No i co?

 -Szmal, człowieku! Przecież musieliby ode mnie kupić patent na tę skalę!

 Bogdan wziął gitarę i nie odzywając się więcej, zaczął grać Hey Joe Jimiego Hendrixa. Nie podobał mu się mój pomysł.  

 PIĘĆ MINUT

 Otóż w karierze każdego niespełnionego pisarza jest zawsze jakiś mały, choćby nieznaczny ale spełniony moment. Jakieś drobne spełnienie, które w momencie spełniania się robi wrażenie bycia dużym spełnieniem, bo wtedy wydaje się, że chwyciło, że teraz już poleci z górki, że sytuacja się zmieni i to teraz wydawcy będą stać w kolejce po utwory niespełnionego autora. Tak było oczywiście i u mnie. Miałem dwadzieścia parę lat i dom kultury w M. zorganizował mi wieczór poetycki z okazji dziestej rocznicy wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną (urodziłem i wychowałem się w kraju, w którym większość kulturalnych wydarzeń organizowana była z okazji i dla uczczenia). Do domu kultury nieoczekiwanie zwaliły się tłumy, tak że już po chwili ciasna salka nie mogła wszystkich pomieścić i ci, którzy przyszli później, musieli stać w korytarzu. To była moja wielka chwila. Andy Warhol powiedział kiedyś, że każdy ma swoje pięć minut w życiu. Poczułem, że to jest moje pięć minut, a nawet więcej, bo mój występ miał trwać 30 minut.

 Już jak tylko wyszedłem na scenę, która w rzeczywistości była jedynie małym podestem, tłum powitał mnie hucznymi owacjami. Nieco oślepiony stojącą na pulpicie nocną lampką spojrzałem z niejakim niepokojem po morzu ludzkich głów. Przełamując tremę, wyrecytowałem pierwszy wiersz pt. Dziewica z Sosnowca. Dostałem nadspodziewanie głośne i żywe owacje. Drugi wiersz pt. W szponach trzeciej zmiany recytowałem z już nieco mniejszą tremą, zachęcony serdecznym przyjęciem pierwszego tekstu. Po trzecim wierszu pt. Nocą przy obrabiarce lody po obu stronach pękły. Trema odeszła mnie zupełnie, a publiczność klaskała z zachwytem. Zachęcony i ośmielony tym gorącym przyjęciem recytowałem z radosnym podnieceniem dalsze wiersze.

 I tak w tej małej, wręcz niepozornej salce domu kultury zapoznałem miejscowych miłośników poezji z takimi moimi wierszami jak m. in.: Zjeżony włos przywódcy, Dziewięć i pół, Lokator starszej damy, Lot nad stalowym gniazdem, W Sieci MHD czy Dziewczyny z Ursusa. Z każdym kolejnym wierszem atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Czułem ich, miałem ich, poddali się bez reszty rytmowi mych trochejów, jambów, daktylów, łapali w lot podwójne znaczenie metonimii, paradoksalność oksymoronów, ironię hiperbol i przemyślność synekdoch, buńczuczność anakolutów i wyszukaną tkliwość erotycznej symboliki, nie były im obce rozterki podmiotu lirycznego, cel i przewrotność jego retorycznych pytań! Widziałem, czułem, jak bez problemów poruszają się po wszystkich poziomach mej liryki, która była wielopoziomowa i zawierała:

 1) poziom ukształtowania stylistycznego

 2) poziom ukształtowania wersyfikacyjnego,

 jak i 3) poziom budowy świata przedstawionego.

 Na koniec wyrecytowałem im Garaż miłości, W kolejce pożądania i Czekanie na dostawę. Atmosfera osiągnęła stopień wrzenia. Musiałem wielokrotnie bisować, a na scenę posypały się biustonosze i pluszowe maskotki: misie, koty, psy. Tłum szalał. Standing ovation.

 Na drugi dzień w lokalnej gazecie pojawiła się nawet recenzja jednego z moich wierszy wygłoszonych na tym wieczorze. Wiersz nosił tytuł: Tramwaj zwany spóźnieniem. Pozwalam sobie przytoczyć ją tutaj w całości, ponieważ jest to jak dotychczas jedyny istniejący krytyczny komentarz moich literackich osiągnięć:

 "Podmiot liryczny stara się nadać swej relacji obiektywny charakter i dlatego całkowicie rezygnuje z komentarza. Narrator w wierszu jest naocznym świadkiem wydarzeń, swoją uwagę koncentruje na przeżyciach zbiorowości. Jego wiedza jest ograniczona, rzeczywistość odbiera w sposób fragmentaryczny, głównie za pomocą zmysłów słuchu i wzroku. Organizacja wypowiedzi podporządkowana jest funkcji ekspresywnej. W tym celu autor posługuje się wierszem wolnym o nierównej stopie metrycznej i gromadzi czasowniki w formie czasu teraźniejszego, co potęguje napięcie i dynamikę tekstu. Podmiot liryczny, prawdopodobnie jeden z mieszkańców M., kryjący się przed bombardowaniem codzienności, opisuje ludzkie zachowanie ("Ktoś łka, bo wypił za dużo"). Efekty akustyczne poeta starał się oddać za pomocą odpowiednio dobranych środków stylistycznych: onomatopei (walnął, pieprznął, pękł, jebnął), przenośni ("delirium wybucha i rośnie"), porównań ("Krzyk jak wołanie żony"). Tropy stylistyczne służą zobrazowaniu uczuć i przeżyć zbiorowości: przerażenia i lęku ludzi starających się skryć przed natłokiem agresywnej rzeczywistości".

 Tyle recenzja. To było dawno, bardzo dawno temu, jeszcze w czasach, gdy wierzyłem, że pisaniem można zmienić ludzi i świat. I siebie samego. Już nigdy więcej nie przeżyłem czegoś takiego. Lecz mimo sukcesu do dzisiejszego dnia żaden wydawca nie zgłosił się z propozycją publikacji moich wierszy. Później zaś me wiersze zaczęły tracić lekkość, niewymuszoność i tę młodzieńczą beztroskę i w miarę upływu czasu stały się, jak już powiedziałem, gorzkie, zaciekłe i zranione. No cóż!  

 MARYLA 

 To było w środku jakiejś nocy, jeszcze zanim spotkałem K. Siedziałem w knajpie już prawie zupełnie pustej, nie licząc mnie i jakiejś starszej pary alkoholików siedzącej niedaleko wejścia do toalety i dopijającej do końca swe losy. Byłem znużony całym tym moim dotychczasowym życiem, całą tą bezpłodną w wielorakim znaczeniu tego słowa przeszłością, melancholia zagnieździła się we mnie już na dobre i moja skołatana głowa niczym więdnący kwiat chyliła się pod ciężarem smutnych myśli i wypitego piwa.

 Właśnie podnosiłem szklankę do ust, by zrobić kolejny, beznadziejny łyk, tak samo bezsensowny i niezdolny cokolwiek zmienić jak wszystkie poprzednie łyki, kiedy weszła ta kobieta i zaczęła iść w moją stronę. Podniosłem mętny wzrok i ujrzałem piękno biustu, piękno twarzy, grację ruchów, wodospad spadających w lokowanych kaskadach blond włosów. Ma dłoń trzymająca szklankę z piwem opadła bezwiednie na blat stolika. Kobieta podeszła prosto do mnie i wskazując dłonią na krzesło obok, zapytała:

 -Czy to miejsce jest wolne?

 -Oczywiście- odparłem, trzeźwiejąc w jednej chwili.

 Gdy usiadła, zaraz zagaiłem rozmowę, zaczynając od pytania, czego się napije. Po krótkiej ceremonii zapoznania dowiedziałem się, że ma na imię Maryla.

 -Wspaniałe, przepiękne imię- powiedziałem z autentycznym zachwytem.

 Czułem, jak obudzona we mnie nadzieja, sycąc życiodajną krwią wszystkie członki, zaczęła rosnąć i pęcznieć, a moja melancholia poczęła topnieć jak śnieg lizany językami ognia. To było, jakbym słyszał śpiewające ptaki w mej głowie, jakbym szedł przez kwitnące, łagodnie kołysane ciepłym, wiosennym wiatrem górski łąki, wdychając rozkoszną woń polnych kwiatów i ziół. Począłem roztaczać przed nią elokwentny czar konwersacji, prześcigając samego siebie w dowcipnych konstrukcjach słownych. Zauważyłem zachwyt w jej oczach wywołany mymi oryginalnymi poglądami na temat współczesnej literatury tajlandzkiej, problemów młodzieży w krajach Trzeciego Świata, sytuacji kościoła katolickiego w Europie Zachodniej oraz problematyki światowego kryzysu finansowego. Aż wreszcie po tym, jak w błyskotliwym ale krótkim i stylistycznie nader przystępnie skonstruowanym wykładziku dokonałem miażdżącej diagnozy naszej współczesnej, zbanalizowanej kultury, określając ją mianem "ordynarny big brother show", powiedziała z czarującym, nieco frywolnym uśmiechem:

 -To może wpadniemy do mnie? Mieszkam tu niedaleko.

 Po tym pytaniu ptaki w mej głowie zaczęły śpiewać jeszcze głośniej, zapach polnych kwiatów i ziół stał się jeszcze bardziej intensywny, omdlewająco zniewalający, doliny i góry trwały spowite w krystalicznie czystym powietrzu, w którym rozbrzmiewało wesołe pluskanie górskich potoków.

 -Nie ma sprawy- powiedziałem.

 Jak uskrzydlony wychodziłem u jej boku z tej ponurej knajpy, tego bezsensownego miejsca, w którym traciłem czas, siły i talent.

 -Maryla- szeptałem niecierpliwymi wargami na ulicy w drodze do jej mieszkania. -Maryla.

 Na poczekaniu ułożyłem w głowie wiersz miłosny na jej cześć, który zatytułowałem Do M***. 

 Niestety. Kiedy, nie mogąc się doczekać, już w windzie zacząłem się do niej dobierać i jednym wprawnym ruchem zdarłem z niej biustonosz, okazało się, że jest zwykłą, dmuchaną gumową lalką, jaką można kupić w każdym sex-shopie już za 60 złotych. Więc kiedy winda wjechała na szóste piętro, wysiadłem bez słowa pożegnania i poszedłem schodami w dół. Wyszedłem na ciemną, pustą ulicę. Znów byłem sam, a do tego momentu, w którym spotkam K., miało upłynąć jeszcze sporo, sporo czasu.  

 ŚW. MIKOŁAJ 

 Poleciałem do rodziców. Matka weszła do pokoju z zamyśloną miną, jakby czegoś szukała. Gdy spostrzegła mnie i siedzącego naprzeciw w fotelu świętego Mikołaja, niezadowolone zdumienie zawładnęło na chwilę rysami jej twarzy.

 -Och, dziecko, znowu cały się ubrudziłeś!- powiedziała i wyciągnęła z torebki chusteczkę.

 Napluła na nią i wytarła jakieś zabrudzenie z mej twarzy.

 -Posprzątaj tu i przestań wreszcie wierzyć w świętego Mikołaja. Masz już czterdzieści pięć lat!

 -To może ja już pójdę- powiedział speszony święty Mikołaj, który właśnie skręcał sobie dżointa.

 -Nie, proszę zostać- powiedziałem nieco zawstydzony nietaktem mamy. Spojrzałem na nią ostrym wzrokiem i powiedziałem zdecydowanym głosem:

 -Posłuchaj mamo. Od najmłodszych lat wmawialiście mi z ojcem, że święty Mikołaj naprawdę istnieje. Nawet przychodził każdego roku w grudniu i przynosił mi prezenty.

 -To przecież był przebrany wujek Karol- odparła matka z łagodnym uśmiechem. Poprawiła zagięty kołnierz przy mojej koszuli i odgarnęła mi włosy z czoła.Ukradkiem spojrzałem nieco podejrzliwie na świętego Mikołaja.

 -A Dzieciątko Jezus, które przynosiło podarki pod choinkę?- zapytałem zaczepnie.

 -No przecież wiesz, że to był ojciec. Podkładał prezenty pod choinkę, kiedy wychodziliśmy do łazienki myć ręce po kolacji wigilijnej. Matka delikatnym ruchem dłoni strzepnęła jakąś nitkę z mego ramienia i wygładziła fałdy mojej koszuli na wysokości obojczyka. Odeszła krok do tyłu i obrzuciła mnie zadowolonym spojrzeniem. -Ależ ty wyrosłeś- stwierdziła z dumą.

 -A Zajączek przynoszący prezenty na Wielkanoc?- nie dawałem za wygraną.

 -Och, przestań!- żachnęła się zniecierpliwiona. -Przecież wiesz, że rolę Zajączka też grał ojciec.

 -Shit- pomyślałem zrezygnowany. Tacy właśnie są dorośli. Od najmłodszych lat wmawiają człowiekowi istnienie jakichś nieistniejących postaci i nieprawdziwych historii, a kiedy człowiek wreszcie już w nie uwierzył, bezwarunkowo zaakceptował i uczynił częścią własnego, realnego świata, wtedy zmieniają zdanie i zaczynają wmawiać człowiekowi z tym samym gorliwym przekonaniem, że to tylko bajki. Od czegoś takiego można przecież wylądować u czubków! A co jeżeli sprawa tak samo przedstawia się z bogiem? Hę?

 -A, tutaj jesteście- powiedział ojciec, stając w drzwiach pokoju.

 -Cześć Zajączek- rzuciłem nadąsany. Minąłem go i wyszedłem na dwór pograć z kolegami w piłkę.

 Nie chciałem już wypominać im kolejnego kłamstwa, jakim była wmawiana mi w dzieciństwie historyjka o bocianach przynoszących dzieci. Czułem, że jeszcze parę słów i wybuchnie kłótnia.  

 Oczywiście w czasie moich odwiedzin u rodziców nie mówiłem im nic o K. i o tej głębokiej przemianie, która dokonała się we mnie pod jej wpływem. Rodzicom nie powinno się mówić wszystkiego. Więc kiedy wybierałem się do nich w odwiedziny, usuwałem kolczyki z ucha i brwi, kamyk z nosa, wdziewałem normalne ubranie, a włosy przy pomocy lakieru układałem w mieszczańską fryzurę typową dla mężczyzn w moim wieku. Udawałem, że wszystko jest jak zawsze, po staremu.

 Kiedy wieczorem tego samego dnia zmęczony grą w piłkę wróciłem do domu, nikt nawet słowem nie wspomniał o tej przedpołudniowej rozmowie na temat świętego Mikołaja, Zajączka itd. Siedzieliśmy przed telewizorem i wymienialiśmy z rzadka uwagi na temat zwykłych, codziennych spraw. U nas był taki zwyczaj, że o sprawach drażliwych i kłopotliwych, których roztrząsanie mogłoby zakłócić rodzinny spokój i harmonię, raczej się nie mówiło.

 Zanim poszedłem spać, wypiłem trzy piwa, zjadłem pozostałe z obiadu kotlety, wypiłem barszczyk i zjadłem budyń. I to zapewne spowodowało, że miałem kłopoty z zaśnięciem. Wierciłem się i przewracałem z boku na bok, a w głowie jedne odległe wspomnienia następowały po drugich, coraz bardziej nabierając charakteru sennych widziadeł, z których jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci:

 Zatrzymuję wzrok na wielkim, elektrycznym zegarze z białym cyferblatem i czarnymi wskazówkami zwisającym z sufitu, tym samym, na który spoglądałem przez osiem lat jako uczeń tej szkoły. Ten zegar pokazuje nadal godzinę dziewiątą piętnaście. Jak wtedy. Więc okazuje się, że ten zegar nigdy nie chodził i pokazywał przez całe te 35 lat godzinę piętnaście po dziewiątej, jakby o tej godzinie zatrzymał się czas. Zaczyna się lekcja wychowawcza. Temat tej lekcji brzmi:

 PIĘKNO NASZEJ OJCZYZNY.

 Pani Olszewska wchodzi do klasy, a my wstajemy jak na komendę i recytujemy powitanie: DZIEEEŃ-DOOO-BRYYYYYY! Potem, jak zwykle przed rozpoczęciem pierwszej lekcji, zmawiamy socjalistyczną modlitwę:

 -Polsko, ślubuję Ci uroczyście, że będę się pilnie uczyć...

 Modlitwę tę zmawiamy do świętego obrazu wiszącego nad tablicą i przedstawiającego Władysława Gomułkę. Potem ustawiamy się w czwórki i schodzimy do wyjścia, nad którym wisi hasło:

 NIECH ŻYJE!

 Pani Olszewska wyprowadza nas z budynku szkoły. Trzymając się za ręce, idziemy czwórkami przez poranne M., już dosyć ruchliwe o tej porze: po ulicach jeżdżą stary, syrenki i warszawy, krzątają się kobiety z bańkami na mleko, jakiś podmiejski chłop sprzedaje ziemniaki z fury ciągniętej przez konia. Dochodzimy do granic miasta i wspinamy się na niewielkie wzgórze. W dole jak okiem sięgnąć rozciąga się wiejsko-podmiejski krajobraz: łany zbóż, łąki i pola, wierzby. Płaczące. Pani Olszewska głęboko wciąga świeże powietrze, wyprężając przy tym jej wspaniały biust, ten biust, który mnie fascynuje i którego nie mogę pojąć: moje chłopięce utrapienie.

 -Spójrzcie dzieci- mówi pani, wskazując ręką przed siebie. -Pola, łąki, lasy, traktory, to właśnie jest Polska, nasza socjalistyczna Polska i Polska naszych przodków, Kochanowskiego, Reja, Słowackiego i Mickiewicza... Na znak dany przez panią zaczynamy schodzić ze wzgórza.

 -Spójrzcie, jak falują łany zbóż, trawy- zachłystuje się pani, dostosowując falowanie jej biustu do falowania łanów i traw. A potem recytuje refleksyjnie, prawie półgłosem ale tak, żeby wszyscy słyszeli: "Wsi spokojna, wsi wesoła, któryż głos twej chwale zdoła"...

 I tak schodzimy ze wzgórza zapatrzeni w dal, zachwyceni pięknem ojczystej przyrody. Idziemy teraz drogą ocienioną wierzbami w stronę niedalekiej wsi. Świeci słońce i śpiewają ptaki, wieje lekki wiatr. Pod jednym z drzew załatwia się już albo jeszcze o tej wczesnej porze dnia pijany Józek Maciąg. Józek Maciąg, odwieczne dziecię tych peryferii, szczy z jakąś zaciętą złośliwością na pień polskiej wierzby płaczącej, chwiejąc się przy tym na wszystkie strony, i śpiewa na całe gardło wulgarną piosenkę ludową.

 -Dzieci!- krzyczy pani Olszewska ostrzegawczym tonem, podnosząc wzwyż skroń. Jakaś arytmia wkrada się w falowanie jej biustu, który do tego zaczyna falować z taką ekspresją jak łany podczas burzy. -Patrzymy w drugą stronę, o tam, na łany, na kłosy, na ojczyznę, o tam, widzicie!?- woła, odwodząc nasze dziecięce spojrzenia od pijanego rolnika Józka. -To tam, o, to białe, to jest gryka, biała jak śnieg, a tam, trochę dalej na lewo, o tam, dzięcielina pała!

 Idziemy więc dalej w milczeniu przesyconym do niemożności cykaniem koników polnych w stronę wsi. Widać już pierwsze obejścia. Z odległego radia dobiega hejnał mariacki, który zawsze napawa mnie beznadzieją nudnych, niedzielnych popołudni, gdy musiałem nosić niedzielne ubranie i nie wolno było mi się brudzić.

 -Oto- mówi pani Olszewska, zataczając ręką półkole w powietrzu -chaty wiejskie kryte gontem, choć jeszcze nie tak dawno były kryte słomą. No, które z was mi powie, jak nazywa się nasz wielki poeta, który marzył o tym, by jego książki dotarły pod strzechy?

 W tym momencie przechodzimy obok jednego z obejść. Przed walącą się chatą siedzi bezzębna prawie baba w brudnej chustce na głowie i zagniata makaron. Wygląda podobnie jak ta na obrazku z bajki O rybaku i złotej rybce: wroga, zacięta twarz. Baba patrzy z tępym uśmiechem przed siebie na podwórko, na którym mały, czarny kundel dokonuje gimnastycznych cudów, by zerżnąć wielką, brązową sukę tego samego co on pochodzenia. Nasza klasa przygląda się z uwagą wyczynom czarnego kundla, rozlegają się zawstydzone chichoty, nieśmiałe komentarze. Pani zatrzymuje się jak sparaliżowana.

 -Niechże pani coś zrobi, przecież dzieci patrzą!- woła pani Olszewska do baby.

 -Eee ta- mówi baba, nie przerywając zagniatania makaronu. -Gdyby nie to, to by tych dziecisków na świecie nie było.

 Baba uśmiecha się zadowolona ze swej odpowiedzi, ukazując resztki sczerniałych kikutów w dziąsłach.Pani ustawia nas pośpiesznie w czwórki i intonuje popularną patriotyczną pieśń Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, którą pochwytują nasze dziecięce, niewinne jeszcze wargi i z tą pieśnią na ustach ruszamy z powrotem do szkoły wiedzeni przez panią Olszewską, która, podawszy do przodu jej wspaniałą, niemożebną pierś, niczym Wolność na obrazie Delacroix wiedzie nas przez życie.

 A opodal płynie pradawna, wierna rzeka Pszemsza tocząca swe brudne wody do Wisły, w której stan wód układa się w strefie stanów średnich i wynosi 44.

 Na chwilę odzyskuję świadomość faktu, że wciąż jeszcze niewidzącym wzrokiem spoglądam na ów zegar pokazujący godzinę dziewiątą piętnaście.W auli zebrały się wszystkie klasy. Ponad tłumem uczniów sterczą głowy nauczycielek rozglądające się na wszystkie strony w poszukiwaniu niesfornych. Co jakiś czas któraś z nauczycielek wstaje i władczym ruchem ręki popartym surowym spojrzeniem nakazuje milczenie morzu uczniowskich głosów. Na frontowej ścianie auli pokrytej czerwoną draperią widnieje napis:

 MŁODOŚĆ NADZIEJĄ SOCJALIZMU.

 Pod nim widnieje drugi:

 SZEREGI KOMBATANTÓW CORAZ MŁODSZE.

 Pod napisami na podeście siedzi kombatant, który, jakoś na przekór napisowi nad jego głową, jest w dosyć podeszłym wieku.

 Wreszcie na podest wstępuje nasza posągowa dyrektorka. Twarze nauczycielek nabierają tak surowego wyrazu, że nawet szepty stają się niemożliwe. Posągowa dyrektorka mówi, że ten pan to jest kombatant, że opowie nam o swoich przeżyciach i że na koniec możemy zadawać mu pytania.  

 Kombatant ma ochrypły głos i kiedy mówi, zatapia się całkowicie w swoim czasie przeszłym, dla nas już dawno minionym i niezrozumiałym. Kombatant mówi więc, że dostał dwa ordery, które ma wpięte w klapie marynarki, że był dwa razy ranny, co napawa go dumą, nawet jakby miał żal do losu, że nie był trzy razy ranny, i że to było wspaniałe, kiedy oni ich ten tego, granatami, a później do bagnetów i ten tego, pobili, zadźgali, za Polskę i za socjalizm...

 Kiedy kombatant mówi, w auli panuje milczenie. Nauczycielki z uznaniem potakują głowami. W ich twarzach maluje się przejęcie opowiadanymi wydarzeniami, zaduma nad dostojeństwem człowieczego losu oraz pełna zrozumienia powaga, (niestety, innych sformułowań nas wtedy nie uczono), jakby to one tam rzucały tymi granatami, dźgały bagnetami za Polskę i za socjalizm. I na pewno przychodzą im w tym momencie do głów patriotyczne wiersze wielkich poetów polskich.

 Kiedy kombatant skończył swoją legendę, moja koleżanka z klasy, Ola, wiedziona niezdrową ciekawością podnosi rękę i zadaje jakże niestosowne pytanie:

 -A co pan czuł, zabijając tych ludzi?

 Po twarzach nauczycielek jakby powiał wiatr, zwiewając z nich wyrazy przejęcia, zadumy i zrozumienia. Mają teraz twarze socjalistycznych matek boskich nieprzebaczających. Ich oczy sypią dwóje.

 Kombatant jednak nie zmieszał się. Po krótkim namyśle odpowiada, że dostał dwa ordery, był dwa razy ranny i że to było wspaniałe, kiedy oni ich ten tego, najpierw granatami, a potem do bagnetów i pobili, zadźgali, za Polskę i za socjalizm. Kiedy to mówi, nauczycielki znowu z uznaniem, aprobatą i zrozumieniem potakują głowami. I kiedy tym razem kończy, nasza posągowa dyrektorka, by nie dopuścić do dalszych niestosownych pytań, przezornie wstępuje na podest i dziękuje kombatantowi w imieniu szkoły za to, że "nasza młodzież mogła wysłuchać tak pouczających historii."

 Gdy przebrzmiały już brawa zainicjowane przez gorliwe nauczycielki, kombatant namyśla się chwilę, potakuje głową i zaczyna opowiadać, że dostał dwa ordery, był dwa razy ranny i że...

 Obudziłem się w samą porę, by nie musieć słuchać po raz kolejny bezsensownych wypowiedzi kombatanta, a kto wie, jakie jeszcze absurdalne majaki wymyśliłby mój w sennej latencji pracujący mózg. Ubrałem się spiesznie i poszedłem do kuchni, gdzie matka właśnie przygotowywała śniadanie. 

 IZABEL

 Spotkałem ją w knajpie. Miała na imię Izabel. Przepiękne imię, ale poza tym imieniem nie było w niej nic szczególnego. Była taka zwykła, nijaka, wręcz prymitywna. Spoglądałem od czasu do czasu w jej twarz, ale nawet po najwnikliwszej analizie nie można w niej było znaleźć niczego, co choćby tylko w najodleglejszym stopniu usprawiedliwiałoby jakiekolwiek porównanie, by nie powiedzieć podobieństwo ze szlachetnością rysów twarzy K., którą niebawem szczęśliwym zrządzeniem losu miałem spotkać na drodze mego życia. Dlatego nie zadawałem sobie trudu, by zająć i zabawić ją błyskotliwą konwersacją, nie siliłem się na elokwentne analizy współczesnej literatury tajlandzkiej, nie brylowałem na temat sytuacji kościoła katolickiego w Europie Zachodniej czy problemów młodzieży w krajach Trzeciego Świata. W ogóle mało co mówiłem, przysłuchując się pobieżnie i od niechcenia jej paplaninie. Poza tym Izabel była werbalnie natarczywa i nie potrafiła w sposób wysublimowany, a przynajmniej kobieco-szarmancki wyrazić swej ochoty na pójście ze mną do łóżka.

 Nie lubię takich kobiet. Owszem, patrząc obiektywnie, jej sylwetka i ciało miały w sobie nawet niejaki wdzięk i powab, ale cóż z tego. Ciało kobiety to dla mnie sprawa drugorzędna, niewiele znacząca. Ja cenię w kobietach przede wszystkim ich wartości wewnętrzne, przymioty charakteru, walory intelektualne... Tak, pod tym względem jestem inny niż większość mężczyzn, którzy myślą tylko o jednym, tylko tego jednego chcą od kobiet i zaraz po tym odwracają się na drugi bok i zasypiają nieczule albo mają przedwczesne ejakulacje, którzy nie myją się zbyt często, a swoje śmierdzące skarpetki rozrzucają po całym mieszkaniu jak popadnie, którzy nie pomagają w utrzymaniu domu i wychowaniu dzieci i zamiast wynieść śmieci, umyć naczynia albo zabrać dziecko na spacer, ciągle pracują nad jakimiś wynalazkami, których nikt nie potrzebuje albo piszą jakieś wiersze i powieści, których też nikt nie potrzebuje, albo dostają amoku i strzelają do obcych ludzi na ulicy itd. Tacy już niestety są i nic na to nie można poradzić. Cóż, większość mężczyzn to po prostu świnie.

 No dobrze. Przyznaję. Zabrałem Izabel na chatę, ale tylko i wyłącznie ze względu na piękno jej imienia, gdyż mam słabość do pięknych imion.  

 ROZSTANIE

 Pewnego dnia K. zniknęła i nikt nie wiedział, co się z nią stało. Zniknęła tak nagle, tak trywialnie po prostu i bez jakiegokolwiek powodu, a przynajmniej ja żadnego powodu nie potrafiłem sobie z początku wyobrazić. Kiedy wieczorem wróciłem z pracy do domu, K. nie było. Nie było jej w mieszkaniu, ale nie wydało mi się to podejrzane, bo to był wtorek, a we wtorki o tej godzinie K. pobierała zwykle lekcje jazdy konnej.

 Dopiero gdy wszedłem do łazienki!!! W łazience na powierzchni lustra skreślonych było jej ulubionym czerwonym kolorem szminki zaledwie parę słów pożegnania. Od razu poznałem charakter jej pisma:

 "KOCHANY! ODESZŁAM. TO NIE TWOJA WINA. NIE RÓB SOBIE WYRZUTÓW. CZASEM W ŻYCIU TAK BYWA, ŻE PO PROSTU NIE MOŻNA INACZEJ I TRZEBA SIĘ ROZSTAĆ. TO JEST SMUTNE, PRZYKRE, BOLESNE, LECZ CZASEM ROZSTANIE JEST JEDYNYM WYJŚCIEM Z TRUDNEJ SYTUACJI, A NAWET MOŻE BYĆ ZACZĄTKIEM CZEGOŚ NOWEGO, RÓWNIE PIĘKNEGO. LUDZIE ROZSTAJĄ SIĘ, NIC NIE TRWA WIECZNIE, CHOĆ ZAWSZE CHCEMY, ŻEBY TRWAŁO WIECZNIE, ZWŁASZCZA GDY TO, CO SIĘ ZDARZYŁO, BYŁO PIĘKNE. LECZ ŚWIAT NIE STOI W MIEJSCU, ŻYCIE WCIĄŻ BIEGNIE NAPRZÓD I ZMIENIA NAS I TYCH, KTÓRYCH KOCHAMY, LUBIMY, CENIMY, PODZIWIAMY, AKCEPTUJEMY, ŻYWIMY, OPIERAMY, NIAŃCZYMY, WYCHOWUJEMY, POCIESZAMY... DLATEGO NIE WIŃ SIEBIE ANI NASZEJ MIŁOŚCI. I NIE ZAPOMNIJ MNIE, O NAS. MOŻE KIEDYŚ PRZESTANĘ CIĘ KOCHAĆ, ALE ZAPAMIĘTAM CIĘ NA ZAWSZE. I GŁĘBOKO WIERZĘ, ŻE BEZ WZGLĘDU NA TO, ILU MĘŻCZYZN JESZCZE POZNAM, NIGDY NIE SPADNIESZ NA LIŚCIE MYCH FACETÓW NIŻEJ NIŻ NA TRZECIE, NAJWYŻEJ NA CZWARTE MIEJSCE.TWOJA K"

 Napis z trudnością mieścił się w lustrze, w którym spoza liter odbijała się moja twarz zastygła w zranionym grymasie poznania bolesnego faktu jej odejścia.

 -Odeszła!- szepnąłem zbielałymi wargami.

 -Odeszła!- mówiło światło odbijające się w kolczykach mego ucha i brwi.

 -Odeszła!- mówił zielony kamyk w skrzydełku mego nosa.

 -Odeszła!- mówiła moja fryzura a la David Beckham.

 Natychmiast zadzwoniłem na jej komórkę, ale usłyszałem jedynie obojętny, jednostajny, beznadziejny głos sekretarki:

 "The person You've called is temporarily not available","The person You've called is temporarily not available","The person You've called is temp"...

 I tak było już zawsze w przeciągu następnych miesięcy, kiedy dzwoniłem na jej komórkę. Za każdym razem ten sam bezwzględny i nieczuły głos automatycznej sekretarki zabijał coraz wątlejsze ogniki mej nadziei: "The person You've called is temporarily not available!"

Aż kiedyś przestałem dzwonić. Czyż nie było mi dane już nigdy więcej jej usłyszeć, zobaczyć, dotknąć?  

 ROZTERKA

 Bezpośrednio po odejściu K. popadłem w długie periody przygnębienia. Wszystko, na co patrzyłem, co słyszałem i czułem, pokrywał mroczny całun beznadziejnej, zrozpaczonej tęsknoty, pod którym kolory traciły jasność, dźwięki matowiały i traciły kontury, myśli robiły się miękkie, półpłynne i przelewały się bez celu w próżnej przestrzeni, która powstała po zniknięciu K. Doszło nawet do tego, że zacząłem obwiniać siebie samego, upatrując przyczyn jej odejścia w licznych niedoskonałościach mego charakteru, w niektórych niedociągnięciach mej osobowości, jak na przykład w zdiagnozowanej już kiedyś przez kilku terapeutów niejakiej zachowawczości, by nie powiedzieć daleko posuniętej powściągliwości w okazywaniu uczuć.

 A może to jednak okazała się dla mnie zgubna dzieląca nas różnica lat, do której nie przywiązywałem żadnej wagi uniesiony podziwem dla uczucia miłości, która potrafi skojarzyć dwoje albo i więcej ludzi bez względu na ich język, wiek, rasę czy płeć, i tylko uśmiechałem się ubawiony, gdy niekiedy brano nas za ojca i córkę?

 A może odpowiedzialna za odejście K. była moja niepohamowana konsumpcja papierosów i silne, graniczące z uzależnieniem upodobanie do piwa? K. brzydziła się zapachem papierosowego dymu, a smak alkoholu przyprawiał ją niemal o mdłości. Wolała ecstasy i kokainę, jeśli już koniecznie trzeba było stosować jakieś używki. Jak by jednak nie było, nigdy nie napomknęła choćby nawet słowem o swych zastrzeżeniach względem mnie. A przecież gdyby to zrobiła, byłbym gotowy zaakceptować jej krytykę, wziąć ją sobie do serca i pracować nad sobą, zmienić się.

 To wtedy, po jej odejściu, zacząłem odbywać długie spacery i jeździć podmiejskimi kolejkami po okolicznych dzielnicach i miasteczkach w płonnej, o czym właściwie z góry wiedziałem, nadziei, że spotkam ją albo przynajmniej jej ślad, cień. Łudziłem się, że być może któreś z tych licznych grafitti, którymi tak bogato popstrzone są dworcowe przystanki, było przeznaczoną dla mnie zaszyfrowaną wiadomością, wskazówką, informacją o jej pobycie. Uciekałem nadzieją w fantazje, wymyślając historie wzorowane na cudownych odnalezieniach znanych mi z bajek, które w dzieciństwie opowiadali mi rodzice i dziadkowie.

 Często na przykład, by ukoić znękany tęsknotą i samotnością umysł wyobrażałem sobie, że z biustonoszem, który K. wraz z kilkoma innymi drobiazgami pozostawiła u mnie w mieszkaniu, wędruję przez dzielnice W. i przymierzam go wszystkim dziewczynom między 18 i 20 rokiem życia. Idę przez centrum, przemierzam starówkę, kluczę po miejskich peryferiach, lecz doskonałej formy miseczek nie potrafi wypełnić bez zastrzeżeń żadna pierś tłoczących się do przymiarki dziewcząt. Ich piersi są albo za duże, albo za małe, albo obwisłe, nie, żadna nie ma tego jedynego kształtu, tej niedościgłej harmonii, tej kosmicznej symetrii, na której zasadza się idealna proporcja wszechświata.

 Tak snułem te chore fantazje wyrosłe na gruncie nieprawdziwych historii opowiadanych mi w dzieciństwie przez dorosłych, i kiedy pewnego razu ocknąłem się i wróciłem do rzeczywistości, stwierdziłem, że znajduję się na małym, podmiejskim dworcu w D. Byłem zmęczony, chciało mi się pić, jeść, miałem ochotę na pieczonego kurczaka, frytki z majonezem i ketchupem, do tego sałatkę wielowarzywną i coca-colę, to moje błądzenie po okolicy wydało mi się nagle zupełnie bezsensowne i infantylne. Więc wsiadłem do kolejki podmiejskiej, która jechała na dworzec główny. Usiadłem przy oknie i wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że nie kupiłem biletu. No cóż.

 Wciąż jeszcze myślałem o K., choć teraz już bardziej trzeźwo, nie uciekając w niedorosłe mrzonki i spekulacje. Kolejka ruszyła i drzewa na przystanku po obu stronach zaczęły uciekać w przeszłość. Następny przystanek, D-Południe, nic się nie działo, żadne marzenia nie spełniły się i tak to trwało do następnego przystanku D.-Środek. Rozejrzałem się wokół po przedziale i kilka siedzeń dalej przy drzwiach spostrzegłem Blaise Cendrarsa, który czytał swoje wiersze siedzącemu obok niego z butelką absyntu w dłoni Verlaine.

 Czas mijał, za oknem przesuwały się domy, kobiecy głos z głośników zapowiedział następny przystanek, D.-Północ. Cendrars wciąż czytał swoje wiersze, ale Verlaine był już pijany i drzemał z głową opuszczoną na piersi, gdy drzwi otworzyły się i do przedziału wszedł Jim Morrison, zataczając się chwiejnym krokiem i gwiżdżąc The End. Podszedł bliżej i zwrócił się do mnie tym swoim mrocznym głosem:

 -Father?

 -Yes son?- zapytałem.

 -I want to kill You.

 -W porządku, Jim- odparłem.

 -Mother?

 -Yes?- odpowiedziałem.

 -I want to fuck You!

 -Nie ma sprawy- odrzekłem.

 Jim Morrison poszedł dalej i usiadł z głębokim westchnieniem na siedzeniu pod oknem. Wtedy przede mną pojawił się John Lennon w mundurze kontrolera.

 -Proszę pokazać bilet- zwrócił się do mnie.

 -Give peace the chance- powiedziałem pojednawczo.

 Lennon uśmiechnął się somnambulicznie.

 -Od dziesiątego roku życia jestem na tabletkach- powiedział i zaczął nucić Lucy In The Sky With Diamonds.

 Spojrzałem w bok i ujrzałem Janis Joplin w heroinowym upojeniu przebraną za jedną z narkomanek, którą znam z widzenia.

 -Och, nie!- pomyślałem zrezygnowany. -Po co ta przeszłość teraz, przeszłość już dawno miniona, przebrzmiała? Przeszłość, która doprowadziła mnie do tego beznadziejnego punktu w mym życiu. Przeszłość, która stworzyła uzależnionego od nikotyny, piwa i melancholii niespełnionego autora dwudziestu jeden powieści dla młodzieży, którego na domiar złego niedawno opuściła największa z jego miłości. I wtedy pociąg przybył do dworca głównego. Wysiadłem prosto w czekający na peronie tłum, w którym rozpuściłem się na jego pojedyncze składniki, nogi, ręce, oczy, uszy, a kolejka pojechała dalej, najprawdopodobniej w kierunku D.-Wschód albo coś takiego.  

 BOGDAN

 -Bogdan- powiedziałem pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy w jego mieszkaniu, rozmawiając, jak to przyjaciele, o tym i owym. -Czy nie mógłbyś zagrać coś Abby albo Simona i Garfunkela? Albo coś z repertuaru Beatlesów?

 -Abby, Simona i Garfunkela?- zapytał Bogdan, spoglądając mi prosto w oczy. Jeszcze nigdy nie widziałem, by w ludzkiej twarzy malowało się tyle bezbrzeżnej pogardy. Więcej nic nie powiedział. Podłączył tylko gitarę do wzmacniacza i zaczął z niesamowitą zręcznością improwizować na temat utworu Born Under Bad Sign Jimiego Hendrixa.  

 INSTRUKCJA

 Jak już nadmieniałem, kiedy poznałem K., zmieniłem u podstaw wiele rzeczy w moim dotychczasowym życiu. Przede wszystkim zdjąłem ze ściany w sypialni zdjęcie Pameli Anderson i powiesiłem na jego miejscu plakat z Che Guevarrą.

 Zmieniłem również radykalnie me przyzwyczajenia kulinarne (do których po odejściu K., niestety, znów powróciłem). Przestałem więc jadać gotowe i niezdrowe produkty żywnościowe z torebek błyskawicznych, przestałem odżywiać się w owych budach z szybkim jedzeniem, w których serwowano tłuste, nasycone cholesterolem potrawy i zacząłem jadać wyłącznie w McDonaldzie. Jedzenie w McDonaldzie było zdrowe, tanie, smaczne i oczywiście sam fakt jadania w McDonaldzie był cool. Często zabierałem tam K., by w tej przepojonej nowoczesnością atmosferze wspólnie spożyć obiad czy kolację.

 Pamiętam, jak pewnego wieczoru poszliśmy do McDonalda, by uczcić miesięczną rocznicę naszej miłości. Właśnie tyle, co weszliśmy, gdy poczułem nieznośne ciśnienie w pęcherzu.

 -Zamów już, baby- powiedziałem. -Muszę na sekundę do toalety.

- Co ci zamówić?- zapytała K.

 -To co zwykle, baby- odparłem już w półobrocie. - McBig z topioną słoniną, podwójne frytki McPatatos z ketchupem i majonezem, porcję kurczaków McNuggets, hamburger McRoyal z serem i skwarkami, sałatkę McCucumber i dwie duże coca-cole McCoke.

 -Dobrze- odparła K. i poszła w kierunku kuchni, by złożyć zamówienie, a ja udałem się do toalety.

 Kiedy zszedłem ze schodów i stanąłem przed pisuarem, zauważyłem przymocowaną obok niego na ścianie tabliczkę z następującą instrukcją:

 INSTRUKCJA OBSŁUGI. TYLKO DLA MĘŻCZYZN.

 DROGI GOŚCIU!

 KCIUKIEM I WSKAZUJĄCYM PALCEM LEWEJ DŁONI UJMIJ ORGAN MNIEJ WIĘCEJ W POŁOWIE JEGO DŁUGOŚCI (GDYBY DŁUGOŚĆ ORGANU OKAZAŁA SIĘ ZBYT KRÓTKA, UŻYJ CZUBKÓW W. WYM. PALCÓW), FORMUJĄC Z RESZTY PALCÓW COŚ W RODZAJU ZADASZENIA, CHRONIĄCEGO ORGAN PRZED NIEPOŻĄDANYMI SPOJRZENIAMI INNYCH UŻYTKOWNIKÓW OBIEKTU. NASTĘPNIE SKIERUJ STRUMIEŃ WYDALANEGO MOCZU NA DZIURKI ODPŁYWOWE, ZNAJDUJĄCE SIĘ NA DNIE PISUARU, UWAŻAJĄC PRZY TYM, BY POWSTAJĄCE NIEUCHRONNIE PODCZAS TEGO PROCESU ODPRYSKI NIE WESZŁY W KONTAKT Z NOGAWKAMI SPODNI, GDYŻ POWODUJE TO POWSTAWANIE NIEPRZYJEMNYCH ZAPACHÓW, KTÓRE MOGĄ W SPOSÓB ZASADNICZY WPŁYNĄĆ NEGATYWNIE NA AKCEPTACJĘ SPOŁECZNĄ SIKAJĄCEGO. PODCZAS WYKONYWANIA TEJ CZYNNOŚCI ZACHOWUJ SIĘ SPOKOJNIE I SWOBODNIE, UNIKAJ NAGŁYCH WZRUSZEŃ I INNYCH GWAŁTOWNYCH EMOCJI, NAJLEPIEJ MYŚL O CZYMŚ ZUPEŁNIE OBOJĘTNYM I NIEISTOTNYM, NA PRZYKŁAD O WYNIKU NIEDAWNYCH WYBORÓW DO WŁADZ KOMUNALNYCH W TWOIM MIEŚCIE. PAMIĘTAJ TEŻ, BY NIE SPOGLĄDAĆ W KIERUNKU INNYCH UŻYTKOWNIKÓW OBIEKTU, GDYŻ DOKONYWANE W TAKIEJ SYTUACJI PORÓWNANIE WIELKOŚCI ORGANU MOŻE PROWADZIĆ DO POWSTANIA KOMPLEKSU MNIEJSZOŚCI I ZANIŻENIA POCZUCIA WŁASNEJ WARTOŚCI U OSOBY DOKONUJĄCEJ PORÓWNANIA, CO NA OGÓŁ KOŃCZY SIĘ PRZEWLEKŁYMI STANAMI DEPRESYJNYMI, A CZASEM NAWET MOŻE PROWADZIĆ DO TRWAŁYCH ZABURZEŃ PSYCHICZNYCH. ZAKOŃCZYWSZY CZYNNOŚĆ FIZJOLOGICZNĄ, WYTRZEP ORGAN Z RESZTEK MOCZU KRÓTKIMI I ZDECYDOWANYMI A ZAŚWIADCZAJĄCYMI MĘSKĄ SIŁĘ CHARAKTERU RUCHAMI DŁONI I UMIEŚĆ GO NA POWRÓT W PRZEZNACZONYM SPECJALNIE DO TEGO CELU MIEJSCU W SPODENKACH. PO ZAPIĘCIU ROZPORKA URUCHOM PRZYCISK SPŁUCZKI, CHYBA ŻE SPŁUCZKA SPŁUKUJE AUTOMATYCZNIE PO ODDALENIU SIĘ SIKAJĄCEGO OD PISUARU, TO WTEDY NIE. TERAZ JUŻ MOŻESZ PRZEJŚĆ DO PROCESU MYCIA DŁONI. CIĄG DALSZY INSTRUKCJI ZNAJDUJE SIĘ NAD UMYWALKĄ W ROGU PO PRAWEJ STRONIE

 Zrobiłem, jak polecała instrukcja i poszedłem do umywalki, gdzie dalszy ciąg instrukcji informował, co następuje:

 UMYWSZY DŁONIE, PODŁÓŻ JE POD SUSZARKĘ, KTÓRA ZAŁĄCZA SIĘ AUTOMATYCZNIE, I TRZYMAJ TAK JAKIŚ CZAS, POCIERAJĄC JE O SIEBIE, CO ZNACZNIE PRZYSPIESZA PROCES SUSZENIA. PO ZAKOŃCZENIU CZYNNOŚCI SUSZENIA DŁONI MOŻESZ PRZEKONAĆ SIĘ W WISZĄCYM NAD UMYWALKĄ I SPECJALNIE DO TEGO CELU PRZEZNACZONYM LUSTRZE O STANIE FRYZURY I POPRAWIĆ EWENTUALNE ODCHYLENIA OD NORMY (W WYPADKU NIEPOSIADANIA WŁOSÓW CZYNNOŚĆ TĘ MOŻESZ POMINĄĆ, OGRANICZAJĄC SIĘ NA PODSTAWIE ODBITEJ W LUSTRZE TWARZY JEDYNIE DO STWIERDZENIA WŁASNEJ TOŻSAMOŚCI). ZANIM OPUŚCISZ TOALETĘ MOŻESZ, BY ZOSTAWIĆ ŚLAD TWEGO TUTAJ POBYTU, NAPISAĆ COŚ NA ŚCIANIE. MOGĄ TO BYĆ ZWYKŁE, NAWET NIEWYBREDNE WZMIANKI ODNOSZĄCE SIĘ DO CZYNNOŚCI WYDALANIA I KOPULACJI, TWOJE OSOBISTE SPOSTRZEŻENIA NA TEMAT ŻYCIA, TWÓJ NUMER TELEFONU Z INFORMACJĄ O UPODOBANIACH EROTYCZNYCH, A NAWET WIERSZ. W TEJ KWESTII DYREKCJA OBIEKTU POZOSTAWIA TWEJ FANTAZJI I PREDYLEKCJOM ZUPEŁNĄ SWOBODĘ, PAMIĘTAJ JEDNAK, BY TWÓJ/TWOJE TEKST/TEKSTY NIE ZAWIERAŁ/ZAWIERAŁY PRAWICOWO-RADYKALNYCH TREŚCI, NIE OBRAŻAŁ/OBRAŻAŁY UCZUĆ RELIGIJNYCH INNYCH OSÓB ORAZ NIE APOLOGIZOWAŁ/APOLOGIZOWAŁY PRZEMOCY I RASIZMU. W TYM MIEJSCU DYREKCJA OBIEKTU POZWALA SOBIE PODAĆ KILKA SUGESTYWNYCH PRZYKŁADÓW, KTÓRE POMYŚLANE SĄ JAKO RODZAJ POMOCY W KONSTRUOWANIU WŁASNYCH, KREATYWNYCH SFORMUŁOWAŃ, NP.:

 NO WOMAN NO CRY.

 PRECZ Z NAZISTAMI

 BIORĘ DO BUZI. BEATA. (TEL.: 876958, KOMÓRKA: 0173489845)

 ALL YOU NEED IS LOVE

 MOŻESZ TRZEPAĆ JAK W KIERACIE, KROPLA ZAWSZE SPADNIE W GACIE

 KOCHAM B. (albo inne litery)

 POLONIA WARSZAWA (albo inna drużyna piłkarska).

 SZŁA MARYNA KOŁO MŁYNA/ZASWĘDZIAŁA JĄ CYTRYNA

 BĄDŹ LEKKĄ W TAŃCU, ALE NIGDY W ŻYCIUITD., ITD.

 ZA TREŚĆ NAPISÓW DYREKCJA OBIEKTU NIE PONOSI ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI.

 OPUSZCZAJĄC OBIEKT, NIE ZAPOMNIJ UIŚCIĆ OPŁATY MANIPULACYJNEJ U OPIEKUNA OBIEKTU, KTÓRYM Z REGUŁY JEST KOBIETA.

 DYREKCJA OBIEKTU ŻYCZY MIŁEGO POBYTU I WIELU SUKCESÓW W ŻYCIU OSOBISTYM I ZAWODOWYM.

 Posłuszny tym sugestiom wyjąłem długopis i napisałem na ścianie:

 KOCHAM K.

 A pod spodem, najlepiej jak tylko umiałem, narysowałem serce przebite strzałą.

 Wychodząc, wrzuciłem 50 groszy do porcelanowej miseczki, która leżała na stoliku, przy którym siedziała opiekunka obiektu, która uśmiechnęła się do mnie, gdy wrzuciłem 50 groszy do porcelanowej miseczki, która leżała na stoliku, przy którym siedziała opiekunka obiektu...

 -Gdzie byłeś tak długo?- zapytała z łagodnym wyrzutem K., kiedy wróciłem na górę. Przed nią na stoliku piętrzyło się mnóstwo papierowych tacek po frytkach, hamburgerach i sałatkach oraz pięć czy sześć papierowych kubków po coca-coli.

 -Byłem się wysikać- odparłem niewinnie zdziwiony jej pytaniem.

 -Nie było cię półtorej godziny!

 -O!  

 GOGDAN

 -Co ty mi tu k. pieprzysz- powiedział Bogdan, kiedy pewnego razu w sposób dosyć natarczywy próbowałem mu udowodnić, że Legia Warszawa nie ma absolutnie, ale to absolutnie żadnych szans na zajęcie pierwszego miejsca w ekstraklasie.

 -Tylko nie obrażaj imienia kobiety, którą kocham- powiedziałem urażony.

 Resztę czasu spędziliśmy słuchając gitarowych improwizacji Bogdana na temat utworu Hendrixa „Red House.”  

 KSIĘŻNICZKA DINA

 Załączyłem telewizor. W studio właśnie toczyła się dyskusja na temat skandalu, który niedawno wybuchł w królewskiej rodzinie. Otóż jednemu z dziennikarzy udało się sfotografować księżniczkę Dinę w dosyć intymnej sytuacji z jej nauczycielem jazdy konnej. Zbliżenie. Na zdjęciu w dobrych kolorach i rzeczywiście niedwuznacznych pozach widać księżniczkę Dinę, jej nauczyciela jazdy konnej i konia.

 Tym razem w studio nie było rzecznika prasowego królewskiej rodziny, za to zaproszony został redaktor gazety, która jako pierwsza opublikowała to zdjęcie, podesłane jej przez owego dziennikarza.

 - Czy odnośnie autentyczności tego zdjęcia istnieją jakieś wątpliwości?- zapytała prowadząca program redaktorka.

 -Absolutnie żadnych. Dziennikarz, który to zdjęcie zrobił, jest naszym wieloletnim i absolutnie wiarygodnym współpracownikiem.

 -A więc jest faktem niezaprzeczalnym, że księżniczka Dina ma romans z jej nauczycielem jazdy konnej?

 -Na to wygląda- odpowiedział dziennikarz.

 -Czy sądzi pan, że publikacja tego zdjęcia zaszkodzi monarchii w opinii międzynarodowej?

 -Nie sądzę. Królewska rodzina pełni jedynie funkcję reprezentacyjną i nie posiada uprawnień legislacyjnych...

 I tak dalej i tak dalej.

-Co mnie to wszystko obchodzi?- stwierdziłem, przełączając na inne programy. Tylko że na innych programach też było to samo. Wreszcie z niejakim ociąganiem przełączyłem na TV Polonia, gdzie, tak jak się tego obawiałem, właśnie zaczynał się 3971 odcinek serialu Złotopolscy.

 Więc, zrezygnowany, poszedłem spać. Lecz w łóżku czakał na mnie następujący sen:

 Przechodzę przez plac i staję przed Urzędem Miejskim w M. Wielki, przedwojenny budynek o ciekawej nawet, secesyjnej architekturze, w którym znajduje się oficjalna dokumentacja znacznej części mego życia. A także moich rodziców, moich dziadków, moich krewnych itd. Akty urodzin, ślubów, zgonów, pożółkłe papiery zapomniane w poukładanych równymi rzędami segregatorach, tak to sobie przynajmniej wyobrażam w tej chwili; jakże niewymowne i bezduszne ekwiwalenty ludzkich egzystencji. I wiem, że jakieś 200 albo 300 metrów za urzędem płynie Pszemsza i zastanawiam się krótko, w strefie jakich stanów układa się w tej chwili poziom jej wód. Może układa się w strefie stanów średnich i wynosi 44?

 Gaszę papierosa i wchodzę do środka. Idę długim, rozległym korytarzem z mnóstwem drzwi po obu stronach. Ostatni raz byłem tutaj przed przed wiekami. Stukam do drzwi i wchodzę do pokoju z napisem na drzwiach MPZK. W pokoju biurko, orzeł bez korony na ścianie, dwie szafy i urzędnik za biurkiem. Podaję mu kartkę. Ten bierze ją i czyta półgłosem:

 -Jego sprawa podlega bezpośrednio PFTB a nie ORSP. Dlatego należy rozpatrzyć zarówno ze stanowiska HMNK jak i MHPD.

 -No tak- mówi urzędnik zmęczonym głosem. -Proszę zaczekać.

 Urzędnik siada i zaczyna pisać na maszynie. Pisze tak niezdarnie, jakby robił to po raz pierwszy w życiu. Teraz dopiero widzę napis na ścianie po lewej:

 ABY POLSKA ROSŁA W SIŁĘ A LUDZIE ŻYLI DOSTATNIEJ

 -Niech pan idzie z tym do HSZ-etu- mówi urzędnik wręczając mi kartkę. -Pierwsze piętro, drugie drzwi po lewej licząc od prawej, pokój nr. 105.

 -Acha- rzuca za mną kiedy już prawie opuszczam pokój, -i niech pan zażąda pieczątki czerwonej dowolnego kształtu, w pana wypadku kształt pieczątki jest bez znaczenia, oraz proszę przekazać urzędującej tam pani Krysi, że nie pójdę z nią dzisiaj do kina, bo moja matka jest chora i muszę się nią opiekować. Niech pan już idzie.

 Udaję się na pierwsze piątro po schodach, idę długim korytarzem spoglądając na numery pokojów: 99, 100, 101, 102, 103, 104, 105.

 -Słucham!- pyta urzędniczka o czerwonej, ospowatej twarzy, przeżuwając coś pochylona nad stertą papierów.

 Bez słowa wręczam jej kartkę, którą ta czyta, nie przerywając żucia, dostosowując jego rytm do czytanej treści. W pewnym momencie jej żucie staje się jakby chrapliwe, urywane, pełne oburzenia jak puls konającego, który nie może pogodzić się ze śmiercią, aż wreszcie ustaje. Jak serce.

-Ale cóż mi pan tutaj przynosi- oburza się urzędniczka podejmując żucie na nowo z dawną rutyną. - To musi iść do MPOK-u, drugie piętro pokój 161, tam dadzą panu dwie pieczątki, kwadratową i podłużną- mówi żując miarowo, jakby już trochę udobruchana.

 Ocieram pot z czoła, czytając napis na jej głową:

 PROLETARIUSZE WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZCIE SIĘ

 Czuję się, jakbym miał gorączkę. Idę schodami na drugie piętro do pokoju 161, jakkolwiek cała ta biurokratyczna latanina zaczyna mnie męczyć. Tym bardziej, że to właściwie nie mój interes: jestem osobą wręcz postronną, jedynie przez grzeczność oddaję przysługę znajomemu.

 Trochę mnie dziwi, że przed żadnym z rozlicznych pokojów nie czekają petenci. W Urzędzie Miejskim w M. zawsze były kolejki.

 Kiedy wchodzę do pokoju 161 urzędniczka chowa pośpiesznie robótkę ręczną do szuflady w biurku. Następnie podnosi słuchawkę telefonu i wykręca jakiś numer, wpatrując się w mój sweter, jakby liczyła oczka. Czekając aż skończy tę fikcyjną rozmowę czytam napis nad jej głową:

 NARÓD Z PARTIĄ PARTIA Z NARODEM

 -Słucham!- pyta urzędniczka głosem, który słyszy się jak szczekanie. -Tak, nie, tak, tak, nie, no właśnie- poszczekuje, czytając podaną jej kartkę. -Właściwie wszystko w porządku. Brakuje jeszcze tylko podpisu kierownika ZSGM-u i pieczątki WOWKG- warczy na koniec. -To po drugiej stronie budynku na parterze w pokoju 17. Niech pan poprosi kierownika Suchego, żeby to podpisał i nich mu pan powie, że nie przyjdę w piątek o 19.00. Po tym jak się ostatnio zachował, nich nie liczy na moje względy.

 Postanowiwszy nie brać więcej udziału w tej farsie, wychodzę na ulicę. Czuję się fatalnie, bolą mnie nogi i plecy. Wstępuję do znajdującej się opodal kawiarni. Chcę wzmocnić się kawą.

 -A, to pan- mówi kelner podchodząc do stolika.

 Ostra, podłużna, około pięćdziesięcioletnia twarz, włosy przyprószone siwizną, całość dosyć niesympatyczna. Nigdy faceta nie widziałem.

 -Jak to, pan mnie zna?- pytam zdumiony, wpatrując się w jego obcą twarz i czując, że moja jest spocona.

 -No przecież pan do mnie- mówi kelner, stawiając przede mną kawę w szklance bez uchwytu parzoną po turecku.

 -Nie, to jakieś nieporozumienie.

 -Ależ bynajmniej- stwierdza kelner teraz już ostrzejszym tonem. -Moje nazwisko Suchy, jestem kierownikiem ZSGM-u i pan ma otrzymać mój podpis. Czy wyobraża pan sobie, że załatwi tę sprawę bez mojego podpisu? Mówiąc to, podnosi ostentacyjnie brwi w retorycznym zdumieniu.

 Wycieram dłonią twarz z potu.

 Kierownik Suchy zniża głos do szeptu: -Poza tym już pogorszył pan swoją sprawę. Miał pan przekazać pewne informacje, które w dobrej wierze powierzyli panu urzędnicy. Ale dobrze. Niech pan już idzie i czeka przed pokojem 17. Ja zaraz tam przyjdę.

 Odwracam się i udaję do wyjścia.

 -Acha- dodaje kelner prawie konfidencjonalnie na odchodnym -i niech pan okaże trochę dobrej woli i zainteresowania, w przeciwnym razie nie będę mógł dla pana nic zrobić.

 Wychodzę z kawiarni nie wypiwszy kawy i udaję się ponownie do Urzędu. Dopiero teraz spostrzegam wielką gablotę stojącą na trawniku przed Urzędem Miejskim. Podchodzę bliżej: LUDZIE DOBREJ ROBOTY, a w gablocie fotografie Mieczysława Foga, Bieruta, Mickiewicza, Tercetu Egzotycznego, Jana Kochanowskiego, Jezusa, Jerzego Połomskiego, Kaliny Jędrusik, Ludwika Waryńskiego, Matki Boskiej, Kapitana Klossa, Władysława Gomułki, czołgu Rudy 102 i psa itd.

 U wejścia do budynku Urzędu Miejskiego stoi portier, albo strażnik albo ktoś taki, którego za poprzednią tutaj bytnością nie zauważyłem. Początkowo mijam go obojętnie i idę dalej, ale coś w jego twarzy i postawie zwraca moją uwagę, coś mi się przypomina, coś, czego być może nigdy nie było. Zawracam już z korytarza i podchodzę do niego.

 -Józef?- pytam niedowierzająco i przypatruję się uważnie jego twarzy. -Józef K.?

 -Tak- odpowiada. -To ja- odpowiada i przybiera służbistą postawę.

 -Czy możesz mi powiedzieć Józefie, dlaczego w tym Urzędzie nie spotkałem ani jednego petenta?

 -Bo ten Urząd był przeznaczony tylko dla ciebie- mówi Józef K. -A teraz odchodzę i zamykam go w przeszłość.  

 TAPETY W RÓŻOWE SŁONIE

 Poleciałem do rodziców, ale tym razem miałem pecha. Już w samolocie poczułem, że mam gorączkę. Ledwie dowlokłem się do domu. Okazało się, że mam świnkę. Węzły chłonne napuchły mi tak, że moja twarz naprawdę wyglądała jak oblicze świni, co, nawiasem mówiąc, doskonale tłumaczyło nazwę tej choroby. Koniec końców prawie cały tydzień spędziłem w łóżku pielęgnowany przez mamę, z szyją obwiązaną grubym, wełnianym szalikiem i smarowaną kilka razy dziennie ichtiolową maścią.

 Był to koszmarny tydzień. Za oknem świeciło słońce i chłopcy grali w piłkę od rana do wieczora, podczas gdy ja walczyłem z nawałą zbędnego czasu i oddawałem się z braku innego zajęcia smutnym rozmyślaniom o K. Rozmyślania te nie tylko były smutne ale i jałowe, bo prócz rozpamiętywania szczęśliwych ale krótkich chwil z nią spędzonych, do niczego nie prowadziły. Jedyne co po nich pozostało, to kilka nocnych zmaz na prześcieradle.

 Z dnia na dzień szpikulec nudy i rozdrażnienia coraz natarczywiej dziergał mój obezwładniony gorączką mózg. Wszystko działało mi na nerwy, ciągle byłem niezadowolony i drażniła mnie byle błahostka. Więc zapewne dlatego któregoś dnia, gdy mama weszła do pokoju, niosąc kolejny dzbanek z naparem rumianku, powiedziałem:

 -Posłuchaj, mamo. Moglibyście wreszcie zmienić te cholerne tapety w moim pokoju?

 -Dlaczego?- zapytała zdziwiona, stawiając dzbanek z naparem rumianku na stoliku koło łóżka.

 -Spójrz tylko, jak to wygląda. Tapety w różowe słonie!- prychnąłem z retorycznym niedowierzaniem i pogardą.

 -No przecież sam takie chciałeś. Specjalnie w tym celu zabraliśmy cię wtedy do peweksu w Katowicach, żebyś sobie mógł wybrać- powiedziała mama i położyła rękę na moim czole, by sprawdzić, czy mam jezcze gorączkę.

 -Mamo!- wrzasnąłem. -To było czterdzieści pięć lat temu!

 W nocy nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, a intensywne i skłębione myśli mimowolnie zalęgały się w mej głowie. Próbowałem liczyć barany, ale nic z tego nie wyszło. Próbowałem leżeć z zamkniętymi oczami i o niczym nie myśleć, jednak okazało się, że próbować o niczym nie myśleć było niemożliwe i tak samo wymagało koncentracji i wysiłku, jak myślenie o czymkolwiek. Przestałem więc próbować i dopuściłem myśli, które z chwili na chwilę robiły się senniejsze i niebawem zaczęły wieść samodzielny, niezależny od mojej woli żywot:

 Leżę w łóżku i spoglądam przez okno. Na granatowym niebie usianym gwiazdami i światełkami lecących do różnych części świata samolotów widzę głowę boga. Stary człowiek z długimi, siwymi włosami i długą, siwą brodą. Bóg, jakiego znam z dzieciństwa, z obrazków do kolorowania, które dostawaliśmy na lekcjach religii. Głowa boga płynie przez noc po niebie, bez wyrazu, nieruchoma.

 -Ojcze, dlaczego mnie opuściłeś?- pytam. Moje słowa zakłócają kosmiczną ciszę nocnego nieba. Czekam z lękiem na odpowiedź, czując strach przed prawdą. Te prawdy bolesne, które wszystko psują. Właściwie nie wiem dokładnie, o jakie prawdy mi chodzi, o jakie prawdy, których się obawiam. Może chodzi o metafizyczne prawdy, ogólne, o życiu i sensie istnienia. A może o pojedyncze, konkretne prawdy, jak na przykład: "Niestety oblałeś ten egzamin" albo: "Znów zapomniałeś woreczka czystości, nie masz tarczy i byłeś na wagarach", albo: "Dlaczego nie byłeś u spowiedzi?".

 Zrywam się więc z łóżka, opuszczam mieszkanie, chcę na ulicę. Ale na dole w klatce schodowej zagradza mi drogę czekająca tam już widocznie od dłuższego czasu grupa ludzi. Rozpoznaję parę znajomych osób. Najpierw moją nauczycielkę języka polskiego i wychowawczynię, panią Olszewską, członka partii, z tym jej wiecznym, niezniszczalnym i obfitym biustem, który wydaje się stanowić główną część jej ciała. Potem dyrektora Liceum Ogólnokształcącego Imienia w M., członka partii, małego, suchego człeczyny, którego nigdy nie umiałem sobie inaczej przedstawić, jak tylko w tym za wielkim dla niego sekretariacie albo ścigającego nas po gimnazjalnych toaletach z powodu palenia, długich włosów i braku tarczy. Na przedzie grupy stoi również mój nauczyciel religii, ksiądz Proszę Księdza, bezpartyjny, zy to z kochanką u boku, schludną i bogobojną kobietą, którą często można było spotkać w jednej z przednich ławek naszego kościoła. Ksiądz ma wielki nos, wielkie dłonie i stopy, które w porównaniu z jego stosunkowo małym tułowiem czynią dosyć paradoksalne wrażenie; jak u dorastających chłopców, u których poszczególne części ciała rosną z niewspółmierną szybkością. Resztę grupy uzupełniają znane mi postaci, których jednak w tej chwili nie potrafię zidentyfikować. Wszystko ludzie z mej odległej przeszłości, sprzed lat. I wszyscy stoją teraz tu, w klatce schodowej domu, w którym mieszkam, w jakiejś odświętnej, uroczystej atmosferze, jakby na szkolnej akademii z okazji obchodów dziestolecia rocznicy zwycięstwa albo powstania, albo powrotu do macierzy, albo czegoś takiego.

 -No wreszcie jesteś!- mówi głosem donośnym, odbijającym się echem po klatce schodowej, a dobytym z samej głębi wielkiego biustu moja wychowawczyni. -Oni już tam na ciebie czekają!

 Czuję onieśmielenie. -Kto?- pytam nieśmiało, lękliwie.

 -Odpowiadaj pełnym zdaniem- karci mnie wychowawczyni.

 -Kto czeka na mnie?- odpowiadam pełnym zdaniem.

 -On znowu z a p o m n i a ł!- podnosi głos moja wychowawczyni z wyrazem twarzy: “A nie mówiłam!?" -Przecież wiesz, że oni już w zeszłym tygodniu powiedzieli, że jeśli nie wydamy im ciebie, to zburzą Wawel.

 -Oni? Wawel?- pytam zdumiony.

 -Odpowiadaj pełnym zdaniem- napomina wychowawczyni.

 -Gdzie byłeś we wtorek 03.10.1974?- pyta dyrektor głosem suchym, pełnym zarzutu i z tym  typowym dla niego mściwym wyrazem twarzy.

 Jego pytanie wywołuje pauzę pełną napiętego oczekiwania i ciszy, ciszy dla mnie fatalnej, ponieważ nie umiem wypełnić jej żadną sensowną odpowiedzią. Więc milczę.

 -Oddaliłeś się samowolnie ze szkoły!!!- Twarz dyrektora robi się jeszcze bardziej sucha i mściwa niż zwykle.

 Tłum zaczyna szemrać, słyszę pojedyncze okrzyki: -Niewiarygodne! Skandal! Jak tak można!?...

 -Był chory- pochwytuję głos mojej matki, ale tłum zagłusza jej słowa.

 -Na pewno znowu się o n a n i z o w a ł e ś- mówi ksiądz i spogląda porozumiewawczo na swoją kochankę, która z oburzonym niesmakiem wykrzywia twarz.

 -Tak, ale próbowałem też sublimować- próbuję się bronić.

 -P r ó b o w a ł  s u b l i m o w a ć- mówi ksiądz, przeciągając ironicznie moje słowa. -I jak, mój chłopcze, jak próbowałeś sublimować?

 -Pomagałem babci nosić węgiel z piwnicy, przeprowadzałem niewidomego przez ulicę i odmawiałem różaniec- mówię, jąkając się. Czuję, jak twarz płonie mi na czerwono.

 -Sami państwo widzicie- oznajmia ksiądz, spoglądając wokół wzrokiem cętkowanym i krętym jak wąż boa, a jego kochanka potrząsa głową z oburzonym niedowierzaniem. Tłum szemrze niespokojnie, gwiżdże. Słyszę pojedyncze śmiechy.

 Z jakiegoś mieszkania rozlega się hejnał mariacki. -Musi być dwunasta- myślę.

 Moja wychowawczyni spogląda na zegarek, nagle niecierpliwa, jakby zaraz miał zabrzmieć dzwonek na przerwę, a dyktando jeszcze nie było ukończone. Jej biust, jej niemożebny, fantastyczny biust nieruchomieje, wypręża się na baczność. Wychowawczyni gestem dłoni ucisza tłum i zanim zada ostateczny cios, przez krótką chwilę spogląda mi przenikliwie w oczy. Następnie zwraca się do tłumu:

 -To dyktando będzie jednym z ważniejszych. Dokonamy w nim podsumowania naszych całorocznych wysiłków. Wyjmijcie zeszyty!

 Zaczyna się dyktando. Głowy uczniów, w tym i moja, pochylają się nad zeszytami. Portrety wielkich pisarzy polskich i wiekopomnych komunistów beznadziejnie smutnie patrzą ze ścian, jakby dawno już zapomniały, kim są i po co je tutaj powieszono. Bezczynna gąbka na krawędzi tablicy smaży się w południowym słońcu.

 -Aby dobrze, poprawnie pisać- dyktuje wychowawczyni- należy nie tylko znać reguły ortografii i zasady pisowni. Konieczne i nieodzowne jest również nieustanne hartowanie ducha i chyże dążenie do gramatycznej perfekcji. Chluba i chwała, jakie płyną z poprawnego opanowania ortograficznych umiejętności, satysfakcja osobista oraz pożytek społeczny są często przez uczniów niedoceniane.

 W tym momencie nie mogę już dłużej wytrzymać. Kocham tę nauczycielkę potajemną miłością udręczoną niemożnością i nocnymi zmazami trzynastolatka. I ten jej biust, wielki i wspaniały.

 -Kocham cię- szepcę tkliwie.

 Lecz w klatce schodowej nadal panuje cisza. Słychać tylko skrzypienie piór po drzewnym papierze i monotonnie poprawny głos wychowawczyni. Wielcy pisarze polscy i wiekopomni komuniści spoglądają znudzeni ze ścian:

 -A przecież wśród wartości preferowanych przez młodzież, znajomość ojczystego języka powinna zajmować poczesne, eksponowane miejsce, gdyż jest ona zarzewiem konkretnego i twórczego zarazem myślenia.

 Pieszcząc oczami jej wspaniały, niebotyczny biust, mówię nieco głośniej:

 -Uwielbiam cię.

 Ale jedyną odpowiedzią jest monotonne skrzypienie piór po papierze drzewnym i nieporuszony głos wychowawczyni, rozlegający się pogłosem klatki schodowej:

 -Tak więc na bieżni życia, zwłaszcza na jego wirażach, pod ostrzałem jego żądań i wymogów, gdzie tak trudno czasem wyhamować, ogromną rolę pełni poprawne pisanie. Czy to w urzędzie, czy w biurze, czy wśród znajomych, czy też w hucie, w hurtowni, w hangarze, a także za granicą, przed maturą, po maturze, przy klawiaturze, słowem, wszędzie i o każdej dobie musimy usilnie i hardo zabiegać o przyswojenie sobie umiejętności poprawnego pisania.

 Spojrzenia wielkich pisarzy polskich i wiekopomnych komunistów smutnieją jeszcze bardziej, jakby skazano ich na wieczność, a mnie ogarnia trudna do opanowania żądza i pewnie też dlatego robię parę koszmarnych kleksów, które pozostaną już na zawsze.

 -Chcę się z tobą kochać!- mówię podniesionym głosem.

 -Stajecie się coraz bardziej dorośli, coraz bardziej dojrzali- dyktuje dalej moja wychowawczyni, zadając mi cierpienie jej obojętnością. -I choć nie wiadomo, którą z ról społecznych podejmiecie i dokąd zawiedzie was los, już teraz musicie sobie uświadomić, że bez znajomości języka ojczystego ani rusz.

 Gąbka na krawędzi tablicy już prawie całkiem sczerniała od słońca. Po ścianie między portretami wielkich pisarzy polskich i wiekopomnych komunistów leniwie wlecze się pająk. Sfrustrowany piszę słowa "rusz" i "uświadomić" przez "ó". Wstaję i krzyczę w tę monotonię:

 -Pożądam!

 Lecz nauczycielka nawet nie zmienia tonu głosu ani tempa dyktowania:

 -Jak bowiem pisał poeta: Mowo ojczysta najpiękniejsza z wszystkich w świecie, ciebie hołubi i król, i kmiotek, i dziecię...

 -Kurwa mać!- wydzieram się na całe gardło.

 -Tyś tak słodko brzmiąca, jak letni miód utozony z bzu...

 Tragedia mojej niespełnionej erotyki sięga zenitu. Wchodzę na ławkę i krzyczę wielką herezję, która każdego polskiego pedagoga zwaliłaby z nóg i wpędziła w narodową rozpacz:

 -Mikołaj Kopernik był Niemcem!!!

 -Jesteś tarczą przed wrogiem i dzieci tulisz do snu- kończy dyktando moja wychowawczyni.

 Opuszczam bezradnie głowę, lecz w tym momencie po schodach schodzi moja sąsiadka z trzeciego piętra, pani Branicka. Na chwilę rodzi się we mnie nadzieja, że fakt ten jakoś rozwiąże moją tragiczną sytuację, przywoła mnie do rzeczywistości, obudzi mnie.

 -Przepraszam- mówi Pani Branicka, stając przede mną.

 -Ależ naturalnie, pani Branicka- odpowiadam, spoglądając błagalnym wzrokiem w jej twarz. Ona jednak zdaje się w ogóle nie spostrzegać tego, co tu jest grane, i czeka, aż ją przepuszczę. Ustępuję pod ścianę, robiąc jej miejsce. Spoglądam za nią, jak przeciska się przez stojącą przed drzwiami ciżbę i wychodzi na ulicę, a tłum zagęszcza się za nią jeszcze szczelniej, jakby jej tu nigdy nie było.

 Wychowawczyni, uznawszy dyktando za ukończone, zbiera zeszyty i spogląda zniecierpliwiona na zegarek. -Teraz musimy iść, oni już tam czekają.

 Tłum pochwytuje skwapliwie jej słowa, rozlega się wrzawa: -Iść! Natychmiast! Na Wawel! Na Kowno! Do Zegrza!

 Z jakiegoś mieszkania ponad nami rozlega się sygnał dziennika telewizyjnego i zaraz w pierwszych słowach Jan Suzin czyta komunikat o zamieszkach w Radomiu, rozruchach w Gdańsku i zbrodniach w Wietnamie. Stoję tam, bezradny, mój przypadek jest jednoznaczny, beznadziejny i przypieczętowany. Czuję się tak, jakbym nie miał tarczy, zapomniał woreczka czystości, a mój biały kołnierzyk u mundurka był poplamiony. I jakby przyłapano mnie na tym, że czytając lektury szkolne, opuszczam opisy przyrody.

 Wychodzimy na ulicę. Spoglądam w górę, na niebo, szukając wyjścia, ratunku. Ale głowa boga nie odpowiada. Być może w ogóle nigdy do nikogo nie mówił. Być może nawet nigdy nie istniał i wszystko, co o nim mówiono, to były jedynie rojenia szalonych proroków, którym się pomieszało z pobożności, halucynacje ascetów, knowania bastardów z bogatych domów, fantazmagorie rytualnych narkomanów. Albo kłamliwe opowieści rodziców.

 Pochwytuję jeszcze głos Wicherka zapowiadającego pogodę: -Zachmurzenie będzie umiarkowane z przelotnymi opadami na wschodzie. Temperatura w dzień do 18 stopni na południu Polski i do 23 na zachodzie. Stan wód głównych rzek Polski układał się w strefie stanów średnich i wynosił 44.

 Budzę się w mym pokoju u rodziców, w którym spędziłem dzieciństwo i młodość, i wspomnienie koszmarnego snu szybko blednie pod naporem jasnego poranka za oknem.  

 PRZEMIANA

 Oczywiście byłem rozwiedziony. Mężczyzna w moim wieku musi być rozwiedziony, a przynajmniej powinien. Jest faktem statystycznie zaświadczonym, że co trzeci mężczyzna w moim wieku jest rozwiedziony i tendencja ta ciągle wzrasta.

 Z moją pierwszą żoną przeżyłem pięć długich, nawet szczęśliwych lat, aż do owego fatalnego, tragicznego w swych konsekwencjach poranka. Obudziłem się i jak zwykle wyciągnąłem dłoń, by położyć ją na biuście żony, lecz zamiast owej w dotyku miękkiej, sprężystej i miłej niczym silikonowa piłeczka substancji poczułem coś, co było sztywne i chropowate jak kora starej sosny. Przez chwilę próbowałem odgadnąć, co to jest, próbowałem przypomnieć sobie, czy kładąc się spać, nie wzięliśmy ze sobą do łóżka czegoś, co posiada taką właśnie strukturę, ale nic sensownego nie wpadało mi do głowy, tym bardziej, że gdy coś ze sobą do łóżka zabieraliśmy, to rzecz ta była gładka i sprężysta i w dotyku przyjemna niczym silikonowa piłeczka.

 Uniosłem się więc na łokciu i spojrzałem. W dłoni trzymałem trąbę słonia. Resztki snu opadły ze mnie w ułamku sekundy. Rzeczywiście, obok mnie leżał dosyć mały jak na słonia słoń, którego nieco odległe, ale nie dające się zanegować podobieństwo do mojej żony uświadomiło mi, co się stało.

 -Ach!- pomyślałem wstrząśnięty. -Te wszystkie tragedie dziejące się w małżeńskich sypialniach, o których tyle czyta się w gazetach i o których tyle mówi się w telewizji i radiu, które są tematem tylu filmów, oper, powieści i sztuk teatralnych. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale gdybym się nad tym zastanawiał, nawet nie przyszłoby mi na myśl, że jedna z tych właśnie tragedii spotka moje małżeństwo. Ale to zawsze tak właśnie jest: to nie my, to inni giną w wypadkach, to innych zalewa woda, to inni masowo padają ofiarami trzęsień ziemi, to innych wsadzają do więzień za machlojki podatkowe, to innych przyłapują in flagranti w łóżkach kochanek i kochanków itd. I dopiero kiedy nam samym coś takiego się przydarzy, stajemy bezradnie pośrodku wesoło i wartko tętniącego życia, a na usta ciśnie nam się jedno jedyne przemożne pytanie: DLACZEGO WŁAŚNIE MY!?

 Dalszy ciąg tej historii jest zbyt bolesny, by opowiedzieć ją tutaj w całej rozciągłości, by opowiedzieć w szczegółach o tych nocach i dniach, o tych naznaczonych smutkiem i dręczącym cierpieniem miesiącach pełnych rezygnacji i depresyjnych nastrojów, które nastąpiły po owym poranku. Wspomnę jedynie, że próbowałem ratować nasze małżeństwo. Przez jakiś czas chodziłem nawet do terapeuty i brałem udział w spotkaniach Męskiej Grupy Samopomocy, gdzie spotykali się mężczyźni, których żony zamieniły się w papugi, żmije, skorpiony, pijawki, teściowe itp., lecz po jakimś czasie dałem za wygraną i za namową mego terapeuty oddałem moją biedną żonę do zoo.

 Czyn ten może się komuś wydać nieczułym i okrutnym, ale w rzeczywistości sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Kiedy po kilku latach dowiadywałem się telefonicznie, powiedziano mi, że żona ma się dobrze, szybko zaaklimatyzowała się w stadzie tamtejszych słoni, a z niektórymi nawiązała bliskie, nawet bardzo bliskie stosunki i że nie mają z nią żadnych problemów. Wziąwszy pod uwagę niezawiniony przeze mnie, nadzwyczajny charakter tych okoliczności, sąd bez wahania udzielił mi rozwodu i nawet nie zasądził alimentów.

 Nawiasem mówiąc, powyższe stwierdzenie: "Z moją pierwszą żoną"... sugeruje istnienie w późniejszym czasie drugiej żony w mym życiu, co jednak niezupełnie się zgadza. Drugą mą żoną miała być K. To razem z nią chciałem zbudować dom, posadzić drzewo i chodzić na dyskoteki. Zresztą nie żoną miała być K., tylko przyjacielem, nie żoną, tylko powiernikiem mych radości i zwątpień, nie żoną, tylko równorzędnym partnerem na resztę życia. Lecz tak się jednak nie stało.  

 KSIĘŻNICZKA DINA

 W telewizji i prasie roztrząsano najnowszy skandal w królewskiej rodzinie, który od kilku dni zajmował bez reszty opinię publiczną i był przyczyną licznych, niejednokrotnie zacietrzewionych i nie mających końca dyskusji i sporów, powodując, że zainteresowanie widzów i czytelników najnowszymi wypadkami samolotowymi, katastrofami kolejowymi czy powodziami wyraźnie spadło, a oglądalność programów i poczytność czasopism donoszących na bieżąco o sytuacji w królewskim domu wzrosła niemal w dwójnasób.

 Otóż świat obiegły zdjęcia zrobione przez śledzących księżniczkę Dinę dzień i noc dziennikarzy, na których udokumentowany był akt jej aresztowania przez policję w jednej z dyskotek w Monako pod zarzutem posiadania kokainy.

 W studio, obok rzecznika prasowego królewskiej rodziny, znajdował się zaproszony specjalnie na tę okazję psycholog z uniwersytetu we Wrocławiu prof. dr Kowalczyk, specjalista od uzależnień i schorzeń psycho-somatycznych.

 -Czy osoba pokazana na tych zdjęciach, to naprawdę księżniczka Dina?- redaktorka zwróciła się do rzecznika prasowego królewskiego domu.

 -Tak. To bez wątpienia ona. Ale naturalnie chodzi tutaj o koszmarne nieporozumienie, które w tej chwili wyjaśniają nasi adwokaci.

 -A więc twierdzi pan, że księżniczka nie ma nic wspólnego z zarzutem posiadania i zażywania narkotyków?

 -Z całą stanowczością.

 -Jednak przyzna pan, że to dziwne, iż księżniczka Dina, zajmująca tak wysokie stanowisko w hierarchii społecznej, a do tego będąca żoną następcy tronu i matką dwojga dzieci, odwiedza w porze nocnej dyskoteki?

 -Bynajmniej nie- odpowiedział rzecznik prasowy z niewzruszoną miną. -Księżniczka Dina znajdowała się tam w towarzystwie swoich przyjaciół, z którymi obchodziła zaręczyny jednej ze swych dwórek.

 -Profesorze Kowalczyk- zwróciła się redaktorka do psychologa prof. dr Kowalczyka- czy uważa pan, że zachowanie księżniczki może wskazywać na uzależnienie od...

 Przełączyłem na inny program. Nie miałem ochoty słuchać tego dalej. Nie miałem ochoty słuchać opinii jakichś Kowalczyków na tematy, które mnie nie interesują. Przeskoczyłem jeszcze szybko po innych programach, ale wszędzie było to samo: księżniczka Dina to, księżniczka Dina owo, księżniczka Dina śmo, tamto, i tak dalej. Przełączyłem więc na koniec na TV Polonia, ale tam właśnie zaczynał się 3578 odcinek serialu M. jak miłość.

 -Shit- pomyślałem. -Absolutny shit!!!   

 HOLLYWOOD

 Ale nie tylko mój wygląd zewnętrzny i moje upodobania kulinarne zmieniły się, odkąd poznałem K. Również me poglądy na sztukę i kulturę uległy pozytywnej transformacji. Pamiętam, jak kiedyś poszliśmy na głośny film z plejadą słynnych hollywoodzkich aktorów. Nigdy przedtem nawet bym nie pomyślał, by wybrać się do kina na coś takiego. Zatwardziale i nieprzejednanie tkwiąc w mych skostniałych upodobaniach estetycznych, wyniesionych jeszcze z czasów mej młodości i nigdy później nie korygowanych, jak i wygórowanych wymogach stawianych zwłaszcza sztuce filmowej, skwitowałbym ten film co najwyżej pogardliwym uśmiechem, nazywając go amerykańską szmirą dla ubogich z udziałem drogo opłacanych aktorów.

 Lecz teraz, gdy siedziałem w półmrocznej sali kinowej, trzymając kochaną dłoń K. w mojej, gdy czułem ciepło jej młodego, jędrnego ciała i gdy spoglądałem od czasu do czasu na jej profil, na którym widziałem szczerą fascynację i niekłamane zainteresowanie światem przedstawionym tego filmu, pojąłem, jak zawężone były moje kryteria oceny, jak sztywne, jednostronne, i co za tym idzie, krzywdzące były moje dotychczasowe osądy hollywoodzkich produkcji.

 -Przecież to jest dzieło sztuki- stwierdziłem nagle, jakbym doznał objawienia. -Dzieło sztuki filmowej służące zbożnemu celowi dostarczenia zmęczonym codziennością ludziom nieskrępowanej żadną głębszą refleksją rozrywki. Wcale nie trzeba się nad niczym zastanawiać, wystarczy tylko patrzeć na tę nieprzejednaną przemoc dobra nad złem, na owe mistrzowskie efekty specjalne o niedościgłej perfekcji: eksplozje, pożary, samochodowe gonitwy i czołowe zderzenia, niekończące się strzelaniny, podrzynanie gardeł, strumienie krwi, łamanie kości, gwałty itd., i po prostu doznawać. Po prostu najzwyczajniej w świecie doznawać.

 -Że też nigdy wcześniej na to nie wpadłem- pomyślałem z niejakim żalem, gdyż uświadomiłem sobie, ile straciłem przez te wszystkie lata świadomego bojkotowania tych filmowych arcydzieł.

 Tak. K., moja miłość do niej i jej miłość do mnie zmieniły u podstaw mój stosunek do mnie samego i do świata, przynajmniej w tym krótkim czasie, kiedy byliśmy razem. Moja perspektywa oglądu przestała być powierzchowna, jednostronna i egoistyczna. Otworzyłem się na otaczającą mnie rzeczywistość. Jedyne, co pozostało we mnie niezmienione nawet w czasach, gdy byłem z K., to były owe dziwne sny o przeszłości, które wciąż mnie nawiedzały. Tak było i tej nocy, kiedy po kinie odprowadziłem K. do domu i wróciłem do siebie:

 Do gabinetu dyrektora wchodzi woźna.

 -Wszystko przygotowane, panie dyrektorze- mówi woźna.

 -To dobrze- cieszy się dyrektor.

 Tego dnia Liceum Ogólnokształcące Imienia T. w M., do którego uczęszczam, ma obchodzić uroczystość dziestolecia istnienia. Dyrektor jest nieco zdenerwowany, gdyż w uroczystości mają wziąć udział władze miejskie, różni członkowie, ma nawet przybyć jakiś dostojnik partyjny z Katowic.

 -A chór?- pyta zaniepokojony dyrektor, jakby mu się nagle przypomniało, że z chórem mogą być kłopoty.

 -W najlepszym porządku- uspokaja woźna.

 -A grono pedagogiczne?

 -Już czeka.

 -A wzorowi uczniowie?

-Też.

 -A reszta uczniów? Ubrani tak jak należy, z tarczami na rękawach i z krótko przystrzyżonymi włosami?

 -Ma się rozumieć- uśmiecha się woźna.

 Nasza woźna. Nikt z nas nie wiedział, jak się naprawdę nazywa, więc mówiliśmy do niej po prostu "pani woźna".

 Dyrektor zaciera ręce z zadowolenia i zdenerwowania. -To może sprawdzimy wszystko jeszcze raz.

 Wychodzą na odświętnie przystrojony korytarz. Ze ścian zwieszają się kolorowe wstęgi obok tablic ze zdjęciami absolwentów i portretami wielkich Polaków, pisarzy, uczonych, budowniczych socjalizmu, bojowników o wolność i powrót do macierzy. Oboje wchodzą do odświętnie przystrojonej auli. Dyrektor wiedzie wzrokiem po równo ustawionych rzędach krzeseł, w których siedzą uczniowie, następnie spogląda na scenę, na której stoi chór uczniów i uczennic i nad których głowami widnieje wielkie hasło:

 DZIESTOLECIE ISTNIENIA LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCEGO IMIENIA T.

 a pod nim drugie:

 MŁODZIEŻ Z PARTIĄ, PARTIA Z MŁODZIEŻĄ

 Dyrektor siada w jednym z wolnych krzeseł w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla dostojnych gości. Jeszcze raz dumnie rozgląda się po auli.

 -Tak, tak, tak dobrze- szacuje pozytywnie. -To co, może zrobimy próbę?

 Woźna znika bez słowa w przylegającym do auli pomieszczeniu i naciska klawisz w pulpicie.

 Z głośników rozbrzmiewa muzyka, a woźna uważnie patrzy na metronom. W pewnym momencie zamaszyście kręci wielką korbą wystającą z szafy wysokiego napięcia. Chór na scenie zaczyna poruszać ustami. Rozlega się patriotyczna pieśń „Z naszej huty stali Wisła”, śpiewana młodymi głosami uczniów i uczennic, przyszłych budowniczych socjalistycznej Polski. Woźna podchodzi do krzesła dyrektora, którego twarz pała zadowoleniem jak dzięcielina. To dosyć rzadki widok, bo w twarzy naszego dyrektora poza surowością nieczęsto malują się jakiekolwiek uczucia.

 -Wybornie- chwali dyrektor, poruszając głową w takt muzyki.

 -I wał w ogóle nie skrzypi- szepce woźna do ucha dyrektora. -Naoliwiłam jak trzeba.

 -Niech pani da grono, niech pani da grono i uczniów- gorączkuje się dyrektor.

 Woźna ponownie znika w stróżówce i przyciska inny klawisz w pulpicie. W tym samym momencie grono pedagogiczne siedzące w drugim i trzecim rzędzie ożywia się. Twarze nauczycielek przybierają uroczyste wyrazy jak pomniki Matek Polek, wuefista wypręża szarmancko pierś, na twarzach uczniów i uczennic wypełniających aulę pojawia się życie.

 Dyrektor powolnym spojrzeniem ogarnia morze uczniowskich głów. Ja siedzę w czwartym rzędzie od końca pod oknem i nasze spojrzenia spotykają się na ułamek sekundy. Ostatni raz w życiu. Woźna i dyrektor spoglądają jak urzeczeni na tę uroczystą manifestację socjalistycznej młodości. Po krótkiej chwili woźna wyłącza chór, grono i uczniów i wraz z dyrektorem wraca do gabinetu. Aula zastyga we wspomnieniu. Dyrektor siada jakoś ciężko w fotelu.

 -Może kawy?- pyta woźna, widząc nagłą bladość w jego twarzy.

 -Nie, nie teraz, lada moment mogą przybyć- dyrektor spogląda na zegarek i w tej pozycji nieruchomieje w fotelu.

 -Jezus Maria!- szepce woźna, rozluźniając mu czerwony krawat pod szyją.

 Wkłada rękę pod marynarkę dyrektora i kręci tkwiącym tam kluczykiem. Po chwili twarz dyrektora znowu nabiera rumieńców.

 -Na czym to ja skończyłem?- pyta dyrektor jakby zbudzony ze snu. -Ach tak, i proszę pamiętać, żadnego alkoholu przed zakończeniem uroczystości.

 Dyrektor unosi się z fotela. Przed budynkiem Liceum Ogólnokształcącego Imienia T. w M. pojawiają się pierwsi dostojni goście.  

 BOGDAN

 Niekiedy Bogdan i ja szliśmy na Starówkę, by się zabawić. Nie, nie były to jakieś huczne imprezy, dzikie tańce w towarzystwie tancerek go-go czy coś takiego. Po prostu odwiedzaliśmy tę lub tamtą knajpę i wypijaliśmy po kilka piw, zabawiając się rozmowami o tym i owym.Tym razem wracaliśmy do domu w świetnych humorach. I by dać wyraz naszym radosnym nastrojom, idąc przez miasto, wykrzykiwaliśmy różne, niejednokrotnie buńczuczne hasła.

 -Na Kowno!!!- krzyknąłem.

 -Syjoniści do Syjonu!!!- wrzasnął Bogdan na całe gardło.

 -Polska Włosi osiem osiem!!!- wrzasnąłem, naśladując specyficzną poetykę języka kibiców piłki nożnej. -Polska Niemcy zero zero!!!- krzyknąłem chwilę później, choć wcale się nie rymowało, ale było mi wszystko jedno.

 Bogdan zaczął na całe gardło śpiewać The Cry of Love Jimiego Hendrixa  

 OKO

 Uwikłany w absurdalny paradoks życia domagającego się swego prawa do radości, a tłamszonego przez kładące się nań długimi cieniami wspomnienia rozczarowań, porażek i klęsk, które już na trwałe odcisnęły swe bolesne piętno na jego wrażliwej tkance, postanowiłem polecieć do rodziców.

 Więc poleciałem.

 Siedziałem w pokoju przy stole z rodzicami, a przed nami, jak zawsze, leciał telewizor. Ojciec i mama już prawie zasypiali w fotelach. Zamyśliłem się na chwilę i powędrowałem pamięcią do tych czasów szczęśliwych, gdy jeszcze byłem chłopcem z podrapanymi kolanami goniącym za piłką, palącym ukradkiem pierwsze papierosy czy też podglądającym w przebieralni koleżanki na wuefie.

 Przypomniało mi się, jak rodzice, tak jak wszyscy rodzice na świecie, często pytali mnie w tym czasie, kim chciałbym w życiu zostać. Odpowiadałem, jak wszyscy chłopcy w tym wieku, że chciałbym zostać strażakiem, lekarzem albo maszynistą i rodzice kiwali z zadowoleniem głowami. Mówiłem im tak, bo wiedziałem, że tego ode mnie oczekują. W gruncie rzeczy jednak nie miałem najmniejszej ochoty zostawać strażakiem, lekarzem czy maszynistą. Tak naprawdę chciałem zostać kochankiem ciotki Irmy. Ciotka Irma nosiła zawsze takie obcisłe i głęboko wycięte bluzeczki oraz mninispódniczki, co inspirowało moją fantazję do jak na mój bardzo młody jeszcze wiek daleko idących spekulacji. Ale tego, oczywiście, nie mogłem im powiedzieć. Nie powiem, nawet dziś jeszcze miałbym ochotę zostać jej kochankiem, ale ciotka Irma zmarła przed wielu laty. Niestety. A na pytanie, kim chciałbym w życiu zostać, jeszcze do dziś nie odpowiedziałem w zadowalającym i jednoznacznym stopniu.

 Zanim poszedłem spać, wypiłem z ojcem co nieco, jak to często się dzieje między ojcami i ich dorosłymi synami. Tym razem zasnąłem bez jakichkolwiek problemów, ale gdzieś pośrodku nocy i głębokiego uśpienia zmysłów reminiscencje dawnej przeszłości przedostały się przez zamknięte wierzeje głęboko uśpionego umysłu i dziwnym snem wypłynęły na powierzchnię niekontrolowanej świadomości:

 -Zaczekamy jeszcze na dwie szkoły i młodzież z klubu sportowego K. S. M.- mówi przewodniczący do sekretarza. Obaj stoją na przystrojonej odświętnie trybunie, a w dole, jak okiem sięgnąć, kłębi się kolorowy tłum ludzi. Ludzi pracy. Ludzi dobrej roboty. Polaków, którzy potrafią. Wielu trzyma flagi, wielu ma wpięte kolorowe wstążki w klapy marynarek i garsonek. Nad głowami tłumu królują portrety wielkich ludzi wszech epok, duchowych ojców tego świata. Świata wiekopomnych wynalazców kampanii buraczanych i kartoflanych, podawania cegły, mieszkanka na Mariensztacie, słów: "myślę o tobie całe noce, a w dzień wyrabiam trzysta procent", czynów społecznych, gospodarki planowej i przekraczania planów pięcioletnich.

 I gdzieś w tym tłumie, między trybuną i pierwszymi szeregami biega dyrektor tej szkoły, w której od dwóch lat pracuję, i zachęca ciała pedagogiczne, żeby niosły portrety Lenina, Marxa i Engelsa, podczas gdy Gomułka i Gierek wygłaszają przemówienia pierwszomajowe przez ustawione licznie głośniki, które co raz gromią okrzykiem: NIECH ŻYJE!!!

 A nad tym wszystkim świeci majowe słońce, igra w oczach dziewczyn, którym lekki wiatr podwiewa włosy i spódnice. Nad dachami domów krążą gołąbki pokoju. Dzieci liżą lody i lizaki. Orkiestra kopalni Wujek przygotowuje instrumenty. Niemowlętom przymocowano do wózków wiatraczki i chorągiewki. Tego dnia autobusy przewożą pasażerów za darmo. Drzewa i krzewy zielenią się.

 Ludziom powiedziano, że OKO jest dzisiaj szczególnie łaskawe i że po pochodzie każdy dostanie za darmo kaszankę i piwo. A OKO, które wszystko widzi i wszystko słyszy, widzi uśmiechnięte oblicza, radosne, przyjazne gesty, słyszy wyrywkowe rozmowy w tłumie:

 -Kocham cię- mówi jakaś kobieta trzymająca portret Lenina do mężczyzny trzymającego portret Marxa. Mężczyzna spogląda na nią wniebowzięty:

 -Tak długo czekałem, aż mi to powiesz. Ja też cię kocham. I Partię.

 Całują się, wznosząc w górę trzymane w dłoniach portrety. Co chwilę wzlatują w powietrze kolorowe balony i gołąbki pokoju wypuszczane z klatek. U celu pochodu, na łąkach wielkiego parku, przygotowano cały szereg atrakcji. Odbędą się występy zespołów ludowych i skoki spadochronowe. Orkiestry ludowe już czekają ze swymi skocznymi kawałkami, stroją instrumenty.

 Wreszcie zebrali się już wszyscy. Lokalne władze na trybunie z zadowoleniem spoglądają na licznie i kolorowo zgromadzony tłum.

 -No to ruszamy- mówi pierwszy sekretarz, dając znak kierownikowi pochodu. Ten z kolei daje znak pierwszej czwórce i pochód rusza. Wielki pochód na cześć i chwałę i ku pamięci i aby Polaka rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej, tłumny, kolorowy, zdyscyplinowany: żywa manifestacja wolności.

 Po bokach ulic wzdłuż trasy przemarszu pochodu zgromadzili się tłumnie ludzie, całe rodziny, ojcowie z dziećmi na plecach, matki z niemowlętami w wózkach, starcy. I tak idzie ten pochód, w majowym słońcu, w lekkim wietrze powiewającym flagami i spódnicami dziewcząt, w przyszłość.Ale na krótko przed celem pochód zaczyna dyszeć. Zaniepokojony tym kierownik pochodu uważniej przygląda się ludziom.

 -Dyszą. Dziwne- myśli. -Przecież nie mogą być zmęczeni, tempo jest umiarkowane.

 Kiedy kierownik pochodu spostrzega, że pochód zwiększył szybkość, zaniepokojony zawiadamia o tym pierwszego sekretarza. Lecz pochód wymyka się spod kontroli. Wkrótce na poboczach trasy przemarszu pojawiają się porzucone flagi, transparenty z hasłami i portrety wielkich przywódców świata. W pochodzie wrze. Aż wreszcie któryś z uczestników wybija kamieniem OKO. Pochód wydaje okrzyk radości. Okazuje się, że OKO było ślepe, i to zapewne od zawsze. Za wybitym OKIEM, jak za zerwaną zasłoną, pojawia się przerażona twarz pierwszego sekretarza, próbującego ukryć zażenowanie. A pochód idzie coraz szybciej, dyszy, wrze. Po kilku godzinach, nie reagując na wezwania władz do zatrzymania się, jest już w innym województwie, zbity teraz w jedną masę pełną oczu, uszu i ust pożerających wszystko, co staje na jej drodze. Szlak jego przemarszu znaczą strzępy pomników ku czci Lenina i Armii Radzieckiej, propagandy sukcesu, PZPR-u...

 Sytuacja staje się zatrważająca i trudna do opanowania. Poinformowano rząd, który zażądał od sejmu specjalnych uprawnień. Postawiono wojsko w stan gotowości. Wreszcie stało się to, czego najbardziej się obawiano. Armia otrzymała rozkaz zatrzymania pochodu za wszelką cenę. W pewnym miejscu na mapie, na przewidywanej trasie pochodu, pobudowano zasieki, ustawiono żołnierzy i rozdano amunicję. Tymczasem zaczęły napływać doniesienia, że pochód zwalnia prędkość i mniej dyszy. Zauważono również, że z pochodu zaczęły odpadać strzępy czegoś, co przypomina popiół, a co natychmiast poddane zostało analizie w tajnych laboratoriach wojskowych. Pochód wyraźnie tracił szybkość, rozpadał się, już prawie nie dyszał.

 W końcu to, co dotarło do żołnierskich stanowisk, było już tylko mgiełką najlżejszych cząstek popiołu, opalizujących lekko na tle zachodzącego słońca. I cisza. Obudziła mnie cisza. Cisza mego chłopięcego pokoju u rodziców.  

 TO I OWO

 Tak więc po odejściu K., zraniony i zniechęcony do życia, siedziałem przeważnie w domu, unikając najdrobniejszych nawet przyjemności, unikając kontaktów z przyjaciółmi i znajomymi, sąsiadami, domokrążcami, agentami ubezpieczeniowymi, listonoszami i inkasentami. Jedyny i jednostronny kontakt ze światem miałem poprzez telewizor, który czasem załączałem, by, chcąc nie chcąc, obok różnych doniesień ze świata dowiedzieć się o kolejnych aferach księżniczki Diny, które miała czy to z jej osobistym szewcem, czy to kucharzem, czy to szoferem, czy to nauczycielem golfa, czy to..., albo by dowiedzieć się, niejako w sposób przymusowy, o dalszych losach rodziny Złotopolskich.

 A przecież nie tak wyglądało moje życie w czasach, gdy dzieliła je ze mnę K., gdy bez cienia znudzenia mogłem godzinami siedzieć wpatrzony w jej młodą, niezużytą jeszcze twarz, której nie zdążyły zniekształcić i naznaczyć swym piętnem bolesne doświadczenia, jakie niesie ze sobą jarzmo człowieczego losu, uzależnienie od narkotyków czy też niszczące na dłuższą metę działanie kremów do pielęgnacji skóry i maseczek upiększających. Mogłem tak siedzieć godzinami i spoglądać na jej twarz, która bez problemów obywała się bez jakichkolwiek zabiegów chirurgii kosmetycznej, twarz, której nie pożłobiły jeszcze głębokie bruzdy trosk, twarz przepojoną tkliwym uczuciem miłości do mnie, na której malowały się jasne, czyste i niewinne myśli kogoś, kto jeszcze w swym życiu nie stał przed otchłaniami nierozwiązywalnych problemów, nie stał w nieskończenie długich kolejkach za mięsem, jak i nie stał godzinami na przystankach, czekając na spóźnione autobusy, tramwaje i pociągi. Tak. Momenty, które spędziłem z K., to były jedne z najpiękniejszych momentów w mym życiu, nie licząc kilku momentów z mego dzieciństwa, tego magicznego okresu, kiedy świat jeszcze wydawał mi się wspaniały, pełen tajemnic i możliwości. Wiem, że już niejednokrotnie o tym tutaj mówiłem, ale czasem trudno wyrazić mi w słowach w sposób zadowalający to i owo.  

 BOGDAN

 -Stary- powiedział pewnego razu Bogdan. -Nie możesz tak dalej żyć. Spójrz tylko na siebie: jesteś zgorzkniały, wyjałowiony, zacięty w rozpamiętywaniu nieodwracalnej przeszłości. A poza tym, wybacz, że to mówię, ale ta twoja K. wcale nie była znowu taka wyjątkowa.

 -Co przez to rozumiesz?- zapytałem z zaczepnym, rozdrażnionym spokojem.

 -Czy wiesz, że w czasie gdy była z tobą, miała romans z jej nauczycielem jazdy konnej?

 -To chamska potwarz!- powiedziałem zaciekle.

 Znałem tę bezpodstawną, wulgarną plotkę ukutą i rozsiewaną przez moich znajomych, którzy m. in. dlatego właśnie w tej opowieści nie występują.

 -A czy wiedziałeś, że K. już od wczesnoszkolnych lat uzależniona była od narkotyków?

 -Wredne, plugawe kłamstwo!- wykrzyknąłem rozeźlony.

 To też była jedna z tych ohydnych, ordynarnych plotek, którą rozpuścili zazdroszczący mi mężczyźni i ich drobnomieszczańskie, starzejące się żony, którym swobodny styl bycia, niedościgła uroda i młody wiek K. zawsze były zadrą w oczach.

 -Nie chcę tego więcej słuchać, zwłaszcza od ciebie- powiedziałem i poszedłem obrażony w stronę drzwi wyjściowych. Jeszcze w przedpokoju posłyszałem, jak Bogdan zaczął grać na gitarze Foxy Lady Jimiego Hendrixa.  

 NADZIEJA

 A jednak. Po tym, jak K. odeszła, jeden jedyny raz mą głuchą i mroczną samotność oświetliło ciepłe i dobre światło nadziei. To było pewnego słonecznego dnia we wtorek rano o w pół do dziesiątej, tuż przed końcem tej opowieści. Wyszedłem z domu i udałem się na zakupy. Na ulicach jak zwykle o tej godzinie panował wzmożony ruch. Reklamy opiewały jedzenie, kosmetyki, samochody, erotyczną bieliznę, nowe amerykańskie filmy, wśród tłumu pojawili się już owi bladzi mężczyźni w garniturach ze skórzanymi aktówkami w dłoniach uwieszeni na ich nieodłącznych komórkach, przez które wydawali ich wspólnikom na giełdzie polecenia "kupić, sprzedać, kupić, sprzedać, kupić", wystawy sklepowe kusiły klientów, a zwłaszcza kobiety, promocyjnymi cenami proszków do prania, gąbek i środków do mycia garnków, okien, podłóg i muszli klozetowych, kusiły nowymi modelami żelazek do prasowania, odkurzaczy, ekspresów do kawy, sokowirówek, proszków do pieczenia i zabielania sosów, drożdży, podpasek, lakierów do włosów, szminek, lakierów do paznokci i zmywaczy, banki pracowały jak zawsze z tą nieludzką, morderczą precyzją, samochody płynęły nieprzerwanym strumieniem, światła na przejściach i skrzyżowaniach nieustannie zmieniały kolory, anorektyczne kobiety z silikonowymi biustami zaludniały chodniki, bankomaty wypluwały miliony banknotów...

 Spojrzałem na to wszystko i potrząsnąłem z dezaprobatą głową.-Amok dnia codziennego- pomyślałem. -Bezsens!

 Wszedłem do sklepu, wziąłem koszyk i, nie poddając się przymusowi kupowania rzeczy zbędnych, już po chwili stałem przy kasie i wykładałem produkty na taśmę.

 -Czy ciągle jeszcze kocha pan K.?- zapytała znienacka kasjerka.

 -Czy kocham K.?- powtórzyłem jak tonący, którego pytają, czy chce koło ratunkowe.

 -Oczywiście...

 Ale, ale! Skąd wiedziała w ogóle o nas? I jakim prawem zadawała mi tak osobiste pytanie?!

 -Proszę pani...- zacząłem z oburzeniem, ale urwałem, bo spostrzegłem właśnie tabliczkę z jej nazwiskiem wpiętą w klapę fartucha.

 -Pani Butelka!- powiedziałem z naciskiem...

 -Butylka!- przerwała mi, wymawiając wyraźnie swe nazwisko.

 -Co "Butylka?"- zapytałem zdezorientowany.

 -Moje nazwisko- odparła kasjerka. -"Butylka", a nie "Butelka."

 -Pani Butylka!- podjąłem, korygując błąd. -Ta rzecz między mną i K. jest moją prywatną sprawą i nie pozwolę, aby osoby postronne...

 -No to nie- przerwała mi obrażona. -Chciałam jedynie pomóc, ale jak nie, to nie, nie będę się narzucać- dodała tym samym urażonym głosem, z nadąsaną miną przesuwając nad scannerem zakupione przeze mnie produkty.

 Stałem tak chwilę zdziwiony i niezdecydowany, czy się udobruchać, czy zachować nieugiętą postawę człowieka chroniącego za wszelką cenę swe intymne sprawy przed obcymi, ale wreszcie zwyciężyła ciekawość.

 -Pomóc? W jaki sposób?- zapytałem.

 -Wiem, gdzie jest K.- powiedziała kasjerka, zniżając głos do tajemniczego szeptu,  przesuwając jogurt marki Mueller nad scannerem.

 -Wie o miejscu pobytu K.?!!!- pomyślałem, z trudem powstrzymując okrzyk radości i bezgranicznego zdumienia. Poczułem, jak serce chce wyskoczyć z mej piersi, choć zawsze byłem zwolennikiem tezy, że uczucie radości odczuwane jest w głowie, a nie w sercu. Pochyliłem się w jej stronę, by nie uronić ani jednego słowa z tego, co zamierzała, ba, co musiała mi teraz oznajmić:

 -Dziesięć dwadzieścia siedem- powiedziała.

 -Że jak?- zapytałem bez pojęcia, spoglądając na nią z ukosa.

-Dziesięć złoty dwadzieścia siedem groszy- odparła, spoglądając na mnie badawczo.

 -Ach!- żachnąłem się jak ktoś, komu opowiada się jakieś błahostki, zamiast od razu przejść do sedna zagadnienia. Wyjąłem z kieszeni dwudziestozłotowy banknot i położyłem przed nią.

 -Gdzie?! Gdzie jest K.?!!!- zapytałem syczącym szeptem jak ktoś, kto nie pyta, tylko żąda.

 -Na oddziale zakaźnym w szpitalu Św. Alexandra. Zachorowała na świńską grypę- powiedziała pani Butylka.

 -Boże!- wrzasnąłem.

 Wrzuciłem zakupy do torby i pędem wybiegłem ze sklepu, nie czekając nawet, aż wyda mi resztę. Pobiegłem do domu, wrzuciłem torbę z zakupami do lodówki, wybiegłem z domu, pobiegłem do kwiaciarni i z bukietem orchidei, nie czekając na tramwaj, pobiegłem do szpitala Św. Alexandra, który znajdował się zaledwie dwanaście przystanków dalej.

 Jak się czułem, biegnąc przez ruchliwe ulice mego miasta? Jak ludzie, którzy pewnego dnia niespodziewanie wygrywają ciężkie miliony w lotto, jak ludzie, którzy spisani już na straty przez szkolną medycynę, zdrowieją nagle i nieoczekiwanie z nieuleczalnych chorób, jak ludzie wreszcie, którzy doznają objawień wielkiej prawdy i potem godzinami wystają na ulicach, trzymając przed sobą pisemko Obudźcie się albo Strażnica, i nagabują przechodniów, by podzielić się z nimi wielką radością objawienia.

 Walcząc o oddech i borykając się z nadmiarem powietrza w płucach, wbiegłem do recepcji szpitala Św. Alexandra. W recepcji nikogo nie było. Oparłem się o kontuar, ciężko dysząc. Wtedy posłyszałem na zewnątrz wycie syren wjeżdżających na dziedziniec szpitala karetek pogotowia. Drzwi znajdującej się tuż obok izby przyjęć otworzyły się z hukiem i sanitariusze zaczęli wnosić rannych, zapewne z jakiegoś wypadku, który właśnie gdzieś niedaleko musiał mieć miejsce. Wszystko rozgrywało się zaledwie parę metrów ode mnie. Ociekające krwią i pozbawione kończyn ciała, rozprute brzuchy, z których kipiały parujące wnętrzności, pokiereszowane i wykrzywione w bolesnych grymasach twarze przesuwały się na pchanych w pośpiechu przez zdenerwowanych pielęgniarzy noszach przed moimi oczami. Przestrzeń wypełniła się krzykiem i jękami konających...

 Po chwili z oszklonych drzwi po przeciwnej stronie wyszła dyżurna pielęgniarka. Młoda, postawna kobieta, której wspaniałą figurę podkreślał ciasno opinający ciało kitel, a także w jakiś sposób fakt, że poruszała miarowo szczękami, przeżuwając ostatnie kęsy spożytego najwidoczniej przed chwilą posiłku.

 -Słucham?- zapytała, ocierając rękawem usta i spoglądając na mnie pięknymi, niebieskimi oczami.

 -Powiedziano mi, że tutaj leży moja przyjaciółka. Chciałbym ją odwiedzić- odparłem, wciąż jeszcze dysząc głęboko, choć oddech mój już powoli robił się płytszy.

 Pielęgniarka wystukała coś na klawiaturze stojącego przed nią komputera.

 -Jak się nazywa ta przyjaciółka?- zapytała pielęgniarka.

-K.- powiedziałem, patrząc z nadzieją w jej piękne, niebieskie oczy.

 -Data urodzenia?

 Podałem datę urodzin K..

 -Tak- rzekła pielęgniarka, przełykając to, co przeżuła i podniosła na mnie swój niebieski wzrok. -Jest tutaj. Oddział zakaźny, trzecie piętro, sala 46.

 Czekanie na windę wydało mi się wiecznością, więc pobiegłem schodami na trzecie piętro i stanąłem, znowu ciężko dysząc z powodu schodów i ekscytacji, przed pomieszczeniem, do którego prowadziły szklane drzwi, nad którymi wisiała tabliczka z napisem:

 ODDZIAŁ ZAKAŹNY. WSTĘP SUROWO WZBRONIONY.

 Zajrzałem przez szybę do wnętrza. Znajdowały się tam trzy łóżka, z których dwa były puste. Na trzecim zauważyłem pod białą kołdrą ludzką sylwetkę, a w miejscu, gdzie powinna znajdować się głowa, spod kołdry wystawał kosmyk fioletowych włosów. Od razu rozpoznałem jeden z ulubionych przez K. kolorów farby do włosów.

 -O kurwa, to ona!- krzyknąłem uszczęśliwiony. Mogłem użyć takiego sformułowania, ponieważ na korytarzu oprócz mnie nikogo nie było i nie musiałem przebierać w słowach.

 Czekałem chwilę, ale pod kołdrą nic się nie poruszyło. Zastukałem w szybę raz i drugi. Wtedy z dyżurki obok, której istnienie dopiero teraz zauważyłem, wyszła pielęgniarka i spojrzała na mnie pytająco. Miała gorące, czarne jak węgiel oczy, a jej ciało, podobnie jak jej koleżanki z recepcji, opinał ciasny, podkreślający wspaniałą figurę kitel.

 -Jestem bliską osobą. Czy mógłbym chwilę z nią porozmawiać?- powiedziałem z lekkim, usprawiedliwiającym uśmiechem, wskazując głową w kierunku, gdzie leżała K.

 -Przecież widzi pan, że to oddział zakaźny- powiedziała pielęgniarka.

 -No tak- odparłem ze zrozumieniem. -Może mi pani przynajmniej powiedzieć, jak ona się czuje?

 -Stan K. jest stabilny, ale wciąż jeszcze ciężki- odparła pielęgniarka. Wprawdzie najgorsze ma już za sobą, ale wciąż istnieje niebezpieczeństwo powikłań, a nawet zagrożenie życia. Wiemy już, że to świńska grypa. Na razie otrzymuje mnóstwo lekarstw i silne środki nasenne, co powoduje, że przez większość dnia i nocy śpi.

 -Kiedy będę mógł ją zobaczyć, porozmawiać?

 -Trudno powiedzieć. Niech pan zajrzy tak za trzy dni.

 -Czy może pani przynajmniej przekazać jej te kwiaty?

 -Dobrze- odparła pielęgniarka, biorąc z mych rąk bukiet orchidei.- Na pewno się ucieszy, gdy się obudzi i zobaczy je na nocnym stoliku- dodała z sympatycznym, wręcz zalotnym uśmiechem i błyskiem w jej głębokich, czarnych jak węgiel oczach.

 -Jak się pan nazywa?

 Powiedziałem jej, jak się nazywam.

 -Dobrze, przekażę. A teraz proszę już iść. Zaraz zaczyna się wizyta lekarska.

 Niemal ze łzami w oczach spojrzałem na leżący pod szpitalną kołdrą nieruchomy, kochany kształt. O, z jaką rozkoszą przytuliłbym do mych spragnionych piersi moją biedną K. i przejął na siebie wszystkie te wirusy świńskiej grypy, które dręczyły jej młode, gibkie ciało!

 -Niech pan już idzie- ponagliła pielęgniarka.  

 CIĄG DALSZY

 Po trzech dniach, które dłużyły mi się jak nigdy, lecz jednocześnie wypełniały mnie bezgraniczną radością, przyszedłem ponownie do szpitala Św. Alexandra. Gdy spojrzałem przez szybę do wnętrza pokoju na oddziale zakaźnym, złe i mroczne jak heban przeczucie przemknęło przez me serce: wszystkie trzy łóżka były puste, a na nocnym stoliku obok jednego z nich ujrzałem stojące w szklanym wazonie zwiędłe orchidee.

 Z dyżurki wyszła pielęgniarka w białym, obcisłym kitlu głęboko rozpiętym na piersiach, zresztą ta sama, co przed trzema dniami, i wolnym krokiem podeszła w moim kierunku.

 -Gdzie... ona... jest?- zapytałem urywanym głosem, który z trudem tylko powstrzymywałem od eksplozji krzyku.-Niestety

 -powiedziała pielęgniarka i smutno zwiesiła głowę, ale nie spuszczała ze mnie spojrzenia swych czarnych jak węgiel oczu. -Nie udało nam się jej ocalić.

 -Czy to znaczy... że... ona... Umarła!?

 -H1N1.

 -H1N1?- zapytałem, nie mogąc pojąć sensu jej słów.

 -Tak nazywa się ten śmiercionośny wirus świńskiej grypy, który pokonał to młode życie.

 -Umarła!!!- wrzasnąłem na całe gardło szarpnięty paroksyzmem rozpaczy i zwątpienia. Jeżeli po tym, jak K. mnie opuściła, mogłem żywić choćby nikłą nadzieję, że kiedyś jeszcze ją odzyskam, że do mnie wróci, (mój ty Boże, byłem gotów przyjąć ją nawet z cudzymi dziećmi), to teraz również ten ostatni, znikomy rąbek nadziei umarł wraz z nią na zawsze.

 Wybuchłem przenikliwym płaczem, upadłem na kolana i w obezwładniającym, odbierającym zdolność logicznego myślenia poczuciu bezsilności wobec okrucieństwa zrządzeń ślepego losu począłem walić pięściami i głową w posadzkę. Byłem jak w malignie, ślepy i bezmyślny, jak zraniony przez myśliwego ryczący zwierz, którego jaźń zredukowana jest do instynktu odczuwania bólu.

 Kiedy po jakiejś chwili podniosłem posiniaczoną i zakrwawioną głowę, ujrzałem nad sobą lekarza ze strzykawką w ręku i dwóch barczystych, rosłych jak dęby pielęgniarzy, którzy bez ostrzeżenia rzucili się na mnie i unieruchomili me szamocące się ciało w żelaznych kleszczach ich ćwiczonych w siłowniach ramion. Lekarz zrobił mi iniekcję i prawie natychmiast poczułem, jak zaczynam tracić świadomość, poczułem, jak świat rozpuszcza się w jakiejś dziwnej, ciepłej i przyjemnej w dotyku substancji.

 -Strasznie przyjemne uczucie- stwierdziłem, jeszcze zanim zupełnie odpłynąłem w niepamięć, z której poza poniższymi majakami, niczego więcej nie potrafiłem sobie przypomnieć:

 Jest zima, na dworze jeszcze jest noc, jasna od śniegu. Babka zapina mi płaszcz, sama już ubrana. Stoimy w wielkiej kuchni, której naczelnym rekwizytem jest huczący ogniem piec. W ręku trzymam lampion na kiju. Świeczka w lampionie płonie i nasyca powietrze zapachem wosku i zaraz potem idziemy po śniegu przez noc pachnącą zimą i dymem z kominów na roraty. Jest mróz, śnieg skrzypi pod naszymi butami, coraz więcej dzieci z babkami i lampionami pojawia się na drodze, zaczyna padać śnieg i droga do kościoła przestaje być drogą, staje się czasem. Płyniemy z babką przez noc odciśnięci na tle granatowego nieba jak postaci na obrazach Chagalla.

 Do salki religii wchodzi ksiądz. Jest letnie wczesne popołudnie, salka nabrzmiała jest gorącym powietrzem i naszymi dziecięcymi, popędliwymi głosami, które milknę wraz z wejściem księdza. Wstajemy i zmawiamy modlitwę. Potem ksiądz opowiada nam o tym, jak powstał świat. Jak bóg w dobroci swej nieskończonej i niepohamowanej sile twórczej oddzielił ciemność od światła i ląd od wody. I powiesił gwiazdy i księżyc i słońce na niebie, które właśnie teraz za oknem dusznej salki religii niemiłosiernie praży. I jak stworzył rośliny, zwierzęta i pierwszych ludzi. Nas wszystkich. Także jego, księdza, i mnie, i Długiego, i Siwego, a także naszych rodziców, ciotki, wujków, babki itd. itd. I że bóg jest wszędzie, w każdym z nas i w każdym przedmiocie i na przykład w lustrze. I jak by rozbić takie lustro, to w każdym nawet najmniejszym kawałku tego rozbitego lustra byłby bóg.

 Dziwimy się pokornie, podziwiamy tę niewyobrażalną wszechobecność, tę nie mającą sobie równej wszechmoc. Potem ksiądz daje Adasiowi, który siedzi w pierwszej ławce, obrazki do kolorowania, żeby rozdał po sali. Adaś potrafi najlepiej kolorować. Zawsze mu tego zazdroszczę. Szaty świętych, głowy, aureole nad głowami, dłonie i stopy wystające spod szat, krajobrazy i zwierzęta, wszystko to na jego obrazkach wygląda tak czysto, starannie, na piątkę. Nie zostawia żadnych białych plam, nie wyjeżdża za linię, wszystko wypełnione soczystym kolorem kredek.

 Koloruję więc moje obrazki jak umiem, niedokładnie, mimo że się przykładam. Wypełniam jasnobrązowym kolorem twarze, dłonie i stopy w sandałach wystające spod długich, lejących się szat, aureole nad głowami robię żółtą kredką, bo oczywiście złotej nie mam, trochę wyjeżdżam tu i ówdzie za linię, ale nic na to nie poradzę, taki już jestem, na trójkę albo, w najlepszym wypadku, na trzy plus.

 Ksiądz chodzi znudzony pomiędzy ławkami, zmęczony gorącem, znużony wiecznością, przygląda się obrazkom, przystaje przy mnie, -popatrz- mówi -tu wyjechałeś za linię, i tu i tu, i tu też, przyłóż się bardziej, drogie dziecko. Idzie dalej, przystaje obok innych, doradza, chwali, upomina...

 Na koniec zmawiamy modlitwę.

 -Na następną lekcję przynieście owoce, cukier i drożdże- mówi ksiądz na odchodnym. -Będziemy zamieniać wodę w wino.

 Obudziłem się w jakimś pokoju na jakimś łóżku. Ściany pokoju były białe i wyglądały jak miękkie oparcie gumowej kanapy. Stwierdziłem, że nie mogę poruszać kończynami. W pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Wysoko na suficie wisiała na dwóch cienkich kablach żarówka. Pomieszczenie to, przez ów całkowity brak mebli i tę zwisającą z sufitu żarówkę bez klosza, przypominało mi pewną melinę, w której pewnego razu piłem z Długim i Siwym. Jednak kiedy przekrzywiłem głowę w tył i ujrzałem zakratowane okno, od razu zorientowałem się, gdzie jestem, wróciła pamięć i ból utraty K.

 Dwa dni później, zapewne gdy uznano, że nie stanowię już zagrożenia dla siebie i otoczenia, przeniesiono mnie na oddział.

 Mijały dni. Losy znajdujących się tam na przymusowym pobycie towarzyszy niedoli wzbudzały we mnie współczucie i głęboką litość, ale także nabożny niemal respekt przed niedocieczonością wyroków opatrzności i potęgą fantazji ludzkiego umysłu. Tak więc na przykład był tam jeden facet, wysoki i chudy mężczyzna, który utrzymywał, że jest trzecim bratem bliźniakiem prezydenta RP. Inny, stary i wysuszony człeczyna, uważał się za Arnolda Schwarzeneggera. Trzeci, barczysty i krępy, krótkowłosy blondyn o jasnej, piegowatej karnacji i nalanej twarzy twierdził uparcie, że jest Bobem Marley'em. I była tam też jedna kobieta, która chodziła pośród pacjentów i rozdawała im wyimaginowane dary, bo była święcie przekonana, że jest zmartwychwstałą Matką Teresą.

 Boże, zmiłuj się nad nimi.

 Traktowano mnie tam na dwa różne sposoby. Jeden z nich polegał na tym, że pompowano we mnie całą masę neuroleptyków, które powodowały, że moje myśli były powolne i nieszkodliwe. Drugim sposobem były rozmowy terapeutyczne z psychiatrą, które nie przynosiły żadnych rezultatów. Psychiatra ten bowiem utrzymywał z uporem maniaka, że K. nigdy nie istniała i była jedynie wytworem mojej skołatanej i przepojonej melancholią wyobraźni.

 -Jeżeli tak jest- zapytałem pewnego razu ,-to dlaczego potrafię przypomnieć ją sobie ze wszystkimi szczegółami i niuansami jej wyglądu, zachowania i charakteru, dlaczego potrafię tak dokładnie przypomnieć sobie rozmowy, które z nią prowadziłem.

 -Halucynacje i omamy, prawda, często bywają wyraźniejsze i prawdziwsze, prawda, niż rzeczywistość- odparł z niewzruszonym przekonaniem lekarz.

 -Jeżeli tak jest, to dlaczego one nie są rzeczywistością?

 -Ponieważ są one, prawda, doznaniem jednostkowym, nieobiektywnym, i, prawda, uzurpatorskim- argumentował lekarz.

 -Mój Boże!- pomyślałem. -Za jakiego skończonego świra byłby mnie uważał, gdybym opowiedział mu o nawiedzających mnie często snach i majakach, których intensywność niejednokrotnie przewyższała tę, z jaką odbieramy dookolną rzeczywistość.

 Nie było rady. Więc któregoś dnia w rozmowie z nim przyznałem, że "tak, prawda, K. była jedynie halucynacją".

 -Naprawdę tak pan uważa?- zapytał lekarz. W jego głosie był cień niedowierzania, ale i odrobina miłego rozczarowania.

 -Naprawdę, doktorze. Jestem zdziwiony i nawet zawstydzony, prawda, że do tego stopnia dałem się zwieść memu błądzącemu, prawda, po manowcach poznania umysłowi- odparłem z dużą dozą skruchy jak ktoś, kto po długim okresie błędów i wypaczeń zaczyna wreszcie widzieć zagadnienia i sprawy w racjonalnym świetle i właściwych proporcjach.

 -Bardzo się cieszę- lekarz uśmiechnął się przyjaźnie. -To duża, prawda, poprawa- dodał z widocznym zadowoleniem. -Duża poprawa.

 Naturalnie ani przez chwilę nie wątpiłem w prawdziwość egzystencji K., ale psychiatrom, podobnie jak rodzicom, nie należy mówić wszystkiego. A zwłaszcza prawdy. A swoją drogą, idiota. Rzeczywiście uwierzył, iż uważałem K. za przywidzenie: kobietę z krwi i kości, którą doznawałem wszystkimi zmysłami, którą widziałem, słyszałem, dotykałem, wąchałem, lizałem... A poza tym nawet gdybym chciał, nie mógłbym K. uważać za wytwór wyobraźni, jak bowiem mówi prastare, prawdopodobnie polskie przysłowie: Można oszukać umysł, ale nie można oszukać serca, a ja pamięć K. nosiłem nie tylko w umyśle, ale przede wszystkim w sercu.

 Parę dni później odstawiono mi neuroleptyki i zwolniono do domu.  

 BOGDAN

 -Stary- powiedział kiedyś Bogdan -nie łudź się, że ktoś ci kiedykolwiek którąkolwiek z twoich świetnych skądinąd powieści wydrukuje.

 -Dlaczego?- zapytałem.

 -Po prostu spóźniłeś się z ich napisaniem o jakieś dwadzieścia, a może trzydzieści lat. Dzisiaj, w dobie zalewu rynku przez ruchome obrazy, pornograficzne powieści dla młodzieży nie mają zbytu.

 -No tak, wiem- przyznałem ze smutkiem i niemo zwiesiłem głowę.

 Bogdan wziął gitarę i zaczął grać Purple Haze Jimiego Hendrixa.   

 KSIĘŻNICZKA DINA

 Tym razem nie załączyłem telewizora. O tragicznym fakcie śmierci księżniczki Diny dowiedziałem się zupełnie przypadkowo z czasopisma Gala, które wertowałem przymuszony koniecznością czekania w poczekalni u dentysty. Nawet jej śmierć nie położyła kresu dziennikarskim spekulacjom, tym razem na temat okoliczności jej odejścia, które miało miejsce w wypadku samochodowym w jednym z tuneli. Samochód ten prowadził, jak wykazała identyfikacja zwłok, osobisty krawiec księżniczki. Pozornie, zdawałoby się, zwykły wypadek jakich setki tysięcy wydarza się każdego dnia na ulicach: kierowca samochodu traci panowanie nad kierownicą i rozbija się o nieczułą, betonową ścianę tunelu. Jednak pewne okoliczności tego rozbicia zdawały się, według opinii dziennikarzy, wskazywać na możliwość świadomego, zaplanowanego unicestwienia tej w gruncie rzeczy biednej, dręczonej natarczywością opinii publicznej, narkomanią i skłonnością do nimfomanii kobiety.

 Zaproponowany przez dziennikarzy motyw przypuszczalnych sprawców zbrodni miał nawet wszelkie cechy prawdopodobieństwa. Otóż księżniczka Dina, obok całego szeregu prowadzonych przez nią akcji charytatywnych, szczególnie intensywnie angażowała się w kampanię ochrony nosorożców, którym groziło całkowite wytrzebienie. Powodem masowych odstrzałów nosorożców było zabobonne przekonanie rozpowszechnione szczególnie wśród mężczyzn, że sproszkowany róg tego zwierzęcia zwiększa potencję. Przez swą bezkompromisową i nieprzejednaną postawę w tej kwestii księżniczka Dina popadła w konflikt z przemożnym lobby sproszkowanego rogu nosorożców, do którego należeli na ogół wprawdzie już dosyć starzy ale jakże wpływowi mężczyźni, będący członkami najsilniejszych ugrupowań politycznych i gospodarczych wielu najwyżej rozwiniętych krajów na świecie. Śledztwo było w toku.

 Dopiero teraz, po tragicznym zgonie księżniczki Diny, okazało się, jak bardzo ją kochano, jak wielką darzona była czcią, bezgranicznym podziwem i bezwarunkowym uwielbieniem, zwłaszcza przez kobiety, a wśród tych zwłaszcza przez gospodynie domowe, które, uwięzione z racji ich zawodu przez większość życia w mieszkaniach swych mężów, chłonęły wszystko, co o niej mówiono i pisano w radiu, telewizji i prasie i dla których była ona spełnionym mitem o Kopciuszku i najszczytniejszym wzorem do naśladowania. Nic więc dziwnego, że na wieść o jej tragicznej śmierci, kilkadziesiąt kobiet z rozpaczy popełniło samobójstwo, a kilkaset poroniło z wrażenia.

 Już na drugi dzień po jej tragicznym zejściu niemal na całym wstrząśniętym do głębi tą tragedią świecie podobizna księżniczki Diny zdobiła talerze, kubki, plastikowe reklamówki, serwetki, chusteczki, podkoszulki, widokówki. Trzy dni po jej śmierci (a więc w momencie, gdy to czytałem) pojawiły się już opasłe książki biograficzne, w których komentowano jej życie i śmierć, a wielcy muzycy skomponowali kilka hymnów na jej cześć.

 -Nareszcie los położył kres tej farsie- pomyślałem, skończywszy czytać artykuł. -Jeszcze kilka tygodni i sprawa przycichnie, a po kilku miesiącach księżniczka Dina zostanie zapomniana i wreszcie będzie spokój. Dzięki bogu martwi prominenci nie żyją długo i szybko pochłania ich zapomnienie, tak zresztą jak wszystkich i wszystko inne. Tak jak moje dzieciństwo i młodość, które odchodzą coraz dalej i głębiej w zapomnienie i tylko niekiedy pod postacią pokiereszowanych snów próbują zaistnieć na chwilę w teraźniejszości. Tak jak ów nagrobek, który kiedyś widziałem na cmentarzu w M., na którym czas, pogoda i ludzka pamięć zatarły wyryte na nim napisy, pozostawiając jedynie anonimowy, niemy obelisk.-I może tak- skonstatowałem z niejakim smutkiem- jak dwadzieścia jeden powieści dla młodzieży dogorywających w ciemnym wnętrzu pawlacza.

 -Śmierć- stwierdziłem- jest najwyższą formą demokracji i najokropniejszym wynalazkiem Kreatora. Więc księżniczka Dina była martwa i na tym koniec. 

 BAJKA NIE O KSIĘŻNICZCE

 (Oparte na prawdziwym zdarzeniu)

 Członkowie tej sekty

 Nie pili alkoholu

 Nie palili papierosów

 Nie brali żadnych narkotykówI nie uprawiali seksu niektórzy

 Dali się wykastrować by nawet w myślach

 Nie zajmować się tymi sprawami i wszyscy

 Byli czyści jak świeżo spadły śnieg albo

 Jak białe lilie na tle białej ściany albo

 Jak jaźń niemowlaka i pewnego dnia

 Popełnili zbiorowe samobójstwo I opuścili Ziemię

 Na pokładzie kosmicznego statku

 Który bóg specjalnie po nich przysłał

 I gdyby nie umarli

 Z pewnością jeszcze by żyli

 No oczywiście

 Ale właściwie po co? 

 TUNEL

 Czasami, po tym jak opuściła mnie K., uciekając od nieciekawej rzeczywistości mej egzystencji, wyobrażałem sobie me życie po życiu jako życie uznanego i powszechnie cenionego autora 21 powieści dla młodzieży.

 Wyobrażałem sobie na przykład, że moje książki włączono na listę lektur obowiązkowych dla szkół ponadpodstawowych albo że jedną z ulic mego rodzinnego miasta w pośmiertnym uznaniu mych zasług na polu literatury nazwano moim imieniem. Albo że wystawiono mi, choćby i mały, pomniczek z napisem:

 TEMU, KTÓRY ODWAŻYŁ SIĘ BYĆ NIENORMALNY

 I tak dalej i tak dalej. Wiedziałem oczywiście, że są to może nieco nieskromne, ale zupełnie niewinne mrzonki, z których często cuciło mnie zderzenie z jakimś przechodniem albo słupem ulicznej latarni. Jednak póki co musiałem dalej pić tanie piwo, kupować w tanich sklepach, sypiać z tanimi kobietami, 7 lat albo jeszcze dłużej nosić tę samą kurtkę, te same buty, jeździć tymi samymi tramwajami, chodzić tymi samymi ulicami, nosić to samo nazwisko, jeść ryż i makaron bez omasty na kilka dni przed wypłatą, jak i znosić cierpliwie uprzejmie-idiotyczne odmowy wydawnictw, w których ubiegałem się o wydanie mych powieści i wierzyć, że moje życie nie jest jedynie powolnym umieraniem. Tak to, niestety, wyglądało w mej rzeczywistości, od której jedyną dostępną, lecz bynajmniej nie kojącą ucieczką były owe natarczywe sny pełne majaków i widziadeł. Jak na przykład ten:

 Widzę siebie leżącego w jakimś pomieszczeniu. Patrzę na mnie i na pochylonych nade mną lekarzy z perspektywy zawieszonego pod sufitem obserwatora. Jeden z lekarzy rytmicznie masuje me serce, drugi, przyklejony do mych warg, wdmuchuje mi do płuc powietrze.

 -Niesmaczne, ohydne- myślę, przypatrując się temu przy mych wargach. Tym bardziej, że w pobliżu zupełnie bezczynnie stoi młoda i zgrabna pielęgniarka.

 -Dlaczego nie pozwolą jej tego robić?- zastanawiam się.

 -Tracimy go!- krzyczy lekarz zdyszanym z wysiłku głosem.

 -Odsuńcie się- mówi inny, który trzyma przed sobą elektrody maszyny wstrząsowej. -Siostro!- zwraca się naglącym głosem do tej młodej pielęgniarki i krótkim skinieniem głowy wskazuje na mnie. Pielęgniarka podchodzi i szybkimi, niecierpliwymi ruchami zgrabnych paluszków odpina guziki piżamy na mych piersiach.

 -No wreszcie- myślę z niejakim podnieceniem.

 Lecz sen nie rozgrywa się w pożądanym przeze mnie kierunku. Zamiast tego lekarz przykłada mi elektrody do klatki piersiowej. Następuje suchy trzask i me ciało wypręża spazmatycznie gwałtowny, elektryczny wstrząs.

 Nie wiem, jak się ta próba przywrócenia mi życia kończy, bo odlatuję spod sufitu w jakąś przestrzeń, która robi się coraz węższa i węższa, a wokół mnie następuje ciemność. Po chwili stwierdzam, że lecę przez tunel, ciemny, zimny tunel, na końcu którego płonie białe światło, najjaśniejsze z wszystkich świateł jakie w życiu widziałem. Chcę do tego światła, bo jakoś wiem, że to światło jest dobre: ciepłe ale nie parzy, jasne ale nie razi, z drugiej jednak strony czuję jakiś niepokój, coś każe mi zawrócić. Rozglądam się na boki i na ścianach tunelu spostrzegam jakieś przedmioty, które po chwili, gdy moje oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, rozpoznaję jako słoje z formaliną, w których znajdują się głowy Księżniczki Diny, pani Olszewskiej, dyrektora Liceum Ogólnokształcącego Imienia T. w M., Lenina, Marksa i Engelsa, Bolka i Lolka, moich babek i dziadków i wielu, wielu innych.

 Następuje cięcie, jak w filmie, i znajduję siebie siedzącego na cmentarnej ławce przed jakimś grobem. Rozmyślam o tym, co stanie się ze mną, gdyby lekarzom nie udało się przywrócić mnie do życia. Może zabalsamują mnie i wystawią w gablocie ludzi dobrej roboty przed urzędem miejskim w M.? Może spalą me zwłoki i rozsieją bez śladu na cztery strony świata albo nawet na pięć? A może pochowają mnie we wszechświecie. Teraz wchodzi coś takiego w modę: wsadzają nieboszczyka do jednoosobowej rakiety i wysyłają w kosmos w wieczną podróż w niemal dosłownym tego słowa znaczeniu? Naprawdę cool. A może zahibernują mnie w stalowym pojemniku z ciekłym tlenem o temperaturze -220 C i obudzą, gdy już ludzkość wynajdzie jakiś środek na wieczne życie? Albo sklonują mnie? To dzisiaj takie proste. Z jednej mojej komórki zrobią mnie całego, z tabula raza w głowie, bez przeszłości i bez snów i może będzie mnie można wtedy wychować na przyzwoitego człowieka? Może nawet na gorliwego katolika? A potem, kiedy ponownie miałbym się ku końcowi, sklonują mnie znowu i znowu i tak dalej bez końca?

 Spoglądam na znajdujący się u mych stóp nagrobek, ale stwierdzam, że czas, pogoda i ludzka pamięć zatarły wyryte na nim napisy, pozostawiając jedynie anonimowy, niemy obelisk.

 Gdy się obudziłem, postanowiłem, że jeśli kiedykolwiek znajdę się w takim tunelu, dołożę wszelkich starań, aby nie lecieć w kierunku owego dobrego światła.  

 ROBIN HOOD

 Tak zatem, jak już powiedziałem na początku tej opowieści, był wieczór. Siedziałem w pokoju na kanapie, paląc jednego rakotwórczego papierosa za drugim i pijąc puszkę piwa za puszką, zrezygnowany i zmęczony życiem, zdruzgotany odejściem K. oraz tym wszystkim, co zdarzyło mi się po jej odejściu. Nie miałem już sił, by walczyć z przeciwnościami losu, by stawiać czoła wyzwaniom twardej, kapitalistycznej rzeczywistości, wykłócać się o skąpe racje dobrobytu, spekulować na giełdzie, grać na wyścigach albo w kasynach czy też latać od sklepu do sklepu w poszukiwaniu produktów po obniżonych cenach. Dlatego też już od tygodni nie wychodziłem z domu, za jedyne zajęcie i rozrywkę mając oddawanie się wspominaniu tego, co było, tego, co mogłoby być, ale czego nie było, tego, czego nie było, ale mnie wydawało się, że było, oraz owych krótkich chwil szczęścia, które dane mi było przeżyć z K.

 Z tych rozmyślań wyrwał mnie natarczywy dzwonek do drzwi.

 Drgnąłem bezwiednie i spojrzałem wokół. Stwierdziłem, że na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno i pokój wypełnia niebieskawy poblask lecącego na próżno telewizora. Podniosłem puszkę z piwem do ust, już ósmą tego wieczoru, i zrobiłem sporego łyka. Na ekranie leciała właśnie reklama najnowszego kremu przeciwzmarszczkowego i kobiecy chór śpiewał coś o gładkiej skórze twarzy, którą, stosując ten właśnie krem, można uzyskać zaledwie w ciągu dwóch tygodni, gdy dzwonek u drzwi rozbrzmiał po raz drugi i jeszcze natarczywiej niż za pierwszym razem.

 Starłem zamyślenie z twarzy, przeciągając po niej dłonią, wstałem i poszedłem otworzyć.

 W drzwiach stał Roni Hood. Poznałem go od razu po jego jakże charakterystycznym stroju, który znałem jeszcze z dzieciństwa: grube rajtuzy, krótkie skórzane spodnie, skórzana kurtka i ten zielony kapelusik z piórkiem. Nie mogło być wątpliwości. Ogromnie się ucieszyłem.

 -Cześć Robin- powiedziałem z serdecznym uśmiechem.

 Na to on zdjął z ramienia swój słynny łuk, z kołczanu na plecach wyjął słynną strzałę, położył na cięciwę, napiął błyskawicznie i celując we mnie, powiedział:

 -Nic "Cześć", ty skurwysynu. To jest napad!

 -Napad?- powtórzyłem bezmyślnie jak echo.

 Zdumiałem się niepomiernie i serdeczny uśmiech zastygł na mojej twarzy w głupi grymas niedowierzania.

 Robin Hood, nie patyczkując się więcej i nie wdając w konwenanse, odepchnął mnie na bok i wszedł do środka. Zaraz za nim wdarli się do przedpokoju jego ludzie i udali się prosto do kuchni. Widziałem, jak otwarli lodówkę i zaczęli wyżerać jej zawartość.

 -Wszystko, co posiadasz, dostaną biedni z Trzeciego Świata- powiedział Robin, wciąż celując we mnie z jego słynnego łuku.

 -Biedni?-wyszeptałem bezmyślnie. -Z Trzeciego Świata?

 Ale Robin Hood nie przejmował się mną więcej. Skinął głową na swoich ludzi, którzy bez słowa weszli do pokoju i zaczęli wynosić meble. Wtedy opuściło mnie oniemienie i osłupienie i postanowiłem zaprotestować.

 -Ależ Robin- powiedziałem polubownie -ja sam mam niewiele, z trudem wiążę koniec z końcem i mam kredyty do spłacenia w niektórych...

 -Stul pysk, skurwysynu- przerwał mi Robin Hood obcesowo, znowu celując we mnie z łuku.

 Jego ludzie, wśród których bez trudu rozpoznałem górującego wzrostem nad innymi Małego Johna, bynajmniej nie tracili czasu. Jeszcze nigdy nie widziałem, a przeprowadzałem się już niejednokrotnie, by mieszkanie tak szybko opróżnione zostało z inwentarza.

 Cóż miałem robić trzymany pod strzałą? Stałem tylko z boku i przypatrywałem się biernie, jak znika mój dobytek. Kiedy Robin Hood odchodził, spróbowałem jeszcze jednego argumentu:

 -Ale przecież teraz to ja jestem biedny!

 -To już nie jest mój problem- odparł, chowając strzałę do kołczanu. Przewiesił łuk przez plecy, odwrócił się na pięcie i po prostu odszedł.

 Zamknąłem drzwi i wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem, jak na ulicy pod domem Robin Hood wsiada do ogromnej ciężarówki załadowanej po brzegi moim dobytkiem. Usłyszałem dźwięk zapuszczanego silnika i ciężarówka potoczyła się ulicą przez nocne miasto w kierunku śródmieścia. Patrzyłem za nią tak długo, aż zniknęła za skrzyżowaniem.

 Stałem bezradnie w pustym pokoju i wciąż jeszcze nie wierzyłem, że stało się to, co się stało. Zabrali mi wszystko: telewizor, pralkę, stół, szafę, regały, łóżko, książki, wieżę i kompakty, skarpety, kondony, wiersze, notatki, piwo, szczoteczkę do zębów, marzenia, fantazje, pornosy... Po prostu WSZYSTKO! (Choć właściwie niezupełnie wszystko. Nie zabrali nic z tego, co znajdowało się w pawlaczu. Robin Hood powiedział, że takich rupieci to nawet w Trzecim Świecie nikt nie potrzebuje).

 -Kurcze- pomyślałem, z goryczą spoglądając po ogołoconych ścianach. -Jako dziecko uwielbiałem go bardziej niż czterech pancernych i psa, bardziej niż kapitana Klosa, nawet bardziej niż Marka Piegusa. Robin Hood był moim największym IDOLEM!  

 Bogdan

 Większość opowiedzianych tutaj zdarzeń miała miejsce, co zapewne nie uszło uwadze wnikliwego czytelnika, albo zanim poznałem K., albo po jej odejściu. A więc było to jakiś czas po tym, gdy opuściła mnie K., pewnego niedzielnego poranka i już na samym końcu tej opowieści. Ja siedziałem na kanapie a Bogdan w fotelu. Było to u niego w mieszkaniu, w którym wtedy spędzałem dużo czasu, gdyż w moim własnym, po wizycie Robin Hooda, zrobiło się bardzo nieprzytulnie. Goście już jakiś czas temu rozeszli się do domów, muzyka skończyła się, wódka, piwo i inne używki też. Wszystko już było, wszystko zostało powiedziane, więc, nie mając tematu do rozmowy, siedzieliśmy w milczeniu, nawzajem spoglądając przekrwionymi oczyma w nasze przemęczone, zmizerowane twarze.

 -Może napijesz się herbaty?- zapytał Bogdan w pewnym momencie.

 -Nie, dziękuję.

 -Może kawy?

 -Nie, Dziękuję.

 -Może wody mineralnej?

 -Nie, dziękuję. Muszę się wysikać- powiedziałem.

 Wstałem i, torując sobie drogę wśród pustych butelek leżących na podłodze, poszedłem do łazienki. Jeszcze zanim do niej wszedłem, usłyszałem jak Bogdan zaczął grać...  

 EPILOG

 Piszę to, bo mam nadzieję, że po mojej śmierci wydawcy odkryją jednak walory mej prozy, a krytycy przyznają należne jej, poczesne miejsce w gronie niezapomnianych dokonań literackich. Oczywiście nie będzie to odkrycie na zasadzie aktualnego debiutu, włączającego me powieści w szereg owych genialnych dzieł, które tworzyć będą oblicze współczesnej literatury, gdyż, jak już mówiłem, książki wydrukowane długo po ich napisaniu tracą swą aktualność i tym samym kontakt z rzeczywistością. Nie, raczej jako dzieła zebrane (albo wszystkie) zapoznanego talentu, przykład prozy (że już nie wspomnę o wierszach), która być może, gdyby w swoim czasie nie padła ofiarą zmowy milczenia wydawców, wywarłaby znaczący wpływ na rozwój i charakter poczynań literackich. A więc raczej jako coś dla studentów filologii polskiej i historyków literatury, jako temat prac semestralnych, rocznych czy nawet habilitacji. I wtedy automatycznie moja biografia stanie się przedmiotem dogłębnych studiów, analiz, sporów, i oczywiście wtedy pojawi się problem obecności K. w moim życiu i jej wpływu na moją twórczość. Ale nie chcę tutaj ułatwiać zadania krytykom i demaskować tożsamości K. Nie tylko dlatego, by chronić jej prywatność, również dlatego, by zostawić potomnym zagadkę. Kim była K.? Jakie imię albo nazwisko kryje się za tą spółgłoską? Kalinka? Katjusza? Kantata? A może chodzi o Józefa K.? Konrada? Karola? A może jest to pierwsza litera nazwiska pewnego znanego jedynie bardzo wąskiemu kręgowi odbiorców, dekadenckiego i raczej kiepskiego poety, niejakiego G. Kocha? W obliczu tych niejasności i domniemań z pewnością znajdzie się grupa badaczy, która wysunie tezę, że byłem homoseksualistą. No coż, niech wysuwają. Takie tezy potęgują tylko zainteresowanie autorem i przysparzają mu czytelników. A zresztą mnie już wtedy nie będzie.

 Bye, bye.   

                                                                     

                                                                        K O N I E C  

Zmieniony: Środa, 20 Styczeń 2010 18:11
 

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 21 gości i 4 użytkownik 

Imieniny


5 Lutego 2012
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Agata,
Aga, Albin, Izydor,
Jakub, Jan,
Justynian, Paweł,
Piotr,
Strzeżysława
Reklama:
Reklama
Reklama: