| Rozmówki polskie ze stokrotką w tle |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Kubik Joanna | |||
| Sobota, 13 Marzec 2010 19:58 | |||
|
Rozmówki polskie ze stokrotką w tle
Część 1Rodzina Z kronik rodzinnych
Szacowny i potężny niegdyś ród von Liebnitz nie wywodzi się, jak chcą niektórzy, od margrabiego Hodona ani tym bardziej z kmieciów osiadłych we wsi Lipnice- jak twierdzą inni. Klejnot rodowy, którym pieczętowali się od wieków: Malteserkreutz – Rose, każe poszukiwać antenatów znamienitej rodziny, jeśli nie wśród rycerstwa zakonnego w Ziemi Świętej, to na pewno na sławnej, choć maleńkiej wyspie śródziemnomorskiej. Druga, z pewnością znacznie późniejsza wiekiem część wspomnianego herbu – owa róża w czarnym polu, nasuwa nieodparte skojarzenia z pewnym tajemniczym bractwem, o którym głośno było swego czasu w całej Europie... No, ale tego rodzaju domniemania zostawmy historykom i innym mężom uczonym, bo naszym celem- jedynym i najwyższym- jest dać świadectwo prawdzie. Prawdą zaś niepodważalną pozostaje, że w końcu XVII wieku von Liebnitzowie dysponowali wcale pokaźnym majątkiem w Brandenburgii, z imponującą rezydencją w okolicach Berlina. Fasadę owej siedziby – pałacu bardziej niż warownego zamku- zdobiła tarcza herbowa zwieńczona przepysznym hełmem z klejnotem rodowym pośrodku. Pod nią zaś dumnie strzelał gotykiem napis:” Gott, Ehre, Liebe”. I trzeba przyznać, że te trzy słowa, mające w sobie tyle posągowego piękna, wyryte zostały nie tylko w marmurze, ale i w duszach kolejnych pokoleń znamienitego rodu. Burzliwe dzieje Europy sprawiły, że von Liebnitzowie modyfikować musieli swoje pryncypia, traktując je z należytą powagą, ale też konieczną elastycznością. Dawali więc zamiennie pierwszeństwo temu, co w danej chwili stanowiło konieczność dziejową. I tak: porzucając chwilowo bogobojne a zapobiegliwe ziemiańskie życie, stawali zbrojnie w polu u boku różnych zresztą sojuszników. Ręczyć jednak możemy za to, że nigdy żaden czyn niegodny nie splamił ich honoru. Gdy przychodził czas po temu, bez żalu odkładali broń rycerską, oddając się w zapamiętaniu podbojom miłosnym – zgoła odmiennym orężem. I bodaj właśnie za sprawą tych ostatnich ( uwieńczonych na ogół korzystnym mariażem) dzielny i krzepki lud obrósł z czasem w wielkie majętności i należny splendor. I nie są to żadne przechwałki z gatunku klechd domowych, bo faktem niezbitym pozostaje, że gdzieś w okolicach roku 1895 stary graf Wilhelm śmiało spoglądał w kierunku ( bocznej, co prawda) linii Hohenzollernów. Młodziutka fraulein Adelajde wydawała się najstosowniejszą partią dla panicza Franza... I kto wie, jak potoczyłyby się losy świetnego rodu ( żeby nie powiedzieć – Europy), gdyby nie straszna, nieuleczalna choroba. Przypadłość, którą Francuzi określają coup de foudre, dopadła z znienacka młodego Franza pewnego wiosennego dnia a.d. 1896. Z polska zwała się Maria Bielecka i Bóg jeden raczy wiedzieć, co robiła w owym czasie, nie dość, że w Berlinie, to jeszcze na balu! W każdym razie wynikiem owego spotkania były wydarzenia tragiczne i brzemienne w skutkach: stłuczona waza koryncka w bibliotece, cięta rana od pałasza na ramieniu Franza oraz ciężki atak apoplektyczny starego grafa. Uchodząc nocą w popłochu, der Renegat unosił ze sobą największe skarby rodzinne: rodowy klejnot na palcu i złotą maksymę w sercu: Gott, Ehre,Liebe – w odwróconej kolejności. Wyrodny spadkobierca wielkiego nazwiska osiadł w niewielkim majątku ziemskim gdzieś nad środkową Wartą, za gniazdo rodowe mając skromny, lecz schludny dworek o niedorzecznej nazwie „ Stokrotka”. Jak wieść gminna niesie żywot pędził pracowity i bogobojny, nie tracąc nigdy dobrego humoru i uwielbienia dla swej Marie. I tu przerwać niestety musimy tę jakże pouczającą historię, bo oto teraźniejszość niecierpliwie pcha się do drzwi – natrętnie i z tupetem właściwym wszystkim parweniuszom...
Rozdział 1Za drzwiami stał sympatyczny młody człowiek. Cała jego postać, od wypolerowanych butów poprzez połyskliwy garnitur aż po zrąb lśniącej żelem grzywki, promieniała entuzjazmem - Dzień dobry! Nazywam się Artur Jędrzejczak i mam zaszczyt reprezentować firmę…- Ręka wyciągnięta do powitania zawisła w próżni. - Nie mam życzenia poznać pana, a tym bardziej jego firmy!- warknęła stojąca naprzeciw osoba, z dobitnym trzaskiem zamykając drzwi. Zdumiony młody człowiek dreptał przez chwilę w miejscu, widać nie przygotowany na taką ewentualność. Jakaś przykra refleksja pokryła chmurą jego gładkie czoło, ale odegnał ją szybko i promieniejąc nową energią pomaszerował w kierunku sąsiedniego mieszkania. Tymczasem za drzwiami z numerem 42 rozgrywała się dramatyczna scena. Blada kobieta stała oparta o ścianę, z głośnym świstem wciągając powietrze. Jej twarz i sylwetka, choć drobne i harmonijne, zdradzały już wyraźne oznaki pewnego wieku. Co tam „pewnego” – strasznego wieku!- w którym kobieta wciąż jeszcze czuje się zdobywczynią świata i męskich serc, a świat jej uparcie owych zdobyczy odmawia! Krótko mówiąc- Marysia Różycka przekroczyła czterdziestkę. Jedyna zdobycz jej życia w osobie Karola, lada chwila miała nadejść z pracy, a ona nadal tkwiła pod drzwiami z tłuczkiem do mięsa w ręku, daremnie walcząc z chaosem myśli krążących między niedokończonymi sznyclami a obliczem młodego człowieka. Wspomnienie posiekanego cielęcego mięsa widać obudziło w niej jakieś przyjemne skojarzenia, bo na twarz Marysi stopniowo wpełzać zaczął wyraz sadystycznego zadowolenia. I wtedy ponownie zadźwięczał dzwonek. - Zabiję…- wyszeptała, mocniej ściskając tłuczek - Zabiję!!!- wrzasnęła na widok kolejnej czarnej marynarki i nieskazitelnie białej koszuli. - Oszalałaś?! – Zdumiony Karol wpatrywał się niespokojnie w swoją połowicę uzbrojoną w śmiercionośne narzędzie. Ręka z tłuczkiem opadła. - A, to ty…- wyjąkała skonfundowana - Naprawdę musisz chodzić w tym kretyńskim uniformie?!- dodała mściwie. Do reszty pognębiony Karol patrzył bezmyślnie na drzwi do kuchni, za którymi znikła jego żona. Po chwili podniósł wzrok na wiszące w przedpokoju lustro. „Coś ze mną nie tak?”- myślał niespokojnie, studiując własne odbicie. Jednak widok z naprzeciwka wstrętem nie napawał, bynajmniej- raczej już otuchą- i absolutnie nie mógł być powodem czyjejkolwiek frustracji. Gładko wygolona, niemłoda, ale szlachetna twarz, mądre, szare oczy patrzące pewnie zza szkieł okularów i cała sylwetka w niewyszukanym, acz eleganckim garniturze- wszystko tchnęło spokojem i tą szczególną mocą właściwą mężczyźnie w ustabilizowanym wieku. „Nie, tu wszystko w porządku”- pomyślał nie bez zadowolenia, przygładzając szpakowate włosy- „O co więc, u licha, chodzi?” W tej właśnie chwili zza drzwi małego pokoju wychynęła rozczochrana głowa Synka. - Cześć tata! - Na miłość boską, co się tu dzieje? Twoja matka oszalała, czy co?! - Nie, tylko trzech ich już dzisiaj było… I babcia przyjechała. – dodał po namyśle - Czekaj, czekaj… ten ostatni powód rozumiem- indagował dalej ojciec- Ale kim są ci trzej? - No, faceci w czerni- Latorośl wzruszyła ramionami. - Boże, co ty wygadujesz! Jacy faceci w czerni?- Tajniacy? Karawaniarze? - Tata, na jakim ty świecie żyjesz- Synek powoli tracił cierpliwość- Przecież akwizytorzy chodzą po domach, no nie! - Ach, o to chodzi…- Odetchnął uspokojony nieco Karol- Nie jest to, w każdym razie, powód, by… - Domokrążca lub komiwojażer- dobiegł ich z dalszej części mieszkania znajomy głos- Pamiętaj, drogie dziecko, by dawać rzeczom ich właściwą miarę. W tym wypadku najlepszym określeniem byłby: kramarz… - O, mamusia znowu nas odwiedziła!- Ucieszył się Karol, z niejasnych powodów kładąc akcent na słowo „znowu”. Po chwili, z ociąganiem wkroczył do pokoju, w którym honorowe miejsce zajmowała Ona- pani Ewelina Kuć (niestety!), za to z domu aż Libnicka. Swe rodowe nazwisko godnie obnosiła już 75 rok, ujmując sobie wszakże lat dziesięć z taktowną powściągliwością właściwą jej klasie. Inna rzecz, że ani szlachetna twarz okolona kunsztowną kompozycją złocistych loków, ani wypielęgnowane dłonie, ni szczupła, rasowa sylwetka, w niczym nie zdradzały wieku pani Eweliny, tak niesłusznie przypisywanego jej w pewnych kręgach. Na owe kręgi- złośliwe i wrogie- składał się, rzecz jasna, jej małostkowy zięć oraz panna Karolina Przedpełska- zasuszona staruszeczka, uparcie mieniąca się rówieśnicą pani Eweliny. - Droga Ewuniu…- wzdychała mademoiselle Karolina przy okazji niezbyt częstych spotkań- Pamiętasz tę niezrównaną bladoliliową suknię, którą miałam na sobie podczas ślubu hrabiego Dominika? W którym to mogło być roku?... W trzydziestym ósmym bodaj… - No wiesz!- Wzdrygała się w takich razach pani Ewelina- Jak mogłam zwracać uwagę na te rzeczy, dzieckiem zupełnym będąc!! - O! Strasznie długo mamusia dorastała…- szeptał wówczas jadowicie Karol, dając jej tym asumpt do długich nocnych rozmów z córką. Tematem tych rozmów, czy raczej rozbudowanych monologów, była z reguły demokracja i wszelkie zło z niej płynące w postaci: liberalizmu, populizmu i najstraszniejszego nich- mezaliansu! Trzeba tu podkreślić, że owa „demokracja” oraz wszelkie –izmy w ustach pani Eweliny nabierały takiej wymowy, że jej nieszczęsna słuchaczka trzykrotny znak krzyża czynić musiała, by wizję ognia piekielnego odpędzić, - Sama więc widzisz, że stanowczo musisz coś z tym zrobić!- Kończyła nieodmiennie płomiennym apelem, zostawiając córkę z niejasnym pytaniem, co też należałoby zrobić Karolowi, który bądź co bądź, pozostawał jedynym żywicielem ich 3-osobowej gromadki. - „Zrazy z kopytkami’- rozważała leniwie, przewracając się z boku na bok.- „Albo nie, kluski na parze!”- Olśniona tą myślą wyrywała się na chwilę ze snu, by rozważyć wszystkie aspekty jutrzejszego obiadu. Potem, wyraźnie uspokojona, zasypiała w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. I tego dnia zapewne wszystko biegłoby swoim utartym zwyczajowo torem, gdyby nie owe nieszczęsne dzwonki… W czasie, gdy Marysia z tajoną pasją przewracała sznycle na patelni, jej mąż podtrzymywał w pokoju niezobowiązującą konwersację. - A ja myślałem, że mama już dawno szaleje w kurorcie. - O, nieszczęsne pokolenie, które jakieś tam Buska, czy inne Szczawnice, nazywać musi kurortem…- wyrzekła sentencjonalnie starsza pani, nie odrywając wzroku od telewizora. - Co nie przeszkadza mamie korzystać z tych reliktów obmierzłej komunistycznej przeszłości- wymruczał Karol, bardziej do rozkładanej właśnie gazety, niż teściowej bez reszty pochłoniętej 273 odcinkiem „Ernestyny z małego Puebla.-…O, schabowe!- podjął raźniejszym tonem na widok półmiska złocistych kotletów wnoszonych właśnie przez żonę. - Sznycle.- sprostowała grobowym głosem. Blada twarz i drżące dłonie nie najlepiej świadczyły o stanie jej ducha. -…perfekcyjna biel twego prania stanie się źródłem rozkosznych doznań…-zaszczebiotała radośnie panienka z ekranu - Gówno, idiotko jedna!- wrzasnęła histerycznie pani domu, ciskając półmisek na stół. - Boże kochany, co ci się stało?!- Karol utkwił zdumiony wzrok w swej połowicy- Dobrze się czujesz? - Gówno!- Widać szczególnie zasmakowała w tym słowie- Żadnego więcej proszku! Ani pasty, ani innego zasranego szmelcu! Rozumiesz?!- Oskarżycielskim gestem wyciągnęła zaciśniętą pięść w kierunku męża. - Oczywiście, oczywiście, kochanie.- przytaknął skwapliwie- Zawsze byłem zdania, że najlepsze są płatki mydlane… a szare poczciwe mydło może wprost zdziałać cuda…- dodał niepewnie do oddalających się pleców żony. - Czy nie wydaje ci się, mój drogi, że Marysia jest trochę przemęczona?- podjęła pani Ewelina, obserwując z zainteresowaniem poczynania zięcia i wnuka wygrzebujących kotlety spośród odłamków porcelany. - Przemęczona?- Skąd! Uraz po prostu ma- wyjaśnił, otrzepując pieczołowicie ostatni sznycel podniesiony z podłogi. - Tak? A na jakim tle?- Zainteresowała się żywiej. - Trudno sprecyzować. Zaczęło się od... Zaraz, zaraz, Synek- od czego właściwie się zaczęło? - No, jak to – od kremu..- wybełkotało dziecko między jednym a drugim kawałkiem mięsa. - Prawda! Niech mama sobie wyobrazi, że kupiła rewelacyjny krem po promocyjnej cenie jedynych 190 złotych! W dodatku ze ślimaka. - O, mój drogi, wiesz dobrze, że na zdrowiu i urodzie oszczędzać nie można!- Żachnęła się pani Ewelina w przypływie babskiej solidarności, choć minę mała nietęgą- i to bardziej z powodu ślimaka niż tych tam raptem paru złotych - Toteż i nie oszczędzała. Tylko parch ją jakiś potem obsypał. - Alergia? - A czort jeden wie! Przez miesiąc biegała do dermatologa i to tylko wieczorami, bo za dnia wstyd było na ulicę wyjść. - Biedne dziecko- użaliła się babcia- Ależ się musiała wycierpieć. - A babcia wie, co myśmy wycierpieli, żywiąc się przez miesiąc jakąś podejrzaną strawą niewiadomego pochodzenia?! W dalszym ciągu tych bolesnych wynurzeń zapoznano słuchaczkę z ciężkim brzemieniem, jakie dźwigać musiała rodzina karmiona półproduktami pochodzącymi z najciemniejszych zakamarków nocnego sklepu. Wiadoma rzecz- męskie fanaberie- więc pani Ewelina wzruszyła nieznacznie ramionami, powstrzymując jednak wszelki komentarz, by nie uronić nic z dalszego ciągu historii. Bo, ciąg dalszy, niestety, nastąpił- przybierając postać ekspresu do kawy. To była prawdziwa rewelacja- inteligentny „Cafemix” firmy „Marten International”, który sam miele, parzy kawę i jeszcze śmietankę robi! - A wiecie, że ja sama chciałam go kupić... - To babcia sobie weźmie- uprzejmie zaproponował Synek, przeżuwając kolejny kawałek mięsa- Stoi w kuchni pod stołem. - Nie działa- domyśliła się. - Ależ działa, tylko produkuje jakąś szarą melasę. - Zawsze przecież mogliście reklamować- powiedziała niepewnie. - U kogo?! U tego sprzedajnego fircyka spod drzwi?- W kwestii akwizytorów Karol zdawał się podzielać zdanie żony. - No, tak- westchnęła- Jedyna pociecha w tym, że człowiek uczy się na błędach... - Rzecz w tym, droga mamo, że najwyraźniej się nie uczy…- sprostował Karol i z głębokim westchnieniem jął rozwijać mroczną perspektywę kataklizmów, jakie nawiedziły dom w ostatnim czasie. Przed oczami oszołomionej pani Eweliny przemknęły kolejno: skorupy serwisu, który porcelaną bynajmniej nie był, prawdziwa cygańska patelnia wydzielająca jakąś masę bitumiczną, jednorazowe buty i kilka pomniejszych, niewartych wspomnienia drobiazgów. Prawie wełniany dywan dotknięty łysieniem plackowatym zdawał się być najwyższym osiągnięciem, jednak moment kulminacyjny miał dopiero nadejść.- Ukoronowaniem konsumpcyjnego amoku Marysi okazał się mianowicie odkurzacz- szczyt osiągnięć myśli technicznej, co filtruje powietrze, zżera roztocza, myje, pierze, a zakupów nie robi przez czyste przeoczenie. Stało sobie to cudo w sypialni na honorowym miejscu i cieszyło oczy, prócz względów estetycznych nijakiej korzyści nie dając. - Co z nim? Nie chodzi? - Ależ chodzi i do tego ryczy, bo wielki jak krowa. Tylko kurzu nie wciąga! Sprawa odkurzacza mocno zaciążyła na rodzinnej atmosferze, bo w pokoju zaległa cisza brzemienna w niespokojne domysły i frustrację. Ach! – wykrzyknęła po dłuższej chwili babcia, patrząc na zegarek – Już tak późno! -W mamy towarzystwie czas tak szybko leci – powiedział Karol z galanterią i bez podtekstu. -Ech, nie gadałbyś głupstw, mój drogi- Machnęła lekceważąco ręką- Przyszłam przecież do was w konkretnej sprawie... Marysiu, pozwólże tutaj!- zawołała w kierunku kuchni – Boże, czy ta dziewczyna naprawdę musi całe życie spędzać na szorowaniu garów i lizaniu podłóg? - Babcia żyje w świecie iluzji- Prychnął Synek- Założę się, że mama czyta, a gary znowu spadną na mnie. W drzwiach stanęła Marysia z książką w ręku. Jej rozpłomieniona twarz miała półprzytomny wyraz charakterystyczny dla człowieka wyrwanego z głębokiego transu. - Co ty tam czytasz? -spytała zaintrygowana i lekko zaniepokojona wyglądem córki, która nieporadnie usiłowała schować rękę za plecami. - A, takie tam... - Nie wie mama?- To, co zwykle. – Karol wzruszył ramionami- Już czwarty albo i piąty egzemplarz zużywa. Pani Ewelina, świadoma dziwactw córki, smętnie pokiwała głową i podjęła przerwany wątek: -Otóż wczoraj, na brydżu u Mraczyńskich, zgadało się o wakacjach. I wyobraźcie sobie, że Gądkowie wyjeżdżają w tym roku do syna w Hiszpanii, a swoją daczę powierzają opatrzności bożej i czujnemu oku sąsiadów!...Nie, nie- zaoponowała, widząc gwałtowną reakcję Marysi – Wcale się nie narzucałam – znasz mnie przecież. Propozycja wyszła od nich. Mecenas Gądek uroczyście oświadczył, że byliby bardzo szczęśliwi, powierzając opiekę nad domem ludziom znajomym i uczciwym jak wy... - No, co tak milczycie? – podjęła po chwili zdumiona brakiem aplauzu ze strony rodziny- Cały dom dla was. Świeże powietrze, las, jezioro pod nosem! - Ależ mamo – Marysia nieśmiało próbowała ostudzić zapał matki- Przecież jest „Stokrotka”... - Ha! Skoro tak...- Pani Ewelina gwałtownie zerwała się z fotela- To rzeczywiście nie mamy o czym mówić! W tempie dość niezwykłym, jak na deklarowany wiek i zasób chorób, przemierzyła mieszkanie, a dobitne trzaśnięcie drzwiami zaznaczyło jej wyjście nieodwołalnie. - Podwiozę mamę...- wysapał zięć, doganiając ją na schodach dwa piętra niżej. O czym rozmawiali po drodze- nie wiadomo. W każdym razie, po powrocie do domu, mocno zbulwersowany Karol klarował Marysi: - Doskonale wiesz, że wcale nie jestem entuzjastą tego waszego domu i całego zamieszania wokół niego, że nie wspomnę o pieniądzach, jakie już wpompowaliśmy w tę awanturę. Toż to istna studnia bez dna!- Wyrzucił z siebie wszystkie wielokrotnie powtarzane obiekcje- Jednak, przyznam się, że oślego uporu twojej matki nie rozumiem! Przecież skoro już jest... Marysia smutno pokiwała głową. Choć częściowo rozumiała stanowisko matki w tej kwestii, również nie mogła pojąć jej zażartej, patologicznej wręcz nienawiści.
* Sprawa „Stokrotki wypłynęła gdzieś w połowie kwietnia- zaraz po Wielkanocy i miała postać podłużnej koperty z firmowym nadrukiem: „Kancelaria Prawnicza K. Miziołek i S-ka”. Marysia dwukrotnie przestudiowała treść urzędowego pisma, przechodząc stopniowo od stanu niepokoju, poprzez zakłopotanie, aż do zdumienia. Otrzymana nowina zdecydowanie wymagała konsultacji. - Wiesz – mówiła do matki, nie mogąc ukryć podekscytowania – Umarł ten nasz krewny – wujek Bolek i właśnie... - Zabraniam! Kategorycznie zabraniam określać tym mianem tego... tego osobnika! – Głos, który usłyszała przez telefon brzmiał niemal histerycznie - Ależ mamo, przecież on nie żyje! – Reakcja matki wydała się jej mocno niestosowna – Chociaż w tych okolicznościach mogłabyś zachować umiar! W odpowiedzi usłyszała trzask odkładanej słuchawki. Popatrzyła w osłupieniu na buczący aparat. Gdyby mogła choć przez chwilę znaleźć się na drugim końcu linii, jej zdumienie osiągnęłoby apogeum. Pani Ewelina siedziała w fotelu ze skamieniałą twarzą, kurczowo zaciskając w dłoni kopertę identyczną z tą, jaką przed chwilą otrzymała jej córka. Tępy wzrok utkwiła w przewróconej filiżance kawy, spod której brunatna ciecz wpełzała leniwie na kartkę papieru, zwolna rozmywając litery. Słowa, słowa... Puste głupie kłamstwa. A ile tych prawdziwych- niewykrzyczanych nigdy. Boże, jak ciężko i strasznie... Czuła, jak wyłażą ze wszystkich kątów- pokryte kurzem, nagromadzone przez lata, straszne słowa nienawiści i bólu. Zapadała się pod ich ciężarem w czarną pustkę „A więc to tak... koniec...” – pomyślała obojętnie, zamykając oczy. I wtedy, z dna otchłani dobiegł ją krzyk: Linka, zaczekaj! Lineeeczka! Gdyby nie aktywna czujność sąsiadki i nadzwyczaj szybka interwencja pogotowia ratunkowego, choroba pani Eweliny przebiegałaby znacznie dramatyczniej. Wróciwszy ze szpitala po czterech dniach obserwacji, rezydowała teraz na kanapie w otoczeniu piętrzących się poduch , rzucając pełne niesmaku spojrzenia na krzątającą się po mieszkaniu siostrę. - Już samo patrzenie na ciebie pozbawia mnie resztek sił fizycznych – jęknęła boleśnie. Antonina ( byłaby doprawdy zdumiona, gdyby ktoś nazwał ją głośno tym imieniem) stanęła pośrodku pokoju z rękami wspartymi na biodrach i poczęła klarować dobitnie: -Sił fizycznych? Ha ha! Jesteś zdrowa jak koń i przetrzymasz nie tylko własne wnuki, ale siedem plag egipskich i trzęsienie ziemi też! Przyjmując tę uwagę bardziej jak obrazę niż komplement, pani Ewelina wysapała ze złością – I co cię tak nosi od samego rana? Szykujesz się jak na bal! Co, może na spadek liczysz? - Wezwali mnie, to idę- Jej siostra wzruszyła ramionami- I ty też powinnaś ruszyć ten swój odwłok. - A, niedoczekanie wasze! – Jak na rekonwalescentkę pani Ewelina miała nadspodziewanie donośny głos.- Po moim trupie! I pamiętaj, ostrzegałam- jeszcze wam to bokiem wyjdzie! Ja... ja go znam dobrze. Zobaczysz, że to jest jakaś wredna pułapka. Zemsta zza grobu! – Bezsilnie opadła na poduszki. Ale jej młodsza, głupia siostra, niepomna gróźb i przestróg, właśnie opuszczała mieszkanie. Ciocia Tonia była jedyną w rodzinie osobą budzącą respekt, a nawet popłoch wśród młodego pokolenia. Jak wszyscy Libniccy cechowała się szczerą otwartością, która w połączeniu z gwałtownym temperamentem , dawała czasem efekty piorunujące. - No, gasić telewizor! Dupy w troki, panienki, i jazda na rajd! – oznajmiała gromko, wkraczając w pełnym rynsztunku do domu siostry. - Wczoraj na wuefie zwichnęłam nogę – mówiła Marysia, efektownie kuśtykając na powitanie ciotki. - Ja mam w poniedziałek klasówkę z matmy! – Hanka wytaczała najcięższy kaliber. Jednak wszelki opór i argumenty były dla żelaznej woli ciotki tym, czym podkowy w rękach Augusta II Sasa – kruszyła je jak zapałki! Wściekłe panienki, wyczerpawszy cały przebogaty asortyment kłamstw i wykrętów, pakowały plecaki mamrocząc pod nosem grube wyrazy. Zwiedziwszy Polskę wszerz i wzdłuż, znalazły w końcu wytchnienie w zaciszu małżeńskich domostw, zaś ciocia Tonia niezmordowanie kontynuowała swe pasje. Uprawiała, bowiem nie tylko turystykę pieszą, ale również jeździectwo i wspinaczkę wysokogórską z kolejnymi rocznikami młodzieży u boku. W wolnych chwilach poświęcała się dbałości o umysłowy rozwój Polaków, ucząc geografii w szkole podstawowej. - Głaz narzutowy ma więcej zwojów mózgowych niż ty, zwietrzelino umysłowa! – Kwitowała intelektualne wyczyny swoich podopiecznych. I o dziwo, pozostawała na trwałe we wdzięcznej pamięci wszystkich tych, pożal się Boże, piechurów, ofermowatych taterników i umysłowych reliktów epoki kamiennej. Jednak naprawdę szczególnego, wręcz charyzmatycznego blasku, dodawał ciotczynej postaci pewien niezwykły epizod życiowy. Otóż Tonia, jako jedyna spośród bliższych i dalszych krewnych, siedziała w więzieniu! - Ciociu kochana! Niech ciocia pogrypsuje...- szeptało z zachwytem młode pokolenie, z góry szykując się na tę lingwistyczną ucztę. I tutaj, niestety, na ogół wkraczała pani Ewelina, która ze zgorszeniem sztorcowała dziatwę: - Czyście poszaleli?! Ciotkę za kryminalistkę macie? Bojowniczką o wolność była! Męczennicą reżimu ot, co! Górnolotna tyrada babci w tym akurat przypadku była prawdą najświętszą i równie patetyczną. Na początku 1950 roku piętnastoletnia wówczas Tonia, przepełniona wzniosłymi ideami i szczerą naiwnością, zapragnęła założyć z grupą przyjaciół tajną, patriotyczną organizację. Stowarzyszenie to, o nazwie „Orzeł Biały”, okazało się, rzecz jasna, agenturą wrogiego, imperialistycznego wywiadu mającego ośrodek dyspozycyjny – wiadomo gdzie. Z tą tajnością też nie do końca musiała być prawda, bo raptem po kilku miesiącach działalności cała paczka w komplecie znalazła się na ulicy Anstadta w Łodzi . I tu trzeba oddać sprawiedliwość ówczesnej władzy, która małoletnią Tonię potraktowała z wyjątkową pobłażliwością .- Otóż, lud pracujący miast i wsi udzielił jej reprymendy w postaci siedmiu lat więzienia. Inni mieli, doprawdy, mniej szczęścia... Po pięćdziesięciu latach ta sama Tonia, z woli tego samego ludu, odbierała Krzyż Zasługi i szlify porucznika z rąk innej już, na szczęście, władzy. Kroczyła teraz zamaszyście ulicą Piotrkowską w towarzystwie dwóch siostrzenic. - No gdzie ślepe komendy leziecie?! To przecież tutaj!- Skręciła pewnie w bramę, nad którą, wśród licznych tablic rozpierał się złocony napis:” Kancelaria Prawnicza. K. Miziołek i S – ka”.
K. Miziołek okazał się zażywnym, niewielkim jegomościem o niesłychanie ruchliwych oczach. Wydawało się, że gdyby nie grube zapory ze szkła okularów, oczy te natychmiast wyskoczyłyby z posad i rozpoczęły własne, niezależne życie. Ich tymczasowy właściciel, przybrawszy stosowny ton, złożył rodzinie głębokie wyrazy współczucia z powodu śmierci drogiego krewnego. Z życzliwą troską wypytał o zdrowie nieobecnej pani Eweliny i gładko przeszedł do meritum sprawy. Pewne drobne oznaki zdawały się jednak wskazywać, że stan zdrowia babci jest mu zgoła obojętny, natomiast śmiertelne zejście nieodżałowanego Bolesława budzi uczucia dalekie od smutku i żalu. „ Ha, w końcu z tego żyje” – pomyślała Marysia ze zrozumieniem, podejmując dalsze pilne studia nad fizys mecenasa. Oczy staczały właśnie śmiertelny bój ze swoim właścicielem, usiłując objąć za jednym zamachem dokumenty leżące na biurku, trzy panie przycupnięte niepewnie na krzesłach i zegar tykający na przeciwległej ścianie. Prawa fizjologii jeszcze raz wzięły górę i mecenas mógł wreszcie przystąpić do czynności urzędowych. Z namaszczeniem otworzył zapieczętowaną kopertę i uroczystym głosem rozpoczął odczytywanie testamentu. Minuty płynęły, mecenas czytał, a trzy panie coraz bardziej kuliły się pod ciosami klauzul, punktów i paragrafów.... Śmiertelną ciszę, jaka na koniec zaległa w gabinecie, przerwała ciocia Tonia - z właściwą sobie rzeczowością: - No dobra, a teraz będzie pan łaskaw powiedzieć ludzkim głosem, co z tego bełkotu wynika. Wynikało postanowienie bardzo zwięzłe i jasne, którą to jasność rodzina uzyskała po następnej półgodzinie. Otóż, Bolesław Mielnicki, z braku żony, dzieci oraz bliższych krewnych, cały swój majątek zapisał córkom Eweliny Kuć – to znaczy Hance i Marysi. Na majątek ów składała się nieruchomość w Przylesiu wraz z zawartością i przyległym terenem o powierzchni pół hektara. Rzeczona masa spadkowa, nieobciążona hipotecznie, oszacowana została na kwotę przyprawiającą o zawrót głowy, co stwierdzał odrębny dokument.
- Czy nie wydaje się cioci, że on łgał jak najęty? – powiedziała Marysia w drodze do domu. Wracały we dwie tylko, bo Hanka obarczona warczącym szefem, musiała niezwłocznie zameldować się w pracy. - Coś ty! – Ciocia, jako bardziej obyta w kontaktach z prawem, miała skrystalizowaną opinię – Takie oczy, to oni mają zawodowo. Od tego nieustannego żonglowania paragrafami i artykułami każdy by dostał oczopląsu. Znałam kiedyś jednego adwokata. Mówię ci, kryształowo uczciwy człowiek! Jednak nawet, gdy słyszał „ dzień dobry”, to kłaniał się – owszem, ale wzrokiem uciekał gdzieś na boki, jakby w tym prostym stwierdzeniu wietrzył jakiś wredny podstęp. Czy mecenas Miziołek należał do gatunku kryształowo uczciwych znajomych cioci – trudno powiedzieć. W tej chwili jednak przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy, niegodny czyjejkolwiek znajomości. Gdy tylko zamknęły się drzwi za oszołomionymi klientkami, zerwał się gwałtownie z fotela, otworzył usta i... pozostał tak przez chwilę, niczym uosobienie niemego krzyku. Trwało to tylko moment, bo oto jego oczy podjęły swój naturalny, zawodowy pląs – od zegara na ścianie, poprzez telefon aż do okna. W międzyczasie zdążyły zahaczyć o regał z opasłymi tomiskami prawniczych ksiąg, drzwi gabinetu i popiół z papierosów strząśnięty na dywan. Mecenas zerwał się ponownie, a jego ciało, idąc za przykładem oczu, ulegać zaczęło dezintegracji. Ręce nerwowo zgarniały popiół, nogi rwały się do okna, a głowa, skręcona w półobrocie, tkwiła przy telefonie. W końcu nogi zwyciężyły i ich właściciel rzucił się do okna, gwałtownie otwierając obydwa jego skrzydła. Mecenas Miziołek najwyraźniej zaczynał się dusić! W tej właśnie chwili zegar wybił godzinę drugą i dziwnym zrządzeniem losu donośnie ozwał się telefon. Zintegrowany wysiłkiem woli luminarz prawa ociężałym ruchem podniósł słuchawkę. - Kancelaria prawni...- nie kończąc, osunął się na fotel.- Tak, tak. Jak pan sobie życzył! – skwapliwie przytaknął słuchawce - ...Nie, żadnych problemów. Ale, pan chyba rozumie, że ja wszystkie zasady, pryncypia mojego zawodu... Słowa padające po drugiej stronie musiały mieć wagę kamieni młyńskich, bo pod ich ciężarem mecenas kulił się i kulił coraz bardziej. Po dłuższej chwili nieco jednak raźniej pokiwał głową. - Oczywiście, im szybciej, tym lepiej nawet.- Skurczony jakiś i dziwnie postarzały z rezygnacją odłożył słuchawkę. Ach! Gdyby miał pod ręką pistolet... albo lustro chociaż, by móc plunąć sobie w twarz! Jednak z braku obydwu wymienionych przedmiotów sięgnął odruchowo do biurka w poszukiwaniu pękatej butelki. Błądząca po omacku ręka natrafiła tylko na kształt niezwykły i co najmniej niestosowny w tym miejscu. Mecenas w panice zatrzasnął drzwiczki. - Boże, kiedy się to wszystko skończy!- Drżącą dłonią otarł pot z czoła i z wyrazem udręki na twarzy skierował się do sąsiedniego pokoju - Panno Krysiu, na dziś koniec. Nikogo więcej nie oczekuję. O jakże nieprawdziwe były to słowa! Pół godziny później, gdy nieświadoma niczego panna Krysia nurzała się w rozkoszy piątkowych zakupów, kancelarię prawniczą”K. Miziołek i S-ka” odwiedził jeszcze jeden klient. Sprawa jego musiała być niezbyt skomplikowana albo porady mecenasa nadzwyczaj klarowne. W każdym razie, po upływie mniej więcej dziesięciu minut, ów klient wyszedł – dyskretnie i bezszelestnie, tak jak się pojawił.
Karol był sceptykiem nie tylko w tym szczególnym przypadku, ale rzec można- z natury rzeczy. Gruntowne przygotowanie filozoficzne wsparte codziennym doświadczeniem wyrobiło w nim, jeśli nie negatywny, to w każdym razie ambiwalentny stosunek do rzeczy i wszelkiej własności. Już samo posiadanie skromnego M-4 wraz z domownikami przyprawiało go o ciężki ból głowy nasilający się wraz z konsumpcyjnym szaleństwem żony. Nic więc dziwnego, że każdy nowy nabytek witał ze zdwojoną czujnością, wietrząc kolejne problemy i komplikacje. Nie inaczej było i tym razem, choć trzeba przyznać, że półmisek apetycznych gołąbków trochę zneutralizował jego zły humor. - No, magnacka fortuna to nie jest…- prychnął odkładając dokument - A ty, co, na latyfundia liczyłeś? W końcu to przyzwoity kawałek gruntu i do tego dom. Zastanawiam się nawet, jak to możliwe, że zupełnie obcy człowiek podarował nam taki majątek. Ciociu, kim on właściwie dla nas był? Ciocia Tonia machnęła ręką. - Wiesz, że nie jestem mocna w tych koneksjach i rodzinnych paralelach. Poczekaj... dziadek Franz miał dwoje dzieci: Feliksa i Cecylię. Feliks, wiadomo- nasz ojciec, natomiast Cecylia wyszła za mąż za bohatera wojny polsko-bolszewickiej i przeniosła się do Wilna. Tam właśnie urodził się Bolek. Jak go rodzice odumarli, to mieszkał nawet jakiś czas u nas- w Przylesiu, ale bardzo krótko i ja go w ogóle nie znałam. - Ależ to całkiem bliskie pokrewieństwo! - No, w każdym razie nie tak dalekie, jak życzyłaby sobie wasza matka. - Wszystko jedno- dalekie, czy bliskie. Coś mi mówi, że ten dobroczyńca oddał wszystkim niedźwiedzią przysługę, która nas nieźle rąbnie po kieszeni. Tak, tak, wiem, co mówię- kontynuował, nie bacząc na gwałtowne protesty cioci - Przecież ten dom ma ze dwa wieki. Jak wliczyć w to obie wojny światowe i pięćdziesiąt lat radosnej socjalistycznej gospodarki, to nie ma siły - musi być ruina! - I tu mylisz się całkowicie – sprostowała ciocia Tonia, przełykając ostatni kęs gołąbka – Dziadek Franz przeprowadził tam nie tylko remont kapitalny, ale jeszcze nowe skrzydło dobudował, wszystkie nowinki techniczne z Niemiec przy okazji sprowadzając. Cała okolica w Warcie się jeszcze kąpała, a babcia miała nie tyko bieżącą wodę, ale nawet łazienkę! - Aha! – wykrzyknęła triumfalnie Marysia, pęczniejąc z rodowej dumy- Kiedy ty ślęczałeś jeszcze przy oliwnym kaganku, dziadek Franz planował już elektryfikację! - No wiesz...- żachnął się zgorszony Karol- To, że jestem tych parę lat starszy, nie upoważnia cię jeszcze do robienia ze mnie rówieśnika własnego dziadka! - Pradziadka – sprostowała ciocia. - Jeszcze lepiej! – Karol obraził się na dobre- Za chwilę mi wmówicie, że ten wasz wspaniały antenat wynalazł żarówkę, a wieczory spędzał przed telewizorem domowej roboty. - Wcale nie. Próbuję ci tylko uświadomić, że nasz rodowy majątek to nie jakaś tam podupadła chałupina, tylko całkiem imponujący, smakowity kąsek- wyjaśniała ciocia- Do tego stopnia smakowity, że nawet władza ludowa poczuła się w obowiązku wypłacić ojcu odszkodowanie za to, co ukradła w akcie sprawiedliwości dziejowej. - Naprawdę?- Zdziwiła się Marysia- O tym nie słyszałam. - A jakże! I to z całą pompą. W 1953 r przysłali nam akt wywłaszczenia i triumfalne zawiadomienie o przyznanej rekompensacie. Starczyło na węgiel do końca zimy i jeszcze zostało! Za tę resztę tata kupił mi ciepłe palto i posłał do więzienia... Przez chwilę wszyscy milczeli, dumając nad relatywną wartością rzeczy tego świata, a pieniędzy w szczególności.
Rozdział 2
Posterunkowy Skiba klął w żywy kamień – tę zapyziałą dziurę, lato i cholernych wczasowiczów. Tych ostatnich – w szczególności. Zapyziała dziura, w której się urodził i spędził 23 lata życia, nie była właściwie taka najgorsza. Lato i wczasowicze też miewali swoje dobre strony... Tu posterunkowy wstrzymał na chwilę potok przekleństw, wspominając dawne dyskoteki, ogniska nad Wartą i całonocne eskapady w nader ekscytującym towarzystwie. Te eskapady przede wszystkim wywołać w nim musiały jakieś przyjemne skojarzenia, bo na twarzy posterunkowego zagościł szczególny, rozanielony wyraz. Na szczęście poczucie obowiązku wzięło górę, więc szybko przywołał się do porządku i rozejrzał gniewnie wokół w poszukiwaniu świadka swej chwilowej i zupełnie nie służbowej słabości. Ponieważ jednak w gęstym mroku nie ujrzał żadnych zdradliwych ślepiów, uspokojony popedałował dalej – za towarzystwo mając jedynie blady, dyskretny księżyc. Tak, wszystko do czasu....Odkąd dwa lata temu wstąpił do policji, perspektywa widzenia znacznie mu się zmieniła. Ot, choćby teraz – o drugiej w nocy wzywają człowieka, bo dwóm zasrańcom zachciało się poić ptaki w bocianim gnieździe. W dodatku piwem! Mocniej nacisnął pedały, skręcając w boczną drogę. Tak będzie szybciej. Musi złapać choć ze trzy godziny snu przed jutrzejszym wyjazdem do Łodzi. „ Dzisiejszym” – poprawił się w myślach. - Jasna cholera! – zaklął po raz już nie wiadomo który tego dnia. Gwałtownie czymś uderzony wywinął koziołka i miękko wylądował w trawie. Dłuższą chwilę trwało, nim otrząsnął się z oszołomienia i podniósł na kolana. Światło roweru zgasło, księżyc akurat zaszedł za chmurę i posterunkowy Skiba pełzł na czworakach w poszukiwaniu latarki ,która przy upadku musiała mu się wysunąć zza paska. W końcu ją wymacał i już miał zapalić, gdy ręka natrafiła na coś jeszcze. Gładkie, twarde – nie, to nie rower. Benzyna?...- Pociągnął nosem, wyczuwając teraz już całkiem wyraźny zapach. No pięknie! Nieoświetlony samochód na środku drogi! – Oburzony instynkt stróża prawa odezwał się w nim z całą mocą. Zapalił latarkę i właśnie miał przystąpić do czynności służbowych, gdy coś odwróciło jego uwagę. Jakiś szelest, błysk światła z niespodziewanej strony... . Stał chwilę zdezorientowany, wytężając wszystkie zmysły. Eee…- to chyba złudzenie... Nerwowo wpatrywał się w ciemność, a jego obawy nie wynikały, bynajmniej, z pospolitego strachu nieobcego przecież i najdzielniejszym. Nie, właśnie w tej chwili posterunkowy skonstatował z prawdziwą przykrością, gdzie właściwie się znajduje - No tak, przeklęta „Stokrotka”! – pomyślał z niechęcią. I wtedy drugi raz coś błysnęło... * Telefon odezwał się jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie. W dodatku po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny. Dźwięk był tak natarczywy i ostry, że nie sposób było go dalej ignorować. Zirytowana Marysia odłożyła książkę i niechętnie sięgnęła po słuchawkę. - Tak...No, jestem, jestem. Nie miałam czasu... Potok mowy na drugim końcu linii przerwał jej tłumaczenia. Przez dłuższą chwilę milczała, próbując wyłowić z niego jakąś sensowną treść. Gdy słuchawka zamilkła na moment dla złapania oddechu, Marysia zdążyła wtrącić: - Poczekaj chwilę. Mów do rzeczy i wolniej... Sama jesteś rozlazła krowa! I wyjaśnij mi w końcu, co to za skiba?... Ten, czy ta – wszystko jedno... Podniesiony głos z drugiej strony zwolnił widocznie tempo nadawania, bo Marysia zaczęła kiwać głową ze zrozumieniem. - Ukradli coś? - ... - Wykluczone! Wyjeżdżamy w przyszłym tygodniu. Karol się przed niedzielą nie ruszy. - Nie, na plecach tego całego majdanu nie zawlokę! - ... - No to mu powiedz, żeby wziął na wstrzymanie. Ostatecznie żadnych skarbów tam nie było! Ze złością odłożyła słuchawkę. Psia krew! Tego tylko brakowało do szczęścia. Włamanie – też coś ! I co takiego mogli tam ukraść ? – Parę krzeseł, stół, starą szafę ? ...Nie był hedonistą ten Mielnicki. Najbardziej denerwowała ją perspektywa zniszczeń i bałaganu. Tyle roboty ! Wszystkie weekendy od kwietnia poświęcali na sprzątanie, szorowanie i usuwanie sterty rupieci. To zadziwiające, ile śmiecia może wyprodukować jeden człowiek. Jeszcze bardziej dziwiła ją bezmyślna, brutalna dewastacja. Porąbana podłoga, zerwane wykładziny. No, to już na pewno nie robota właściciela ! Pewnie jakieś okoliczne lumpy zrobiły sobie przytulisko. Tylko, co im przeszkadzały książki albo stary piec kaflowy? …I teraz znowu to samo. Cholera, Karol się wścieknie ! Karol się nie wściekł, tylko z rezygnacją pokiwał głową. -Wiesz, zaczynam sądzić, że twoja matka miała rację. Ten piekielny spadek już nam bokiem wychodzi. Sprzedać to w cholerę i przynajmniej korzyść jakaś będzie. No, co tak patrzysz ? Wiem, wiem – rodzinne gniazdo, korzenie ... – Bezradnie rozłożył ręce – Przecież ja tu nic nie pomogę. Trzeba znowu do Filipa...
*
Filip był mężem Filipy, której właściwe imię brzmiało zupełnie inaczej... Ich znajomość sięgała czasów tak odległych, że Marysia musiała mocno zaciskać powieki, by przywołać strzępy wspomnień, fragmenty obrazów. ...więc najpierw drewniana brama z wyszczerbionych desek, lecz za to z zamkiem tak potężnym, że przyniósłby chlubę niejednemu skarbcowi – z Fortem Knox na czele. Po bokach dwa zgrzybiałe ze starości pachołki z łysinami wyświeconymi przez tysiące dziecięcych butów i portek. Stając na czubkach palców na takim pachołku, można było dotknąć metalowej tabliczki i, po uprzednim starciu warstwy błota, odczytać napis : Pieprzowa 10. Otwarciu bramy nieodmiennie towarzyszył zgrzyt zawiasów wielkim głosem wołających o odrobinę smaru i już wchodziło się w kamienną czeluść sieni o ścianach zżółkniętych i pomarszczonych z tęsknoty za słońcem. Miejsce to, nawet w skwarne, letnie dni, tchnęło chłodną wilgocią lochu, odurzającą wonią pleśni i kiszonej kapusty. I rzecz zdumiewająca – cieszyło się największą popularnością wśród społeczności kamienicy. W drodze do pracy, na rynek i z powrotem, w czasie między obiadem a kolacją koegzystowały tu ze sobą w pełnej harmonii trzy pokolenia mieszkańców- całkiem widać nieczułych na względy organoleptyczne czy, broń boże, estetyczne. Przy odrobinie uwagi, potykając się tylko o wyboistości podłoża, można było szczęśliwie dotrzeć do wylotu sieni, za którą otwierało się w pełnej krasie podwórko. Łódzkie podwórko – magiczne miejsce, godne, jeśli nie epopei, to na pewno gruntownej weryfikacji „Historii naturalnej”. Ludzkość, bowiem, z całą pewnością wywodzi się z takich właśnie podwórek. -Jeśli nie wyboisty bruk to, co mogło odcisnąć te krwawe piętna na kolanach i nosach raczkującego człowieczeństwa? -A nadzwyczajna sprawność fizyczna, z niejasnych powodów zwana „małpią”? – Jej źródło od zarania dziejów tkwi w rogu każdego podwórka, obdarzone niefortunną nazwą trzepaka. Wyższy stopień ewolucji, osiągany nie bez wysiłku- to parkan oddzielający sąsiednią posesję i dach komórki, na którym uparcie lądowała piłka. Tylko jeden, ale za to ogromny skok cywilizacyjny dzielił komórkę od piętrowej przybudówki. Stąd też, wciśnięta za komin, spragniona wiedzy ludzkość, śledziła tajemne misteria odbywane w mieszkaniu tej Zuźki, która co wieczór... No, mniejsza o tę Zuźkę. Krótkonogim outsiderom pozostawało ustronne miejsce między śmietnikiem a starym szaletem, gdzie z mozołem zgłębiano tajemnice natury wydarte chyłkiem z książek starszego pokolenia. A i wyższe potrzeby- te duchowe- były zaspokajane w pełni. Najczęściej wieczorami. Przy chrapliwych dźwiękach adaptera „Bambino”, zdzierającego kolejną pocztówkę grającą, ręka anonimowego artysty kreśliła doniosłe w treści petroglify, że:” K+Z= M, Jolka jest gópia, a Zenek koha...”. Informacja o tym, kogo mianowicie kochał Zenek, nie dotrwała do przyszłych pokoleń, starta przez czas i równie nieubłaganą dozorczynię... Jeśli nie cała ludzkość, to na pewno Marysia wywodziła się z tego pnia cywilizacji. Marysia i jej przyjaciółka... A zresztą, co tu ukrywać – przecież do dnia dzisiejszego w jej metryce stoi jak byk: ”Nadzieja”! To, skądinąd, pełne wzniosłego piękna słowo, rzucone na barki małej, wątłej dziewczynki, okazało się brzemieniem ponad siły, czyniąc straszne spustoszenie nie tylko w duszy nieszczęsnej, ale i wokół niej. Dzieci z podwórka jakoś automatycznie unikały towarzystwa „tej spod 12-tego” i to niekoniecznie z powodu wrogich, acz lękliwych aluzji rodziców. Ostatecznie ojciec Krzyśka spod 7- go już trzeci raz siedział w więzieniu, a stary Ochlik z parteru miał szklane oko i w dodatku był grabarzem! Jak świat światem podobne głupstwa nigdy nie mąciły dziecięcych związków i przyjaźni. Z małą od Wasilewskich był zupełnie inny problem – Po prostu nikt na całej ulicy Pieprzowej nie wiedział , jak się do niej zwracać. „Nadzia” – było jak kluchy z mlekiem, Wasilewska- pochłaniało zbyt wiele cennego czasu, a przy „Nadce” z kolei język kołkiem stawał. W końcu, po długich debatach odbywanych naturalnie wokół śmietnika, najstarszy Romek zadecydował: Niech będzie „Natka”. Jego wieczny oponent Piotrek- z frakcji Ochlików, zaprotestował: -Co ty, głupi, natki nigdy nie widziałeś? Przecież jest zielona! – zauważył roztropnie. -To już lepsza będzie Pietruszka – bo też taka cienka i biała. Wniosek przeszedł większością (Ochlików było coś koło siedmiorga) i nowe przezwisko szybko przylgnęło do biednej dziewczynki, pogłębiając jej apatię i wrodzoną nieśmiałość. Nieszczęsne imię własne było owocem szaleństwa dziadka Wasilewskiego – starego bolszewika, który miał zaszczyt poznać w Petersburgu samą towarzyszkę Krupską. Dziadka owego dzieci obchodziły z daleka z lękliwym podziwem, nie tyle z powodu owej „Nadziei” czy nawet 3- pokojowego mieszkania, które zajmował wraz z rodziną. I nawet nie z racji czarnej limuzyny zajeżdżającej czasami pod bramę kamienicy. – Dreszcz emocji w dziecięcych sercach wzbudzały jego wspaniałe oficerki, które świecąc jakimś nieziemskim, wręcz mistycznym blaskiem, przydawały splendoru właścicielowi. Ich codzienny, miarowy rytm był dla mieszkańców posesji jak poranne bicie dzwonów; -„Raz, dwa lewa!” – niosło się echem po klatce schodowej - „Kto tam rusza prawą?!”- zgrzytliwie upominała brama.- „Lewa, lewa...”- głucho podejmował bruk. I w ten doniosły sposób rewolucyjne strofy przenikały od sutereny po najciemniejsze poddasze, niosąc dobrą nowinę otępiałym od snu młodym pokoleniom. Co zaś się tyczy dorosłych- ci wykazywali godną podziwu solidarność z własnymi pociechami, omijając właściciela prestiżowych butów szerokim łukiem. – Bez podziwu, co prawda, i z przyczyn mniej oczywistych. Poza tym, niewiele wspomnień pozostało z tamtej, odległej planety. Może jeszcze dzień przeprowadzki: sterty pudeł piętrzących się na schodach, wyraz błogiego szczęścia na twarzy matki i straszne poczucie osobistej krzywdy. Los je zetknął ponownie w szkole średniej. Marysia, zelektryzowana znajomym nazwiskiem i, rzecz jasna, imieniem, dopadła ją na przerwie. -Pietruszka, to naprawdę ty?! Z niedowierzaniem wpatrywała się w wysoką, dorodną dziewczynę o wspaniałych włosach- O, przepraszam – zmitygowała się po chwili- ... chciałam, to znaczy – Nadzieja... - Daj spokój, już mi nie zależy – Tamta tylko wzruszyła ramionami, bo też i rzeczywiście anemiczna bladość czy płochliwość w grę absolutnie wchodzić nie mogły. Wytrwały razem do matury – w doborowym zresztą gronie, bo po drodze dołączył jeszcze rudy Romek ( spod 7-go ) Jakaś niezwykła aura, genius loci ulicy Pieprzowej, sprawił, że ich przyjaźń przetrwała długie lata. I tylko to nieszczęsne imię wlokło się jak ogon za przyjaciółką Marysi.. -Czy ten oszalały dziadek nie mógł ci dać chociaż dwojga imion? – utyskiwała, po raz kolejny poprawiając Pietruszkę na Nadię. -Boże broń! – żachnęła się tamta- Ja nawet boję się myśleć, co byście wyczyniali z taką na przykład Leninką albo Fidelką! A zresztą, mogę wam zdradzić w zaufaniu, że mam drugie imię – od chrztu! A, tak – ciągnęła usatysfakcjonowana wrażeniem zrobionym na słuchaczach – Już trzy lata chodzę po kryjomu na religię. W zeszłym roku zostałam ochrzczona, a w tym przystąpię do Komunii Świętej – zakończyła triumfalnie. -No, a to imię.. – wykrztusiła Marysia. -Ewa, oczywiście! Przyjaciele umilkli na dłuższą chwilę, porażeni tą oczywistością. Nowo wykreowana imienniczka pramatki również stropiła się nieco. - Wiecie, ja też jakoś nie mogę się z tym oswoić... Ewa nie przyjęła się absolutnie i już do końca szkoły pozostała bezimienna, a właściwie – wieloimienna. Próbowano wszystkiego: Nadzieżdy, Nady, Dziuni – daremnie. Karkołomna sztuczka z Dzidzią też nie przeszła. Na polu pozostała tylko Wasilewska zamiennie z Pietruszką – oczywiście! Po maturze ich drogi rozeszły się. Gdy Marysia dreptała w miejscu rozdarta między filologię polską a celę klasztorną, jej przyjaciółka parła do przodu z uporem drogowego walca. Swoje credo życiowe wygłosiła zaraz po zdaniu ostatniego egzaminu maturalnego: -Po pierwsze- zdobędę zawód, po drugie – podejmę pracę, po trzecie – wyjdę za mąż i nareszcie wyprowadzę się z tego cholernego domu! Tu trzeba koniecznie wyjaśnić, że przyczyną nadzwyczajnej determinacji Ewy vel Pietruszki etc. etc. był punkt czwarty, czyli „ ten cholerny dom”. Składało się nań; czteropokojowe mieszkanie w nowym już budownictwie, cicha, zahukana matka, dwójka wytresowanego rodzeństwa i oczywiście pan tego całego dobra. Miejsce niezłomnego dziadka- bolszewika zajął ojciec satrapa, robiący błyskotliwą karierę w szeregach armii. Swoje postanowienia realizowała z żelazną konsekwencją. Ukończyła kurs kreślarski, podjęła pracę w biurze projektów, a i okazji do zamążpójścia nie musiała daleko szukać. W tym samym biurze kierownikiem pracowni był Filip. Wspaniały, łagodny, mądry Filip, który nigdy nie podnosił głosu. Pobrali się rok później i jeśli szczęściem można nazwać tapczan, szafę, stół i dwa krzesła z trudem mieszczące się w 9- metrowej klitce – to byli bardzo szczęśliwi. Ten Filip spadł wszystkim, jak z nieba:” Spotkałam Filipów”, „Filipy przyjdą w niedzielę na obiad” – mówiło się i jakoś tak niepostrzeżenie imię męża przeszło na żonę- ku najwyższej uldze otoczenia. -Będziemy mieli własny duży dom.- zadecydowała któregoś dnia Filipa, obserwując karkołomne wyczyny męża, który właśnie próbował rozłożyć deskę kreślarską, nie tłukąc przy tym okna I, rzecz jasna, jak postanowiła – tak zrobiła. Dwoje młodych ludzi, dysponując mizernym budżetem, gołymi rękami i entuzjazmem, porwało się na czyn szalony. Nie darmo jednak Filip był znakomitym architektem, a jego żona osobą tyleż upartą, co zaradną. Ponadto istniało jeszcze grono życzliwych, a przy tym pracowitych przyjaciół. Gdy zliczyć te wszystkie aktywa, to właściwie nic dziwnego, że po 7 latach niedojadania, niedosypiania i katorżniczej roboty, ten dom wreszcie stanął. A jego efekt końcowy powalił wszystkich na kolana. Filipę nawet gruntowniej, bo akurat nadszedł czas rozwiązania. Powiła dorodnego chłopca, który natychmiast został okrzyknięty Filipkiem, choć, zdaje się dysponował jakimś innym imieniem (bodaj, czy nie Piotruś?).
-Zobaczysz, nasza „Stokrotka” będzie jeszcze piękniejsza.- powiedziała Marysia, po raz nie wiadomo który sycąc oczy rezydencją Filipów. Karol bez komentarza pokiwał głową, nacisnął dzwonek i zamarł. -O, psia krew..- zdołał tylko wykrztusić. Marysia, gotowa do wygłoszenia dłuższej kwestii na temat defetyzmu i malkontenctwa niektórych, otworzyła usta i ... tak już została, wpatrzona w nieziemskie zjawisko. W drzwiach stała bogini. Co tam bogini- Rita Hayworth we własnej osobie! -No, co się tak gapicie?!- tymczasem przemówiło zjawisko, gestem zapraszając do środka. -A co, a co! – Filip z uciechą zacierał ręce – Udała mi się nowa żona? -Chyba już cię nie lubię- głucho powiedziała Marysia z głębi swej mrocznej duszy. -Nie gadaj głupot, tylko chodź pomóc mi w kuchni. Pieczeń już chyba dochodzi – Przyjaciółka pociągnęła ją za sobą w kierunku sanktuarium. Kuchnia, bowiem, była w tym domu miejscem, które każdy przybysz musiał odwiedzić w pierwszej kolejności, wydając stosowne okrzyki. Jednak ani kliniczna czystość, ni błysk marmurów i chromu, nie wywoływały takich emocji jak lśniący szereg zaawansowanych technologicznie urządzeń. O ich przeznaczeniu krążyły legendy. I może nie byłoby nic nadzwyczajnego w tym przybytku sztuki i techniki XXI wieku, gdyby nie fakt, że jego kapłanka organicznie nie znosiła gotować. Inna rzecz, że zbrukanie tej świątyni czynnością tak trywialną, jak smażenie kotletów na przykład, trąciło świętokradztwem. Tym razem jednak Marysia poniechała nabożnej kontemplacji wnętrza, tylko osuwając się na taboret, wystękała; -Możesz mi to wyjaśnić...- W jej głosie uraza szła o lepsze z gorzkim oskarżeniem. -Ale cię rąbnęło – Ucieszyła się przyjaciółka- No, dobra- dodała polubownie- Rąbnęło wszystkich, mnie też. -Ale, jakim cudem?! Widziałam cię przecież nie dalej, jak miesiąc temu i wyglądałaś przyzwoicie...to znaczy normalnie... -Normalnie, czyli grubo i staro- kwaśno podchwyciła Filipa – Ty też, widzę, hołdujesz nowej filozofii, że 40-letnia kobieta to taki kloc nieużyty, skamielina jakaś, psia krew!- Podniecała się w miarę mówienia- Taką to najlepiej zutylizować albo zakopać od razu. A, niedoczekanie ich!- Tu pogroziła pięścią bliżej niesprecyzowanym „im”.- I zobaczyli! Mówię ci, gały im wyskoczyły na szypułkach! Marysia, nieco już oswojona z nową powierzchownością przyjaciółki, w zdumieniu śledziła jej duchową metamorfozę. -I ty tak sama z siebie? Siłą woli?!... -Na samej woli daleko bym nie zajechała- wyjaśniała już spokojniej- Nakłady finansowe też były, ale przede wszystkim bodziec miałam, rozumiesz? Marysia słuchała w skupieniu, łapczywie notując w pamięci każdy szczegół z ujawnianych rewelacji. -Wyobraź sobie, inwestor strategiczny nam się zmienił- Amerykanie nas wykupili od Włochów…- Z dalszej relacji Filipy wyłaniał się mroczny obraz sądnego dnia w fabryce obrabiarek, gdzie pracowała od ponad dziesięciu lat. Słuchy o masowych zwolnieniach wywołały panikę w całej żeńskiej populacji skazanej w tych okolicznościach na niechybny odstrzał, zwany elegancko- weryfikacją kadr. Filipie wystarczył jeden rzut oka do lustra i wspomnienie własnej, pożółkłej metryki, by racjonalnie ocenić swoje szanse. Wpadła w czarną rozpacz. I pewnie tkwiłaby w niej do tej pory, gdyby nie witryna księgarni, na którą wlazła wlokąc się smętnie do domu. Jakimś cudownym zrządzeniem losu, spośród dziesiątków innych, ten właśnie tytuł zwrócił jej uwagę. Wabił kusząco, obiecywał... Książkę kupiła pod wpływem impulsu, przeczytała raz, potem drugi i trzeci. W końcu nastąpiło nieuniknione: któregoś dnia obudziła się zupełnie nową Filipą- młodą, radosną, zdolną przenosić góry. -Nie chcesz mi chyba wmówić, że te włosy albo nogi to ci się od czytania takie zrobiły – sceptycznie przerwała Marysia. -Pewnie, że nie. Ale jak człowiek uwierzy w siebie, to i niebo mu sprzyja. Wyobraź sobie, że po miesiącach zastoju Filip dostał fantastyczne zlecenie, okraszone na dodatek porządną zaliczką. Złapałam zaraz tę forsę i pognałam prosto do salonu kosmetycznego na Wólczańskiej. Zresztą, co tam salonu – to istna pracownia alchemiczna, wylęgarnia bóstw! Mówię ci, łóżka elektromagnetyczne, elektrody, lampy, drenaże, okłady z alg – rzucała magiczne zaklęcia, których sam dźwięk przyprawiał o zawrót głowy i bolesne ssanie w żołądku. - Na koniec wizażystka – head line, baleyage, mini lift, i efekt ostateczny sama widzisz! -Chcesz powiedzieć, że w ciągu dwóch miesięcy zrobili z ciebie takie bóstwo?!-Pięciu tygodni! W dwa miesiące to oni tam robią ze słonia gejszę- anorektyczkę. Tymczasem męskie grono skupione w eleganckim salonie snuło wizje równie efektowne, choć odmienne tematycznie. -I ostateczny efekt widziałbym tak...- Filip, przystojny pięćdziesięciolatek o oczach marzyciela, podsunął gotowy szkic swemu rozmówcy. -Fiuuu...- Gwizdnął Karol z uznaniem- Człowieku, ty jesteś futurysta-wizjoner. Tyle, że na miarę Rockefellerów- dodał kwaśno, odkładając karton- Przecież to już nie remont kapitalny, ale całkowita przebudowa. -Kosmetyka, tylko kosmetyka- Filip rozparł się w fotelu i żywo gestykulując, rozprawiał z ożywieniem: -Mury zadziwiająco zdrowe, kanalizacja i ogrzewanie też w porządku. Nie przeczę, że pewne nakłady są nieuniknione. Na przykład, zamiast łatać dach bez końca, trzeba go całkiem wymienić, przy okazji przebijając drugie okno mansardowe. O, tutaj. W ten sposób zyskujecie dodatkową sypialnię na strychu i światło. Światło i przestrzeń...Albo tu- postukał palcem w projekt- przebijasz tylko ścianę działową i masz gotowy liwing room, oszczędzając przy tym na chodzeniu i ogrzewaniu, rzecz jasna. ! Patio za domem przecież macie, a reszta należy do architekta zieleni. Człowieku, to jest wyzwanie! – Zapalał się coraz mocniej- Gdyby tak jeszcze... Karol złapał się za głowę – Filip, przestań bredzić i zejdź na ziemię. Ja się martwię, skąd wziąć na tynk i te zdewastowane podłogi. Kolega zbył jednak prozaiczną rzeczywistość machnięciem ręki.- Podłoga w salonie i na strychu załatwiona, gładź w sieni też. Zostawiłem białą, tak jak chciała Marysia... No, co tak patrzysz? Przecież siedziałem tam ponad tydzień, to podłubałem trochę... Karol poderwał się z fotela – To czego nie mówisz od razu, przecież koszty...- Grzebał niecierpliwie w kieszeni , szukając portfela. -No, obrażać mnie zaraz nie musisz- żachnął się Filip – Jak wy przez całe lata harowaliście przy moim domu, to o kosztach nie wspominałeś. -Ale... -Chłopaki, obiad! – Filipa wkroczyła do salonu i proza życia w postaci podłóg i cieknących dachów pierzchła w popłochu. Obiad w swej atmosferze bardziej przypominał hedonistyczną biesiadę niż spożywanie wołowej pieczeni. Głównie za sprawą Karola, który wprost iskrzył dowcipem, zniewalał wdziękiem i niewymuszoną kurtuazją. Oddawszy należyty hołd krupnikowi i wołowinie, zaatakował deser: -Ależ ten kompot wyśmienity! No wprost niebo dla podniebienia, to chyba z... -Z puszki. – odparła Filippa z prostotą. W oczach Karola pojawił się niekłamany podziw. W tym czasie Marysia wpatrzona z uwielbieniem w Filipa spijała z jego ust każde słowo -... A jeśli chodzi o podłogę w sieni, zdecydowanie odradzam ci te dębowe deski. Po pierwsze- to piekielnie droga impreza, a po drugie- pamiętaj, że każde drewno wymaga konserwacji. Mam inną koncepcję – tu podniósł się z krzesła i wrócił po chwili z kolorowym katalogiem w ręku- O, widzisz, chodzi mi o coś takiego... Marysia rzuciła okiem na fotografię i dech jej w piersiach zaparło. -Ależ ...ależ to chyba granit, albo... -Wyobraź sobie, że ani granit, ani marmur, tylko zwykła terakota! Tak, tak- Kiwał głową uradowany zrobionym wrażeniem- Takie cuda teraz robią. Mała mistyfikacja, a efekt wyśmienity. Marysia z niedowierzaniem gładziła zdjęcie, próbując wszystkimi zmysłami wchłonąć ten cud – te wspaniałe chropowatości, omszałe pęknięcia pokryte patyną stuleci... -Słuchaj...- podjęła rozmarzonym głosem- A kufer? Stary kufer potrafiłbyś odrestaurować? Karol, przerywając na chwilę adorację kompotu, czujnie nadstawił ucha. -Jaki kufer? Co ty znowu kombinujesz?- Zaniepokoił się. -No, ten ze strychu. Wielki i mocno zdezelowany, ale jakie wspaniałe okucia... Rozdarty między stary kufer a całkiem nową Filipę, Karol dokonał oczywistego wyboru, wzruszając ramionami na żonine fanaberie. -Wiesz- podjął na nowo, zwracając się do gospodyni- Zawsze uważałem, że dopiero harmonijna forma jest ostatecznym zwieńczeniem dzieła. A ty potrafisz tak wszystko misternie dobrać i zaprezentować wykwintnie.- tu jednym spojrzeniem objął nakryty stół, jak i harmonijną zawartość sukni sąsiadki. Natomiast Filip, żywo zainteresowany tematem kufra, wypytał o detale i na koniec oświadczył: -Nie sądzę, żeby był z tym problem. To, co prawda, tylko drobiazg, ale komponowałby się nieźle... Przed Marysią otwarło się niebo Nastrój ogólnej szczęśliwości zmącił się nieco przy kawie. -Jak to włamanie? Kiedy?! – Zaniepokoił się dobroczyńca Marysi- Przecież dopiero stamtąd wróciłem! -Chyba zaraz po twoim wyjeździe. Ale to zdaje się nic poważnego, bo miejscowy policjant spłoszył łobuzów- Uspokajała Marysia- Podobno tylko okno zniszczyli, choć tak dokładnie nie wiadomo, bo nikt nie ma czasu tam pojechać. Filip bezradnie rozłożył ręce- Nie mogę. Od poniedziałku wchodzimy na budowę i przez najbliższe miesiące będę całkowicie uziemiony. Jeśli w międzyczasie znajdę wolną chwilę, zajrzę tam do was. -A, bo z tym domem wieczny dopust boży. Sprzedałoby się, to przynajmniej porządne mieszkanie w blokach człowiek by kupił... Do domu wracali w refleksyjnych nastrojach. Marysia, wypełniona bez reszty posadzką Filipa ( z kufrem po boku), wzdychała w rozmarzeniu: -Boże, jaka ona piękna... Karol, pochłonięty również jakąś wizją, pokiwał głową skwapliwie. -Tak, tak...- Po chwili, spoglądając z ukosa na żonę, dodał cierpko- No, mogłabyś coś zrobić z tymi włosami.
Kronik rodzinnych ciąg dalszy Stary graf umierał. Drugi atak apoplektyczny spowodowany widokiem paru weksli, powalił go ostatecznie i nieodwołalnie. Straszna wieść obiegła lotem błyskawicy całą rodzinę i w ciągu kilku zaledwie dni zgromadziła u wezgłowia chorego imponującą, doprawdy, liczbę krewnych. Zważywszy na dość powszechny w owych latach brak faksów, telefonów i samolotów odrzutowych, tę szybkość komunikacji międzyludzkiej uznać należy za wyczyn nie lada. Który to fakt odnotowujemy z najwyższą satysfakcją – ku wiedzy potomnych. W owe pamiętne dni ciężkie chwile przeżywał stary zamek Liebnitz, uginając się pod splendorem przybyłych margrabiów, baronów i jednej comtessy. Szacowne grono płci męskiej licznie zgromadzone w bibliotece pośród butelek przedniego reńskiego, z dostojeństwem i powagą należną chwili roztrząsało aktualną sytuację polityczną Europy. Wiekowe matrony wymieniały w salonie dystyngowane uwagi o wyższości kąpieli Kneippa nad kataplazmem. I nawet urocze pacholęta, zebrane na tę okoliczność przez zapobiegliwych rodziców, zachowywały powściągliwą hałaśliwość. Tę ogólną atmosferę powagi i zadumy mąciła, niestety, postawa młodszego pana hrabiego. 35-letni Helmut von Liebnitz czynił istne spustoszenie w piwnicach zamkowych, topiąc swą synowską boleść w nadmiarze wina. Licznej rodzinie pokazywał się rzadko, a jeśli już – to w stroju więcej niż niekompletnym. Udało mu się ponoć wywołać nawet szok histeryczny u młodej kuzynki widokiem męskich suspensoriów. Krótko rzecz ujmując: pijany pan hrabia biegał po domu w samych gaciach. Na usprawiedliwienie potomka wielkiego rodu podać jednak możemy pewien fakt o szczególnej doniosłości. Otóż, konający ojciec zawezwał sekretarza i jął dyktować list. Niesłychane! Graf von Liebnitz postanowił wykonać gest pojednawczy wobec tego, którego imienia nie wymawiano w domu od piętnastu lat! Wieść ta omal nie powaliła grozą szacownych murów rodowej siedziby. List ów, zaczynający się słowami:”Du romantische idiote”, zawierał w dalszej kolejności pojednawcze stwierdzenie o nieważności heretyckich, papistowskich ślubów, a kończył – całkiem już pokojowym rozkazem natychmiastowego powrotu do domu. Treść wyczekiwanej odpowiedzi nigdy nie została ujawniona opinii publicznej, aczkolwiek o jej doniosłych skutkach opinia ta miała okazję usłyszeć natychmiast. Graf Wilhelm, choć złożony fizyczną niemocą, zachował pełną sprawność głosową. Dał też jej wyraz tak dobitny, że w tym miejscu milkną z zażenowaniem wszystkie źródła historyczne, skazując skromnego badacza przedmiotu na błądzenie we mgle domysłów, plotek i pomówień. Ponoć było tam coś o wyrodnym pomiocie i jego przeklętej progeniturze- aż do siódmego pokolenia włącznie. Dostało się też nieszczęsnej frau Gertrude von Liebnitz, jej matce oraz matce jej matki... My jednak, wiedzeni podstawowym nakazem rzetelności historycznej, zbywamy wszystkie skandaliczne plotki wyniosłym milczeniem. Zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje, bowiem, zachować umiar i powściągliwość w obliczu wydarzeń doniosłych i smutnych. Stosownej postawy nie można tym razem odmówić Helmutowi von Liebnitz – jedynemu spadkobiercy fortuny i godności rodu. Uczciwszy należytym już strojem i powagą ojcowską śmierć, młody dziedzic jął sposobić się do podróży. Ucałował tedy troje dziatek oraz małżonkę swą – Adelajde poślubioną prawem spuścizny po bracie i wyruszył w daleką drogę, za punkt docelowy mając Maltę. Tam właśnie, gdzie kolebka przesławnego rodu, zapragnął w chłodnej celi ugasić swą synowską boleść. Niestety, burzliwe dzieje Europy, sposobiącej się do wojny, powstrzymały te szlachetne zapędy grafa Helmuta. Przezornie unikając „bałkańskiego kotła”, znalazł spokojną przystań w Monte Carlo, gdzie też spędził kilka kolejnych lat życia na zajęciach mniej kontemplacyjnych. Nie miał graf Helmut szczęśliwej ręki ani do hazardu, ani do znacznie ryzykowniejszych gier politycznych. Ruinę majątkową i bankructwo idei przyjął wszak z godnością. Poleciwszy opiece boskiej swą duszę i rodzinę, wybrał jedyne dopuszczalne wyjście- i nie bez rozgłosu- zniknął z kart historii w roku 1918. Bo jako się rzekło, ród ten ,zaraz po Bogu, honor cenił sobie nade wszystko. Co zaś się tyczy miłości...
Rozdział 3
Senator wspinał się powolnym, ociężałym krokiem. Te schody zdawały się nie mieć końca, a on czuł się taki zmęczony! Zmęczony i stary... Obojętnym wzrokiem omiótł ludzi czekających w korytarzu, skinął głową asystentce i z ulgą opadł na fotel we własnym gabinecie. Teczkę z korespondencją odsunął z obrzydzeniem i odruchowo sięgnął w głąb biurka. No, nie, za często mu się to ostatnio zdarza!- Z troską popatrzył na wyciągniętą butelkę. Musi koniecznie z tym skończyć. -Ale jak? Do ogólnego zniechęcenia doszedł jeszcze lęk. Napięcie i obawa sprzed lat, zapomniane, odepchnięte w przeszłość – teraz nagle wróciły. Ta rozmowa w sejmowej restauracji... Tamten po prostu znał zbyt wiele faktów. Wszystko poplątał, strzelał właściwie na oślep – to było widoczne, ale jednak... Cóż, widać teraz jego kolej. Nie mógł się przecież spodziewać, że w swoim inkwizytorskim szaleństwie ominą akurat jego! A sprawa teczki... To naprawdę dziwne. Jako jeden z pierwszych zgłosił się do IPN-u – miał przecież do tego pełne prawo. Był przygotowany na różne ewentualności, ale nie coś takiego. -Po prostu znikła, wyparowała, a przynajmniej tak twierdzili! Eksmisja? Dzieci?...- Ze zdumieniem spojrzał na siedzącą naprzeciwko kobietę. Czegóż ona chce, na miłość boską?! Czy on jej kazał te dzieci... Nie, tak nie można. Dobrze, spróbuje coś w tej sprawie...- myślał, pisząc szybko w notesie. Liczą przecież na niego, wierzą, że pomoże. Wszyscy wierzą ... Zaraz, zaraz, jak to określili? – Mąż opatrznościowy polskiej sceny politycznej... Banda patetycznych głupców! Głupców, pazernych ignorantów i nawiedzonych apostołów od siedmiu boleści! – Z irytacją potarł czoło, wspominając ostatni kongres swojej partii. Jarmark próżności. Menażeria godna Orwellowskiego pióra!... Oczywiście, że mógłby ucywilizować, zjednoczyć i poprowadzić ich- kto wie- może nawet do zwycięstwa... Miał na to dość autorytetu i szacunku ludzkiego, których nie stracił, nie przehandlował przez te lata. ...Autorytet, szacunek, charyzma...- prychnął pogardliwie. Gdyby to od niego zależało, siedziałby nadal w oxfordzkim Kolegium Sw. Katarzyny i wyrabiał prawdziwy autorytet. Gdyby nie Elżbieta i ta jej nieposkromiona żądza władzy, brylowania, nieustannego bycia na świeczniku... Wiadomo- nieodrodna córka Wielkiego Człowieka! Ze zdumieniem skonstatował, że myśl o żonie po raz pierwszy napełnia go niechęcią. Drugi kieliszek koniaku na szczęście przywrócił mu równowagę. - Jak dobrze, że istnieją jeszcze normalni ludzie- pomyślał raźniej, podnosząc słuchawkę. - Dziś nikogo więcej nie przyjmuję – rzucił i zaczął wykręcać numer miejski.
* Agent operacyjny Bx-17 nudził się śmiertelnie. Nie od początku, rzecz jasna. Przez pierwszy tydzień dławiła go wściekłość. Bo czy naprawdę nie mogli znaleźć kogoś innego? Przecież dopiero wrócił ze Śląska- i to po dwóch miesiącach ciężkiej harówy! Ten urlop naprawdę mu się należał. A jak interesująco się zapowiadał... Miejsce wściekłości stopniowo zaczęła zajmować irytacja i gdzieś pod koniec drugiego tygodnia uroczyście obiecał sobie nigdy się nie żenić. No bo, do jasnej cholery, ile godzin dziennie można grzebać w kapuście i kalafiorach?! Jakby te na piętnastym z kolei straganie nie były identyczne z tymi z pierwszej budy! A już najgorsza klęska- to pomidory, z których każdy trzeba po kolei obmacać, obwąchać i przejść do następnej kolejki po to tylko, by tę samą czynność powtórzyć! I tak w nieskończoność. Drogę na rynek mógł już przejść z zamkniętymi oczami, a widok wszelkiej zieleniny przyprawiał go o mdłości. Zdecydowanie wolał już sklepy mięsne, bo było ich tylko dwa w okolicy i okazji do macania żadnej. Ale to jeszcze nic. Prawdziwa polka zaczynała się w sklepach z ciuchami! No, ile czasu może zająć normalnemu człowiekowi kupienie gaci i pary skarpetek? – minutę, dwie? Otóż nie, baba potrzebuje na to półtorej godziny! Przy okazji przymierzy żakiet, dwie bluzki i pomaca tuzin swetrów! Ile kontaktów towarzyskich przy tym nawiąże, ile złotych myśli wysnuje…Nie, stanowczo nie ożeni się nigdy... Poza tym coś tu było nie w porządku. Niby wielka mafia, „łódzka ośmiornica”- a przez cały miesiąc nic?...W ciągu tego czasu z czymś, do licha, powinna się wysypać- jakieś spotkanie, chociaż przypadkowa rozmowa- a tu kompletnie nic. Choć robił w tej branży krótko- zaledwie cztery lata, nawet na jego oko obiekt był czysty jak łza. Gdy swoimi wątpliwościami podzielił się ze zmiennikiem, starszy kolega roześmiał się beztrosko, klepiąc go po plecach - Przejmujesz się? Pewnie, że z niej taka aferzystka jak ze mnie Matka Teresa – i co z tego? Naszą rzeczą jest obserwować i sumiennie pisać raporty, a resztą niech góra się martwi. Co, źle ci tutaj? Siedzisz, jak u Pana Boga za piecem, gazetę poczytasz, swoją rundkę po sklepach odwalisz, a nadgodziny lecą... Człowieku, dzięki niej ja już drugi rozdział pracy magisterskiej piszę. Jeszcze ze dwa takie obiekty i skończę. A wtedy, żegnaj terenie! Biureczko, kartoteka, trust mózgów – czysta robota. Mimo tych wszystkich dobrodziejstw, czuł się straszliwie znużony. I dlatego każde odstępstwo od rutyny codziennych zajęć traktował jak dar z nieba. O, na przykład dzisiaj... Po raz kolejny spojrzał na zegarek- już prawie dwie godziny spóźnienia! Czyżby miało się obyć bez handlowo- towarzyskich atrakcji?... Jakby na zamówienie, w tym właśnie momencie zamigotał czerwony czujnik na konsoli. Mężczyzna przeciągnął się leniwie i niespiesznie podszedł do okna. Ho, ho, ale tez piękni dzisiaj jesteśmy! – wymruczał na widok znajomej postaci- Ciekawe, dokąd to... Agent bx-17 ruszył do swoich rutynowych zadań nieświadom, że nastrój defetyzmu i znużenia nie jest wyłącznie jego domeną. W odległej części miasta, w standardowym pomieszczeniu biurowym, którego wyposażenie standardowym wszakże nie było, mężczyzna w szarym garniturze odłożył ostatnią kartkę, zdjął okulary i w zamyśleniu potarł czoło. - Znowu nic interesującego- przynajmniej z jego punktu widzenia! Obrzucił niechętnym spojrzeniem stertę papieru zalegającą biurko- efekt miesięcznej, bezowocnej pracy. Cholera, sztab ludzi zaprzęgnięty do roboty, środki, nakłady- i kompletna kicha! Ciekawe, jak to wyjaśni „górze”? Fałszywy trop?- Nie, niemożliwe! Coś musiał przeoczyć- jakiś gest, może nieopatrzne słowo, spojrzenie… Z westchnieniem sięgnął po pilot, jeszcze raz uruchomił odtwarzacz i ponownie zaczął studiować obraz na monitorze- w skupieniu, klatka po klatce…
* - Chyba musimy przestać się widywać – powiedziała, wchodząc do gabinetu – Mój mąż zaczyna snuć jakieś niedorzeczne przypuszczenia... - Niedorzeczne?- Na jej widok zerwał się z ożywieniem, a w oczach przez krótką chwilę zamigotał ten sam błysk, który wiele lat temu... - No, no – Marysia ze śmiechem pogroziła mu palcem- Za starzy jesteśmy. - Ja, na pewno, ale ty...- Z uwagą zlustrował jej postać -...ty wciąż tak samo młoda! „Jak jagoda po świętym Marcinie”- pomyślała cierpko, ale komplement przyjęła z uśmiechem. Ostatecznie nie musiał wiedzieć, że prawie dwie godziny miotała się jak idiotka, szykując na to spotkanie. - Dobrze, że jesteś. Nie wyobrażasz sobie, jak mi brakuje normalnych ludzkich kontaktów i świeżego spojrzenia na sprawy. Czasem...czasem mam wrażenie, że się duszę...
Chyba zbyt dosłownie potraktowała jego słowa! Rozglądał się teraz po tym banalnym wnętrzu, próbując ukryć rozdrażnienie i niesmak. Cóż, to i tak lepsze niż jakiś piwny ogródek... - No, nie krzyw się tak. Chciałeś przecież normalnych ludzkich kontaktów. Widzisz- kawę tu nadal podają w szklankach, i równie paskudną lurę- tylko ekspres nie psuje się tak często. Ale wuzetki pozostały całkiem niezłe. Trochę się udobruchał, tym bardziej, że z okien kawiarni mógł dostrzec znajome skrzyżowanie, kunsztowne żelazne ogrodzenie i fragment budynku Wydziału Filologicznego. - Nie chcemy taśmowej produkcji magistrów!- Przypomniał sobie ogromny transparent rozwieszony tu przed dwudziestu laty i roześmiał się – Myślisz, że ktokolwiek zrozumiałby teraz, o co nam chodziło? Przyjrzała mu się uważniej. W tym śmiechu było więcej melancholii i goryczy niż prawdziwej wesołości. - Nie sądzę- przecież nawet my zapomnieliśmy. Przyjął to chyba jako osobistą aluzję, bo spochmurniał na nowo. Po raz pierwszy dostrzegła na jego twarzy upływ czasu przejawiający się nie tyle zmarszczkami czy siwizną na skroniach, ale jakimś bolesnym grymasem zastygłym wokół ust. Jednak oczy pozostały te same- pełne życia, pasji i gniewu, a czasami... Był najmłodszym, i co tu dużo mówić- chyba najprzystojniejszym adiunktem na Wydziale Historii. Jednak to nie wiek i uroda ściągały na jego cotygodniowe wykłady tłumy słuchaczy. Aula pękała w szwach. Siedzieli gdzie popadło- na parapetach, w przejściu i na każdym skrawku wolnej powierzchni, słuchając łapczywie słów, które były wówczas objawieniem. Państwo totalitarne, jego systemowe zbrodnie, mechanizmy zniewolenia- wszystko to, poznawane dotychczas pokątnie, z nielegalnych wydawnictw, teraz ujrzało światło dzienne. Ta prawda była jak nagły wybuch wiosny. I upoili się nią. Strajki na Wybrzeżu, „Solidarność”, powstanie NZS-u- historia nie tylko rozgrywała się na ich oczach, oni ją współtworzyli! Mimo uciążliwości dnia codziennego, powszechnej biedy, ludzie po raz pierwszy chodzili z podniesionymi głowami i pozdrawiali się na ulicy z blaskiem w oczach. Boże, jak wtedy chciało się żyć! I ona wówczas była w stanie jakiejś euforii, tym bardziej, że do szczęścia ogólnego doszło jej własne- ciche, osobiste.- Dlaczego upodobał sobie akurat ją- do tej pory nie mogła pojąć. Przecież w tym tłumie akolitek nie wyróżniała się ani specjalnym intelektem, ani tym bardziej urodą. Kiedyś powiedział, że w niej, jak w czarodziejskim zwierciadle, zawsze odbija się prawda…. Cóż, upodobania ludzkie czasami bywają zadziwiające… Westchnął ciężko, ale wrodzony krytycyzm nie pozwalał mu chować głowy w piasek wobec spraw drażliwych i niewygodnych. - Masz rację- przyznał cicho- Gdy czasami uświadamiam sobie, co się z nami stało, dokąd zaszliśmy- ogarnia mnie przerażenie. - Och, chyba tragizujesz- nie jest tak źle! Popatrz: Marek i Adam- poszli w ministry, Iza- też coś tam piastuje, Krzysiek – bryluje na salonach, Jacek i Wojtek- no, cóż…- posmutniała. - A Romek, zapomniałaś? Jakżeby mogła zapomnieć? – To wykluczone! Po prostu akurat dziś nie chciała być smutna i nie chciała pamiętać. - To był piekielnie inteligentny i zdolny chłopak. Wiesz, że już na trzecim roku kończył pracę magisterską?- Kontynuował, nieświadom chyba bólu, jaki jej to sprawia- Był najlepszym z nas i pewnie dlatego musiał umrzeć… Wykończyli go! - Piotr, co ty wygadujesz? Kto go wykończył?!- Zdenerwowała się- Wiesz, obserwuję ostatnio, że z upływem czasu macie dziwną skłonność do demonizowania tamtej rzeczywistości. Jacy znowu oni?- żółtaczka go wykończyła i wódka! Przecież jeszcze w szpitalu domagał się…- nie, nie mogła o tym mówić. Ocknął się, trochę zaskoczony i zmieszany jej gwałtowną reakcją. - Tak, wiem przecież… Mówię w sensie ogólnym. Wydaje mi się, że przy całej swojej zadziorności i wybujałym temperamencie, był bardzo wrażliwym człowiekiem. I wszystko, co potem nastąpiło- stan wojenny, przemoc, więzienie- było ponad jego siły. Potraktował to chyba zbyt osobiście. Widzisz, on należał do tych, którzy noszą w sobie jakiś niesamowity żar. Tacy albo podpalają świat, albo sami giną we własnym ogniu. - Czy świat by podpalił- nie wiem. W każdym razie mauzoleum Lenina prędzej czy później puściłby z dymem. Tak, tak- z wodzem miał osobiste porachunki jeszcze ze szkoły średniej- Uśmiechnęła się na wspomnienie odległych, beztroskich czasów- Wybacz, ale nie chcę o tym mówić… - Przyjaźniliście się chyba od wielu lat?- Pokiwał głową ze zrozumieniem - Od zawsze. Przysunął się bliżej i gwałtownie chwycił jej rękę. - Marysiu, czy ty mi kiedykolwiek wybaczysz?- Jego oczy znalazły się tak blisko… Było w nich tyle napięcia, tyle rozpaczliwej prośby, że zamarła oszołomiona. I w tej sekundzie stała się centralnym ośrodkiem i jedynym stałym punktem szalejącego Wszechświata. Spod półprzymkniętych powiek śledziła w osłupieniu obłąkany pląs kawiarnianych stolików, migotanie świateł i ścian wirujących w zawrotnym pędzie. Nawet jej własne myśli umknęły, włączając się w tę wariacką gonitwę! Od koniuszków palców, aż po splot słoneczny poczęło rozlewać się po jej ciele jakieś przyjemne, błogie ciepło… Cofnęła rękę. Wszechświat powoli wracał na swoje miejsce. „Zawroty głowy- też coś! Ciśnienie musi spadać”- myślała, gwałtownie pocierając skronie-„Chyba idzie na zmianę pogody”… - Wybaczyć? Ja…ja nie rozumiem, o co ci chodzi. O ten wyjazd wtedy? Chwilę przyglądał się jej w skupieniu, po czym niechętnie skinął głową. - Tak, powinienem zostać. Należało być tu- razem ze wszystkimi, a nie uciekać za granicę. To była dezercja! Boże, jaki naiwny…- pomyślała z tkliwością- Duży chłopiec, z głową ciągle w chmurach. Te same idee i ta bolesna bezkompromisowość…- Dezercja? Cóż, trochę inaczej wówczas myślała… Zjawił się niespodziewanie w środku lata, gdy nie zdążyła oswoić się z jedną bolesną stratą. Nie było okrzyków zdziwienia i długich, radosnych powitań, bo na samym wstępie oznajmił: - Wyjeżdżam! Tak, dali mi paszport i tylko pod tym warunkiem zwolnili z internatu. I to wszystko- cały komentarz do półrocznego rozstania, łez, niepokoju i paczek przesyłanych co dwa tygodnie. Żeby skompletować taką paczkę, wymieniała swoje kartki żywnościowe na papierosy, kawę i dwie tabliczki czekolady. Była taka szczęśliwa i dumna! Później, gdy trochę ochłonęła, bardzo starała się pojąć i zapamiętać to, co mówił. - Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?- Gdzieś po drodze zatraciliśmy prawdę. Nie o nią tu wcale chodzi, ale o to, czyje racje będą na wierzchu. I dla tych racji gotowi jesteśmy skoczyć sobie do gardeł. Rozejrzyj się wokół- przecież to tłuszcza, dzicz tratująca się w pogoni za ochłapem mięsa!- mówił gorączkowo, jakby nieobecny, wpatrzony w jakiś punkt za oknem- może w cel, którego ona nie potrafiła dostrzec.- A myślisz, że tam, skąd wracam, jest lepiej?- Elity intelektualne, psia krew, kłócące się o przewrót majowy i dwuizbowy parlament! – Masz pojęcie?- Czterech facetów w celi, a sześć stronnictw, rozłamów i frakcji…- Jednak nie potrafiła zapamiętać wszystkiego, choć mówił wiele i z właściwą sobie pasją. Zadzwonił trzy dni później, gdy już właściwie przestawała myśleć i czekać. - Nie zastanawiałaś się nad swoim wyjazdem? Mogłabyś przecież spróbować… Nie mogła. Przede wszystkim dlatego, że wówczas byle komu nie wydawali paszportów. Zresztą, i tak pewnie nie potrafiłaby żyć gdzie indziej….A może też i trochę dlatego, że potrzebował na to aż trzech dni… - Co ty wygadujesz, jaka dezercja?!- Żachnęła się- Jakie miałbyś szanse zostając? W tej totalnej beznadziei i marazmie nie wykrzesałbyś ani jednej myśli twórczej. I z pewnością nie byłoby twojej książki, a koniec końców podzieliłbyś pewnie los Romka… …Jego książka- cudowne, oszałamiające „Przebudzenie”. Każdy wtorkowy wieczór był radosnym, pełnym uniesienia oczekiwaniem. Spędzała go z uchem przyklejonym do radia, łapczywie łowiąc i notując słowa lektora. Zagłuszali wszystkie rozgłośnie z Zachodu, ale „Wolną Europę” ze szczególną pasją. I, niestety, skutecznie- tak, że gubiła nie tylko słowa, ale całe zdania, akapity. Na szczęście była jeszcze ranna powtórka programu, a potem przepisywanie tekstu na maszynie- koniecznie w wielu egzemplarzach, które należało wymienić ze znajomymi, pouzupełniać, przedyskutować… Od tamtego czasu było już kilka wysoko nakładowych wydań, ale ona i tak najchętniej sięgała po to własne- domowe- z białymi plamami, mnóstwem przeinaczeń i błędów. I po 20 latach nadal potrafiła cytować z pamięci całe obszerne fragmenty… - Nawet nie wyobrażasz sobie, czym była dla nas twoja książka! Ilu ludziom wróciła nadzieję, wiarę, że nie wszystko jeszcze stracone- że jest w nas potencjał i siła. To było naprawdę wielkie Przebudzenie- na miarę Tołstoja i Dostojewskiego- mówiła z żarem, wprawiając go w widoczne zakłopotanie. - Och, daj spokój. Masz chyba skłonność do przesady… - Nieprawda!- Zaperzyła się- Zawsze jestem szczera, czasami- aż do bólu! - Wiem i właśnie dlatego chciałem zasięgnąć twojej opinii w pewnej… delikatnej sprawie… Milczał chwilę niezdecydowany, nie do końca pewien zarówno własnych postanowień, jak i wszystkich potencjalnych następstw. Tak… jej reakcja byłaby jakimś miernikiem, wskazówką. Chrząknął… -Wiesz, namawiają mnie, bym startował w najbliższej kampanii wyborczej… - Chcesz kandydować na prezydenta?!- Jej zaskoczenie było całkowite, ale krótkotrwałe… Właściwie, czemu nie? Ma przecież wszystkie atuty- autorytet naukowy, ludzki szacunek, a i doświadczenie polityczne niemałe. Aparycja też nie jest tu bez znaczenia…- Myślę, że to doskonały pomysł! Lepszego kandydata nie można sobie wymarzyć. - Naprawdę, tak uważasz?- Przyglądał się jej wnikliwie, trochę zaniepokojony takim bezwarunkowym entuzjazmem. Poważnie skinęła głową. Uwierzył bez zastrzeżeń- jak zawsze. Nadal była magicznym, prawdę mówiącym zwierciadłem, w którym niezmiennie odnajdywał swój prawy- lepszy profil.
*
-No, jeszcze trochę, a pępek byłoby ci widać – kwaśno skomentował wygląd żony. -Coś nie tak?- Stropiona Marysia powtórnie znalazła się przed lustrem. Cóż, można powiedzieć, że moment triumfu miała za sobą. Teraz krytycznym okiem oceniała swój nowy nabytek, odpędzając irytującą myśl o zaległych rachunkach i opłatach za korepetycje Synka. Powiódł za nią spojrzeniem, z niechęcią przyznając, że wygląda całkiem, całkiem... -Nie twierdzę, że źle, ale chyba niestosownie na taką okazję- mruknął ugodowo, wzruszając ramionami. Też mi okazja! Zwyczajny wiec polityczny, tyle że z zadęciem i pretensjami- jak zwykle u niego. Gwiazdor, psia krew! Ale ambicje- ho, ho... Nie miał zamiaru uczestniczyć w tym jarmarku próżności, gdyby nie osobista prośba dziekana. Że niby reprezentacja Instytutu, że wypada itp... Cwaniak! Sam się zgrabnie wykręcił. -Przecież nie musimy iść – Z wysiłkiem nadała głosowi ton obojętności, błogosławiąc w duchu takt i dyplomację Piotra. „Ileż w nim wyczucia i delikatności”- myślała rzewnie, wygładzając zmarszczki na sukience- „Zaproszenie skierował na adres Instytutu”. Wbrew obawom Karola, zarówno jego krawat, jak i sukienka Marysi okazały się stosowne w najwyższym stopniu. Wnętrze Teatru Jaracza emanowało atmosferą dyskretnego bogactwa i mniej powściągliwej ciekawości. -Chyba źle trafiliśmy- Sapał torując drogę wśród falującego, podekscytowanego tłumu – To jakiś pokaz haute couture, a nie wieczór wyborczy. Marysia odurzona orgią zapachów, barw i wyszukanych kształtów, rozglądała się wokół z narastającym uczuciem zawrotu głowy. „Ocho, koronki znowu w łaskach...Nie no, takie spodnie absolutnie odpadają...Żakiet koniecznie skrócić...”- Jakaś, widocznie całkiem przytomna część jej świadomości skrzętnie łowiła każdy szczegół.- „Boże, a włosy? Koniecznie muszę coś z nimi zrobić”...-i zagłębiła się w melancholijną kontemplację fryzury sąsiadki. Karol, zupełnie nieświadom estetycznych rozterek żony, usiadł i najspokojniej w świecie przystąpił do przeglądania „Programu Wyborczego Kandydata”, podświadomie łowiąc w otaczającym gwarze strzępy rozmów. -Popatrz, popatrz- jednak się zdecydował...- prawił barczysty blondyn do sąsiada w stroju niedbałym, lecz znamionującym pewność siebie- A krążyły słuchy, że w ogóle chce się wycofać z polityki. -Phi, ty Kazik jesteś jak dziecko. Nie wiesz, że te fochy i dąsy to taka gra wstępna- uwertura przed wielkim entre‘?- Parsknął tamten, widać nie tylko abnegat, ale i kontestator jakiś. Konwersacja sąsiadów okazała się na tyle zajmująca, że Karol zaniechał studiowania długiej listy sponsorów i zamarł w oczekiwaniu dalszych, pikantnych szczegółów. Niestety, światła na sali akurat przygasły i rozmowa zeszła do poziomu szeptu. „Polskie echa”, bo taki tytuł nosił koncert w wykonaniu Orkiestry Kameralnej Filharmonii Łódzkiej, jakoś nie wzbudziły jego entuzjazmu. Melomanem nigdy specjalnie nie był. Gdyby to jeszcze opera albo balet, ale koncert...Jednak muzyka zrobiła swoje i po kilku minutach odprężył się całkowicie, ulegając jej magii. Tymczasem artyści na scenie wyczarowywali przed audytorium szum łanów złocistych, plusk rzeki, co to „po polskiej krainie”, dalekie psów granie... Lekkie drżenie wietrzyka narastało, przechodząc stopniowo w ostre crescendo wichury gnącej ku ziemi jodły- i za chwilę popłynęła ku przestworzom żałosna skarga góralskiej dziewczyny. Lecz i ta umilkła zaraz przerwana wybuchem armat, który jak grom przetoczył się po sali, budząc grozę i zamęt bitewnego szału. Krwawe, posiekane widma ulatywały niechętnie niesione dźwiękami tęsknego poloneza- by ustąpić pola pierwszym, drżącym promykom nadziei. Srebrzyste dzwoneczki przybierały na sile, a wraz z nimi rosła, potężniała otucha w sercach słuchaczy. - Aż pod niebo uderzył radosny, triumfalny głos zwycięstwa! Publiczność powstała… Jeszcze nie przebrzmiały ostatnie akordy Mazurka, gdy na sali zgasły wszystkie światła. W pełną trwogi ciszę, niezmąconą nawet szelestem torebek po pop-cornie, wdarły się słowa: -Miałem sen... Promień światła rozdarł ciemności i oczom zebranych ukazał się Kandydat. -Miałem sen- powtórzył- że wśród tych pól i wzgórz zielonych żyją szczęśliwi ludzie, Że na tej ziemi prawo- znaczy prawo, a sprawiedliwość- sprawiedliwość. Oszołomiony Karol wykonał w tym momencie mnóstwo całkowicie zbędnych czynności: przetarł zdumione oczy, zamachał rękami, strącił okulary i zanurkował pod fotel w ich poszukiwaniu. Normalny oddech i ostrość widzenia, przywrócone w trakcie tej gimnastyki, pozwoliły mu rozejrzeć się dokładnie po okolicznych twarzach. Te zaś, zastygłe w wyrazie uniesienia, trwały hipnotycznie wpatrzone w scenę, na której rozgrywał się akt drugi dramatu. Jego bohater z pewnością nie należał do pospolitej kategorii ulicznych demagogów, którzy głosy wyborców kupują tanimi obietnicami. On nie cofał się przed największym wyzwaniem. Zmagał się, polemizował, zamierał retorycznie... Wiódł słuchaczy ku najwyższym kręgom światła, by zaraz rzucić ich w otchłań zwątpienia i rozpaczy. Uskrzydlone słowa wzbijały się hen- aż pod stiuki zdobnego sklepienia, by jak balsam spłynąć na skołatane dusze widowni. Inne, zaś, z ostrym świstem przeszywały zatwardziałe serca- krusząc, łamiąc, zadając ból.... Od czasów szarpiącego rany wieszcza nie miał ten kraj chyba gorętszego patrioty i zjadliwszego krytyka. -bezrobocie… - minimum socjalne... Skrzecząca pospolitość swoim paskudnym zwyczajem wpełzała pomału, lecz nieuchronnie. -bilans handlu zagranicznego… - dziura budżetowa... I pod jej ciosami senator począł się chwiać, pochylać ku ziemi. Bo też i brzemię nie było na miarę człowieka. Publiczność wstrzymała oddech, bezradna wobec tych zmagań ducha z materią.... Wówczas z mroku dziejów wystrzeliło słowo- słowo wydarte z piersi umierającej gwardii- i jak armatnia salwa poraziło wrogów. A on podniósł się. I zwyciężył. Jeśli Karol nie dał się ponieść fali powszechnego entuzjazmu, to wyłącznie z powodu ogólnej słabości, która zawładnęła jego ciałem, wciskając w fotel. Jednak kilka głębszych oddechów przywróciło mu po chwili normalny rytm serca. -Ale heca...- myślał, rozglądając się z wyraźną uciechą. A teatr oszalał. Od pierwszych rzędów po najdalsze kuluary przetaczał się grom oklasków i aplauzu. Tymczasem senator stał w świetle jupiterów i reporterskich fleszów nie triumfujący wcale, lecz skromnie pochylony – samotny w obliczu tłumu. -No, co tak milczysz?- Po niesłychanie długiej, upojnej owacji Marysia zaczęła powracać do rzeczywistości. Karol, bez reszty pochłonięty czyszczeniem okularów, starannie unikał wzroku żony. -A, co mam mówić, przecież tu i Cyceron popadłby w niemotę... No nie, w tych okolicznościach jego koncept jawił się szczególnie płaskim. Dziś wyjątkowo boleśnie odczuwała dysonans w ich małżeństwie- coraz głębszy w ostatnich czasach... -Boże, za grosz uczuć wyższych w tym człowieku- myślała gorzko- Czy on w ogóle ma duszę? Odwieczny sofistyczny dylemat- czy mężczyzna w ogóle, a Karol w szczególności, posiada jakąkolwiek duszę- wypełnił jej pozostałą część wieczoru. Przedmiot dociekań odezwał się ponownie akurat, gdy była w trakcie konstruowania wyjątkowo misternego ciągu sylogizmów. -W każdym razie jedno jest pewne- nową głowę państwa już mamy. Ta konkluzja nieoczekiwanie skierowała jej myśli w odmienne rejony:” Nie, sama chyba rady nie dam...Jutro, zaraz po drodze z urzędu wejdę do fryzjera. Muszę koniecznie coś zrobić z tą głową”- postanowiła
Rozdział 4
- Matko Boska Częstochowska! – Filipa uczepiona framugi drzwi gwałtownie wciągała powietrze - To już czwarta dzisiaj- W głosie Karola wyraźnie pobrzmiewała satysfakcja – Najpierw ja, potem Synek, Kozłowska z dołu, a ty jesteś czwarta – odliczał na palcach – Teraz mogę chwalić się kolegom, że moja żona jest podobna do Matki Boskiej...Chyba przyniosę coś na wzmocnienie- dodał kierując się do kuchni. - A mnie nie pozwoliła popsikać włosów zielonym lakierem na Paradę Techno...- Westchnął Synek, ściągając z oniemiałej Filipy okrycie. - To.. to jest porażające!- wykrztusiła przyjaciółka, odzyskując mowę i częściową sprawność ruchową. Krokiem robota skierowała się w głąb pokoju, nie odrywając zahipnotyzowanego wzroku od marysinej głowy. - To jest Tycjan. – Głos Marysi brzmiał oschle i dobitnie. Wzrok miała obojętny, skoncentrowany ponad głowami domowników – gdzieś w rogu sufitu. Tkwiła tak już drugą godzinę. - Dzień dobry Marysiu!- Ucieszył się Karol, słysząc po raz pierwszy tego dnia głos żony. - Ja tam w sztuce nie jestem za dobry- ochoczo podchwycił Synek- ale wydaje mi się, że Tycjan chyba nie podejmował tematu socjalistycznego współzawodnictwa pracy... - Co ty, dziecko, bredzisz?- Filipa, otrząsnąwszy się z szoku, popatrzyła na niego zdumiona. - Czekaj, czekaj, on dobrze kombinuje...- powiedział Karol z namysłem- byliście w zeszłym tygodniu na wycieczce w ... - Kozłówce. Jakiś tam pałac czy zamek...- no, nie ważne! Najpiękniejsze było muzeum socrealizmu. Mówię cioci, coś fantastycznego! I tak mi się przypomniało, bo tam wszystko właśnie w tym kolorze... - Radziecki sztandar na wietrze!- wykrzyknęła Filipa z triumfem. Z drugiego końca stołu dobiegł ich najpierw jakiś gulgot, a potem nerwowy chichot. - Potwory! Ja tu tyle czasu siedzę i cierpię... chi chi.. radziecki sztandar... - No, nareszcie- Karol odetchnął z ulgą- Już myślałem, że zostaniesz tak na zawsze...A właściwie, to co ci się stało, no wiesz...- Jednak mimo wszystko wolał nie podnosić wzroku na marysiną głowę. - Co mi się stało?! Ano masz! – Sięgnęła ze stołu pudełko po farbie i rzuciła w jego stronę. Tu jak byk stoi: złocisty Tycjan! I to wszystko twoja wina. - Moja?- Karol popatrzył w zdumieniu- Ja ci to kazałem na łeb kłaść?! - A tak! Jak wyszliśmy od tej lafiryndy – Tu gestem oskarżenia wskazała na przyjaciółkę- sam powiedziałeś: „No, ty też mogłabyś zrobić coś z włosami...”- A co, może tak nie było? Karol niepewnie poruszył się w fotelu, starannie unikając miażdżącego wzroku żony i ciekawskiego spojrzenia pozostałych. - No może i mówiłem, ale miałem na myśli coś... mniej radykalnego... - Tak prawdę powiedziawszy, to ja też zgłupiałam. Ale dzisiaj w pupie pan Leszek kompletnie mnie skołował... - Na miłość boską, co za pan Leszek i dlaczego on jest w pupie?!- Nie wytrzymała Filipa. - PUP – Powiatowy Urząd Pracy – wyjaśnił Karol- Twoja przyjaciółka już od siedmiu miesięcy ścieżki tam wydeptuje. A pan Leszek... Pan Leszek – to ho ho... Pan Leszek to był człowiek -instytucja na trwałe wrośnięty w krajobraz Urzędu Pracy- i jedyny jaśniejszy element tego krajobrazu. Zetknęła się z nim- w dosłownym sensie- podczas swojej drugiej ( i ostatniej, jak się zarzekała) bytności w tym miejscu. Wlokła się korytarzem upokorzona, w poczuciu klęski i całkowitej bezsilności. Coś ją dusiło w gardle.. Wpadł na nią jak bolid, omal nie przewracając. - Przepraszam! Bardzo się...- Przerwał, uważnie lustrując twarz Marysi- Oho! Następna ofiara systemu! Glut zalegający w gardle puścił i z jej oczu popłynęła zupełnie niekontrolowana struga łez. Istna Niagara! - No nie, kochana, tak nie można! Pójdzie pani ze mną! – Zdecydowanie pociągnął ją za rękę. – O, tu proszę poczekać.- Zostawił ją pod jakimś pokojem, z którego wyłonił się po chwili. Wszedł do następnego i, zabawiwszy tam może minutę, pojawił się ponownie, trzymając jakiś papier. - No to teraz możemy iść na giełdę – oznajmił. „Grill-pub” na rogu – mała, dość obskurna knajpka- zrobił w ostatnich latach zawrotną karierę, przeistaczając się w konkurencyjną giełdę pracy.: Budowa w Pabianicach- cieśla, murarz, zbrojarz – Szycie z zakwaterowaniem...- Cześć panie Leszku!-...Zbiór winogron w Szwajcarii...” – słyszało się ze wszystkich stron. - Tu nie ma co płakać, pani Marysieńko! Pani się nie gniewa, że tak mówię? Nie gniewała się. Dlaczego? – Nawet ładnie brzmiało - Tu trzeba się roz-wi-jać- wyskandował, upijając łyk piwa. Tego trunku akurat nie znosiła. Ale, cóż- dla towarzystwa jeden podobno nawet dał się powiesić... - Co pani tam ma?- Wyciągnął rękę po jej teczkę. Z błyskawiczną wprawą przerzucił wszystkie dokumenty. - No to nic pani nie ma! - Ale...- Próbowała oponować. - Żadne ale”- startujemy od zera! Widzi pani… – klarował dalej, wyciągając na stół imponujących rozmiarów aktówkę- …ja jestem technik samochodowy i elektryk, a tu proszę: instruktor BHP, konsultant ds. zatrudnienia...- Wyciągał kolejne papiery- Krojczy? Odlewnik?- Proszę bardzo! Kurs zbrojarza- betoniarza też zrobiłem. Teraz jestem na marketingu i zarządzaniu dla managerów. - Na litość boską, po co to panu?!- Marysia otworzyła oczy ze zdumienia- Przecież w pańskim zawodzie... - Ależ pani naiwna, pani Marysieńko! To się nazywa taktyka z zaskoczenia. Idzie pani do takiego... takiego pracodawcy, z przeproszeniem, i rzuca mu na stół kilo tego śmiecia. Facet otwiera dziób ze zdumienia, ale po cichu kombinuje: młoda, chętna do nauki – znaczy się kreatywna, pracowita jak wół, a do tego niewymagająca, bo bezrobotna... I już go pani ma! Powiadam, z ręki pani jeść będą... Innym znowu razem, w większym niż zwykle gronie, chwalił się: -No, dzisiaj mam drukarza offsetowego i...- Spojrzał na drugą kartkę-… wizażystkę. - Chce pani?- Zwrócił się do Marysi. - E... ja to bym chciała w bibliotece..- Rozmarzyła się - No nie, pani jest niereformowalna! A kto dzisiaj książki czyta?!- Ze zgrozą powiódł wzrokiem dookoła.- Panią to ja bym widział jako... ten, no...manager... - Marketing manager – podpowiedział usłużnie mgr inż. pan Janusz terminujący u Leszka od pół roku w trudnym fachu bezrobotnego. - Nie, nie... O, Mam! – office manager. Pani wie- biurko, faksik, komputer, kawka , a pośrodku pani – jak królowa!- Roztaczał bajeczną wizję oszałamiającej kariery. – Tylko koniecznie trzeba imidż zmienić. Rozumie pani- włosy w tapir, oko na błysk, pazury na trzy cale... No, i z tym też musi pani coś zrobić – Przyjrzał się krytycznie jej sukience- Przecież, do licha, ma pani jakieś nogi?! Któregoś razu, po odrobieniu comiesięcznej pańszczyzny, triumfalnie wkroczyła do domu. - Idę na kurs komputerowy! - Świetnie! – Ucieszył się Karol- ...A za ile? – Stropił się po chwili - Otóż za darmo! Pan Leszek mi załatwił! Tego dnia czekał na nią nie jak zwykle w kolejce, ale na parterze koło schodów. - Pst! Pani Marysieńko, tutaj! – Pociągnął ją za rękaw w kierunku wnęki. - Zapisałem nas na kurs komputerowy... - Nas? - No, panią i mnie. W ostatniej chwili to złapałem. – Triumfalnie wyciągnął z kieszeni dwa skierowania. -Dobrze, ale dlaczego pan tak szepcze? - Marysia odruchowo też przeszła na konspiracyjny ton. - Bo to po znajomości – od pani Basi z pokoju 107. W ten sposób Marysia trafiła do kasty uprzywilejowanych. Doceniając to wyróżnienie, chodziła na kurs bardzo sumiennie, pilnie zgłębiając sekrety Windowsa, Office‘a i innych nauk tajemnych. Po dwóch miesiącach egzamin zdała śpiewająco. Wielka rzecz!- Okno zamknij, okno otwórz, skopiuj plik, utwórz folder... – Prawdę powiedziawszy, pies Pawłowa też by się nauczył! Leszek był ostatni w kolejce do egzaminu. Wszedł... i przepadł jak kamień w wodę. Po dwóch godzinach zrezygnowana Marysia odstąpiła od drzwi. Dłużej naprawdę nie mogła! Po raz pierwszy z prawdziwą niecierpliwością oczekiwała następnej wizyty w urzędzie. - Panie Leszku, no i jak?!- Rozemocjonowana dopadła go w stałym miejscu. Ach, pani Marysieńko, co ja przeszedłem! Pani sobie wyobraża – cztery godziny mnie tam trzymali! Cztery godziny! Marysia zaniemówiła ze zgrozy, a on tymczasem kontynuował: - Wchodzę jak zwykle. Dzień doberek! Całuję rączki! Siadam do pierwszej z brzegu maszyny i włączam. Zaskoczyło normalnie, a potem błysk, trzask i cisza... Próbuję jeszcze raz – to samo! Szmelc jakiś zasrany dali – myślę sobie i idę do następnego. Naciskam, kręcę – nawet nie mruknie. Martwa cisza- grób, mogiła! Atmosfera grobowej ciszy udzieliła się wszystkim i kolejka zamarła w niemym oczekiwaniu na ciąg dalszy. - Oni też tam trochę spanikowali- ciągnął Leszek emocjonującą opowieść- bo widzę, miotają się od jednej maszyny do drugiej, szepcą coś, rozkładają ręce...O, Lechu, myślę sobie, weź się bracie w garść, bo inaczej dupa blada będzie, a nie świadectwo. Pani wie- papier rzecz święta! W końcu skumałem, w czym problem. Ha ha! Cała elektryka im siadła. Pani sobie wyobraża – XXI wiek, komputery, serwery, bajery, a gołe druty im ze ściany sterczą! Gniazdka, kurde, na plaster mieli!- Zawiesiwszy głos, wzrokiem pełnym grozy powiódł po otoczeniu.- To i nie dziwota, że im zwarcie wyszło jak malowanie, a cały przewód główny szlag trafił! Co było robić? – Posłałem jednego po kabel trójżyłowy i wtyczkę, zakasałem rękawy – i do roboty. Wie pani, zawsze trochę sprzętu noszę ze sobą- Poklepał się po kieszeniach obszernej bluzy- Zrobiłem wyjście z samej puszki – trochę prowizorka – skrzywił się – ale dobre i to!. Włączam stacyjkę i słyszę – rozrusznik szemrze cichutko- chodzi jak złoto! Mówię pani, gały powywalali, że hej! - No to chyba dali już panu spokój – wtrąciła Marysia - Myśli pani? – Skąd! – Leszek smętnie pokiwał głową- A najgorsze, że patrzę na tę deskę rozdzielczą i nic nie kapuję. Cholera, jakaś inna! - Kurczę, starą dziewięćdziesiątkę ósemkę panu dali! – stwierdziła domyślnie - Bezołowiową? – Zainteresowała się jakaś pani z kolejki. - Panie Leszku – zachichotał ktoś z przodu- Toś pan kurs na prawo jazdy kończył? A mówili... Zniecierpliwiony pan Leszek popukał się w czoło. - Za kółkiem to ja siedziałem, jak pan jeszcze na muchy ptapty wołał. Jaka tam etylina! Windowsa 98 mi dali zamiast 2000! - No, ale jak? Poradził pan sobie?- dopytywała się Marysia Leszek wyciągnął ze swej imponującej teczki dokument i pomachał nim triumfalnie. - Aha! Widzi pani, co tu pisze? Ce-lu-ją-cy! No, a dzisiaj czekał na Marysię już przed wejściem. - Pani Marysieńko, mam coś dla pani! Oferta pierwsza klasa! Rzuciłem się jak tygrys, bo baby w tri miga rozdrapały! Zaintrygowana Marysia rozłożyła podaną kartkę. - Przedsiębiorstwo zagraniczne zatrudni... E, to nie dla mnie... - Nie dla pani?! – Oburzył się- Jak tylko to przeczytałem, od razu mówię: pani Marysieńka wypisz -wymaluj! Języki pani zna... - Tylko francuski i rosyjski, angielskiego ani w ząb. – sprostowała gwoli prawdy. - No wie pani, przecież każdy go zna! Hello Dolly,Goodbye, fuck…O, przepraszam! – zmitygował się - No, a to...- Marysia postukała palcem w górną część tekstu. - Młoda, energiczna, dyspozycyjna...No, czego?- Stara i rozlazła klabzdra przecież pani nie jest! Dziecko też podchowane- znaczy dyspozycyjna w pełni. Pani Marysieńko, przecież pani jest skarb nie kobieta!... - Rozumiesz więc – kończyła wyjaśnienia Marysia- Pomyślałam sobie: A, co mi tam – raz kozie śmierć! Zaraz też poleciałam do sklepu, żeby coś z tym siwym łbem zrobić. - No, dobrze- Filipa pokiwała głową- kolor rozumiem, ale wytłumacz mi skąd ten kołtun... - Ależ wy wszyscy bystrzy jesteście! – W głosie Marysi zabrzmiała gorycz- Przecież ja już dwa miesiące temu zrobiłam trwałą… Karol wzruszył ramionami – A, bo bez przerwy jakąś szmatę na tej głowie wiążesz... Olśnienie przyszło nagle, więc Marysia zerwała się gwałtownie i rączym kłusem pognała do sypialni. Jakie to proste! Że też od razu na to nie wpadła! Po pięciu minutach weszła do pokoju tanecznym krokiem, radosna- całkiem odmieniona. - A co? A co?- Zawirowała triumfalnie przed oczami zdumionej publiczności. - Ania z Zielonego Wzgórza!- Filipa aż klasnęła w ręce z podziwu, a w oczach Karola pojawiło się nawet coś na kształt zainteresowania… - Widzisz, z tego wszystkiego zapomniałabym – Filipa zawróciła spod drzwi, podając Marysi książkę. Z okładki krzyczał czerwonymi literami napis:”SUKCES NALEŻY DO CIEBIE!!! Sztuka kreatywnego myślenia. - I pamiętaj- tak, jak ci mówiłam: jesteś młoda, stanowcza i nic na świecie nie może cię wprawić w zakłopotanie. Znasz swoją wartość! Dalszą część wieczoru spędziła na zgłębianiu tajników bajecznej kariery stojącej już teraz na wyciągnięcie ręki. Do łóżka położyła się koło pierwszej z uczuciem triumfu i tym dreszczykiem emocji, który musiał towarzyszyć pierwszym konkwistadorom. Tylko Karol nie miał spokojnej nocy. Co rusz wyrywały go ze snu gromkie pokrzykiwania żony: jestem młoda, piękna, tryskam pomysłami i energią... - Dobrze, dobrze, ale śpij już, moja ty krynico mądrości – mamrotał, przewracając się na drugi bok. * W granatowej sukience z białymi wyłogami i słomkowym kapeluszu z imponującą kokardą w groszki, wyglądała rzeczywiście jak Ania Schirley. Ba, czuła, że świat cały leży u jej stóp – obutych w nowiutkie, śliczne szpilki.! Z jakąś dziecięcą euforią obdarzała ten nowy dzień uśmiechem, a radosny, pogodny ranek odpowiadał jej tym samym. Pierwszy niepokój odczuła na korytarzu, tuż za drzwiami z tabliczką Międzynarodowe Przedsiębiorstwo etc. etc...Coś ścisnęło ją w dołku na widok kłębiącego się tłumu panienek wszelkiego autoramentu i maści. - Ta kolejka, to po co?- spytała niepewnie. - Na casting- odpowiedziała ruda, mierząc ją pogardliwie zza ciężkiej zasłony rzęs. „Cholera, film kręcą, czy jak?”- Zdenerwowała się nie na żarty, bo słowa o tym nie było w ulotce.- Do firmy „Trans-Mos-Oil”?- upewniła się słabym głosem. Ruda twierdząco skinęła głową i podjęła przerwany monolog adresowany do obciśniętej w czerń towarzyszki. - Angielski, owszem. Wiesz...good morning, my lowe, how do you do...- przerwała na chwilę, grzebiąc w pamięci- O! Mam!- my darling! Gorzej z komputerem – wiesz, te cholerne przyciski... Ciągle mi wyskakuje jakiś error. Ale, ostatecznie nie takie rzeczy człowiek robił. No problem! - Ta ostatnia uwaga dała Marysi szczególnie szerokie pole do przypuszczeń. „Boże, co ja tu robię?” – pomyślała w panice, wodząc zrozpaczonym wzrokiem po korytarzu. A najgorsza była ta blondyna odziana we wspaniałą zieloną sukienkę z jakiejś połyskującej materii- tak krótką i obcisłą, że nie pozostawiała miejsca dla najmniejszych domysłów. -„Tylko spokojnie”- strofowała się w duchu- „Jestem młoda, energiczna...Boże, jaka jeszcze jestem?... Aha- tryskająca pomysłami i świadoma własnej wartości!”- powtarzała magiczne słowa. Cudowne zaklęcie widocznie posiadało moc, bo już znacznie spokojniejsza zaczęła lustrować otoczenie. Firma najwyraźniej była we wczesnym stadium organizacyjnym. Po korytarzu szwendały się całe tabuny robotników, pod ścianami zalegały spiętrzone pudła i narzędzia, a gdzieś przy jej uchu wyła wiertarka do wtóru z uderzeniami młotków. Z westchnieniem otworzyła książkę, przygotowana na dłuższe czekanie.... Przestępując z nogi na nogę, po raz kolejny spojrzała na zegarek. Jakiś czas temu była świadkiem zapierającego dech w piersiach wejścia tej Zielonej i od tego momentu nie spuszczała już oka z drzwi. Ozdobione imponującą tabliczką „Prezydent assistant”, tkwiły jednak nieporuszone, obojętne na wszelkie perswazje. Nie to, żeby się niecierpliwiła – ostatecznie czasu miała dość, a i lekturę całkiem zajmującą... Po prostu mijała już trzecia godzina oczekiwania, o czym wydatnie przypominały jej udręczone nogi. Cholerne buty! Co jej do łba strzeliło, żeby akurat dzisiaj kłaść szpilki?! Z determinacją zacisnęła zęby – wytrzyma! W końcu Zielona zaczęła wyłaniać się z gabinetu. Jej wyjście, takoż efektowne, jak entre‘, miało w sobie dodatkowo brzemienną w niedomówienia wieloznaczność. Leniwym ruchem, jakby od niechcenia, odgarnęła z karku zmierzwione, bujne włosy, a na jej twarzy zagościł zagadkowy, rozmarzony uśmiech. Spod półprzymkniętych powiek powiodła wokół znaczącym spojrzeniem i skierowała się ku wyjściu. Hałas w korytarzu umilkł, robotnicy, jak na komendę, przerwali pracę, odwracając głowy w kierunku znikającego zjawiska. Szła, a właściwie- sunęła powolnym, lekko kołyszącym się krokiem... Marysia parsknęła ze złością. No nie, takiego wyczynu to ona nie powtórzy, choćby jej nawet i stu lat ubyło! „Myśleć pozytywnie, myśleć pozytywnie...”- powtórzyła gorączkowo, nabrała głęboko powietrza i śmiałym krokiem przestąpiła próg Ziemi Obiecanej. Nie odpowiedziano na jej grzeczne” dzień dobry”. Nie poproszono też uprzejmie o zajęcie miejsca! Straciwszy nieco na świeżo nabytej pewności siebie, rozejrzała się zdziwiona po pokoju i... zamarła! W głębi, za biurkiem czaił się ON – koszmar z najczarniejszych snów- akwizytor żywcem przeniesiony spod jej drzwi. Ta sama bezczelna gęba z czujnymi oczami sprzedawczyka! No, może tylko w nieco lepszym wydaniu – taki format XL. Nie miał, co prawda, zawodowego uśmiechu przyklejonego do twarzy, ale za to arogancka pewność siebie wyłaziła mu każdym porem. Nonszalancko rozparty w fotelu omiótł wzrokiem pomieszczenie, chwilę zatrzymując się na Marysi. Nie, nie chwilę, ułamek sekundy - tyle była godna jego uwagi! Jednak tkwiło w niej głębokie przeświadczenie, że w tym mgnieniu oka została starannie i fachowo oszacowana- od stóp do głów, z uwzględnieniem każdej zmarszczki. Towaroznawca, psia krew! - Pani w jakiej sprawie?- spytał, utkwiwszy wzrok w przeciwległej ścianie. „No, tylko bez uprzedzeń”- pomyślała, mężnie tłumiąc narastające objawy złości i obrzydzenia. - W sprawie pracy, rzecz jasna. – odparła głosem pewnym i dźwięcznym, pomna nauk Filipy. - Doprawdy?...- Pytanie zostało zadane ze starannie dobraną obraźliwą ironią.- Niewątpliwie zajść musiała jakaś pomyłka... - Nie sądzę- Determinacja Marysi wprawiła ją samą w osłupienie. Chwilę pogrzebała w torebce, następnie zdecydowanym krokiem podeszła do biurka i położyła wyciągnięte dokumenty. - Proszę bardzo, tu wszystko jest napisane: młoda, dyspozycyjna, energiczna...- W końcu wymusiła na nim tę odrobinę uwagi. Ba, osiągnęła nawet więcej – zburzony spokój. - Wszystko się zgadza, nieprawdaż? – Rozsiadła się wygodnie na krześle, wlepiając pogodny wzrok w rozmówcę. Mimo narastającej złości, przyznać musiała, że sytuacja rozwija się dość komicznie. W innych okolicznościach naprawdę świetnie by się bawiła! Mężczyzna podniósł wzrok znad kartki z widoczną odrazą. - Dyspozycyjność. – rzucił w przestrzeń - Pełna. - Rosyjski? - Jest!- Podjęła lapidarną stylistykę jego wypowiedzi. Na widok błysku zaskoczenia w jego oczach Marysia nabrała tchu i... z przerażeniem stwierdziła, że cała tak starannie przemyślana przemowa gdzieś uleciała! - Lublju tiebia Pietra tworjenie...- wypaliła pierwsze słowa, jakie jej przyszły do głowy- lublju twój strogij, strojnyj wid, Niewy... - Angielski! – przerwał, niecierpliwie machając ręką - Nie ma... Ale jest francuski- poprawiła się natychmiast- zgodnie z zaleceniami przyjaciółki. - Maszynopisanie – szczeknął. - No, abecadło znam, a i palce , dzięki Bogu, sprawne jeszcze... - Komputer! - Tam stoi! – warknęła, wskazując ręką w kierunku biurka. Ostatnia odpowiedź najwyraźniej go usatysfakcjonowała, bo ponownie rozparł się w fotelu i założywszy kciuki za pasek spodni, wycedził: - Sama pani widzi. Kwalifikacje żadne, a i cała reszta...- Znacząco zawiesił głos- Cóż, od naszego personelu wymagamy profesjonalizmu, odpowiedniej aparycji i stosownego wieku – To ostatnie wymówił ze szczególnym naciskiem. Marysia niespiesznie podniosła się z krzesła. - Profesjonalizm, aparycja, wiek...A preferencje seksualne? Drogi panie, rzeczywiście zajść musiało grube nieporozumienie. Jednak to wasz błąd, bo zamiast bawić się w niedomówienia, trzeba było jasno sprecyzować, że agencję towarzyską otwieracie! Dopiero na środku gabinetu usłyszała za plecami świst gwałtownie wciąganego powietrza. Nie, nie daruje sobie! Odwróciła się na pięcie i w mgnieniu oka ponownie stanęła przed biurkiem. - A teraz posłuchaj uważnie, bałwanie jeden, bo tego w czworakach nie uczą! – Wzburzona krew von Liebnitzów w połączeniu z ukraińskim temperamentem ojca dawała w sprzyjających warunkach mieszankę piorunującą. Warunki te, widać, nastąpiły, bo Marysia kontynuowała z niezwykłą gwałtownością: - Gdy kobieta czy ktokolwiek wchodzi, dobry obyczaj nakazuje odpowiedzieć na przywitanie i podnieść dupsko razem z przyrośniętym stołkiem! A marynarkę wkłada się, między innymi po to, żeby ukryć wątpliwej urody kosmate łapska od pługa! Po namyśle, na odchodnym, dodała mściwie- A choćbyś się wbił w garnitur za sto tysięcy, i tak ci słoma z butów wylezie, chamie! Wpadła w jakieś obce pomieszczenie, staranowała drugie drzwi i, niczym ucieleśnienie ślepej furii, przetoczyła się przez korytarz, tratując wszystko po drodze. Trzeba przyznać, że wyjście miała równie efektowne jak poprzedniczka – i dużo głośniejsze! Potykając się o jakieś rupiecie, z niecenzuralnym wyrazem na ustach dopadła kolejnych drzwi i znalazła się na klatce schodowej. Przeskakując po dwa stopnie, w imponującym tempie pojawiła się na ulicy, zadawszy tym samym kłam twierdzeniu o niepraktyczności damskich szpilek - Apologeci młodości, psia krew!- mamrotała, wygrażając pięścią okolicznym kamienicom. Te zaś, wyrwane ze starczego odrętwienia, wybałuszyły swe szklane, zmatowiałe oczy . - Ciekawe, co jeden z drugim pocznie, jak mu pięćdziesiątka na kark wlezie?!...- Ha, samobójstwo!- odkrywczo krzyknęła w twarz jakiejś pani- W łeb! O, tak!- Zademonstrowała jej towarzyszowi i pognała dalej w kierunku Piłsudskiego. Wizja zbiorowej mogiły przyszłych pięćdziesięciolatków, ze szczególnym uwzględnieniem tego jednego, uspokoiła ją wyraźnie, bo drugą część skrzyżowania przeszła wolniej – na zielonym już świetle. Potrącony przechodzień chwilę trwał w niemym zdumieniu, zadając sobie pytanie: dlaczegóż to młoda, urocza kobieta pragnie skończyć ze sobą w tak drastyczny sposób? W dodatku pośrodku jezdni pełnej rozpędzonych, trąbiących samochodów! - Ech, młodość, młodość...- wyszeptał, i podając ramię towarzyszce podreptał w swoją stronę. *
Agent – wywiadowca Bx-17 również z niedowierzaniem kręcił głową. -Do licha, jak to możliwe?! Przecież cały czas stał na klatce, nie spuszczając oka z drzwi wyjściowych. Zlustrował uważnie cały korytarz i przystąpił do metodycznego sprawdzania wszystkich pomieszczeń. Kamień w wodę! Dopiero ostatnie drzwi za zakrętem wyjaśniły sytuację. No, tak – druga klatka schodowa i boczne wyjście na ulicę. „Ale cwana, cholera!”- mruknął pod adresem obiektu- A człowiek złamanego grosza by nie dał... Stał teraz na ulicy, bezradnie rozglądając się wokoło. „Zignorować?” – myślał gorączkowo- „Przecież nikt się nie zorientuje…- A jak znikła na dobre?”- Z westchnieniem sięgnął po telefon- mimo obowiązujących procedur, w szczególnych przypadkach miał do tego prawo. Człowiek w szarym garniturze nie podzielał powszechnej manii zdziwienia, bo taki stan umysłu nie leżał w jego profesjonalnej naturze. Po 25 latach w służbie przestał w ogóle dziwić się czemukolwiek. Zaklął siarczyście, a potem wysyczał do słuchawki: - Gówno mnie obchodzi jak to zrobisz! Masz ją znaleźć i już.! Za to jego towarzysz dopełnił rytuału owego dnia, unosząc brwi z niedowierzaniem - Mos-Trans-Oil? Fiu, fiu- zaczyna się robić ciekawie... Jego przełożony machnął niecierpliwie ręką i wykręcił numer wewnętrzny. - Kogo macie w Mos-Trans-Oil? – rzucił bez wstępów- Nie, nie w centrali, tu – w Łodzi...-chwilę słuchał w milczeniu, bębniąc palcami o blat biurka. - Banda kretynów i obiboków! – Z wściekłością cisnął słuchawkę na widełki. – Od tygodnia mają delegaturę pod nosem i nic nie wiedzą! Podwładny z uwagą śledził niecodzienne objawy rozdrażnienia u szefa. - Myślisz, że nawiązali kontakt?...A może to przypadek...- dodał powątpiewająco. Mężczyzna w szarym garniturze wzruszył ramionami. W co, jak w co, ale w przypadki, to on z reguły nie wierzył. - Muszę zadzwonić- powiedział, wymownie patrząc na czarny aparat Starszy wiekiem, ale niższy stopniem kolega opuścił pokój.
*
Starość dopadła ją na rogu Kilińskiego przy sklepie spożywczym. Przechodząc obok, mimowolnie zerknęła w lustrzaną witrynę i... zamarła wpół kroku. W opustoszałej nagle głowie tłukła się tylko jedna uporczywa myśl: ”Boże, nie ma chyba nic bardziej żałosnego, niż stare krówsko udające cielęcinkę! ”Poczuła bolesne zasysanie od środka. - Piwo proszę.- powiedziała, podchodząc do lady. Znienawidzony trunek pijała w dwojakich okolicznościach: w towarzystwie pana Leszka i dla samoudręczenia. - Jakie? Mamy dwanaście rodzajów – usłużna panienka wskazała bogaty asortyment. - Wszystko jedno...I otwieracz. - W sklepie nie wolno! – Zastrzegła tamta służbowo, lustrując klientkę ciekawskim spojrzeniem Marysia wzruszyła ramionami. Skurczona gwałtownie do rozmiarów wyschłej ze starości dżdżownicy, wywlokła się, czy też raczej – wypełzła ze sklepu. Jak znalazła się w parku dwie przecznice dalej- tego nie potrafiła powiedzieć. W każdym razie tam – w promieniach czerwcowego słońca, wśród świergotu ptaków i upajającej woni róż – coś w niej pękło. Osunęła się na ławkę. I z głębi udręczonej marysinej duszy popłynęła ku niebiosom skarga rzewna i boleściwa: na podły świat, ludzką perfidię, wczorajsze włosy, dzisiejsze buty i własną , starczą nieudolność. Akurat w pobliskim kościele wydzwaniano południe, gdy tuż obok usłyszała głos: - Quel beau paysage! Poszaleli z tą cudzoziemszczyzną! - Polska dla Pola...- wrzasnęła, odwracając głowę i zamarła, nie kończąc. Boże święty – anioł... Anioł Pański! Mrużąc oczy od świecącego słońca, wpatrywała się z zachwytem w cudowne zjawisko. Stał tam...W białej szacie, ze świetlistą aureolą wokół głowy...Ręce odruchowo złożyły się do modlitwy. - Madame pozwoli?- spytał Anioł i nie czekając na odpowiedź usiadł. Po dłuższej chwili, drżąc ze wzruszenia, odważyła się w końcu podnieść wzrok. -„Z brodą...?- zdziwiła się w duchu. –„Nie, to niedorzeczność!”. – Z nagłym niepokojem przebiegła w pamięci wszystkie znane sobie anioły. – Gabriel, Archanioł Michał, Michał Anioł…-nie, ten akurat nie...Anioł Stróż nad łóżkiem w dziecinnym pokoju- kurczę, żaden nie miał brody!” Obudzona z nagła podejrzliwość kazała dokładniej przyjrzeć się Przybyszowi. Włosy miał jasne, sięgające ramion, tylko po aureoli ani śladu. Oczy, owszem, niebieskie, ale ta broda! No i biała szata skurczyła się nieco, okazując modną koszulą wypuszczoną luźno na dżinsy. Zdenerwowała się nie na żarty.- „No, to jak nie anioł, to czego udaje?!”- Rozgoryczona, odsunęła się na drugi koniec ławki i ze złością pociągnęła solidny łyk z butelki. - Wspaniały widok! – powtórzył po polsku, robiąc przy tym nieokreślony ruch ręką. Jednak cały czas uważnie spoglądał w jej kierunku. Marysia, w zakłopotaniu potarła policzek i na dłoni pozostała jej tłusta, czarna smuga. - Krajobraz po bitwie! – zawyła w duchu, oczyma wyobraźni widząc swą twarz upapraną szminką, z rozmazanymi cieniami i smugami tuszu spływającymi po policzkach. W panice rzuciła się do torebki w poszukiwaniu chusteczki, jakiejś szmaty, czegokolwiek... Kartki z wyrzuconej na ziemię książki rozsypały się na wietrze. - Pomogę pani – Brodaty zerwał się z ławki i gorliwie rzucił za nimi. Przez chwilę, z zainteresowaniem zatrzymał wzrok na zadrukowanej stronie.- O! C’est tres interesement! Ja też to lubię czytać. Marysia wzruszyła ramionami. Wielka rzecz! A kto by nie lubił... Jednak z większym zainteresowaniem popatrzyła na niedoszłego anioła i co tu ukrywać – zaczęło się w niej rodzić coś na kształt sympatii. Przyznać trzeba, że w życiu nie widziała takich oczu! Były olśniewająco błękitne i jakieś takie roześmiane. A do tego – to wspaniałe, tylnojęzykowe „r”. - Pan z Francji? – spytała życzliwiej - Oui – Tak – poprawił się szybko - Świetnie pan mówi po polsku. - O, mon grand pere- mój dziad to był wielki polski patriota! Mój ojciec też – dodał po chwili. - Rozumiem, zwiedza pan kraj przodków. Ale tutaj – w Łodzi? Tu nic nie ma. Kraków trzeba zobaczyć, Gdańsk... - Nie, nie! Ja lubię Lo...- wasze miasto- Łódź stanowiła widocznie barierę językową nie do pokonania. – Ja maluję tutaj. Ach, malarz! Jasne, od razu mogła się domyśleć. Ta broda i w ogóle... - Pan artysta, pan artysta...- wyszeptała odruchowo. Widać dziad nie był aż takim patriotą albo polska edukacja nie dość gruntowna, bo nic nie odrzekł, tylko grzebał w dużej teczce zdjętej z ramienia. - Tu tak ładnie...- powiedział, wyciągając jakiś karton. Popatrzyła z ciekawością. Miała przed sobą znajomy widok: niewielki staw, kamienny mostek, krzak jałowca i mnóstwo, mnóstwo zieleni. Akwarelka przepiękna, ale coś było nie tak... Podniosła głowę, lustrując model w naturze. No jasne! Na obrazku wszystko było takie kolorowe, rozedrgane, radosne- zupełnie nierzeczywiste. - Pan lubi takie.. mocne barwy. –broń Boże nie chciała go urazić, ale.. Znów przyglądał się jej intensywnie. Przekrzywił głowę i uśmiechnął się, odgarniając z czoła niesforny kosmyk włosów. - Świat przez łzy jest taki szary... Marysia zadumała się głęboko. Dziwny ten malarz... - A „Wesele” też lubię czytać! – Dobiegł ją z oddali głos. Kiedy zdumiona podniosła głowę, już go nie było.
*
Po godzinie pełnego napięcia oczekiwania Karol podniósł się z fotela. - A matka gdzie? – Wsadził głowę do pokoju dziecka. Synek, gwałtownie wyrwany z cyberprzestrzeni, popatrzył przez chwilę nieprzytomnie. - No, chyba w tej pracy...Może ją przyjęli i od razu w kierat wprzęgli- powiedział ze wzrokiem na powrót utkwionym w monitorze. Wykonywał akurat 45 zlecenie dla Mafii, a tu takie pierdoły.. Karol wzruszył ramionami. Akurat! Dla niego od początku było oczywiste, że tu szło o młodą, chętną długonóżkę, a nie jakiegoś- z przeproszeniem- pracownika! Sfrustrowany powlókł się do kuchni. Z odrazą popatrzył na naczynia zalegające w zlewie od śniadania i po raz kolejny otworzył lodówkę. Jasna cholera! Człowiek urabia sobie ręce po łokcie, a tu takie historie!- Ze złością trzasnął drzwiczkami. Był głodny. Przez chwilę rozglądał się bezradnie po kuchni, w końcu tknięty nagłą myślą, skierował się do telefonu. „A niech wie! Niech razem z nim dźwiga ten ciężar!”- myślał wykręcając numer. - Nie wie mama przypadkiem, jak się robi leniwe?- rzucił tonem pełnym zimnej, wymownej obojętności. Wiedziała. Przez chwilę z niedowierzaniem wsłuchiwał się w głos po przeciwnej stronie. - Niemożliwe! Z pewnością musiała mama coś pokręcić. Przecież to raptem leniwe! Nie pokręciła. Przez następnych pięć minut wysłuchiwał jej klarownych wyjaśnień. - A coś prostszego? Z pokorą zniósł zjadliwe uwagi na temat męskiego wygodnictwa i życiowej nieudolności i z rezygnacją odłożył słuchawkę. Wieść o tym, że Karol gotuje obiad, obiegła lotem błyskawicy całą rodzinę. Najpierw zadzwoniła Hanka – z gratulacjami. Potem była ciocia Tonia, powiadamiająca życzliwie o maśle i cynamonie. Następnie, drugi raz teściowa z przypomnieniem o wrzącej, osolonej wodzie. Gdy w końcu usłyszał w słuchawce głos swojej matki- odetchnął z ulgą. No, nareszcie ktoś, na kogo można liczyć! Dzwoniła w sprawie białka, które musi być koniecznie na sztywną pianę, bo inaczej glut będzie, a nie leniwe. Własna matka! Ten ostatni cios, zadany z najmniej spodziewanej strony, sprawił, że Karol ponownie osunął się na fotel. Wezwany na pomoc Synek okazał się istną skarbnicą wiedzy kulinarnej. Krakowskim targiem, stanęło na kurzych udkach i średniej pizzy z dostawą do domu. Gdy w całkiem niezłych nastrojach kończyli ucztę, dochodziła druga. A Marysi nie było! Karol zaczął się niepokoić...
Kronik rodzinnych ciąg dalszy
Co zaś do drugiej – tej wyrodnej gałęzi rodu… Cóż, przyznać musimy nie bez zdziwienia, że wbrew ojcowskim życzeniom, działo się tam całkiem nieźle. Po przybyciu do swojej Ziemi Obiecanej i gruntownej analizie położenia, Franz von Liebnitz wcale nie podupadł na duchu, lecz ostro wziął się do pracy. Jednakże stwierdzenie, że zakasał rękawy, byłoby tu wysoce nie na miejscu. Syn wielkiego rodu, nie dysponując potężną posturą, ni imponującą siłą mięśni, posiadał wszak zalety daleko cenniejsze – szare komórki i żelazną wolę. Spożytkować je też potrafił w sposób należyty – tak, że w ciągu kilkunastu lat uczynił ze swej nowej posiadłości krainę mlekiem i miodem płynącą. Trwogę wzbudził wśród okolicznego ziemiaństwa i licznych ciotek rezydentek niespożytą energią swą i pomysłowością, która w porywach ocierała się nawet o skandal. Hrabia Franz, otóż, postawił na nowoczesność i mechanizację, sprowadzając na te spokojne ziemie mnóstwo zamętu i nieporozumień. Tak, tak, od 1905 roku całe Przylesie było świadkiem triumfalnego pochodu licznych a tajemniczych urządzeń, wśród których niewątpliwy prymat dzierżył traktor. Ten żelazny rumak, po początkowym zgorszeniu, stał się dość szybko ulubieńcem całej okolicy, zwłaszcza, że nie tylko hałasował, ale również pracował bardzo efektywnie. Należy wspomnieć, że szczególnego splendoru maszynie tej dodało osobiste poświęcenie przez samego przeora klasztoru w Poddębicach. Jednak prawdziwy prestiż w okolicy zdobył hrabia wyczynem, który na zawsze zamknął usta wszystkim malkontentom i krytykantom. Sobie tylko znanym sposobem wykupił z rąk niemieckich przedsiębiorców tartak, a w dwa lata później przejął również ich gorzelnię. W ten oto sposób zapisał się w historii i wdzięcznej pamięci ludu jako wielki polski patriota! Jak tego dokonał, jakich przemyślnych podstępów i sprytnych sztuczek musiał użyć – to na zawsze pozostanie tajemnicą. Faktem jednak jest, że noc po dokonaniu owej transakcji spędził zamknięty w gabinecie, sam na sam z produktem pochodzącym wprost z nowego przedsiębiorstwa. Do uszu wylęknionej rodziny docierały tylko strzępy gwałtownego monologu, a wśród nich, na plan pierwszy wybijające się: ”O, mein Gott! O, mein Gott!”. Był to drugi i zarazem ostatni znany wypadek, gdy hrabia, folgując rodzinnym skłonnościom, nadużył mocnych trunków. Pierwszy miał miejsce w 1896 roku z okazji przyjścia na świat potomka i spadkobiercy płci męskiej. Pierworodny, ochrzczony imieniem Felix był, obok ukochanej Marie, źródłem nieustannej radości i dumy hrabiego von Liebnitz. Jednak gdzieś około roku 1912 nastrój pogodnej szczęśliwości począł się nieznacznie mącić- za sprawą tegoż Felixa. Miast przygotowywać się pilnie do studiów na Akademii Rolniczej, pierworodny zaczął najzwyczajniej opuszczać się w nauce i lekceważyć ojcowskie napomnienia. Znikał na całe tygodnie z domu, a jego droga do szkół w Poznaniu, dziwnym trafem zahaczała na ogół o Galicję. Za to, gdy pojawiał się w rodzimych pieleszach- to zawsze w większym gronie. Składali się na nie osobnicy o podejrzanej reputacji, niechlujni jacyś i wąsaci... W dodatku towarzystwo to cierpiało na permanentną bezsenność, spędzając całe noce na gromkich i zażartych dysputach w oparach najpodlejszego tytoniowego dymu. Co było przedmiotem owych burzliwych debat, tego hrabia, doprawdy wiedzieć nie mógł, chociaż pilnie nadstawiał ucha. Docierały do niego czasem oderwane strzępy zdań, wśród których na uwagę zasługiwało, wymawiane ze czcią imię jakiegoś towarzysza Mariana. Pani Maria, zaś, nawet, jeśli cokolwiek pojmowała, zachowywała powściągliwe milczenie. Tylko jakiś tajemniczy, rzewny uśmiech błąkał się jej czasami po twarzy... Pierwsza wojna światowa, aczkolwiek łagodnie obeszła się z majątkiem hrabiego Franza, uczyniła straszliwe spustoszenie w jego duszy. Pierworodny syn – spadkobierca nazwiska i rodowej dumy, opuścił dom w 1914 roku jako Felix von Liebnitz, a powitał go w roku 1918 jako kapitan Feliks Libnicki. Biorąc pod uwagę gwałtowny temperament obu panów, spuśćmy zasłonę milczenia na straszliwą scenę, jaka zaszła między ojcem a synem. Wspomnieć należy jedynie, że przypadkowym świadkom tego wydarzenia zdawało się, jakoby nad spokojną dotychczas okolicą trąba powietrzna przeleciała, i dał się słyszeć z zaświatów głucho dudniący śmiech starego grafa. „Dokonało się”- mógłby rzec w tym miejscu wierny kronikarz, gdyby na scenę dziejów nie wkroczyła drobna nóżka uzbrojona w rozjemcze narzędzie. Ach, czegóż nie potrafi zdziałać damski bucik z mocno tupiącym obcasem! Krótko mówiąc, pani Maria rozdzieliła zwaśnione strony z właściwą sobie skutecznością i dyplomacją. Była niby plaster miodu, najcudowniejszy balsam na krwawiące mężowskie serce. W jej kojącej obecności i rany zdawały się nie tak dotkliwymi, i ból jakoś szybciej przemijał. Wbrew rodzinnej tradycji, frasunek ten nie wymagał nawet cenionego powszechnie lekarstwa, bo jako się rzekło- hrabia Franz w mocnych trunkach nie gustował. Co do hazardu zaś...
Rozdział 5
- No to trzy bez atu i mamy roberka! – wypaliła babcia - Po moim trupie! – Karol zdecydowanie skontrował. - Chyba babcia trochę przesadziła – Synek podrapał się po głowie – Pas. - Jasne – skomentował Karol – Leżycie bez dwóch. - A ja? Mam coś powiedzieć?- dopytywała się Mysia. -Oj, mamo, lepiej bądź cicho, bo tata znowu się wścieknie. - Jak tam sobie chcecie...- Marysia wzruszyła ramionami i powróciła do przerwanej lektury. Pełną skupienia ciszę przerwał po dłuższej chwili Karol. - A co mi mama tu dupkiem żołędnym w oczy świeci! – prychnął pogardliwie, przebijając królem - Boże zachowaj króla, jak mawiał nieboszczyk dziadek Franz – zaszczebiotała babcia – Synek, daj blotkę. - Spokojna głowa, sam się obroni – zawyrokował zięć. - Akurat! – Ożywiła się Marysia- Dziadek Franz mógł najwyżej powiedzieć „Gott erhalte, Gott beschütze…”- bo Szwab był zakuty i słowa polskiego nie znał. - Folksdojczem był? – Zainteresował się Synek, wyrzucając trójkę. - Jezus Maria! Co on wygaduje! – Matka załamała ręce. - Nie ten dziadek i nie ta epoka- sprostowała pani Ewelina- Wiesz, całkiem nieźle, jak na syna historyka- dodała zjadliwie. - Coście się tych przodków uczepiły ?! – Zdenerwował się Karol- Bez dziadka przecież gramy. Twoja kolej, Marysiu. - O, to chyba moje! – Ucieszyła się jego połowica, przebijając asem. - Popatrz, popatrz – Radośnie zdziwiła się babcia- jeden był i wziął! - Mojego króla – wysyczał Karol - Wielka mi rzecz- Zdenerwowała się Marysia – Ja wiem, że jak jest as, to trzeba bić, bo mi go potem jakimś atutem zabiorą, albo co... - Jezu, mama, gramy bez atu – jęknął Synek - Aha, to znaczy, tak jak w tysiąca? – Upewniła się, patrząc wyczekująco na męża. - Nie patrz na mnie, tylko na stolik. I myślże, kobieto!- powiedział Karol dobitnie i bez sensu, bo z równym skutkiem mógłby apelować do ściany. Marysia, zrzuciwszy (o, zgrozo!), dziesiątkę trefl, popadła w odrętwienie, dalsze uczestnictwo w batalii ograniczając do czysto mechanicznej czynności- „spod dużego palca” Nieświadoma mężowskich pomruków, a nawet gromów spadających na jej głowę, dumała o przykrych okolicznościach losu, przyrody i wszystkiego w ogóle… Wszystko, psia krew, poszło nie tak! Najpierw w łeb wzięły wspólne plany wyjazdowe z powodu jakichś tam egzaminów. Sesja letnia- święta rzecz! Jakby nie można było uporać się z nią do końca maja. Potem pogoda wykonała mistrzowską woltę, pogrążając świat w strugach deszczu, gradobicia i pozostałych kataklizmach. Na koniec cały plan obłaskawienia babci- misterny, choć sporządzony naprędce- też zawodził na całej linii. Nie z powodu kataklizmu, bynajmniej, ale za sprawą kart- gorszych od wszelkiej klęski żywiołowej. Nawet poczytać spokojnie nie można… - Dobra, dziateczki, kończymy tę zabawę. Osiem naszych, ostatnia dla was i jesteśmy jeden nad! - Gdzie?! Jakim cudem? - Ano masz, kochaniutki- tu cztery kara, u Synka kierki jak siekierki. Ostatni pik dla Marysi na tego asa, co go sobie hołubiła posłuszna mężowskim nakazom. - Coś ugrałam?- Zainteresowała się wyżej wymieniona, wywołując bolesny grymas na twarzy Karola. -Boże! Boże! Mamo, po kim ona to ma? - Nie desperuj, dziecko- Babcia, w geście braterstwa poklepała go po plecach- Widziałam gorsze rzeczy... Raz u doktorostwa Mraczyńskich Ziutka grająca w parze z mecenasem Gądkiem zaczęła od trzech kierów. Mecenas na to cztery bez atu, bo był we wszystkim niezły, z wyjątkiem tych kierów... - Boże, na szlema szli!- Karol westchnął z rozmarzeniem. - Jasne, leżeli bez pięciu... - Nie może być!- Zainteresował się żywo- Jakim cudem? - Wiesz, co ona miała w kartach?- Trzy kiery!!! - A to dopiero...- Zdumiał się, patrząc nieco innym wzrokiem na małżonkę, która z wyrazem zadowolenia na twarzy zgarniała „ugraną” zdobycz. Ten beznadziejny deszczowy weekend zdawał się nie mieć końca- ku utrapieniu jednych i radości pozostałych. Do tej drugiej kategorii z pewnością zaliczał się Synek, który podliczając sumiennie zapis, pogwizdywał wesoło. - No, babciu, jeszcze ze trzy takie roberki i zafunduję sobie nową pamięć!- oznajmił na koniec. - A co, z jego pamięcią coś nie tak?- Zdezorientowana pani Ewelina popatrzyła na córkę. Ta, zaś, tylko machnęła ręką. - E, tam - z nim wszystko w porządku. O komputer chodzi. - Wcale nie w porządku!- Zaperzył się Synek- Przecież ten idiota rusza się jak ślimak w oleju. Wiecie ile czasu zajmuje mu najprostsze polecenie? Ja w ogóle nie mogę pracować w takich warunkach! - To pracuj głową, zamiast klawiszami.- Zdenerwował się Karol- Nie mam zamiaru ładować majątku w waszą kolejną zabawkę! - Waszą?- Zdegustowana Marysia z trzaskiem zamknęła książkę- A kto dowodził, że to przedmiot powszechny i wręcz niezbędny jak chleb z masłem? - Komputera naszego powszedniego daj nam dzisiaj ...– Ucieszyła się babcia. - Pewnie, że niezbędny! Ile ja już wypracowań dzięki niemu napisałem... - Raczej ściągnąłem z Internetu- w dodatku z błędami- sprostowała, pogłębiając frustrację syna, który prychnął i zdegustowany opadł na fotel. Konflikt pokoleń przerabiał już od dłuższego czasu, czuł jednak, że teraz właśnie dojrzewa w nim długo dławiony bunt. Dość już tego terroru! Zaraz…- jak to w szkole mówili?...O, dulszczyzna! No, właśnie- drobnomieszczaństwo i ciasnota umysłowa! Nawet babcia- skąd inną światła przecież osoba- zdawała się bagatelizować ten fundamentalny problem, całkiem widać nieczuła na dramaty młodego pokolenia. – Ale, ale- a propos pamięci! Nawet mnie ona zawodzi w ostatnich czasach, więc co się dziwić tępej maszynie! Właśnie przypomniałam sobie, że trzy tygodnie temu mieliście wielkie święto, w którym ja, niestety, nie mogłam uczestniczyć.- Tu wymownym gestem powędrowała rękami w okolice serca, kierując niemy wyrzut najwyraźniej w stronę Opatrzności. W stronę wnuka, zaś kontynuowała podniosłym tonem; - Osiemnaście lat to wielka sprawa! Cieszę się, że kolejne pokolenie naszej rodziny wkroczyło w wiek męski. Synek, zaniechawszy chwilowo buntu, czujnie nadstawił ucha. Wraz ze słowami babci w jego serce zaczęła wstępować nadzieja. Na horyzoncie znów pojawiła się nowa pamięć, a kto wie- może nawet dysk twardy... Tymczasem pani Ewelina uroczyście powstała z fotela, a wraz z nią cała rodzina, której udzielił się podniosły nastrój. - Przyjmij, więc dziecko ten dar i zawsze pamiętaj, że noblesse oblige- Tu, pogrzebawszy chwilę w torebce, wyciągnęła niewielkie etui. - Ależ mamo...- słabo zaoponowała Marysia na widok znajomego przedmiotu-… uważam, że naprawdę nie powinnaś... - Cicho bądź, wiem, co robię!- fuknęła starsza pani i głosem nabrzmiałym od wzruszenia zakończyła- Noś go, dziecko, z honorem. Synek rozdarty między nadzieję a jakieś niejasne, mroczne przeczucie, nie mógł dłużej znieść niepewności. Dubeltowo ucałował babcię i szybkim ruchem otworzył pudełko.- Na granatowym aksamicie pysznił się w blasku złota i chwały rodowy klejnot von Liebnitzów... Z udręczonej duszy dziecka wyrwało się gwałtowne „Ooch”- bardziej przypominające świst powietrza uchodzącego z balonu niż okrzyk zachwytu. Babcia, tymczasem, raz dosiadłszy ulubionego konika, galopowała niezmordowanie: - Cóż, jako najstarszy męski potomek jesteś teraz strażnikiem rodowego honoru i beneficjentem jego chwały! Oczywiście, gdyby Wandzia żyła, to jej dzieci... Marysia westchnęła – No, jasne, Wandzia!... Ze swej zmarłej siostry pani Ewelina uczyniła rodzaj domowego ołtarzyka- obiekt nieustającej adoracji. Chyba wszyscy na świecie mają taką zmorę dzieciństwa- wzór wszelkich cnót i ciągły przykład do naśladowania. Taka córka sąsiadów czy inna kuzynka zawsze jest najlepsza, najzdolniejsza i najmądrzejsza. A choćby człowiek stawał na głowie nie dosypiając i nie dojadając, i tak nie dorówna- ona zawsze będzie krok do przodu! Marysia i jej siostra miały Wandzię. Wnosząc z opowieści, była to dziwaczna hybryda o własnościach bogini Wenus, Dobrego Samarytanina i Marii Skłodowskiej- Curie. - Cały świat wlókł się w smętnym ogonie, podczas gdy Ona celująco kończyła kolejne klasy kolejnych szkół. - W okupację, choć było głodno i chłodno, Ona nie wahała się ściągnąć z grzbietu ostatniego okrycia, by odziać jakiegoś nieszczęśnika. - Gdy jeszcze jako zupełny smarkacz wchodziła do pokoju, wszyscy mężczyźni zrywali się z miejsc tracąc oddech- taka była piękna! Nie znosiły Wandzi dogłębnie i serdecznie. - Postarajcie się zrozumieć waszą matkę- tłumaczyła ciocia Tonia- One wychowywały się, dojrzewały i zawsze były razem. Ja, jako zupełny smarkacz, nie liczyłam się, a okoliczne dzieci w ogóle nie wchodziły w rachubę. W okresie, kiedy dziewczyny dorastają do przyjaźni, Ewelina miała tylko ją. – Te wszystkie panieńskie sekrety i dramaty, wspólne lektury i przeżycia! Wiecie przecież, że wtedy patrzy się na świat oczami nie własnymi, nie rodziców, ale tej najbliższej, ukochanej powiernicy... Teraz, gdy czasami spoglądała na fotografię zajmującą honorowe miejsce w pokoju matki, wzruszała tylko ramionami.- Ot, po prostu ładna szatynka o dużych oczach, w beznadziejnie kwiecistej sukience. - A swoją drogą, to smutne- rozważała w chwilach refleksji - że wspomnienia i ból innych tak niewiele dla nas znaczą. Stara fotografia, zasuszony kwiat między stronicami książki...- I wtedy robiło się jej jakoś przykro. Dziś jednak, za wszelką cenę chciała uniknąć rodzinnych zaduszek. Wystarczy, że za oknami łzawo i beznadziejnie... Mrugnęła porozumiewawczo do Synka, licząc, że ten po chwilowym wstrząsie zdążył już odzyskać zmysły na tyle, by zarzucić na babcię uprzednio przygotowaną przynętę. - Och, babciu, dziękuję bardzo!- Cmoknął nadstawiony policzek- I jeszcze raz dziękuję za gwiazdkowy prezent. Ten aparat jest naprawdę super! Ze trzysta zdjęć już natrzaskałem. Popatrz, jaka doskonała jakość!- Naturalnym gestem podsunął babci plik przygotowanych zdjęć. Pani Ewelina pochyliła głowę z zainteresowaniem, by po krótkiej chwili odsunąć się ze wstrętem. - Co, nie podobają się babci?- W głosie dziecka pobrzmiewało rozgoryczenie- A ja tak się starałem dobrze złapać i kąt i światło...O, tutaj kościół, a tu dom...- ten chyba najlepiej mi wyszedł. Efektowny wachlarz kolorowych fotografii błyszczał i wabił do tego stopnia, że pani Ewelina uległa pokusie, zapominając o niedawnej odrazie. Trudno powiedzieć, co zwyciężyło- słabość do wnuka czy ciekawość- w każdym razie już po chwili tkwiła nad stołem bez reszty pochłonięta studiowaniem zdjęć. - Mój Boże, las podszedł pod sam dom...- Kręciła głową ze zdziwieniem- No, no, ale trzeba przyznać, że trzyma się całkiem nieźle... A tutaj? Czekaj, czekaj- to chyba plebania. Ależ stareńka! A przecież tata mówił, że stawiali ją równo z nowym skrzydłem naszego domu. Zaraz, zaraz...ile to będzie lat?... Liczyła lata, zdumiewała się, kiwała głową znajomym miejscom, innych nie poznawała zupełnie. - To jeszcze nic, babciu, lasy tam są takie, że jesienią na grzyby z kosą się chodzi! I rzeka też fajna. Ja już się nie mogę doczekać wakacji, bo latem tam pół Łodzi zjeżdża! Podobno ekstra dyskoteki jeden didżej robi- takie w stylu folk! W ogóle Przylesie, to fajna sprawa. I chyba dobrze się stało, że ten Mielnicki podarował to wszystko mamie i cioci? - Jasne, darował, co nie jego- syknęła- Jak się najpierw ukradnie, to potem łatwo rozdawać- z cudzej kieszeni! - Oj, mamo, chyba jesteś niesprawiedliwa.- pospiesznie wtrąciła Marysia, bo rozmowa zaczęła zbaczać w niebezpieczne rejony.- W końcu on należał do rodziny i w tym akurat przypadku zachował się bardzo przyzwoicie... - Phi, wielka mi rodzina- piąta woda po kisielu! W dodatku renegat i zaprzaniec. Jak go ojciec pogonił z domu, to po sprawiedliwość zmykał aż do swych czerwonych braci. Bolszewik zapowietrzony! Pięknie nam potem podziękował za dach nad głową i opiekę. Na sowieckich bagnetach przywlókł tę swoją sprawiedliwość i komunistyczny raj! Karol, który od dłuższej chwili kręcił się niespokojnie w fotelu, parsknął z irytacją: - No, chociaż tym razem mogłaby mama zachować umiar! Choćby ze względu na młode pokolenie, któremu dość już w głowach namącili. O co chodzi?- że w Ludowym Wojsku służył? A miał wybór? Przecież ci ludzie z gułagów i zsyłek szli gotowi umrzeć po drodze, byleby tylko wyrwać się z tego piekła! I jak teraz czytam w podręcznikach szkolnych o polskojęzycznych formacjach w Armii Czerwonej, to mi się po prostu flaki wywracają. W podręcznikach szkolnych!- Zamarł z ręką uniesioną w geście pełnym zgrozy, bo w tym względzie jego duma naukowa szczególnie cierpiała. Pani Ewelina wysłuchała tyrady zięcia z niesłychanym spokojem, by na koniec odezwać się słodko: - Polskie wojsko, powiadasz? Piekło gułagów i zsyłek?- Otóż, pragnę cię poinformować, że tego akurat człowieka miałam okazję spotkać w 45 roku i zapewniam cię, że śladów cierpień nie nosił żadnych, a w mundurze prezentował się wręcz wyśmienicie. Tylko z całą pewnością nie był to polski mundur! Karol wpatrywał się w teściową w głębokim skupieniu, a po chwili w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia. - Zaraz, zaraz... chce mama powiedzieć, że to był ten Mielnicki? Posępnie skinęła głową. - Fiuuu- gwizdnął z głębokim uznaniem.
* Człowiek w szarym garniturze należał do gatunku tych, którzy w każdej sytuacji czują się swobodnie. Wiele trzeba było, doprawdy, by zasiać w nim ziarno niepokoju czy zwątpienia. Również teraz, rozparty na krześle, spoglądał przez szerokość biurka bez emocji, z lekkim rozbawieniem. - No, no- wyrósł nam kolega...- myślał drwiąco, oceniając doniosłą wagę masywnego dębowego sprzętu.- Następnym razem będzie chyba mahoń w ministerstwie... A ta mina! Chyba szykują się kłopoty... Tamten od dłuższej chwili tkwił w wystudiowanej pozie całkowitej bezradności. - Sam, więc rozumiesz, że nie mogę...- powtórzył po raz kolejny. - Przestańmy się czarować- na twoim stanowisku możesz prawie wszystko! - Nie w tej sytuacji. Zwaliły mi się na głowę dwie afery korupcyjne i mafia na dokładkę. Ludzi mi brakuje na codzień do rutynowej roboty, a ty żądasz ode mnie takich rzeczy! Przecież ta twoja akcja wymagałaby jeszcze przynajmniej trzech operacyjnych i tony sprzętu- w dodatku na obcym terenie. Nie wiesz, jak to wytłumaczę? Zrozumże, człowieku, że ja też mam swoich szefów! - Zawsze możesz podciągnąć pod Mos-Trans-Oil. Dałem wam ich na tacy. I przyznasz... - Tam już mamy swoich. Człowiek w szarym garniturze z uznaniem pokręcił głową. Czego, jak czego, ale operatywności nie mógł odmówić swemu niedawnemu koledze. - Zresztą pal sześć ludzi i sprzęt! Po starej przyjaźni mogę to załatwić, tylko daj mi, na litość boską, jakąś podkładkę- polecenie z centrali, pełnomocnictwo, akta chociaż- jakikolwiek papier! Prychnął urażony bardziej tą „starą przyjaźnią”, niż oczywistymi unikami swego rozmówcy. Ta jawna niechęć pozostawiała mu naprawdę niewielkie pole manewru. - Doskonale wiesz, że nie mogę. To jest śledztwo.. - Prywatne?- podchwycił tamten z porozumiewawczym uśmiechem. - Nie do końca. Zbyt wiele osób publicznych w tym siedzi, by mogło być prywatne. A swoją drogą, ciekawe, że nie miałeś tych formalnych oporów, kiedy wpuszczałeś go do swojego archiwum...- zaryzykował, licząc nie tyle na wymierny efekt, co na przyduszenie tej bezczelnej arogancji. Niestety, nie docenił przeciwnika. Tamten tylko wygodniej rozsiadł się w fotelu i rzucił z widocznym rozbawieniem: - Nie ten adres, kolego! 20 lat temu byłem tylko szarym archiwistą z najniższą grupą zaszeregowania. Kim, natomiast, on był- nie muszę ci chyba przypominać! W dodatku wszystkie pełnomocnictwa miał w najlepszym porządku. I jeśli o mnie chodzi, to ręczę głową, że niczego nie wyniósł. Procedury, jak wiesz, wtedy również obowiązywały. „Tylko te twoje procedury jakoś nie zapobiegły wyparowaniu setek akt. Nie ma! Tona papieru się zdematerializowała! Cóż, kolega był pewnie akurat na chorobowym...- pomyślał zdegustowany, ale głośno rzucił niedbałym tonem: - Jasne! Domyślam się też, że parę lat temu wszczęte było jak najbardziej oficjalne śledztwo. I to na cholernie dużą skalę, sądząc po ilości elektroniki, jaką naszpikowaliście jego dom. Tym razem się udało! Fotel zaskrzypiał- siedzący na nim mężczyzna drgnął, gwałtownie podniósł głowę i niespokojnym spojrzeniem omiótł twarz rozmówcy. - Nie wiem, o czym mówisz- rzucił prawie natychmiast, ale i tak o jedną chwilę za późno i jedno spojrzenie za długo. Tamten tylko roześmiał się - Nie zdążyliście, co? Ale nie martw się – wyczyściliśmy po was.- Niespiesznie podniósł się z miejsca- Cóż, nie możesz mi pomóc- trudno. I tak już wiele zrobiłeś. Opuszczał gabinet w wyśmienitym nastroju. „Nie ma jak zacieśnianie nieformalnych przyjacielskich więzi”- myślał rozbawiony, przemierzając korytarz urzędu. Tę bezowocną współpracę i tak miał zamiar przerwać. Irytowała go jałowość działań, a przede wszystkim nieudolność tamtych. Zresztą, miał na miejscu swój własny kontakt- wprost bezcenny, który mu wystarczy za cały batalion tych nieudaczników. – A sprzęt?- Cóż, w dzisiejszych czasach to naprawdę żaden problem... Wicedyrektor urzędu posępnie patrzył w okno - Cholera, dał się wpuścić w kanał jak pierwszy lepszy nowicjusz! Prychnął zirytowany i podjął nerwowy marsz przez pokój... Chociaż, właściwie...- Czy jest czym się przejmować? Przecież poza domysłami, nic na niego nie mają. A domysły to nie konkrety. Nieco uspokojony powrócił na fotel. – Sprzęt? – Nie, ten jest nie do zidentyfikowania. W dzisiejszych czasach, gdy byle przedszkolak może kupić przez Internet łódź podwodną... Tak, dzisiejsze czasy miały swoje dobre strony.
Rozdział 6
Gdyby nie gorączka przedwyjazdowych zakupów, z pewnością nie zawędrowałaby w te rejony. Jednak promocyjna oferta nowo otwartego sklepu z glazurą była taka kusząca! A nuż będzie miała szczęście i akurat... Wspaniała kamienna posadzka z katalogu Filipa śniła się jej po nocach. Gdyby nie te chropowate nierówności, te szlachetne spękania pokryte patyną wieków, nie przechodziłaby tędy wcale i nie zerknęła przypadkiem w okno mijanej galerii. Spacery po Łodzi na ogół sprawiały jej przyjemność. Szczególnie wtedy, gdy mając dużo czasu, mogła pozwolić sobie na wielogodzinne wędrówki z zadartą głową. Przepyszne secesyjne zdobienia fabrykanckich pałaców, willi i zwykłych kamienic budziły w niej najwyższy podziw. Coś, co niektórzy określają mianem eklektycznego przeładowania, ją przyprawiało o zawrót głowy i przyspieszone bicie serca. Jakaż wspaniała imaginacja musiała stworzyć te cuda, jakie pracowite ręce nadały im materialny kształt! Wyrafinowana, elegancka prostota z pewnością ma swój urok, jednak te kamienne łódzkie elewacje po prostu kipią nieokiełznaną fantazją – w nich jest życie! Tylko Piotrkowskiej jakoś ostatnio nie lubiła. Raził ją ten nowobogacki blichtr – ta pastelowa, wyzywająca odświętność. Zdecydowanie wolała boczne, skromniejsze ulice, do których nie dotarła jeszcze ręka odnowy ze swą fanatyczną manią schludności. Lubiła stare czynszowe kamienice, podwórka wybrukowane kocimi łbami i chropawy, leciwy tynk z ropiejącymi ranami grzyba. Kochała ich smutną, odrapaną szpetotę ze względu na Adasia. Był tu od zawsze. W starej czapce i wojskowym szynelu, niezmiennie rozkładał swój przenośny skarbiec pełen sznurowadeł, agrafek i filcowych wkładek do butów, których pewnie nikt nie kupował. Zawsze w tej samej bramie na rogu Piotrkowskiej, jakby na stałe zrośnięty z tą ulicą – i równie jak ona stary. Potem przyszło nowe. Spękany bruk z Tuwimowskich pieśni zastąpiła elegancka kostka. Kamienice z dnia na dzień piękniały, wdzięcząc się nowymi fasadami i bogactwem kolorowych wystaw. Kurczył się świat Adasia. Wraz z remontem postępującym w kierunku Grand Hotelu, zmieniał kolejne bramy – co dzień, co miesiąc dalej i dalej... O, nie lubił on tych nowych kamienic bezczelnie rozpierających się z nowobogacką pychą! Czasami wbiegał w głąb bramy i z uciechą patrzył na brzydkie podwórka – studnie, wstydliwie ukryte za odnowioną fasadą. Widok kocich łbów, odpadającego tynku, stęchły, piwniczny zaduch starych klatek schodowych – wszystko to napełniało go niesłychaną radością. Brał się wówczas pod boki i zadzierając głowę, wykrzykiwał: „ A, co! Nawet tona tynku i nowej farby nie pomogła, wy stare kokoty!” Znikła dawna Piotrkowska, zniknął i Adaś. A wystrojone kamienice- jak wszystkie sprzedajne dziewki – szybko zapomniały. I nagle, w oknie galerii, ten bezwzględny, wiecznie pędzący czas został powstrzymany.. Z pomocą zwykłych pasteli, na kawałku brystolu, czyjaś ręka utrwaliła moment przemijania. Między eleganckimi, kolorowymi elewacjami smutno sterczała odrapana, brzydka kamienica -jak wyrzut sumienia, sczerniały pieniek zęba wstydliwie skrywany w półuśmiechu. Niezdecydowana Marysia przez chwilę dreptała w miejscu. A, co tam! Wejdzie tylko na chwilę i zapyta o cenę. Przecież to jeszcze do niczego nie zobowiązuje. Przez głowę w ostatniej chwili przemknęła jej myśl o drapieżnych szponach przekupniów, pardon- agentów handlowych, ale już pchnęła drzwi i mężnie wkraczała do środka. Przelotnym spojrzeniem omiotła wnętrze, prychnęła na widok barwnych pejzaży i martwych natur, nie wiedzieć czemu – radosnych, i skierowała się do jedynego żywego obiektu w galerii. - Proszę pani, interesuje mnie ten pastel na wystawie. Obrazy wiszące na ścianach z pewnością nie były autorstwa kobiety wstającej właśnie zza niewielkiego biureczka w stylu art deco. O, nie – na to była zbyt chłodna i kompetentna! Spod jej ręki wychodzić mogły co najwyżej rzeczowe wyceny i roczne bilanse. - Rzeczywiście, uroczy drobiazg – powiedziała, akcentując swój brak entuzjazmu nieznacznym wzruszeniem ramion – Ale mamy tu prace, doprawdy, bardziej interesujące i wartościowe. Ot, choćby...- przerwała, uważnie taksując potencjalną klientkę. Widocznie kalkulacja wypadła dokładnie na poziomie owego”uroczego drobiazgu”, bo bez dalszych komentarzy skierowała się ku witrynie. - Non, non, mademoiselle Caroline, merci... Na dźwięk jakby znajomego skądś głosu Marysia gwałtownie odwróciła się i ze zdumienia wytrzeszczyła oczy. - To pan ?! Pojawił się znikąd, swobodny, roześmiany, rozświetlając pomieszczenie dziwnym, radosnym blaskiem. Jej Anioł! - Quelle beau sourprise! Ja jestem bardzo, bardzo heureuse...- mówił szybko, chwytając ją pod ramię. Oszołomiona zarówno samym spotkaniem, jak i tą niezwykłą kordialnością, zupełnie bezwolnie pozwoliła się prowadzić. - Madame jest nasz envite honeure – rzucił przez ramię tytułem wyjaśnienia i już otwierał jakieś drzwi, popychając Marysię przed sobą. Pokój był niewielki, raczej mroczny- z oknem wychodzącym na obskurne podwórko. Marysia, przytomniejąc nieco, częścią zmysłów zarejestrowała jakieś skrzynie piętrzące się pod sufit, stertę płócien zalegającą w kącie i niewielki stół zawalony papierami. Resztę uwagi poświęciła gospodarzowi. - Tamte to dla...- Przez chwilę szukał właściwego słowa- ... dla klientów- Machnął lekceważąco ręką w kierunku sali wystawowej.- Pour madame, dla pani mam quelque chose delicieux! Jego ożywienie i nonszalancja gdzieś się ulotniły. Niespiesznie sięgnął po stojące pod ścianą płótno i odwrócił je w kierunku Marysi. Czynił to powoli, z namaszczeniem. I stopniowo, mały, ciemny pokoik zaczęło wypełniać słońce. - Ach! – Rozwarła szeroko oczy, wpatrując się z niedowierzaniem w płótno. Boże, wszystko tam było!... Marmurowy portyk kolumnady, rozgrzana do białości kamienna posadzka i schody, którymi przed chwilą wyprowadzono Skazańca... Milknący w oddali odgłos żołnierskich butów i ślad bosej stopy. Nie, nie ślad nawet – raczej miraż, wspomnienie... I ta twarz – szlachetna, zamyślona, z zastygłym wyrazem cierpienia – jakby w przeczuciu strasznej nieśmiertelności.... Nie widziała tego, ale czuła, czuła każdym nerwem swojego ciała – rozpalone słońcem niebo, odurzającą woń róż i burzę, nadciągającą nad znienawidzone miasto.... - W białym płaszczu, z podbiciem w kolorze krwawnika...- wyszeptała całkiem bezwiednie -... Piąty Procurator Judei. – dokończył głośno, wpatrując się w nią z wyraźną uciechą, widać zadowolony z piorunującego efektu. Przesunęła językiem po spieczonych ustach, powracając do rzeczywistości – długo i z oporami. Usłużnie podsunął jej krzesło i podał butelkę wody mineralnej. - Ale ja nie mam tyle pieniędzy...- powiedziała żałośnie i na samą myśl o tym jej serce boleśnie się skurczyło. Roześmiał się po swojemu, przekrzywiając głowę. - Weksel można... Serce tymczasem znalazło się w okolicach gardła. „Weksel? Boże, tylko nie to! Przecież Karol... Karol dostanie szału!” A on już siedział przy biurku, szybko pisząc na kartce. - Nom? Prenom? - Zaraz, zaraz, mam dowód osobisty... gdzieś tu...- Drżącymi rękami zaczęła opróżniać torbę. - Nie, nie.- Machnął niecierpliwie dłonią – Nie trzeba! Podała mu personalia. Kiedy zdążył wszystko wypisać, zapakować i wyprowadzić ją z galerii- tego nie pamiętała. Stała teraz pośrodku chodnika, przenosząc zdumione spojrzenie od starannie owiniętego płótna, do kartki trzymanej w ręce....Ta cena- zupełnie niewspółmierna do wartości obrazu. Trzysta złotych? Przyszło jej do głowy, że farby i sam materiał musiały kosztować więcej. No, tak, ale przecież nawet tyle nie miała! Wszystkie pieniądze, każdy zaoszczędzony grosz pochłaniała „Stokrotka”. J jeszcze weksel! Przeszedł ją dreszcz grozy – Karol padnie trupem. Nie, najpierw ją zabije!...A, co tam! Najwyżej nie powie i jakoś sobie poradzi. W ciągu miesiąca, no, najwyżej dwóch – kosztem wyrzeczeń... Westchnęła z żalu za wspaniałą, stylową posadzką do sieni, której perspektywa oddalała się w bliżej nieokreśloną przyszłość.
*
- No, jeżeli te wasze opowiastki są tyle warte co rodzinne klejnoty, to gratuluję!- Błyszczący krążek z brzękiem potoczył się po kuchennym blacie- Tombak, ordynarny tombak!- Prychnął. - A ty skąd o tym wiesz?!- Jej zaskoczenie było tak pełne, że zamarła z nożem uniesionym nad stołem- Nosiłeś do wyceny? Najwyraźniej stropiony Synek uciekł w bok spojrzeniem, coś tam pod nosem pomamrotał i podjął strategiczny odwrót. - Zaraz, chwileczkę...- Powstrzymała jego rejteradę w drzwiach kuchni- Możesz mi to wytłumaczyć? - A co tu tłumaczyć...- bąknął, śledząc z niepokojem rękę matki uzbrojoną w niebezpieczne narzędzie- Wiesz przecież, że mi komputer siada! A kumpel ma akurat na zbyciu nowiusieńki twardy dysk. I chce za niego tylko dwie i pół stówy! Pomyślałem sobie, że jak zaniosę do lombardu... No, co tak patrzysz? – Przecież za dwa tygodnie bym odebrał... - Wyjdź. – powiedziała cicho, odwracając się plecami. Ostatnie lata upłynęły jej pod znakiem immanentnego zdziwienia- można powiedzieć, że w pewnym sensie nawet przywykła. Tym razem jednak było to coś znacznie więcej. Opadła na krzesło w stanie kompletnego zamroczenia. - Więc to tak...Więc wszystko na darmo?- szeptała, tępo wpatrując się w ścianę. Jakby nie było tych osiemnastu lat pracy, wyrzeczeń, lęku i nadziei- wszystko przekreślone w jednej chwili...- I cóż oni sobie myślą? Czy w ogóle mają coś w głowach?- Zerwała się z miejsca i ruszyła ku drzwiom, zaciskając pięści w poczuciu narastającej wściekłości- Nic, tylko dyskoteki, komputery i dziewczyny! - Dziewczyny?...-Zamarła i czym prędzej odsunęła tę niepokojącą myśl na później- Przecież ja w tym wieku... - Szalałaś na dyskotekach i balowałaś do upadłego na prywatkach- odezwał się w jej głowie jakiś złośliwy głos- ...że nie wspomnę o chłopakach... - No, i co!- warknęła- Ale też i po nocach czytałam Dostojewskiego albo Kafkę! - Doskonała lektura do poduszki...- zachichotał głos. - Ale lektura!- Zdenerwowała się- A oni słowo drukowane znają z sms-ów i e-maili! A potem jeden z drugim twierdzi, że „Zbrodnia i kara” to kryminał Agaty Christie i dziwi się, że Kraszewski to nie Krasiński, a... - A Juliusz Słowacki poetą wielkim był...- przerwał zgryźliwie. - Bo był!- wrzasnęła z furią i opuściła kuchnię, trzaskając drzwiami na dokładkę. - Masz!- Rzuciła na biurko pieniądze- I spróbuj zapisać w tej swojej zerojedynkowej pamięci ludzki ból, strach i cierpienie! Szybkim spojrzeniem objął banknoty, ale ręki nie wyciągnął. - Oj, mamo, nie gniewaj się... Przepraszam. Ja... ja, tak prawdę mówiąc, nie pomyślałem. No, odmóżdżyło mnie... Posępnie skinęła głową na znak całkowitej akceptacji w tym względzie. - Proszę, obiecaj, że nie powiesz babci- ona by mi chyba nie wybaczyła! Z tym też musiała się zgodzić. - Ale, czy babcia wie? O tym tombaku... - Wszyscy wiedzą- mruknęła. - Jak to?- Zdziwił się- Wszyscy wiedzą, że to jakaś tandetna podróba, i mimo to udają? I spróbuj tu człowieku wytłumaczyć niewytłumaczalne! Westchnęła ciężko. - Bo to nie ma znaczenia... Najważniejsze jest niewidzialne dla oczu, mój Mały Książę- rozumiesz?- Nadal nic nie rozumiał, więc podjęła dalej- Wartość niektórych przedmiotów podlega innym kryteriom. Ten sygnet , dla przykładu, uratował życie twojemu pradziadkowi. W 1946r. wrócił z oflagu w bardzo kiepskiej formie i niewiele trzeba było, by wdała się choroba. Gruźlica była wtedy praktycznie nieuleczalna, bo jedyny lek na nią- cudowna penicylina, pozostawała poza zasięgiem ludzkich możliwości. Oczywiście mówię tu o zwykłych ludziach, bo czarny rynek wówczas kwitł i wystarczyło mieć pieniądze, by kupić wszystko, czego dusza zapragnie. Problem w tym, że właśnie pieniędzy nie było! Twoja prababcia Helena sprzedała wszystko, co tam jeszcze z dawnych lat zostało- resztki biżuterii, jakieś srebro, ostatnie futro- a i tak zabrakło. - I co, i co?- dopytywał się , jakby lekko poruszony. - Nie miała innego wyjścia, więc w tajemnicy przed mężem zniosła sygnet do złotnika. Ten zrobił duplikat z tombaku, a oryginał wziął w komis. Później próbowała go wykupić, ale niestety, znalazł się już nabywca i rodzinna pamiątka przepadła. Pewnie w postaci kolczyków, albo kilku pierścionków nadal kogoś ozdabia. To było całkiem sporo kruszcu. - No, ale co z dziadkiem? Przeżył? - Jasne! Przecież umarł dopiero w 1966 roku. - To ty go znałaś? Tego dziadka Felka, co się spolszczył, służył u marszałka Piłsudskiego i bolszewika gromił?- dopytywał się z autentycznym zdumieniem. Widać dotyk tak zamierzchłej przeszłości obudzić w nim musiał dreszcz emocji, bliski każdemu odkrywcy na widok świeżego wykopaliska.. - Czy znałam? -Przecież ja u dziadków spędziłam dzieciństwo i na dobrą sprawę, to oni mnie wychowywali. Przy nich stawiałam pierwsze kroki, uczyłam się mówić i przeczytałam pierwsze w życiu słowo. - Dziadzia, czy baba? - Wdak.- roześmiała się na widok jego niepewnej miny- Coś podobnego! Czyżbyś nie wiedział? - Walet, Dama, As, Król- wdak! - Chcesz powiedzieć, że kiedyś grywałaś w karty? Bez przymusu? - Ba, podejrzewam nawet, że już w kołysce zamiast grzechotki wciskali mi do rąk te obrazki. Masz pojęcie?- Dwoje starych, nudzących się emerytów i dziecko, którym trzeba było się zająć, czymś zainteresować. Cóż, edukację pojmowali w dość specyficzny sposób. Babcia raczyła mnie na dobranoc „Konradem Wallenrodem”, dumkami ukraińskimi i innymi „Świteziankami”, a dziadek- wiadomo... Nie potrzebowała nawet zamykać oczu, by przywołać tamte- na zawsze utrwalone w pamięci obrazy. ... Kuchenny stół obity ceratą w żółte różyczki, które już same w sobie stanowiły przedmiot nieustannej kontemplacji i podziwu. Na stole talerz z herbatnikami i sterta kart ciągle tasowanych i przemieszczanych ruchliwą ręką. - No, będą z ciebie ludzie, Marysiu!- Śmiech i spojrzenie, w którym było tyle światła i radości. Czasem oczy ciemniały. Nie znała wówczas pojęcia smutku czy melancholii, więc myślała, że to na nią się gniewa- z powodu porannej kaszy, przy której jak zwykle grymasiła... W ogóle z tamtych czasów pamiętała nadspodziewanie dużo. To musiała być magia- magia w najczystszej postaci! Tylko jej moc sprawia, że można być równocześnie piękną Królową Kier, wielbiącym ją Waletem i Pikowym Królem- wściekłym zazdrośnikiem. Magia i jej tajemne miejsca- jak choćby dziki sad, gdzie upalne powietrze nabrzmiewało wonią miodu i papierówek, gdzie pod starą jabłonką Konrad zawierzał jej najskrytsze sekrety swej duszy; „Jest pewien sposób, Aldono...”. Był jeszcze rozłożysty kasztan, co jak baldachim chronił przed skwarem i niepogodą i studnia w rogu podwórka, na dnie której usypiały gwiazdy. - Nie tylko gwiazdy, zresztą... Ileż trzeba było sprytu i przemyślności, by podkraść się niepostrzeżenie, bezszelestnie otworzyć skrzypiące drzwiczki i zajrzeć w czeluść, nie budząc przy tym Wodnika! Wodnik miał facjatę z piekła rodem i brunatno- zielone oślizłe cielsko skrępowane na szczęście łańcuchem, którym podzwaniał, jak potępieniec. I na koniec strych- skarbiec, przybytek 40 butów bez pary i pajęczyn tak ogromnych, że strach było nawet myśleć o rozmiarach ich kosmatych właścicieli. 17 schodów, których samo skrzypienie wywoływało rozkoszny dreszcz grozy, i już wokół człowieka rozlewał się ten jedyny na świecie, niepowtarzalny zapach pleśni, naftaliny, wyschniętego drewna i zleżałych gazet. Złoty kurz jak brokat przykrywał wszystko, igrając w ukośnych promieniach słońca wpadającego przez wąskie okienko… Wieczór zalewał strych krwawą poświatą, dając znak, że najwyższy czas się wynosić. Buty niecierpliwie przytupywały w miejscu, stary kufer zżymał się i skrzypiał, a guziki grzechotały z furią w metalowej szufladzie zdezelowanej maszyny Singera. Z sufitu powoli spływał zmrok, cienie olbrzymiały, a w najczarniejszym kącie z głuchym jękiem i zgrzytem powstawał główny lokator tego miejsca- duch ojca Hamleta... Magia, najczystsza magia... - I to wszystko, tam- w Przylesiu? - W jakim znowu Przylesiu?!- Dociekliwość Synka była jak kubeł zimnej wody.- Przecież ja tego miejsca na oczy nie widziałam! Przepadło w 39. roku wraz z wejściem Niemców. Spytaj mnie jeszcze, czy pamiętam Kopernika, albo Mieszka I- to zabiję!- Zdenerwowała się nie na żarty- Tyle razy już ci mówiłam, że dwa lata przed wojną cała rodzina przeniosła się do Łodzi. Tylko stary Franz został na posterunku. E...- Machnęła ręką- Myślę, że te starożytności wcale cię nie interesują. - Dlaczego, to bardzo ciekawe... Myślisz, że w takiej „Stokrotce” też upiory po nocach grasują? Albo strzygi na starym cmentarzu...- Rozmarzył się. Po raz pierwszy od dłuższego czasu popatrzyła na niego inaczej- bez zwykłej troski i lęku, a z dziwną mieszaniną rozrzewnienia i współczucia. Jakie ubożuchne było to życie- zamknięte w czterech schludnych ścianach, ograniczone asfaltową jezdnią i betonową płaszczyzną innych schludnych ścian! Brudna piaskownica odwiedzana przez wszystkie okoliczne psy, park z równiutko przystrzyżoną trawą i geometrycznie wytyczonymi ścieżkami, droga do szkoły wzdłuż ruchliwej ulicy... -Też mi magiczne miejsca! Biedne życie z posiekanym przez tysiące kominów, szarym niebem nad głową... Może, więc te głupie gry komputerowe i jeszcze głupsze filmy to tylko substytut, projekcja tęsknoty za nieznanym- mistycznym, tajemniczym?...
Z kronik rodzinnych
Franz, hrabia von Liebnitz, pan na Przylesiu i Rykowiskach- trwał. Gdzieś obok grzmiały fronty, przewalały się burze dziejowe, upadały królestwa, a on trwał niczym opoka dla chwały i świetności wielkiego rodu. Ród, natomiast, cóż- trzeba to powiedzieć- nie do końca spełniał oczekiwania swego patriarchy. Już sama jego liczebność wprawiała w lekkie zakłopotanie. Po przedwczesnej śmierci nieodżałowanej córki, hrabia pozostał ojcem jedynaka- Feliksa, i to bez dalszych perspektyw- niestety! A jedynak ów wraz z nowym nazwiskiem, nabrał osobliwych sarmackich upodobań. Dziedziczne obowiązki traktował z nonszalancją, jak ognia unikając spraw gospodarskich. W trakcie inspekcji rodowych dóbr ziewał, ekonomiczne strategie ojca zbywał grzecznym potakiwaniem, a przy księgach rachunkowych najspokojniej zasypiał!Za to w paru innych dziedzinach wykazywał oszałamiające wprost talenty. Przy karcianym stole gromił przeciwników, w robieniu szablą nie miał sobie równych, a i w zawodach o względy płci przeciwnej pozostawiał konkurencję daleko w tyle. Ta ostatnia umiejętność niosła ze sobą nawet obiecujące perspektywy, jednak dalekosiężne plany ojcowskie pokrzyżował znów kapryśny wyrok historii.- Na pierwszy odgłos wojennej trąbki młody hrabia zaniechał bachicznych uciech, by rzucić się w objęcia boga Marsa. Przybyło mu blizn kilka, parę orderów, a nade wszystko- życiowej mądrości- tak, że po powrocie w 1921r. zaczął przejawiać chwalebną skłonność ku stabilizacji. Ożenił się wkrótce z panną Heleną Sieniawską, której uroda, mądrość i ujmujące obejście kompensowały wszelkie niedostatki majątkowe. Niestety, choć sprawiał się dzielnie w roli małżonka, znów zawiódł pokładane w nim nadzieje! Szczęśliwe narodziny kolejnych wnuczek witał hrabia Franz, co prawda, z olbrzymią radością, lecz czasem myśl przykra pokrywała chmurą jego czoło. Dziewczęta- wiadomo- rzecz miła i piękna, wszak nie to samo, co męski potomek… Brakowało dziedzica! Nowomodne malkontenctwo nie leżało jednak w jego naturze, toteż wszelkie wyroki Opatrzności przyjmował hrabia z godnością, choć nie bez lekkiej irytacji. Wszystkie- z wyjątkiem jednego! -Śmierć ukochanej Marie była próbą zbyt ciężką nawet dla tej mężnej natury. Najboleśniejszy ze wszystkich ciosów może nie złamał go całkowicie, lecz na zawsze zgasił uśmiech i blask oczu, pochylił ku ziemi jego biedne, poradlone czoło. Wraz z odejściem tej najwspanialszej istoty zdawało się, że i dobry duch opuścił spokojną dotychczas i szczęśliwą krainę. Na domem von Liebnitzów poczęły gromadzić się chmury. Następujące po sobie kolejne smutne wypadki w innych okolicznościach spotkałyby się zapewne z gwałtownym sprzeciwem hrabiego, teraz jednak pozostał on całkowicie bierny i nieczuły. Chłodno przyjął decyzję syna o dalszej karierze wojskowej, z obojętnością powitał wieść o przeprowadzce do miasta prawie całej rodziny. I nawet częściowa wyprzedaż majątku zdawała się nie czynić na nim większego wrażenia! Hrabia Franz skamieniał z bólu, zobojętniał dla świata, a trwał jeno siłą wieloletniego nawyku. Czasem tylko ożywiał go dźwięk dziecięcego głosu i widok najstarszej wnuczki, której uroda i rodzinne podobieństwo nieodparcie nasuwały wspomnienia czasów dawno minionych. – O wiośnie w Berlinie, upojnym balu i bukieciku stokrotek wpiętym w stanik pewnej sukni… Pamiętna jesień 1939r.- tak tragiczna dla ogółu- dla hrabiego Franza okazała się wybawieniem. Przeżył bez uszczerbku krwawy frontowy zamęt, przeżył też groźny potop der Kameraden, co na kształt prusaczej plagi rozlał się wokoło- nie przeżył pijanego Bawarczyka w dworskiej piwnicy. - Bandyci! Wandale!- krzyknął i oddawszy ducha Bogu, czym prędzej podążył tam, gdzie od dawna na niego czekano. Wdzięczny naród uhonorował ostatniego z wielkich panów uroczystym, choć cichym pogrzebem, a jego pamięć czcił przez długie lata w barwnych legendach, wierzeniach i ludowych przypowieściach. Feliks- ostatni potomek wielkiego rodu- podzielił nieszczęsny los całego pokolenia. W uroczystej ciszy chylimy czoła przed świętymi dla polskiej pamięci nazwami: Bzura, Modlin, Warszawa. Bez komentarza, w posępnym milczeniu pozostawiamy głód, cierpienie i jeniecką poniewierkę w oflagu Waldenberg II C… Do kraju powrócił w 1946r. wraz z falą tych biednych tułaczy, którym życie na obczyźnie było nieznośnym. Pozbawiony nazwiska i splendoru, wyzuty z dóbr rodowych i miejskich posiadłości, osiadł Feliks w ubogiej chatce na peryferiach miasta, gdzie żywot pędził skromny i banalny. Kilka zdziczałych jabłonek w sadzie i warzywny ogródek, który nakryć by można chusteczką- ot, i cała majętność potomka przesławnego rodu! I tu, z bólem serca, przychodzi nam oznajmić, że oto doszła kresu nasza opowieść. My, którzy z drobiazgową wnikliwością śledziliśmy rodzinną historię od zarania dziejów, byliśmy świadkami dni jej triumfu i świetności, z żalem odkładamy teraz pióro, by zamilknąć po wsze czasy! Wraz z odejściem Feliksa, który zmarł nie doczekawszy męskiego potomka, sławny i potężny niegdyś ród von Liebnitz przeszedł do historii. Dla porządku odnotujmy jeszcze, że ów smutny fakt miał miejsce pewnego lipcowego dnia a.d. 1966. Kronikarska rzetelność nakazuje nam wspomnieć również, że wydarzeniu temu nie towarzyszyły żadne nadzwyczajne okoliczności- ni grom z jasnego nieba, ni trąba powietrzna, ani inna anomalia meteorologiczna nie nawiedziła okolicy. Źródła ustne podają, jakoby odszedł w środku dnia przecudnego, na ławce pod kasztanem- zanuciwszy uprzednio piosenkę francuskiej szansonistki. „Non, je ne regrette rien…” Koniec części pierwszej
Część II
Rodzina na swoim
Rozdział 1
- Co za spokój i cisza- pomyślała, z rozkoszą wystawiając nogi na promienie słońca prześwitujące przez gałęzie sosnowego zagajnika. Wyciągnięta na leżaku delektowała się urokiem tego czerwcowego dnia. Lekki podmuch wiatru przerzucił strony leżącej na kolanach książki i Marysia pieczołowicie strząsnęła naniesione źdźbła trawy i ziarenka pisku. Z lubością dotykała kartek, ciesząc się myślą o czekających ją jeszcze dwustu stronach duchowej uczty. Dochodzący z czyjegoś radia dźwięk południowego hejnału, skierował jej uwagę w nieco inną stronę. - No, w każdym razie mam jeszcze trochę czasu.. – wyszeptała. Jednak jakaś uporczywa myśl nie pozwalała powrócić do przerwanej lektury. Myśl ta ściśle wiązała się z Hanką i jej rychłym przyjazdem. - Przed nią trwoga i trzęsienie ziemi, za nią- śmierć i zgliszcza.- Skomentował kiedyś Karol wizytę w domu szwagierki. - Jak zwykle przesadzasz- ofuknęła go wtedy, jednak w głębi duszy przyznać musiała, że i ją myśl o siostrze napełniała zawsze lekką obawą. Hanka należała do tych niespokojnych duchów, wobec których ani natura, ani ludzie nie mogą przejść obojętnie. Wiecznie czymś zaaferowana i przejęta, przyprawiała swoje otoczenie o poczucie zamętu i lekki ból głowy. Miała w życiu wiele namiętności, którym oddawała się bez reszty- z właściwą sobie pasją. Najpierw dzieci, ale one, jak to zwykle bywa, dorastały i oddalały stopniowo, zaczynając żyć własnymi sprawami. Zwierzęta- wszelkiego rodzaju kulawe, ślepe i sparszywiałe bezdomne bractwo budziło w niej najtkliwsze uczucia. Ich tragiczny, bezpański los witała potokami łez i wcale pokaźnymi wydatkami. Jakieś pięć lat temu opanowała Hankę namiętność straszliwa i największa ze wszystkich- demon motoryzacji. Jej przedmiotem był 15 letni czerwony fiat 126p czule zwany ”wisienką”. Gdy Hanka siadała za kierownicą budził się w niej pradawny instynkt przodków galopujących z wichrem po niezmierzonym stepie. Biedna „wisienka”, czując widocznie pokładane w niej nadzieje, wyciskała siódme poty ze swoich dwóch cylindrów, stękając przy tym i rzężąc. - Zabijesz kiedyś siebie, mnie i na dodatek dzieci w tym cholernym maluchu- jęczała Marysia przy okazji rzadkich, na szczęście, przejażdżek. Tego rodzaju obelga, doprawdy, nie mogła ujść płazem. Piskowi hamulców i zgrzytowi blachy towarzyszył podniesiony głos Hanki: - Ile razy mam ci tłumaczyć, idiotko, że to nie jest żaden maluch, tylko „bis”!- Wyciągała oniemiałą siostrę z samochodu i otwierając maskę klarowała dobitnie- Maluch nie ma chłodnicy! A tu, widzisz?!- …I oczom Marysi ukazywała się rzeczona chłodnica w całej swej krasie. Późnym wieczorem, gdy gasły światła i strudzona rodzina udawała się na spoczynek, rozwichrzony duch Hanki również znajdował ukojenie. Jego właścicielka włączała magnetowid i z rozkoszą oddawała się namiętnej i cichej tele-pasji. W imponującej kolekcji kaset wideo szczególną pozycję zajmowały takie tytuły, jak:” Noc pełzającej grozy” czy „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. - Ona cały dzień chodzi nieprzytomna i kołowata. Zobaczycie, że kiedyś dostanie kompletnego fioła od tych idiotycznych filmów- zwykł był mawiać jej mąż. No tak, był tam jeszcze mąż…- Marysia z niecierpliwością odsunęła tę przykrą myśl. Jednak szwagier, jak to on, uporczywie powracał- równie nachalny we wspomnieniach, jak codziennym życiu. -Nadęty bałwan i narcyz- Podsumowała pani Ewelina pierwszą wizytę przyszłego zięcia. - No, wiesz! – obruszyła się Marysia- Znowu te twoje rasowe uprzedzenia! - Uprzedzenia, uprzedzenia…- mamrotała- Sama słyszałaś: on miał kłopoty z matematyką i fizyką- przedrzeźniała Zygmunta.- Wybacz, ale o istnieniu akcentu proparoksytonicznego wie każda myśląca istota na poziomie przedszkolnym! Czy każda- tej pewności Marysia mieć nie mogła, jeśli zaś o nią chodzi - została powiadomiona o tym doniosłym fakcie mniej więcej w tym właśnie wieku. Poprawna wymowa tych magicznych słów była dla jej matki bezwzględnym wymogiem człowieczeństwa w takim samym stopniu, jak mycie zębów czy gruntowna znajomość „Trylogii” - Ależ, mamo, kto dziś zwraca uwagę na takie rzeczy? - Jasne, bo wszystko się spsiło i… zdemokratyzowało!- Ostatnie słowo wypluła z należytym obrzydzeniem- A ty widziałaś, jak on długo szykował swoje entre’? Z dziesięć minut wystawał przed lustrem w przedpokoju, przyczesując włoski...- Ja wam mówię, że będzie z tego jakieś nieszczęście!- zawyrokowała ponuro. Nieszczęścia na razie nie było, tylko wielka miłość i huczny ślub. Pani Ewelina, o dziwo, głęboko schowała swoje urazy, traktując zięcia z uprzejmą życzliwością. Jednak długo gromadzona frustracja musiała w końcu znaleźć ujście. Niestety, wprost do ucha Marysi. - Ty wiesz, co ten zniewieściały bęcwał mi wczoraj powiedział?- wykrzykiwała w słuchawkę- „Obydwie mamy córki mają platfusa. Prawidłowo wymodelowana stopa sprawia, że but na niej leży jak rękawiczka”. I wystawia mi, rozumiesz, na środek pokoju te swoje kopyta. Żebym podziwiała jego pięknie ukształtowane stópki, czy co?! Innym znowu razem dyszała głosem przepełnionym jadem: - Dzisiaj dowiedziałam się, że jestem taka oziębła i lakoniczna, bo w jego domu zwracano się do siebie zdrobniale i z czułością...Rozumiesz...Zygmuś mam mu mówić!!! Czara goryczy przepełniła się przy okazji większej rodzinnej imprezy. - Mama poda mi tam jeszcze dzwonko torta!- gromko upomniał się zięć. Pani Ewelina zamarła. A że działo się to w przytomności nie tylko całej rodziny, ale również mecenasostwa Gądków- skamieniała na dobre. I tak już została- zimna i obojętna na wdzięki zięcia. Jednak z daleka, z niespokojną uwagą śledziła życie rodzinne swojej córki. A działo się tam nie najlepiej. Wraz z pojawieniem się dzieci ubywało miłości i gotówki. Za to przybywało koszul, marynarek w szafach, a nawet samych szaf. Uwagi o platfusie zastąpiły bardziej dosadne: „grube uda”, „tłuste pośladki” i „obwisły podbródek”. - Słuchaj, a może on kogoś ma?...- Rozważała Marysia małżeńskie problemy siostry. - Oszalałaś? A która by to na dłuższą metę wytrzymała!- prychnęła Hanka. - No, wiesz, kobiety lubią takie pogaduszki o modzie i kieckach... - O kieckach tak, ale na miłość boską, nie o długości męskich skarpet i kroju kołnierzyka! Z czasem zaczęło też ubywać domowników... Pierwsza nie wytrzymała Zosia i przeniosła się do babci pod pretekstem korepetycji z francuskiego. Za nią powędrował stęskniony Pies. Pewnej niedzieli Marek zasiedział się na obiedzie i już tak został W końcu, któregoś wieczoru w drzwiach stanęła Hanka, dzierżąc pod pachą swoje trzy sukienki. - Mogę powiesić u ciebie? – spytała matkę- bo u mnie nie ma już miejsca... Pani Ewelina taktownie i cicho przeniosła się do swej siostry, zatrzymując dla siebie pełne goryczy: ”A nie mówiłam?” - Mama, mama, obudź się wreszcie! – Natarczywy głos Synka brutalnie przywołał ją do rzeczywistości- Ciocia Hanka przyjechała z Markiem bez oka i znowu mamy czwórkę do brydża! - Co ty wygadujesz?- Przeciągnęła się ziewając, niezupełnie jeszcze przytomna- Przecież Marek jest pod namiotem z kolegami... - Jezus Maria! Jak to bez oka?!- W jednej chwili senne otępienie uleciało bez śladu. Zerwała się i ostrym kłusem puściła w kierunku podjazdu. Akurat w tym momencie z czerwonego malucha wysiadała jej siostra. - Straszny wypadek mieliśmy!- powiedziała, grzebiąc nerwowo w torebce. - Mów..- wydusiła Marysia, czując, że nie tylko struny głosowe, ale i nogi odmawiają jej posłuszeństwa. - Wyobraź sobie, że przed samym Maciejowem- wiesz, na tym skrzyżowaniu- wlazł mi prościutko pod koła głupek jakiś! Oczu nie miał, czy co?!- Hanka, potwornie zdenerwowana wspomnieniem strasznych wydarzeń, dygocząc oparła się o samochód i drżącą ręką zapalała papierosa.- ...Rzuciło mną w poprzek na drugą stronę szosy. Boże, zgrzyt, pisk, Marek krzyczy... ja słyszę, że coś pęka, a ten się w ogóle nie rusza! - Jak to, nie rusza się?! – Histeryczny stan siostry udzielił się Marysi. - No, mówię ci! Chciałam do szpitala, pogotowie...ale on się zupełnie nie ruszał... Boże, miazga, na śmierć! Marysia, choć bez reszty pochłonięta dramatyczną relacją siostry, kątem oka zarejestrowała jakiś ruch w obrębie samochodu. Spojrzała do wnętrza: na przednim siedzeniu- troskliwie opatulony poduszkami i zabezpieczony pasem- siedział telewizor. W głębi, spod sterty toreb, pakunków i wszelkiego śmiecia wyglądały dwie pary nieprawdopodobnie długich odnóży. - Co ty mówisz?- Zdenerwowana Marysia nie do końca łowiła sens chaotycznych wynurzeń siostry- Przecież widzę, że się rusza! - Mówię ci, że był trup! Matko Boska, przejechałam go na śmierć! - Kogo?! - No, przecież tego kota. Cały czas ci to tłumaczę, idiotko jedna! - Toś ty kota chciała wieźć do szpitala?- Zdumiała się Marysia- A co z dzieckiem? Właśnie zza ogromnej siaty wychynęła górna część Marka. Połowa jego głowy spowita była w bandaż, spod którego łypało tylko jedno oko. - Z jakim dzieckiem?- Tym razem Hanka zdziwiła się niepomiernie. - No, z Markiem przecież- Marysia czuła, że jest na skraju wyczerpania nerwowego- Co z jego głową? - W porządku, a co ma być?...A, to...- Zrozumiała, idąc za wzrokiem siostry- Nic, to tylko jęczmień. - Oszalałaś? Jęczmień mu wyrósł na głowie? - Oj, mama!- wykrzyknęło dziecko tonem pełnym pretensji. Właśnie jakimś cudem udało mu się wykaraskać spod sterty rupieci i w całej okazałości swoich 190 centymetrów stanął wreszcie na nogach.- Przecież umawialiśmy się, że to jest uraz! - To ja już nic nie rozumiem...- Marysia usiadła pod drzewem, tępo wpatrując się w siostrę i jej przychówek. - A co tu rozumieć?- Po prostu jęczmień mu się zrobił na oku i powiedział, że w takim stanie kumplom się nie pokaże. - Jęczmień, jęczmień...- mamrotało dziecko- To jest poważny uraz- interwencji chirurgicznej wymaga! Widziała ciocia coś takiego?- Uchylił kawałek bandaża, ukazując oczom zdumionej ciotki przedmiot swojego upokorzenia i cierpień. - O, psia kość. Dorodny okaz!- powiedziała z uznaniem na widok imponującej czerwono- żółtej opuchlizny, którą miał w miejscu oka. – Nie mogłeś jednak jakichś okularów założyć, zamiast cały łeb bandażować? Marek wzruszył tylko ramionami na ten przejaw ciotczynej tępoty i zajął się ściąganiem roweru z górnego bagażnika. - Jedziemy? – Ucieszył się Synek, który dotychczas stał z boku, z dużym zainteresowaniem obserwując rodzinną scenę. - Ani mi się ważcie!- Hanka już widać ochłonęła po przebytym szoku, bo z dużą energią poczęła wydawać dyspozycje- Rower potem. Teraz telewizor... No, jak go trzymasz, ofermo!... Ty, Synek też nie stój jak żona Lota, tylko bierz magnetowid. Tylko ostrożnie!!!- Aha! Podłączcie od razu i sprawdźcie, bo może...- Tknięta straszliwą myślą aż zamarła ze zgrozy-...może się uszkodził!... Marysia po cichu wycofała się na swój leżak. Z daleka dobiegał ją odgłos krzątaniny i energicznych pokrzykiwań siostry. - No, to wszystko w porządku- Ucieszyła się w duchu- Ale, ale- ciekawe, gdzie też podziali Zosię?... Zosia, starsza latorośl Hanki, jak wszyscy w rodzinie przechodziła trudny wiek. Ukończywszy 19 lat i szkołę średnią, wciąż jeszcze nie mogła się zdecydować, czy dalej nienawidzi podłego świata i własnej obmierzłej rodziny, czy gardzić już nimi przestała. Była śliczną blondynką o naturalnie wijących się włosach i apetycznie zaokrąglonych kształtach. Jednak na jej buzi, która patrzącym przywodziła na myśl młodą brzoskwinię, nieustannie gościł wyraz troski i zniechęcenia. Jej chroniczne przygnębienie wynikało nie tyle z wieku i ułomności świata, co z własnego wyglądu. Zosia, otóż, ze wszystkich sił pragnęła być egzystencjalnym wampem. Tą demoniczną femme fatale , o duszy mrocznej i twarzy napiętnowanej przez zmysłowe cierpienie. Właśnie nadchodziła od strony szosy- blada i spowita w czerń. Nie tyle nadchodziła, co człapała, uginając się pod ciężarem ogromnej- czarnej, rzecz jasna, torby. Jej drobne nóżki chwiały się niebezpiecznie na potwornie wielkich koturnach. - Dzień dobry, ciociu- wysapała, wiodąc wokół ponurym spojrzeniem, jakby ten dobry dzień miał być ostatnim w jej życiu. - Mama z Markiem musieli nabrać tyle klamotów, że dla mnie oczywiście miejsca nie starczyło- żaliła się smutno, ocierając pot z czoła (o, dziwo!) białą chusteczką.- Nie wyobraża sobie ciocia, jaki tłok w autobusie! - Oj, Zosiu! Chyba podarłaś sobie to...- Marysia przez chwilę szukała właściwego określenia- ...to giezłeczko. - I ciocia też taka sama!- wykrzyknął demon, szeroko otwierając błękitne oczy- Wszyscy jesteście jednakowi!- Odwróciła się na pięcie i znikła za drzwiami domu. - No, to masz przechlapane do końca...- westchnęła Hanka, siadając obok.- Muszę cię oświecić, że twoje „giezłeczko” to artystyczna wizja prosto od Versace. Jeździła po tę szatę specjalnie do Warszawy. - Słuchaj, to musiało kosztować...- Marysia zamilkła, nie znajdując w swoim zasobie pojęć odpowiedniej cyfry. - Na moje oko, to roczny przegląd samochodu i trzy opony- stwierdziła z ponurą rezygnacją siostra. - A, co!- ciągnęła dalej nienawistnym tonem- Ma tatuś gest i sprawił córeczce prezent za świadectwo maturalne! Tylko, psia krew, alimentów nie mogę się doprosić! - Wiesz, myślę, że to było wielkie bohaterstwo z jego strony- stwierdziła Marysia po dłuższej chwili, wypełnionej przeliczaniem zasłyszanych faktów na złotówki- Wyobrażasz sobie, jak on musiał cierpieć wywalając na dziecko tyle forsy? - Nie bój się, na pewno sobie nie krzywdował- paseczek czy jakiś inny gustowny drobiazg z pewnością poprawił mu humor! - Ty, co on taki bogaty? Spadek jakiś dostał, czy co? - Akurat! Odprawę mu z wojska dali- Od trzech miesięcy siedzi przecież na emeryturze i do reszty głupieje z tego nieróbstwa! Marysia milczała chwilę, przetrawiając tę zupełnie dla siebie nową informację- Wiesz, nie rozumiem- podjęła po namyśle- Jak on mógł zrezygnować z takiej dobrej pracy? I to w dzisiejszych czasach! - Nie rozumiesz?- Zdenerwowała się siostra- Od 20 lat wszyscy go tam gnębili, poniżali i szykanowali. Na dziewięciu stanowiskach pracował i wszędzie to samo chamstwo i brak zrozumienia! ...A wiesz, co ja tak naprawdę podejrzewam? – Zaperzyła się jeszcze bardziej- Myślę, że mu, cholera, ten nowy krój munduru nie odpowiadał! Wypluwszy cały jad i gniew nagromadzony w duszy, Hanka uspokoiła się. Wygodnie rozparła się w leżaku, postanawiając od tej chwili trwać w rozkosznym wakacyjnym nieróbstwie. Widok dzieci pracowicie wnoszących do domu kolejne pakunki, wywołał w niej jednak niepokój. - Coś mi się nie zgadza...- mruknęła kręcąc się niespokojnie- Liczę, liczę i ciągle mi się rachunek nie zgadza. Ty i Synek- to dwa. Zosia, Marek i ja- to razem pięć... Kurczę, miało być sześć! Jeszcze był Karol, ale on...- nie dokończyła Marysia. - Nie, on się nie liczy.- Hanka niecierpliwie machnęła ręką. - No wiesz!- żachnęła się jej siostra - Nie w tym rzecz. Boże, wiem przecież, że tak w ogóle to się liczy. Bilans mi się nie chce zgodzić! Karol dzwonił wczoraj i mówił, że już jest w domu, ale ja bez niego liczyłam i wychodziło mi, że sześć. Sześć osób nas miało być, a jest tylko...Czekaj, jeszcze raz: my dwie, trójka dzieci- to razem pięć! Boże święty!- Zerwała się na równe nogi- Pies!!! Marek, Zosia, gdzie jest Pies?! - Pewnie gdzieś tu łazi- Marek wzruszył ramionami, zrzucając do sieni ostatnie klamoty. Jego matka, bynajmniej nie uspokojona, gorączkowo zbierała myśli- ...Nie, jego tu chyba w ogóle nie było... Czy ktoś z was widział Psa?- A gdy odpowiedziało jej głuche milczenie, przerażona złapała się za głowę- Matko święta, myśmy go chyba zostawili na drodze. Tam, koło tego nieszczęsnego kota! *
Było już dobrze po południu, gdy strudzony dotarł ponownie do szosy. Niespokojnie rozejrzał się wokół, przestępując z nogi na nogę. W końcu zrezygnowany usiadł na poboczu. - Cholera, chyba się zgubiłem- pomyślał Pies. Rozpędzone auto minęło go z ostrym dźwiękiem klaksonu. Przerażony uskoczył w bok, czując jak serce gwałtownie podchodzi mu do gardła. Nie, stanowczo nie lubił tych ryczących metalowych pudeł! Nieodmiennie kojarzyły mu się z ostrym bólem w tylniej łapie, który nawet teraz- po latach, odzywał się czasami. Uspokoiwszy się nieco, zebrał całą swoją odwagę i ostrożnie wychylił głowę zza kępy krzaków- czujny i spięty, w każdej chwili gotowy do natychmiastowego odwrotu. Jego czarny, wilgotny nos niecierpliwie drgał w poszukiwaniu znajomego zapachu. – Nic, tylko ten, tfu!, drażniący smród rozgrzanego asfaltu i wyziewów z rur wydechowych! Kolejny strumień samochodów minął go ze swoim zwykłym hałasem. Sfrustrowany opuścił pobocze i skierował w stronę lasu- byle dalej od zgiełku i nienawistnych woni. Pierwszych kilkanaście metrów przebiegł raźnym truchtem, z ulgą przyjmując narastającą ciszę i przyjemny chłód. Jednak już po chwili niezawodny psi instynkt ostrzegł go, gwałtownie osadzając w miejscu. Trwożnie popatrzył na piętrzącą się przed nim plątaninę nieznanych kształtów i barw. Obco było i strasznie jakoś. Poczuł na grzbiecie lekkie mrowienie. Wrogi półmrok wpatrywał się w niego tysiącami złych, nienawistnych oczu. Stropiony odwrócił głowę, z nadzieją nasłuchując upragnionych, przyjaznych głosów. Nic, nawet śladu znanego dźwięku czy zapachu – tylko w oddali łoskot pędzących aut. Taktyczny odwrót był raczej niemożliwy. Przełknął ślinę, która w niezrozumiałej obfitości zalewała mu gardło i z westchnieniem rezygnacji zapuścił się w gęstwinę… Nienawykły do chodzenia po lesie, stawiał łapy ostrożnie, zamierając przy każdym chrzęście i trzasku niepewnego podłoża. Był mieszczuchem, to prawda, ale mieszczuchem dzielnym i zaradnym Inaczej nie przetrwałby w wielkomiejskiej dżungli, gdzie własne miejsce na śmietniku okupywane było krwią, a byle ochłap jedzenia oznaczał walkę na śmierć i życie. Tak prawdę mówiąc, mimo wielorakich talentów, i tak by nie przetrwał tamtej strasznej zimy, gdyby nie ludzka ręka. Ręka wroga, dotychczas uzbrojona w kij lub kamień, tym razem podsunęła mu miskę z jedzeniem. Później opatrzyła rany, pielęgnowała złamaną nogę i troskliwie wyłuskała wszystkie kleszcze. Z rozmyślań wyrwał go jakiś nagły, niepokojący dźwięk. Coś syknęło, zachichotało i wielka świerkowa szyszka boleśnie ugodziła go w kark. Zaskowyczał żałośnie, lecz tę mimowolną skargę zagłuszył ostry, złowróżbny krzyk. Jakieś wielkie ptaszysko zerwało się do lotu z mrocznym, budzącym grozę łopotem skrzydeł. Ptaszysko albo coś gorszego!. Tego już było za wiele- nawet jak na mężne psie serce! Zdrowy instynkt samozachowawczy pognał go z powrotem, na złamanie karku- byle dalej od tego miejsca i jego złych mocy. Jakim cudem przebył ruchliwą szosę, tego nigdy sobie nie uświadomił, bo ochłonął dopiero kilkaset metrów dalej, z przyjemnością konstatując zmianę otoczenia i podłoża. Łąka pachniała zajmująco i przyjaźnie. Wilgotna trawa mile chłodziła ciało zgrzane po wyczerpującym biegu, a swojskie bzyczenie owadów było jak upojna muzyka dla skołatanych psich nerwów. Nawet zwykłą natarczywość much powitał z leniwym rozrzewnieniem. Po budzących grozę przeżyciach dłuższą chwilę oddawał się słodkiemu relaksowi i kontemplacji otoczenia. Wyglądało nie najgorzej! Duchowy błogostan sprawił, że nawet pobliski las, a raczej brzozowy zagajnik, zdawał się zapraszać do odpoczynku w przyjaznym cieniu. Pies po raz pierwszy zdał sobie sprawę z dodatnich aspektów swojego położenia. Po pierwsze- nieskrępowana niczym swoboda. Od dawna już nie doznawał tego niepokojącego , a zarazem odurzającego poczucia wolności. Mógł pędzić dokąd chce, nie ograniczony długością smyczy i ciągłymi pokrzykiwaniami. Prawdę powiedziawszy, las też miał pewną pozytywną cechę – nieprzebrane mnóstwo drzew! Podniecony oszałamiającymi perspektywami podbiegł do najbliższej brzozy, obwąchał metodycznie i radośnie naznaczył własną tożsamością. Nieskalana żadnym wrogim zapachem przyroda zdawała się akceptować ten stan rzeczy. Zuchwale więc obejmował ją w posiadanie w upojnym poczuciu triumfu. Szósty czy siódmy pień drzewa ostudził go nieco. Przysiadł lekko skonfundowany, analizując dalsze, szerokie perspektywy i własną, chwilową niemożność. I wtedy usłyszał to. Nie, nie usłyszał- z pewnością najpierw poczuł tę jedyną na świecie, niepowtarzalną woń, która burzy wszelki spokój i odbiera zmysły! Czujnie nadstawił uszu. Nie mylił się- z oddali dobiegło nawoływanie, trzask łamanych gałęzi i krótkie radosne szczeknięcia. Te ostatnie brzmiały tak zachęcająco, że bez chwili wahania puścił się w szaleńczy bieg. Dopadł skraju zagajnika akurat wtedy, gdy Ona przesadzała strumyk, pędząc w jego kierunku. Rzeczka w tym miejscu nie była zbyt szeroka, więc potrzebowała tylko dwóch susów, by znaleźć się po drugiej stronie. Elektryzujący impuls przebiegł mu po grzbiecie, rozlewając w całym wnętrzu uczucie błogiego ciepła. Pies wypiął tors i naprężył mięśnie, stawiając wszystkie członki w stan pogotowia. Ależ była piękna! Smukła, a zarazem mocna w kłębie, z kształtną głową dumnie uniesioną na arystokratycznej szyi. To mi rasa! Okiem konesera ocenił ją od pierwszej chwili. Teraz, stojąc lekko z boku, kontemplował szlachetny zarys falującej piersi i wchłaniał nozdrzami upojny zapach. Ona, zaś, gwałtownie stanęła, chwyciła pokaźną gałąź i w mgnieniu oka popędziła z powrotem, zupełnie nieświadoma wywołanych wrażeń. Po chwili, niczym Diana z kąpieli, wynurzyła się na przeciwległym brzegu i radosnym szczeknięciem oznajmiła panu wykonanie zadania. Trochę czasu minęło, nim skamieniały Pies odzyskał władzę w nogach. Jednak uskrzydlony namiętnością w jednej sekundzie znalazł się na brzegu, gotów skoczyć w otchłań za swą wybranką. Nigdy do tej pory nie próbował pływać, bo nie było takiej potrzeby. Z pewnością jednak potrafił – to podszeptywał mu jego nieomylny instynkt! …Zaraz, zaraz- czy aby na pewno?... Łapa uniesiona nad wodą zamarła, ciało sprężone do skoku zwiotczało. Jakoś nie lubił wody. Kojarzyła mu się z dreszczami, stertą piany zalepiającej oczy i uszy oraz poczuciem całkowitej bezsilności i upokorzenia. Bo czy w istocie jest coś bardziej żałosnego niż mokry pies?! Z niesmakiem odsunął się od brzegu, intensywnie rozmyślając nad celem, jaki go tu sprowadził. – Ach prawda! Miał się przecież napić. Po wyczerpującym dniu odczuwał naprawdę wielkie pragnienie! …Woda była świeża i orzeźwiająca. Pił długo, czując jak jej spokojny chłód rozlewa się po całym wnętrzu, gasząc wszelkie pragnienia. Obojętnym wzrokiem zlustrował najbliższe otoczenie, omiótł przeciwległy brzeg i niespiesznym, dostojnym krokiem skierował się ku swojej polance. Dobrze już zmierzchało, gdy złożył biedną, skołataną głowę na pachnącym mchu wciąż nagrzanym od gorącego, czerwcowego słońca. Był zbyt zmęczony, by się bać, a litościwy mrok w geście współczucia, zakrył przed nim wszystkie zdradliwe ścieżki, niepokojące kształty i nocne widma. Spał zwinięty w kłębek, ukołysany szumiącą melodią lasu.
* Gdy chłopcy jako ostatni dotarli do domu, było już po północy. Ich nadejściu towarzyszył zgrzyt rowerowych hamulców, łomot przewracanych w sieni bagaży i potok cichszych nieco przekleństw. - Kamień w wodę, grób, mogiła- stęknął Synek opadając na krzesło. -A będzie więcej trupów, jeśli natychmiast nie dostaniemy czegoś do jedzenia- złowieszczo prorokował Mareczek Zosia głośno załkała nad deską do krojenia chleba. -Przestańcie w tej chwili- Zdenerwowała się Hanka- Ja też jestem zmordowana, ale powodów do czarnowidztwa nie widzę. - Nie? No to może mi powiecie, gdzie on jest?- Jej córka rozszlochała się na dobre. - Zaszył się w jakiejś dziurze i śpi w najlepsze, a my tu głodem przymieramy- skwitował Mareczek, kierując się w stronę talerza kanapek. - Jak możesz jeść w takiej chwili, potworze?!- Nóż w Zosinej ręce błysnął złowrogo- Boże, taka ciemna noc, a on sam samiuteńki błąka się po omacku. Rzeka podobno wezbrała w tym roku… W lasach mnóstwo dzikich zwierząt -…i zbójców pełno na drodze- dokończyła odruchowo Marysia, pochylając się z troską nad swoimi zmaltretowanymi nogami. Moczenie w zimnej wodzie przyniosło tylko chwilową ulgę i teraz dotkliwe pieczenie powróciło w dwójnasób. Emanowało z dwóch pęczniejących na piętach pęcherzy, których rozwój śledziła z bolesnym zainteresowaniem. -No to się załatwiłam- westchnęła smętnie- Przez najbliższe dni kroku nie zrobię.. -E tam- Hanka prychnęła lekceważąco, obejmując przelotnym spojrzeniem siostrzaną udrękę- To mały pryszcz. Pamiętasz moje nogi po ostatnim rajdzie z ciotką? Krwawa miazga! -To było sto lat temu. A dzisiaj, przypominam ci, że całą drogę spędziłaś za kółkiem. Ja, natomiast, zrobiłam dobrych dziesięć kilometrów per pedes. Boże, każdy kawałek lasu, każdy krzaczek przejrzałam i obwąchałam. -Toteż splendoru i trofeów nikt ci nie odbierze. A szosę również należało patrolować. Ładnych kilkanaście rundek zrobiłam z prędkością żółwiowego zaprzęgu- westchnęła na wspomnienie działań tak przeciwnych jej naturze – I to wszystko bez sensu, bo od początku popełniliśmy zasadniczy błąd. Należało przede wszystkim oznaczyć tę trasę. - Wstążeczkami, jak na Boże Ciało?- Zainteresował się Synek. - Nie, jakoś tak organoleptycznie… znaczy- węchowo bardziej.. - Niby jak to sobie wyobrażasz? Mieliśmy posikiwać co sto metrów?- prychnęła zdegustowana Marysia - No, jakbyśmy tak wszyscy się sprężyli, to kto wie… Obraz rodziny maszerującej w karnym szyku, z lekka popuszczając w równych odstępach, wywołał ogólny, nerwowy chichot. - A jeżeli utonął?- Nieświadoma rodzinnych dylematów Zosia snuła dalej swoje katastroficzne wizje- Okoliczni ludzie mówili… - Spokojna głowa. Co ma wisieć nie utonie!- Zawyrokował jej brat, sięgając z talerza ostatnią kromkę – Jesz Synek jeszcze? - Ty go wcale nie kochasz! Nigdy go nawet nie lubiłeś, ani nie szanowałeś!- wykrzyczała z łzawym wyrzutem. - O, przepraszam!- Mareczek uniósł się honorem na całą swoją prawie dwumetrową wysokość- Lubić go zawsze lubiłem, a z tym szacunkiem- to może bez przesady. Że obwieś jest i złodziej, to wiedzą wszyscy. Co, może nie?!- rzucił wyzywająco w stronę siostry- A kto wyciągnął mamie z torby całą moją kolację? – Kto zżarł ci pół paczki cukierków i to tak sprytnie, że nawet papierka nie zostawił?- Miotał ciężkie, choć nie bezpodstawne oskarżenia- Może ja?! Jasne, że na mnie padło, dopóki nie złapałaś go na gorącym uczynku. Sama potem nie odzywałaś się do niego przez tydzień! - Nie odzywałam się- szepnęła cicho- bo zjadł głuptas razem z papierkami i zachorował potem na ciężką niestrawność. Musiałam go leczyć specjalną dietą- wspominała rzewnie. - Ty i twoje diety!- prychnął- W ogóle to zaczynam podejrzewać, że on wcale nie zginął, tylko zwyczajnie skorzystał z okazji i dał nogę, bo miał już dość. Psa marchewką i sałatą karmić!- dobitnie popukał się w czoło i opadł na siedzenie. - Zosiu, to ty Psa chciałaś na wegetarianizm nawrócić?- Marysia z żywym zainteresowaniem przyglądała się siostrzenicy. - Oj, ciociu, przecież błonnik jest taki zdrowy. Wspomaga trawienie i w ogóle… - A widzicie? Zupełnie jej odbiło! - Mnie odbiło?- żachnęła się Zosia- To ja zaraz powiem, dlaczego on uciekł! – Nie mógł już dłużej znieść twoich sadystycznych zapędów! Tak, tak- kontynuowała z mściwą satysfakcją, zwracając się do matki- twój ukochany synalek maltretował bezbronną psinę! - No, w to akurat nie uwierzę – zaperzyła się Hanka- Ani Marek, ani nikt w tej rodzinie nie byłby zdolny do podłości. - Ha, ha! To popatrz na niego. Winę ma wypisaną na twarzy! Wyraźnie zmieszany Marek wcisnął się w krzesło, uciekając spłoszonym spojrzeniem gdzieś w bok. Hanka westchnęła. - No, dobra, to ja już wszystko wytłumaczę- odezwał się Synek, który na czas rodzinnej kłótni zajął strategiczną pozycję w końcu stołu, przy drugim talerzu kanapek- Chociaż to właściwie nie moja wina, tylko tej szalonej behawiorystki- sadystki- dodał tytułem usprawiedliwienia. -Tylko nie próbuj nikomu wmówić, że nauczycielka od biologii kazała wam znęcać się nad zwierzętami! – ostro zaoponowała Marysia. - Jasne, nad dziećmi może, byle nie nad zwierzętami- westchnął markotnie- Nie, niczego nie kazała, wymyśliła tylko taką uroczą zabawę:” Instynkty pierwotne u zwierząt- dowiedź empirycznie słuszności darwinowskiej teorii”. Rozumiecie, empirycznie! - Ale…- niepewnie wtrąciła się Hanka-…Cóż, sądzę, że ten, no… obiekt badań wybrałeś sobie trochę niefortunnie.. - A jakie miałem wyjście? Przecież empirycznie to ja znam tylko jedno zwierzę – Psa, mianowicie. - Nie mniej wydaje mi się, że on jest trochę zbyt udomowiony i te wszystkie instynkty ma jakby w zaniku… - Oj, ciociu, wiedziałem przecież, że na dźwięk dzwonka u drzwi chowa się pod stół! Toteż obrona terytorium odpadała. Popęd seksualny zresztą też. Co prawda, kumpel ma suczkę i nawet myślałem, czy by ich ze sobą no… zapoznać. Ale to jest rotweilerka i ta z kolei ma wszelkich instynktów nadmiarze. Prawdę mówiąc, trochę się obawiałem, że pożre go, albo co… I zwracam cioci uwagę, że wszystko czyniłem z myślą o dobru i bezpieczeństwie Psa.- zapewnił gorliwie. – Na dobrą sprawę została mi tylko walka o byt i zdobywanie pożywienia… Tak, wiem, wiem…- machnął ręką na próby ingerencji ze strony rodziny- Zdobywać pożywienie to on potrafi. Sam widziałem, jak u babci rąbnął schabowego z lodówki. Chciałem się jeszcze tylko upewnić, co do tej walki… - I?.. - No, upewniłem się, i tyle.- tu rzucił niespokojne spojrzenie w kierunku Mareczka - Pewnie, pewnie- podjął ten skwapliwie- Co, miałem bratu w lekcjach nie pomóc?!- oburzył się, gwałtownie przełykając ostatni kęs. - Imponujące…- szepnęła Marysia, wodząc zauroczonym spojrzeniem po jasnych chłopięcych twarzyczkach- Ta wasza żądza wiedzy i gotowość niesienia pomocy… - Akurat! Ciocia w to wierzy?1 – Zosia brutalnie rozwiała atmosferę nabożnego podziwu- W takim razie ja dokończę tę wysoce dydaktyczną opowieść! Historia przedstawiona przez Zosię do budujących rzeczywiście nie należała, ale za to dramatyzmem przekroczyła najśmielsze oczekiwania słuchaczek. Odsypiała akurat pisemny egzamin z polskiego, gdy ze snu wyrwał ją łomot u drzwi wejściowych. ( Ciocia wie, że on niczego nie potrafi zrobić cicho. Drzwi też musi otwierać, wyrywając razem z futryną!) Myśleli, że nikogo nie ma w domu, więc nie krępowali się zbytnio. - Kiełbasę masz? No to zobaczysz numer nie z tej ziemi – rechotał Marek Zaintrygowana Zosia cichutko otworzyła drzwi i zajrzała do pokoju. Trafiła akurat na scenę, gdy skamieniały na kształt sfinksa Pies hipnotyzował spojrzeniem serdelek wyjmowany z torebki. Jego oczy zalśniły nieziemskim blaskiem, gdy Marek podetknął mu pod nos pachnący przedmiot pożądania. A gdy trzymał go już w zębach, upewniony, co do własnego szczęścia, wówczas usłyszał: - Oddaj to! Perfidne chłopaczyska z widoczną uciechą śledziły niecodzienne zjawisko, jakie tu nastąpiło: Pies zamarł. W jednej chwili stał się o połowę krótszy i całkiem sflaczały. Serdelek, już, już gotowy do przełknięcia, zwisł mu smętnie z rozwartego pyska i chwilę później z plaskiem wypadł na podłogę. W psich oczach pojawiła się bezdenna rozpacz. - Potwory!!- wrzasnęła Zosia, jak tajfun wpadając do pokoju. Korzystając z zamieszania, jakie tu nastąpiło, Marek pognał do kuchni, natomiast Synek przycupnął w kącie, mając drogę odciętą przez rozszalała furię. - I wiecie, że to jeszcze nie koniec?! W chwilę później złapałam go w kuchni, jak mył pod zlewem tego serdelka. Chciał zeżreć to, co Psu z gardła wydarł!- zakończyła łkając, bo traumatyczne wspomnienia na nowo otworzyły w jej sercu krwawiącą ranę. - No, co…- mruknął Mareczek w odpowiedzi na żądzę mordu czającą się w spojrzeniu matki- …Umyłem przecież. A domu jak zwykle nie było kawałka chleba…- wtuliwszy głowę w ramiona, oczekiwał ciosów z miną najbardziej na świcie wygłodzonego i niewinnego stworzenia. Mroczną, brzemienną w groźby ciszę przerwał radosny okrzyk Synka. - Mam! – już od dłuższego czasu nie odzywał się, intensywnie rozmyślając nad sposobem rehabilitacji.- Wiem, jak odnaleźć Psa- oznajmił triumfująco- Tylko… tylko znajdźcie mi dostęp do komputera. - A co, myślisz, że zaloguje ci się na stronie i poda swoje namiary?- Kwaśno spytała Marysia. - Oj, mamo! Za głupiego mnie masz? Przecież wiem, że nie błąka się po okolicy z laptopem pod pachą! Myślałem o tym, że można by napisać ogłoszenie, wydrukować w kilku egzemplarzach i rozwiesić w strategicznych punktach- tu zamilkł zbity z tropu brakiem entuzjazmu. Rodzina wpatrywała się w niego milcząco z mieszaniną trwogi i nabożnego podziwu. - Czas odejść z tego padołu…- westchnęła jego matka. - Coś nie tak?... - Nie, nie, pomysł dobry, nawet, powiedziałabym- świetny- Hanka jako druga odzyskała głos- Tylko zastanawiam się, dziecko, czyś ty nigdy nie słyszał o takim wynalazku, jak dajmy na to – długopis… - No, niby można i tak…- zgodził się po namyśle - Ale jak ciocia zeskanuje zdjęcie? - Obejdzie się bez zdjęcia. Sugestywny opis wystarczy. - Oj tak!- podchwyciła Zosia entuzjastycznie- Ja mam już nawet pomysł! Możemy na przykład… Następne pół godziny upłynęło na tamowaniu erupcji pomysłów Zosi, która odebrawszy od wszystkich uroczystą obietnicę dalszej owocnej współpracy, zgodziła się w końcu iść spać. I gdzieś około drugiej w nocy cała rodzina znalazła zasłużony wypoczynek po tym jakże wyczerpującym dniu.
Rozdział 2
…Sen miał mocny i spokojny. Musiał być też wielce apetyczny, bo zwykłe nocne szmery lasu zakłócało momentami błogie westchnienie i mlaśnięcie. Czy był to wieprzowy kotlet wielkości młyńskiego koła, czy szlachetnie wyprofilowana pierś młodej charciczki- trudno stwierdzić. Wiedzieć to może jeden święty Franciszek – patron wszelkiego kudłatego i pierzastego bractwa, który z pewnością zadbał o spokój psiego ducha. Proza życia, w postaci chłodu i wilgoci, powoli jednak zaczęła się wdzierać w świat sennych iluzji. Otworzył oczy, gdy słońce stało już wysoko na niebie. Dłuższą chwilę potrząsał głową, oswajając się z brutalną rzeczywistością. Wstawał akurat, by rozciągnąć zdrętwiałe członki, gdy jakaś potworna siła z powrotem wcisnęła go w ziemię. COS strasznego atakowało go z niewyobrażalną furią! I tu z pewnością dokonałby tragicznie żywota, za świadka mając jeno tę brzozę-płaczkę, gdyby nie słynny już psi refleks. Zerwał się w mgnieniu oka i niczym ognista strzała zniknął w gęstwinie. Tymczasem straszne COŚ stanęło słupka pośrodku polanki, zastrzygło długimi uszami i spokojnie pokicało w swoją stronę. On zaś pędził poprzez zagajnik- ślepy i głuchy, nieczuły na ostre ciernie i gałęzie szarpiące ciało. Strumyk przesadził w trzech etapach i nieświadom nawet zimnej kąpieli, pognał dalej. Dopiero zderzenie z miękkim, ale sprężystym przedmiotem osadziło go w miejscu. Przedmiot był duży, dziwnie ukształtowany i niewątpliwie ludzki. W dodatku wydzielał z siebie taką kakofonię zapachów, że Pies musiał przysiąść na chwilę, doznawszy zawrotu głowy. Zamyślił się głęboko… Do ludzi miał stosunek ambiwalentny, za to do bekonu – entuzjastyczny. Ten drugi przeważył. Pies opadł na brzuch i bardzo powoli pokonał następnych kilkadziesiąt centymetrów. Ostrożnie wychylając się zza węgła, napotkał parę niebieskich, bez wątpienia ludzkich oczu. Człowiek wydał dźwięk, uczynił gest i wykrzywił fizjonomię w grymasie obnażającym kły. Barbarzyńca przyjąłby te alarmujące symptomy jako hasło do walki (a w wariancie mniej heroicznym- bezładnej ucieczki). Barbarzyńca, ale nie Pies, który był przecież wytworem wysoko zaawansowanej cywilizacji! Lekkim truchtem zbliżył się do człowieka i usiadł nieopodal, z zachowaniem wszak należytej ostrożności. Umiejętność obserwacji kilku obiektów naraz miał opanowaną do perfekcji, toteż śledząc czujnie ruchy człowieka, intensywnie wpatrywał się w kawałek jedzenia na ziemi, nie zapominając jednocześnie o stosownym zabezpieczeniu tyłów. Kawałek nadał się akurat na jedno kłapnięcie zębami! Następny, bardziej już zadowalający, połknął w dwóch rzutach. Mile podochocony przekąską, oczekiwał dalszego ciągu. Tego poranka człowiek wielokrotnie jeszcze niknął w czeluściach swojego domostwa w celu uzupełnienia owego dalszego ciągu, a wyraz głębokiego uznania nie schodził mu z twarzy. W końcu Pies legł na ziemi z uczuciem błogiego spełnienia, jakie dawać może jedynie pełny żołądek i czyste sumienie.
* Podczas porannej burzy mózgów szczęśliwie udało się wyperswadować Zosi wszystkie łzawo- heroiczno- elegijne ozdobniki, dzięki czemu w dość krótkim czasie plik zwięzłych ogłoszeń był gotowy do dystrybucji. Zwięzłych, lecz imponujących w treści i formie- z licznymi zachętami i obietnicą sutej nagrody. Uwzględniwszy taktyczne rozśrodkowanie w promieniu pięciu kilometrów, dzieci rozbiegły się po okolicy, starszemu pokoleniu zostawiając bliższe w zasięgu strategiczne cele. - Wiesz, trochę się martwię- powiedziała Marysia, gdy opuszczały teren posesji kierując się do wsi. - Trochę? Ja nawet boję się myśleć, co też przydarzyło się biednej psinie! - Nie o tym mówię. Jeśli chodzi o Psa, to jestem dziwnie spokojna, że żaden rudy włos mu z ogona nie spadł. Marek ma rację- to powsinoga i łajdacka natura. Ostatecznie tych wszystkich ran i kontuzji nie nabawił się siedząc w fotelu. O twojej córce mówię. -Czemu ona taka boleściwa i wiecznie w czerni jak, nie przymierzając, Matka Polka jakaś? - A wiesz, że mnie to też męczy! Niby wszystko w porządku- zdrowa jest, maturę zdała, a wiecznie chodzi i płacze. Chodzi, płacze i się kąpie- tak na okrągło już z pół roku. - Ale dlaczego? - Bo ja wiem…Może jak tak się wypłacze, to musi sobie płyny zbilansować i leci do łazienki… - Pewnie się zakochała. - I…chyba nie… To znaczy, owszem, pętał się jakiś po domu, a może nawet dwóch…- Przystanęła, marszcząc intensywnie czoło- Nie, chyba był jeden, tylko coś sobie zgolił… albo zapuścił…Nie wiem, trudno mi się jakoś połapać. W każdym razie nie w tym rzecz. – Wyobraź sobie, któregoś dnia złapałam ją, jak płakała nad książką do biologii! - Ach, to już wiem! - matura, stres, przemęczenie – Marysia z pełnym zrozumieniem pokiwała głową. Przecież ją czekało w tym roku to samo – Synek zdał do czwartej klasy. - Nic nie rozumiesz. To nie z powodu matury, tylko lancetnika. - Co za diabeł?! - O to samo ją spytałam. Mówię jak do kogo dobrego: ”Zosiu, kim jest ten lancetnik i co ci zrobił, że tak płaczesz?”. A ona znowu w bek. Bo lancetnik nie ma rączek, ani nóżek, nie ma też mózgu, serca i choćby jednego oczka. W ogóle nic nie ma- tylko gardziel ! - Matko Boska! A cóż to takiego?! - Zwierzątko takie A widzisz, ciebie też wzięło! Mnie ten lancetnik przez miesiąc z głowy nie wychodził. Szczególnie przy posiłkach, kiedy patrzyłam na Marka. Sama zresztą wiesz, jak to wygląda: siada, namierza zdobycz i wchłania w siebie wszystko, co w zasięgu wzroku i węchu. I ja sobie wtedy pomyślałam: Boże, on ma gardziel! - Nie przesadzaj, odnóża też ma- całkiem spore, zresztą. I oczy, uszy…- wyliczała gorliwie Marysia. - Wiem przecież, ale i tak uspokoiłam się dopiero, jak sama sprawdziłam. - Co? - No, którejś nocy, jak już spał, zakradłam się do pokoju i sprawdziłam, czy mu tam w okolicach mostka coś bije… Marysia popadła w głęboką zadumę. Życie lancetnika jawiło się jej jako jedno wielkie pasmo nieszczęść. Co prawda taka stułbia morska czy ameba też nie miały specjalnie czym się pochwalić, jednakże… - Słuchaj, a jak tam u niego z tymi sprawami, no wiesz… o seks mi chodzi… - Oszalałaś?! Przecież on ma dopiero 16 lat – to dziecko jeszcze!!! - O lancetnika pytam. - A piorun jeden go tam wie! Może skrzek jaki składa… Kwestia seksualności lancetnika zejść jednak musiała na plan dalszy wobec życia daleko bardziej złożonego i barwnego. Mijały właśnie ośrodek campingowy oddzielony od ich posiadłości wąskim pasmem zalesionego terenu. Przez sam środek biegła piaszczysta droga łącząca nadrzeczne łąki z szosą, ku której zmierzały. Zwolniły jednak, zerkając przez zieloną siatkę, ciekawe sąsiedztwa. To zaś było zadziwiająco liczne, gwarne i kolorowe. Każdy z kilkudziesięciu drewnianych domków pulsował własnym życiem, produkując setki decybeli oraz mrowiącą się na kształt stonki ludność. Magnetofony ryczały, tu i ówdzie poszczekiwały psy, nie zagłuszając wszak dziecięcych wrzasków i rodzinnych uprzejmości.. Słowem- sezon wczasowy rozpoczął się. - Wiesz, zastanawia mnie sposób spędzania wakacji przez ludzi spragnionych spokoju i wypoczynku- zdegustowana Hanka przyspieszyła kroku. Tymczasem dotarły do szosy, która otwarła przed nimi nowe perspektywy. Biegła skrajem lasu, zaś na jej poboczach, wśród wiekowych sosen rozsiadły się malowniczo stragany pełne wszelakiego dobra niezbędnego do przetrwania w tej głuszy. …Najpierw stały markowe podkoszulki i dżinsy made in China, za konkurencję mając przenośne telewizory, gry komputerowe i kasety video. Staniki i skarpety przycupnęły w głębi, ustępując pola sprzętowi AGD ze szczególnym uwzględnieniem szerokiego asortymentu czajników. Dział spożywczy znajdował się na samym końcu, bo też i wybór towaru oferował nieporównanie skromniejszy: kartofle, pomidory, kapusta, owoce- słowem, banalna codzienność. W końcu dotarły do sklepu. Otoczony był drewnianymi ławami, na których miejscowy kwiat młodzieży bratał się z przyjezdnym żywiołem w piwnych oparach. Sprawę ogłoszenia załatwiły szybko, ściągając jednak na siebie sporo zainteresowania, życzliwych rad i komentarzy. - Uff…- sapnęła Hanka po przebyciu szybkim krokiem kilkuset metrów- Tu jakoś spokojniej. Bo też i wieś zdawała się wymarłą w porównaniu z gwarnym wczasowiskiem. Domy, w większości murowane, świeciły pustkami- o tej godzinie wiejskie życie koncentrowało się na polu i w zabudowaniach gospodarskich. Gdzieś w pobliżu zarżał koń, stadko gęsi minęło je sykliwie, jakiś głos z daleka nawoływał drób do wtóru z zawziętym psim jazgotem. Stary człowiek siedzący w opłotkach podniósł głowę, wpatrując się przed siebie szklistymi, niewidzącymi oczami. Sfora psów - bezpańskich- sądząc z wyglądu, wypadła na drogę, wzbudzając tonę kurzu i żywe zainteresowanie Hanki. - Daj spokój, tu go na pewno nie ma. Indywidualiści nie chadzają w kupie. Zobacz lepiej tam - Marysia niecierpliwie pociągnęła siostrę w kierunku najbliższego gospodarstwa – Widzisz, sołtys… Można by też tutaj powiesić. Rzeczywiście, na białej ścianie okazałego domu czerwieniał urzędowy napis. - Dobra myśl, tylko chyba trzeba zapytać. Nie niepokojone przez nikogo przebyły podwórze, weszły w gościnnie otwartą sień i zastukały. Odgłos, jaki dobiegł zza drzwi, od biedy można było uznać za zaproszenie. …Pokój był niewielki, ale jasny i przyjemny dla oka- wyposażony z tą wiejską prostotą, która względy praktyczne przedkładać każe nad wymyślną estetykę. – Kaflowy piec w rogu, dalej- leciwa szafa ze śladami minionej świetności, pośrodku solidny stół otoczony zwartym kręgiem krzeseł, zaś między stołem a łóżkiem – nagi, męski tors drgający w konwulsjach. Spod łóżka dochodził skrzekliwy lament i ciężkie przekleństwa. - Wyłaź, cholero jedna, bo cię…! Po chwili tors uzupełnił się o głowę, parę nóg w dżinsach i kurę pod pachą. - A panie do kogo?- spytał nie bez zdziwienia, przekrzykując rozgdakany inwentarz. - Dzień dobry. My do sołtysa.- Skłoniły się uprzejmie - Wynocha!- krzyknął Kura z wrzaskiem znikła za oknem, a tors w sąsiednim pomieszczeniu- być może w poszukiwaniu sołtysa. Taką przynajmniej miały nadzieję, wycofując się jednak na wszelki wypadek w stronę wyjścia. Po chwili pojawił się znowu, tym razem przyodziany w estetyczny podkoszulek. - Słucham, w jakiej sprawie?- spytał, urzędowo marszcząc brwi. Porzuciwszy odziany tors, Hanka z uwagą przeszła do studiowania fizjonomii. - Wydaje mi się…- rzekła z wahaniem-…że przy naszym poprzednim spotkaniu był pan posterunkowym… - Bo jestem- mruknął. - Ach, rozumiem- dwa w jednym! - E, tam. Ojca chwilowo zastępuję, bo musiał jechać do gminy. A panie to chyba… ze „Stokrotki”?- Jakiś bolesny grymas przeleciał przez młodą, opaloną twarz- Pewnie w sprawie włamania? - Jakiego wła…Ach, oto chodzi! Nie, nie, my w sprawie zaginięcia. Nie pomny na powagę urzędu czy proste względy gościnności, posterunkowy z jękiem opadł na krzesło. - Psia krew, znowu! Czy to się wreszcie skończy?!- Wsparł głowę na rękach i z bliską płaczu rezygnacją zapytał- Kto zaginął? - O, tu jest wszystko napisane! – Hanka skwapliwie podsunęła kartkę. Posterunkowy rzucił na nią okiem, potem, z niedowierzaniem przeczytał raz jeszcze- i jego młoda twarz pokryła się rumieńcem wzburzenia. - To chyba jakiś żart! Ja jestem naprawdę zajęty, a panie mi tu głowę zawracają jakimś głupim psem! Marysia z zainteresowaniem rozejrzała się po wnętrzu w poszukiwaniu owych pilnych zajęć, które tak nagliły zacnego stróża prawa. Nic godnego uwagi nie dostrzegła, z wyjątkiem skamieniałej ze zgrozy Hanki, która milczała, nie znajdując w swoim bogatym zasobie pojęć stosownego słowa oburzenia. - Natomiast, co do włamania- kontynuował niezrażony młody człowiek - To musimy przejść na posterunek- Tu powstał z wyraźną niechęcią- Trzeba dokonać formalności, oglądu miejsca zdarzenia, no i napisać protokół- Ostatnie słowo wypluł niewyraźnie i jakby z obrzydzeniem. W tym momencie Marysia, tknięta jakimś niejasnym impulsem, znalazła się przy stole, przycupnęła na krześle i jęła roztaczać cały swój urok. - Ależ drogi panie!- zaszczebiotała- Po co nam te jakieś formalności!. Ostatecznie nic takiego się nie stało. Ot, wybita szyba i tyle. (Tu łgała w żywe oczy, bo okno wisiało na jednym zawiasie wyrwane niemalże z futryną!) Nawet nic nie zginęło ( Tym razem nie minęła się specjalnie z prawdą, bo rzeczywiście- poza dwiema poszarpanymi poduszkami- majątek nie poniósł uszczerbku). - Pan jest rzeczywiście człowiekiem niesłychanie zajętym i nie powinnyśmy, co ja mówię, nie wolno nam absorbować pańskiego czasu!- Tu wpiła się wzrokiem w twarz, która przechodziła gwałtowną metamorfozę- od mrocznej niechęci w stan widocznej ulgi. Posterunkowy pokiwał skwapliwie głową, po czy przyjął stosowny wyraz, właściwy wszystkim zapracowanym osobom. - My tylko chciałyśmy powiesić ogłoszenie na płocie, z pańskim pozwoleniem, rzecz jasna…Aha…i jeszcze spytać o kilka drobiazgów. - Słucham- Teraz był uosobieniem życzliwości. - Interesuje nas pan Mielnicki. Niby to nasz krewny, ale myśmy go w ogóle nie znały, natomiast tu- pod pańskim okiem przeżył on kilka ładnych lat. W pokoju na powrót powiało chłodem. - A co tu mówić…- wybąkał, pilnie oglądając paznokcie. - No, znał go pan chyba? - Znać, znałem, bo my tu wszyscy prawie jak rodzina. Tyle, że to był odludek, dziwak i z ludźmi specjalnie nie trzymał. Zresztą, często wyjeżdżał… - A dokąd? Miał jakichś przyjaciół w Łodzi? - Niby skąd mam to wiedzieć? Co pani sobie wyobraża, że ja tu chodzę po domach i ludzi napastuję?- rzucił z odrazą, po czym jął dogłębnie analizować skomplikowany haft na serwetce. – Zresztą, mnie tu nawet wtedy nie było- przy tej awanturze i potem, jak umarł… - To jakaś awantura przed śmiercią była?- Marysia chwyciła trop i z instynktem psa gończego podążała dalej. Urzeczona Hanka śledziła z równą satysfakcją poczynania siostry, co ekwilibrystykę oczną jej rozmówcy, który tym razem za obiekt wnikliwych studiów wybrał sobie górne partie szafy. -No… pokłócił się z jakimś sąsiadem. Tłumaczę pani przecież, że mnie wtedy nie było, bo na początku marca miałem inne sprawy na głowie. - Zaraz, zaraz, jakiego marca? Kwietnia, chyba? Przecież umarł w kwietniu. - Skąd! Pamiętam dobrze, był 2 marca- miałem wtedy egzamin w Łodzi i jak wróciłem, to było już po wszystkim – ciało zabrali do autopsji. Sytuacja zaczęła rozwijać się nadspodziewanie interesująco, więc Hanka rozsiadła się wygodnie na krześle w oczekiwaniu dalszych rewelacji. - Jakiej znowu autopsji?!- Zdenerwowała się Marysia- To były rękoczyny? Wypadek? Morderstwo? - Proszę pani- Młody stróż prawa przez chwilę zdawał się dusić- Jak człowiek umiera nagłą śmiercią, do tego w domu, to procedury przewidują autopsję, żeby wykluczyć wszelkie… ewentualności… - I co, wykluczyli? – Zainteresowała się Hanka. - No, jasne! Pokręcili się tu parę dni, opieczętowali dom i to wszystko. - Kto? Kto wykluczył, pokręcił się i zapieczętował? - Chyba policja, nie? - Jaka znowu policja? Przecież policja to pan!! - No, jest nas trochę więcej…- oświadczył i z wyrazem udręki popatrzył na popielniczkę. - Proszę pana!- Zła jak osa Marysia postanowiła postawić sprawę jasno- My wiadomość o śmierci otrzymałyśmy w połowie kwietnia, więc może pan uprzejmie wyjaśni, co się tu działo przez miesiąc z górą? Nas nikt nie raczył nawet poinformować o pogrzebie, że nie wspomnę już o autopsjach i innych pieczęciach! - A kto niby i w jaki sposób miał to zrobić, skoro denat nie posiadał żadnej rodziny?! Zresztą proszę spytać księdza proboszcza- on był z nim najbliżej. Załatwiał pogrzeb i z tym adwokatem też rozmawiał… - Adwokatem? - A był tu jeden z Łodzi… taki z oczami- dodał tytułem wyjaśnienia. Tę akurat informację przyjęły z pełnym zrozumieniem, zgodnie kiwając głowami. Posterunkowy tymczasem błyskawicznie zregenerował siły nadwątlone wyczerpującym przesłuchaniem. Poderwał się z krzesła, służbiście wyprostował i gniewnie oświadczył: - Panie wybaczą, lecz obowiązki wzywają.- Na odchodnym, gdy rade nierade, opuszczały pokój, rzucił od niechcenia- A tego psa, to możecie powiesić na płocie…
* Czas spędzali pracowicie na zajęciach tyleż frapujących, co bezsensownych. Oswojony z nową sytuacją Pies czuł się w obowiązku towarzyszyć swemu dobroczyńcy w wyprawie nad rzekę- w celach absolutnie niejasnych. Lojalność jednak nakazywała mu pozostać na brzegu, by pilnie wypatrywać niebezpieczeństw, które kazały człowiekowi rzucić się w odmęt i podejrzanie długo w nim przebywać. Później z zainteresowaniem prześledził proces łowienia i oprawiania jakiejś nędznej sztuki, której konsumpcji kategorycznie odmówił. Na koniec był świadkiem czynności tak absurdalnych i śmierdzących, że wolał je śledzić z bezpiecznego oddalenia- przez kilka godzin, zresztą. I właśnie słońce kryło się za lasem, gdy wziął ich głód. Człowiek kilkakrotnie, nerwowo przeszukał swą siedzibę, wydał dźwięk przypominający parsknięcie i zwrócił się do Psa w swojej mowie. Język werbalny opanował w stopniu znikomym, bardziej z poczucia przyzwoitości, niż wyraźnej potrzeby. – Jeść, pić, zostaw, spacer, chodź tu – czy naprawdę potrzeba aż tylu dźwięków dla wyrażenia rzeczy oczywistych? Z doświadczenia wiedział jednak, że nic nie robi na ludziach tak korzystnego wrażenia, jak inteligencja wypisana na twarzy. Przysiadł więc lekko przechyliwszy głowę, pilnie nadstawił uszu i z pełnym zrozumieniem popatrzył w oczy człowiekowi. - I tak nie miał zamiaru nigdzie się stąd ruszać!
* - Ależ on pięknie łgał.- westchnęła Hanka, kończąc mocowanie ogłoszenia- Takiej miny nie miał nawet Pies, kiedy mi rąbnął z torby pęto kiełbasy. A swoją drogą, co cię napadło z tym Mielnickim? Tak przyciskałaś biednego Skibę, że ja już nie wiedziałam, kto tu jest dobry, a kto zły glina. - Natchnienie miałam. Zresztą Mielnicki męczy mnie od samego początku. Czy zauważyłaś, że jak pada jego nazwisko, wszyscy nabierają wody w usta albo dostają oczopląsu? Mama, ciocia Tonia, mecenas, a teraz ten… - No, mógł się zarazić od Miziołka… - Och, daj spokój! Nawet Karol ucieka oczami, gdy o nim mowa. Coś wie- to pewne! Jednak zdołałam wycisnąć z niego tylko, że ten nasz Mielnicki to była jakaś ważna figura, wręcz dygnitarz- zdaje się w policji, czy coś takiego… Hanka medytowała przez chwilę, po czym energicznie skinęła głową -Masz rację. Kręcą wszyscy, a najbardziej ten mundurowy erudyta. Przecież on nam ordynarny kit wciskał! Głupia nie jestem i wiem, że robi się sekcje zwłok, ale na miłość boską, nie w przypadku osiemdziesięcioletniego staruszka, który umarł sobie zwyczajnie we własnym domu! Musimy z niego wyciągnąć całą prawdę.- Postanowiła. - Ba…Masz jakiś pomysł? - No, na przykład przez uwiedzenie… Tu stanęły na chwilę, przyglądając się sobie z lekkim powątpiewaniem -…Upić też ostatecznie można… Pochłonięte zbrodniczymi planami dziarsko przemierzały drogę, wzdłuż której rozłożyła się wieś. Minęły remizę strażacką, ośrodek zdrowia zamknięty teraz na cztery spusty i kilka zabudowań- tutaj już luźno rozrzuconych. O tym, że kompletnie zmyliły kierunek, przekonały się dopiero na widok rzeki. Warta, w tym miejscu dość głęboka, płynęła leniwie szerokim korytem z licznymi zakolami i meandrami. Na jej prawym brzegu chyliła się ku wodzie drewniana ruina- smętna pozostałość po dawnej przystani promowej. Wybrukowana ongiś droga, teraz tylko miejscami wyzierała spod piaszczystych łach i kęp bujnej trawy, a wysokie trzciny zarastały obficie resztki dawnego mola – przyroda na powrót obejmowała we władanie tereny, które kiedyś próbowano jej wydrzeć. Marysia wzdrygnęła się się- „Jakby ktoś umarł” – pomyślała ze smutkiem. Z zadumy wyrwało je donośne bicie dzwonu. - „Na Anioł Pański biją dzwony, niech będzie Chrystus pochwalony…”- westchnęła Hanka- Jeszcze tylko brakuje tej łzawej osmętnicy, co się po polach tłucze. Kurczę, chodźmy stąd, bo mi się depresja pogłębi. Kościół był murowany, choć niewielki i tak skrzętnie ukryty wśród starych lip, że tylko gdzie niegdzie zza bujnej zieleni przebłyskiwały plamy jego białych ścian. Szczycił się za to nader okazałą dzwonnicą, której imponujący rozmiar i dźwięk naprowadzał na właściwą drogę niejednego zbłąkanego wędrowca. Wkrótce i one tu dotarły- boczną ścieżką, przez wyrwę w murze otaczającym cmentarz.. - No, ten też lata świetności ma za sobą.- Hanka posępnie rozejrzała się wokół. Parę pochylonych kamiennych krzyży, kilka omszałych płyt nagrobnych, pagórki porośnięte trawą- to wszystko nie nastrajało optymistycznie. - A zresztą, może to i dobrze. Widać naród tutaj zdrowy i długowieczny- Machnęła niecierpliwie ręką- Chodź, może gdzieś tu Mielnicki leży. Świeżej mogiły nigdzie znaleźć nie mogły, za to przy samym wyjściu natknęły się na solidny grobowiec z piaskowca- jedyny zachowany w całości obiekt w tym opuszczonym miejscu. Ogrodzony był metalową barierką dawnej solidnej roboty, a zwieńczony kamienną rzeźbą Anioła, który w ochronnym geście rozpościerał skrzydła nad płytą z długim szeregiem nazwisk. Stanęły oczarowane, wpatrując się w lekko zatarty, ale czytelny napis:” Grób Rodziny Bieleckich i von Liebnitz”. - Wiesz, to takie dziwne- dotknąć własnej historii- szepnęła Marysia. Urzeczonym wzrokiem wodziła po starym kamieniu, z trudem odcyfrowując napisy: Konstanty Paweł Bielecki ur. a.d. 1798 zm. 1870, Anna Bernardetta z Milewiczów Bielecka…, Konstanty Jan, Antonina… Popatrz! Prababcia Marysia i jej Franz!- Ucieszyła się jak na widok starych znajomych- I ich córka Cecylia- ta od Mielnickiego!- Zamilkła, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w zatarte litery. - Czy mogę w czymś pomóc?- Głos, choć młody i raczej życzliwy, zabrzmiał im w uszach jak dudnienie zza grobu. Powiało grozą. - Wszelki duch Pana Boga chwali!- wykrzyknęła Hanka, przy czym „wszelki” brzmiało jak „apage satanas’, a „chwali”- nosiło cechy najwyższej adoracji. - Nie, to niemożliwe!- Choć Marysia zachłysnęła się i zamarła, jej myśli galopowały w zawrotnym tempie. –„Ksiądz absolutnie nie ma prawa tak wyglądać. To jakaś niedorzeczność!” - Na wieki wieków…-odparła niedorzeczność w sutannie i uśmiechnęła się. - Jasna cholera, Bon Jovi! A niech to piorun strzeli!- Dusza Hanki zawyła dobitnie i niestosownie. Głęboki wstrząs musiał wywołać nagły przypływ percepcji pozazmysłowej, bo Marysia w tej samej chwili pomyślała - E… Bon Jovi niech się schowa! Boże, co za uśmiech… a te oczy… Ksiądz tymczasem wpatrywał się z lekkim zakłopotaniem w dwie tantalowe córy, wyrosłe i skamieniałe nagle pośrodku cmentarza. - Czy panie kogoś szukają? - Bolesława Mielnickiego…- Hanka na chwilę odzyskała władzę w ośrodkach głosowych. - Ach, rozumiem , rodzina ze „Stokrotki”!- Był najwyraźniej ucieszony, czy to faktem istnienia rodziny, czy też posiadania przez nią głosu. Posągi zgodnie kiwnęły głowami - Dzwonił do mnie właśnie młody Skiba z posterunku, strasznie zresztą zdenerwowany i uprzedzał o ewentualnej wizycie… A swoją drogą, ciekawe, czemu on tak krzyczał? Nie wiecie panie przypadkiem? Posągi zgodnie pokręciły głowami. – Skąd niby miały wiedzieć? - Ech, nieważne…- Zagarnął je niczym Dobry Pasterz zbłąkaną trzódkę i poprowadził przez furtkę w murze na dziedziniec kościoła. Z dalszego monologu wynikało, że trochę źle trafiły, bo pan Mielnicki, owszem pochowany został po bożemu, choć heretyk był (wybacz mu Panie Boże), tyle że na nowym cmentarzu. - Bo to był egzemplarz nie z tej ziemi! Ekscentryk i obrazoburca, ale co za umysł i pamięć! Jak on, proszę pań, licytował!... Cały urok diabli wzięli! - Epidemia jakaś, czy co?- pomyślała Marysia, odsuwając się z lekkim wstrętem, jakby w obawie zarażenia. Całe zainteresowanie dla tej osobliwości w sutannie ulotniło się. Wsparta o pień potężnej, wiekowej lipy, westchnęła ciężko i pożeglowała myślami w odmienne rejony. Coś w związku z tym cmentarze nie dawało jej spokoju. Tylko co… - …I proszę sobie wyobrazić, zrobił w ten wieczór szlema. Wy-li-cy-to-wa-ne-go!- Dobiegły jej uszu fragmenty emocjonującej konwersacji. Ksiądz gestykulował energicznie, zaś Hanka znajdowała się najwyraźniej w stanie łaski uświęcającej. Nie niepokojona przez nikogo, dyskretnie wycofała się w stronę cmentarza. Spędziła tam w nabożnym skupieniu dobry kwadrans, wodząc wzrokiem i palcami po wyrytych w kamieniu napisach. W tym samym kontemplacyjnym nastroju upłynął jej cały dzień, spędzony jednak z niezwykłą aktywnością. Odbyła długą wyprawę do nowego cmentarza na końcu wsi, gdzie zapaliła znicz i smętnie podumała nad świeżą mogiłą. W drodze powrotnej zahaczyła jeszcze raz o stary cmentarz i kancelarię parafialną. Przy kolacji siedziała milcząca, jednak nastrój niepokoju ustąpił miejsca dziwnemu rozrzewnieniu. - Słyszysz, co do ciebie mówię?!- Hanka od powrotu z kościoła wykazywała nienaturalną energię i podniecenie. Sklęła wyszczerbione schodki i trzaskające drzwi, a w następnej kolejności zajęła się pohukiwaniem na dzieci. Teraz, widać, przyszła kolej na Marysię. - Głucha jesteś?! Mówię ci, że możesz czuć się zwolniona. Od dzisiaj masz wolne wieczory, i niech cię ręka boska broni dotykać kart! - A teraz, drogie dzieci, …-Przysiadła w końcu i zwróciła się do trwożnie patrzącej gromadki- oznajmię wam radosną nowinę. -Mamy czwartego do brydża! I to jakiego… - Myślę, że i ja mam ci coś do zakomunikowania – odezwała się w końcu Marysia.
Rozdział 3
- Czyś ty resztki rozumu postradała?!- Wściekła Tonia wyrzuciła na tapczan kolejne dwie jedwabne bluzki i żakiet. Cały pokój, łącznie ze sprzętami, zasłany był w tej chwili garderobą, której ilość i jakoś przyniosłaby chlubę niejednemu domowi mody. Tonia piekliła się od samego rana, ciskając gromy na głowę siostry, która siedziała teraz bezradnie na wygospodarowanym skrawku wolnej powierzchni. - To, że nasza matka jeździła do wód z trzema kuframi, pokojówką i bagażowym, nie znaczy, że koniecznie musisz ją naśladować. Przynajmniej w tym! Czy możesz mi wytłumaczyć, po co ci suknia z żorżety, pięć jedwabnych bluzek i kaszmirowy szal? Ocknijże się kobieto! Na dworze trzydziestostopniowy upał- ludzie chodzą w krótkich majtkach i koszulkach!- Obraz siostry paradującej po uzdrowisku w trampkach, szortach i bawełnianym podkoszulku, był na tyle frapujący, że Tonia zamarła na chwilę, chichocząc. - A jak ty to sobie wyobrażasz?- Ewelina podniosła posępny wzrok na siostrę- W co niby mam się przebierać do obiadu i kolacji? - Do obiadu masz jedną sukienkę, a kolacji możesz nie jeść. Jak parę kilo schudniesz, to ci dobrze zrobi! - W takim razie nie jadę!- oświadczyła z determinacją - Aha, już widzę, jak całe lato spędzasz w Łodzi!- Tonia była bliska szaleństwa- A może do Przylesia pojedziesz? Stokrotka czeka…- dodała zjadliwie i trzasnąwszy drzwiami, wyniosła się do swojego pokoju. …Przylesie… Ewelina westchnęła ciężko, podchodząc do okna. Jej Przylesie, dom, las, i jej Boleś… Patrzyła na nagrzaną od słońca ulicę, rachityczne drzewka na wypłowiałym trawniku i w myślach przywoływała tamtą bujną zieleń, łąkę chłodną od rosy i przyjemny dotyk wody… …Lato 1935-ego…- Stał przed nimi poważny, taki smukły i dorosły w swoim granatowym gimnazjalnym mundurku. - Nazywam się Bolesław Mielnicki i przyjechałem z Wilna. Moja mama umarła, a ja chcę dalej się uczyć- oświadczył stanowczo, patrząc wyniośle na dwie smarkule w kusych sukienkach. Tę samą, widać przygotowaną, formułkę wyrecytował wcześniej przed obliczem rodziców. Gdy patrzyły na jego niesforną jasną czuprynę, niebieskie, skłonne do śmiechu, lecz teraz bardzo poważne oczy- wiedziały prawie na pewno, kim jest. Pojęły to właściwie już kilka godzin temu, gdy przycupnięte ukradkiem w sieni, łowiły chciwie odgłosy dochodzące zza zamkniętych drzwi….Głuche pytania ojca, krzyk matki, szloch, a potem ciche, uspokajające słowa… Zamieszkał w Łodzi- na stancji ,ale wszystkie święta, przerwy w nauce i wakacje spędzali razem w Przylesiu. Jego przyjazdy były wspanialsze i bardziej wyczekiwane, niż najcudniejszy prezent pod choinką. Najpierw beznadziejnie długa i bezsenna noc- z otwartym na oścież oknem i niecierpliwym wyglądaniem, czy może już… Nareszcie, wytęskniony ranek- śniadanie przełknięte naprędce i zegar tykający z denerwującą powolnością. Potem był wariacki pęd- taki do utraty tchu i tętna rozsadzającego skronie. Biegły do stacji na wyścigi i choć leżała dobre trzy kilometry od domu, zawsze były tam o wiele za wcześnie. Wąskotorowa, sapiąca ciuchcia przyjeżdżała z irytującą punktualnością, ale one strasznie się bały, że nie zdążą i nie zobaczą, jak wysiada, rozgląda się i śmieje… Umiał i wiedział wszystko- nawet gdzie leży Chicago, albo czym się różni langusta od mangusty. Znał nawet nazwę tej nowej, zdaje się ósmej planety, a Franka od Skibów prześcigał w pływaniu. -I pamiętaj, Lineczko- powtarzał po raz kolejny- Maria Skłodowska odkryła rad, a nie radio!- Robił przy tym surową minę, ale jego oczy się śmiały. …Potem był ten straszny czerwiec 1938-ego…. Wracały z mamą z Łodzi takie dumne i szczęśliwe- świeżo upieczone gimnazjalistki! Mundurki, wymagające drobnych poprawek, zostały ,co prawda u krawca, ale wszystko inne- teczki, książki, zeszyty- wiozły ze sobą. No i oczywiście- gimnazjalne czapki! Oglądały je, głaskały, przymierzały kolejno i niecierpliwie przebierały nogami, chcąc popędzić ociężałą ciuchcię. W bryczce na stacji czekał tylko Franek Skiba- mocno przestraszony. Usłyszały trwożny szept, że policja… sam komisarz… Tym razem nie musiały kryć się pod drzwiami- ojciec krzyczał tak głośno. - Obrok, widzę, w zęby kłuje! Pański chleb nie odpowiada- to do roboty! Ja ci dam wiece i ulotki! Bolszewickiej propagandy w tym domu nie było i nie będzie! To kryminał! Taki wstyd rodzinie!- Rozległo się trzaśnięcie, głuchy odgłos upadającego krzesła, a potem znacznie spokojniejsze, zimne i powoli cedzone słowa: - Pańskiego chleba nie potrzebuję, a jeżeli już o wstydzie mowa- to nie ja własnych dzieci się wstydzę… W milczeniu spakował swoją walizkę i wyszedł bez pożegnania- chmurny i obcy. Wtedy widziały go po raz ostatni. Nie, był jeszcze raz…po latach… Boże, jak on musiał ich nienawidzić! Ewelina wzdrygnęła się, oderwała wzrok od okna i bezradnie rozejrzała się po pokoju. - Jedź ze mną- poprosiła cicho, wchodząc do siostry. - Oszalałaś?- Tonia podniosła spojrzenie na jej bladą twarz, dziwnie szklące oczy i złagodniała- Wiesz przecież, że Karol po drodze zabiera jeszcze kolegę- we trójkę będzie wam już ciasno. Cztery osoby w tym jego autku- to gorzej, niż sardynki w puszce. A bagaże? -Przecież możemy pociągiem. Ja nawet tak wolę…
*
- Czekaj, to jakaś piramidalna bzdura! Ja nic nie rozumiem- Hanka, błądząca myślami w okolicach plebani, podniosła otępiałe spojrzenie znad filiżanki porannej kawy. - Innej możliwości nie ma!- Jej siostra za to była stanowcza i nienaturalnie ożywiona- Dokładnie wszystko sprawdziłam. Byłam na obydwóch cmentarzach. Księgi parafialne przewertowałam od 1900 roku- szczęśliwie mają jeszcze zachowane. I powtarzam ci: pradziadek Franz miał tylko dwoje dzieci- Feliksa i Cecylię. Cecylia żyła w latach 1903-1906. To jakim cudem mogła wyjść za mąż, wyjechać do Wilna, urodzić dziecko i jeszcze je podchować? - W wieku trzech lat?! Hanka zamyśliła się głęboko- rodzinne rewelacje nareszcie zaczęły do niej docierać. - Skoro on nie był synem Cecylii, to może od strony prababci- z Bieleckich pochodził? Tylu ich tam leży... - Jakby był z Bieleckich, to po co by kłamały w żywe oczy- o tym bohaterze wojennym i zakochanej ciotce? - Cholera, masz rację, innej możliwości nie widać! A wiesz, że mi to z daleka pachnie naszą mamą. Ona pewnie do dziś się rumieni na samą myśl, że jej ojciec…hi, hi…Przynajmniej teraz rozumiem tę jej organiczną nienawiść. Mielnicki – owoc grzechu…- chichocząc upiła łyk kawy, zakrztusiła się i zamarła z wytrzeszczonymi oczami. -Popatrz, popatrz, atrakcji ciąg dalszy… A było na co popatrzeć. Za oknem od strony bramy sunęła osobliwa procesja. Otwierał ją w radosnych podskokach Mareczek- w swoim zwykłym zawoju na głowie. Za nim kroczył posterunkowy Skiba, uginając się pod rudym brzemieniem, a całość zamykał Synek na rowerze, z jakimś pakunkiem pod pachą. - Zosiu, Zosiu, chodź tu szybko! Pies wrócił!- krzyknęła Hanka w kierunku łazienki. Minęło zaledwie parę sekund, gdy w drzwiach stanęła ociekająca wodą Zosia owinięta w ręcznik kąpielowy. Wpadała do kuchni, okręciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wyjścia. Posterunkowy Skiba, słaniając się z wyczerpania, czynił właśnie próbę pozbycia się nieznośnego ciężaru, gdy doznał objawienia… Z wnętrza domu wypadło zjawisko – z rozwianym włosem, w obłokach pary wodnej i różowej poświacie falującej materii. - Nimfa wodna…Jutrzenka…różanopalca Eris …- Wyczerpawszy cały zasób antycznej wiedzy, zamarł w uniesieniu. Zjawisko tymczasem zbliżyło się w pląsach i lansadach, porwało z jego rąk słodkie już teraz brzemię- i znikło w czeluściach domu, błyskając gołymi piętami. - Piesku kochany, biedactwo zmaltretowane..- Roztkliwiała się, wnosząc zgubę do kuchni. Ten, zaś, rozprostowawszy nogi, obiegł truchcikiem pomieszczenie, obwąchał kąty i cztery stołowe nogi, którym skinął przyjaźnie ogonem i legł w kącie. - Zaraz dostaniesz kotlecika…dwa kotleciki…- Wyśpiewywała pod nosem, grzebiąc w lodówce- A chłopaczyska będą dziś sałatę żarły… Pies podniósł się ociężale, obwąchał miski i łaskawie pochłeptał wody. Powiódł pogodnym spojrzeniem po znajomych twarzach, merdnął ogonem i ponownie legł, szykując się do drzemki. - O, Boże, on jest chory!- krzyknęła Zosia boleśnie- Nic nie je! Pieseczku kochany, maleńki, co ci dolega… - A, dajże spokój!- Hanka, która od dłuższej chwili śledziła poczynania Psa, machnęła ręką- Jest zdrowy jak koń i ma minę wypasionego sybaryty! Chodź lepiej do okna. – Widzisz tego tam sfinksa na trawniku? On jest twój, rozumiesz?! Masz go omotać, zniewolić, karmić z ręki i pozbawić resztek rozumu! Zaintrygowana Zosia jednym spojrzeniem oceniła obiekt, ochoczo skinęła głową i pomknęła ku drzwiom. - Tylko włóż coś na siebie!- krzyknęła za nią matka-…I żeby za długie nie było…-dodała po namyśle, po czym zatarła z ukontentowania dłonie i zwróciła się do siostry.- No, to mamy go z głowy! Co prawda to trochę potrwa, więc trzeba by jakoś ugościć… - Piwa!- krzyknęła Marysia do wnętrza lodówki- niejako wbrew swej naturze, ale z głębokim przeświadczeniem, że tego właśnie potrzeba dla ukojenia męskich rozterek i zmysłów. Lodówka odpowiedziała wyniosłym milczeniem, prezentując bogaty asortyment napojów chłodzących. Piwa wśród nich, rzecz jasna, nie było. - A tam, coca-cola też dobra… Uzbrojone w szkło, napoje i życzliwe uśmiechy, wyszły na ganek. - Panie posterunkowy! Pan jest doprawdy nieoceniony! Ale, ale, proszę spocząć, po takim wyczynie należy się chwila wytchnienia i ochłody- trajkotała Marysia, pragnąc szybko i nieodwołalnie zatrzeć przykre być może wrażenie z poprzedniego spotkania. Chłopcy zgrabnie podsunęli krzesło ogrodowe oraz stolik i posterunkowy spoczął. Otarł pot z czoła, odwrócił, acz niechętnie, spojrzenie od drzwi wejściowych, i odezwał się roztropnie: - Ja nic nie zrobiłem- to wczasowicz! On się zawsze u nas pod lasem rozbija. Z powodu rozbitego wczasowicza musiały popatrzeć jakoś nierozumnie, bo młody stróż prawa doprecyzował:- Znaczy, namiot rozbija na naszej łące… Wczoraj przeczytał ogłoszenie na płocie i rano przyprowadził tego psa, co mu się przybłąkał. Zresztą mówił jakoś tak dziwnie…że i tak dłużej by go nie trzymał, bo ten pies to nawet Rockefellerów by z torbami puścił… Mareczek z Synkiem zarechotali radośnie. - Tak, czy inaczej, to pański sukces.- Rozstrzygnęła Hanka- Ostatecznie to właśnie pan przywiódł go do nas, że się tak wyrażę- własnoręcznie. Tylko proszę zaspokoić moją ciekawość- Czy koniecznie trzeba było go nieść? Posterunkowy smętnie pokiwał głową. Z jego dalszej, nieco chaotycznej relacji, wynikały fakty niezbite i lekko niepokojące. Wczasowicz ów- widocznie wykończony finansowo- przywlókł Psa na sznurku, bo ten nie wykazywał najmniejszej ochoty pójścia dokądkolwiek. Uwiązał go przy domu i wdał się w pogawędkę z posterunkowym. Gdy zaczął się sposobić do powrotu, Pies okazał pierwsze oznaki zaniepokojenia, a kiedy zniknął za bramą, w zwierzę piorun strzelił! Wył, jazgotał, szarpnął raz i drugi… i poszedł! Dzielny posterunkowy dopadł go dopiero na szosie, a że się bestia wyrywał, trzeba było go nieść. Szczęściem nie gryzł, tylko strasznie lamentował. Sytuacja została opanowana dopiero przy sklepie. - Jak spotkałem tych dwóch panów, to nawet się ucieszył, a gdy mu kupili kiełbasy- uspokoił już zupełnie. Panowie pokiwali głowami i na znak prawdy okazali potłuszczony pakunek z resztkami przynęty. - To musi być jakiś porządny człowiek, ten pański wczasowicz.- Hanka otrząsnęła się z posępnej zadumy- Bo, wie pan, tego psa mamy już siódmy rok i ręczyć mogę za jego przyzwoitość. Zjeść lubi, owszem, ale na pewno za kawałek kiełbasy diabłu duszy by nie sprzedał. - Ale też ciężkie to bydl…biedne stworzenie…- poprawił się natychmiast posterunkowy, wlepiwszy zamglone spojrzenie w przestrzeń ponad ich głowami. „Zbawco! Rycerzu najdzielniejszy z dzielnych! – wykrzyknęła księżniczka, osuwając się w silne, męskie ramiona”, a Zosia tego dnia przewyższyła ów niedościgniony wzór literacki. Spłynęła ze schodków odziana, wbrew zaleceniom matki, w szatę długą a powłóczystą, która wszak niewiele zakrywała. - Ach, panie posterunkowy…- zaszemrała- pan mi życie przywrócił…- Tu złożyła ręce w modlitewnym geście i malowniczo spoczęła na krzesełku obok. Przez chwilę omdlewali oboje, po czym Zosia podjęła- Ja doprawdy nie wiem, jak mogłabym się odwdzięczyć… Posterunkowy zdawał się wiedzieć, z wrodzonym taktem zamilczał jednak, rumieniąc się przy tym straszliwie. Po chwili zerwał się, trzasnął obcasami niczym galant jakiś i wymamrotał; - Ja przepraszam… nie przedstawiłem się jeszcze… Michał Skiba jestem!- Ucałował nabożnie wszystkie wyciągnięte dłonie, po czym usiadł i na powrót patrzył. - …Jakaś wspaniała nagroda…- Zosia bystrym spojrzeniem objęła zmartwiałe nagle twarze matki i ciotki i zakończyła pytająco-…Może uroczysta kolacja?... - W piątek lub sobotę- Poparła Marysia, dokonawszy błyskawicznych obliczeń własnych zasobów i możliwości. Rozjaśnione oblicze posterunkowego zasępiło się. - Ja…ja bardzo chętnie… z największą przyjemnością, ale w piątek i sobotę nie mogę- mam egzaminy… - A czegóż oni tak ciągle pana egzaminują?- Zainteresowała się Hanka- z przepisów drogowych? - Ja, proszę pani, studiuję! Prawo na Uniwersytecie Łódzkim! Zaocznie!- Każdy wykrzyknik znamionował głęboko urażoną dumę. - Ach, to gratuluję! - Nie ma czego…- westchnął ciężko i zmilkł posępnie. - To bardzo trudne studia, i naturalne, że ma pan pewne trudności, ale nie można się zniechęcać.- Hanka litościwie wspierała młodego człowieka dobrym słowem. - Pewnie, że trudne…- Markotnie skinął głową- Ale, ja proszę pani, ze wszystkim daję sobie radę. Nawet łacinę i prawo rzymskie zaliczyłem! – obwieścił triumfalnie- …Tylko ta cholerna historia… - No, co, jak co, ale historię można wykuć. Wiem coś o tym…- wtrącił się Synek, ciężko w tej materii doświadczony. - Zależy, której historii i u kogo. Ja już trzeci raz podchodzę….Lata u nas po instytucie taki jeden oszalały docent od starożytności. On ma kompletnego fioła na punkcie Juliusza Cezara. Katuje tym Cezarem i jego pamiętnikami wszystkie kolejne roczniki. Pani sobie wyobraża, że w oryginale każe czytać, a potem jeszcze odpytuje!!! My go Katon nawet nazywamy- znaczy…że niby taki kat i sadysta.. - Co pan powie? To bardzo interesujące..- odezwała się Hanka, posyłając przy tym siostrze mordercze spojrzenie. Marysia od jakiegoś czasu siedziała skulona i bardzo cichuteńka, ale krzesło zdawało się ją parzyć. Rozbieganym spojrzeniem penetrowała wszystkie zakątki ogrodu, starannie unikając twarzy posterunkowego i mrocznego wzroku rodziny. -Ech, drogi panie Michale- Hanka dziarsko podniosła się z krzesła- Jednak nasze zaproszenie pozostaje aktualne. Mam dziwne przeczucie, że te wszystkie kłopoty zakończą się szybko i w dodatku pozytywnie. Pan nawet sobie nie wyobraża, jakie możliwości w ludziach drzemią! – Tu pociągnęła siostrę w kierunku domu. - I twoja w tym głowa…- zasyczała w sieni. * - Czy ty wiesz,do czego służy telefon?- Pytanie było równie zaskakujące, co sam przyjazd Filipa. Pojawił się nieoczekiwanie wczesnym popołudniem- ku uciesze rodziny i lekkiemu zakłopotaniu Marysi. Jak zwykle otaczała go aura pogodnej życzliwości, która wzbudzała w bliźnich ciepłe uczucia i natychmiastową chęć niesienia dobrych uczynków. Zosia, w przypływie altruizmu, przystąpiła do zmywania naczyń, chłopcy grzecznie się przywitali i pomknęli nad rzekę- być może w celu spełnienia owych uczynków, a zadowolony Pies jął się sposobić do poobiedniej drzemki. Las szumiał cicho, pszczółki brzęczały rozkosznie, słowem- sielanka. Nie, Filip absolutnie nie mógł być zwiastunem hiobowych wieści! A jednak…-‘ Czy aby nie za dużo tych niespodzianek, jak na jeden dzień?”- myślała ,patrząc na niego z obawą. - Głupie pytanie… - A wiesz może, że taki telefon trzeba od czasu do czasu naładować?- On także przyglądał się jej z jakimś szczególnym zainteresowaniem. To również wiedziała, tylko tak jakoś wiecznie jej znikał sprzed oczu. Znów się chyba musiał gdzieś zawieruszyć... Zresztą, nie miała specjalnego nabożeństwa do tych przycisków, kodów, kabelków i innych diabłów. - Siedzicie tutaj odcięci od świata i w żaden sposób nie można się z wami skontaktować. Próbuję od wczoraj. Nie wyobrażasz sobie, jak się zdenerwowałem. Nie, tego rzeczywiście nie mogła sobie wyobrazić. Zdenerwowany Filip- też coś! Za to ona niepokoiła się coraz bardziej. - Zaraz, zaraz, czy ty przypadkiem nie powinieneś być na tej swojej budowie? Filipa wspomniała, że terminy was gonią. - Jakoś udało się nadrobić. Dzisiaj rano wylaliśmy fundamenty. One muszą swoje odstać, więc tylko dzięki temu mogłem przyjechać. Przedtem jednak obdzwoniłem całą gminę chyba. Ośrodek zdrowia nieczynny, wójt urzęduje w Maciejowie, na plebani i u sołtysa głucho. W końcu, jak się wreszcie połączyłem, to musiałem na jakiegoś upośledzonego trafić. Wyobraźcie sobie, że na dźwięk słowa „Stokrotka” omal się nie popłakał, a potem najprostszej informacji nie umiał powtórzyć! – Więc, co miałem zrobić- wsiadłem w samochód i przyjechałem. - O, to musiał być nasz dobry znajomy- bystro zauważyła Hanka- Dziś rano, mówisz? Ciekawe, czy przed, czy po…- przerwała zaintrygowana dziwnym zjawiskiem zachodzącym w okolicach bramy. Najpierw dał się słyszeć trzask, potem głuchy odgłos jakby upadku, krzaki jałowca zafalowały raz i drugi i na koniec zaczął się z nich wyłaniać kształt noszący wszelkie znamiona posterunkowego Skiby. - A słowo ciałem się stało… Posterunkowy ukłonił się grzecznie i zakrzyknął wcale roztropnie: - Ja przepraszam, że tak państwa nachodzę, ale mam ważną wiadomość do przekazania! Dzwonił jakiś pan Filip i mówił, żeby pod żadnym pozorem domu nie sprzedawać. Marysia wydała z siebie coś pomiędzy gulgotem a kaszlnięciem, Filip zrobił duże „Ooo!” i tylko Hanka stanęła na wysokości zadania. - Dziękujemy bardzo, panie Michale! To naprawdę wspaniała wiadomość! Posterunkowy chwilę podreptał w miejscu, dwukrotnie się pokłonił i z wyraźną niechęcią przystąpił do odwrotu. - A Zosia wybiera się na plażę…- dodała Hanka życzliwie. - No, widzisz- wiadomość dotarła- Ucieszyła się Marysia- Pół dnia mu to zajęło, ale się sumiennie wywiązał. A ty taki pochopny jesteś i zaraz byś ludzi o niedorozwój posądzał… Zaraz, zaraz, co z tym domem? Kto ma go sprzedać i dlaczego? - No, jak to? Przecież Karol ciągle przebąkuje… Marysia wzruszyła ramionami. Przebąkiwania Karola należało potraktować z życzliwą wyrozumiałością jak wszystkie inne dziwactwa, natomiast, jeśli o nią chodzi - nie miała zamiaru czegokolwiek sprzedawać. - Tak czy inaczej, musicie trzymać go pazurami, bo siedzicie tu na żyle złota. Mam dla was taką wiadomość, że chyba...chyba z krzeseł pospadacie! Wiadomość musiała być na wagę milionów karatów, skoro wywołała aż takie poruszenie Filipa. W napięciu więc spijały z jego ust każde słowo. Ta budowa, której poświęcił już parę miesięcy życia, była do pewnego stopnia samowolką. W ogóle, sądząc po rozmiarach, ilości wieżyc, krużganków i coraz to nowych innowacji, zapowiadała się na siedzibę przynajmniej królewskiego rodu. Inwestor kipiał wprost pomysłami, zaś Filip nie sypiał po nocach. Kończył fundamenty, a ostatecznego pozwolenia na budowę nie miał! I właśnie wczoraj, w Wydziale Urbanistyki i Gospodarki Przestrzennej otrzymał wymarzony papier ze wszystkimi załącznikami i pieczęciami. Zataczając się ze szczęścia, wpadł piętro niżej na kolegę ze studiów, zwanego „Borsukiem”. W czasach, gdy Filip poniewierał się po różnych pracowniach i placach budowy, kolega „Borsuk” posuwał się na drodze kariery urzędniczej mozolnie, ale z konsekwencją walca. Teraz był naczelnikiem od tak zwanej infrastruktury, a głównie- od dróg i mostów. Pogadali trochę, powspominali i- jak to w takich razach bywa- zeszło w końcu na rząd, podatki, akcyzę na samochody oraz podłą jakość dróg. I tu wybuchła bomba! Okazało się bowiem, że wirtualne autostrady przechodzić nareszcie zaczęły w stan fizycznej rzeczywistości. Kolega był na tyle uprzejmy, że pokazał nawet szczegółowe plany pilnie strzeżone w ogniotrwałej kasie. - Czy wy wiecie, którędy będzie przebiegać główna autostrada wschód- zachód? Dwa kilometry stąd! Ze zjazdem w Maciejowie! To jest pewne, jak w banku, bo zaczęli już kopać pod Łodzią w obydwu kierunkach, a inwestor jest poważny- niemiecki i w balona nie da się zrobić kolejną zmianą planów!- Zakończył triumfalnie. Z krzeseł, co prawda, nie pospadały- ale Hanka radośnie zakwiliła, a Marysia jęknęła. - Matko Boska! Co ty mówisz, Filip? Przecież to trzeba natychmiast sprzedać, bo jak się wieść rozniesie... - No, właśnie, co jak się rozniesie?- spytali równocześnie. -To...to przecież nikt normalny nie będzie chciał mieszkać w tym smrodzie i hałasie! Filip popatrzył na nią przeciągle, z głębokim zainteresowaniem. - Wiesz, ja się czasami zastanawiam, czy wy na pewno od jednej matki jesteście... - Wnosząc z ostatnich rewelacji, to w naszej rodzinie wszystko jest możliwe- ożywiła się Hanka. - Słuchaj, Marysiu- począł cierpliwie wyjaśniać- Nawet gdyby ta autostrada miała wam przebiegać przez środek podwórka, musicie tu trwać do ostatniej chwili, niczym opoki. Ceny gruntu tak pójdą w górę, że dom sprzedacie co najmniej z trzykrotnym przebiciem! A przypominam ci, że przewidziana jest 2 kilometry stąd- za lasem. I tu dopiero otwierają się perspektywy! Wzrok Marysi musiał wykazywać brak jakichkolwiek perspektyw, bo Filip kontynuował: - Wyobraź sobie setki kilometrów bezkresnej drogi i pędzącego nią, dajmy na to, jakiegoś biznesmena czy innego Europejczyka. Załatwiał interesy w Mińsku albo Warszawie i teraz wraca do Berlina. Jak myślisz, o czym on marzy? - Na ile znam mężczyzn, a Europejczycy chyba nie odbiegają od normy, to chce jak najszybciej dotrzeć do domu, zjeść coś i się wyspać. Aha- i piwa wypić!- oświadczyła kategorycznie. - Świetnie! Najeść się, wyspać- owszem, ale niekoniecznie w domu. Jedzie on sobie zmordowany, spragniony i cóż widzi? - Dziurę w jezdni! Albo zderzak swojego ziomka, bo mu się na tej dziurze w kuper wpakował i teraz tkwi w 20- kilometrowym korku! - Ależ ty defetystka jesteś...- Filip pokręcił głową z niesmakiem- otóż nie, nasz turysta... Czekaj, jak się ten wasz słynny przodek nazywał? - graf von Liebnitz. - No, więc widzi ogromny bilboard z napisem:”GASTHAUS der GRAF von LIEBNITZ”. I w tym momencie czuje się jak w domu! Hanka z aprobatą pokiwała głową, Marysia zamarła w niemym zdumieniu, a Filip snuł dalej swoje wizje. - Macie tu wprost nieograniczone możliwości! Zaplecze gastronomiczne właściwie gotowe- kuchnia duża, sala jadalna też, no i oczywiście- Marysia. Dziewczyno, nareszcie będziesz mogła rozwinąć skrzydła! Już to widzę: zrazy po hetmańsku, żur jaśniepański, stek a la krwawy baron... - I cynaderki z grafa...- wysyczała, bo rola zaplecza gastronomicznego specjalnie nie przypadła jej do gustu. - Też niezłe- zaaprobował Filip- Następnie macie całe lewe skrzydło, a w nim co? - No, co?... - Przecież pokoje gościnne! Nie, nie,..- Zamachał rękami, widząc próby protestu- Nie ma mowy o jakiejś noclegowni dla tirowców, skąd! To musi być coś eleganckiego, stylowego... Małe pokoiki, dyskretne światło, muzyka...- słowem pełna intymność. - I czerwona latarenka nad drzwiami- dodała Hanka tytułem uzupełnienia. - No, tak daleko może bym się nie posuwał... - Czyście poszaleli? Będą mi tu w domu jakiś zamtuz urządzać!- Zdenerwowała się Marysia. - A o tym to już musicie same zadecydować.- Roześmiał się- Ja, w każdym razie, swoje zrobiłem. No, rozejrzę się trochę- Wstał i podążył w kierunku domu. Popukawszy tu i ówdzie, skinął przyjaźnie tynkom własnej roboty, zaaprobował wyłataną podłogę, sprawdził drzwi i dopiero w następnym pomieszczeniu doznał wstrząsu. - No nie, to już nie jest wandalizm, ale czyste kretyństwo! – Widok pogruchotanych okiennic i rozwalonej futryny stanowił ciężką próbę nawet dla jego nerwów.- Czy ten wasz włamywacz nie mógł po prostu wybić szyby, ukraść, co mu tam potrzeba i przyzwoicie się wynieść? To jakiś bezmózgowiec kompletny! - Może próbuje dostosować się do miejscowych standardów- westchnęła Marysia- stróża prawa już widziałeś... - Bardzo proszę nie obrażać pana posterunkowego – zaprotestowała Hanka- Chłopak jest dzielny i wcale roztropny, tylko za dużo klęsk mu się zwaliło na głowę. Najpierw nieboszczyk, potem Pies, Zosia, a na końcu jeden oszalały docent- Ze złośliwą satysfakcją popatrzyła na siostrę. Filip, tymczasem, wyczarował skądś młotek, wiertarkę i szereg innych narzędzi niewiadomego przeznaczenia- najwyraźniej szykował się do pracy! - A, co tam- skoro już tu jestem...- Machnął ręką i udał się na poszukiwanie cementu. W kuchni Hanka nie posiadała się ze zdumienia. - Słuchaj, to jest jakiś fenomen nie mężczyzna! Wizjoner z fantazją, a na dodatek robotny jak wół! Ale ale, a propos fantastów...- załatwiłaś już tę sprawę? Marysia westchnęła, podniosła ociężale i udała na poszukiwanie telefonu.
* Karol w zasadzie był zadowolony. II Kongres Juliański zapowiadał się więcej niż interesująco. Kiss z Londynu, Fontaine, Molinari, no a przede wszystkim sam wielki Visconti, który osobiście dzwonił, by upewnić się, że signore Carlo przyjedzie. Takie sławy! A jednak jego skromny dorobek został zauważony, skoro poproszono go o odczyt. Właśnie jego! Tak, kwestia była sporna, jednak miał dość argumentów, by... Sprawa odczytu skierowała jego myśli na wody bardziej niespokojne... Ta Halina...- czy, aby zdąży?... Sekretarka Instytutu, co prawda słynęła ze swej solidności, jednak ostateczna wersja referatu wciąż jeszcze leżała na jej biurku w rękopisie. E, na pewno zdąży! W sobotę wpadnie tam na chwilę, poprawkowiczów załatwi w kwadrans- góra pół godziny- i w zasadzie jest wolny. Pozostały mu właściwie tylko przygotowania do wyjazdu. Aha, jeszcze teściowa! Myśl o niej chyba po raz pierwszy w życiu wprawiła Karola, jeśli nie w nastrój euforii, to na pewno życzliwości. – Chce się tłuc pociągiem?- Bardzo dobrze, niech jedzie. Przynajmniej człowiek zaoszczędzi sporo czasu i kilometrów na liczniku. Nie mówiąc już o nerwach! Podrzuci ją w piątek na dworzec, wyśle ten list do Marysi...No, tak, Marysia! – Gdzież ona, do licha, mogła wepchnąć te walizki? Kupił je specjalnie na tę okazję- cena bardzo przyzwoita, a jakie eleganckie... skóra prawie. Celowo zostawił na widoku, by nie zawieruszyły się w tym wakacyjno- wyjazdowym rozgardiaszu. I przepadły! Przejrzał pawlacz, wybebeszył wszystkie szafy, przetrząsnął nawet komórkę. Przy okazji natknął się na kapok żeglarski, Encyklopedię Rewolucji Październikowej ( ciekawe, kto to czytał?), trzykołowy rowerek i parę innych osobliwości. Walizek jednak nie było! – Przecież, do licha, nie spakuje się w plecak czy jakąś szmatławą torbę! W końcu jedzie do stolicy świata. No, antycznego, co prawda, ale zawsze... W desperacji zajrzał pod łóżko i za szafę, zza której wyciągnął kolejne dziwadło. Przez chwilę patrzył na obraz z zainteresowaniem- jakiś Rzymianin na tronie, kolumny, fragment belkowania... Też coś – porządek dorycki! Nie to miejsce i epoka! Prychnął pogardliwie, jakoże nie cierpiał dyletanctwa, a kwestia jakichś tam umowności była mu zupełnie obca. -„Swoją drogą ciekawe, skąd wytrzasnęła to arcydzieło?’- pomyślał, wpychając obraz z powrotem. Telefon i trzask rozdzieranego płótna rozległy się równocześnie. Ten pierwszy zasługiwał na zdecydowanie większą uwagę. - Ach, to ty!- Głos z drugiej strony wyraźnie go ucieszył.- Nie wiesz przypadkiem, gdzie się podziały moje walizki? - Niemożliwe!!- wykrzyknął po chwili, w trakcie której przeszedł od lekkiego niepokoju w stan bliski apopleksji. - Jak mogłaś?! Wiesz przecież, że wyjeżdżam!!- Wytrwał jakiś czas na bezdechu, po czym jął gwałtownie łowić powietrze. - Czyś ty, kobieto, rozum straciła? Ja mam przyjechać do was?! W piątek? – Ty zupełnie nie masz wyobrażenia, co się tutaj dzieje! Instytut, mój referat, egzaminy i na dodatek twoja matka! Przecież to istny sądny dzień! -... - No, rozwodem nie musisz mi zaraz grozić. Jak przyjadę z Włoch, to porozmawiamy... -... - Jak to będzie za późno? Co chcesz przez to powiedzieć?...- Tu Karol zaniepokoił się lekko. Nieokiełznana wyobraźnia podsunęła mu obraz pewnego osobnika- i zaniepokoił się poważnie - Czy... czy on tam jest?... W odpowiedzi usłyszał słowa, które wprawiły go w kompletne osłupienie: - Jasne, tu jest całe stado takich! I jeden lepszy od drugiego! Ja tu też jestem, i dlatego musisz przyjechać ty... ty Katonie jeden! Karol popadł w apatię.
Rozdział 4
Filip wył i łomotał od samego rana. - Niestety, cierpi na bezsenność, co bywa zaletą tylko w niektórych okolicznościach- kończyła Hanka wczorajszą kwestię, stając w drzwiach kuchni.- A jak tam twoje sprawy? - Kto go tam wie? Bodziec, co prawda, mu dałam, nawet dwa, ale...- Marysia wzruszyła ramionami, powracając do przerwanej lektury. - Słuchaj, jak on nie przyjedzie, to będzie katastrofa! Posterunkowy do cna skołowacieje od tej nauki i Zosi, a wtedy nic już z niego nie wydusimy. Ja muszę się dowiedzieć, kto i dlaczego zamordował nam wujka. - Myślisz?...- Zainteresowała się Marysia - Ba! Wyobrażasz to sobie... Dom na odludziu, stary, samotny człowiek. - Kto wie, jakie skrywa tajemnice? A może kosztowności po prababce skrzętnie ukryte przez chytrego Franza? Noc ciemna, że oko wykol, tylko puszczyk gdzieś zahuka, ogień w kominku trzaśnie... Zafascynowana Marysia wpatrywała się w siostrę, która najwyraźniej przywoływała jakiś świeżo obejrzany smakowity horror. -... I nagle w nocną ciszę jak jęk potępieńca wdziera się skrzyp zawiasów. Trwoga podpełza pod drzwi komnaty. Jej śliskie macki chwytają za gardło. Twarz starego człowieka wykrzywia paroksyzm strachu... Coś zawyło, huknęło i dom zamarł w trwożnym oczekiwaniu krwawej jatki. - Gniazdko w pokoju poszło i chyba cała elektryka siadła- oznajmił pogodnie Filip na powitanie.. – Dobrze, że jesteście- ktoś musi mi poświecić przy korkach w piwnicy. - A to już radźcie sobie sami, ja mam całą aprowizację na głowie- Hanka chwilę pokręciła się po kuchni i znikła z pola widzenia, zostawiając siostrę sam na sam z Filipem i mroczną piwnicą. Filip zmagał się z elektryką w ciszy i napięciu. Po godzinie elektryka ustąpiła, a napięcie poszło swoim normalnym torem. Wycie i łomot ucichły koło południa. - Można powiedzieć, że skończone- oznajmił, szykując się do drogi- Prowizorka, co prawda, ale do jesieni powinna wytrzymać. Tylko szklarza wezwijcie z Maciejowa, nie przeciążajcie bezpieczników i gniazdka w pokoju nie ruszajcie- recytował katalog przestróg- Aha, byłbym zapomniał- jest jeszcze coś...
*
Posterunkowy został wzięty z zaskoczenia. Zosia służyła za przynętę, chłopcy za straż boczną, a w sieni, niczym złowroga Nemezis, czatowała Marysia. - No, panie Michale, surmy bojowe grają- alea iacta est- oznajmiła raźno, wpychając go do pokoju. Pod koniec trzeciego kwadransa Hankę zaczął szlag trafiać. - Cholera, nic nie słychać!- Zdegustowana odsunęła się od szczelnie zamkniętego okna- Co oni tam robią? Przecież miało być symbolicznie i krótko! - Pewnie idy marcowe odczyniają- wyjaśniła Marysia, przewracając na grillu żeberko.- Wiesz- tak żeby nasz bohater był górą... Cała rodzina skupiła się wokół stołu, wodząc hipnotycznym spojrzeniem od stosu kiełbas i kaszanek, przez kilka imponujących steków, po apetycznie przyrumienione żeberka. W powietrzu unosiło się napięcie i boski aromat pieczystego, a na ziemi omdlewał Pies. Jedna Zosia odstawała nieco z boku, za przedmiot studiów mając nerwowo rozbiegane ręce chłopaków. - Nie ruszać!- warknęła przy kolejnej nieudanej próbie- Goście mają pierwszeństwo! Na koniec i goście poczęli się wyłaniać. Pierwszy jaskinię lwa opuścił posterunkowy na rozchwianych nogach. Za nim postępował sam lew. Na pytające spojrzenie żony skinął głową. - Wiesz, to wcale niegłupi chłopak, tylko dziwnie nerwowy i bojaźliwy. Obawiałem się nawet, czy reanimacja nie będzie konieczna. Mówisz, że to policjant? Ciekawe... Tymczasem Michał Skiba przyjmował hołdy, gratulacje i talerz smakowitości od pozostałej rodziny. - Chyba zaliczyłem...- wymamrotał do skwierczącej kaszanki-...Tak, zdałem!- powtórzył już przytomniej i wyraz nieziemskiego szczęścia rozlał mu się po twarzy. - A tu coś na wzmocnienie- Hanka ruszyła do ataku podając mu szklaneczkę różowego płynu. Posterunkowy chlapnął, zakrztusił się, załzawił i dłuższą chwilę pozostał na bezdechu. - Boże, co to?! - Domowa naleweczka- Nie smakuje panu?- Zdziwiła się obłudnie Marysia, która jeszcze przed południem doprawiła kupioną wiśniówkę spirytusem- „ dla klarowności”. Obłaskawiony, skołowany i uwiedziony stróż prawa zmiękł jednak dopiero po trzecim żeberku i drugiej kolejce. - To jak to było, panie Michale?- rzuciła Hanka od niechcenia między kaszanką a średnio wysmażonym stekiem- Mielnickiego pan nie znał, a za czwartego do brydża to się przypadkiem robiło? I proszę nie zaprzeczać- ksiądz proboszcz pana sypnął. - O, przepraszam, ja byłem za trzeciego. Już od szkoły średniej pan Mielnicki mnie przysposobił!- Wrodzona prawdomówność, zdopingowana promilami i anielskim wejrzeniem Zosi, nareszcie znalazła ujście. - Czwarty bywał u nas na ogół z przypadku- czasem Misiak z sąsiedztwa, bratanek proboszcza albo doktor z Maciejowa. - Cholera jasna! Wieś to polska czy, z przeproszeniem, Monte Carlo!- syknęła Marysia- Człowiek dwóch kroków nie zrobi, by w jakiegoś karciarza nie wdepnął! - Oj, nie tak drzewiej bywało. Kiedyś to i bimberku nagotowali przy księżycu i z dziewczynami po sianku się przeturlali... A teraz, proszę - jaka degeneracja- Podchwycił Karol- abstynencja i wstrzemięźliwość! - E, tak źle to jeszcze nie jest!- raźno zakrzyknął posterunkowy, z ułańska biorąc się pod boki- Najwyraźniej sposobił się do mazura z panną Zosią w pierwszej parze. Hanka przytrzymała go za rękaw. - To, czego pan łgał jak najęty? - A, bo to z przeproszeniem pani, człowiek wie, z kim rozmawia? Przez te wszystkie lata różni się tu kręcili, więc na wszelki wypadek lepiej milczeć niż głupstwo palnąć. Zresztą, bez obrazy, ale ten dom państwa nie cieszy się w okolicy najlepszą sławą. Najpierw, jak w 1939. weszli Niemcy, to starszego pana hrabiego na miejscu szlag trafił. Dziwne, bo sam był przecież Niemiec, a swoich jakby nie lubił... Potem, z kolei Ruscy przyszli i też bez trupów się nie obeszło. Podobno kogoś tu zastrzelili. Ja to wszystko wiem od dziadka, bo on we wsi najstarszy i wie, co mówi. To znaczy, do niedawna - bo ostatnio coś słaby na umyśle… Cała rodzina, skupiona wokół pieczystego, skrzętnie łowiła każde słowo, z rzadka tylko zakąszając. Bo też i wieści należały do gatunku tych, co nie tylko apetyt, ale i sen spokojny odbierają. Po działaniach wojennych nastąpiła równie burzliwa era komisarzy i wszelkiej maści aktywistów. Ci, za główną kwaterę swej hałaśliwej działalności obrali, rzecz jasna, „Stokrotkę”. Ze zmurszałego gniazda wstecznictwa i feudalnego wyzysku promieniowała teraz na cały powiat myśl nowa- rewolucyjna. Wyzwolony lud wiejski z radością przyjął odmianę. Klaskali entuzjastycznie, kiwali głowami, ale jak przyszło do dzielenia dworskich gruntów- nijak nie mogli pojąć tej prostej operacji. Głupie to było i nieoświecone jeszcze! - A niby, co tu dzielić?- gadał jeden z drugim. Wiadomo, że Skibów ziemie pod lasem, Maciaszkowe za miedzą, Gajdy, jak świat światem, miały swoje zagony wpodle tego brzozowego zagajnika. Każdy na swoim siedział z dziada pradziada, a dziedzicowe i tak od dziesiątków lat dzierżawili i obrabiali... W dodatku mierniczy sprowadzony z Poddębic gdzieś się zawieruszył, wójt złożył dymisję i do szkół pojechał się kształcić. Wraz z nimi zapodziała się imponująca tablica: „Urząd Gminny” -z godłem. „Stokrotka” opustoszała na krótko, by za rok czy dwa porazić okolicę nową ideą- kolektywizacji. Rozkwitła teraz w charakterze siedziby SKR-u. – Któż by zliczył te narady produkcyjne, prelekcje, odczyty, które tchnęły nowe życie w stare mury? - Któż by spamiętał nazwiska przewodniczących, zastępców i zastępców zastępców ówczesnych włodarzy tych ziem? Zbiorowa pamięć przechowała do dnia dzisiejszego ledwie dwa doniosłe wydarzenia o charakterze agro-artystycznym. Pierwszym była projekcja filmu „Złote łany”- autorstwa zaprzyjaźnionej kinematografii, drugim, zaś- porażająca dramatyzmem śpiewogra „Traktory zdobędą wiosnę”- narodowej proweniencji. Oświecony już teraz naród z wdzięcznością przyjął nowe ciągniki w ilości sztuk dwie, jedną sieczkarnię oraz radio w świetlicy. A w kulturze i zdrowotności wręcz się rozsmakował! Cała wieś ruszyła hurmem do nowej szkoły zgłębiać tajniki abecadła i nowoczesnej ekonomii tak, że mało który w chałupie pozostał. – Może jeno dziad stary i niedorostek koszulę w zębach noszący. Ośrodek zdrowia- chluba całej gminy, cieszył się również niesłabnącym powodzeniem. Można powiedzieć, że punktem honoru miejscowej społeczności stały się higiena i zdrowie. Niestety, mimo wzmożonych wysiłków, ich poziom okazał się zastraszająco niski. Po epidemii świerzbu i półpaśca przyszła kolej na niezidentyfikowaną, nawracającą wysypkę, a nawet ( rzecz niespotykana w tych stronach!)- malarię. Drzwi ośrodka zdrowia nie zamykały się i w warunkach nieustającej kwarantanny mowy być nie mogło o jakiejkolwiek pracy kolektywnej. Tym bardziej, że akurat nieszczęśliwie stonka padła na ziemniaki, bezmleczność na krowy, a i kury nieść się przestały. Idea kolektywizacji umarła wraz z ostatnim przewodniczącym SKR-u. Stało się to przy okazji uroczystej nacjonalizacji starej gorzelni, która po wsze czasy zyskać miała miano Państwowego Monopolu Spirytusowego. Ten doniosły akt zapisał się w dziejach zarwaną rampą, rozbitą kadzią i jednym śmiertelnym zejściem. Różnie na ten temat mówiono- że kontrrewolucyjna robota, spisek wrogów ludu itp. Po chałupach jednak wersje mniej oficjalne krążyły. W śmierci przewodniczącego baby palec boży widziały albo zemstę nieboszczyka hrabiego. Chłopy spluwały tylko po kątach, bo jak sprawy się miały naprawdę każdy dobrze wiedział: moczymorda był- to i dzięki Bogu zapił się na śmierć. Z tych też czasów zdaje się pochodzić ludowy przesąd o złym miejscu i ciążącej na nim klątwie. Ponoć upiory miały tu nocną porą grasować: czasami w postaci hrabiego Franza, innym razem- truchła przewodniczącego- moczymordy. Na nic zdały się wysiłki władz życzliwie wspierane przez miejscowy aktyw- każda chwalebna inicjatywa skazana była na klęskę. Idea wzorcowej stacji inseminacyjnej upadła z braku materiału genetycznego (pomór jakiś przyszedł na bydło), Muzeum Regionalne umarło śmiercią naturalną z braku kustosza i eksponatów. „Stokrotka” więdła, a na przekór niej życie wokół rozkwitało. Ziemia się odrodziła, stada reaktywowały i dostatek jął wciskać się pod eternitowe dachy Przylesia. Pewnie szczęście na stałe zagościłoby w tej przez Boga i inne władze zapomnianej wiosce, gdyby nie przeklęte lata 60. Zamęt jakiś się uczynił i hałas - po czym przyszło nowe. Osiąść musiało, naturalnie, w „Stokrotce”, która tym razem zyskała miano Głównego Zarządu Nadleśnictwa. Najechało się specjalistów bez liku- inżynierów od remontu, magistrów od zalesiania i karczowania, a na koniec- brygada drogowa z walcem. Zrobili, co swoje, wyjechali i byłby miejscowy naród odetchnął z ulgą, gdyby nie jeden wysoko ustosunkowany osobnik. Ten powracał z uporem godnym lepszej sprawy, ciągnąc za sobą oddziały uzbrojonych po zęby jegomościów. I nie zniechęcił go bynajmniej całkowity zanik zwierzyny płowej w tych lasach. Próba odtworzenia populacji zająca szaraka też spaliła na panewce, a on trwał uparcie, wykazując przy tym niesłychaną moc sprawczą. Zwierzyna sama ciągnęła do niego- w ilości i asortymencie godnym pozazdroszczenia: poleskie łosie, jelenie z Tucholi, bobry biebrzańskie. Widywano tu ponoć taką osobliwość jak wilki, a nawet parę sztuk żubrów białowieskich- pod ścisłą ochroną, ma się rozumieć! Rozpoczęła się wojna pozycyjna. Wieś okopała się w opłotkach- cicha i nienawistna. Przyczółek myśliwski, zaś, rozbrzmiewał nieustającą kanonadą, psów graniem i odgłosami hucznych biesiad. Złotówkowo- dewizowy odstrzał zwierzyny trwał całą dekadę. I jakby nie dosyć było jednej zarazy, na nieszczęsną wieś spadła nowa plaga- stonka turystyczna. W tym samym okresie bratni lud wielkomiejski odkrył nowy proletariacki przywilej- wczasy pracownicze. Trzy łódzkie zakłady pracy upodobały sobie akurat to miejsce, choć Warta liczy dobrych osiemset kilometrów, a i lasów sporo jeszcze zostało. Przyjechali kolejni spece uzbrojeni w sprzęt budowlany. Wymierzyli, splantowali kilka zagajników i wznieśli parędziesiąt kolorowych budowli z dykty. Najazd Hunów rozpoczął się. Tyle, że akurat na tej operacji wieś sporo zyskała- sprawny wodociąg, przystań sprzętu pływającego i dwa nowe sklepy. A i żywej gotówki trochę wpadło ludziom do kieszeni. Wszystkie płody rolne rozchodziły się na pniu, a w chałupach nie nadążano z przetwórstwem wyrobów mleczno- wędliniarskich. W końcu lat 70. sytuacja ustabilizowała się - zbrojna okupacja „Stokrotki” ustała, a sojusz robotniczo-chłopski rozkwitał w okresie letnim z obopólną korzyścią. Pamiętna zima 1981 r. położyła kres ogólnej prosperity. Ciemno, sennie i swojsko się zrobiło. Lampy naftowe do łask wróciły, a rozwydrzone przez dziesięciolecie baby - do swych czynności przyrodzonych. Ciasta na chleb jedna z drugą namiesiła, pierogów nagniotła jak się patrzy, a i po chrust do lasu poszła w wolnej chwili. Czasem po drodze przemknął ciężki pojazd gąsienicowy, a do drzwi chałupy zastukał nocny gość w mundurze. Witano go godnie, po staropolsku- kartoflem z solą na okrasę. Ogólna stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa uśpiły czujność Przylesia tak, że o „Stokrotce” niemal zapomniano. Toteż lata 90. zwaliły się na głowę ludu, niczym grom z jasnego nieba. Z jakąś fatalistyczną bojaźnią patrzono w kierunku przeklętego domu, a gdy rozeszła się wieść o jego wykupie, trwoga ustąpiła miejsca głębokiej frustracji. Jednak wbrew wieloletniej tradycji nowy właściciel zamętu nie czynił, wręcz przeciwnie- okazał się istnym błogosławieństwem dla okolicy. Dygnitarz to był z samej Łodzi i w świecie bywały- a ludzki i mądry pan. Przy tym na ekonomii znał się jak mało kto. Doradził, jak przekształcić stary tartak w spółkę drzewną. Jednym prolongatę długów, innym z kolei kredyt preferencyjny w Banku Rolnym załatwił. Taki na przykład Misiak parę ładnych miliardów za pół darmo dostał, bo dobry biznesplan przedstawił. Tylko dzięki temu mógł wykupić i zmodernizować dwa ośrodki wczasowe, za sprawą których teraz ciężki szmal kosi. Na przekór historii, przesądom i zabobonom, „Stokrotka” rozkwitała, a w okolicy dobrze się działo. Choć nie obyło się oczywiście bez pewnych problemów- przynajmniej na początku. Wraz z nowym właścicielem pojawiła się znikąd armia gości- proszonych i nieproszonych. Przybywali cicho i gęsiego, ładnych parę miesięcy po wsi węsząc. A jeden zagorzały wędkarz i miłośnik przyrody stałą rezydencję w przyczepie campingowej założył. Wytrwał w niej coś koło roku i dopiero perspektywa drugiej mroźnej zimy, ochłodziła jego ekologiczny entuzjazm. - I niechby sobie pan Mielnicki ze sto lat jeszcze pożył, bo wraz z jego śmiercią znowu złe w to miejsce wstąpiło. Z mroku dziejów pierwsza wypłynęła Marysia. - Zaraz, zaraz, czy pan nas przypadkiem nie obraża? - Ależ broń Boże- ja nie w tym sensie!- sumitował się posterunkowy. Pokraśniał przy tym na twarzy, czy to od zórz wieczornych, czy też wskutek strzelonej gafy.- Miałem na myśli, że jak pan Mielnicki umarł... - No właśnie... Jak umarł?- Ocknęła się Hanka. - Zwyczajnie, na środku drogi. Akurat ludzie z kościoła wychodzili... - Chce pan powiedzieć, że śmiercią naturalną?- Rozczarowanie w jej głosie było tak jawne, że posterunkowy pokręcił głową z niesmakiem. - A pani, co myślała, że my tu sukcesywnie mordujemy kolejnych właścicieli? - Cóż, wnosząc z pańskiej historii, tutejsi rezydenci znikali w okolicznościach co najmniej dziwnych... - Akurat co do pana Mielnickiego, sprawa jest zupełnie jasna. Doktor Klimek był na miejscu i od razu stwierdził zawał. Nie pierwszy, zresztą. Od dawna już go ostrzegał, że przy tym trybie życia, tak to się właśnie skończy. Pani rozumie- ciągłe wyjazdy, zagraniczne eskapady, nocne posiedzenia... Przy kilku robrach cała paczkę „Caro” potrafił wypalić!- Tu spojrzał wymownie na imponującą stertę niedopałków piętrzącą się w popielniczce. Marysia szybko odgasiła kolejnego papierosa, a niezrażona Hanka zaciągnęła się głęboko i dalej drążyła temat. - To z tą sekcją zwłok też bujda?- spytała nie bez żalu. - Skądże! Sekcja akurat była. Przysłali nawet papier potwierdzający to, co nasz doktor stwierdził od razu: zaawansowana choroba wieńcowa i rozległy zawał. - Bez urazy, panie władzo- wtrąciła Marysia- To czegoście tu węszyli tyle czasu, skoro zwykły stary człowiek umarł zwyczajnie na serce? Posterunkowy zaczerpnął powietrza, wypuścił je gwałtownie i powędrował spojrzeniem gdzieś ponad horyzont. - Oho, znowu się zaczyna!- syknęła Hanka, trącając siostrę. Stróż praworządności najwyraźniej staczał walkę z własnym- człowieczym sumieniem. Markotnie popatrzył w ziemię, coś wymamrotał, przestąpił z nogi na nogę i ciężko westchnął: - A, co tam...Państwo jesteście przyzwoici ludzie- w dodatku rodzina, to macie prawo wiedzieć... To wcale nie byli nasi ludzie, tylko cichociemni. Przyjechali w służbowych okularach służbową furgonetką, pomachali służbowymi papierami i przejęli śledztwo wraz ze „Stokrotką”. - Ach, chłopcy- UOP-cy! – Domyślił się Synek, nie wiadomo skąd obeznany z tajnymi procedurami. Posterunkowy smętnie pokiwał głową, zaś Karol gwizdnął przeciągle. - Fiuuu...A ci tu czego szukali? - Czort jeden ich raczy wiedzieć! Otoczyli dom kordonem sanitarnym i chyba cegła po cegle go rozkładali. Zostawili jednak w porządku- nie można powiedzieć. We wsi, po chałupach też się kręcili i we wszystkie kąty nos wciskali. A ile przy tym ludziom krwi napsuli- to szkoda gadać! W końcu tak wszystkich skołowali, że niejeden zaczął przebąkiwać o jakimś złocie, ukrytej fortunie i tym podobne duperele... - O!- W oczach dzieci przemknął błysk pożądania- Gdzieś tu? Zakopane? - E, tam...- Machnął ręką posterunkowy- Bujdy wyssane z palca! Pan Mielnicki do biedaków nie należał, ale też i krezusem żadnym nie był. Żył skromnie- z emerytury, a całe swoje oszczędności w ten dom wpakował. - Ale ten namolny włamywacz może o tym nie wiedzieć i dlatego ciągle worów z pieniędzmi szuka.- Rozważała Marysia- Gdyby tak wywiesić ogromną tablicę: „Sprawdzono- skarbów nie ma”, to może by się odczepił. - Mnie to raczej wygląda na robotę psychopaty- stwierdził Karol- Nie macie tu jakiegoś pomyleńca z urazami na tle tego domu albo właściciela? - Urazów sporo by się znalazło, ale przecież nie za kadencji pana Mielnickiego. On był naprawdę bardzo lubiany. - Jednak mówił pan niedawno o jakiejś kłótni- przypomniała Marysia. - A, to...- Machnął ręką- to, można powiedzieć, był standard. Z Misiakiem kłócili się nieustannie. Jak tylko uruchomił ten ośrodek po sąsiedzku, zaraz nabrał większego apetytu. Bez przerwy molestował pana Mielnickiego, żeby spółkę założyć albo wręcz sprzedać mu „Stokrotkę”. On będzie tu działalność rozszerzał i potrzebna mu większa baza hotelowo- gastronomiczna. Pan Mielnicki strasznie się wtedy denerwował i krzyczał, że po jego trupie...- No, i proszę, po jego trupie też „Stokrotki” nie dostanie, bo państwo tu nastaliście...- Zakończył refleksyjnie. - O, jasny gwint! Ależ my kretynki jesteśmy!- W przypływie olśnienia Hanka dokonywała kolejnych odkryć- Przecież po tym, co wczoraj mówił Filip, wszystko jest jasne. Idziemy!- Zerwała się z krzesła i ciągnąc za sobą siostrę nienawistnie syczała- Ja mu cholera dam bazę hotelową poszerzać! - Myślisz, że to on?- Nie do końca przekonana Marysia popatrzyła w kierunku ogrodzenia. - A nie- święty turecki! Chce nas zniechęcić, wypłoszyć i za półdarmo wykupić- dewastator jeden i zbrodniarz! Glista jakaś- w dodatku na własnym, rodzinnym łonie wyhodowana. Zrób takiemu biznesplan, załatw kredyty, to ci się pięknie odwdzięczy! Trzeba było dopiero siły fizycznej i zbiorowej perswazji, by tę dobrosąsiedzką wizytę zgodziła się przełożyć na dzień następny. Złorzecząc pod nosem, znikła w swoim pokoju, by tam przez resztę wieczoru snuć plany rozkosznie krwawej zemsty.
Dobrze już zmierzchało, a Marysia wciąż jeszcze tkwiła w opustoszałym ogrodzie. Młodzież oddaliła się dyskretnie, wiedziona magnetycznym działaniem techno-rockowo-funkowych wibracji dochodzących znad rzeki, Hanka dalej siedziała za zamkniętymi drzwiami, a Karol pewnie był już w okolicach Łodzi. Opuszczał Przylesie w znacznie lepszym nastroju niż je witał. Nie bez wpływu na to pozostawała obfita kolacja, brak w zasięgu wzroku niebezpiecznych osobników płci męskiej oraz widok dwóch prawie skórzanych walizek. Na odchodnym wręczył im list od cioci Toni, wdał się w życzliwą pogawędkę z Michałem i życząc wszystkim przyjemnych wakacji, ruszył do samochodu. - No, no- Pokręcił głową z uznaniem- Ale też barwne historie i postacie można znaleźć w zupełnie nieoczekiwanym miejscu... Kto wie, czy nie warto byłoby ich uwiecznić. Ten wasz Mielnicki to też arcyciekawa persona- szkoda, że nie leży w mojej specjalności... - A propos- rzuciła Marysia, korzystając z pogodnego nastroju męża - Kim on właściwie był? Karol wzruszył ramionami. -Tłumaczę ci przecież, że historia najnowsza to nie moja dziedzina. Wiem tyle, co wszyscy. - Widocznie ja się do wszystkich nie zaliczam, bo nie wiem nic.- prychnęła - Cóż, głośno o nim było w swoim czasie. Oczywiście ja tego pamiętać nie mogę- zastrzegł natychmiast- Jednak ludzie gadali jeszcze przez wiele lat. Takich rzeczy przecież się nie zapomina!...No, w Urzędzie Bezpieczeństwa działał- nie wiedziałaś o tym? Nic wam matka nie mówiła?- Zdumiał się, widząc konsternację na twarzy Marysi - Był tam pierwszy po Bogu i Moczarze! Albo jeszcze wyżej- któż to zgadnie? Co tam wyprawiali w latach 50. wie mniej więcej każdy, a reszty lepiej nawet się nie domyślać... Tym bardziej, że to przecież rodzina. - Kat i oprawca...- wyszeptała Marysia i to odkrycie poraziło ją zupełnie. Wszystkiego mogła się spodziewać, ale przecież nie takich rewelacji! Kat i oprawca... - Nie, absolutnie wykluczone!- Znała przecież dziadka. To był najwspanialszy i najłagodniejszy w świecie człowiek. Jego syn po prostu nie mógł być zwyrodnialcem! - Niemożliwe...- powtarzała sobie po raz kolejny, ale narastający w sercu chłód przeczył tym zapewnieniom. Mówił jej, że wszystko jest możliwe- że ludzie w pewnych okolicznościach stają się potworami. „Władza to deprawacja, spuszczona z łańcucha bestia, która szuka zaspokojenia swojej odwiecznej żądzy- przez bicie, przez mord...”- Z głębi pamięci wypłynęły przeczytane kiedyś straszne słowa. Zmrok przykrył już okoliczne drzewa i jego szary cień pomału wpełzał na mury domu. Ostatni promień zachodzącego słońca błysnął w szybie i na chwilę zamarł w pękach kwitnących pelargonii, podkreślając ich krwawą czerwień. - I tak w to nie uwierzę! – rzuciła wyzwanie mroczniejącemu światu.
* Apatycznie wlokła się za siostrą, ponaglana jej energicznymi okrzykami. Miała za sobą bezsenną noc wypełnioną kłębowiskiem czarnych myśli i krwawych widm.. - Czy ja muszę być zawsze taka dociekliwa?- Dumała, patrząc markotnie w ziemię- Przecież czasami naprawdę lepiej jest nie wiedzieć... Nastrój odmienił się jej radykalnie przy wejściu do ośrodka. - Popatrz, popatrz...- Stanęła się przed ogromną tablicą, na której jaskrawe litery triumfalnie głosiły: „Zielona mila”. Zachichotały zgodnie. - Ty, trzeba by mu podsunąć, żeby ten napis koniecznie w wersji anglojęzycznej umieścił. Tak dla zachęty! - Green mile...- Rozsmakowała się Hanka- I do tego wypoczynkowe krzesełko elektryczne... Dobra, idziemy! Tylko pamiętaj- mówić będę ja! Ty masz siedzieć cicho i najwyżej potakiwać albo robić znaczącą minę. Przez całą noc strategię opracowywałam, więc nie popsuj mi tego. Imponująca rezydencja, choć ulokowana na uboczu ośrodka, z całą pewnością nie została pomyślana na to, by kryć się w cieniu. Jej właściciel spoczywał na tarasie, opływając we wszelki dostatek- z tkanką tłuszczową włącznie. - Dzień dobry sąsiedzie!- gromko rozpoczęła Hanka. Leżak zaskrzypiał ostrzegawczo. Marysia z zapartym tchem śledziła napięte do granic możliwości szwy tkaniny...Wytrzymały! - Ja i moja siostra przyszłyśmy z wizytą!- Dokonawszy tej osobliwej prezentacji, zajęła miejsce na jednym z wolnych krzesełek. Marysia poszła w jej ślady, w ostatniej chwili przypominając sobie o znaczącym spojrzeniu- które też posłała. - Jest pan podobno zainteresowany kupnem naszej posiadłości?- Jej siostra wykazywała szczególny dar do prowadzenia niezobowiązującej towarzyskiej konwersacji. - No, w pewnym sensie...- sapnął posiadacz imponującego ciała, które wylewało się spomiędzy kusego podkoszulka i obcisłych dżinsów marki Calvin Klein. – Ale może panie się poczęstują?- Colę? Drinka?- Nad podziw szybko znalazł się przy barku. - Uchowaj Boże!- krzyknęła Marysia i zmilkła natychmiast zgromiona spojrzeniem siostry. - Obejdzie się...Ile?- rzeczowo spytała Hanka. Gospodarz począł się krygować, dziwnie przy tym falując. - No...trzysta tysięcy byłbym skłonny... - Ile?!- Popatrzyła z pogardliwym niedowierzaniem, a Marysia poszła w jej ślady. - Trzysta dziesięć najwyżej. Panie rozumieją- przecież to kompletnie zdezelowana staroć! Ja, owszem, potrzebuję rozszerzyć bazę noclegową, ale na odpowiednim poziomie. Same inwestycje, nakłady...- Poczuł się jak ryba czy raczej- wieloryb w wodzie i, zacierając ręce, jął roztaczać wizję ich kompletnej ruiny i własnego prawie bankructwa. - Zaraz, zaraz!- przerwała Hanka- To chyba jakieś nieporozumienie. Właśnie przed chwilą otrzymałyśmy z Łodzi ofertę z prawie trzykrotnym przebiciem. - Nie może być A kto...- Ha, ha- zdawały się mówić ironicznie jego oczy- nie ze mną te numery! - Och, nieważne.- Lekceważąco machnęła ręką- I tak na razie wstrzymamy się ze sprzedażą. Wie pan- do czasu wybudowania tej autostrady. Myślę, że wówczas ceny nieźle pójdą w górę. - Auto...Skąd pani...?!- Ręka z kolejnym drinkiem zawisła wpół drogi. - Piękny ma pan ośrodek.- Jej skoki tematyczne były doprawdy zdumiewające- I tak w samym lesie...- Znacząco zawiesiła głos- Czasem myślę, że pan musi mieć nerwy ze stali, siedząc sobie spokojnie na tej beczce prochu. Te domeczki drewniane i takie kruchutkie... Marysia, rozejrzawszy się, pokiwała głową z autentycznym współczuciem. - A podłoże suche i w dodatku ten las!- ciągnęła jej siostra, patrząc niewinnie w oczy rozmówcy. Ten zaś tkwił nieporuszony, z wyrazem zaskoczenia na twarzy. - I tak sobie myślę, że wystarczyłaby jedna iskra, jedna zapałka... Ludzie bywają tacy nieuważni...- zakończyła refleksyjnie. Cisza, jaka zapadła po tym oświadczeniu, była tak brzemienna w znaczenie, że cała przyroda- z Marysią na czele- zamarła z wytrzeszczonymi oczami. - Cóż, miło się z panem gawędzi, ale na nas już czas- Podniosła się, ciągnąc za sobą wciąż jeszcze oniemiałą siostrę- Tak... jedna zapałka...- Pokiwała głową, rozglądając się wokół z autentyczną troską. Podążając za nią, Marysia zdążyła jeszcze posłać przelotne- tym razem wiele mówiące spojrzenie. - Boże, do czego człowiek jest zdolny!- Po powrocie Hanka bezsilnie opadła na leżak- Wody...- jęknęła w kierunku domu- Co, myślisz, że przesadziłam? - Obawiam się, że to on nas puści z dymem- Marysia z lękiem rozejrzała się wokół- Pogorzelisko tu zrobi, a na nim... na nim pole golfowe! - No, to będzie miał dwa pogorzeliska i pola golfowe! Od przybytku głowa nie boli.- W spojrzeniu Hanki było tyle obiecującej determinacji, że jej siostra zamilkła z podziwem. - Nie, myślę jednak, że sprawę domu mamy definitywnie załatwioną- skonkludowała ostatecznie. Marysia z wahaniem pokiwała głową. Cóż, miała pewne wątpliwości... Dostarczył ich wczoraj Filip. Przed samym odjazdem zaciągnął ją w najdalszy kąt ogrodu i nieoczekiwanie oświadczył: - Ja tam jestem prosty budowlaniec. Robię swoje i ludziom w ich sekrety nie zaglądam, ale..- szeptał konspiracyjnie, nie patrząc na Marysię. W ogóle wzrok miał dziwnie rozbiegany. - Na litość boską, Filip, o czym ty mówisz?! Jeszcze raz bacznie zlustrował otoczenie i z widoczną odrazą sięgnął do kieszeni. Przedmiot leżący na jego dłoni był płaściutki, o powierzchni najwyżej 2 centymetrów kwadratowych. Absolutnie niczego nie przypominał i mógł być wszystkim. - A cóż to takiego?- Zainteresowała się żywo. - W każdym razie nie element gniazdka elektrycznego- prychnął- Na moje dyletanckie oko to produkt wysoko zaawansowanej technologii... Audio...
- No, no...- Kręciła teraz głową Hanka, oglądając ów przedmiot- Jeśli o mnie chodzi, to może być zarówno klocek lego, jak i bomba neutronowa. Ale, zważywszy na szczególną biografię naszego nieboszczyka, to kto wie... - Dobrze byłoby się upewnić. - Niby w jaki sposób? Na policję z tym pójdziesz? Do uroczego Michała?- Tym razem na pewno dostałby zapaści, albo przynajmniej trwałego zeza! -Może w Internecie poszukam…- Marysia jeszcze raz uważnie oglądała podejrzany eksponat.- A swoją drogą- zdumiewająca jest ta dzisiejsza technika. Wiesz, w głowę zachodzę, gdzie to wszystko się tu mieści… - Co ty chcesz tu mieścić? - No, jakiś magnetofonie albo nagrywarkę… - Boże, jaka ty durna jesteś! Przecież to może być najwyżej mikrofon, o ile w ogóle to coś jest, a nie na przykład kawałek śmiecia, który przyplątał się w trakcie remontu. Ty nawet sobie nie wyobrażasz, co robotnicy potrafią wpakować w ścianę!- Hanka dopadła ulubionego tematu. Wszelkie sprawy budowlane były jej szczególnie bliskie, zważywszy na stan permanentnego remontu, w jakim znajdowało się jej mieszkanie od dwóch lat. Kolejno angażowani fachowcy mieli niemiły zwyczaj znikania wraz z zainkasowaną zaliczką, zostawiając wszak w mieszkaniu liczne materialne ślady swej bytności. Na dobrą sprawę Hanka mogła już otworzyć nieźle wyposażony warsztat albo sklep z odzieżą roboczą. Wydawało się, że trzymetrowa drabina porzucona na balkonie stanowi już szczytowe osiągnięcie, ale nie- ostatnio, podczas wbijania gwoździa w nową ścianę działową, wydłubała z niej czapkę- uszankę na futrze.. Zważywszy na średnio zaawansowany stan robót i epidemię dematerializacji majstrów, perspektywy rysowały jej się długofalowo i obiecująco. Wobec powyższego, cóż znaczył taki jeden drobiazg znaleziony w ścianie... - …I w ogóle bym się taką pierdołą nie przejmowała, nawet, jeśli to jest to, o czym myślisz- podsumowała. - Ale, skoro mikrofon, to musi też być ciąg dalszy…- deliberowała Marysia-…jakiś odbiornik i w ogóle cała masa sprzętu… - A co cię to obchodzi? - Specjalnie nie obchodzi, tylko zachodzę w głowę- po jakiego grzyba ktoś go szpiclował… No, bo chyba nie nas?.. Wyobrażasz to sobie?! Na wspomnienie rodzinnych pogaduszek, zgodnie zachichotały. - Hi, hi…ale by mieli słuchowisko…
Rozdział 5
... To nieprawda, że stukot pociągu jest monotonny i działa usypiająco. Gdyby nie on właśnie, może by usnęła i choć na chwilę o wszystkim zapomniała. A tak... - Lin-ka – Lin-ka – brzmiało z początku cicho, jak rodzaj łagodnej wymówki. Potem nabierało siły, groziło, krzyczało. Teraz już nie krzyczy- wyje przeraźliwie! - Lineczka! Wzdrygnęła się gwałtownie, otwierając oczy. - Dobrze się czujesz?- W głosie Toni słychać było wyraźną troskę. Mimo wszystkich hałaśliwych deklaracji, poważnie martwiła się o siostrę. Wydawało się, że ta śmierć powinna jej przynieść, jeśli nie satysfakcję, to przynajmniej ulgę. Tymczasem od dwóch miesięcy Ewelina była najwyraźniej wytrącona z równowagi. Przypływy wielodniowej depresji i gwałtowne przeskoki do nienaturalnego, wręcz histerycznego ożywienia zdarzały się teraz często jak nigdy dotąd. Zbyt często. - W porządku, tylko spać nie mogę...- Ponownie zamknęła oczy. Nie, nie czuła się dobrze – od 55 lat. ... Wiadomość o tym, że Niemcy uciekają z Przylesia, przywiózł Franek Skiba akurat wtedy, gdy nie było jej w domu. Idiotka- koniecznie musiała popędzić do centrum, żeby zobaczyć efekt jednej z nielicznych bomb, jakie spadły na miasto! Cała Łódź zebrała się dla tego widowiska, żywo komentując pierwsze widziane tej wojny zgliszcza. A ona musiała być oczywiście w samym centrum wydarzeń! Wandzia zabrała się z Frankiem w pośpiechu, nie czekając na nią... Ewelina kurczowo zacisnęła powieki, tłumiąc łzy napływające do oczu. - Dlaczego? Dlaczego nie poczekała? Wyruszyła w drogę z jednodniowym opóźnieniem- sama. Mama z Tonią zostały w domu- dla nich to była zbyt ciężka wyprawa. Zima 45 roku była naprawdę ostra, a w dodatku front przetaczał się pod bokiem. Droga, którą normalnie przebywano w kilka godzin, zajęła jej wówczas ponad dobę. To był i tak wyczyn nie lada, zważywszy na bliskość frontu, ogólny zamęt i brak jakichkolwiek środków lokomocji. Rower ukradli jej parę kilometrów za Łodzią- zresztą w warunkach, jakie wówczas panowały i tak na niewiele by się przydał. Szczęśliwie trafiła się jej chłopska furmanka i jakiś towarowy pociąg- widmo, który po przejechaniu dwudziestu paru kilometrów utknął w szczerym polu. Pozostałą drogę przebyła pieszo i w doskonałym humorze- mimo głodu, zimna i zasp sięgających często powyżej pasa. Gdy się ma 18 lat, w dodatku mocne buty i ciepłe palto, człowiek nie czuje zimna, a wyobraźni i doświadczenia nie dostaje, by się bać. Pędziła do Przylesia w stanie jakiegoś upojenia i euforii. Nareszcie, po sześciu latach, to wszystko było znów jej- „Stokrotka”, pokoik na strychu i ten najukochańszy na świecie widok z okna!... Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na siostrę, z największym wysiłkiem pojmując sens jej słów. - Idę do WARS-u po kawę- powtórzyła Tonia- Przynieść ci?
* -Więc, co właściwie jest do załatwienia?...- Marysia jeszcze raz dokonała w myślach przeglądu najpilniejszych spraw…Podlać kwiaty, jeśli jeszcze jest co podlewać. Znając niefrasobliwość Karola, należało oczekiwać w domu kompletnej pustyni… Wizja ukochanego cisusa w charakterze suszu do ikebany zdenerwowała ją straszliwie, więc czym prędzej przeszła do punktu drugiego. – Poczta… Klucz do skrzynki zostawi się Kozłowskiej, która w razie czego zadzwoni. Zresztą, żadnych pilnych wiadomości nie oczekują. – Co tam dalej?- Acha, Karola nie ma w domu, więc można nareszcie zanieść obraz do oprawy. No, właśnie- obraz! – Tu pojawił się kolejny problem natury nie estetycznej, bynajmniej- ale czysto finansowej. Dług!- Ta myśl nie dawała jej spokoju już od trzech tygodni. Przecież nie zaniedbała sprawy i natychmiast po zdobyciu pieniędzy popędziła na Piotrkowską. I co?- I figa z makiem!- „ Galeria zamknięta do odwołania”. Odsetki, jakieś protesty wekslowe, rewidenci, w końcu- ława oskarżonych i więzienie za długi…- Plątały jej się po głowie mroczne wizje ostatecznego bankructwa i moralnego upadku. Nie, tym się dzisiaj martwić nie będzie- w końcu jest Rocznica i Filipa czeka. No, jak tak dalej pójdzie, to sporo będzie czekać… Rzężący autobus unosił kilkoro pasażerów z zawrotną prędkością 20 km/godz. Pierwsze pół godziny jakoś wytrzymała, napawając oczy widokiem morza zieleni, spośród którego gdzie niegdzie, niczym wysepki wyrastały dachy maleńkich osad. Za Poddębicami następował jednak Kałów, Brudnów, Kuciny i szereg innych miejsc o powierzchowności równie nieciekawej, co ich nazwy. Z westchnieniem spojrzała na zegarek- czekało ją jeszcze przynajmniej półtorej godziny jazdy. Dla zabicia czasu postanowiła jeszcze raz przeanalizować list przywieziony wczoraj przez Karola. List, który potwierdzał wiele dotychczasowych przypuszczeń i ujawniał nowe, ekscytujące fakty… „Kochane dzieweczki”- pisała ciocia- „Z żalem muszę zawiadomić, że pozbawiam Was mojego towarzystwa na całe 3 tygodnie. Ewelina rozmiękczyła mnie swoimi jękami i, chcąc nie chcąc, jadę do Krynicy. Oczywiście te jej skargi i wymowne westchnienia, to czysta blaga. Jest zdrowa jak koń! Na ile ją znam- to podejrzewa straszliwe nudy w tym kurorcie i już zapobiegliwie kompletuje sobie czwórkę do brydża. Cóż robić- krew wzywa! A’ propos krwi. – Skoro już jesteście w tym Przylesiu i przypadkiem odbyłyście wycieczkę na cmentarz- to na dobrą sprawę wiecie wszystko. Chyba rodzinno- małżeńskie rozkosze nie odmóżdżyły Was całkowicie i dwa do dwóch potraficie jeszcze dodać? - Tak, tak- Bolek Mielnicki był rodzonym synem naszego ojca. Nieślubnym, oczywiście! Tę oraz kilka innych rodzinnych ciekawostek wydarłam z naszej mamy przy wtórze histerycznych szlochów i zaklęć o dochowanie tajemnicy aż po grób. Tajemnicy nie dochowuję z dwóch powodów: po pierwsze- należycie do rodziny, a po drugie- uważam, że samotnemu, zapomnianemu człowiekowi, choć po śmierci należy się chwila refleksji i prawdy. Kiedy nas zabraknie…Ech, na sentymenty mi się zebrało! Nasz przyrodni brat był, można powiedzieć, owocem wojny polsko- bolszewickiej z 1920 roku. Gromiąc wroga pod Wilnem, tata został ranny, i jak to bywa w takich razach, trafił do szpitala pod opiekę nie tylko personelu medycznego, ale również wszelkiej maści wolontariuszek. Te ostatnie ( jak Wam pewnie wiadomo z obfitej literatury martyrologicznej), rwały szarpie na bandaże i przy wtórze patriotycznych pieśni hołubiły bohaterów, jak tam która mogła. Jedna z nich zwała się Anna Mielnicka. Cóż, reszty można się domyślać- burzliwy, wojenny romans, trwający akurat tyle, co gojenie się rany postrzałowej. Panicz odjechał, dziewczyna została z pamiątką- sama trywialność. Nasza mama zaklinała się na wszystkie świętości, że ojciec nic o „skutkach swojego chwilowego zapomnienia” ( to cytat) nie wiedział i pojawienie się syna w 1935 roku było dla niego jak grom z jasnego nieba! – W to akurat wierzę. Podłość nigdy nie leżała w naturze Libnickich, a poza tym pewnych rzeczy po prostu się nie robi… Swoją drogą, cóż to musiała być za niezwykła kobieta, ta Anna Mielnicka. Urodziła, wykarmiła samotnie dziecko i jeszcze o jego edukację zadbała. To wszystko z nędznej nauczycielskiej pensyjki i bez słowa skargi czy prośby o wsparcie. Wy sobie nawet nie wyobrażacie, co w tamtych czasach oznaczał status panny z dzieckiem! Potępienie, pogarda i zupełny ostracyzm środowiskowy. Ta kobieta, to był naprawdę Ktoś! Co do jej syna, to niewiele mogę powiedzieć, bo prawie go nie pamiętam. Gościł u nas trzy lata, a potem poróżnił się z tatą i zniknął na dobre. Poszło im o pryncypia. Ojciec- zagorzały piłsudczyk i anty-bolszewik, a syn- komunista. Temu akurat specjalnie się nie dziwię, bo chłopak w dzieciństwie zaznał z pewnością takich upokorzeń i nędzy, że światopogląd miał prawo mu się wywichnąć. Ponownie zjawił się w Łodzi chyba w 47 roku w glorii bohatera wojennego i utrwalacza nowej władzy. Jak to utrwalanie wyglądało w praktyce, miałam okazję przekonać się na własnej skórze. Wasza matka po dziś dzień twierdzi, że on maczał w tym palce, choć ja mam akurat dokładnie przeciwne zdanie. No, ale nie czas na martyrologiczne wspominki. W każdym razie- o ile młodzieńcze zaślepienie ideologią, a nawet wiarołomstwo, można było wybaczyć- to krewny ubek był już dla rodziny nie do przełknięcia. Nie mówiono o nim nigdy, nie wspominano- po prostu wykreślono ze zbiorowej pamięci tak, jakby w ogóle nie istniał. Wiem, że on z kolei próbował nawiązać jakiś kontakt, ale te dwa czy trzy listy zostały odesłane do nadawcy ostentacyjnie- bez otwierania. Swoją drogą, zastanawiam się czasami, ile w tym było rzeczywistej wzgardy, a ile wstydu z powodu „nieprawego pochodzenia”. Cóż, takie słowa, jak seks, czy broń Boże ciąża, nie istniały w słowniku naszej mamy. Kobieta, co najwyżej, mogła być przy nadziei ( tu ściszano glos), a i to pod warunkiem, że uprzednio została mężatką. Całą swoją pruderię i niechęć do pasierba przelała nasza matka na Ewelinę, czego opłakane skutki widać do dzisiaj. -XXI wiek za oknem, ósmy krzyżyk na karku, a ona i tak będzie dowodzić, że myszy biorą się z brudu, a dzieci- ze ślubu. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że posiadła w ogóle jakieś dzieci i to w ilości dwóch sztuk? I gdyby nie fakt bezsporny w osobie Waszego ś.p. ojca ( który wszak aniołem nie był), świat musiałby uznać drugie niepokalane poczęcie w swojej historii. Właśnie z powodu tych różnych fobii i śmiesznostek piszę do Was w absolutnej konspiracji. Jest środek nocy, żarówka lampki zaczyna mrugać, a mnie ręce drętwieją od niewygodnej pozycji. Muszę więc kończyć, tym bardziej, że za drzwiami słyszę podejrzany ruch- to Wasza matka tłucze się po nocy. Ma ostatnio oryginalny zwyczaj użalania się na bezsenność – po wypiciu dwóch kaw wieczorem. Całuję mocno- ciotka”
* Filipa już z daleka wymownie pokazywała na zegarek. - 40 minut spóźnienia to chyba lekka przesada. Ciekawe, jakież to pilne zajęcia...- Przerwała, wpatrując się uważnie w twarz przyjaciółki. Marysia poprawiła ciemne okulary i odwróciła głowę, starannie unikając jej wzroku. - Chyba nie będziesz mi tu ryczeć? Równe 20 lat temu obiecałyśmy to sobie- pamiętasz? Prychnęła gniewnie. Wcale nie płakała, tylko była strasznie wściekła. Tak wściekła, że łzy same cisnęły się jej do oczu. - Widziałaś to tam?- Machnęła ręką w kierunku ulicy- Czujesz woń trupiego rozkładu? Filipa popatrzyła zdumiona. Znajdowały się, co prawda, przy wejściu na Stary Cmentarz, ale o żadnej trupiej woni mowy być nie mogło! Wręcz przeciwnie- wokół ceglanych murów zieleń kipiała bujnym życiem, jakby na przekór prawom tego miejsca. - Fabryka umarła. A my do tego doprowadziliśmy.- mówiła powoli, starając się zapanować nad głosem. - Umarła już dobrych dziesięć lat temu- przerwała Filipa- I nie ona jedna. Widziałaś „Anilanę” albo Grohmana na Targowej? Co za pytanie! Przecież mieszkając w starej fabrycznej dzielnicy, na ten widok była narażona nieustannie ...Wyszczerbione mury- zarastające mchem i wszelkim chwastem, sterty gruzu w dziurawych halach i smutno sterczące kikuty poczerniałych kominów fabrycznych. A przede wszystkim okna- jak oślepłe, ziejące czarną pustką oczodoły... Kiedy umiera człowiek, jest to bardzo bolesne, ale do pewnego stopnia naturalne. Zresztą, człowiek nigdy tak naprawdę nie odchodzi. Jakaś jego cząstka zostaje- w postaci myśli i rzeczy, które stworzył, w osobach dzieci i wszystkich tych, których kochał. Tylko domy umierają rzeczywiście – pozbawione ciepła, ludzkiego głosu i dotyku. - Stary Izrael Poznański w grobie się przewraca.- westchnęła. - Jasne- parsknęła Filippa- bo mu wyrzuty sumienia nie pozwalają zasnąć na wieki. Krwiopijca był i wyzyskiwacz dawnego, burżuazyjnego chowu, jak mawiał mój dziadek- nieodżałowanej marksistowskiej pamięci. Czyś ty w swoim sentymentalnym ogłupieniu zapomniała, co się tu wyprawiało przez całe stulecie?- Na jakich fundamentach wzrastały te wszystkie fabrykanckie imperia?- Krew, pot i łzy! - A, widzisz, ty też cytujesz klasyków! Bez przeszłości ani rusz! - Ciekawe, na co komu taka zbutwiała, strasząca ruiną przeszłość? - A na co komu piramidy w Gizie? Tam też krew, pot i łzy! I jakoś szczęśliwie nie zrównano ich z ziemią. Bo starym murom należy się szacunek. Właśnie ze względu na ludzkie łzy i dramaty, z których my wyrośliśmy. – Czy bez tych dramatów Łódź by w ogóle istniała? – Czy chodziłabyś z dumą po Piotrkowskiej, pokazywała przybyszom Księży Młyn albo Muzeum Sztuki? - Nie, nas by w ogóle nie było! I nie byłoby „Ziemi obiecanej”, „Kwiatów Polskich”, a Wajda nie nakręciłby swojego najlepszego filmu. A teraz to miasto umiera i my razem z nim! - Ech, nie jest tak źle!- powiedziała Filipa, bardziej rozbawiona niż zirytowana defetyzmem przyjaciółki- Jeszcze parę ładnych lat będziemy ciągnąć kulasy po tym bruku- w każdym razie ja mam taki zamiar. A jeśli chodzi o fabrykę Poznańskiego, to muszę cię oświecić, że szykuje się tu wielka inwestycja. Już zaczynają w tym miejscu stawiać ogromny kompleks kulturalno- handlowy. Wiesz, taki z europejskim rozmachem, ale też i dbałością o historyczny charakter. Powinnaś być usatysfakcjonowana. Wyobrażasz to sobie?- Stare fabryczne mury, a w nich... - Silikonowe stiuki, plastikowe marmury rodem z Hong Kongu i złote rybki z gumy w różowej fontannie. Do tego dwa multipleksy, tysiąc butików, snack- barów i jedna tablica pamiątkowa!- Słowa Filipy spotęgowały jeszcze jej frustrację. – Czy ty naprawdę nie czujesz tego dysonansu? Przecież te dwa pojęcia wzajemnie się wykluczają. Coś może być albo kulturalne, albo handlowe! Chyba, że masz na myśli kulturę spożycia hamburgera...- na grobach przodków. Smacznego! - Jasne, ty byś najchętniej z całego świata zrobiła skansen i razem z nim w pełnym błogostanie zarastała pleśnią! Chodź, lepiej kupimy kwiaty.- zniecierpliwiona Filipa pociągnęła ją w kierunku ogrodzenia, wzdłuż którego rozłożyły się liczne kramy kipiące o tej porze wielobarwnością i bogactwem towaru. - Oczywiście- nie ma!- Wściekłość Marysi sięgnęła apogeum. Po kilkunastu minutach bezowocnych poszukiwań stanęła pośrodku chodnika, tupiąc nogami- Bez stokrotek się stąd nie ruszę! - Jeszcze jedno słowo i cię zamorduję!- warknęła Filipa- Nie uważasz, że swój limit stokrotek wyczerpałaś już z nawiązką? Ostatecznie Romek ci je nosił tylko przez sześć lat, a ty jemu – dziewiętnaście. Myślisz, że teraz obrazi się za różę? Marysia zamarła, wpatrując się w przyjaciółkę z niedowierzaniem. - Wiedziałaś?! - Nie tylko wiedziałam, ale raz go nawet wyręczyłam w tym kretyńskim obowiązku! Ten ostatni raz, kiedy był już w szpitalu... ... Leżały zawsze na wycieraczce pod drzwiami 26 maja- w dniu jej imienin. Ich pojawienie się przyjęła w pierwszej klasie liceum z jakimś wstydliwym rozdrażnieniem- może wskutek obecności świadków, a może z powodu idiotycznego wzruszenia, jakie ją wówczas ogarnęło. - Głupie żarty!- prychnęła, troskliwie wstawiając kwiatki do wazonu. Później, gdy weszły do corocznego rytuału, oczekiwała ich niecierpliwie, cały czas zastanawiając się nad tajemniczym ofiarodawcą. Sama tej zagadki nigdy nie rozwiązała. - Coś nieśmiały ten twój wielbiciel- komentowała przyjaciółka kolejny różowy bukiecik. - Ale jaki wytrwały!- dodawał Romek ze śmiechem. Kpili z niej przez te wszystkie lata, a nawet robili jakieś idiotyczne zakłady... - Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś? – spytała teraz z goryczą. - Nie mam zwyczaju zdradzać cudzych tajemnic- mruknęła Filipa, skręcając w bramę cmentarza- A poza tym, musiałaś być chyba ślepa i głupia, żeby tego nie dostrzec! - Nie wiedziałam...- Chlipnęła- Przecież to dla ciebie omal nie stracił oka i z tobą jeździł na obozy żeglarskie. Byłam pewna, że coś was łączy... - Trudno żeby z tobą żeglował, skoro nie umiesz pływać- kretynko! A łączyła nas koalicja antyleninowska. Poza tym, ty przez cały czas chodziłaś kompletnie oczadziała, to niby kiedy miałam ci powiedzieć?- Między perkusistą, druhem szczepowym, a tym kudłatym karakanem z IV b? – A może wtedy, jak latałaś za tym elokwentnym fircykiem na uczelni? - Piotr nie jest... a ja nigdy... Zamilkły, stając nad grobem. Spoglądał na nie spod strzechy płowych włosów, jak zwykle mrużąc jasne, krótkowzroczne oczy. - Dobrze, że uprosiłyśmy wtedy o tę fotografię- pomyślała, wpatrując się w piegowatą, roześmianą twarz- Tak łatwo jest zapomnieć... - Cześć, Romeczku!- wychrypiała Filipa. Mimo tytanicznych wysiłków, nie do końca panowała nad głosem -Wreszcie dotarłyśmy, chociaż ta idiotka musiała po drodze wycałować wszystkie zmurszałe cegły i płyty chodnikowe. Sam, więc rozumiesz, że to trochę potrwało. Jak następnym razem przyjdę tylko ja, to będzie znaczyło, że ją ktoś dobry nareszcie zastrzelił, albo sama się przemieniła w skamielinę. - Następnym razem, to ona wpadnie tu tylko na chwilę, w przerwie między zakupami u Poznańskiego. I nie wiem, czy ją zobaczysz spod sterty mikserów, malakserów i kombajnów kuchennych. W tym roku kupiła tylko dwa, więc będzie miała okazję nadrobić... W ciągu godziny zrelacjonowały mu w skrócie dzieje minionego roku, przy czym Marysia skupiła się głównie na niespodziewanym spadku i perypetiach z nim związanych, natomiast Filipa bezwstydnie wychwalała własne sukcesy zawodowe oraz Filipka, w którym kiełkował geniusz formatu Einsteina. Teraz wracały stałą, przed laty opracowaną marszrutą. Ogrodową przebyły w milczeniu, starannie unikając patrzenia w kierunku zrujnowanej fabryki. Pałac Poznańskiego, znajdujący się w stanie permanentnej odnowy, minęły szybko i,uciekając przed zgiełkiem ulicy, skręciły do Parku Staromiejskiego. Dla nich, jak zresztą dla większości łodzian, był to oczywiście Park Śledzia. I konia z rzędem temu, kto wyjaśni tę osobliwą nazwę! Może była związana ze specyfiką dawnej- żydowskiej dzielnicy, a może po prostu wdzięczny lud zapragnął uhonorować swą niezastąpioną zakąskę? Przez dziesiątki lat koegzystowały tu ze sobą w najlepszej harmonii kolejne pokolenia mieszkańców Bałut. – Emerytowani entuzjaści szachów i innych gier planszowych, młodzież szkolna, raczkujące niemowlęta w asyście troskliwych opiekunek i oczywiście koneserzy kwaśnego trunku o bezpretensjonalnej nazwie: ”Wino” - w wieku zróżnicowanym. Amatorom mocniejszych wrażeń Park Śledzia gwarantował niezliczone atrakcje zaraz po zmroku. Siedząc na ławce, zaciągały się głęboko, pragnąc choć na chwilę przywołać smak i zapach przeszłości. Jednak papierosy nie smakowały już tak dobrze jak tamte sprzed lat- wypalane w pośpiechu na dużej przerwie. Szklone mury stały na swym dawnym miejscu, wciąż solidne i absolutnie niewzruszone hałaśliwą działalnością kolejnych roczników młodzieży. - Myślisz, że jest tu gdzieś jeszcze?- Zamyślona Marysia wpatrywała się w okna sali gimnastycznej. - No, coś ty! Historia dokończyła to, co my rozpoczęliśmy w młodzieńczym gniewie.- Zachichotała Filipa. ... Potężne gipsowe popiersie Lenina od początku budziło jej głęboką frustrację. Po kilku dziejowych zakrętach chyba nie za bardzo wiedziano, co począć z Wodzem Rewolucji. Wywalić na śmietnik wtedy jeszcze nie wypadało, więc stał przez całe lata wstydliwie upchnięty w kącie rozbieralni dziewcząt. - On mnie prześladuje- jęczała Filipa ( vel Pietruszka etc…) przed każdą lekcją w-fu. – W domu gapi się na mnie bez przerwy- jak jem, czytam, oglądam telewizję. Ale rozbierać się przy nim nie będę! Koniecznie coś należało zrobić, bo zbliżał się koniec roku, a jej groziła dwója z w-fu za notoryczną absencję. Romkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, bo akurat był na etapie chemicznych fascynacji. Wręcz zapalił się do projektu i w ciągu tygodnia zmajstrował coś, co w wielkiej tajemnicy przemycił do szkoły. Postanowili wypróbować po lekcjach. Z zapartym tchem śledziły poczynania kolegi, który wiązał u szyi posągu tajemniczą metalową puszkę ze sterczącymi drutami. Eksperyment wypalił- w pełnym tego słowa znaczeniu- prosto w twarz Romka. Poza ukruszonym nosem i kawałkiem ucha, Lenin nie poniósł specjalnego szwanku, za to niedoszły chemik wylądował w szpitalu z uszkodzonym wzrokiem, a gipsowe okruchy wydłubywał sobie z dłoni przez kilka następnych miesięcy. Największy jednak uszczerbek poniosła jego ambicja naukowa. Chemię zarzucił ostatecznie dla nowych – historycznych pasji, którym pozostał wierny do końca.... Chwilę postały w podcieniach Starego Rynku, wpatrując się w puste miejsce pośrodku placu. Maturę uczcili właśnie tutaj- zbiorowym szaleństwem wokół pomnika. W pierwszej parze Krzysiek z Jolką wywijał mazura, za nimi Romek i Filipą pląsali „Jezioro Łabędzie”, w trzeciej parze samotnie kroczył poloneza Wojtek, który zawsze był indywidualistą i upijał się na smutno, a dalej- to już jak tam, komu w duszy grało… I było to z pewnością najoryginalniejsze zgromadzenie ludowe, jakie mógł obejrzeć stary rewolucjonista.... Julian Marchlewski zniknął gdzieś w pomroce dziejów, a Park Śledzia nie doczekał się na razie nowego idola godnego brązu i cokołu. - Szkoda...- Westchnęła Marysia. - Szkoda...- zawtórowała jej Filipa. Do rzeczywistości wróciły dopiero przy mocnej kawie w barze „Hortexu”. - Ty, a coś ty za historie tam Romkowi mamrotała? – O jakichś oprawcach i krwawych rodzinnych piętnach?- zaciekawiła się Filipa. Szczegółową relację Marysi przyjęła z dużym zainteresowaniem. - Popatrz, popatrz, jakie to pikantne historyjki można wywlec przy okazji domowych remanentów! Człowiek goni po świecie w poszukiwaniu sensacji, a tu masz- na własnym podwórku... Pewnie każda rodzina ma jakieś mroczne sekrety i gdyby tak dobrze pogrzebać, to kto wie...- Zamyśliła się głęboko- Na przykład ja mogłabym okazać się nieślubną wnuczką towarzyszki Krupskiej, albo...a, co tam- nawet samego Wodza! Ciekawe, czy jako krewna w prostej linii, miałabym prawo do spadku?... Boże, mauzoleum na Placu Czerwonym...- rozmarzyła się.
*
Kawa miała wyłącznie tę zaletę, że była gorąca. Niespodziewane dreszcze ustąpiły, więc popijając małymi łyczkami, spoglądała na krajobraz migający za oknem w zawrotnym tempie. Zmierzchało już… ...Gdy dostrzegła łunę pożaru, przyspieszyła kroku i po chwili swąd spalonego drzewa uderzył ją w nozdrza. - Las się pali- pomyślała- ...Niemożliwe, przecież to zima!- Zdezorientowana przystanęła na chwilę pod starą kapliczką. Matka Boska stała na dawnym miejscu, błogosławiąc okolicę swymi białymi delikatnymi dłońmi. Jej roztrzaskana głowa leżała na ziemi... Z naprzeciwka biegł jakiś człowiek. Nie miała trudności z rozpoznaniem, bo w czasie okupacji nie raz ich odwiedzał, szmuglując mąkę, słoninę, trochę mięsa. Zagrodził jej drogę i chwytając za ramię, wykrztusił - Ewelinko, niech Ewelinka dalej nie idzie... - Co ty mówisz, Franek? Przecież ja wracam do domu- do „Stokrotki”! Od dwóch dni was już gonię.- Patrzyła w zdumieniu na znajomą twarz chłopaka, który pokazywał jej najbardziej grzybne miejsca w lesie, nauczył dosiadać konia na oklep, łowić ryby gołymi rękami... Tę twarz, całkiem teraz dorosłą- męską, wykrzywiał jakiś straszny grymas. - Tam są Ruscy! Palą wszystko, rabują! - Ale przecież Wandzia...Wandzia !- Gwałtownie wyszarpnęła się z uścisku i popędziła lasem na przełaj, gnana jego wołaniem. - Wracaj! Jej już nic nie pomoże! Podmuch wiatru przyniósł od strony domu ludzkie krzyki, śmiech i rozlegający się raz po raz terkot karabinu. Zwolniła. Gęsty, gryzący dym uderzył w twarz, wywołując łzawienie i atak kaszlu. Ominęła wiszące na jednym zawiasie skrzydło bramy i ostrożnie, kryjąc się między drzewami, zbliżyła do domu. Płonęła stajnia i zbudowania gospodarskie. Po podjeździe kręciło się kilkunastu ludzi w wojskowych szynelach, zwalając na stertę wszystko, czego nie dało się upchnąć w plecakach. Szykowali następny stos... Stary zegar z gabinetu dziadka wypadł przez okno i uderzając o ziemię wydał ostatni w swym życiu jękliwy dźwięk. Wandy z początku w ogóle nie zauważyła. Blada twarz i biała koszula nocna były prawie niewidoczne na tle grubej warstwy śniegu. Czerwoną plamę na jej piersi dostrzegła dopiero wtedy, gdy klęczący obok mężczyzna w mundurze podniósł się. W jego ruchach, sposobie trzymania głowy było coś znajomego. Krzyknęła. Odwrócił się gwałtownie. Kosmyk jasnych włosów wysunął się spod czapki i opadł na czoło. Ręka uzbrojona w pistolet uniosła się. Krzyknęła po raz drugi jakimś strasznym- zupełnie nie swoim głosem. Jeszcze za bramą, w lesie goniło ją wołanie: - Linka, zaczekaj! Lineeeczka!
Rozdział 6
Mroczna ściana lasu tak szczelnie otulała posiadłość, że z odległości pięćdziesięciu kroków mury domu pozostawały niewidoczne dla oczu przybysza. Księżyc jeszcze nie wzeszedł i tylko jedno nikłe światełko rozpraszało czerń nocy. Lampa wisząca nad drzwiami wejściowymi mogła być drogowskazem dla zbłąkanego wędrowca, lecz nie dla człowieka, który czaił się w mroku- on nie potrzebował nawet latarki. Posuwał się bezszelestnie, ale krokiem pewnym- znamionującym doskonałe obeznanie z terenem. Na skraju lasu przystanął, jeszcze raz uważnie lustrując dom i jego otoczenie. Czarne okna i niezmącona cisza wskazywały niezbicie, że mieszkańcy śpią snem sprawiedliwych. W cieniu żywopłotu pokonał następnych kilkanaście metrów i pochylił się, nieomylnie trafiając na dziurę w ogrodzeniu. Ganek i oświetlony fragment trawnika stanowiły największe zagrożenie. W mgnieniu oka przebył więc niebezpieczny teren i już po chwili stał przed drzwiami. Szczęk zamka i lekki skrzyp zawiasów były ledwie słyszalne, lecz w jego uszach zabrzmiały jak seria z automatu. Zamarł na moment, gotów do natychmiastowej ucieczki, ale panująca wokół cisza zachęciła go do dalszych działań. Był zdeterminowany. Koniecznie musiał dostać się na strych. Prędzej czy później ktoś przecież na to trafi… Szerzej uchylił drzwi i ostrożnie przekroczył próg. Skowyt i ujadanie Psa przerwały Hance w najciekawszym momencie. – Pole płonęło, a Mroczny Kosiarz zbierał swoje najkrwawsze żniwo… Wyrwana ze snu, gwałtownie usiadła w łóżku, wiodąc przerażonym spojrzeniem po pokoju. Gorejących łanów w zasięgu wzroku nie było, ale za to Pies wył przejmująco jakimś nie swoim, tęsknym głosem. - A cicho ty będziesz, wyjcu piekielny jakiś!- wrzasnęła otwierając drzwi do sieni. Zapaliła światło, zlustrowała pomieszczenie i uroczystym głosem oświadczyła: - Jak jeszcze raz dziób otworzysz, to pójdziesz na łańcuch! O chlebie i wodzie! Porażony straszną perspektywą Pies zamilkł natychmiast i skulił się w kącie, skąd trwożnym wzrokiem śledził poczynania groźnej pani. Ta zaś, poprawiła jego zmierzwione posłanie, mrucząc pod nosem zaciągnęła łańcuch w drzwiach i wróciła do siebie, na powrót rzucając się w słodkie ramiona Morfeusza. Człowiek oddalał się z ociąganiem. Kolejna próba nie powiodła się, a jemu pozostało naprawdę niewiele czasu…
*
Telefon wymyślono głównie po to, by zdenerwować człowieka. Po czwartym dzwonku Marysia odrzuciła kołdrę i niechętnie poczłapała do pokoju. - Żyjesz jeszcze?- Ucieszyła się Filipa, rześka jak skowronek ( o dziewiątej rano!). – To dobrze, bo już myślałam, że gadać będę do skamieniałej Niobe! Ubieraj się szybko i przyjeżdżaj na Traktorową- jestem u rodziców. Po drodze przygotuj się na wstrząs- wyobraź sobie, że mój ojciec to istna kopalnia wiedzy o tym twoim Mielnickim. Wyjednałam ci audiencję! Trafiła z pewnym trudem, bo u rodziców Filipy nie była dobrych 20 lat, a i w czasach szkolnych zaglądała tu rzadko- głównie pod nieobecność pana domu. Jakoś onieśmielała ją kliniczna czystość i nienaturalna cisza tych pomieszczeń. Teraz rozglądała się dyskretnie, ciekawa nowych wrażeń. W zasadzie pozostały te same- wypolerowane podłogi, lśniące okna i buty w przedpokoju stojące w karnym szyku. Szybciutko wyrównała w szeregu swoje sandały i podążyła za Filipą ,próbując zamaskować uśmiechem przykre rozczarowanie.- Nigdzie w zasięgu wzroku nie było oficerek! Przez całe lata tkwiło w niej głębokie przeświadczenie, że owe mistyczne buty- obiekt zazdrości i pożądania całej okolicy- koniecznie musiały przejść prawem historycznej ciągłości z ojca na syna. Tymczasem on był w kapciach! Tomy na półkach karnie prężyły grzbiety, trzy ryciny na ścianie eksponowały swą doskonałą symetrię i nawet mosiężny Lenin promieniował po dawnemu majestatyczną aurą dialektyki- tylko on był w kapciach… Zdegustowana Marysia prychnęła pod adresem historii coś o niestosowności głupich żartów, ale natychmiast przywołała się do porządku, grzecznie przysiadając we wskazanym miejscu. - Nadia wspominała mi właśnie o twoich osobliwych koligacjach. Przez chwilę walczyła z paniką, próbując przypasować imię do osoby- w końcu, pod wpływem olśnienia, skinęła głową. - Proszę, proszę- sam Mielnicki…- W jego tonie i spojrzeniu było tyle atencji, że w przypływie rodowej dumy podniosła głowę i dobitnie oświadczyła: - Tak, był moim wujkiem. Niestety umarł, nim zdążyłam go poznać. I dlatego chciałabym… - Ha, najlepsi z nas odchodzą, wkrótce i człowiekowi przyjdzie…- Westchnął z jakąś fałszywą pokorą, bo nic nie wskazywało, by wybierał się dokądkolwiek w najbliższym czasie. Czerstwa, starannie wygolona twarz, wyprostowana sylwetka, błysk energii w oczach- świadczyły raczej o pełni sił witalnych. - A nie zostawił przypadkiem jakichś wspomnień albo notatek?- Błysk w oczach przybrał na sile.- Swego czasu krążyły po Łodzi legendy na temat jego archiwum. Zebrać miał podobno tysiące teczek, a w nich taką zawartość, że przyprawiłaby o dreszcz rozkoszy tych wszystkich Torquemadów spod znaku IPN-u. Tak, tak…- teczka to nasz fetysz narodowy- Pokiwał głową melancholijnie.- Ja oczywiście w te bzdury nie wierzę i pytam cię wyłącznie dlatego, że pracuję właśnie nad monografią naszej szkoły. Wszystkie zapiski i uwagi Mielnickiego na ten temat byłyby mi bardzo pomocne. Bo nie wiem, czy orientujesz się, że miałem okazję służyć pod nim, gdy był komendantem naszej alma mather. - Ach! – wyrwało się Marysi, bo przypadkiem wiedziała, o czym mowa. Wspomniana alma mather była nie czym innym, jak Polityczną Szkołą WP- kuźnią utalentowanych krasomówczo a bezkompromisowych bojowników, trywialnie zwanych politrukami. Jej okrzyk musiał jakoś opacznie zinterpretować, bo podjął z wielkim entuzjazmem: - Masz rację- to imponujące. Być komendantem naszej szkoły w tamtych czasach równało się niemal szlifom generalskim! Co prawda, formalnie miał stopień podpułkownika, ale powiadano, że w bratniej armii stał znacznie wyżej…- Rozumiesz? Nic nie rozumiała. - Ale przecież był w UB… z Moczarem się kumplował…- wybąkała. - Ha, ha! A kto ci, dziewczyno, takich głupstw naopowiadał? Kumpel Moczara- dobry żart!- Wydawał się autentycznie rozbawiony- Pewnie, że był w Urzędzie Bezpieczeństwa, ale z „desantu Rokossowskiego” i całe to knajackie towarzystwo szczerze go nienawidziło. Owszem, salutowali i trzęśli portkami, ale marzyli tylko, by takich jak on oglądać u siebie na Anstadta, ale dwa piętra niżej- w charakterze pensjonariuszy! Cwani byli ci chłopcy i dobrze wiedzieli, że w Polsce każdy bydlak i łotr jest do przełknięcia, byleby nasz- narodowy. Nawet nadali mu przydomek „Piłat”- że niby obcy namiestnik i oprawca. Tacy patrioci! - Piłat?!- Zdumiała się Marysia- To bardzo zabawne, ja przecież znam już jednego Piłata…- Roześmiała się na wspomnienie tej znajomości i w chwilę potem już wędrowała wzdłuż smugi słońca ku fontannie, marmurowym schodom i samotnej postaci w białym płaszczu. Ledwo uchwytny zapach róż rozszedł się w powietrzu… - Oprawca?- Rozważał dalej- Nie, nie sądzę. Na to był zbyt… - Subtelny?- weszła mu w słowo. Tym razem roześmiał się na całe gardło- głośno i rechotliwie, płosząc liryczny nastrój. Promień słońca pękł i pszczoła igrająca dotąd na stole, z bzykiem przeniosła się do okna. Marysia popatrzyła z wyrzutem. - Dla subtelnych nie ma miejsca w żadnej armii, a już na pewno nie w Czerwonej! Najtwardsi gryzą ziemię pod Smoleńskiem i Stalingradem, a on tymczasem doszedł do Berlina. Nic ci to nie mówi? Mówiło- nawet sporo. Tylko akurat nie była w nastroju do wojennych reminiscencji. Filipa, zdaje się, podzielała jej zdanie, bo niecierpliwie fuknęła: - No, tato, tylko bez kombatanckich wspominek! Jak wreszcie napiszesz te swoje memuary, to z przyjemnością poczytamy, ale na miłość boską, nie teraz! Patriarcha rodu zgromił spojrzeniem krnąbrną progeniturę i wyniośle sprecyzował: - Dzieła tego rodzaju nie powstają dla przyjemności, ale by dać świadectwo prawdzie! A ta bywa właśnie nieprzyjemna i niewygodna najczęściej… …- Subtelny, powiadasz?- Smakował to słowo z widocznym upodobaniem- Cóż, do pewnego stopnia masz rację- w końcu wybrał sobie zajęcie wymagające sporej, że tak powiem… finezji. - W Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego?!- Zdumiała się, bo pojęcie finezji jakoś nie przystawało jej do tego szczególnego miejsca. - A czegoś ty się tej bezpieki tak czepiła? Był tam raptem 3, może 4 lata. U nas też, zresztą, długo miejsca nie zagrzał i chyba w 1955. przeszedł do służb wewnętrznych. Z najgłębszych pokładów pamięci wyłowiła obraz jeepów białymi literami i wielkich facetów umundurowanych z jakąś idiotyczną ostentacją. - Więc w żandarmerii służył?- Upewniła się. - A, to rzeczywiście szczyt finezji- Zachichotała Filipa, natomiast jej ojciec zamarł z wyrazem kompletnego osłupienia na twarzy. - Nieprawdopodobne…- wykrztusił- Zastanawiam się, jak przy takiej ignorancji wasze pokolenie mogło cokolwiek zdziałać, nie mówiąc już o obaleniu całego systemu… Cóż, efekty tej kompetencji widać teraz na każdym kroku- Wciąż kręcił głową z niedowierzaniem.- Naprawdę wyobrażacie sobie, że służby specjalne w wojsku zostały powołane do zabawy w podchody z kilkoma pijanymi poborowymi i dezerterami?! No, dziewczyno, twój wujek w grobie się przewraca! Przecież on na tej robocie pół życia strawił. A musiał być dobry, skoro tyle lat na placówkach zagranicznych przesiedział… - Matko Boska! Był szpiegiem?! - E, zaraz szpiegiem…- Attache wojskowym- Uśmiechnął się porozumiewawczo- A, co taki attache’ robi przy każdej ambasadzie, to możemy się tylko domyślać, bo ci faceci z reguły nie należą do kategorii wylewnych… Rewelacje pana Wasilewskiego przyprawiły ją o lekki zawrót głowy. -Ale heca- myślała, wracając do domu- Ile twarzy może mieć jeden człowiek?- Zbuntowany idealista, bohater wojenny, ponury oprawca z ubeckich kazamatów i jeszcze szpieg na dokładkę… No i, rzecz jasna, Piłat! To ostatnie odkrycie szczególnie wprawiło ją w dobry nastrój. Koniecznie należało je uczcić. Na to konto zafundowała sobie lody i ogromną szklanicę coli. Siadając przy stoliku ulicznej kawiarenki, wzniosła toast: - Twoje zdrowie, Procuratorze! – I posłała radosny uśmiech parze siedzącej przy sąsiednim stoliku. Młody mężczyzna nachylony ku swej towarzyszce w jakiejś najwyraźniej intymnej rozmowie, przerwał wpół zdania. Ten głos i śmiech…jakby znajome, zelektryzowały go. Gwałtownie uniósł głowę, a napotkawszy roześmiane spojrzenie z naprzeciwka, zesztywniał. - Ona? Tutaj?- pomyślał gorączkowo i prawie wpadł w panikę, nim uświadomił sobie, że go to właściwie nie obchodzi. Z zawodowego nawyku zlustrował jeszcze otoczenie, z pewnym zdziwieniem skonstatował brak „ogona” i wzruszył ramionami. „Nie moja sprawa”- zdążył jeszcze pomyśleć i już pochylał się na powrót ku swej partnerce stanowiącej zdecydowanie bardziej interesujący obiekt. Agent Bx 17 od tygodnia był na urlopie.
*
Energicznie wystukał ostatnie słowo, z ulgą przenosząc zmęczony wzrok od monitora na twarz kobiety. Stała obok lekko pochylona, w skupieniu czytając ostatni akapit tekstu. Żona- pierwszy recenzent i najsurowszy krytyk. Czekał w napięciu. - Wiesz, to chyba najlepsza z twoich książek. Lepsza nawet, niż „Przebudzenie”- powiedziałabym, że bardziej wnikliwa, dojrzała. Poruszył się niespokojnie, trochę speszony- czy to brakiem zastrzeżeń, czy też może analogią… - Ech, tamto to dawne czasy, zamknięty rozdział.- Niecierpliwie machnął ręką- Liczy się tu i teraz! - Masz rację. A jeśli dodatkowo rozważyć sprawę w kontekście twojej kampanii- cóż, myślę, że to strzał w dziesiątkę! - No, pod tym kątem nie patrzyłem…- Zawahał się, zaskoczony nową ideą, która dotychczas nie postała mu w głowie- Chyba czasu za mało, przecież sam proces wydawniczy… - Zdążymy. Zdaj się na mnie. Popatrzył z uznaniem. Zawsze wzbudzała w nim podziw i, co tu ukrywać- dumę. Łączyła w sobie dwa żywioły- niespożytą energię, żądzę działania i wyniosłą, chłodną kalkulację. Ogień i lód… Z przyjemnością odprowadził ją wzrokiem, przyznając w duchu, że przez te lata niewiele też straciła na fizycznej atrakcyjności. Miała klasę! - Do ciebie. – powiedziała podając mu słuchawkę- Dziwna pora na towarzyskie konwersacje…
*
- Piłat!- Roześmiała się raz jeszcze przekraczając próg mieszkania. Przeciąg poruszył firanką, złoty kurz zawirował w słońcu i osiadł mgiełką na więdnących płatkach kwiatów. Zapach róż ponownie skierował jej uwagę ku samotnej postaci w cieniu marmurowej kolumnady. - Och, biedaku, jak mogłam zapomnieć!- Czym prędzej podążyła do sypialni. Co prawda tkwił na dawnym miejscu, lecz wyciągnięcie go teraz z przemyślnej skrytki nastręczało sporo trudności. Zaklinował się na amen! Alarmujący odgłos pękającego materiału sprawił, że zaniechała szarpaniny, wszystkie wysiłki skupiając na szafie. Drgnęła za trzecim podejściem. Bardzo ostrożnie, by nie spowodować dalszych uszkodzeń, sięgnęła w powstałą szczelinę. Po dokonaniu wstępnych oględzin odetchnęła z ulgą- wyglądało na to, że obraz nie doznał uszczerbku! Starła rękawem warstwę kurzu i uszczęśliwiona oddała się kontemplacji. Jak zwykle budził w niej mieszane uczucia. Zachwyt był oczywisty, tęsknota- również zrozumiała, choć niezupełnie sprecyzowana, ale niepokój?- Nie do końca uświadamiała sobie skąd pochodzi- czy z tej zamyślonej twarzy, czy też może z uporczywie powracającej myśli o niezapłaconym długu… Czym prędzej skierowała się do okna, mężnie tłumiąc wyrzuty sumienia. Tak, twarz była daleko bardziej interesująca! Duża, biała kartka, która sfrunęła właśnie na dywan, przykuła jej uwagę. Za nią poleciały następne tak, że już po chwili cały fragment podłogi przy oknie zaścielony był papierową biało- zieloną mozaiką. Przez moment trwała w zdumieniu, próbując zlokalizować źródło tego dziwacznego wysypu. Powoli odwróciła obraz. – Przez całą jego szerokość biegło rozdarcie, spod którego wyglądały kolejne papierowe niespodzianki. Sięgając ręką głębiej, wydobywała z podwójnej warstwy płótna następne i następne… Oszołomiona siedziała na podłodze wśród sterty papieru zapełnionego zielonym atramentem. Znała tylko jednego człowieka, który używał takiego właśnie koloru. Znała też doskonale charakter jego pisma! W osłupieniu sięgnęła po pierwszą z brzegu kartkę. Tekst również wydawał się znajomy! Z niedowierzaniem przebiegała wzrokiem kolejne linijki. – Niemożliwe, musiała się pomylić! Pamięć przecież bywa taka zawodna… Błyskawicznie znalazła się przed regałem z książkami. Mimo lekkiego drżenia, ręka nieomylnie trafiła na właściwy tom. Gorączkowo przerzucała strony, porównując drukowany tekst z zielonym rękopisem. -…w jakiś zdumiewający sposób potrafił łączyć chrystusową ideę miłosierdzia z Wielką Inkwizycją, dogmatyzm moralny Kanta…- bezgłośnie powtarzała znane sobie zdania i nie kończąc, chaotycznie przeskakiwała do następnych akapitów-… wieczne trwanie czarnej, nieogarnionej więziennej rzeczywistości…-ocalił, unosząc ze świata zagłady… - Wciąż jeszcze nie dowierzając własnej pamięci i zmysłom, pośpiesznie wertowała rozrzucone kartki w poszukiwaniu tej jednej- najważniejszej. -…gałązka syberyjskiego modrzewia wątła, ale uparta- jak nadzieja Zmartwychwstania.- Błogosławione słowa, po wielokroć wypowiadane ze czcią niczym modlitwa! Wpatrywała się we fragment ściany, z zajęciem studiując geometryczny wzór tapety. – Błękitne kółko…nie, elipsa raczej, dwie równoległe linie, trójkąt... -Mocno zacisnęła pięści- tak bardzo bała się wspomnień!...-Suma kątów trójkąta równa się…- Napłynęły, wbrew woli i pomimo szeroko otwartych oczu. …Oderwała wzrok od bladej, wychudłej twarzy, ze wszystkich sił starając się ukryć przerażenie. To niemożliwe! Przecież jeszcze w zeszłym tygodniu był taki ożywiony! Wypytywał o znajomych, emocjonował budowlanymi projektami Filipy, zamartwiał się straconym rokiem na uczelni. Błyszczące oczy, rumieńce na policzkach…- wydawało się, że może być już tylko lepiej! To była dziwna, zła bladość- jak arkusz starego pergaminu pokrywający całe ciało. Nawet piegi, miliony piegów stały się niewidoczne! Wolną ręką poprawił kominiarkę zsuwającą się na czoło. - Chłodno tu jakoś… Chyba ogrzewanie już wyłączyli.. Z rozpaczą popatrzyła w okno. Na dworze szalał czerwiec. Ech, włosy to drobiazg- odrosną przecież.! I cera na pewno się poprawi, jak zacznie normalnie jeść—myślała gorączkowo, próbując wziąć się w garść. - Wiesz, sesja w tym roku będzie mocno spóźniona, więc jakbyś tak przysiadł fałdów i ostro wziął się do roboty… - Marysiu, przecież ja nie wrócę… - Nie gadaj głupstw!- Obruszyła się- Nie tylko wrócisz, ale błyskawicznie skończysz swoją pracę. Tak, tak- Gorliwie kiwała głową- I jestem pewna, że przy obronie powalisz wszystkich na kolana! Jeszcze w grudniu Piotr mówił mi… - Marysiu, usiądź na chwilę, chciałem ci coś powiedzieć. Gorączka musiała ustąpić, bo na jego twarzy pojawiły się kropelki potu. Z ulgą chwyciła wyciągniętą dłoń- była gorąca i sucha. -…Tylko obiecaj, że nie będziesz się gniewać. Obiecujesz?...Bo widzisz, te stokrotki…-to ja… Chwilę siedziała bez ruchu z szeroko otwartymi oczami, nim pojęła sens tego, co powiedział. Wypadła z sali z głośnym szlochem, którego nie potrafiła opanować przemierzając szpitalne korytarze. Pozbierała się na tyle, by wrócić jeszcze wieczorem. Nie żył już… Podnosiła kartki, pieczołowicie układając według numeracji. Troskliwie wygładziła wszystkie zagniecenia, wyprostowała kilka zmiętych rogów. Z zainteresowaniem przestudiowała liczne uwagi i komentarze skreślone na marginesie ręką promotora- bardzo wnikliwe, jak oceniła. Najwięcej uwagi poświęciła stronie pierwszej. Tytuł i nazwisko autora nie zrobiły już na niej wrażenia, natomiast adnotacja w prawym górnym rogu była niepokojąca. W skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami starała się odcyfrować obce, niewyraźne pismo… Dołączyć do…-akt?...- Straszna myśl przemknęła jej przez głowę sprawiając, że mimo nadzwyczaj parnego wieczoru, poczuła lodowaty dreszcz w okolicach kręgosłupa. Pochyliła głowę, jeszcze raz studiując obce pismo. Potem już automatycznie zarejestrowała regularne dziurki na każdej stronie, które dotychczas uszły jej uwadze i wyraźny odcisk zapinki segregatora czy jakiejś teczki. – Znała już, przynajmniej częściowo, niezwykłą drogę, jaką przebył rękopis i miejsce, którym spędził kilka lat. Gniew przyszedł niespodziewanie. – Bezsilna wściekłość, w której człowiek zdolny jest do wyrządzenia najstraszliwszych krzywd. Jednak chwila oczekiwania przy telefonie sprawiła, że emocje trochę opadły. Ochłonęła na tyle, by panować przynajmniej nad głosem, bo ręce nadal drżały. - Trafiłam przypadkiem na pracę magisterską Romka.- rzuciła chłodno.
*
Słowa zmroziły go. Właściwie nie wiadomo, dlaczego- przecież zdawał sobie sprawę, że to prędzej czy później stać się musi. Nie, tak naprawdę nigdy nie był przygotowany! Tym bardziej, że atak nastąpił z zupełnie nieoczekiwanej strony. - Skąd?- Co za idiotyczne pytanie! -…znajomego prokuratora…- powtórzył mechanicznie, nawet nie dziwiąc się, że sprawa zaszła tak wysoko bez jego wiedzy i udziału. - Och, nie musisz się obawiać- to bardzo dyskretny człowiek. Milczał przez tyle lat, więc i teraz nie ma powodu…- Zniekształcony w słuchawce głos zabrzmiał dziwnie obco, ironicznie. - Ja… ja próbowałem ci powiedzieć. Jutro będę w Łodzi, wytłumaczę…- Rzeczywiście próbował, nawet kilkakrotnie- za każdym razem rezygnując w poczuciu klęski i ulgi zarazem. Nie było wytłumaczenia! Przynajmniej dla kogoś, kto tam nie był, nie przeżył tej strasznej konfrontacji… Paryż…- Wspaniały, wolny świat, o którym marzył, szybko skurczył się do wymiaru kilku ulic, podrzędnej knajpy z najtańszym jedzeniem i redakcji, gdzie coraz częściej odrzucano jego teksty. W ich rozumieniu nie miał nic do powiedzenia. Nic, co miałoby posmak sensacji, żadnych dramatycznych nowin kompromitujących reżim. W kolejce czekał już tłum następnych- odzianych w szaty męczeństwa- świeżych bohaterów… W zanadrzu miał tylko jeden atut- tę pracę, której maszynopis szczęśliwie wywiózł z kraju. Była dobra, zdumiewająco dobra jak na wiek i doświadczenia tamtego. Nie żył już przecież… - Nie ma takiej potrzeby! Przez chwilę byłam ciekawa, jak daleko może posunąć się człowiek w obliczu szantażu. Ale już nie jestem! Patrzył na buczącą słuchawkę w nadziei, że za chwilę znów się odezwie. Nie było żadnego szantażu! Tylko jeden list przesłany po dwóch latach na jego nowy, londyński adres- anonim, co prawda, ale z wymowną zawartością. To była kserokopia pierwszej strony rękopisu… Od tamtej pory czekał nieustannie przez wiele lat – aż do dzisiaj. Naprawdę nie było nic więcej! - Drobiazg- w odpowiedzi na pytające spojrzenie żony wzruszył ramionami- To w sprawie kampanii, drobiazg zupełny…
*
Siedziała pochylona, starannie zszywając poszarpane brzegi płótna- równiutko, ścieg za ściegiem. Niezwykły spokój zwrócił jej uwagę dopiero po dłuższym czasie. - Ta cisza- dziwna jakaś…- podniosła głowę, nasłuchując. Oczekiwane, zwykłe o tej porze dźwięki nie napłynęły jednak- żadnego pisku hamulców, trąbienia, łoskotu przejeżdżających tramwajów. - Prawda, przecież jest lato. Całe miasto pewnie wyjechało na wakacje…- Uspokojona tym oczywistym faktem wróciła do przerwanej pracy. Starannie- ścieg za ściegiem… Gdzieś daleko ozwał się głuchy pomruk nadchodzącej burzy. Zbliżała się bardzo szybko, bo już po chwili nagły poryw wiatru wdarł się do mieszkania, otwierając na oścież wszystkie okna. Drgnęła na odgłos niespodziewanego łoskotu. – Jakieś drzwi zatrzasnęły się.
Rozdział 7
-Ho, ho, jaka piękna górka! I szlemik cioci wyszedł… - Przy dwóch kierach- Zachichotał Mareczek. - Wstyd i obraza boska! - No, no, tylko sił nadprzyrodzonych niech w to nie miesza- Zdenerwowała się Hanka- bo wina jest jego! - Moja?- Jej partner zdziwił się niepomiernie.- Bardzo przepraszam, pani Haneczko, ale skoro na pytanie o asy słyszę pas, pokazuję moje kara- i znów to samo, to nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić do pani kierów… - Kierami niech mi się tu nie wykręca. Powtarzam: wina jest jego- literalnie i fizycznie! Przecież bez przerwy mnie rozprasza, to niby jak mam myśleć w tych warunkach? - A tak, tak!- kontynuowała coraz bardziej rozsierdzona- I niech nie udaje świętego Franciszka, tylko w lustro popatrzy, to będzie wiedział, o co chodzi. – Z takimi zębami powinien na estradzie brylować albo w innym telewizorze, a nie snuć się tu w czarnej kiecce i porządnym ludziom krew psuć! - Do bani z takim porządkiem!- zakończyła ogólną refleksją, wkraczając do kuchni.- Masz fajki?- rzuciła w kierunku siostry- Wszystkie mi wyszły. - Wiesz, dobrze się składa, że pogoda dopisuje i możecie grać na dworze- Marysia podniosła głowę znad książki- Inaczej by tu trzy trupy leżały- sczerniałe i gruntownie okadzone. - A, bo nerwy mam, cholera, zszarpane przez te wakacje!- utyskiwała, nalewając sobie czwartą czy piątą tego dnia kawę. Po chwili już znikała za drzwiami, unosząc ze sobą aromat szatańskiego naparu i paczkę papierosów ściągniętą ze stołu. - I czego międlisz te karty, jełopie?!- Dobiegł z oddali jej przytłumiony głos- To są „Piatniki”, a nie jakieś szmatławce! Nie rób miny, tylko przesiadaj się- teraz grasz z wielebnym, a ja z Markiem. No, szable w dłoń, synu! Zapowiadało się na krwawą szarżę kawaleryjską. Marysia oderwała wzrok od okna. - Przynajmniej tu wszystko w normie…- pomyślała, odruchowo sięgając po przerwaną lekturę. Przez chwilę patrzyła z namysłem, po czym z nagłą determinacją zamknęła książkę i odsunęła gwałtownie. Widok postrzępionej okładki, lekko zatartych, znajomych liter po raz pierwszy obudził w niej niechęć- nowe, niespodziewane uczucie. - Ach, dosyć tego!- mruknęła gniewnie – Fantasmagorie, bzdury wyssane z palca! A przecież wszędzie dokoła realne życie…Tak, tak, prawdziwe życie- tam w ogrodzie, na ulicy. I realni ludzie, a nie jakieś papierowe widma, chimeryczne rojenia!- Pełną piersią zaczerpnęła powietrza, czując orzeźwiający przypływ energii.- Tyle się dzieje! Tak wiele do zrobienia!- Rozważała aspekty nowo odkrytej rzeczywistości, gotowa śmiało stawić jej czoła.-… Choćby kolacja, zakupy na jutro i pelargonie trzeba koniecznie przeflancować, dom odkurzyć… - Czy ciocię coś boli?- Widać na jej twarzy musiał zagościć jakiś szczególny wyraz, bo głos Zosi pobrzmiewał autentyczną troską. - E… nic takiego- lekka niestrawność. Widzisz, czasami…- urwała, taksując uważnym spojrzeniem siostrzenicę, która przeszła zdumiewającą metamorfozę; od bolesnej dekadencji- po awangardowy minimalizm. Obuta była w cztery rzemyki, zaś na resztę stroju składała się złocista opalenizna i skrawek białego materiału, który w strategicznych miejscach utrzymywał się wyłącznie za sprawą silnej woli lycrowych włókien. - Święto jakieś?- Zainteresowała się żywo poruszona zaskakującym widokiem - Ach, ciociu, miałabym taką wielką prośbę…- Głosik o barwie srebrnego dzwoneczka w pełni harmonizował z całością, choć jego częstotliwość przywodziła na myśl raczej karabin maszynowy.- W Jeziorsku, wie ciocia, nad zalewem, jest taka knajpa, to znaczy pub „Pod Aniołem” i tam podobno niezły jazz grają, więc Michał powiedział, to jest- zaprosił mnie, ale ja przecież nie mogę, bo Psa trzeba wyprowadzić na dłuższy spacer, a na nich- sama ciocia wie- przecież nie można liczyć…- Tu wymownym gestem pokazała w kierunku ogrodu i zamilkła wyczerpana. - Poczekaj, Zosiu, nie wiem, czy dobrze zrozumiałam.- Wybierasz się do Jeziorska, a ja mam wyprowadzić Psa, tak? Powiedz mi jeszcze, czy Michał to ten, o którym myślę?... Nieznacznie skinęła głową, skromnie spuszczając wzrok. - Cóż, przyjmę na barki to brzemię, pod warunkiem, że oświecisz mnie, jakim cudem masz zamiar pokonać pięć kilometrów w tym- powiedzmy- obuwiu? - Ach, to żaden problem- Machnęła ręką- mamy motocykl! Znaczy- mogę iść?- Rzuciła w drzwiach i znikła z pola widzenia z zaskakującą szybkością. Marysia, czym prędzej poszła w jej ślady zaintrygowana nie tyle samym środkiem lokomocji, co sposobem dosiadania go przez siostrzenicę. - Na stojąco, czy jak?...- Zaniepokoiła się w kontekście Zosinej kreacji. Szczęśliwie obeszło się bez woltyżerki. – Tuż za bramą oczom zdumionej Marysi ukazał się czarny rumak rasy Harley- Davidson – z przyczepą! Obok prężył się dumnie takoż czarny rycerz w skórzanej zbroi i stalowym hełmie. Uchylił przyłbicy, pokłonił grzecznie i tradycyjnie pokraśniał jak piwonia. - Dzień dobry, panie Michale. Ależ ma pan wierzchowca! Czyżby służbowy? - Ee.. służbowy to ja miałem rower , tylko mi ukradli. A tę maszynę…- Tu miłosnym wzrokiem objął lśniące cudo-… pożyczam czasami od naszego wczasowicza. Wie pani, tego, co… Zosia ,tymczasem, gibkim, wężowym ruchem wdzięcznie ulokowała się w przyczepie, wystawiając na ciężką próbę wytrzymałość tkaniny i nerwy posterunkowego. - Oto prawdziwy triumf myśli ludzkiej nad materią!- skonstatowała Marysia z podziwem, sprawiedliwie dzieląc uznanie między motoryzację a przemysł włókienniczy. Jednak wzmianka o wczasowiczu lekko ją zaniepokoiła. Porzuciwszy nabożną kontemplację cywilizacyjnych osiągnięć, niepewnie spytała: - Zaraz, zaraz, a czy ktoś z was pofatygował się, żeby chociaż podziękować człowiekowi? Stropione spojrzenie Zosi wystarczyło za odpowiedź. - No, jasne- obiecywać złote góry to jest komu, ale jak przychodzi do realizacji…- Westchnęła ciężko.
*
Z zamyślenia wyrwało ją gwałtowne szarpanie. Najwyraźniej Pies inaczej rozumiał pojęcie spaceru, bo pędził niemiłosiernie, za nic mając ograniczone możliwości ludzkich członków. Przystanęła, mocno ściągając smycz. - Aha, jest kapliczka…to teraz w lewo- tą szutrową drogą do zagajnika…- głośno powtarzała precyzyjne wskazówki posterunkowego. Obrawszy wyznaczony kierunek, szła mechanicznie uczepiona końca smyczy. Wielogodzinne otumanienie minęło, a dotychczasową pustkę w głowie zaczęły wypełniać myśli tak skłębione i chaotyczne, że nie nadążała z ich rejestracją. - Dlaczego? Jakim sposobem?...- Fantastyczne wizje w zawrotnym tempie przemykały przez jej umysł, by ustąpić miejsca pomysłom nowym- równie niedorzecznym i absurdalnym. - Zaraz, zaraz, a może…- Nie do końca sprecyzowana myśl uleciała nagle jak się pojawiła, zostawiając w sercu dziwny niepokój. -…był wielkim patriotą…- Skonfundowana przystanęła, powtarzając słowa, które cisnęły się jej na usta. Gdzieś już to słyszała, całkiem niedawno…. Bezradnie potrząsnęła głową. Nic z tego. - Bez wodki nie razbieriosz.- mruknęła, rozglądając się w poszukiwaniu punktów orientacyjnych. - Zaraz, jak to dalej szło?- Przy starym jaworze w prawo i prosto w kierunku rzeki. Ciekawe, który to?- Z głębokim zainteresowaniem oddała się kontemplacji okolicznych drzew. Sosnę od dębu odróżniała bezbłędnie. Brzoza czy wierzba też nie stanowiły problemu. Ale jawor?! Szybko przywołała w pamięci całą swoją wiedzę dendrologiczną. – W sielance Karpińskiego był, co prawda, ale bez detali. „Puszcza jodłowa” odpadała ze względów równie oczywistych co „Dewajtis”. „Balladyna”, choć gęsto zadrzewiona, bliższych danych również nie dostarczała. - Ogary poszły w las!- wykrzyknęła triumfalnie i stropiła się, za nic w świecie nie mogąc sobie przypomnieć choćby ogólnego typu tego lasu, nie mówiąc już o pojedynczych egzemplarzach - Też mi wiedza! Praktyczne wykształcenie, psia krew!- prychnęła. Pod rozłożystym klonem uroczyście ślubowała czytywać wyłącznie Wielką Encyklopedię Powszechną i obrawszy hipotetyczny kierunek, skręciła w stronę rzeki. Przynajmniej taką miała nadzieję! Pies, tymczasem, znużony i mocno podduszony dotychczasową przechadzką, postanowił zmienić taktykę. Usiadł, powęszył, chwilę pomedytował i ruszył w cwał, zostawiając Marysię z plastikowym uchwytem i kawałkiem smyczy w ręku. - A zgub się jeszcze raz!- wrzasnęła- To nawet pies z kulawą nogą się o ciebie nie upomni! Taka ewentualność chyba jednak nie wchodziła w rachubę, bo choć zniknął z pola widzenia, poszczekiwania i odgłosy biegu dochodziły ją całkiem wyraźnie. Właśnie przedzierała się przez bujną kępę krzaków, klnąc siarczyście, gdy nowy, nieoczekiwany dźwięk osadził ją w miejscu. - Oh, le chien, mon cheri! Pies, bezwstydnie rozwalony w trawie, z rozkoszą przymykał oczy, poddając się pieszczotom obcej ręki. Mężczyzna tarmosił go z widoczną zażyłością, rozglądając się przy tym wokoło. - Oh! Madame Marie, aussi- quelle beau sourprise! - To pan???- Skamieniała Marysia zdołała tylko tyle wykrztusić.- Deja vu- myślała gorączkowo- Mam udar słoneczny albo halucynacje po przebytym wstrząsie… Nie, upadłam i straciłam przytomność…teraz leżę w szpitalu, jestem w malignie… On tymczasem wyprostował się, zrobił parę kroków i przystanął, patrząc na nią uważnie. Znów musiała przyznać, że takich oczu w życiu… -Nie, kiedyś przecież widziała! Wspomnienie napłynęło gwałtownie- tak ostre i wyraźne, że bezwiednie wyciągnęła rękę, chcąc dotknąć znajomych kształtów różyczek, kart leżących na stole i dłoni, która je rozkładała. -…będą z ciebie ludzie, Marysiu… Szeroko otworzyła oczy. - Ależ pan…pan jest… Kiedy tak stał przed nią- smukły, z niesforną blond czupryną wiecznie opadającą na czoło i oczami, w których iskrzyło słońce- wiedziała prawie na pewno, kim jest. Zdziwiła się tylko, że tak późno, że nie od razu… - No, nareszcie!- powiedział ze śmiechem i promień słońca roztańczył się w błękicie- Bałem się, że będę musiał tu zimę spędzić. Nazbyt oszołomiona dokonanym odkryciem, wciąż milczała, łowiąc słowa, których on z kolei miał w nadmiarze. - Świetnie się składa, że tu trafiliście, bo ja koniecznie muszę wracać i byłby kłopot. Niezły pasztet, jak to wy mówicie- prawił szybko i swobodnie. Po obcym akcencie został ślad jedynie- to wspaniałe tylnojęzykowe „r”.- Mądry pies, dobry pies…- Pochylił się, by jeszcze raz wytarmosić usłużnie nadstawiony kark- …widzi i czuje więcej, niż niektórzy ludzie… Potrząsnęła głową, odpędzając resztki oszołomienia. - Zgoda, jestem ociężała fizycznie i umysłowo, ale mam chyba prawo wiedzieć, dlaczego padło akurat na mnie? W całej rodzinie nie znalazł się nikt odpowiedniejszy?- mówiła z pretensją.- I cała ta konspiracja, idiotyczne tajemnice! Przecież można było przyjść do domu i wszystko wyjaśnić albo ostatecznie przesłać listem! - Nie można było…- Przechylił głowę, patrząc na nią z głębokim zainteresowaniem, nazbyt dociekliwie jak na jej gust.- A poczta…cóż- to chyba nie najlepszy pomysł dla tego rodzaju przesyłek… Wydawało mi się, że akurat ty będziesz zainteresowana… Zarówno ton, jakim to powiedział, jak i znaczące spojrzenie, zirytowały ją w najwyższym stopniu. Pewnie, że była zainteresowana- nawet bardzo! Tylko tego akurat nikt nie miał prawa wiedzieć! Ona sama wolałaby… Irytacja narastała, przechodząc w złość z przyczyn zupełnie niejasnych. - Aha, śledziłeś nas! - Wcale nie śledziłem, tylko parę razy popatrzyłem sobie z daleka. Nie ja jeden, zresztą! Od śledzenia są inni…- tres, tres professionels ! – Roześmiał się beztrosko, jakby tego rodzaju informacja mogła mieć w ogóle jakieś komiczne aspekty. Marysia sposępniała. – Boże, nie dość, że jakieś idiotyczne tajemnice, podsłuchy- to jeszcze coś takiego… Obrzydliwość!- Podejrzliwie zlustrowała otoczenie, gotowa znieść z powierzchni ziemi armię szpicli czających się pod każdym krzakiem. Niestety, okolica wyglądała absolutnie niewinnie, wobec czego cała nagromadzona złość i frustracja znalazły ujście w jedynym możliwym kierunku. - Aha, znaczy to u was dziedziczne.- wycedziła- Bo chyba się nie mylę, że twój ojciec był szpiegiem, agentem i diabli wiedzą, kim jeszcze! A w wolnych chwilach kompletował sobie archiwum- takie różne brudy i nikczemności, którymi można później ludzi…- Mimo wszystko, to słowo jakoś nie chciało jej przejść przez gardło. - Czujesz się szantażowana? To przykre…- Oczy pociemniały. Pochylił się nisko, zagarnął stertę gałęzi , którą bez pośpiechu zaczął przenosić na środek łąki. Pies towarzyszył mu, wdzięcząc się i radośnie poszczekując. - Oh, mon chien, quelle unfortune- il n’y a pas de kiełbasa! Aujourd’hui j’ai du pain et pommes de guerre seulement [1] „Kiełbasa” brzmiała obiecująco, więc na dźwięk bliskiego sobie słowa Pies czujnie zastrzygł uszami. Po chwili żwawo się poderwał, wnikliwie obwąchał znajome miejsca, szczególną uwagę poświęcając zawartości namiotu rozstawionego na skraju łąki. Inspekcja widać wypadła niepomyślnie, bo przysiadł skonfundowany, błagalnie patrząc w oczy człowieka, który dotychczas nigdy go nie zawiódł. Ten zaś, tylko bezradnie rozłożył ręce i w geście pocieszenia zaczął głaskać kudłaty łeb. Ignorowali ją z irytującą solidarnością! - Przepraszam…- wydukała- Przepraszam, słyszysz?! Żadnej reakcji. - Wiem przecież, że był porządnym człowiekiem. - No, tego akurat nie możesz wiedzieć…- mruknął nie odwracając głowy, bez reszty pochłonięty układaniem gałęzi. - Właśnie, że wiem!- Tupnęła nogą- Bo, bo…- Czy naprawdę trzeba tłumaczyć rzeczy oczywiste? -…Bo podłość nie leży w naturze Libnickich. A poza tym- pewnych rzeczy nie robi się!- Szczęśliwie przyszły jej w sukurs słowa cioci Toni. - No, to rzeczywiście powód! – prychnął gniewnie, wciąż pochylony nad misterną konstrukcją z gałęzi.- W waszej rodzinie może się nie robi, ale w mojej… - Wykluczone! Przecież ja znałam dziadka!- Wytoczyła najcięższy argument i usiadła obok całkowicie uspokojona rozstrzygniętym sporem. - Jaki był?- Nareszcie podniósł wzrok- wciąż jeszcze pochmurny, ale też zainteresowany w widoczny sposób. Zaczęła niepewnie, jąkając się- od obitego ceratą kuchennego stołu, a potem już samo jakoś poszło…Był ogród tonący w woni papierówek, studnia, stary kasztan na podwórzu, no i strych- oczywiście! Wodnik ubawił go serdecznie, natomiast historię pociągów kazał sobie dwukrotnie powtarzać. - Naprawdę chodziliście tam codziennie? - Oczywiście! Przecież to było konieczne… - Ale musiał być już wtedy stary. Chorował podobno.. Miał siedemdziesiąt lat, ale stary nigdy nie był. Zresztą, z domu do ścieżki nad torami szło się niezbyt długo… Najpierw rozgrzana od słońca, czarna droga - tu każdy krok wzbijał tuman kurzu, którego czarne drobinki chrzęściły w zębach , osiadały na sukience i białych podkolanówkach. Potem sklep na Chłopskiej ze wspaniałymi lizakami wielkości talerza, pole pana Michalskiego i nareszcie brzozowy zagajnik, gdzie znajdywali czasem koźlaki i wspaniałe czerwone krawce o kapeluszach tak ogromnych, że w deszczowe dni mogły służyć nawet za parasol. Niekiedy jeszcze wśród drzew dochodziło ich dudnienie kół i gwizd parowozu. Wyrywała wtedy rękę z jego dłoni i pędziła co tchu- przerażona, że nie zdąży. - Bo ludziom, którzy odjeżdżają, koniecznie trzeba pomachać- żeby szczęśliwie wrócili… Czasem pociągi przejeżdżały obojętnie- ślepe i nieme, ale często odpowiadały trąbieniem i przyjaznymi gestami ludzkich rąk w oknach…1145- do Szczecina, 1220- Gdynia- Orłowo…
* Od sosnowego lasu nadciągał zmierzch, przykrywając chłodnym, litościwym cieniem rozpalony świat- spieczoną ziemię pokrytą siatką głębokich pęknięć; wypłowiałe trawy szeleszczące sucho przy najlżejszym podmuchu gorącego wiatru; szosę spotniałą od niemiłosiernego skwaru. Gwarne, rozgrzane całodniowym słońcem życie przenosiło się teraz znad rzeki na werandy domów- przywabione nęcącą wonią piwa i grillowanych przysmaków. W całej okolicy tylko jeden dom zdawał się całkiem wymarły, choć oko bystrego obserwatora i tu mogło dostrzec pewne przejawy- jeśli nie życia- to w każdym razie jakiejś aktywności. Szeroko otwarte mansardowe okno emanowało niebieskawą poświatą, na tyle jednak wątłą, że nie rozpraszała ciemności, które spowijały cały dom. Pokój na poddaszu również tonął w półmroku pozwalającym zaledwie domyślać się ogólnego zarysu i ilości zgromadzonych tu sprzętów.- Pudła spiętrzone pod sam sufit, zwaliste bryły mebli dokonujących tu nazbyt długiego już żywota i mnóstwo innych przedmiotów, które zwyczajowo zapełniają każdy strych, a których kształty skutecznie teraz zatarł zmierzch. Fotel stanowił głęboki dysonans- jego ergonomiczna linia i skórzane, miękkie obicie znacznie odbiegały od standardów pomieszczenia. To niewielkie ustępstwo na rzecz luksusu było konieczne, zważywszy że człowiek przebywający tu wielokrotnie przywykł do wygód. Również teraz siedział swobodnie rozparty,a wyraz zadowolenia nie schodził z jego szerokiej, rozświetlonej błękitnawym blaskiem twarzy. Źródłem zadowolenia były jego własne myśli, zaś źródłem światła- masywna szafa, której rozwarte szeroko skrzydła ujawniały wnętrze niewspółmierne do wieku i szpetoty starego mebla. Zgromadzony tu sprzęt z pewnością należał do innej generacji, a jego przeznaczeniem nie była, bynajmniej, obsługa ośrodka wczasowego.- Cichy, miarowy szum komputera świadczył o niestrudzonym zapisie danych z urządzeń peryferyjnych, a emitujący błękitną poświatę monitor informował o końcowej fazie transmisji. Wkrótce zielona dioda zamrugała intensywniej i po chwili napęd CD wypluł kolejny srebrny krążek. Mężczyzna ocknął się z zadumy i sięgnął po słuchawki. Jednak, spojrzawszy na zegarek, po chwili wahania zrezygnował z odsłuchu. - Na dzisiaj wystarczy…- mruknął odkładając płytę- … ta przyjemność może poczekać do jutra… W zasadzie nie powinien tego robić- do niego należał tylko nadzór częstotliwości i sumienny zapis nagrań.- Ot, taka przysługa po starej znajomości. No, może też trochę spłata dawniejszych zobowiązań, o których wolałby nie pamiętać. - Ale kto powiedział, że przy tym ogniu nie można by upiec dwóch pieczeni…- Roześmiał się, zadowolony z własnej przedsiębiorczości. Te dwa tygodnie żmudnych nasiadówek opłaciły mu się z nawiązką. Prawda, że większość informacji to bełkot i chłam bezwartościowy, ale kilka perełek znalazł przecież! Najbardziej cieszyły go wiadomości o kłopotach finansowych- te wieczne utyskiwania i biadolenia były niczym balsam na jego duszę. - I autostrada niewiele wam pomoże, kochaneczki- pociągniecie najwyżej do wiosny… Co prawda, musiał chwilowo zaniechać dotychczasowej działalności, wiedział jednak, że przyroda doskonale zastąpi go w dziele zniszczenia. - Jak przyjdzie po zimie łatać dachy, wymieniać stolarkę, a kto wie, może i z grzybem walczyć- to wszystkiego wam się odechce! Dom pusty, nieogrzewany - tak, grzyb zapewniony… A jeszcze, gdyby Warta wylała jak przed czterema laty, to może i kanalizację szlag trafi… Zamarł na moment, rozkoszując się obiecującymi perspektywami i wizją ostatecznego triumfu. Po chwili znów spojrzał na zegarek, zerwał się z krzesła i chwyciwszy niewielki pakiecik, czym prędzej opuścił pomieszczenie. Do wyznaczonego spotkania pozostało mu zaledwie 15 minut.
*
- Twoja kolacja się przypala!- Ze zdziwieniem popatrzyła na snop iskier strzelających w pociemniałe niebo. Kiedy nastał zmierzch i zapłonął ogień -nie zauważyła, zapatrzona w odległe krajobrazy. Opiekany nad ogniskiem chleb z masłem czosnkowym smakował wyśmienicie, chociaż, trzeba przyznać, że nie u wszystkich wzbudził jednakowy entuzjazm. Pies obwąchał swoją porcję, z lekkim niedowierzaniem pokręcił głową i oddał bolesnej kontemplacji wieczornego nieba. Gorycz porażki osłodziły mu dopiero dwie solidne pajdy, suto okraszone smalcem domowej roboty. - Bon apetit, mon ami. Tylko nikomu o tym nie wspominaj, bo pani Skiba mogłaby się obrazić. A swoją drogą, ciekawe, jak można jeść coś takiego…- dodał, ze szczególnym wyrazem twarzy oglądając opróżniony słoik. - Tak samo jak żaby albo ślimaki- wyjaśniła uprzejmie- A propos- one pełzają po talerzu, czy należy uprzednio coś z nimi zrobić? - Oho, złośliwa jesteś- Uśmiechnął się po raz pierwszy od dłuższego czasu, ale zaczepki nie podjął, tylko ponownie zniknął w namiocie i wyłonił się zeń po chwili z jakimś pakietem w ręku. - To należy do was... Próbowałem zostawić w domu na strychu, ale od śmierci ojca nie było okazji. Wiecznie ktoś się tam kręcił… Zaintrygowana przyjęła dużą, szarą kopertę, solennie obiecując sobie powściągnąć ciekawość. Niestety, pakunek złożony na kolanach zbyt ciążył i wabił, stając się pokusą nie do odparcia… Zeszyt był cieniutki i bardzo stary, na ile mogła to ocenić w migotliwym blasku ognia. Okładka przedstawiała wizerunek marszałka Śmigłego- Rydza , zaś o zawartości informował duży , wyraźny napis: „Zeszyt do języka polskiego Ewelinki Libnickiej”. Marysia westchnęła. Bardzo podobny kiedyś już widziała- u babci Heleny- razem z koszulką od chrztu, puklem jasnych włosów starannie przewiązanych wstążeczką i fotografią- identyczną z tą, którą trzymała teraz w dłoniach..- Dwie dziewczynki ustrojone w wianki, w białych komunijnych sukienkach. Dwie siostry i dwa kompletne przeciwieństwa. – Ta smukła, z długimi ciemnymi włosami, patrząca poważnie w obiektyw aparatu- to Wandzia. Na pewno w całej swej uduchowionej mądrości głęboko przeżywała mistyczne religijne doświadczenie… I oczywiście Ewelina- ze stertą siana na głowie, które nijak nie chciało dostosować się do powagi chwili. Nogi obute należycie, za to w pofałdowanych pończochach, też zdawały się odmawiać posłuszeństwa właścicielce, niecierpliwie przytupując w miejscu… Z ciekawością przerzucała kartki zeszytu, w którym litery- z początku staranne jak rzetelna obietnica poprawy- szybko przechodziły w prawie nieczytelne bazgroły, często i gęsto zakreślone czerwonym atramentem…”W niedzielę 12 maja 1935 roku zmarł Marszałek Józef Piłsudski – smutno obwieszczała notatka uzupełniona ręką pedantycznego belfra:”O godzinie2045!!!”. Najbardziej zainteresowało ją kilka luźnych kartek papieru listowego zapełnionych tym samym rozwichrzonym, niekształtnym pismem. „Kochany Bolesiu!”- czytała-„Strasznie tu smutno bez Ciebie i czuję, że z tego żalu zaraz się rozchoruję i na pewno jutro nie pójdę do szkoły…” „Boleczku Kochany!”- wykrzykiwał inny list- „Nie wyobrażasz sobie, co za szczęście- nasza stara Pszczółka ma źrebaka! Zupełnie niespodziewanie i wszyscy się okropnie cieszą, ale ja wcale, bo do Bożego Narodzenia jeszcze trzy tygodnie i tak długo się nie zobaczymy…” - Ależ to niemożliwe!- Podniosła zdumione spojrzenie znad pożółkłych kartek- Przecież oni się nienawidzili! Mama chyba była zazdrosna, a on…cóż- on miał prawo… - Więc nie powiedziała wam…- W zamyśleniu pokiwał głową. - Nie rozumiem. - Tam jest jeszcze jeden list. Pomięta, niegdyś chyba niebieska koperta, zaadresowana była drobnym pismem, które jakaś obca ręka przekreśliła zamaszystą adnotacją:” zwrot do nadawcy”. - Ależ to do mamy! - Jednak powinnaś przeczytać. Papier, choć wiotki i zleżały, stawiał dziwny opór- może z powodu drżenia rąk i lęku, jaki niespodziewanie napłynął. „Najdroższa Lineczko!”- Z trudem odczytywała słowa kreślone atramentem, który zdążył wyblaknąć w ciągu dziesiątków lat.—„Ojca i jego żonę rozumiem doskonale- moja osoba nigdy nie była im miłą. Jednak Twojego milczenia nie jestem w stanie pojąć. Chyba, że… Boję się nawet myśleć, że możesz mnie w jakikolwiek sposób wiązać z tamtymi strasznymi wypadkami… Lineczko, ja po prostu nie zdążyłem! A tak bardzo się starałem…” Z boku zapłonęło światło latarki i Marysia z większą swobodą przebiegała wzrokiem kolejne linijki tekstu. Pisał zwięźle, wręcz ascetycznie- jakby w obawie, że jedno wyrwane spod kontroli słowo może zdradzić cały bezmiar cierpienia i okropieństw tej frontowej zimy. Ze ściśniętym sercem śledziła determinację i upór, z jakim starał się o jednodniową przepustkę. Bezskutecznie! W końcu udało się – łazik zdobyty podstępem i samowolny nocny wyjazd, za który groził pluton egzekucyjny. …”Zabudowania płonęły, ale dom na szczęście pozostał nietknięty, chociaż ta swołocz szalała już w środku, niszcząc wszystko w dzikim zapamiętaniu. Wandzia… nasza siostra już nie żyła, - zginęła straszną śmiercią, a ja nie mogłem nic zrobić. Może, gdybym nie zwlekał do nocy i przybył choć godzinę wcześniej… Leżała taka spokojna i piękniejsza niż kiedykolwiek… Twój krzyk, Lineczko, przeraził mnie. Bałem się, że i Tobie coś zrobili, że stracę Was obydwie. Dlaczego uciekłaś? Przecież nie mogłaś pomyśleć… Siedziała bez ruchu, zapatrzona w płomienie. - Umarła pod koniec wojny…- dobiegły ją słowa matki, wypowiedziane kiedyś suchym, rzeczowym tonem- bez zwykłych dramatycznych ozdobników. Właściwie nie wiadomo, dlaczego słowo „umarła” wiązała z jakąś grypą, zapaleniem płuc… Teraz poznała prawdę o tej śmierci i była przerażona. Jednak powoli do jej świadomości zaczęła docierać druga jeszcze prawda- kto wie, czy nie straszniejsza. - Boże, więc ona była świadkiem i myślała… Ze zgrozą rozejrzała się w poszukiwaniu ratunku, nadziei- jakiegoś dobrego ducha, który nadejdzie promienny, jasny i powie, że to nic takiego – zły sen, który minie… Stał obok- poważny, wpatrzony w ogień, otoczony aureolą włosów, które teraz nabrały barwy płomienia. Smutno kiwał głową. - Przez pięćdziesiąt lat żyła…-w piekle?- Nie, piekło nie może być tak okrutne…A on?- tego też nie potrafiła sobie wyobrazić..- I to przez jeden nieprzeczytany list!- wyrzucała z siebie słowa, urywki myśli- strasznych, niepojętych- Mamo, coś ty zrobiła?! – Sobie, jemu, nam… - Posłuchaj, Marie, to nie tak- odezwał się cicho, onieśmielony cudzym cierpieniem, bezradny wobec łez.- Mój ojciec- on też nie jest bez winy. Nigdy potem nie zrobił najmniejszego kroku, nie próbował spotkać się, porozmawiać- a przecież miał tysiąc okazji i ogromne możliwości. Pokręciła głową. - Nie uwierzyłaby. Jest uparta jak muł i kiedy raz sobie coś wbije do głowy… - A ty? Ty, wierzysz? Oczy, wciąż jeszcze wilgotne i smutne, patrzyły na niego z tak bezgranicznym zdumieniem, że mimo tego smutku, mimo łez, musiał się uśmiechnąć.
*
- Raz, dwa, trzy…- trochę nas mało- stwierdziła Hanka po dokonaniu wstępnego przeglądu. Mareczek zdjął ciemne okulary maskujące efekty gwałtownej erupcji jęczmienia, która onegdaj dokonała się. Uważnie zlustrował kuchnię i po głębokim namyśle oświadczył: - Chyba Zośki nie ma, bo kolacja nie gotowa. - Bystrzak z ciebie! Szkoda tylko, że wcześniej tych szkieł nie zdjąłeś, bo może byś wtedy dojrzał moje trzy bez atu leżące jak byk na stole!- syknęła matka, wściekła na wspomnienie świeżo poniesionej klęski. - Może. Fakt jednak pozostaje faktem, że kolacji dalej nie widać. - A, sami se zróbcie! - Oj, ciociu, tak nie można…- Synek próbował zażegnać widmo katastrofy- Ciocia na pewno też jest głodna, a kolacja to przecież podstawa całodziennego… - Obejdzie się. Muszę, do licha, zrzucić parę kilo w ciągu tych wakacji- Z namysłem obejrzała swoje odbicie w szybie…- a może i więcej… Kawy bym się jednak napiła- nie zaszkodzi przecież?..- Rozważała pobrzękując naczyniami- Aha, i tego rudego zwierza trzeba nakarmić.- Szybko zakręciła się wokół psiego posiłku i już po chwili jej głos dobiegał z okolic sieni- Piesku, piesku, chodź tutaj! Kolacja! Chłopcy tymczasem stali markotnie wpatrzeni w blat stołu, który, pomimo najgorętszych zaklęć, pozostawał głuchy i absolutnie nie nakryty. - No, chodźże powsinogo jakaś! Znarowił się ostatnio, jasny gwint, i nawet do jedzenia każe się zapraszać!- rzuciła głośniej Hanka, zaniepokojona niebywałym w takich razach brakiem odzewu. Zamiast odpowiedzi, z mrocznej przestrzeni ogrodu wyłoniło się białe widmo, które po chwili przyjęło syrenią postać. - Zosia wraca ze spaceru!!- Dał się słyszeć pełen ulgi, radosny okrzyk chłopców. - Imidż ci się zmienił po drodze?- Zainteresowała się matka po bliższych oględzinach starszej latorośli- A Pies gdzie? - No, przecież w domu. Co tak patrzysz, do Jeziorska miałam go ze sobą ciągnąć?!- fuknęła Zosia, zirytowana gwałtownym przeskokiem od świeżych jeszcze, mistycznych doznań, do skrzeczącej rzeczywistości. - Patrzę, oczy wypatruję i nijak dojrzeć nie mogę. Znowu go wcięło, psia krew! - Na pewno schował się w jakimś kątku i drzemie sobie cichutko…- Z nadzieją podjęła przegląd zakamarków. - I na kolację by nie przyszedł?...- Marek wymownie popukał się w czoło- Jak nam szybko coś zrobisz do jedzenia, to pomożemy ci szukać. Chociaż to wcale nie będzie łatwe, bo mam przeczucie, że tym razem zginął na amen- Braterskim gestem poklepał ją po ramieniu. - I moja mama chyba też…- niepewnie wtrącił Synek. Zasępione oblicze Zosi wypogodziło się. - A, to wszystko w porządku! Tak mnie wystraszyliście, że zupełnie zapomniałam- przecież ciocia poszła z nim na spacer! Zapanowała ogólna atmosfera odprężenia, choć westchnienie Mareczka nieco odbiegało od powszechnej ulgi. Krokiem steranego, pańszczyźnianego chłopa skierował się ku lodówce. - A o której to było?- zainteresowała się po chwili Hanka. - Jak wychodziłam- koło piątej… Hanka spojrzała na zegar- Pięć godzin?!- Pokręciła głową z powątpiewaniem. Zosia z bolesnym krzykiem opadła na krzesło i cały dom pogrążył się w złowrogim, pełnym domysłów milczeniu. *
Mimo nocnych ciemności, droga powrotna wydawała się prosta i dziecinnie łatwa- przynajmniej dla niektórych. W ogóle poruszał się jak kot, a i wzrok musiał mieć chyba zapożyczony, bo światło zapalił jedynie z uprzejmości – po jej trzecim zderzeniu z jakimś solidnym pniem. Przystanęła wpół kroku pocierając obolałe czoło, nadal niepewna- rozdarta między dwa światy, z których jeden- ten mroczny i bolesny – ustępował powoli, ale naturalną koleją rzeczy. Uzmysłowiła sobie nagle własną, wielogodzinną gadatliwość i jego wstrzemięźliwe milczenie. Na dobrą sprawę znała tylko jego imię . Jacques- brzmiało nieźle, jednak to trochę mało… - Zaraz, zaraz, przecież ja o tobie nic nie wiem- nawet, skąd się właściwie wziąłeś! - Myślę, że z tego samego źródła, co wszyscy… - Dowcipniś!- Parsknęła - Co chcesz wiedzieć? - Wszystko.- zażądała. - Wszystkiego się nie da, Marie- zbyt mało czasu. Ja na to potrzebowałem czterdziestu lat… …Czterdzieści?- Zdziwiła się w duchu- Wyglądał znacznie młodziej. A gdyby jeszcze pozbył się tej brody…- Szybko przywołała się do porządku i powtórzyła kategorycznie: - Wszystko- o tobie, ojcu i twojej mamie. Słuchała urzeczona, a właściwie nie słuchała- tylko patrzyła na ruchome, barwne obrazy wypływające z nocnej czerni lasu. W końcu był malarzem! … Rozjarzony milionem świateł,hałaśliwy, kolorowy Paryż- barwy życia tak soczyste i upajające dla przybysza z innego świata. Tu nawet muzyka ma inny, pełniejszy wymiar- zdaje się przenikać do wnętrza, dotykając samej istoty- jądra życia. Wyostrzone spojrzenie wyławia z półmroku sali koncertowej kobiecą twarz zastygłą w wyrazie zachwytu… Potem- małe mieszkanie w zapomnianym zaułku Montparnasu, stół nakryty białym obrusem do uroczystej kolacji i ta sama twarz- kobiety, która potrafiła czekać... W końcu- rozedrgana w promieniach słońca Marsylia, morze o nieskończonej palecie barw i rozpłaszczona na szybie twarz małego chłopca, który również nauczył się czekać- dni, tygodnie, miesiące… - Chcesz powiedzieć, że przez kilkadziesiąt lat prowadził podwójne życie? To niemożliwe- nie da się przecież ukryć rodziny, dziecka… - Cóż, był profesjonalistą… - Może i tak, ale ja nadal nie rozumiem- po co? Po co ta konspiracja, oszustwa, wybiegi? Przecież, do licha, mógł się legalnie ożenić i mieć rodzinę- to chyba nie było zabronione?! - Pewnie mógł- nie wiem. Myślę, że chodziło o jego pracę. Rodzina w takim wypadku raczej nie pomaga. Sama widzisz, że on umarł, a jego sprawy wcale nie chcą odejść. To wszystko, czym się zajmował, wciąż żyje, wiesz przecież… No tak, znów grząski grunt- rzeczy, o których wolałaby nie pamiętać, udawać, że nie zdarzyły się nigdy. Rozejrzała się wokół, próbując odpędzić natrętne pytanie, niedające spokoju od wielu godzin. Musieli zbliżyć się do wsi, bo nocne ciemności rozproszyły na tyle, że bez trudu dostrzegała teraz drogę, pojedyncze drzewa i zarys pierwszych zabudowań. Westchnęła ciężko- natrętna myśl powróciła. - Jacques, powiedz prawdę. Ta osobliwa przesyłka, którą mi dostarczyłeś… Czy…czy oni ją wykorzystywali? Zawahał się na moment, ale nie przystanął W świetle pierwszych latarni dostrzegła lekki grymas na jego twarzy i nieznaczne wzruszenie ramion. - Nie mam pojęcia, Marie. Zresztą on chyba też nie wiedział. Trafił na te dokumenty zupełnie przypadkiem. Chciał zniszczyć, ale potem… potem uznał, że ktoś jednak powinien wiedzieć…- Bezradnie rozłożył ręce. - Akurat!- pomyślała posępnie- Na takie materiały nie trafia się przypadkiem, tak samo, jak nie wywozi się za granicę i nie publikuje potem pod własnym nazwiskiem. Przypadkiem! Zatrzymał się przed sklepem spożywczym. - Dalej już chyba sama trafisz… Popatrzyła nie rozumiejąc. - Jak to? Przecież idziemy do domu! Pokręcił głową powoli, ale stanowczo. - Nie, Marie- to ty idziesz do domu. - Jacques, co ty wygadujesz?- Gwałtownie chwyciła go za rękę- Naprawdę sądzisz, że pozwolę ci tak zwyczajnie odejść- po tym wszystkim?- Wciąż irytująco tkwił w miejscu. - Przecież rodzina… Nie wyobrażasz sobie, co się będzie działo. Hanka padnie trupem na miejscu! Chłopaki oszaleją ze szczęścia i natychmiast zażądają trzydniowej uczty na to konto… A Zosia?- No, ta na pewno się popłacze, potem zniknie w łazience na dwie godziny, a na koniec… na koniec wyłoni się spowita… kto wie- może nawet w purpurę! Taka okazja, masz pojęcie?!- Paplała szybko, cały czas ciągnąc go za rękę. Nawet poruszony Pies, rozumiejąc najwyraźniej wagę chwili, rozpoczął wdzięczny taniec z naglącym poszczekiwaniem i skomleniem. - Jutro wyjeżdżam. - Nie szkodzi, cała noc przed nami – to mnóstwo czasu! - Nie, Marie, nie dzisiaj. Może innym razem…- Stał oparty o drzewo, ze wzrokiem utkwionym gdzieś ponad jej głową, obojętny i nagle dziwnie obcy. Bezradnie opuściła ręce. Jakiś chłód powoli rozchodził się po jej ciele, podpełzając do serca, ściskając gardło. - Nie będzie następnego razu, prawda?- Zabrzmiało to jakoś piskliwie i żałośnie, choć bardzo się starała nadać swemu głosowi chłodny, rzeczowy ton.- Zrobiłeś, co do ciebie należało, a teraz, teraz… Ja to rozumiem- uczciwie spełniłeś swój obowiązek i możesz być zadowolony!- Odwróciła się szybko i ruszyła w stronę oświetlonej szosy. Energii starczyło jej akurat do pokonania kilkunastu metrów, bo za zakrętem zwolniła. Znów wlokła się uczepiona końca smyczy, ze wzrokiem utkwionym w czubki butów. - Marie, czy ty naprawdę musisz ciągle płakać?- Żadnych kroków, najmniejszego szelestu- tylko delikatne dotknięcie ramienia. - Nie płaczę. - A to, co? Chlipnęła, przyspieszając kroku. Nie życzyła sobie żadnych uwag i głupich komentarzy ze strony obcych! - Ja potrzebuję czasu- postaraj się zrozumieć… Zatrzymała się gwałtownie, zdumiona oczywistością, której dotychczas nie dostrzegła. Mój Boże! A kto powiedział, że rodzina to takie znowu szczęście! Tym bardziej ta rodzina- w porywach bardziej przypominająca kataklizm dziejowy niż dar niebios. Przecież niekiedy po wizycie jednej mamy potrzeba tygodnia na pełną rekonwalescencję, cóż więc mówić o wszystkich! Zaraz, ile nas właściwie jest?- dwa, cztery, osiem sztuk! - Rozumiem- Markotnie skinęła głową- To mogłaby być dawka śmiertelna… Za to on chyba nie do końca rozumiał, bo stał niepewny, pytającym spojrzeniem wodząc po jej twarzy. - Och, nie jestem taka głupia i wiem przecież, że już sam Pies i ja- to okoliczność wymagająca poważnych przemyśleń! Nie, nie zaprzeczaj- Zamachała ręką, widząc jego próby protestu- Chcę tylko, byś mi obiecał, że jak już wszystko sobie przemyślisz i poukładasz, to przyjedziesz znowu. - Oczywiście, przecież co roku tu przyjeżdżam! - I będziesz pisał? - Będę. - I telefonował przynajmniej raz w tygodniu? Gorliwie pokiwał głową. - Słowo? - Słowo…Libnickich! Roześmiała się uspokojona, szczęśliwa i dziwnie pewna, że tak właśnie stać się musi. - Marie, ty jesteś naprawdę cudowna! Czy mogę cię pocałować?... Po pierwsze- od dawna nikt nie powiedział jej, że jest cudowna, a po drugie- przecież był…był bratem!- Ta niespodziewana myśl tak ją zachwyciła, że klasnęła w ręce, powtarzając w upojeniu: Mam brata! Mam brata! - No, chyba nie do końca… - Ależ tak! I to jest najwspanialsza rzecz, jaka się mogła zdarzyć, rozumiesz? W tej zababionej rodzinie mężczyzna to skarb- coś jak perła przed wieprze! Roześmiał się cicho, po swojemu przekrzywiając głowę. - Więc, mogę?... …To był dziwny zapach, mający chyba jakiś związek z pracownią malarską i farbami- o ile, rzecz jasna, takie farby przechowują wspomnienie wiatru, stubarwnego morza i cierpkiego smaku sosnowych igieł.
Zakończenie
- I co, i co?- niecierpliwie dopytywała się Hanka- Co teraz robi? - Nie wiem, nie widzę dobrze, ale chyba nic… - Jak to nic?!- Zdenerwowana odsunęła siostrę od okna- Psia krew, rzeczywiście przez to światło nic nie widać! Marek, chodź tutaj! Jesteś najwyższy, więc może zasłonisz słońce! Marek, wyniesiony do najwyższej godności w konstelacji, odsunął wszystkich na bok i zajrzał do wnętrza. - Widzisz coś? - Aha! Siedzi i czyta. - Nadal? Matko Boska, to już ze dwie godziny! - O, teraz wstaje. - Idzie do nas? - Nie, chodzi w kółko i coś mówi. - Do kogo? - Nie wiem, chyba do pieca… Czas płynął, a ona wciąż czytała, zrywała się z miejsca i wygrażając komuś pięścią, przemierzała pokój- by za chwilę znów opaść na krzesło i pogrążyć w niemym odrętwieniu. Odkąd pani Ewelina wczesnym popołudniem przekroczyła próg domu swego dzieciństwa, minęły trzy godziny, a ona wciąż tkwiła za zamkniętymi drzwiami, budząc głęboki niepokój zgromadzonej rodziny. Została wzięta podstępem i z zaskoczenia, którą to brawurową akcję poprzedziły ożywione telekonferencje na linii Przylesie- Krynica, Przylesie- Rzym i vice versa. Był jeszcze pewien list charakterem i wymową bardziej przypominający pozew rozwodowy niż arcydzieło epistolografii… W końcu Karol ugiął się- bardziej chyba powodowany ciekawością niż presją szantażu. W ogóle, przyznać trzeba, że tego dnia był źródłem samych przyjemnych niespodzianek. Przekroczył bramę posesji niczym Tytus triumfujący i zwróciwszy wolność dwóm swoim brankom, jął roztaczać urok łaskawego zwycięzcy. Chłopców wprawił w zachwyt grą komputerową „Bij Gala”, Zosię obezwładnił jakimś czarującym sprayem, a serce Hanki i Psa podbił gustowną obrożą z mosiężnym grawerunkiem „Caesar”. - A to dla ciebie- Niedbałym ruchem wręczył żonie niewielki pakunek. Oczy mu tylko błysnęły, gdy usłyszał głębokie: ”Och!” poprzedzone szelestem niecierpliwie rozrywanego papieru. - Aha! – Zatarł ręce z ukontentowania- Pierwsze paryskie wydanie! W oryginale! Pół Europy musiałem zjeździć po ten rarytas, więc postaraj się nie zużyć go od razu. Marysia drżącą ręką dotknęła skórzanych okładek. – Mastier i Margarita…- wyszeptała, obejmując rozkochanym wzrokiem złocone, lekko wytarte litery.- Nie, nie… to na później- na deser… Teraz także tkwiła pod oknem, na równi ze wszystkimi targana niepokojem o matkę. - Ani się ważcie!- Ciocia Tonia niczym Cerber trwała na posterunku w sieni, torpedując wszelkie próby ingerencji.- Sama musi połknąć tę żabę! Odległe zoologiczne skojarzenie poderwało Hankę na równe nogi. - Matko Boska, moja kura!- Chwyciła się za głowę i ostrym kłusem ruszyła ku łące za domem. Kura polette faszerowana ryżem i różnościami była jej autorskim pomysłem. Nowatorstwo polegało głównie na koszulce z folii aluminiowej i rożnie zawieszonym nad ogniskiem. - Musi być w dymie z jałowcowych jagód!- Odpierała racjonalne argumenty siostry- To jej doda pikanterii i posmaku Orientu. Ach, te wszystkie wonie Arabii… Chyba coś musiało pójść nie tak, bo wyłoniła się zza węgła domu z bolesnym wyrazem twarzy, dzierżąc w usmolonych rękach zwęglone truchło kurze. - Jasna cholera! Czułam, że rożen nie powinien być z patyka! - Oskrob z tego czarnego i wrzuć do garnka na pół godziny- poradziła Marysia po wnikliwych oględzinach- Będzie risotto. Wszystko doszło mniej więcej tym samym czasie: głód chłopców do zenitu, kura w garnku i pani Ewelina do drzwi frontowych. - No, to ostro musicie wziąć się do roboty, jeśli rzecz jasna, mam tu trochę pomieszkać!- oznajmiła licznie zgromadzonym. Oświadczenie, wygłoszone tonem pani na odzyskanych włościach, zostało przyjęte ogólnym aplauzem. Rodzina hurmem ruszyła do domu, z niecodziennym przejęciem przekraczając jego nobilitowany acz wyszczerbiony próg. Zgodnie z sugestiami cioci Toni, o świeżych rodzinnych paralelach postanowiono na razie nie wspominać. - Chyba na łby poupadaliście!- rozstrzygnęła wszelkie spory i wątpliwości- Drugiego nieprawego łoża w rodzinie na pewno nie zniesie i padnie trupem! Albo dla odmiany gotowa ruszyć na pielgrzymkę do tego Paryża czy innej Marsylii.- Kto ją tam wie?... W każdym razie tak czy inaczej- bez trupów się nie obejdzie! Tak, w przypadku pani Eweliny wszelkie rewelacje należało dawkować oględnie, o czym najlepiej świadczyły odgłosy dochodzące właśnie z głębi domu. - Kanapę proszę tam- po sąsiedzku! Chyba nie wyobrażacie sobie, że będę spała w męskim gabinecie! Tutaj, co najwyżej, możemy od czasu do czasu uciąć sobie jakiegoś roberka… - Ale czwartego będziemy losować wśród chłopaków!- Poprzez rumor padających mebli przedarł się głos Hanki- Wyobraź sobie, że doszlusował do nas na stałe taki jeden… Marysia czym prędzej opuściła pole bitwy. Dokonawszy pobieżnej lustracji garnka z kurą, stała przez chwilę wpatrzona w okno, po czym z westchnieniem skierowała się do swego pokoju. Jeszcze jedna sprawa pozostała do załatwienia…
*
Podsycony ogień buchnął gwałtownym płomieniem. W zadumie patrzyła na czerniejące kartki papieru tak szybko pochłaniane przez żarłoczne jęzory. Kilka skrawków ze śladami zielonego atramentu poderwało się jeszcze do góry jakby w obronie przed ostatecznym unicestwieniem, zawirowało i bezsilnie opadło w środek ogniska. - A jednak płoną…- powiedziała z wyrzutem, gdzieś w przestrzeń ponad sobą.
Z kronik rodzinnych
Z radością spieszymy donieść, że przedwczesne pogłoski o zakończeniu naszych doniosłych badań, okazały się z gruntu fałszywymi! Świeżo ujawnione źródła ustne, których wiarygodności w żadnym wypadku nie możemy podważać, dowodzą niezbicie, że sławny ród von Liebnitz ma wszelkie dane po temu, by z triumfem powrócić na karty historii. Pozbawieni nazwiska, godności i zaszczytów potomkowie grafa Wilhelma, stawili czoła zmiennym dziejowym burzom, przedłużając męską linię rodu z właściwym sobie uporem i dyskrecją. Powodowani naukową rzetelnością, odkładamy teraz pióro, by oddać się wnikliwym studiom nad ich dalszymi losami, o których to losach nie omieszkamy powiadomić wszystkich zainteresowanych w stosownym czasie.
koniec
|
|||
| Zmieniony: Czwartek, 18 Marzec 2010 11:46 |










