Faber PDF Drukuj Email
Utwory - Książki
Wpisany przez iwona   
Poniedziałek, 05 Kwiecień 2010 16:09


Spis treści
Faber
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Wszystkie strony

konkurs 2009/2010

 

Rozdział I


Faber usiłował zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. Spojrzał przez bulaj, ale i tak niewiele w nim dojrzał oprócz ciemnej poświaty nocy i kilku kropel deszczu, które właśnie rozprysły się o grubą pleksę. Osłonięty od wiatru żywopłotem z dzikiej róży, jacht trzeszczał pod wpływem silniejszych podmuchów, a rozpryskujące się o brzeg morza fale podchodziły niemal pod samo rusztowanie, na którym umieszczony był kadłub.

Pogrzebał zardzewiałym prętem w żarzącym się resztkami węgla wnętrzu metalowej kozy, po czym dorzucił do środka kawałek zwiniętego papieru i spróchniały pniak drzewa. Ogień natychmiast zajął suche drewno i już po chwili zaczęło robić się ciepło i przyjemnie. Mężczyzna zdjął kurtkę i teraz miał na sobie tylko ciemne, zlewające się z półmrokiem pomieszczenia spodnie i czarny, jeszcze marynarski golf. Podwinął wystrzępione rękawy, a wystające z nich blade kościste dłonie o długich, lecz masywnych palcach przysunął do ognia. Przez moment wydawało mu się, że słyszy jakiś dziwny, obcy mu dźwięk, ale pomyślał, że to odgłos palonego drewna i wstał, by wyłączyć gaz pod rondlem z wodą. Podszedł do zamocowanej na ruchomych zawiasach maszynki i nie zdążył przekręcić kurka, kiedy znowu usłyszał ten sam odgłos, który teraz jakby dobiegał zza jego pleców. Odwrócił się instynktownie, ale nikogo ani niczego nie zobaczył. Zalał herbatę, dolewając do niej tyle samo wódki co wody, zgasił znajdującą się nad kuchenną szafką żarówkę i przysiadł na gąbczastym materacu, jaki pozostał mu po rozbiórce jednej z dwu koi. Kiedy po raz trzeci usłyszał ten sam odgłos, który tym razem dochodził z samego końca dziobu, nie miał już wątpliwości. Z pewnością nie był teraz sam i choć nie miał pojęcia, jakim sposobem to coś dostało się do środka, nie mógł to być żaden zwierz z pobliskiego lasu, może z wyjątkiem jakiejś wiewiórki, która zdołałaby wdrapać się tu po trzymetrowej drabinie. Nawet przygłuchy już pies nastawił uszu i nasłuchiwał. Na wszelki wypadek chwycił leżącą przy piecu siekierkę i słuchał. Kiedy z kokpitu doszedł go dźwięk metalowej puszki, która wytoczyła się na podłogę, nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi i zapytał podniesionym, choć opanowanym głosem:

- Jest tu kto?

Przyglądał się zwężeniu na dziobie, skąd dobiegł go hałas, ale oprócz tonącego w mroku zarysu łukowatego żłobienia statku nie dostrzegł tam niczego szczególnego. Kiedy jednak hałas, który był tym razem skrzypnięciem drzwiczek od niedomykającego się schowka, powtórzył się, zapytał już wprost:

- Kto tam jest, do diabła? Gadać albo zaraz wyląduje tam siekiera!

- Proszę się nie denerwować – odezwał się po chwili niepokojącego milczenia cienki, dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z samego dna dziobu.

- Ja chciałam się tylko schronić przed wiatrem. Nie chciałam pana wystraszyć – rzekła, a wibrujący jak cienka szpulka ton jej głosu wskazywały, że jest jeszcze bardziej przestraszona niż on.

- Chyba mnie jednak nie zauważył – zastanawiała się, ale na wszelki wypadek jeszcze bardziej przylgnęła do zaokrąglonej na kształt łuku ściany. Po raz pierwszy, naprawdę po raz pierwszy od tylu lat zdarzyło się jej, aby zdradzić się ze swoją obecnością. Zresztą, kiedy tylko mogła, korzystała z milczącej gościnności wydrążonych czasem drzew, opustoszałych, przeznaczonych do rozbiórki domów i kościołów, które, choć zazwyczaj zimne, zawsze jednak zapewniały suche i wolne od wiatru schronienie. Było już za późno, aby żałować tego, co się stało. Zapowiadał się przecież całkiem przyjemny dzień, a już przynajmniej nikt nie mógłby przewidzieć tak nagłej zmiany frontów i nagłego szkwału, który zerwał się, kiedy właśnie znajdowała się po środku zatoki. Nie było czasu na szukanie schronienia, więc i tak bardzo była wdzięczna losowi, że przygnał ją tu gdzie było ciepło i bezpiecznie.

- Gdzie pani jest? Nie widzę pani – wyrwał ją z rozmyślań głos.

- A więc jednak nie widać mnie – pomyślała z ulgą i nie wiedząc co odpowiedzieć, stwierdziła:

- Ja pana też nie widzę w tym mroku.

- Może to i lepiej - pomyślał, ale odpowiedział: - więc może powinniśmy się zobaczyć?, a w jego tonie więcej było z rozkazu niż prośby i kiedy zrozumiała to, pomyślała że jest w prawdziwych tarapatach.

- Z chęcią, ale widzi pan - zaczęła i nie wiedząc, co dalej powiedzieć, przerwała.

- Proszę pani, czy pani coś jest? – zapytał, wyprzedzając jej myśli.

- Tak, właśnie. Coś mi jest – odpowiedziała, choć jeszcze sama nie wiedziała, co też to miałoby być.

- Może mógłbym pani jakoś pomóc? Czy jest pani ranna, a może głodna?

- Nie, proszę pana – powiedziała, ale dobrze wiedział, że dochodzący z drugiej strony głos oczekuje dalszych wyjaśnień.

- Bo ja, proszę pana - zaczęła.

- Bo ja, proszę pana...

- Na miłość boską. Niechże to pani w końcu z siebie wydusi – powiedział już kategorycznym, niemal rozkazującym tonem.

- Bo ja, proszę pana, jestem... jestem... naga! – wydobyła z siebie, a głos jej był tak pełen rozpaczy, że uwierzył i już po chwili gdzieś na wysokości jej stóp spadł zwinięty w rulon koc.

- Niech się pan odwróci – powiedziała.

- Wstydzę się – dodała po krótkim namyśle.

Nic nie powiedział. Stał teraz z głową pochyloną, myśląc. - Oh, te kobiety – zaczął, a wówczas jedna myśl przychodziła za drugą, jak nawlekane na sznurek korale. – Młode, stare, wszystkie takie same. Wszystkie się wstydzą, jakby rzeczywiście wstyd był ich jedynym naturalnym odruchem. Wstydzą się niewyperfumowanych karków, bladości lub zbytniej purpury policzków, spoconych rąk i małych piersi. Wstydzą się, a kiedy już uznają, że są bezpieczne, że mają go, kimkolwiek miałby być, wstyd im zupełnie przechodzi. Zamieniają niewygodne ranne pantofle na schodzone trepy, przezroczyste podomki na barchanowe, grzejące ich delikatne ciała piżamy i zaczynają opowiadać o menstruacji i o tym, co czują, gdy ich piersi napełniają się mlekiem. Prawie wszystkie, może z wyjątkiem Jess, takie były. Ona jedna różniła się od nich tym, że nie wstydziła się od samego początku, od pierwszego dnia, kiedy ją poznał i kiedy poszli do łóżka. Przecież nie wiedziała, że będą się dalej spotykać, a mimo to, kiedy tylko się rozebrała, a zrobiła to szybko i bezceremonialnie, zgięła nogę i pokazała mu trzy zrośnięte błoną jak u gada palce u stóp. Tak jakby to rzeczywiście mogło mieć jakieś znaczenie. Ale widocznie dla niektórych miało, więc wolała mu o tym powiedzieć i mieć spokój. Może właśnie za tą szczerość, za te trzy zrośnięte palce, tak ją pokochał.

- Juuuż – odezwał się z mroku ten sam kobiecy głos, a kiedy odwrócił się, koca już rzeczywiście nie było.

- Może chciałaby pani ogrzać się przy piecyku? – zaproponował.

- Nie, dziękuję. Jeśli pan nie ma nic przeciwko temu wolałabym pozostać tutaj – odpowiedziała.

- Nie. Nie mam. Pewno, że nie mam – odparł, odwracając głowę w drugą stronę.

- A może herbaty? – zaproponował.

- Gdyby był pan tak dobry – zgodziła się.

- Tylko niech pan nie zapala światła – szybko dodała.

Wstał więc, podszedł do wciąż wrzącej wody i zalał nią herbatę.

- Z cytryną? – zapytał, ale nawet nie odwrócił głowy w jej stronę tak jak tego sobie sama życzyła.

- Tak. Poproszę – usłyszał już całkiem blisko jej głos.

Wyciskając resztkę nadkrojonej cytryny, jaka mu jeszcze została, uświadomił sobie, że jest to pierwsza kobieta, jaka u niego gości. Głos musiał należeć do osoby młodej, może i nawet dopiero po dwudziestce, jednak wciąż dość trudno było mu rozpoznać, czy należał on do brunetki czy do blondynki. Jakaś jednak swoista łagodność i miękkość nakazywały sądzić, że jest to bardziej kobieta o jasnych niż ciemnych włosach. Postawi kubek z parującą herbatą na podłodze, a kiedy się oddalił widział, jak jakieś niewidzialne w ciemności dłonie ciągną kubek za gliniane ucho do czarnego wgłębienia na dziobie.

Znowu usiadł przy ogniu, tak że część jego twarzy odznaczała się czerwonym blaskiem na tle mroku i sam wziął łyk herbaty z wódką. Suka również leżała przy piecu, cały czas wpatrując się w zwężenie na dziobie. Usłyszawszy wyraźne tąpnięcie deski, skoczyła na baczność, nasłuchując, skąd dochodzi odgłos.

- O jejku! – dało się słyszeć w miejscu, skąd dochodziło skrzypienie wypaczonej deski.

- Nie ma co się przejmować. Ona nic nie zrobi – uspokoił kobietę.

- Już prawie nie widzi i nie słyszy. Jedyne, co jej jeszcze pozostało, to dość dobry węch – dodał.

Mimo zapewnień mężczyzny trochę się jednak bała, bo żółte oczy psa, którego konturów nawet nie była w stanie odróżnić, świeciły w ciemnym kącie jak dwie błyszczące pochodnie. Jedynie one i spowita blaskiem ognia twarz mężczyzny rozświetlały panującą wokół czerń.

Znowu zapadło dość krępujące milczenie.

- Ciepło tu u pana – powiedziała.

- Tak. Ciepło – odpowiedział.

- A pani, jeśli można spytać – dodał ironicznym tonem - jak się tu właściwie dostała?

- No, tak – pomyślała kobieta.

- Nie mógł już wymyślić niczego lepszego. Co ja mu teraz powiem? - zapytywała sama siebie.

- Jak bym panu powiedziała prawdę i tak by pan pewnie nie uwierzył – odpowiedziała po dłuższej chwili z krańca łodzi.

- No przecież nie wleciała tu pani przez komin? – zapytał z tą samą ironią w głosie.

- No, chyba, że jest pani duchem? – dodał.

- Nie. Nie jestem duchem. To znaczy... mam nadzieję, że jeszcze nim nie jestem – dodała po chwili z taką powagą w głosie, że przez moment pomyślał, że może ją uraził. Skoro i tak miał nie uwierzyć, to postanowił wycofać się z tego pytania.

- A może w ogóle mam panią zostawić w spokoju? – zapytał.

- Nie. Dlaczego od razu zostawić w spokoju? Albo pan się o wszystko wypytuje, albo chce zostawiać w spokoju. Czy nie ma już nic pośredniego? – zapytała.

- Co to znaczy pośredniego?

- No, nie wiem. Coś.

- I gadaj tu z babą – pomyślał. Nie był to koniec, bo przyczepione do płaskich myśli koraliki znowu zaczęły nawlekać się na sznurkowatą nitkę, która obwijała teraz jego stary mózg jak kokon. I nie mógł już tego powstrzymać. I znowu myślał: - Albo się wstydzą, albo wymyślają jakieś problemy. Tak, ze wszystkiego musi być od razu problem. Każdy włos trzeba od razu podzielić na czworo, a jak jest tak cienki, że się nie da, to trzeba tak zrobić, aby się dał. Kobiety – zamyślił się, ale nie trwało długo, kiedy zapytał: - To o czym będziemy rozmawiać?

- Czy to trzeba od razu wiedzieć? – odparła.

- Tak, miała rację – pomyślał. Zapomniał już, jak z nimi rozmawiać. Przez tyle lat samotnego życia zapomniał już, czym jest kobieta i czego może od niego oczekiwać, o ile kiedykolwiek to wiedział. Od ponad ośmiu lat był sam, sam, to znaczy żadna kobieta nie prała mu rzeczy i nie przyrządzała regularnych posiłków. Ale już dawno temu zaczął żałować, że ta niewierna, suka na siedzenie z którą stracił tyle lat, nie odeszła wcześniej. Już przedtem mógł nie bać się tego, że zostanie z tym wszystkim sam i że żadne inne kroki nie zmącą jego spokoju. Pomyślał, że nie ma nic lepszego niż życie ze starym, przygłuchym psem, którego nieco już zamglone, ale wciąż pełne oddania spojrzenie potrafi powiedzieć więcej niż ten cały kobiecy jazgot, którego się musiał nasłuchać, a z którego i tak nic nie wynikało.

- O cóż też mógłbym się jej zapytać? – zastanawiał się. Przecież nie o przeszłość, której pamiętać jeszcze nie może. O przyszłość? Ona sama jest dla siebie przyszłością... Dopóki nie usiądzie pewnego dnia i nie pomyśli, nie zda sobie sprawy z tego, że to już koniec, że to wszystko, co kiedyś chciała i dla czego żyła nie spełni się już, bo jest za stara i zostanie już jej tylko czekanie. Nic więcej. Nic.

- Długo pan tu mieszka? – usłyszał zanim jeszcze zdążył dokończyć swą myśl.

- Trochę – odpowiedział .

- I co? Lepiej niż w bloku?

- Pewno, że lepiej. Rachunkami sobie głowy nie muszę zawracać, widok na morze mam i do tego jeszcze własne podwórko z ogródkiem.

- I nikt się o to nie burzy?

- A kto by miał się burzyć. Może i nawet się cieszą, że nie muszą mnie na co dzień znosić. Oglądać nieogolonej, złośliwej mordy i śmierdzącego ze starości psa.

- I długo tak pan mieszka sam?

- Długo i krótko. Zależy, kto pyta – odpowiedział obojętnie.

- A żona? – ciągnęła.

- Co z nią? – odparł, jakby rzeczywiście nie wiedział, do czego zmierza.

- Pewnie miał pan kiedyś żonę?

- Umarła – skłamał. Właściwie sam nie wiedział dlaczego, ale skłamał, jakby wstydził się przed tą dziewczyną, właściwie przed tym dzieckiem, że jakaś kobieta i nieważne, a może jeszcze gorzej, że stara i brzydka, miała czelność od niego odejść.

- O, to bardzo przykre – wyszeptał smutny głos.

Nic na to nie odpowiedział, bo cóż miał powiedzieć tej biednej dziewczynie? Że w zasadzie to już chyba nic nie jest dla niego przykre. Nic. Czasem, a ostatnio coraz częściej, miał wrażenie, że jest jak kawałek wyschniętego drewna i śmierć, miłość, narodziny, czy co tam jeszcze, robiły na nim takie samo wrażenie. Wszystko zlało się w jedno. Wszystko pomieszało się w jego głowie i sercu, jak w starym tyglu.

- A samotność? – chciała wiedzieć.

- Samotność?- odpowiedział pytaniem na pytanie.

- No, bardzo dokucza? - drążyła.

- Samotność to wybór, nie wyrok – odparł.

- Ale pewnie nie wszystko od nas zależy?- zapytała.

- Czasem może się wydawać, że jednak wszystko – odparł.

- A śmierć?

- Śmierć, śmierć – odrzekł nieco poirytowany, jednocześnie myśląc: - nic, tylko wszyscy od razu śmierć i śmierć.

- A to pan się jej też nie boi? - zapytała z nutką niedowierzania w głosie.

- Czego? Śmierci? – zapytał, jakby chciał się upewnić czy na pewno o to jej chodzi.

- Tak. Właśnie – odrzekła.

Pytanie, jakie zadała, wydało mu się wręcz nieprzyzwoite, ale umiał wytłumaczyć sobie, że robi to z dziecięcej niewinnej ciekawości. Postanowił, że tym razem nie będzie kłamał, bo co by mu miało z tego przyjść, skoro nawet nie znał jej imienia i chyba nawet nie zależało mu na tym, by je poznać.

- Czego tu się bać? – odrzekł.

- Może to najlepsza rzecz, jaka się może człowiekowi przytrafić – dodał.

- Najlepsza? – spytała, jakby jeszcze raz domagała się potwierdzenia tego, co powiedział.

- Tak. Najlepsza pod warunkiem, że przychodzi nagle i niespodziewanie. Widziałem ją z bliska i nie robi już na mnie tak wielkiego wrażenia jak kiedyś.

Tu zawahał się chwilkę, po czym dodał:

- Szczególnie teraz, kiedy już więcej jest za mną niż przede mną.

- Ależ, co też pan mówi – powiedział jej jeszcze wciąż drżący z zimna głos, choć trudno mu było powiedzieć czy jest to szczere oburzenie czy też forma pocieszenia.

- Nie ma co się przejmować. To naturalne. Przychodzi z wiekiem i chce się czy nie, nic na to nie można poradzić – wytłumaczył, ale po krótkim zastanowieniu stwierdził, że skoro ta dziewczyna, która przyszła tu nie wiadomo jak i skąd, sama się tego domaga to powie jej. Nawet jeśli nie uwierzy, a tylko choć przez moment wsłucha się w to, co chce jej powiedzieć, to i tak to zrobi i powie jej, bo w końcu to nie on, a ona sama zaczęła.

- Po co w ogóle dałem się tej smarkuli wciągnąć w tę bezsensowną gadkę? – pomyślał, wściekły na siebie. Jednak po chwili milczenia, jakby z zemsty za tę jej dociekliwość, dodał:

- Ale i tak nie śmierć jest najgorsza – zaczął, ale po chwili stwierdził, że potrzyma ją jeszcze chwilę w niepewności. Postraszy, jak się straszy małe dzieci.

- Nie? - zdziwiła się.

- Nie – odpowiedział tonem kogoś, kto wszedł w posiadanie magicznej księgi, z której czerpie odpowiedzi na wszystkie pytania tego świata.

- Więc co? – zapytała, dodając po chwili: - cierpienie, jakie po sobie zostawia, pustkę?

- Nie – odrzekł, lecz ton jego głosu jednoznacznie wskazywał, że nie chce ciągnąć tej rozmowy.

Zrozumiała to. Zapadło milczenie. Zrozumiała, że posunęła się za daleko. Jeszcze bardziej wcisnęła się w ciemny kąt, jakby rzeczywiście mógł ją ochronić przed karcącym głosem mężczyzny i wiedziała, że nic już dzisiaj nie powie.

Może i miała rację. Zdenerwowała go. I choć rozumiał jej młodzieńczą ciekawość, to najbardziej zirytował go ten jej pośpiech, ta żądza otrzymania niemal natychmiastowych odpowiedzi, jego odpowiedzi, na które on sam harował całe swoje życie.

- Tak – zaczął, a jego myśli znowu ożyły i teraz parły znów do przodu jak koła ciągniętej pod górę dorożki: - Najlepiej przyjść, do tego jeszcze nie wiadomo jak i skąd, wygrzebać, wyrwać z człowieka wszystko to, co układał sobie przez pół życia, a potem jeszcze się dziwić, unosić do góry brwi i pytać, czy aby tak jest na pewno, czy aby nie myli go pamięć i czy na pewno nie fantazjuje jak większość starych ludzi, których własne wspomnienia zlały się z zasłyszanymi i wyczytanymi przez całe życie z gazet historiami innych ludzi. Tylko młodość potrafi być tak bezczelna i wścibska. Chce zdążyć i dowiedzieć się jak najszybciej, póki on i wielu takich jak on jeszcze żyją, póki nie ostygli i wciąż jeszcze wydobywa się z nich głos, który jest jedynym świadkiem przeszłości. Ale to jest jego przeszłość i nikt, ale to zupełnie nikt, nie ma prawa wyciągać jej z niego. Bo to, kurwa, jest jego i koniec. Tylko jego. A nawet jeśli nie, to jakby miał jej wytłumaczyć, że najgorszym z cierpień ludzkich jest nie śmierć, nie samotność czy pustka, ale głód i zimno. Przynoszą spodlenie i cierpienie gorsze od czegokolwiek na świecie. Gorsze od czegokolwiek.




Oczywiście wiedział o tym już wtedy, po zaledwie kilku miesiącach i dodatkowych dwóch tygodniach pracy w Hopehill, ale kiedy zarąbano tego konia, a było to tuż za budynkiem kuchni, i kiedy jeszcze drżał w konwulsjach zdzierano z niego skórę (bo tam wszystko robiło się szybko) i rąbało niemal na oślep i z całej siły, tak że po kilku minutach została tylko ciepła kupa wnętrzności, rzucili się na nie wgryzając się w żylaste kiszki, wątrobę i płuca. Ciągnąc ostatkiem sił, tak że dwóch z nich już nie wstało, a jeden w całym tym zamieszaniu został zaduszony kawałkiem dwunastnicy lub śledziony, która okręciła mu się wokół gardła niczym pępowina, porozrywali je w strzępy, a krew, która rozprysła się po całym placu, zlizywali potem tak długo, aż nie było po niej żadnego śladu. Dziwił się jedynie, że przez tyle lat nie spłowiał, nie rozsypał się w gwiezdny pył, że znowu wyrósł przed jego oczami ten sam czarno-biały obraz, o którym myślał, że zapomniał. Twarz tego mężczyzny, który klęczał tam, dusząc się obwiązany flakami, śniła mu się jeszcze potem przez kilkanaście lat, ale nie przypuszczał, że przechował ją w swej pamięci aż do dzisiaj. Niczym wyciągnięty ze średniowiecznego sztychu upiór, który teraz znów ożył i wlepiał w niego swoje zachodzące już bielmem oczy. On zresztą też o mało się wtedy nie przekręcił. Przez kolejny tydzień leżał pośród tak samo głupich jak on, którzy albo nie wytrzymali i zżarli za dużo, albo zarazili się od kogoś. Leżał i tonął we własnym gównie i dopiero kiedy zaprzyjaźniony lekarz wykradł dla niego w końcu co trzeba, doszedł jakoś do siebie, choć trwało to dwa zimowe miesiące. Gdyby nie nażarł się wtedy tego końskiego łajna zalegającego w kiszkach i nie trafił tam, skąd w zasadzie nie miał prawa wyjść, z pewnością nie przetrwałby nawet jednego kolejnego miesiąca zimy w kamieniołomach Hopehill. Zastanawiał się, któż nazwał to miejsce tak przewrotnie, bo nawet ci, którym udało się stamtąd wrócić, a był to może jeden na sto, odnajdowali tam, tak jak on, jedynie nadzieję na szybszą śmierć, której już po kilku dniach tam nie tylko oczekiwał, ale nawet i pragnął. Tam widać było najwyraźniej, co z nimi wszystkimi zrobili. Tocząc kanciaste głazy, nie czuli już nic: ani nienawiści, ani buntu, ani cierpienia. Byli przesuwającą się pod wpływem uderzenia batem masą, z której co jakiś czas jeden nie wytrzymywał i padał. A oni i tak szli dalej. Szli dalej, kiedy tamten dogorywał w pyle i kurzu kamienistego szlaku. Jedyne uczucie, jakie wtedy w nich wzrastało, to złość, że nie zaczekał, aż wrócą do baraków i myśl, czy ci, którzy będą go musieli nieść sztywnego i ciężkiego, dadzą radę czy też może zlegną z nim gdzieś po drodze. Pomyślał teraz, że nawet gdyby jej o tym wszystkim opowiedział, to i tak nie pojęłaby jednej dziesiątej tego, co usłyszała. Nikt by nie pojął i nawet on sam, po niemal pięćdziesięciu latach, też już tego wszystkiego nie pojmował. Może gdyby sama o to zapytała, opowiedziałby jej o tym. Tak po prostu, jak opowiadał o wszystkim Sweet Home Alabamie. Tamta chciała wiedzieć o wszystkim, a kiedy czegoś nie rozumiała, mówiła tylko marszcząc czoło Hénri. Kładli się wtedy na wygniecionym prześcieradle i kiedy zagarnął ją do siebie ramieniem i przytulił jej filigranowe i nie wiadomo jak, ale zawsze ciepłe ciało, opowiadał o wszystkim, o czym tylko chciała, ale i o tym, co sam chciał jej powiedzieć. Już wtedy opowiadał jej o statkach, o tym, jak po nią wróci i jak tam, gdzie ją weźmie, wszyscy będą ją kochać, bo wydawało mu się, że nie można tej kobiety nie kochać. To wszystko było jednak jeszcze bardziej odległe od tego, co stało się potem, a kiedy już to całe piekło się skończyło, miał dwadzieścia pięć lat, a czuł się tak jak wyglądał. Nie mogło to być mniej niż pięćdziesiąt. Potem wszystko jakoś się rozmyło. Wydawało mu się, że uleciało, ale mimo to jeszcze przez wiele lat opowiadał jej o wszystkim, ze wszystkimi szczegółami, dokładnie tak jak wyobrażał sobie, że chciałaby wiedzieć. Zazwyczaj to ona zaczynała. Zawsze od tego samego pytania:

- Mon cher Hénri. Pourquoi tu n’est pas venu? Mon cher Hénri... Pourquoi?

Wtedy zaczynał od samego początku. Mówił wolno, tak, by zrozumiała sam sens słów, jakie wymawia i choć teraz już mówił do niej po polsku, wiedział, że ona to wszystko rozumie.


Nie pamiętał już, co myślał tego czternastego września, kiedy go wzięli, ale z pewnością nawet w najczarniejszym scenariuszu nie przewidziałby tego, co będzie się z nim dziać przez kolejne sześć lat. Choć wrzesień tego roku był ciepły, niemal sierpniowy, coś go tknęło. Zdążył jeszcze wziąć gruby wełniany płaszcz, który pierwszej zimy, być może, a raczej na pewno uchronił go przed śmiercią. W czwartek dwudziestego ósmego września załadowali ich, a mogło tam być około stu dwudziestu mężczyzn, na statek pasażerski. Płynąc w górę Wisły statek co kilka kilometrów zatrzymywał się, a wtedy czekający już na nich niemieccy bauerzy ładowali na wóz odliczoną liczbę więźniów i odjeżdżali do swoich gospodarstw. Tak przetrwał pracując na polu do szóstego listopada, kiedy to prace zakończono młocką. I znowu popłynęli pośród dolinowatych krajobrazów. Tym razem do wsi Mackowy, gdzie pracował w śmierdzących gnojem ugorach i gdzie spał w jakiejś hali na gołej słomie rozrzuconej na podłodze, w niezmienianej od dwóch miesięcy bieliźnie. Tam po raz pierwszy odczuł prawdziwy głód i kiedy pozwolono im wygotować oblazłe wszami jak makiem ubrania, wpadli na to, że można tam ugotować ukradzione z kuchni kartofle. Ten ich lekko słodkawy smak pamiętał do dziś. Trwało to do około dziesiątego lutego, kiedy w nocy kazano im się ubrać, wyjść na plac i ustawić piątkami. Wtłoczono ich do wozów i pod nadzorem uzbrojonej w automaty eskorty jechali tak około dwóch godzin. Nie wiedzieli, gdzie jadą, ale wyczuli, że musi to być gdzieś na północny wschód, a kiedy skręcili w boczną drogę w lewo i dobrze wydawało im się, że był to las, nie minęło dużo czasu i samochody zatrzymały się. Mogło być około czwartej rano. Wydawało się, jakby pośrodku sosnowego lasu, niemal boru, wycięto ogromny plac w kształcie czworoboku i otoczono go gęstymi zasiekami z drutu kolczastego. Na zewnątrz ustawiono strzelające w górę wieże wartownicze z siedzącymi w środku dwoma uzbrojonymi w automaty i jeden ciężki karabin maszynowy wartownikami, kierującymi teraz na nich oślepiające smugi światła, wydobywające się z ogromnych, ruchomych reflektorów. W jasnym blasku księżyca i ruchomych smugach światła na horyzoncie zarysowały się kontury baraków oraz majaczące wśród nich, dopiero co wyrwane ze snu cienie wychudłych i obdartych widm. Kiedy tak stał wpatrzony w zalegające na grubych gałęziach srebrzyste kapy śniegu, zupełnie tak, jakby zobaczył je naprawdę po raz pierwszy w życiu, może nie uświadamiał sobie tego do końca, ale poczuł, i dobrze pamięta ten moment, poczuł, że już nigdy, nigdy jej nie zobaczy i może był to ostatni raz pośród tych wyrywających się ku niebu drzew, kiedy w ogóle o niej pomyślał tak jak do tej pory. Później, coraz bardziej wydawała się już tylko zastygłym w ruchu posągiem, unieruchomionym w ramie trójwymiarowym obrazem.

- Nie, nie bój się. To nie będzie kolejna wojenna opowieść o śmierci i zabijaniu – mówił do niej.

Pewnie chciał jej jeszcze coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo właśnie dostał na rozruch dwumetrowym bykowcem po twarzy i nie zdążył jeszcze zalać się krwią, a już poczuł, jak na jego plecach tuż pod nerkami odbiła się twarda, blaszana zelówka, tak że pod wpływem uderzenia przewrócił się. Jednak instynkt natychmiast podpowiedział mu, co ma robić, więc nie bacząc na zalewającą mu teraz całą twarz krew wstał i szybko dołączył do pięcioosobowej kolumny innych. Po ponad godzinnym apelu weszli na blok, który był skleconym z cienkich desek barakiem. Na podłodze nie było nawet sienników, tylko rozsypana jak w stodole przegniła słoma, którą nieznacznie przesuwały chodzące pod nią karaluchy i widoczne gołym okiem wszy. Usiadł w kucki na przydzielonych mu do spania trzydziestu centymetrach kwadratowych i zastanawiał się, jak przejść przez dezynfekcję i łaźnię, by nie okradziono go z blaszanej miski, butów i płaszcza. Nawet już po tym, co przeszedł do tej pory wiedział, że teraz to są jego największe skarby, nie licząc oczywiście ukrytego w odbytnicy kawałka złota, który, choć jeszcze o tym nie wiedział, miał mu być odebrany przy dokładnych oględzinach jakie zawsze towarzyszyły przyjmowaniu nowych. Ale czy mógł przewidzieć, że i tam będą go rewidować? A ile przy tym znaleźli diamentów, ile złota i innych drogocennych przedmiotów, które można by wymienić na kromkę chleba, Bóg jeden raczy wiedzieć. Przydzielono go już do odpowiedniego komando i choć wciąż niewiele z tego rozumiał oprócz tego, że niedługo ma być gotowy do wymarszu, opatulił się płaszczem, a dopiero potem włożył na to płócienny uniform. Płaszcz był przydługi i mimo, że wetknął go jakoś pomiędzy dwie nogawki spodni widocznie odstawał spod pasiastej flaneli.

- Daj spokój. Nie radzę – usłyszał zza pleców jakiś głos. Obejrzał się i zobaczył wychudłą, jak wszystkie tutaj, twarz starszego mężczyzny.

- Tutaj tego nie wolno. Od razu kula w łeb. Tylko kalesony i pasiak – powiedział mężczyzna i choć nie musiał tego robić, dał mu znak głową.

Kiedy za nim poszedł w przeciwległy narożnik baraku, tam gdzie ten miał swoje legowisko, mężczyzna szybko podniósł dwie deski, pod którymi znajdowała się wykopana w ziemi skrytka. Tam nakazał mu włożyć płaszcz i właściwie od tej pory trzymali się już razem.

Okazało się, że ma na imię Jan i pochodzi z Grabówka, skąd został zgarnięty z łapanki. Wywleczony z piwnicy domu, w którym się wszyscy pochowali w pierwszych dniach okupacji. Powiedział, że pomoże mu w połapaniu się w regulaminach obozowych i jako pierwszą lekcję przytoczył mu historię młodego chłopaka, który ukradł staremu więźniowi chleb. Nie wiedząc, jak poważne jest to przewinienie, kilka minut później przypłacił to życiem. Zlinczowali go w biały dzień.

- W sali zrobił się szum i zanim podszedłem, na środku wywiązała się szamotanina. Przyszedł blokowy i gdy dowiedział się, o co poszło, wykręcił chłopakowi do tyłu ramiona i powiesił tak, by nogami ledwo dotykał podłogi. Kiedy chłopak błagał o przebaczenie, wyciągnął go nogami w dół tak, że słychać było szczęk łamanych i wydobywanych ze stawów kości. Taka jest tutaj cena za niewiedzę. I to była pierwsza lekcja. Jak cię przyłapią, to koniec. Pamiętaj – powiedział i jakby nigdy nic poszedł strzepywać wszy z kamizelki.

Zaraz po śniadaniu, które składało się z kromki spleśniałego, gliniastego chleba i kubka wodnistej kawy, poszli do pracy. Czuł się nieswojo, gdyż w swoim komando nigdzie nie mógł znaleźć Jana i spotkał się z nim dopiero wieczorem. Zajmowali się wyrębem drzew, które były przeznaczone do budowy nowych baraków. Było to jedno z najcięższych komand w obozie i już po kilku godzinach pracy poczuł niesamowite rwanie w barkach i kręgosłupie. Do jego zadań należało ładowanie ściętych pali na specjalny wagon. I może byłoby to do zniesienia, gdyby nie mordercze tempo, w jakim kazano im pracować. Po kilku godzinach ci bardziej od niego osłabieni zaczęli zwalniać, za co albo dostawali lufą karabinu w głowę, po czym już nie wstawali, albo padali łamiąc sobie ręce i nogi o wystające konary drzew i drewniane kloce. Każdy pretekst był dobry, by kogoś zabić, bo dla nich dzień bez kogoś, kto się wykończył, był dniem straconym, a jeśli znalazł się pretekst, by go samemu zabić, to jeszcze lepiej. Przysługiwało za to trzy dni urlopu, z którego chętnie korzystali. Komu z nich tak naprawdę chciało się stać na dwudziestostopniowym mrozie i wydawać komendy. W ciągu tygodnia naliczył, że las i te piękne sosny pochłaniały około stu osób, których zwłoki ciągnięte były za ostatnią kolumną na małych wózkach albo niesione bezpośrednio przez wyznaczonych do tego czterech więźniów. Wiedział, że będzie następny i że przyszedł najwyższy czas, by coś zrobić. Po dwóch tygodniach tak morderczej pracy wychudł już tak, że mógł ważyć, najwyżej pięćdziesiąt kilo, a jego ciało pokryło się licznymi odmrożeniami. Należało coś wymyślić. W nocy, by choć na zmianę pospać, wymieniali się co godzinę. Kiedy jedni słaniali się na obolałych nogach, inni mogli w tym czasie spać. Zamiast zapadać się w stęchły mrok baraku wytężał umysł i rozmyślał, jak wyrwać się z lasu. Jeśli złamię rękę albo nogę, mogą wsadzić mnie do inwalidów, a potem zlikwidować – medytował, odrzucając tę ewentualność. O ucieczce nawet nie było mowy, gdyż dobrze wiedział, na jak dużym obszarze rozciąga się las, w którego niemal samym środku ich ulokowali. Od razu wytropiłyby go psy, a nie chciał skończyć tak jak jeden, o którym mu opowiadano. Od razu szubienica albo na miejscu zostawiali pożywkę psom. Było to już niemal przed samym gongiem pobudki, kiedy w końcu wpadł na to i choć pełen obaw, to jednak stwierdził, że i tak nie ma nic do stracenia. Następnego dnia, zaraz po przybyciu do obozu, zaczął organizować drucianą szczotkę. Nie było to łatwe, ale w końcu dostał ją za dzienny przydział chleba i kiedy obóz zasnął, powoli i metodycznie zaczął się nią cały nacierać, nie oszczędzając najbardziej delikatnych miejsc.

- Zwariowałeś czy co? – na serio przestraszył się leżący tuż obok Jan.

W odpowiedzi podał mu tylko druciak i poprosił, by go wyszorował jeszcze w tych miejscach, gdzie pozostały jakieś bledsze odbarwienia.

- Nie rozumiesz nic, wujku? – zapytał, szepcząc mu wprost do ucha, tak by nikt nie mógł go usłyszeć. Tamten pokręcił tylko przecząco głową.

- A jakiej choroby boją się tu najbardziej? – odpowiedział pytaniem i wtedy Jan zamyślił się na chwilę, po czym dodał:

- Sprytna z ciebie bestia. Daleko zajdziesz, chłopcze. Ja ci to wróżę.

Nie chciał wcale zajść daleko. W tej chwili wystarczyło mu, by się dostać na rewir i poleżeć tam choć kilka dni i nawet jeśli miałby się tam naprawdę zarazić, i tak było to lepsze niż wykańczająca praca. Pozostało jeszcze tylko przejść przez komisję lekarską, ale natarł się tak solidnie, że był spuchnięty jak bańka i gorąco wierzył w powodzenie swojego planu. I rzeczywiście. Pozostał tam przez trzy tygodnie, lecząc odmrożenia i nadrabiając zaległości w śnie. Na sali zgromadzono chorych o różnych rozpoznaniach i choć większość, jak to bywało zimą, trafiła tu z powodu odmrożeń, zapalania płuc, czy flegmony, to znalazłoby się też kilku zarażonych jakimś paskudztwem.

Zaczynał się już trzeci tydzień jego pobytu w rewirze i mimo regularnego drapania się szczotką miał świadomość, że nie może przeciągać tego w nieskończoność i że w końcu musi się to skończyć.

- Jak wydostać się z Waldkolonne? – tylko to jedno pytanie dręczyło go w dzień i noc. Budził się w nocy dręczony koszmarami. A najczęściej powtarzał się jeden i ten sam sen w różnych wersjach. W tym, który zapamiętał najlepiej, siedzą w swoim mieszkaniu z ojcem, ciotką i matką, gdy nagle rozlega się stukanie do drzwi. Kiedy je otwiera pojawia się w nich Jan z wielkim bochenkiem chleba pod pachą. Bochenek jest tak duży, że nie może się przecisnąć do środka, a kiedy z jego pomocą w końcu mu się to udaje, przedstawia go rodzinie. Ale oni, jakby pochłonięci swoimi sprawami, nie zwracają na niego uwagi.

Tej nocy obudził go jęk chłopaka, który dostał się tutaj z oznakami ostrego zatrucia. Był tu już trzeci dzień, a jego stan z godziny na godzinę pogarszał się. Leżał w rozświetlonej światłem księżyca sali i słyszał, jak co jakiś czas chłopak niejako podrywał się w spazmie i ostatnim tchnieniem wykrzykiwał w malignie: „Ja wohl. Ja wohl!”. Leżał znowu w bezruchu i tylko lekko postękiwał, a za chwilę znowu „Ja wohl! Ja wohl!”. Mogło to trwać z godzinę przerywaną co trzy minuty „Ja wohl”, wreszcie nie wytrzymał i zwlekł się z pryczy. Kiedy podszedł do chłopaka zobaczył niemal fioletową, napuchniętą twarz i wynędzniałe ciało leżące we własnych odchodach. Od razu pożałował, że się tam znalazł. Ale kiedy odchodził zauważył na wysokości ramion jakieś dziwne wybrzuszenie. Włożył tam rękę i wyraźnie poczuł coś twardego. Chwycił to i włożywszy pod koszulę wrócił na koję. Był to wyskubany z jednej strony spleśniały bochenek chleba. Nie zastanawiając się zbyt długo wydobył kawał blachy, która służyła mu jako nóż i chciał go przekroić na pół tak, by móc wydłubać środek. Kiedy wbił nóż do środka, ten dziwnie obsunął się i wtedy doszło do niego, że chleb w środku jest jakby pusty. Coś go jednak tknęło i nie przestawał kroić. Po chwili blacha napotkała jakiś opór. Nie czekając, przełamał chleb na pół i wtedy przekonał się, że w środku znajduje się mała, plastikowa fiolka. Odkręcił ją i wyjął zwitek banknotów i wciśniętą w niego niewielką karteczkę. Było to trzydzieści dolarów oraz list od matki z datą przypadającą na zeszły miesiąc. Pisała, że w domu wszystko w porządku, że wszyscy czują się dobrze i żeby się nie martwił, bo Halinka w zeszły czwartek szczęśliwie urodziła chłopca. Nie wiedząc jeszcze, co zrobić z listem, schował go i kolejną część nocy zastanawiał się, co zrobić z pieniędzmi, choć był już prawie pewien, że znowu przedłużą mu życie. Kiedy się obudził ciało chłopaka zwisało do połowy z pryczy, tak jakby jeszcze w ostatnich swoich chwilach chciał wyrwać się, a może stanąć przed śmiercią na baczność i zameldować jej: „Ja wohl”.

- Patrzcie. Śmierć wypędziła tego małego z łóżka – skwitował tylko jakiś głos z drugiego krańca sali.


Chciał sobie przypomnieć, co wtedy czuł. Dorzucił kilka drew do ognia, ale pamięć zwiodła i nawet ten jasny płomień, w który się wpatrywał, nie chciał jej wskrzesić. I choć twarz tego chłopaka, którego matka uratowała mu życie, tkwi w jego pamięci jak czarna pieczęć, którą przecież sam sobie podbił nachylając się wtedy nad jego pryczą, nie pamiętał już dziś nic więcej oprócz tego, że zrozumiał, iż aby się ratować nie wystarczą mu tylko dolary i gruby wełniany płaszcz, ale coś czego wciąż w sobie szukał i co w końcu przyszło do niego, kiedy stracił już ostatnią nadzieję. Teraz wiedział, że było to w nim od początku. Skryte pod grubą warstwą ceglastego pyłu, od którego niektórzy ślepli, i całą tą zasypaną trupami i ludzkim cierpieniem mogiłą, wieżą Babel, która wyrastała tu nagle spod przesączonej wapnem i gliną ziemi, kiedy milkł ostatni gong i kiedy zbierali się w małe grupki tych wszystkich Jeanów, Włodków, Josefów, Sandorów, Eugenów, Johanów, Miklósów i sam Bóg jeden jeszcze wie, kogo.

Ona też czasem tam przychodziła. Czysta jak anioł, którego bałby się nawet dotknąć, by go przypadkiem nie pobrudzić i by jego pióra nie przesiąkły tym zapachem trupiego jadu, którego oni już nawet nie wyczuwali. Nie przytulał jej, nie dotykał, tylko patrzył na te jej dwa wgłębienia u nasady szyi, które zawsze wydawały mu się wielkimi solniczkami i które również odznaczały się nieco ciemniejszym odcieniem skóry niż cała reszta oraz na jej twarz, na której zawsze widniał ten sam radosny grymas, podnoszący jej kąciki ust nieco do góry i rozświetlający całą resztę twarzy. Zawsze ubrana w tę samą sukienkę, z tą samą fryzurą, kiedy upinała włosy gładko do góry, jakby jeszcze bardziej chciała podkreślić piękny kształt czaszki.

- Nie, nie bój się. To nie będzie kolejna historia o śmierci i umieraniu – uspokajał ją.

Jednak tam wtedy ona i wszystkie inne wspomnienia oddzielone były od niego jakby przezroczystą szybą. Przyćmione i dziwnie nieruchome, jakby wyprzedzając to, co miało się stać, należały już do kogoś innego. Kogoś, komu nigdy nie odważyłby się nawet wspomnieć o tym, co widział. Tak już zostało do dziś. Wszystko co już było przed tym i podczas tego, zostało tylko jak wyskrobane w kartoflu pieczątki, stemple minionych zdarzeń, twarzy i cierpienia, które z czasem wyblakły, rozrzedziły się gdzieś w powietrzu i spopielały jak wyryte na granitowej tafli litery.

- I dobrze – pomyślał.

- I niech tak już zostanie. Niech tak już będzie – dodał w myślach i choć najwyraźniej czuł, że zasypia, nie ruszył się z miejsca.


Dokładnie obserwując mężczyznę z tej czarnej otchłani mroku i nocy, w której się skryła, zobaczyła, jak jego zapatrzona w ogień twarz osunęła się i teraz spoczywała wsparta o kościste ramię. Nie trwało długo jak zapadł już w głęboki sen. Wzięła leżący na wysokości jej stóp koc i okryła nim mężczyznę. Suka leżała dość blisko, ale otworzyła tylko oczy i rozdziawiając szeroko pysk ziewnęła a następnie znowu zapadła w czujny sen. Dopiero teraz poczuła ciepło bijące od dogasającego już niemal całkowicie spopielałego żaru drewna. Wiedziała, że musi już wracać, a na samą myśl, że czeka ją jeszcze tak długa i zimna droga, przeszedł ją dreszcz. Spojrzała jeszcze na śpiącego mężczyznę, który, choć przypadkiem, to jednak uchronił ją dzisiaj przed burzą i deszczem. Podeszła bliżej, a suka znowu otworzyła przymknięte powieki, tak że jej oczy w świetle dogasającego ognia zaszkliły się brunatno-czerwonym blaskiem wygasłych węgli i niemal całkowicie spopielałego drewna.

- Dziękuję – powiedziała całując zanurzonego we śnie mężczyznę.

Spojrzała na wirujące za okrągłym okienkiem liście.

- Cóż za okropny wiatr – zdążyła jeszcze pomyśleć, ale zanim zdołał się ocknąć, już jej tam nie było.

 



Zmieniony: Poniedziałek, 12 Kwiecień 2010 10:33
 

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 22 gości i 2 użytkownik 

Imieniny


5 Lutego 2012
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Agata,
Aga, Albin, Izydor,
Jakub, Jan,
Justynian, Paweł,
Piotr,
Strzeżysława
Reklama:
Reklama
Reklama: