| Poznańska buźka |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Król Magda | |||
| Sobota, 10 Kwiecień 2010 18:08 | |||
|
POZNAŃSKA BUŹKA Rozdział I Zima w tym roku zaatakowała wcześnie. Już w październiku przyszedł mróz, który wprawdzie odpuścił na jakiś czas, ale ściął całą sezonową roślinność. Deszcz, wiatr, sterty pożółkłych liści walających się wokoło tworzyło specyficzny nastrój rodem z filmów grozy. Był późnojesienny dzień, około dziewiętnastej. W Poznaniu wąską uliczką wśród domków jednorodzinnych przemykała skulona kobieta. Wyraźnie podenerwowana, co chwila nerwowo oglądała się za siebie. Wyraźnie starała się ujść jakieś pogoni, szarpała tempo chwilami próbując biec. Ubrana w długi ciemny płaszcz, którego poły powiewały na wietrze przemykała ulicą Grunwaldzką w kierunku Kasztelańskiej. Nagle zatrzymała się przed jednym z domków, jakby zawahała, rozejrzała trwożnie wokoło i nie widząc nikogo wolno naparła na furtkę. Zawiasy zaskrzypiały i w chwilę potem znalazła się w ogrodzie. Ostrożnie stąpała zarośniętą ścieżką kierując do niewidocznych od strony ulicy drzwi. Widać, że znała ten teren. Wreszcie dotarła , wyciągnęła rękę chcąc chwycić mosiężną kołatkę , kiedy nagle z tyłu tuż za nią zabłysła w świetle księżyca długa wąska stalowa klinga przecinająca powietrze i wbijająca się z całym impetem w plecy kobiety. Cichy jęk wydobył się z ust umierającej. Zdążyła jeszcze chwycić kurczowo ciężki uchwyt i osunęła bez życia na ziemię. Tymczasem tajemniczy morderca rozpłynął się w mroku nocy. - Idź , otwórz , ktoś chyba puka. - krzyknęła z kuchni Marta żona Andrzeja Malickiego właściciela ładnej willi przy Kasztelańskiej. Gospodarz ciężko dźwignął się z kanapy, ze złością rzucił pilota od telewizora na ławę i wolno poczłapał do drzwi wejściowych. Powoli otworzył jeden zamek, następnie drugi i na końcu odciągnął zasuwę. Był pewien, że znów nawiedza ich teściowa, stara sekutnica z piekła rodem. Co tydzień miał te wizytacje, nawet do garnków zaglądała przeklęta jędza. Nacisnął klamkę, przenikliwe zimno wdarło się do wnętrza , ale na zewnątrz nikt nie stał. Owszem nie stał, ale leżał. Malicki zdrętwiał z przerażenia…. W progu leżała Grażyna… koleżanka z pracy. Leżała i nie dawała oznak życia. Momentalnie zginęła jego senność, błyskawicznie schylił się i równie szybko zrozumiał, że kobieta nie żyje. Wielki kuchenny nóż tkwił w jej plecach. - Cholera! – mruknął pod nosem i nerwowo rozejrzał się. Nikogo nie było, pusty ogród i ciemne okna w sąsiednim domu. Co tu robić? Czemu tu przyszła? Miała tu nigdy nie przychodzić, przecież tak się umówili. - Kto przyszedł? – usłyszał za plecami. Błyskawicznie odwrócił się, ale na szczęście Marta nie opuszczała kuchni. Nie namyślając się wcale chwycił zwłoki pod pachy i wciągnął do środka. Szybko uchylił drzwi do piwnicy i za nie wepchnął nieboszczyka. Przekręcił klucz w zamku, wyciągnął go i schował w kieszeni. - Uff! – jęknął z ulgą opierając się plecami o ścianę . Ładna, zgrabna szatynka o typowych południowych rysach i wielkich brązowych oczach w wieku około trzydziestu lat weszła do przedpokoju. Zdziwienie odmalowało się na jej twarzy. - Nie ma nikogo? - Nie – odburknął – To pewnie wiatr. - To dobrze, bo mam dużo pracy w domu. – skwitowała i poszła z powrotem myć naczynia. - O mój Boże, co robić? – Malicki stał nieruchomo z wrażenia cały zalany potem. – Przecież jej tu nikt nie może znaleźć. Marta mi nie uwierzy, nie uwierzy, że ja nie mam nic z tym wspólnego. Muszę pozbyć się zwłok, ale jak.? - Musze iść po przecier do piwnicy Usłyszał głos swojej małżonki i ponownie spanikował. Pot zalewał mu oczy, czuł drżenie rąk, a serce o mało nie wyskoczyło z piersi. Czuł każdą tętnicę w skroni, czuł ich rytmiczne szybkie pulsowanie. Starał się jednak opanować. - Ja pójdę – krzyknął i nie namyślając się szybko włożył klucz do zamka. Przekręcił, a po uchyleniu drzwi wsunął się na schody i zamknął od środka.. Zapalił światło. Stał nad leżącymi na boku zwłokami. Musiał je gdzieś ukryć, ale gdzie? Najpierw trzeba wyjąć ten przeklęty nóż. Przeszkadza w ciągnięciu nieboszczyka, zahacza o inne przedmioty i powoduje większe krwawienie. Cała podłoga we krwi, musi to natychmiast posprzątać. Chwilę się wahał. Czas jednak naglił, w każdej chwili mogła nadejść Marta. Nachylił się nad Grażyną i szybkim ruchem wyciągnął z rany narzędzie zbrodni. Z zakrwawionym nożem stał nad zwłokami, obrazek rodem z dreszczowca. Odłożył go na bok, chwycił trupa pod pachy i pociągnął po schodach w dół. Ciągnął i patrzył bezmyślnie na bezwładne stopy odbijające się jak dwie piłeczki od stopni. Przeciągnął nieboszczyka na drugi koniec domu. Zatrzymał się przy ostatniej piwnicy, tam były zbiorniki na olej, tam nie zaglądała żona. Musiał to wszystko jakoś ogarnąć, a później pomyśli, co dalej. Pokonał może osiem metrów, łokciem otworzył drzwi i wciągnął nieboszczkę między zbiorniki. Sięgnął z półki kilka arkuszy styropianu i przykrył….. tak na wszelki wypadek.. Teraz zostało czyszczenie schodów. Pierwsza rzeczą było usuniecie śladów krwi i linii papilarnych z narzędzia zbrodni. Tak robiono w filmach. Odnalazł nóż i wrzucił go do umywalki. Odkręcił kran i bardzo dokładnie zmył krew z ostrza. Później chwycił mokrą szmatę i dokładnie przetarł schody. Świeża krew dobrze się zmywała z gładkiej powierzchni, skupił się na szorowaniu fug, stamtąd nie chciała zniknąć. - Gdzie jest mój przecier? Słowa zza drzwi ponownie go zmroziły. W pierwszej chwili zamarł, ale natychmiast opanował się, podbiegł do półki, chwycił słoik i wdrapał się po schodach do drzwi. Otworzył je z klucza, szarpnął klamkę i dosłownie zderzył się głową z Martą. - Co ty wyprawiasz? – zmierzyła go zdziwionym wzrokiem. – Strasznie wyglądasz, źle się czujesz? Co w ogóle robisz w tej piwnicy tyle czasu? - Nic – zmieszał się. – Trochę sprzątam, jest tam strasznie brudno. - Teraz? Wieczorem bierzesz się za to i to, kiedy w telewizji idzie twój ulubiony serial? Coś kręcisz. - Nie, słowo.- wydusił- Bolą mnie oczy i nie mogę oglądać telewizji. - No właśnie, mówiłam ci, żeby iść do okulisty, ale ty udajesz młodzieniaszka, a tu niestety czas leci. Już nie te lata. – śmiejąc się chwyciła słoik i wróciła do kuchni. - Uff! – jęknął i uważnie rozejrzał się po hollu. Na podłodze zauważył kilka drobnych plamek, które natychmiast usunął. Podszedł do zewnętrznych drzwi i po cichu je uchylił. Zapalił światło i oświetlił próg. Tam też była krew, rozejrzał się wokoło i nie widząc nic niepokojącego dokładnie starł wszystkie ślady. Sytuacja była opanowana, mógł wreszcie zastanowić się, co dalej. Ponownie zszedł do piwnicy i sprawdził całą posadzkę. Nigdzie żadnych śladów. Drzwi do pomieszczenia ze zbiornikami zamknął na klucz, zgasił wszędzie światło i poszedł do salonu. Kiedy usiadł na kanapie strach powrócił. Do tej pory działał jak automat i dopiero teraz dotarło do niego, że ma w domu trupa, ma narzędzie zbrodni i w tym samym domu jest jeszcze żona , która o niczym nie wie. Kto i dlaczego zabił Grażynę i dlaczego akurat koło jego domu? Czy to był zwykły napad rabunkowy, czy też ktoś specjalnie to wszystko ukartował? Nalał sobie szklaneczkę tak zwanego koziołka, czyli pół na pół wódka z sokiem pomarańczowym i wypił prawie jednym haustem, nalał drugiego i też błyskawicznie opróżnił naczynie. Zaszumiało mu w głowie, poczuł się mniej spięty. Nigdy nie przypuszczał, że to, co ogląda w filmach może nagle jednego wieczoru przenieść się do jego życia. Fikcja stała się realem. Już wiedział, co czuje człowiek będący w takiej sytuacji, ale to było małe pocieszenie. On facet , który do dziś bał się nawet wyrzucić stary mikser do śmietnika by nie zapłacić kary, jutro musiał wywieźć Grażynę gdzieś za miasto i zakopać. Nie zasłużyła na taki pogrzeb, to był pochówek dla psa, a nie dla człowieka……..niesprawiedliwość losu. Od pięciu lat była jego sekretarką i to dobrą sekretarką. Potrafiła dosłownie czytać w jego myślach, właściwie można powiedzieć, że to była przyjaźń, ale nic poza tym. Marta nie potrafiła zrozumieć, że może coś takiego zaistnieć między mężczyzną a kobietą i podejrzewała go o romans. Dlatego by nie zadrażniać umówili się, że będą w swoich kontaktach omijać jego dom. Tak było do dnia dzisiejszego. Dziś złamała tę świętą zasadę mimo, że dobrze wiedziała iż Marta jest w domu. Coś ważnego musiało ją do tego skłonić, ale co? Co mogło być, aż tak ważne i kto mógł czyhać na jej życie? Przecież ich firma nie prowadziła jakiś ciemnych interesów, nie obracali się w jakimś szemranym towarzystwie, wszystko było czyste jak przysłowiowa łza. Nalał sobie następną szklaneczkę, alkohol zaczynał działać, myśli przestały być spójne wszystko oddalało się, głowa opadała i po chwili miarowe chrapanie zakończyło pierwszy dzień kłopotów Andrzeja Malickiego. Następnego dnia około dziewiątej Andrzej poczuł energiczne szarpanie za ramię. Z trudem otworzył oczy, rozejrzał się przestrachem wkoło nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Zobaczył nad sobą twarz Marty. - Wstawaj, przyszła policja – dalej nim trzęsła. - Zaraz, zaraz – jęknął i wolno usiadł. Teraz dopiero zaczęło wszystko do niego docierać. W jednej chwili przypomniało mu się wczorajsze zdarzenie, nerwowo sięgnął do kieszeni i charakterystyczny kształt klucza do piwnicy uzmysłowił mu, że to wszystko , to prawda, a nie jakiś chory sen. Gorąco na przemian z zimnem uderzało mu do głowy, poczuł się źle. - Co Ci? – żona przyglądała mu się z niepokojem. – Strasznie zbladłeś. Boisz się policji? - Ja? Nie! – zaprzeczył. – Wyrwałaś mnie ze snu… już idę. Wstał , przeczesał włosy ręką i wolno skierował się do hollu, analizując po drodze swoją sytuację. Raczej nie miał się czego bać, posprzątał koło domu, zwłoki leżą zamknięte na klucz w piwnicy bez okna. Chyba, że ktoś widział jak je wciąga do domu. O cholera, nie pomyślał o tym. Może w tym domu naprzeciw ktoś siedział w oknie i widział całe zdarzenie? Jeśli widział to pół biedy, ale gorzej jeśli widział tylko moment, jak wciągał zwłoki do domu. Co tu robić? Może nie otwierać, albo kazać Marcie powiedzieć , że nie ma go? Sam już nie wie. Nie, przecież Grażyna była jego sekretarką, pewnie chcą spytać, kiedy ją widział ostatni raz. Położył rękę na klamce i jeszcze się wahał. - No, na co czekasz – usłyszał zniecierpliwiony głos Marty zza pleców – On już czeka chyba z piętnaście minut. - Dobra, dobra – burknął pod nosem i uchylił drzwi. Na progu stał wysoki może czterdziestoletni mężczyzna ubrany w szary prochowiec. Był przeraźliwie chudy, dosłownie łamał się na wietrze. Nędzne długie włosięta powiewały na wszystkie strony. Małe bystre oczka wbił w naszego bohatera. - Czy mam przyjemność z panem Malickim? - Owszem nazywam się Malicki, ale nie mam z panem przyjemności. - Czy mogę wejść? – kontynuował nie zrażony niemiłym powitaniem. - Proszę – Andrzej odsunął się na bok robiąc przejście. Policjant wśliznął się do środka jednocześnie rozglądając ciekawie. - Ładnie tu. – skomentował siadając na kanapie w salonie. - Dziękuję , to wszystko zaprojektowała moja żona.- burknął zdenerwowany zajmując miejsce w fotelu naprzeciw gościa. - Ma pan zdolną żonę. - Wiem, ale czy przyszedł pan tu by rozmawiać o mojej żonie? - No, nie – założył nogę na nogę, a z kieszeni płaszcza wyciągnął notes. - Chciałbym wiedzieć, kiedy widział pan ostatnio Grażynę Leńską? – zapytał jednocześnie bacznie obserwując gospodarza. - Hm, - zmieszał się – Wczoraj o piętnastej . Wtedy wyszedłem z biura, a czemu pan pyta? Czy coś się jej stało? - Czemu miałoby się coś jej stać? – spytał policjant nie spuszczając wzroku z Malickiego. - Skoro przychodzi do mnie policja i pyta o Grażynę , to chyba nie dlatego, że wykipiało jej mleko, tylko dlatego, że coś się stało. – zaśmiał się. - I tak i nie , pani Leńska zaginęła. - Zaginęła? – udał zdziwienie. – Może gdzieś wyjechała? - Może – przytaknął gość. – Chcemy to ustalić. Na razie dostaliśmy zawiadomienie o zaginięciu i pytamy wszystkich jej znajomych. - A kto zgłosił zaginięcie? O ile wiem, mieszkała sama. - Siostra. - Siostra? – Andrzeja zatkało z wrażenia. – Przecież ona nie ma siostry! - O, widzę, że jest pan dobrze poinformowany. - Jeśli pracuje się z kimś kilka lat, to wie się co nieco – odparował . – Pięć lat jest moją sekretarką. - Albo była . – wtrącił policjant. - Bądźmy dobrej myśli. - My musimy brać pod uwagę wszelkie okoliczności drogi panie – widać było, że funkcjonariusz wiedział coś więcej. – Czyli po piętnastej pan jej nie widział? - Nie! - To dziękuję i na razie to wszystko. – wstał energicznie z kanapy zawadzając głową o lampę i to tak niefortunnie , że pękł jeden z abażurów rozsypując się w mak. - Ojej – jęknął – Bardzo przepraszam , postaram się pokryć szkodę. - Nic nie szkodzi – gospodarz machnął ręką, nic się nie liczyło w tym momencie, najważniejsze to pozbyć się kłopotliwego gościa. - Na pewno? – policjant wyglądał na przestraszonego. - I tak mieliśmy zmienić tę lampę i dzięki panu zrobimy to wcześniej. - No to jeszcze raz przepraszam – burknął i trwożnie rozglądając się wokoło ruszył do drzwi. - Do widzenia – rzucił przez ramię i tyle go widzieli. - O co tu chodzi? – Marta stanęła w przedpokoju i mierzyła męża surowym wzrokiem. – Musisz mi powiedzieć, co tu jest grane. Słyszałam waszą rozmowę, widziałam jak się zachowujesz, w ogóle od wczoraj jesteś jakiś dziwny, nieswój, nieobecny duchowo. Jestem twoja żoną na dobre i na złe i jeśli w coś wdepnąłeś to ja jestem pierwszą osobą , która może ci pomóc, a każdym razie będzie się starać. - Jesteś pewna tego, co mówisz? – spojrzał na nią bardzo uważnie. – Chcesz wszystko wiedzieć? - Tak! – przytaknęła, a serce zabiło jej mocniej, czuła coś poważnego, coś strasznego. Wolała jednak nie zgadywać. - Dobrze! – kiwnął smętnie głową . Był zdecydowany, sam nie dawał sobie rady z sytuacją, ona go przerastała, musiał się z kimś tym wszystkim podzielić, a kto jest do tego najlepszy? Tylko Marta. - Chodź – szepnął i nie patrząc na nią podszedł do drzwi do piwnicy, otworzył je, zapalił światło i ruszył przodem. Zeszli po schodach i stanęli przed pomieszczeniem ze zbiornikami. Wyjął z kieszeni następny klucz i otworzył zamek, zapalił światło, pchnął drzwi i zrobił miejsce. - Na pewno wiesz, co robisz? – uważnie spojrzał na żonę. - Tak! – skinęła głową, ale po jej minie widać było, że strasznie bała się prawdy. Czuła podświadomie, co znajdzie, lub kogo znajdzie. Odtrącała tę myśl, ale ona uparcie wracała. Wszystkie wczorajsze zdarzenia układały się w sensowną opowieść, brakowało tylko kilku szczegółów. Rozejrzała się po piwnicy i z przerażeniem patrzyła na posadzkę. Spod sterty styropianu wystawały nogi, od razu było widać , że to nogi kobiety. - Nie żyje? – wydusiła cały czas nie mogąc oderwać wzroku od zwłok. - Tak! – usłyszała. – Ktoś zabił ją na progu naszego domu. - Czemu od razu mi tego nie powiedziałeś? Dlaczego to ukryłeś? Co jeszcze ukryłeś? - Nic więcej, słowo – zaklinał się – Spanikowałem, bałem się , że pomyślisz, że to ja. - Że ty? Czyś ty zwariował? Przecież znam cię tyle lat i wiem, że nie jesteś do tego zdolny. – Prawie wykrzyknęła i spojrzała na niego z wyrzutem. - Wiesz co ty zrobiłeś? Przecież wczoraj zadzwonilibyśmy na policję i wszystko byłoby jasne. - Co jasne? Zaraz by szukali nie wiadomo czego, zaraz podejrzenia. - Chrzanisz, przynajmniej byśmy byli wolni od podejrzeń o zabójstwo. Teraz jak wytłumaczysz to wszystko? Jak przekonasz policję, że to nie ty? Mnie nie musisz, bo wiem, ale ich? – zaczęła uderzać go ściśniętymi dłońmi w piersi, łzy leciały jej ciurkiem i w kółko powtarzała – dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Dlaczego? - Naprawdę straciłem głowę – szeptał cały czas głaszcząc ją po głowie. - Co chcesz teraz zrobić? – wydusiła przez łzy. – Masz jakiś plan? - Muszę pozbyć się ciała , wywiozę gdzieś do lasu i zakopię. - Czyś ty zwariował? Pojedziesz z trupem w bagażniku do lasu? Wyjmiesz szpadel , wykopiesz dół i ukryjesz zwłoki. Ty, który boisz się wrzucić cokolwiek nieprzepisowego do kontenera, teraz poradzisz sobie z usunięciem nieboszczki? - Spróbuję. – potworne przerażenie ogarniało go już na samą myśl o tym. – Muszę, przecież nie zakopię jej w piwnicy. - A może? – Marcie spodobał się ten pomysł. – Jazda po Poznaniu z takim ładunkiem i szukanie ustronnego miejsca jest szaleństwem. Jakakolwiek stłuczka, kontrola policyjna i leżymy. Przecież nikt nam nie uwierzy. Nie chcę iść do więzienia na resztę życia.- głos jej się łamał. - Ja sam pojadę, ja narobiłem głupot i ja je wyprostuję , chodź stąd- Andrzej chwycił żonę za rękę i pociągnął do drzwi. – Nic tu po nas. Poczekam do wieczora i załatwię to po swojemu. - Jak ją zabito? – spytała. - Wbito jej nóż w plecy. - Gdzie ten nóż? – Rozglądała się po piwnicy szukając narzędzia zbrodni. Nagle jej wzrok spoczął na dużym nożu kuchennym leżącym na umywalce. – To ten? – wskazała palcem. - Tak! - I ty to tak zostawiłeś na wierzchu? Czyś rozum postradał? – chwyciła leżącą obok szmatkę i przez nią dopiero złapała narzędzie w ręce. Dokładnie wyczyściła , tak jak to robią na filmach i zawinęła w leżący obok na szafce kawałek papieru pakowego. - Chodź , wyniosę to gdzieś na miasto i wyrzucę. – zdecydowała. – Ty tymczasem pomyśl, co zrobić ze swoją byłą sekretarką. Musimy coś wymyślić, ale wybij sobie z głowy zakopanie w lesie, musi być inne rozwiązanie. Weszli na górę, zamknęli drzwi na klucz. Marta szybko ubrała się i z zawiniątkiem w dłoni ruszyła do garażu. Pilotem uniosła bramę , usiadła za kierownicą swojego zielonego nissana, a nóż położyła na siedzeniu obok. Miała plan i to bardzo dobry, bo prosty. Na drugim końcu miasta było małe bajorko, taka dzika sadzawka. Tam postanowiła pozbyć się pakunku. Woda zlikwiduje inne ewentualne ślady , a na domiar wszystkiego korozja szybko zniszczy stal. Kiedyś wystarczyłoby podjechać do jakiegoś śmietnika na byle osiedlu, ale teraz wszystko zamykają na kłódki i jakiekolwiek kombinacje mogły wzbudzić czyjeś podejrzenia. Tak jak postanowiła tak i uczyniła… po dwóch godzinach była z powrotem. Najgorszy był moment wrzucenia noża, rozglądała się wokoło , ale nikogo nie zauważyła. Mimo wszystko zawsze zostaje taka jedna myśl.. a może ktoś to widział. - No i co wymyśliłeś – spytała w progu. - Już ich nie ma – zakomunikował dumnie. – Wywiozłem. - Gdzie wywiozłeś? – zatkało ją z wrażenia – Gdzie wywiozłeś w biały dzień nieboszczyka? Przecież mi nie powiesz, że ją zakopałeś. Mów! – wbiła w niego wzrok . - Obok naszego domu uległa uszkodzeniu wielka śmieciarka. Wykorzystałem nieobecność załogi i wrzuciłem zwłoki na krypę. Czyś ty zwariował? – wydusiła z paniką w oczach. – Przecież mógł ktoś zobaczyć i jak je znajdą, to ustalą gdzie się zepsuła. - Nikt nie widział. Grażynę zawinąłem w ciemną folię. Pójdziemy w zaparte i nic nam nie udowodnią. Zresztą pamiętam jak Tadek no wiesz …ten od Jolki opowiadał, że na wysypisku nikt nie sprawdza śmieci. Wszystko przysypią na amen. To było zrządzenie losu. - Nie wiem – zawahała się – Tak naprawdę to nie wiem, co o tym myśleć. Coś za łatwo to poszło. Boję się. - Nie masz czego! – Chwycił ją mocno i przytulił. – Dziękuję ! – szepnął jej do ucha i pocałował w policzek. Wyrwała się z uścisku i pociągnęła go za rękę. – Musimy wszystko jeszcze raz posprzątać, nie mogą zostać nawet najmniejsze ślady. Widziałeś jak pokazywali w telewizji. Oni mają aparaturę do wykrywania nawet najmniejszych kropelek krwi. Musimy nawet ściany zmyć. - Nie przesadzasz? – skrzywił się. – Nie będzie ciała i narzędzia zbrodni, to nic nam nie udowodnią. Możemy wymyślić jakaś bajkę, że – zawahał się - że na przykład była kiedyś u nas na imprezie i skaleczyła się od pękniętego kieliszka. - I krew była aż na ścianach? – spojrzała na niego ironicznie. – W to nawet najgłupszy policjant nie uwierzy, lepiej wymyśl coś mądrzejszego, a teraz by nie tracić czasu dawaj kubły z ciepłą wodą z mydłem i szorujemy piwnice. - Niech i tak będzie – skapitulował i żwawo ruszył po środki czyszczące. Centymetr po centymetrze, metr po metrze z dokładnością benedyktyńskich skrybów szorowali całą piwnicę, schody i holl na parterze. Na koniec przenieśli się przed dom i nawet na wszelki wypadek zagrabili trawnik szukając jakichkolwiek śladów obecności ofiary. Nic jednak nie było i około godziny osiemnastej cała posesja była przygotowana na ewentualną wizytę policji. Usiedli w fotelach nieludzko zmęczeni, ale zadowoleni. - Zadowolona? - Dopiero będę zadowolona jak sprawa przyschnie i nikt nie będzie zaginięcia twojej sekretarki łączył z nami. Wtedy spokojnie zasnę, bo teraz to jest niemożliwe, wciąż mam przed oczyma jej nieruchome nogi wystające spod styropianu. Straszne! – aż się wzdrygnęła. - Już po wszystkim – próbował ją pocieszać. – Teraz to mogą nam skoczyć. Wszystkiego się wyprzemy. - Ale ja nie chcę się niczego wypierać – jęknęła – Ja nie chcę by mnie przesłuchiwała policja, ja nie chcę tego niepotrzebnego stresu. Ja chcę mieś święty spokój. Boję się tylko o te zwłoki. Jeśli je znajdą i powiążą z konkretnym pojazdem, to łatwo ustalą gdzie się zepsuł i to mi cały czas nie daje spokoju. Dawaj, włącz telewizor, może będą cos mówić w wiadomościach. W telewizji jednak nic nie było. Dwa dni pod rząd oglądali wszystkie regionalne programy informacyjne i nic. Powoli zaczęło do nich docierać, że na wysypisku nie odnaleziono ciała i to była świetna wiadomość. Wreszcie uwierzyli w to, że Grażyna znalazła wieczny spoczynek wśród starych puszek po konserwach, skórek od bananów i wielu różnych świństw….. straszny pochówek. Rozdział IITrzeciego dnia wszystko zaczęło wracać do normalności. Marta wcześnie rano wyjechała do miasta . Najpierw oddała ważne dokumenty w Urzędzie Dzielnicowym, później pojechała na Wildę do przychodni na okresowe badania. Może około dziesiątej, kiedy zdążała w kierunku domu drogę zajechał jej policyjny passat. Zdziwiona przyhamowała i zatrzymała się przy krawężniku. Z radiowozu wyszło dwóch policjantów i założywszy czapki ruszyli w jej kierunku. Wyglądali jak Flip i Flap, jeden przeraźliwie chudy, drugi zaś potwornie gruby. Jednak nie było jej do śmiechu i dziwny niepokój ogarnął jej duszę. Wprawdzie na zdrowy rozum nie miała się czego obawiać, to jednak podświadomie czuła coś niedobrego. Uchyliła okno i coraz bardziej nerwowo obserwowała zbliżających się policjantów. - Dokumenty proszę! – rozkazał jeden z nich bardzo służbowym tonem i mierząc ją surowym wzrokiem. Drugi tymczasem podszedł do bagażnika i uważnie wpatrywał się w tył samochodu. - Co jest? – czuła jak drży ze zdenerwowania. Nerwowo obserwowała tego, który przeglądał dokumenty. - Proszę wysiąść – rozkazał po chwili. - O co chodzi? – próbowała protestować. - Przecież nie przekroczyłam przepisów. - Proszę nie dyskutować i wysiadać – chwycił za klamkę i szarpnął za drzwi. - Dobrze, dobrze – zobaczyła, że nie przelewki i ostrożnie opuściła samochód. - Proszę otworzyć bagażnik! - Nie ma sprawy – odetchnęła z ulgą. Nieraz sprawdzali samochody , wiedziała o tym. - Proszę! – z uśmiechem otworzyła klapę i ……zbaraniała. Bagażnik zapełniony był olbrzymim czarnym plastikowym workiem. - Co to? – wyszeptała kompletnie zaskoczona. – Przecież wczoraj wieczorem nic tu nie było. Co to jest? - No właśnie, co to jest? – policjant nachylił się nad workiem, ale nic nie zauważył. Czarna folia broniła dostępu do swoich tajemnic. - Proszę to otworzyć – zadysponował spoglądając na Martę.- Musimy sprawdzić zawartość worka. - Ale ja nie wiem skąd jest ten worek – szeptała. – Bagażnik był pusty. Nie wiem, co to jest. - Zaraz się przekonamy - policjant wyjął z kieszeni scyzoryk, otworzył i podał kobiecie. – Proszę przeciąć worek! Podeszła i zawahała się. Podświadomie coś czuła, coś tu nie grało. - To nie mój worek – próbowała protestować. – Nie wiem, co jest w środku. - Zaraz będziemy wiedzieć – funkcjonariusz zaczynał się niecierpliwić. – Ile mamy czekać, aż pani pokaże nam, co przewozi. - Jak pan chce – burknęła i jednym ruchem przecięła folie. Potworny fetor uderzył wszystkim po nozdrzach, a z rozciętego worka wysunęła się kobieca ręka. - Boże! – wydusiła Marta, zbladła i runęła nieprzytomna na ziemię. - O Jezu! –jak na komendę syknęli niemniej przerażeni policjanci i natychmiast zasłonili dłońmi nosy. Smród był straszny i mimo silnego wiatru nie można było stać tuż przy samochodzie. Odciągnęli nieprzytomną kobietę na bok i próbowali docucić. - Już dobrze, - próbowała wstać i co chwila zatrwożona zerkała w kierunku bagażnika. – Skąd ona się tu znalazła? – szeptała. - Wie pani, kto to jest? – policjanci mierzyli ją groźnymi spojrzeniami. - Nie! Nie mam pojęcia! - Wiezie pani trupa i nie wie pani, czyje to zwłoki? - Widziałam tylko rękę. - Przecież nieboszczyk nie wskoczył sam do worka. - Nie wiem! – wzruszyła ramionami. – Ja go tam nie włożyłam . - Wyjaśnimy, wyjaśnimy . - odburknął starszy rangą, chyba sierżant. – Teraz zapraszam do radiowozu, jest pani zatrzymana. - Zatrzymana? – Martę zatkało z wrażenia – Dlaczego? - Chyba pani kpi? Wiezie pani trupa i dziwi się , ze jest zatrzymana? - Ale, to nie mój trup! – prawie krzyknęła. – Nie wiem skąd się znalazł w moim samochodzie! - Proszę! – policjant wskazał gestem nieznoszącym sprzeciwu radiowóz.. – Idziemy. Wstała i cała trzęsąca się ze strachu podeszła do Passata. Jak automat usiadła na tylnym siedzeniu . To wszystko nie mogło do niej dotrzeć. Przecież miała pusty bagażnik, przecież Andrzej usunął tego przeklętego trupa i skąd się on tu wziął? Chyba, że? Nie to niemożliwe, Andrzej by jej tego nie zrobił, Za niego ręczy! Może to nie Grażyna? Jestem już głupia, to wszystko, to jak zły sen. Wyjęła telefon i nerwowo wykręciła do męża. - Abonent chwilowo niedostępny – usłyszała w słuchawce. Ponownie wykręcała i wciąż ten kretyński komunikat. - Andrzej włącz ten przeklęty telefon! – szeptała do siebie i od nowa wykręcała numer. - Gdzie pani dzwoni? – usłyszała nad uchem. Odwróciła się przerażona do okna. Chudy policjant obserwował ją przez szybę. - Nie wolno nigdzie dzwonić! - pokręcił głową. – Tylko do adwokata, ale jeszcze nie teraz. Właśnie jeden radiowóz pojechał do pani domu. Musimy zabezpieczyć mieszkanie i zawiadomimy rodzinę. - Dziękuję – wydusiła . Cała drżała, czuła jakby miała gorączkę, Wszystko dokoła było jakby za mgłą, jakby w oddali, dziwne uczucie. Nagle ktoś zastukał w szybę. Drugi z policjantów nachylał się pokazując długi czarny nóż, ten sam który kilka dni wcześniej wyrzuciła do stawu . Zatkało ją, patrzyła i nie wierzyła swoim oczom. Nie, to nie może być ten, może to podobny? Skąd się tu wziął? - To coś znaleźliśmy pod pani siedzeniem – usłyszała – Oj, chyba będzie ciężko to wszystko wytłumaczyć droga pani. - Pod moim siedzeniem ? – powtórzyła jak automat. Opanowała ją kompletna pustka, wszystko było jak koszmarny sen, jak sceny z kryminału z tą tylko różnicą, ze ona brała w tym udział, i grała wcale niepoślednią rolę. Przecież jest to niemożliwe. Nóż wyrzuciła osobiście i nikt nie byłby wstanie go odszukać, zwłoki ukrył Andrzej i co tu jest grane? Ktoś ich wrabia, ale dlaczego? Dlaczego akurat ją? Widziała Grażynę kilka razy w życiu i zamieniła może trzy zdania, nie miała wrogów, wszyscy ją lubili, nie było osoby źle jej życzącej. Spojrzała przez tylną szybę w kierunku swojego auta. Stało przy krawężniku tak ja je zostawiła , ale wokół niego było mnóstwo samochodów policyjnych i kręciło się wielu mężczyzn. Część z nich w mundurach inni w dziwnych kombinezonach, biegali w to i z powrotem , robili zdjęcia, coś mierzyli. - Gdzie jest Andrzej? – syknęła przez zęby wypatrując męża. – Dlaczego tu go jeszcze nie ma? O, może go wiozą! – westchnęła z nadzieją widząc następny zbliżający się radiowóz. Szary opel podjechał tuż obok. Otworzyły się tylne drzwi i wysiadło dwóch mężczyzn ubranych jak bracia bliźniacy w szare garnitury i ruszyło w jej kierunku. - Nie on! – jęknęła zawiedziona. Podeszli , otworzyli przednie drzwi i wsiedli. Jeden w wieku może czterdziestu lat, nie za wysoki czarny jak cygan o pociągłej twarzy i prawie brunatnych oczach, drugi jasny typowo aryjski blondyn około trzydziestu pięciu lat, o okrągłej twarzy i wielkich czarnych okularach zasłaniających pół twarzy. - Jestem prokurator Jarzębowski – zaczął pierwszy z nich – a to komisarz Mariański. Wracamy z pani domu. - To świetnie – wtrąciła – Zawiadomiliście mojego męża o wszystkim? Czemu nie ma go tu jeszcze?. Spojrzeli po sobie. Ona obserwowała ich i próbowała odczytać coś z twarzy. - Czemu nie ma tu Andrzeja? – podniosła głos. – Mówcie? - Kiedy weszliśmy do domu znaleźliśmy zwłoki pani męża. - Co? Co znaleźliście? – wydusiła. – O czym mówicie? Do jakiego domu weszliście? - Do pani domu ,pani mąż został zasztyletowany dużym kuchennym nożem , takim samym jaki znaleźliśmy w tym zielonym nissanie. - Zasztyletowany? – szepnęła i straciła przytomność. Rozdział IIIKomenda Miejska Policji Wydział kryminalny, trzecie piętro obskurnego budynku, pokój nr.333, meble pamiętające czasy milicji, rozpadające się krzesła, a na nich siedzi trzech mężczyzn. Jarzębowski, Mariański i nadkomisarz Gawroński przeglądają materiały związane z dzisiejszym morderstwem. - Sprawa jest ewidentna – Mariański skończył przeglądać raporty z sekcji zwłok.- Obydwoje zginęli od ciosu nożem, mamy narzędzie zbrodni, mamy zabójcę. - Domniemanego zabójcę – wtrącił prokurator. – Pracuję tyle lat w tym fachu i widziałem niejednego mordercę, ale pierwszy raz zobaczyłem prawdziwe zaskoczenie na jego twarzy. Coś mi tu nie gra. - Przesadzasz – komisarz obruszył się – Jesteś prokuratorem i my policja dajemy ci stu procentowe dowody i stu procentowego sprawcę, a ty się wahasz? - Tak waham się, ta kobieta nie pasuje mi do tych okropnych zbrodni. Nie miała ani motywu, ani siły by wbić rosłemu mężczyźnie nóż łamiąc przy tym żebro. Przecież dobrze o tym wiecie. - Była pewnie w furii, a wtedy ludzie mają niesamowita siłę. - W jakiej furii? Czemu przewoziła cuchnącego trupa ? Czemu zostawiła drugiego w domu? - Nie, za dużo jest w tym wszystkim pytań – Jarzębowski wstał i zaczął przechadzać się wzdłuż pomieszczenia – Panowie według mnie , ktoś ją w to wrabia. - Chyba żartujesz? – Nadkomisarz patrzył na niego ze zdumieniem. – Prawie zawsze mamy mniej niż połowę dowodów i już tobie to wystarcza, a teraz mamy dosłownie wszystko. - No właśnie, dlatego! To wygląda za prosto. Kobieta nie jest jakimś głupkiem i zadam wam proste pytanie…. gdzie wiozła trupa w środku dnia? Przecież to jest bez sensu. - Wiozła, by zakopać – wtrącił Mariański. – Tuż za miastem jest niejeden lasek i można ukryć zwłoki. - Miała szpadel? - No, nie, - zmieszał się - ale mogła kupić gdzieś po drodze. - Z trupem miała jechać do supermarketu by kupić szpadel? Czyście powariowali? Przecież tak na zimno, to nie każdy płatny zabójca by wytrzymał, a wy mówicie o zwykłej kobiecie. - Muszę zgłosić wyżej o naszej rozmowie. – Gawrońskiego wyraźnie zdenerwowała dyskusja. – Uważam, że oskarżycielem nie może być człowiek wyraźnie sprzyjający zabójcy, to niedopuszczalne! - To nie jest jeszcze zabójca, to tylko podejrzany! – prokurator podniósł głos. – Moim obowiązkiem jest oskarżanie mordercy, a nie domniemanego mordercy… to jest duża różnica. Jeśli mam obiekcje, wątpliwości to wtedy muszę o tym mówić, tu chodzi o życie człowieka. Żegnam panów! – wyraźnie wzburzony wstał i opuścił pomieszczenie. - Co tu jest grane? – wydusił kompletnie zaskoczony Mariański. – Przecież on jest zawsze kosą i to najgorszą w prokuraturze. Dlaczego tak zażarcie broni tej kobiety? - Może ją zna? – wtrącił nadkomisarz. – Zaraz porozmawiam z jego szefem, trzeba odsunąć go i mało tego, trzeba sprawdzić jego powiązania z tą sprawą. Tu coś śmierdzi bardziej niż trup w bagażniku. - Oj, chyba nie – pokręcił głową podwładny – Smród trupa jest nie do opisania.
Pokój przesłuchań na parterze, a w nim przy małym jasno brązowym stoliczku siedzi Marta. Siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach i buja się jak dziecko chore na chorobę sierocą. Nie wie, co tu robi, czuje się zagubiona, oszukana przez los i wrobiona przez kogoś, ale kogo? Dlaczego ona? Drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wszedł energicznym krokiem Jarzębowski. Spieszył się, wiedział, że za chwilę zabiorą mu śledztwo i chciał jeszcze wykorzystać swoje stanowisko by porozmawiać z Martą. Usiadł po przeciwnej stronie biurka, otworzył taczkę, wyjął papiery, jednocześnie kątem oka obserwując kobietę. Ta, był pewny, tak nie wyglądał zabójca. - Weź tego adwokata – szepnął dyskretnie podając szarą wizytówkę. – On cię wybroni. Patrzyła na niego kompletnie zdezorientowana. O co tu chodzi, przecież to prokurator? - Nie rozumiem –zaczęła łamiącym się głosem . - Ciii . – położył palec na ustach przyjaźnie się uśmiechając. - Jestem twoim przyjacielem i chcę ci pomóc. Zaraz odsuną mnie od śledztwa i teraz chcę ci przekazać kilka ważnych informacji. Ten adwokat to kobieta i mój dobry przyjaciel, ona jest najlepsza. Prócz tego ona sama jest jakby prywatnym detektywem. Nie masz wyboru, jak ja ci nie pomogę , to nikt nawet palcem nie ruszy w twojej sprawie. - Dlaczego mi pomagasz? – wydusiła pożerając go wzrokiem. – Jakbym cię kiedyś widziała. - Znałem twojego ojca i chcę spłacić dług wdzięczności. - Ty jesteś Hubert? – patrzyła z coraz większym zdumieniem na Jarzębowskiego – Przecież inaczej się nazywałeś. - Tak – skinął głową. - Ja nikogo nie zabiłam – szepnęła – Wierzysz mi? - Ja ci wierzę , ale najważniejsze by uwierzył ci sąd. Wiem , ze nie byłaś do tego zdolna, ale to wiemy ja i ty, a to dużo za mało. Musze już iść- wstał energicznie i skierował do wyjścia. Nie zdążył dojść jak drzwi otworzyły się z łoskotem i wszedł Gawroński. - Jest pan odsunięty od śledztwa w trybie natychmiastowym – oświadczył wzburzonym głosem - i od tej chwili nie wolno panu kontaktować się z podejrzaną bez zgody prokuratora prowadzącego. - Spodziewałem się tego – Jarzębowski zaśmiał się w twarz policjantowi i wyszedł z pomieszczenia. - No droga pani! – Mariański już chyba godzinę starał się wyciągnąć od Marty przyznanie się do winy. Ona jednak cały czas szła w zaparte. Nic nie widziała , męża nie zabiła i nie wie skąd się wzięły zwłoki w jej samochodzie. – Jeśli przyzna się pani to sąd potraktuje to jako okoliczność łagodzącą. Naprawdę warto , proszę mi wierzyć. Przecież na pewno zabiła pani męża w afekcie, a to duża okoliczność łagodząca. - Nikogo nie zabiłam! – prawie krzyknęła, jej desperacja sięgnęła zenitu. – Kochałam męża… - My wiemy wszystko droga pani – komisarz wstał i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. - Odkryła pani romans męża z sekretarką i najpierw zabiła pani ją , a później jego. Przecież to jest typowy motyw zabójstwa i nie wiem dlaczego prokurator miał jakieś obiekcje? - Nikogo nie zabiłam! –łzy ciurkiem popłynęły z jej dużych brązowych oczu. – Nikogo, czy pan nie potrafi tego zrozumieć? - Znała pani wcześniej prokuratora Jarzębowskiego? – spytał jednocześnie podając jej chusteczkę. - Czy znałam? Nie! – pokręciła głową. – Prokuratora Jarzębowskiego nie znałam. - Na pewno? - Na pewno! – odparła z naciskiem. - Proszę mi sprowadzić adwokata. - Do adwokata mam pani prawo. Kogo pani chce? - Panią Aldonę Głowacką – wydusiła jednym tchem. - Kogo? – policjanta dosłownie zatkało. – Kto pani ją doradził? Pewnie Jarzębowski? - Słyszałam o niej , kiedyś coś czytałam w prasie. – odparła wymijająco. - Chce pani tę czarownicę? – pokręcił głową wyraźnie niezadowolony. – Pani wola. Nagle ktoś zapukał . Drzwi uchyliły się i w progu stanął jakiś mundurowy. - Jakieś paskudne babsko stoi za drzwiami i twierdzi, że będzie obrońcą podejrzanej – zameldował. - Głowacka? – spytał Mariański, ale było to pytanie retoryczne, albowiem wiedział, ze to ona. - Tak! - Wpuść ją – odparł zrezygnowanym głosem. – Znów będziemy mieć tu Meksyk. Marta spojrzała z zainteresowaniem w kierunku wejścia. Kim jest ta Głowacka, skoro wzbudza takie emocje? Nie minęła minuta a w drzwiach stanęła potężna kobieta w średnim wieku. Długie pozlepiane w kosmyki czarne włosy spadały na potężne muskularne ramiona. Twarz mocno opalona, skośne oczy zdradzające azjatyckie korzenie, zagięty nos w stylu żydowskiego wzorca dopełniały ten straszny wizerunek. Nie była to gruba kobieta, raczej typ kulturysty, ale przy wysokim wzroście sprawiała wrażenie gigantycznej potwory. Ubrana w jakieś szare wytarte spodnie i czarną marynarkę bardziej przypominała starego indiańskiego wodza niż kobietę. - O sam pan komisarz – krzyknęła na progu i żwawo weszła do środka. Podeszła do policjanta i pojednawczo klepnęła go po plecach. Musiało to być mocy kopnięcia konia, ponieważ nieszczęśnika odrzuciło pół metra do przodu. - Mówiłam ci Heniu, byś ćwiczył – zaśmiała się pod nosem. – Też mi pan władza, którego taka baba jak ja może załatwić jednym klepnięciem. - Dobra komisarzyku , teraz zmiataj stąd , bo ja musze pogadać z tą kobitką. – odwróciła krzesło oparciem do stołu i usiadła na nim okrakiem. - Pewnie już cię te psy opadły? – zmierzyła Martę współczującym spojrzeniem.. – Nie bój się , nie damy się. Nie tak prosto jest wsadzić człowieka do pudła jak ma dobrego adwokata. - Ale ja jestem niewinna . - Kochana, a ty myślisz, że niewinnych to nie sadzają? – wybuchła rubasznym śmiechem. – Nie , nie wsadzają tych co mają dobrych adwokatów. Zapomnij o sprawiedliwości, tu wszystkim rządzi spryt i kruczki prawne. Wiem z grubsza, co mają na ciebie i nie ukrywam, że jest tego dużo, a właściwie dużo za dużo. Nie pytam, czy zrobiłaś te wszystkie okropności, bo już na pierwszy rzut oka ja to wykluczam. Może ja byłabym wstanie wbić komuś nóż łamiąc żebra, ale nie ty. Na tym będziemy częściowo opierać nasza linię obrony, ale to jest za mało by odeprzeć zarzuty. Musimy mieć więcej danych. – spojrzała badawczo na Martę . – Co wiesz, co mogłoby podważyć oskarżenia? Co wiesz ? Musisz mi powiedzieć całą prawdę, bo swoją droga to nie wierzę w to, że nic nie wiesz. - Ten nóż – wydusiła Marta – Przecież ja go utopiłam w sadzawce kilka dni wcześniej. - Co ty mówisz? – adwokatka mierzyła ją badawczym wzrokiem – Musisz mi wszystko powiedzieć , nie masz wyjścia.. Mów wszystko po kolei, mamy czas. - Dobrze. Około dwudziestej w mieszkaniu na szóstym piętrze w ekskluzywnym apartamentowcu w centrum Poznania rozległ się odgłos dzwonka. Jarzębowski podszedł do domofonu i nacisnął przycisk zwalniający blokadę. Po kilku minutach ktoś delikatnie zapukał do drzwi. - Takiej delikatności nie spodziewałbym się po tobie – zaśmiał się gospodarz wpuszczając do domu Aldonę Głowacką. - Lubię zaskakiwać - Napijesz się czegoś? - Nie, raczej jak masz to daj mi cygaro. - Nie rzuciłaś palenia? – zaśmiał się pod nosem i sięgnął do barku. Gość tymczasem zapadł się w głęboki skórzany fotel w salonie. Prokurator wyjął pudełko z prawdziwymi kubańskimi cygarami przeznaczone dla specjalnych gości i podał adwokatce. Sam nalał sobie kieliszek koniaku i usiadł naprzeciw. Odczekał chwilę obserwując jak gość odgryza końcówkę cygara , a następnie przypala. - No i ? – zaczął – Ja wygląda sprawa? - Kiepsko – burknęła pod nosem. – Kiepsko. Opowiedziała mi całą historię i sama już nie wiem, w co wierzyć. Zresztą, masz przejrzyj to. Wszystko notowałam– podała notatnik. Jarzębowski zagłębił się w lekturze, a gość w tym czasie skusił się też na lampkę czegoś mocniejszego. - Ja jej wierzę – skwitował na zakończenie. Musisz ją wybronić. - Ale jak? – Rozłożyła ręce. – Nie mam punktów zaczepienia, nie mam nic prócz zeznań wystraszonej kobiety. - Musi złożyć obszerne zeznania i nie może niczego ominąć – zdecydował. – Policja musi sprawdzić piwnice domu i odnaleźć ślady krwi na potwierdzenie jej zeznań. - Ale to ją pogrąży – wtrąciła. - Niezupełnie – pokręcił głową. – Jeśli znajdziemy nóż, to wtedy cała hipoteza policji legnie w gruzach. - W sumie, jaka to różnica, czy skażą ją za jedno, czy dwa zabójstwa? – zaśmiała się. - Musimy mówić prawdę- upierał się gospodarz. – Tylko wtedy nie pogubimy się w tym wszystkim. Jeśli wszystko to, co mówi Marta jest prawdą, to musimy odnaleźć prawdziwego mordercę, a przede wszystkim motywy zbrodni. Jak będą motywy, to będzie i zabójca. - Dlaczego tak przejąłeś się tą kobietą? - Nie mogę ci powiedzieć – zmieszał się. – To stara historia i jeśli ją wybronisz, to ci ją kiedyś opowiem. - Dobra, jutro pojadę na wysypisko, pogadam z ludźmi – przydusiła cygaro. – Trzeba zorganizować ekipę i sprawdzić dno tego stawu. Jeśli znajdziemy nóż, to będziemy wiedzieć, że ta część zeznań jest prawdziwa. - Wszystkie są prawdziwe – Jarzębowski dodał z naciskiem . – Wierz mi! - To mało – westchnęła – Sąd też musi uwierzyć. Ociężale wstała z fotela i ruszyła do drzwi. Zatrzymała się w progu. - Wiesz, chyba w policji podnieśli pensje. - Tak?- spojrzał na nią zdziwiony. - No, bo Mariański kupił sobie lepszą szczękę, jak dwa lata temu klepnęłam go tak jak dziś w plecy, to mu wyleciały zęby aż na drugi koniec sali przesłuchań. No cóż przyszły nowe czasy. - Cześć – rzuciła przez ramię i zniknęła na korytarzu. - Cześć – odburknął, wolno zamknął drzwi i wrócił do salonu. Wyciągnął z barku butelkę Stocka i nowy kieliszek. Usiadł powrotem na kanapie , z namaszczeniem nalał trunek i jednym haustem wszystko wypił. Powróciły wspomnienia , wszystko tak jakby to dziś miało miejsce . Było to w grudniu piętnaście lat temu. W czerwcu obronił się, w lipcu wyjechał nad morze na dwa tygodnie, a kiedy wrócił zastał w domu zamordowanych rodziców. To był prawdziwy szok, obydwoje leżeli w salonie w kałuży krwi. Zginęli tuż przed jego przybyciem, krew nie zdążyła zakrzepnąć, a ciała były ciepłe. Odruchowo podniósł leżący na podłodze nóż, który jak później się okazało był narzędziem zbrodni. W tym momencie do mieszkania wpadli policjanci. Zastali go w niedwuznacznej sytuacji z nożem w dłoni nachylonego nad rodzicami. Nie było tłumaczeń, zakuto w kajdanki i wywieziono na komendę. Zaczęły się długie, monotonne przesłuchania, którym nie było końca. Kiedy sprawę podchwyciły media i wykreowały go na psychopatycznego zabójcę sytuacja stała się dramatyczna. To był moment, w którym zorientował się, że naprawdę może zostać skazany. Był tylko jeden niejasny punkt w całym dochodzeniu….. nie było motywu. No niemniej dowody wydawały się niepodważalne i widmo spędzenia całego życia w kryminale stało się przeraźliwie realne. Kiedy wydawało się, że jest „ugotowany” na policję zgłosił się pewien mężczyzna, a jego zeznania przewaliły wszystko. Okazało się, że mieszkał w bloku naprzeciwko i widział morderstwo. Opowiedział ze szczegółami przebieg wydarzeń, a co najważniejsze oświadczył, że widział zabójcę i nie był nim podejrzany, a zupełnie inny mężczyzna., który natychmiast uciekł z miejsca przestępstwa. Świadek ten znał tyle szczegółów , że nikt nie był w stanie obalić jego zeznań i nawet media były zmuszone poinformować o swojej pomyłce. I tak oto opuścił areszt i mógł rozpocząć nowe życie. By jednak nikt nie kojarzył go z tym ponurym morderstwem zmienił nazwisko i od tej pory nazywa się Jarzębowski. Poszedł na aplikację prokuratorską i dostał się pod kuratelę starego wygi prokuratora Bucianowskiego. To była największa kosa w okręgu, człowiek legenda … pies gończy na łobuzów. Większość spraw wygrywał i rzadko się poddawał. Właśnie on nauczył go wszystkiego, był mentorem, jego przewodnikiem. Po kilku latach niestety Bucianowski odszedł z tego świata i nastąpiło to tu, gdzie spędził większość swojego życia, czyli w prokuraturze. Był przy jego śmierci i tak jak kiedyś nad zwłokami swoich rodziców tak teraz z rozpaczą nachylał się na nim. Stary widząc, że jego czas na ziemskim padole dobiega końca przyciągnął go do siebie i powierzył mu swoją największą tajemnicę. - Słuchaj – szeptał – Muszę ci coś powiedzieć zanim umrę. - Co pan opowiada, będzie pan jeszcze długo żył! - Nie przerywaj mi – wydusił i widać było, że mówienie sprawia mu trudność. – Musisz coś wiedzieć, bo to dotyczy ciebie. - Mnie? - Tak – zamilkł na chwilę, zbierał siły. - Pamiętasz tego świadka, który zeznawał w twojej sprawie, tego , który oczyścił cię z zarzutów? - Nigdy go nie zapomnę ! - No właśnie – odparł. – On był fałszywym świadkiem! - Fałszywym? Przecież znał tyle szczegółów, musiał to widzieć. - Ciszej – szepnął – Tego nie może nikt wiedzieć. Miałem na niego haki i kazałem zeznawać. Te szczegóły znał ode mnie. - Boże! Ale dlaczego? - Musiałem – jęknął z bólu – Musiałem, Twoja matka kiedyś była moją dziewczyną, to była wspaniała kobieta. To był dla niej prezent. Nie chciałem, by cierpiała też po śmierci. Wiedziałem, że to nie ty, ale nic nie było na twoją obronę. Biorąc narzędzie zbrodni w rękę popełniłeś potworny błąd. Będąc prokuratorem wiedziałem, że jak nie ja, to każdy inny kolega po fachu wsadzi cię na dożywocie. Tylko świadek morderstwa ratował ci skórę , no i taki się zgłosił. - Skąd pan wiedział, że to nie ja? - Bo znałem zabójcę – wyszeptał z trudem i …….umarł. Tak oto Bucianowski zabrał tajemnicę ze sobą do grobu. Marta była jego córką i o paradoksie życiowy jej sytuacja zaczęła przypominać tę sprzed piętnastu lat. Tak jak jej ojciec pomógł jemu, tak teraz on musi pomóc jej, to jego obowiązek…. dług do spłacenia. Wspominał i nawet nie zauważył jak zaświeciło się denko od butelki. - O, wystarczy – burknął sam do siebie i chybocząc się na nogach ruszył do łazienki. Rozdział IVDwudziestego szóstego października już o szóstej rano stary obdrapany niebieski peugeot 406 podjechał pod bramę firmy Remondus na obrzeżach Poznania, a po chwili z wielkim trudem wygramoliła się z niego potężna kobieta, Samochód natychmiast podniósł się o kilka centymetrów, wyraźnie ulżyło zawieszeniu. Trzasnęła drzwiami i wyciągnęła pogniecioną paczkę . Chwilę ją prostowała i wyciągnęła papierosa. Niestety był rozdarty, zniecierpliwiona sięgnęła po drugiego. Ten, mimo, że strasznie pokulbaczony był cały. Wyprostowała go i przypaliła. Zachłannie wciągnęła porcję nikotyny wraz z porcją dymu w płuca, by po chwili z rozkoszą pozbyć się tej trucizny. Cały czas kątem oka obserwowała czekające na swoje obsady śmieciarki. Spokojnie skończyła palić, przygasiła butem peta i ruszyła w kierunku budki dyspozytora., która z wyglądu bardzo przypominała kiosk Ruchu. Z przodu w małym okienku była duża dziura , przez którą podawano kierowcom harmonogramy tras. Stanęła grzecznie w kolejce i czekała. Kiedy przesunęła się na wprost okienka dojrzała w środku drobnego starszego mężczyznę obłożonego stertą dokumentów. - Jak można pracować w takich warunkach? – Pomyślała. - Słucham? – spojrzał na nią z zainteresowaniem. Wszyscy , którzy widzieli ją pierwszy raz zawsze wykazywali duże zaciekawienie, co nieraz ją denerwowało. Przecież to nie jej wina, że jest taka duża, to raczej oni powinni się wstydzić, że są takimi karakanami. - Szukam kierowcy, który dwudziestego drugiego opróżniał pojemniki przy Kasztelańskiej. – krzyknęła w kierunku okienka. - Ze skargą to po siódmej i nie do mnie – usłyszała ze środka. - Nie, nie , ja nie ze skargą, ja coś niechcący wyrzuciłam i może się to uda odzyskać. - Może i tak , ale ja teraz nie pamiętam, proszę poczekać. - Ale on odjedzie – próbowała protestować. – A ja muszę z nim pogadać. - Zaraz, zaraz – burknął pod nosem i zaczął coś szukać w papierach po swojej prawej stronie. Otworzył kilka teczek, przerzucał kartki. - Szybciej do cholery! – krzyknął ktoś z kolejki. – Tadek nam się spieszy, a panienkę to zostaw sobie na później, jak pojedziemy. - Zamknij się Franek! – dyspozytor wyraźnie się zdenerwował. – Ty i tak masz najmniejszy rejon. - A co się koledze nie podoba? – Adwokatka zmierzyła groźnym wzrokiem wygolonego na pałę niewysokiego , ale masywnego mężczyznę stojącego tuż za nią. - Pani! – warknął zaczepnie. - Ja? – ryknęła z furią i nie namyślając się długo schyliła się, a następnie chwyciła delikwenta w kroku. - Puść! – jęknął pełnym bólu głosem. – Puść jędzo! - Ja ci dam jędzę łobuzie, ja cię nauczę szacunku dla kobiet. – pociągnęła nieszczęśnika do góry. - Puść, bo mi urwiesz! – zaczął wyć. Cała jego twarz zrobiła się czerwona z bólu. - A urwę, jak się nie nauczysz kultury. Przeproś mnie i to szybko. - Przeproś, bo cię wymisi! - śmiali się inni kierowcy obserwujący zdarzenie. - Przepraszam – wydusił ze złością. – Puszczaj już! - No widzisz i można być kulturalnym człowiekiem – zaśmiała się swoim grubym głosem i zwolniła uścisk. - Mam – krzyknął z okienka dyspozytor – wtedy tę trasę robił Kotarski. O, jest tam! – wskazał palcem brudną śmieciarkę z boku placu. - Dzięki! – pomachała mu ręką i ruszyła w kierunku pojazdu. Szła wolno przyglądając się uważnie małemu człowieczkowi krzątającemu się wokół starego mercedesa. Wspinał się na ciężarówkę i przecierał przednią szybę. Wiedziała, że kątem oka obserwuje plac i na pewno widział zdarzenie przed budką dyspozytora. Kiedy była już może dziesięć metrów od celu kierowca rzucił szmatę na ziemię i szybko wskoczył do szoferki. - Hola, hola, kochasiu – burknęła pod nosem i szybko podskoczyła do śmieciarki. Wskoczyła na schodek przy drzwiach kierowcy i zaczęła pukać w szybę. Pojazd raptownie ruszył i kobieta spadła. - Cholera, co za palant – jęknęła gramoląc się z ziemi i masując prawe ramię . Otrzepała ubranie i patrzyła ze złością na znikająca za brama ciężarówką. - I tak cię dorwę! – syknęła przez zęby i żwawo ruszyła do bramy. - Co? Nie dał się złapać za jaja? – krzyknął któryś z kierowców, a inni wybuchli śmiechem. - Ale mogę złapać któregoś z was? – zatrzymała się mierząc ich groźnym wzrokiem. - Dobra, dobra – rozpierzchli się na boki. - No to uważajcie – rzuciła przez ramię i poszła w kierunku swojego auta. Mocowała się chwilę z drzwiami, aż wreszcie zamek puścił . Wsiadła i w spokoju zaczęła analizować sytuację. Gdyby kierowca był czysty, to by nie uciekał. Czegoś musiał się bać, ale czego? A pies go ganiał i tak go dorwę, a wtedy będzie biedny . Teraz lepiej poszukam tego cygara, które zwędziłam Jarzębowskiemu. Swoją droga, to trochę dziwne, że tak się przejął tą babką. Przecież jest prokuratorem i widział dowody, oj chyba nie gra ze mną w otwarte karty. Muszę odwiedzić Stefano, on wie dużo. Przecież jak mam doprowadzić sprawę do końca, to muszę być wtajemniczona we wszystko. Cholera, gdzie to cygaro? Opróżniła nerwowo skrytkę w kokpicie i dopiero na dnie zauważyła wrzecionowaty kształt swojej zguby. - No jest – westchnęła i z rozkoszą wciągnęła w nozdrza woń wspaniałego kubańskiego tytoniu. Odgryzła koniec i wypluła przez uchylone okienko. Z kieszeni żakietu wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła. Wnętrze samochodu zapełniło się białawym dymem. Delektując się rarytasem cały czas rozmyślała nad sprawą. Pierwszy raz wzięła coś tak beznadziejnego. Nikt nie lubi przegrywać, ale wielu lubi wyzwania. Ta sprawa jednak bardziej wyglądała na tę pierwszą. Nie było punktu zaczepienia, a uciekający śmieciarz mógł mieć zupełnie coś innego na sumieniu. Nawet, jeśli wszystko, co zeznała zatrzymana kobieta jest prawdą, to i tak niewiele się zmieni jej sytuacja. Trzeba znaleźć mordercę, ale gdzie go szukać? Jaki był motyw? Dobra, teraz trzeba upolować na mieście śmieciarkę i zobaczymy, co dalej. Wyrzuciła żarzącego się jeszcze peta i uruchomiła silnik. Powoli ruszyła w kierunku centrum. Pamiętała numer rejestracyjny pojazdu, jak i przypuszczalną trasę, czyli najwyżej w ciągu dwóch godzin musiała natknąć się na uciekiniera.. Niebieski Peugeot przemierzał ulice Poznania kierując się w stronę centrum. Po pół godzinie dojechała na Świętego Marcina i zaczaiła się w małej uliczce niedaleko uniwersyteckiej auli, tuż obok przepełnionych pojemników na śmieci. Samochód ukryła wśród innych na osiedlowym parkingu by nie rzucał się w oczy i z nieodłącznym papierosem w ręku zaczęła przechadzać się wzdłuż ulicy. Długo nie czekała, gdyż może po piętnastu minutach cuchnąca na odległość ciężarówka podjechała pod śmietnik, a kiedy pomocnik opuścił szoferkę by taszczyć pojemniki Głowacka wskoczyła żwawo do środka. Kierowca osłupiał z zaskoczenia. - Czego pani chce ode mnie? – wydusił przerażony. - Chodzi o kurs dwudziestego drugiego – wbiła w niego wzrok.. - O dwudziestego drugiego? – zdziwił się i od razu uspokoił. Wyraźnie bał się czegoś innego. - Tak, chodzi konkretnie o pojemniki przy ulicy Kasztelańskiej. - A – wykrzyknął. – Pamiętam, zepsuła mi się gablota i ściągali mnie. - Czy ktoś zaglądał na krypę? - E – wzruszył ramionami – A kto by tam zaglądał, kto by grzebał w tym syfie. Był tylko problem, bo ściągnęli mnie na bazę razem z zawartością. Samochód stał całą noc i dyspozytor awanturował się, że mu śmierdzi. Rano mechanicy coś posztukowali i udało mi się odpalić na tyle by dojechać na wysypisko i wywalić to badziewie. - Jest pan pewny, że nikt nic nie wynosił z samochodu? - Ja nic nie widziałem, chyba, że w nocy – odparł z przekonaniem. - Dzięki! – otworzyła drzwi i ześliznęła się na dół. Kierowca nie kłamał , to było widać. - Pani poczeka! – krzyknął za nią. - Tak? - odwróciła się w kierunku pojazdu. - Samochód stał tuż obok budki dyspozytora , a chyba miesiąc temu zakładali tam monitoring. Jeśli ktoś się zakradł na krypę to na pewno będzie zarejestrowane. Niech pani pogada z Wiśniewskim, on tym rządzi. - A kim jest ten Wiśniewski? - To kierownik administracyjny, taki facet od porządku na placu i tym podobne. Chłop jest w porządku i jak da mu pani flaszkę to wszystko pokaże. - Dziękuję ! - Nie ma sprawy i przepraszam za to, co wydarzyło się na bazie, myślałem, że pani z policji. - Ja?- zaśmiała się pod nosem. – Tak jeszcze mnie nikt nie obraził. Doszła do samochodu i w chwilę później niebieska landara z piskiem opon ruszyła z powrotem. Trzeba spojrzeć na taśmy. Jeśli to co mówiła Marta jest prawdą, to ktoś musiał zabrać ciało, nie mogło samo przenieść się do bagażnika nissana . Tym razem jednak adwokatka wpakowała się w gigantyczny korek i dopiero po dobrej godzinie zajechała na miejsce. Raptownie zahamowała pod bramą, co spowodowało gigantyczną chmurę pyłu, a zanim całkowicie opadł oczom przestraszonego dyspozytora ukazała się twarz starego Indianina prosto z książki Karola Maya. - Szukam Wiśniewskiego? - Tam! –jak automat wskazał ręką postać na placu. - Dzięki! Masz szluga? - Tu nie wolno palić! – wydukał. - W dupie z waszymi zakazami!- wyjęła z kieszeni pomiętą paczkę i wyciągnęła ostatniego papierosa. Osłaniając ogień przed wiatrem przypaliła. - Dobra, bierzemy Wiśniewskiego na widelec – mruknęła pod nosem i skierowała się żwawo w kierunku wskazanego mężczyzny. Obiekt jej zainteresowania nieduży korpulentny blondynek w wieku około czterdziestu lat rozmawiał z jakąś kobietą, chyba się kłócili. Dość energicznie gestykulowali rękoma, a wyraz ich twarzy wskazywał na duże wzburzenie. Kiedy podeszła przerwali dyskusje i z dużym zainteresowaniem przyglądali się nowo przybyłej. Ona nie czekała na ich reakcję tylko od razu przeszła do ataku. - No, co, Indianina nie widzieliście? – zaczęła na wejściu, czym wzbudziła wesołość. - Szukam pana Wiśniewskiego? - To ja . - Potrzebuję pomocy – starała się uśmiechać by wzbudzić sympatię, ale niezbyt to jej wychodziło. - Prowadzę dochodzenie w sprawie o morderstwo i potrzebuje przejrzeć nagrania z monitoringu. - Morderstwo? – wydusił zaskoczony. – Nic my tu nie wiemy o żadnym morderstwie. - Zgadza się, nie chodzi o morderstwo na bazie, ale na mieście . - To po co nagranie z bazy? - Morderca posłużył się jedną ze śmieciarek . Stała tu całą noc i to pod kamerą. – wyjaśniła spokojnym głosem. - Pani jest z policji? – wtrąciła kobieta. - No, nie –zawahała się. – Jestem z Prokuratury. - Musi mieć pani jakiś papier – Wiśniewskiemu niezbyt spodobała się Głowacka. - Mam – kiwnęła głową. – Chodźmy obejrzeć taśmy. - Zgoda, a my dokończymy później – zwrócił się do kobiety, z która prowadził wcześniej zażartą dyskusję. Energicznym krokiem skierował się do parterowego budynku na drugim końcu placu, a adwokat podążyła za nim. Weszli do metalowego obskurnego baraku, przeszli długim korytarzem i zatrzymali się przed ostatnimi drzwiami. Zazgrzytał klucz w zamku i znaleźli się w pomieszczeniu może pięć na pięć metrów zastawionym starym sprzętem komputerowym, i jakimiś innymi klamotami. Na samym końcu tuż pod oknem stał włączony komputer. Wiśniewski usiadł przed nim i uruchomił jakiś program. - Którego? – rzucił przez ramie. - Dwudziestego drugiego w nocy. Wpisał datę i nacisnął enter. Po krótkiej chwili na ekranie ukazała się dyżurka dyspozytora i stojąca tuz pod nią wielka śmieciarka. Cały samochód był w zasięgu kamery, Głowackiej mocniej zabiło serce. Obraz przewijał się szybkim tempie, przelatywały minuty i godziny na zegarze, ale nic się nie działo. Nagle…… coś przemknęło. - Stój! – krzyknęła. – Niech pan cofnie! Cofnął nagranie i puścił w normalnym tempie. Z ciemności wyłoniła się postać, podeszła z boku ciężarówki i zatrzymała się na tyle. Rozejrzała się wokoło, by nagle wspiąć się i zniknąć w środku zbiornika. Chwilę nic się nie działo, aż po jakiś pięciu minutach jakiś podłużny kształt wysunął się z wnętrza i upadł na plac. Tuz za nim wyskoczyła owa tajemnicza postać. Chwyciła pakunek i gnąc się pod jej ciężarem zniknęła w czeluściach nocy. - O mój Boże – wydusił Wiśniewski. – Co to było? - Trup! Niech pan zrobi jakieś zbliżenie tej postaci . Na tym nagraniu widać tylko sylwetkę. - Może być problem – westchnął. – Poszczypaliśmy się na dobre kamery, chodziło tylko by mieć podgląd, co się dzieje na podwórzu, ale spróbuje. - Będę wdzięczna! Starał się, skupił się nad programem i próbował powiększyć postać , ale nie za dużo zdziałał. - Niech pan to wydrukuje. - Już puściłem na drukarkę Po chwili z wydrukami pod pachą opuszczała barak. Na odchodnym kazała skopiować nagranie i schować do kasy pancernej, mogło się jeszcze przydać policji. Rozdział V- Jednak mówiła prawdę – szeptała sama do siebie zmierzając w kierunku samochodu. – Kto w takim razie chce ją wrobić i po co? Muszę iść do Stefano, on ma swoje kontakty. Było jednak za wcześnie skierowała więc swoje kroki do domu. Mieszkała na Różanej w starej kamienicy na trzecim piętrze. Mieszkanie sto metrów i tylko jedna osoba, a zresztą, kto by tu chciał z nią mieszkać? Kto by z nią wytrzymał? Samej jej dobrze, nikt nie robi bzdurnych porządków, nikt nie układa wszystkiego na swoim miejscu, tam gdzie coś położy tam leży to coś aż ona sama zdecyduje, co dalej. Kiedyś dawno temu znalazł się jeden odważny, kamikadze i wprowadził się do niej. Wszystko byłoby nawet nieźle, ale palant był pedantem. Tak, był cholernym pedantem. Wszystko musiało leżeć na swoim miejscu i mało tego, on wciąż porządkował jej rzeczy. Pół dnia traciła na poszukiwania, nic nie mogła znaleźć. Znosiła to cierpliwie dość długo, ale kiedy wywalił jej ulubione cygara do kibla to już nie zdzierżyła, chwyciła delikwenta za kołnierz, otworzyła drzwi i silnym kopniakiem zwaliła ze schodów. Tak zakończyło się jej wspólne mieszkanie z facetem. Może z kobietą byłoby lepiej, ale nie zdecydowała się na taką opcję. Jest z niej dziwaczka , a nie zbok. Zrobiła sobie mocną kawę , fest osłodziła i zaniosła do salonu. Ręką zmiotła wszystkie książki na podłogę robiąc trochę wolnego placu. Otworzyła okno i opróżniła popielniczkę nad głowami przechodniów. Z małej szafki pod oknem wyciągnęła podłużne pudełko z drzewa hebanowego, prezent od ojca za dyplom i wyjęła z niego cygaro, oczywiście kubańskie. Drogie te cholerstwa jak diabli, ale miała do nich słabość, ten aromat był zapachem jej marzeń, wszystko mogła rzucić tylko nie to. Położyła nogi na blacie ławy odgryzła końcówkę i zapaliła. Siedziała nieruchomo rozkoszując się zapachem królewskiego tytoniu. Nieruchomo to nie znaczy bezmyślnie, bowiem myśli przelatywały po jej głowie z szybkością błyskawic. Starała się wymyślić jakąś logiczną koncepcję by jakoś ukierunkować swoje dochodzenie. Do tej pory uzyskała jedynie potwierdzenie , że chociaż część zeznań Marty jest prawdziwa. Było to o tyle ważne, że teraz mogła domniemać, iż wszystkie zeznania są zgodne z rzeczywistością , a co za tym idzie należy szukać kogoś trzeciego, prawdziwego , a nie domniemanego mordercy. Morderca zabił męża podejrzanej, a zatem nie należało go łączyć z nim, a z Malicką. On chciał ją zniszczyć. Mogła też wchodzić w grę jakaś zemsta rodzinna… innej opcji raczej nie było. Niby takie proste , ale niezupełnie. Przecież to mógł być nawet zwykły świr któremu pokazała na skrzyżowaniu zwykłe fakiju. Z bardziej błahych powodów dochodziło do morderstw. Musiała nacisnąć na Martę, by jej powiedziała o wszystkich dziwnych zdarzeniach z jej życia, musi być coś, co spowodowało tę serię nieszczęść. Najpierw jednak spotka się ze Stefano. Przygasiła cygaro, owinęła się kocem i skuliła na kanapie. Obudziło ją energiczne pukanie do drzwi. Skoczyła na równe nogi , spojrzała na zegarek.. dochodziła szesnasta. - Co za czort? – pomyślała człapiąc do wejścia.. - Kto? – ryknęła. - To ja , Jarzębowski! – usłyszała z korytarza. – Otwórz, stoję tu już z piętnaście minut. - Dobra, dobra – przekręciła gałkę zamka i uchyliła drzwi. – Właź! - Co ty wyrabiasz? – wydarł się na nią – Nie możesz podszywać się pod prokuratora, to jest przestępstwo. - Oj, nie przesadzaj – westchnęła mijając go. Podeszła do ławy i z leżącej na niej paczki wyciągnęła papierosa. – Nikomu nie zaszkodziłam, a tak to od razu inaczej gadają, mają lepszą pamięć. - W prokuraturze wściekli się, chcą cię przyszpilić, przecież to nie pierwszy raz. Wiesz, że cię tam nie znoszą i mimo to masz ich w dupie.. - No i mam – zaśmiała się – Chcesz się czegoś napić? - Napić? – spojrzał na nią z niesmakiem. – Nie uważasz, że za wcześnie? - E, ty od razu masz na myśli coś mocnego, miałam na myśli kawę, czy herbatę? - Innym razem. Masz coś? - Jedynie potwierdzenie, ze ktoś wykradł zwłoki ze śmieciarki, ale to niedużo. - Szukaj dalej! – chwycił za klamkę i uchylił drzwi. – Jak będziesz potrzebować forsy, to dzwoń. Koszty nie grają roli, ona musi zostać oczyszczona z podejrzeń. - Będę się starać – patrzyła na niego uważnie starając się odgadnąć jego intencje, nigdy dotąd nie angażował się aż tak w żądną sprawę, dziwne. Szybko ogarnęła się, przeczesała ręką włosy , podmalowała usta i ruszyła na poszukiwanie swojego najlepszego kontaktu. Stefano z reguły przesiadywał w małej knajpce w śródmieściu. Nazywała się bodajże „Czarny Kot”, czy coś w tym rodzaju. Nieważne jak, wiedziała gdzie to jest i trafiła bez trudu. Dziś też tam był. Siedział w kącie przy oknie i sączył jakiegoś zielonego drinka . - Brr, co to za świństwo? – przywitała go tymi słowy. – Nigdy nie nauczysz się pić prawdziwych trunków, tylko te wynalazki jak żul spod Dworca Głównego? - O, moja ulubiona pani adwokat! – odsunął krzesełko obok siebie robiąc miejsce. - Dzięki – westchnęła i ciężko usiadła. Mierzyli się nawzajem uważnym spojrzeniem. Ten starszy filigranowy przygarbiony i łysy jak kolano mężczyzna był największą kopalnią wiedzy o wszystkim, co działo się w Poznaniu, to była chodząca encyklopedia. Żył z tego i to ponoć całkiem nieźle, no cóż informacje kosztują. Głowacka miała jednak specjalne fory, uratowała go kiedyś przed pierdlem i teraz ile razy coś chciała to zawsze miała to za darmo. - Mów! – zachęcał ją – Masz problem z tym morderstwem na Grunwaldzie i to duży problem. - Mam! – jęknęła – I to wielki. Babkę wmanewrowali w to i to tak sprytnie, że nie mam pomysłu jak ją wybronić. - Masz – wcisnął jej coś w rękę. – To ci poprawi humor. - Co to? – podniosła dłoń i rozchyliła. - Dzięki – posłała mu wdzięczne spojrzenie. W ręku trzymała paczkę kubańskich cygar. - Dostałem od kogoś za informację – zaśmiał się. – Nie palę i od razu pomyślałem o tobie. Wiedziałem, że kiedyś mnie odwiedzisz. - Jesteś kochany – szepnęła. - Szkoda, że moja żona tego nie mówiła –westchnął. – Uciekła łajza z tym Boguckim, wiesz tym od tych przekrętów z Mercedesami, ten którego broniłaś. - Z tym gnojkiem? - Tak, z tym gnojkiem , uwierzyłabyś? - Parszywy ten świat! – westchnęła. - Co chcesz wiedzieć?- podniósł szklankę i zrobił duży łyk jednocześnie bacznie ją obserwując. - Wszystko! Wszystko o prokuratorze Jarzębowskim, o tej kobiecie i co mówią w ogóle o tym ? - Dużo chcesz. - Wiem i koszty nie grają roli. - Nie żartuj, przecież wiesz, że od ciebie nie wezmę złotówki. – obruszył się. - Odnośnie Jarzębowskiego to wiem, że kiedyś nazywał się zupełnie inaczej i miał duże problemy z wymiarem sprawiedliwości. - Co? – wydusiła zaskoczona. - Tak, pomógł mu przypadek, czy ktoś. Różnie mówili. Nawet słyszałem, że wyciągnął go z dużych kłopotów fałszywy świadek. - Fałszywy świadek? – szepnęła. – Co to za sprawa? - Nie pamiętam już, to było dawno, ale na jutro wszystko ci przygotuję. Bądź tak jak dziś o tej samej porze. - To do jutra – wstała od stolika. – Jeszcze raz dzięki za cygara. Wyszła dosłownie półprzytomna z lokalu. To czego się dowiedziała rozwaliło wizerunek jednego z nielicznych przyjaciół. Czemu nic nie wiedziała, i czemu ukrył przed nią swoją przeszłość.? Jakie jeszcze tajemnice wiązały się z Jarzębowskim? Rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Nerwowo poszperała w torebce i wyciągnęła starą obdrapaną Nokię. - Halo! – ryknęła do słuchawki starając się przekrzyczeć uliczny harmider. - Cześć – usłyszała głos Jarzębowskiego – To ja Marek. Jak sprawa? Coś wiesz, czy jesteś w martwym punkcie? - Wiem i to dużo, ale o tobie – krzyknęła nie kryjąc wzburzenia. – Kim ty naprawdę jesteś? - Jak kim? Nie poznajesz? - Poznaję, ale jak naprawdę nazywa się człowiek, którego tyle lat uważałam za przyjaciela? – głos jej się łamał. - Jestem twoim przyjacielem – wydusił zaskoczony – Mogę ci to wszystko wytłumaczyć. To jednak nie ma nic wspólnego ze sprawą. - Nie wiem, ale to sprawdzę – odparła i ze złością rozłączyła połączenie. - Palant! – syknęła przez zęby, schowała aparat i skierowała się na pobliski parking. Dziś miała już wszystkiego dość, chciała napuścić wody do wanny i zanurzyć się po szyję, marzyła o tym. Wsiadła do Peugeota i z piskiem opon ruszyła z miejsca. Zręcznie omijała wlokące się auta i po niespełna piętnastu minutach zajechała pod swoją kamienicę. Wygramoliła się z samochodu i kiedy miała wejść do budynku usłyszała dziwny odgłos dochodzący z góry. Zerknęła w tym kierunku i z przerażeniem zobaczyła wypadającą szybę. Leciała wprost na nią. Sama nie wie jak, ale zrobiła unik … szkło przeleciało ocierając się o jej ramię i z hukiem rozbiło na trotuarze. Czuła , że ma mokro w majtkach, najzwyczajniej w świecie zsikała się ze strachu…pierwszy raz w życiu. Stała i patrzyła na przemian na rozbite szkło i na huśtająca się na wietrze pustą ramkę okienną. - Nic pani nie jest? – ktoś szarpał ją za ramię. - Nie! – burknęła półprzytomna i dopiero teraz zauważyła starszego mężczyznę tuż obok. Był wyraźnie przerażony i obserwował ją pełnym obaw wzrokiem. - Chyba nic – szepnęła i drugą ręką sprawdziła ramię, o które otarła się szyba. Ubranie było przecięte na długości może dwudziestu centymetrów, a na skórze widać było tylko delikatne obtarcie. - Nie, nic. Dziękuję panu, ale wszystko jest porządku. – wydusiła. - Stałem na przystanku i widziałem jak ktoś mocował się z tym oknem - tłumaczył mężczyzna. - Zachowywał się dziwnie. - To znaczy? - Stał w otwartym oknie i obserwował ulicę. Trwało to może pół godziny, ale kiedy pani zajechała pod dom zaczął coś manipulować przy szybie. Wyglądało to tak jakby on czekał na panią. - Na mnie? – dreszcz przeszedł jej przez plecy. – Myśli pan, że on spuścił tę szybę na mnie? - Tak to wyglądało – przytaknął. – Przeraziłem się. To wyglądało jak na kryminale…straszne. - Jak wyglądał ten mężczyzna?- była bardzo zdenerwowana. - No wie pani ja już nie mam takiego wzroku – zawahał się. – I dlatego mogę się mylić, ale wydawało mi się, że to jakiś Rumun. - Wyglądał jak Cygan? - O, o właśnie tak! – wykrzyknął - Tak to był Cygan! Wie pani, kto to? - Domyślam się – szepnęła. – Dziękuję za troskę i do widzenia. Ostrożnie i z lękiem weszła do klatki. Zamachowiec mógł się tam jeszcze czaić, chociaż było to mało prawdopodobne. Wyjęła z torebki pojemnik z gazem i krok po kroku, trwożnie rozglądając się wokoło, schodek po schodku wspinała się na trzecie piętro. Po drodze minęła otwarte okno pozbawione szyby. Zatrzymała się chwilę i przyjrzała ramce. Już na pierwszy rzut oka widać było, że ktoś przy niej manipulował. Teraz była pewna….ktoś chciał ją zabić i domyślała się kto, ale dlaczego? Dlaczego miała zginąć, przecież nie odkryła jeszcze nic, nie była na żadnym tropie, kręciła się w kółko , dreptała w tym samym miejscu. Dlaczego wieloletni przyjaciel podnosi na nią rękę? Kim naprawdę jest Jarzębowski? Dotarła do celu, otworzyła zamek i weszła do mieszkania. Z ulgą zatrzasnęła drzwi za sobą. Błyskawicznie zamknęła się na wszystko, co się da włącznie z łańcuchem. Chciała czuć się bezpiecznie, chociaż we własnym mieszkaniu. Oparła się plecami o futrynę i nasłuchiwała. Za drzwiami słychać było jakieś kroki. Zbliżyły się i nagle wszystko umilkło. Ktoś tam stał, stał i nasłuchiwał tak jak ona. Nagle z przerażeniem zobaczyła, ze klamka się rusza. Ktoś szarpnął nią. - Wiem, kim jesteś! – krzyknęła – Dlaczego chcesz mnie zabić? Przecież nic ci nie zawiniłam! Nikt nie odpowiedział. Cisza i tylko, lub aż cisza. Nagle usłyszała jak ktoś oddala się, jak zbiega po schodach. Szybko doskoczyła do okna, otworzyła je i wychyliła się. Niewysoki mężczyzna w szarym prochowcu wymknął się z budynku, a po chwili zniknął w przecznicy. Twarzy nie dojrzała, ale zwróciła uwagę na charakterystyczne gęste czarne włosy, była pewna …….to Jarzębowski. - Co robić? Przecież nie ma dowodów, policja ją wyśmieje. Nikt nie uwierzy, że prokurator dybie na jej życie. Jeśli jednak nic nie zrobi to w końcu ją dorwie. Podeszła do szafy w rogu pokoju, otworzyła ją i rozsunęła ubrania. W tylnej ściance ukazał się mały sejf. Wprowadziła kod i pociągnęła za uchwyt. Grube stalowe drzwiczki uchyliły się. Wsunęła w otwór rękę i po chwili trzymała w ręku rewolwer. Miała go od lat, kiedyś namówił ją do zakupu broni jeden z adwokatów. Uważał, że „papuga” musi mieć broń. Wszakże ma nieraz za klientów różnych dewiantów, a nigdy nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy. Trzeba chuchać na zimne. Kupiła, wrzuciła do sejfu i zapomniała o sprawie. Teraz trzymała to stalowe cacko w ręku i nie bardzo wiedziała jak to działa. - Zaraz, zaraz, gdzieś była instrukcja – burknęła pod nosem i sięgnęła do szuflady w szafce obok. Pogmerała trochę w papierach i wreszcie wyciągnęła pomiętą kartkę. Prosta instrukcja pokazywała jak odbezpieczyć broń i jak naładować. Na drugiej kartce była instrukcja czyszczenia, ale to już ja nie obchodziło. Kilka razy odbezpieczyła i zabezpieczyła rewolwer i trzymając go w dłoni ruszyła do łazienki. Postanowiła bez niego nie ruszać się nawet na krok, nie da się zabić.Za bardzo kocha życie, by taki łobuz miał jej je odebrać. Załatwi go! Zatkała wannę i odkręciła kurki. Resztę dnia spędziła obserwując wejście i nerwowo paląc papierosy. Wieczorem włożyła rewolwer pod poduszkę, ale i tak nie zasnęła. Całą noc czuwała, nie potrafiła nawet przymknąć oczu. Co chwila wydawało jej się, że ktoś dobiera się do drzwi. Ranek zaczął się od telefonu. Akurat, kiedy na chwilę przysnęła dzwonek postawił ja na nogi. Na wyświetlaczu ukazał się numer Jarzębowskiego. Dreszcz przeszedł przez jej ciało. Chwilę się wahała, ale ciekawość zwyciężyła. - Słucham? – szepnęła lękliwie do słuchawki. - Cześć! – usłyszała. – No i? - Co no i? - No i jak sprawa? Masz coś? Nie złość się na mnie, ja wszystko ci wyjaśnię. Naprawdę to nie ma związku ze sprawą. - A to, że chciałeś mnie wczoraj zabić to ma związek? – krzyknęła. - Co? Co ty pleciesz? Ja miałbym ciebie zabić? Czyś ty zgłupiała? – usłyszała zdziwienie w tonie rozmówcy.- Zaraz przyjadę do ciebie, musimy pogadać! - Nie! Nawet się nie waż! Nie wpuszczę cię. Pamiętaj, że mam rewolwer i strzelę. Będę się bronić! - Co się z tobą dzieje? – wyraźnie był zaniepokojony. – Co się wydarzyło? - Nie pamiętasz jak wczoraj zrzuciłeś na mnie szybę? – wyszeptała, a emocje ściskały ją w gardle. - Jaką szybę? Co ty bredzisz? - Tak, nie wykręcisz się.. jest świadek, który cię widział. - Jaki świadek? – zaśmiał się. – Kiedy to było? - Nie wiesz? Około szesnastej trzydzieści. - O szesnastej trzydzieści moja droga to ja byłem w hotelu „Poznań” na obiedzie ze znajomymi. Nawet znasz jednego z nich. Nazywa się Nowakowski i jest właścicielem salonu Hondy, To ten, którego bodajże rok temu wybroniłaś. Zadzwoń do niego i sprawdź, a kiedy już to uczynisz to oddzwoń. – rozłączył połączenie. - Cholera, jaki jest do niego numer? – mruczała sama do siebie i nerwowo przeglądała notes z adresami. -Jest! – palec zatrzymał się na jakimś numerze. Nerwowo wykręciła. - Halo! – usłyszała w słuchawce. - Witam, tu Głowacka, chyba pan pamięta? - Jak mógłbym zapomnieć o mojej wybawczyni?- zaśmiał się ktoś rubasznie po drugiej stronie. - Mam do pana prośbę. Był pan wczoraj na obiedzie w hotelu „Poznań”? - Tak. - Czy był z panem Jarzębowski? - Marek? Oczywiście i jeszcze kilka osób. A o co chodzi, jeśli można wiedzieć? - Widz polega na tym, że w tym samym czasie widziano Jarzębowskiego na drugim końcu miasta. - A o której? - O szesnastej trzydzieści! - Nie, to niemożliwe! – odparł- Mogę zaręczyć własną głową i wszyscy tam obecni, że Marek o tej godzinie był razem z nami na obiedzie. Nie wychodził nawet do łazienki, siedział cały czas murem. Musiano widzieć kogoś bardzo podobnego. - Kogoś podobnego? – powtórzyła bezmyślnie. - Jest pan pewny, że nie wychodził? - Jestem i mogę zakląć się na zdrowie własnych dzieci. - Dziękuję, bardzo mi pan pomógł! - Nie ma sprawy!. Wyłączyła telefon i już chciała zadzwonić do Jarzębowskiego, ale powstrzymała się. Najpierw zdobędzie materiały o nim i zobaczy, co on jej powie. Łatwo stracić zaufanie, ale bardzo trudno jest je odzyskać. Musi być pewna, tu w końcu chodzi o jej życie. Została wplątana w jakąś rozgrywkę i nie ma zielonego pojęcia, co to za gra. Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz. - O nie, musisz poczekać, jeszcze nie pora – uśmiechnęła się pod nosem. Odzyskała trochę wigoru. Zaczęła powoli wierzyć, ze jednak Marek nie okazał się wiarołomnym przyjacielem, że to był ktoś inny. Łatwiej stawić czoła nieznanemu mordercy niż byłemu przyjacielowi. Zamknięta w mieszkaniu z rewolwerem u boku przesiedziała do szesnastej. Tuż po wymknęła się z domu i pojechała do Czarnego Kota. Już w drzwiach zobaczyła machającego do niej Stefano. - Chodź! – krzyknął wołając ją . Przecisnęła się między stolikami i usiedli przy oknie. Był jakoś odświętnie ubrany, wyglądał bardzo uroczyście. - Święto jakieś? – spytała. - Owszem! Stara do mnie wraca. Właśnie jestem umówiony z nią na randkę. Zrozumiała swój błąd. – oświadczył podekscytowany. Oczy mu błyszczały, był szczęśliwy. - To świetna wiadomość! Cieszę się.! - Mam tu coś dla ciebie! – sięgnął ręką pod stół, a po chwili podał jej dużą szarą kopertę. - To są materiały o Jarzębowskim. – szepnął i rozglądając się wokoło dodał – Mówią, że te morderstwa mają związek z tą kobietą i z nim.- wskazał palcem na kopertę. - Ale jaki? - Tego nie wiem –wzruszył ramionami. - Musisz szukać powiązań między nimi. Mam jeszcze jedno. - No, mów! – nachyliła się w jego kierunku. - Podobno Jarz…. – zaczął. Nagle coś potwornie gruchnęło i olbrzymia szyba wystawowa, przy której siedzieli wypadła z futryny i roztrzaskała się z łoskotem na podłodze tuz przy stoliku. - O Boże ! - krzyknęła Głowacka patrząc z przerażeniem na rozbite kawałki szkła. – Co to było? Zerknęła na swojego rozmówcę i zdrętwiała. Stefano siedział dziwnie przekrzywiony i patrzył na nią szklanym wzrokiem. Nie musiała sprawdzać mu tętna wiedziała dobrze, że nie żyje, a wielka czerwona plama krwi na klatce piersiowej tylko ją w tym utwierdziła. Kopertę dyskretnie wsunęła do torebki i klnąc pod nosem przeniosła się do innego stolika by czekać na karetkę i policję. Rozdział VICi z kryminalnej nie spieszyli się, dojechali na miejsce po jakiś dwudziestu minutach. Następne dwadzieścia minut czekali na prokuratora. Spisywanie zeznań zajęło jeszcze godzinę i dopiero około osiemnastej trzydzieści adwokatka opuściła lokal i z duszą na ramieniu ruszyła do domu. Było ciemno, a morderca mógł czaić się wszędzie. Ostrożnie weszła na klatkę, zapaliła światło, rewolwer z torebki przełożyła do kieszeni w płaszczu i kurczowo ścisnęła drewnianą rękojeść. Czuła się odrobinę bezpieczniej. Wolno, krok po kroku wchodziła na górę, ale było pusto. - Uff! – Szepnęła stojąc pod drzwiami i mocując się z zamkiem. - Co jest do cholery? – klęła pod nosem. Zamek wyraźnie zakleszczył się. - Może pomóc? – usłyszała za plecami. Odskoczyła jak oparzona i skierowała wyszarpniętą z kieszeni broń w kierunku Jarzębowskiego, bowiem to on stał tuż za nią. - Uspokój się! – krzyknął cofając się w panice i wyciągając ręce przed siebie. – Uspokój się, to ja Marek!. - Odejdź, bo ci łeb odstrzelę! – krzyknęła mierząc w niego. – Czego chcesz? - Uspokój się! – szeptał. – Przecież to nie ja, jesteśmy przyjaciółmi od tylu lat. - Tak? Przyjaciel nie oszukuje, a ty okłamałeś mnie. Nie przyznałeś, że coś cię łączy z tą kobietą. - Z nią nic mnie nie łączy! - Kłamiesz! - Nie, coś mnie łączyło z jej ojcem. Dawno temu bardzo mi pomógł, powiem więcej, uratował mi życie. - Dobra! – opuściła rewolwer. – Zaraz wszystko opowiesz, teraz pomóż otworzyć. - Przecież już proponowałem – zaśmiał się i ostro natarł na drzwi. Po chwili zamek puścił i znaleźli się w środku mieszkania. Weszli do salonu. Jarzębowski usiadł na kanapie i przypatrywał się Aldonie. Ta nie patrząc na niego i nie pytając się sięgnęła po dwa kieliszki i butelkę koniaku. Postawiła je na ławie i nalała do pełna. Następnie swój podniosła i za jednym haustem opróżniła. - Czemu nie pijesz? – spojrzała na niego zdziwiona i dosłownie zapadła się w fotelu naprzeciw. - Twoje zdrowie! – wypił może jedną trzecią i odstawił. - Teraz siedź cicho i czekaj. – wyszeptała przez zaciśnięte zęby i sięgnęła do torebki. Wyciągnęła szarą kopertę i otworzyła. W środku było kilka gęsto zapisanych kartek i parę wycinków prasowych. Wysypała to wszystko na ławę obserwując kątem oka minę przyjaciela. On jednak nawet nie drgnął. Rzucił tylko okiem i widać było, że zna te materiały. - Co my tu mamy? – zaśmiała się i zaczęła przeglądać artykuły, następnie pozostałe kartki. Jarzębowski siedział w milczeniu i jedyna rzeczą, jaką zrobił było dolanie sobie trunku do kieliszka. Pił i obserwował ją. Ona zaś im więcej przeczytała tym bardziej rzedła jej mina. - Cholera! – szeptała sama do siebie. – Kurczę blade, czemu ja tego nie wiedziałam? - Bo ci nie powiedziałem – wtrącił. - Nie musiałeś – wydusiła. – Jest mi głupio, przepraszam. - Może powinienem .? - Nie! – pokręciła głową. – Ty dużo już przeszedłeś i rozumiem, że chciałeś o tym wszystkim zapomnieć. Nalała sobie następny kieliszek i jak automat natychmiast opróżniła. - Myślisz, że mi się to udało? – spojrzał na nią z uwagą. – Myślisz, że można zapomnieć o tak strasznych rzeczach? Byłem tam i widziałem ich we krwi, jeszcze ciepłych. Później nastąpił obłęd. Oskarżono mnie, o mało nie siedziałbym do dnia dzisiejszego, o ile by mnie nie powiesili. Marty ojciec mnie uratował i teraz ja jestem mu winien rewanż. - Powiedz mi – spojrzała na niego z uwagą – To jest ważne, ale musisz mi odpowiedzieć na to pytanie. - Pytaj? - Czy ten świadek był podstawiony? – dosłownie przeszywała go wzrokiem. - Podobno tak – uśmiechnął się - Obcy człowiek, prokurator podstawił lewego świadka by mi ratować skórę. Powiedz, czy to nie szlachetne? - Nie! – krzyknęła raptownie wstając. Podeszła do barku i wyciągnęła cygara. - Zapalisz? - Przecież wiesz, że nie palę – skrzywił się. - Wiem i cieszę się, bo to wspaniałe cygara. – zaśmiała się, wyciągnęła jedno ordynarnie odgryzła końcówkę i przypaliła. - To nie było szlachetne! – kontynuowała. – Nie wierz w to, że jeden z najgorszych prokuratorów nagle okazał takie gołębie serce. - Przecież był kiedyś chłopakiem mojej mamy. - E, to nie argument! – pokręciła głową. – Wiele o nim słyszałam, mówiono, że własną matkę by skazał gdyby cos przewiniła. On musiał mieć inny powód. - Nie wierzę! – szepnął. – To co mówisz kupy się nie trzyma. - Trzyma, trzyma – puszczała kółeczka z dymu w zamyśleniu. - Musimy pogrzebać w tamtej sprawie. – oświadczyła po chwili. – Coś ta „stara papuga” ukryła. - Poczekaj – przerwał jej – On tuz przed śmiercią wyznał mi, że znał mordercę. - Znał mordercę? – Aldonę zatkało z wrażenia. – Czyli jest dowód, że coś ukrywał. - Teraz po latach marne szanse na rozwiązanie tej zagadki. – machnął ręką. – Sam nie wiem, czy bym chciał. - Musisz! Mój informator zanim go zamordowali wyznał mi, że te morderstwa mają związek z twoją przeszłością. - Informator? Jaki informator został zabity? – był wyraźnie poruszony. - Stefano! - Stefano nie żyje? - Znałeś go? - Przecież jestem prokuratorem – obruszył się. – Takie postacie to każdy z naszej branży zna. Co mu się stało? - Nafaszerowano go ołowiem jak kaczkę nadzieniem, może przed dwoma godzinami, właśnie te materiały są od niego – wskazała rozsypane papiery. – Zginął na moich oczach. - Skoro zginął, to musiał cos wiedzieć. - Nie zdążył mi powiedzieć. Ktoś sprzątnął go. - Co teraz? –nalał sobie następny kieliszek. Sączył powoli, ale cały czas. - Ja poszperam w starych aktach – zdecydowała Aldona. – Tobie będzie niezręcznie. Może coś znajdę, coś, czego będziemy mogli się uczepić. Ty mógłbyś wykorzystać swoje dojścia do szpicli, może oni będą wiedzieć, dlaczego zginął Stefano? Przecież on miał te informacje od kogoś. Zatem jest ktoś, kto wie coś bardzo cennego, coś, czego boi się zabójca. - Dobrze, poniucham tu i tam. Może na coś natrafię. Nie rozumiem, o co tu chodzi? Przecież od całej sprawy minęło tyle lat. Czemu morderca nie zaatakował wcześniej? Co mu w tym przeszkodziło? Przecież, jeśli to jakaś zemsta na ojcu Marty to powinien na nim się zemścić, a nie na jego córce. No, mam racje? – spojrzał na Aldonę. - Masz! – skinęła głową i wypuściła kłęby aromatycznego dymu. – Ale może morderca nie miał możliwości? - Nie miał możliwości? Ciekawe? - Tak! – przygasiła cygaro – Może siedział w więzieniu, może w psychiatryku? Musimy sprawdzić kto ostatnio wyszedł ? Kto z oskarżanych przez Bucianowskiego bandytów odgrażał się najbardziej? Wszystko musimy sprawdzić! -, Ale ponoć to ma związek ze mną? - Skoro stary znał mordercę twoich rodziców to przypuszczam, że mu nie popuścił. Może wsadził go za coś innego, za coś, co mu udowodnił. Nie wierzę, że chodził sobie wolno. To mi do niego nie pasuje! - Wiesz co, skoro jesteś adwokatem Marty to przyciśnij ją. Może coś kiedyś usłyszała od ojca, ale nie zwróciła na to uwagi. Coś, co było niby bez znaczenia, ale teraz w tej sytuacji może być kluczowe dla całej sprawy. - Masz rację – sięgnęła po butelkę – Nalać ci? - Nie, nie, to byłoby za dużo. – zaprotestował. – Muszę się kontrolować, bo cała ta sprawa wpędzi mnie w alkoholizm. - Nie przesadzaj! – zaśmiała się. – Wyjaśnimy wszystko i wrócisz do spokojnego życia. - Oby! – wstał ciężko z kanapy. – Obyś miała rację. Nie chcę by ktoś więcej zginął, a tym bardziej ty! - O, miło mi! – posłała mu wdzięczny uśmiech – Dam sobie radę, jak widziałeś mam gnata. - Tak, tak – pokiwał głową. – Kiedy do mnie mierzyłaś był zabezpieczony. Zanim byś strzeliła już byś nie żyła. - O cholera! Faktycznie zapomniałam o tym. - Obyś nie zapomniała, kiedy będziesz mierzyć do prawdziwego wroga – rzucił przez ramię, doszedł do drzwi i odblokował zamki. - Zamknij się dobrze! – powiedział w progu i po chwili zniknął na schodach. - Dobra, dobra! – doczłapała się do wejścia i zaryglowała dostęp do mieszkania na wszystkie sposobności. Mało tego…. pod drzwi podsunęła ciężką dębową ławę. - Idę spać – jęknęła – a z tym alkoholem to chyba musimy obydwoje uważać. Rozdział VIINastępnego dnia skoro świt Jarzębowski zerwał się z łóżka, zjadł śniadanie, a następnie wybiegł z domu. Postanowił wybrać się do Swarzędza by odwiedzić wdowę po Bucianowskim. Jak tylko zmarł jej mąż wyprowadziła się z Poznania i wróciła na rodzinne śmieci. Zawsze czuła się tu źle, przytłaczała ją wielkość miasta. Godzinę zajęła mu podróż i około dziesiątej dotarł do celu. Matka Marty mieszkała w małym domku na peryferiach. Był tu już kiedyś i teraz trafił bez zbytnich problemów. Wjechał w małą willową uliczkę i zatrzymał się pod piątym domkiem po lewej stronie. Spojrzał na numer. Tak to tu, na domu widział dużą cyfrę dziewięć. Wysiadł z samochodu i podszedł do furtki. Domek był przecudny. Zielony dach, stylowe drewniane okna ze szprosami i dwa okrągłe filary po obu stronach wejścia upodabniały go do starych szlacheckich dworów. Z tyłu ogrodu wyskoczył duży szary kudłaty pies i zaczął obszczekiwać Marka. - Cicho piesku – zwrócił się do zwierzaka, ale zadziałało to na odwrót, bo zwierzę zaczęło ostro napierać na furtkę. Nie zdążył odnaleźć dzwonka jak otworzyły się drzwi i ukazała się mała drobna przygarbiona kobieta. - Cicho Borys! – krzyknęła do psa i ten natychmiast ucichł. - Posłuszne bydlę! – burknął sam do siebie Jarzębowski. - O co chodzi? – krzyknęła właścicielka domu mierząc go ciekawym spojrzeniem. - Dzień dobry – starał się uśmiechać życzliwie – Nie poznaje mnie pani, jestem aplikantem pani męża. - Zaraz, zaraz !-podeszła do furtki nie spuszczając z niego wzroku. - Faktycznie! – wyraźnie ucieszyła się jego widokiem. – Jasne, to przecież pan Marek. Proszę do domu, ale niespodzianka.- otworzyła furtkę, przytrzymała psa i wskazała ręką otwarte drzwi. Wszedł do środka. Domek był bardzo przytulny. Wszystko wykończone drewnem, ciężkie dębowe stropy, wspaniała podłoga i kręte ażurowe schody sprawiały wrażenie wnętrza góralskiego domu, a nie willi położonej w centrum kraju. Gospodyni poprowadziła go do salonu i usadowiła na czarnej skórzanej kanapie tuż przy kamiennym kominku. - Tu ciągle przesiaduję. Rozpalam sobie i mam cieplutko. – wyjaśniała. – Wie pan stary człowiek potrzebuje wyższej temperatury niż młody. Czego się pan napije? - Kawę, jeśli można! - Pewnie, że można- zaśmiała się. – Mam kawę dla Marty, ona ją uwielbia. Niestety teraz nie przyjeżdża. – głos jej zadrżał. - Wiem, dlatego tu jestem! - Coś wiadomo? – wbiła w niego wzrok, wzrok pełen nadziei. - Nie! – pokręcił głową. – Ale ja zrobię wszystko by ją wyciągnąć. Obiecuję to pani! - Wiem, wiem. Mąż zawsze powtarzał, że jest pan bardzo przyzwoitym człowiekiem. Sam pan swoje przeżył i wie dobrze jak to jest być oskarżonym o coś, czego się nie popełniło. - O tak! – przytaknął – ja tego nigdy nie zapomnę, to był dla mnie horror. - Czy tylko po to pan do mnie przyjechał? – spytała stawiając filiżanki na ławie. - Nie! Przyjechałem po informacje, potrzebuje dużo informacji by pomóc pani córce. - Proszę pytać – usiadła na fotelu wpatrując się przenikliwie w swojego gościa. – Musi ją pan uratować, błagam! - Wiem i dlatego szukam zabójcy! - Co chce pan wiedzieć? - Chcę wiedzieć, dlaczego pani mąż zdecydował się na podstawienie lewego świadka by ratować mi skórę? To było nie w jego stylu. - Tak, to było nie w jego stylu – skinęła głową. – Wiele razy zadawałam sobie to pytanie i nie znam odpowiedzi. - Wie pani, że mąż znał prawdziwego zabójcę moich rodziców? – wbił w nią wzrok. - Niemożliwe! – wstała wzburzona – Pan kłamie! - Nie, wyznał mi to umierając. Niestety tylko to powiedział. - Czemu rusza pan to teraz po tylu latach? Czemu nie zajmie się pan uwolnieniem mojej córki? - Właśnie tym się zajmuję. Te dwie sprawy są powiązane i przypuszczalnie ten, kto zabił moich rodziców dokonał teraz tych okrutnych mordów. - Teraz? Po tylu latach? – wydusiła zdziwiona. – Przecież ja sama już zapomniałam o tym wszystkim. - Pani może tak, ale ja i morderca nie. - Naprawdę nie wiem. Mąż miał swoje tajemnice, nie mówił mi o wszystkim. - Wie pani, że moja matka była kiedyś jego dziewczyną? - Tak, wiem, ale to było długo przed naszym ślubem – odparła. – Mój mąż był atrakcyjnym mężczyzną i kochało się w nim wiele kobiet. - Czy pani mąż mógł się widywać z moja matką nawet później? - Co pan insynuuje? – krzyknęła wzburzona. - Przepraszam, nie chciałem pani urazić – starał się uspokoić atmosferę. – Moim naczelnym zadaniem jest uwolnić Martę i stąd moje pytania. - Tak, tak – zreflektowała się – Ma pan rację, przepraszam. Proszę kontynuować. - Czy moja matka spotykała się z ani mężem po państwa ślubie? Cisza zaległa w salonie. Kobieta wyraźnie walczyła z samym sobą. - Tak! – wydusiła po chwili. – Co najmniej kilka razy. - Czy to był romans? - Nie, tego jestem pewna. Mieli jakieś wspólne sprawy, nie wiem, co to było i kiedy spytałam męża o to, to dosłownie dostał ataku szału. On, człowiek wyjątkowo spokojny dostał białej gorączki. Więcej nie pytałam. Bałam się. - Chce pan jeszcze kawy? - Nie dziękuję. Nie wierzę, że jednak nie próbowała pani dojść prawdy. - Tak, starałem się to wyjaśnić i nawet kiedyś spotkałam się z pana matką. Bardzo zdenerwowała się moimi pytaniami. Dała mi słowo, że to nie jest nic z gatunku, o jakim myślę, ale dla mojego bezpieczeństwa nie może mi wyjawić wszystkiego. - Dla bezpieczeństwa? – patrzył na nią coraz bardziej zaskoczony tymi informacjami. - Tak! – skinęła głową. – Tak mi powiedziała. - Nie rozumiem? - Ja tez nie rozumiałam, ale po pewnym czasie znalazłam wytłumaczenie. - Tak? - Mogła być jego informatorem, prokuratorzy mają swoje wtyczki. - Ale moja matka nigdzie nie pracowała? – zaśmiał się. – Chyba mogła jedynie informować o menu na obiad. - Jak nie pracowała? – teraz ona była zaskoczona. – Przecież mąż mi mówił, że pracowała w Urzędzie Miasta. - Moja matka nigdy nie pracowała w Urzędzie Miasta. - Boże, to ja już nic nie wiem – kobieta ukryła twarz w rękach i zaczęła szlochać. – Musi mi pan pomóc, musi pan uwolnić Martę, tylko ją mam i nikogo poza tym. Błagam! - Obiecuję – szepnął. – Nie zostawię jej na pastwie prokuratorów, ale musi mi pani pomóc. Muszę wiedzieć wszystko. - Przecież mówię – krzyknęła.- Nic nie ukrywam, niech pan pyta! - Czy mąż mówił o jakiś kryminalistach, którzy mu grozili? - Nie! - Może bał się kogoś? - Mój mąż? – zaśmiała się przez łzy. – Nigdy! - Może zostawił jakieś dokumenty? Może zachowały się jakieś notatki? - Nie, ale zaraz. – nagle coś jej zaświtało. – Coś sobie przypominam. Kilka lat temu jakaś kobieta przyniosła teczkę. Powiedziała, że mąż dawno temu zostawił to u niej i teraz robiąc porządki wpadło jej to w ręce. Odniosła, a ja bezmyślnie rzuciłam ją w kąt. Później zapomniałam o niej zupełnie. Myślę jednak, że to fałszywy trop, to chyba były jakieś akta, nie pamiętam dokładnie. - Ma pani to jeszcze? - Powinnam mieć – wstała z fotela i ruszyła żwawo do pokoju obok. Przez chwilę dochodziły stamtąd odgłosy przerzucania papierów i w pewnym momencie stanęła w progu z szarą mocno przybrudzoną teczką. - Mam! Leżała prawie na samym wierzchu, ale to pokój Marty i rzadko tu zaglądam. - Proszę! – podała ją Markowi. Owszem cały wierzch był zapisany symbolami jakiś spraw, ale w środku znajdowały się jakieś papiery, dokumenty urzędowe. Już na pierwszy rzut oka nie były to akta sprawy. - Ciekawe! – szeptał sam do siebie przeglądając skoroszyt. – Mogę to zabrać? - No nie wiem – zawahała się. – Może zrobi pan kopie? -Mam aparat fotograficzny – nagle mu zaświtało. – Zrobię zdjęcia dokumentów. - Świetnie – wyraźnie ucieszyła się, że nie musi podejmować decyzji. – Proszę tak zrobić. Może z piętnaście minut zajęło Jarzębowskiemu utrwalenie dokumentów w pamięci aparatu. Posiedział jeszcze chwilę, dopił kawę i ruszył w drogę powrotną. Już w trasie zadzwonił do Aldony. - Cześć miałaś rację, jest jakaś tajemnica – krzyknął do słuchawki. - Jaka tajemnica? Gdzie jesteś? - Byłem u matki Marty, był jakiś układ między jej mężem, a moją matką. Nie wiem jeszcze, o co chodziło, ale Bucianowska posiada teczkę z bardzo interesującymi dokumentami. - Masz ją? - Nie, nie chciała jej oddać, ale to mogą być przełomowe informacje dla naszego dochodzenia.. - Ja też coś mam., ale o tym porozmawiamy u mnie. - Dobrze, ale nie częstuj mnie więcej koniakiem. - Zgoda! Usłyszał rubaszny śmiech Głowackiej. Rozdział VIIIW tym czasie, kiedy Jarzębowski przebywał w Swarzędzu adwokatka udała się do aresztu. Magda wyglądała kiepsko. Ciężko znosiła utratę wolności. Jednego dnia zawalił się jej świat i to dosłownie. Straciła męża i teraz w perspektywie miała długoletni pobyt w więzieniu. Owszem była szansa na uwolnienie, ale przy takiej ilości dowodów wydawała się ona bardzo nikła. Usiadły przy stoliku naprzeciwko siebie. - Proszę nie tracić nadziei – Aldona próbowała ją pocieszyć. – Wiem, że jest pani niewinna, a to proszę mi wierzyć dużo. Kiedy adwokat wierzy w niewinność swojego klienta, to wtedy walczy ze zdwojoną energią. Ja jestem o tym przekonana. - To dziwne, ostatnio starała się pani namówić mnie do przyznania się. – Marta zaśmiała się ironicznie. - Owszem, ale od ostatniego razu dużo się zmieniło. – tamta odparła zmieszana. Teraz wstydziła się za tamte słowa. - Co się zmieniło? – Malicka wbiła w nią wzrok. – No, co się zmieniło? - Jest następny trup i prócz tego chciano mnie zabić. - O kurczę! – aresztantka syknęła przez zęby. – Może mnie wypuszczą. - Jeśli znajdziemy powiązanie tych spraw, to wtedy nie ukrywam pani akcje bardzo wzrosną, ale do wypuszczenia droga daleka…… niestety. - Ja tu zwariuję! – krzyknęła Marta a wielkie łzy zaczęły spływać jej po policzkach. – Nie dam rady. Ja duszę się w niewoli. - Wiem, wiem. – Aldona patrzyła na kobietę ze współczuciem. – Pani znajomy bardzo się zaangażował w sprawę i właściwie we dwoje stajemy na głowie by pomóc. - Hubert? Wiem, że on zrobi wszystko. - Hubert? A tak zapomniałam – adwokatka uśmiechnęła się pod nosem. - I jego podejrzewałam. - Jego? – Malicka pierwszy raz od zatrzymania wybuchła śmiechem. – To jest śmieszne! - Czemu to takie śmieszne? Czemu Jarzębowski jest taki święty? - Nie jest święty, ale to jest ostatnia osoba, która mogłaby zrobić krzywdę komuś z mojej rodziny. - Wiem, wiem wszystko o tej pomocy pani ojca. - No właśnie! - Może jednak zmieńmy temat – Głowacką drażniła ta jej ślepa wiara, gdyż jako adwokat dawno przestała ufać ludziom. - Czy nie kojarzy pani by ktoś za wami jeździł, czy też chodził? - Czy ktoś nas śledził? - No właśnie. - Nie! Wprawdzie nie sprawdzałam tego, ale nic podejrzanego nie zauważyłam. Nikt obcy nie kręcił się po terenie, nie było głuchych telefonów nie było wizyt nowych gaziarzy, czy też inspekcji z zakładu energetycznego. Jestem córką prokuratora i już od dziecka byłam nauczona podejrzliwości wobec obcych. - Rozumiem. Ale może zdarzyło się coś nietypowego? Może ktoś bardziej przyciągnął wzrok na przykład wpatrując się w panią? - Nie, zresztą nieraz przyglądali mi się mężczyźni, ale….. – zawahała się. - Co ale? - Może to głupie, ale jak zobaczyłam Huberta po tylu latach to wydał mi się dziwnie znajomy. Tak jakbym go gdzieś niedawno spotkała, ale nie pamiętam gdzie. - Spotkała pani twarzą w twarz, czy tylko widziała z tyłu? - A jaka to różnica? - Duża, bo człowiek łudząco do niego podobny z postury dokonał zamachu na mnie. Byłam pewna, że to Jarzębowski, ale jak się później okazało w tym czasie znajdował się na drugim końcu miasta. Jest ktoś bardzo do niego podobny i byłam ciekawa, czy i z twarzy. - Nie, nie wiem – Marta nie była zdecydowana. – Naprawdę nie mogę pomóc. - Rozumiem, ale proszę się skupić, to jest bardzo ważne. Grasuje morderca i jeśli będziemy wiedzieć jak wygląda łatwiej go odszukamy. - Dobrze, mam dużo czasu…. będę się starać. - To do zobaczenia. – adwokatka uścisnęła Malicką i opuściła pomieszczenie. Kiedy wyszła z aresztu swoje kroki skierowała do prokuratury. Przed nią bardzo ambitne zadanie….przekopać stare akta. Może coś przeoczono. Około dwudziestej skończyła pobieżne przeglądanie dokumentów. Już na pierwszy rzut oka widać było, że cała sprawa śmierdziała na odległość. Co ciekawe według niej Bucianowski starał się zagmatwać śledztwo. Stary prokurator wyraźnie utrudniał wykrycie mordercy ale i wyrwał z pierdla głównego podejrzanego. O co tu chodziło? Szła zamyślona w kierunku samochodu, kiedy nagle zadzwonił telefon. - Słucham! – ryknęła do słuchawki starając się przekrzyczeć uliczny harmider. - Katastrofa! - Kto mówi? - Marek, nie poznajesz? - Poznaję, ale jaka katastrofa? - Morderca ponownie zabił. - Boże, kogo tym razem? Zatrzymała się w miejscu. - Zabił Bucianowską! Podobno paskudnie się pastwił nad ofiarą. To musi być niezły czubek. - Ale czemu ją? - Zginęła teczka, którą dziś znalazła. Morderca przyszedł po nią. Ona musi być kluczem do rozwiązania całej sprawy. - Poczekaj, poczekaj. Skąd on wiedział o teczce? Komu powiedziałeś o znalezisku? - Nikomu, słowo! - Zaraz, zaraz, skoro nikomu nie powiedziałeś, to są dwie możliwości. - Tak, wiem…..jedna, że w domu wdowy był podsłuch, a druga, że w moim telefonie. - Są jeszcze dwie. – szepnęła. - Tak? - Że podsłuch jest w moim telefonie lub w twoim samochodzie. - Cholera! – usłyszała przerażony głos po drugiej stronie. – Zasuwam na komendę to mi chłopaki sprawdzą sprzęt. - Jedź i daj znać, jeśli coś znajdą. – rozłączyła połączenie i szybkim krokiem doszła do samochodu. Nerwowo rozejrzała się wokoło, dyskretnie wyjęła rewolwer z torebki i położyła na siedzeniu obok przykrywając go pusta reklamówką. Wyraźnie poczuła się lepiej. Z kieszeni wyciągnęła pomiętą paczkę Marlboro. Uff… był jeszcze jeden papieros. Przypaliła i z rozkoszą wciągnęła zabójczy dym w płuca. - Cholera miałam to rzucić, ale właściwie czy warto skoro mogę lada dzień zginąć od kuli, a nie od raka? Uruchomiła silnik. Wolno wyjechała na ulicę i obserwując jadące za nią samochody skierowała się do domu. Podjechała na osiedlowy parking zaparkowała na swoim miejscu i nerwowo rozglądając się wokoło podeszła do kamienicy. W kieszeni kurczowo trzymała tym razem odbezpieczoną broń. Klatka była ciemna i nie zachęcała do wejścia. Jak zwykle jakaś łajza ukradła żarówkę. Wyjęła z torebki latarkę i oświetlając wszystko dokoła ostrożnie pięła się po schodach na swoje piętro. Kiedy mijała drugie ktoś raptownie otworzył drzwi tuz za plecami. Dreszcz przerażenia przeszedł jej przez plecy, błyskawicznie odwróciła się, wyszarpnęła rewolwer i wycelowała w jakąś postać. Uff…zorientowała się, że to sąsiad. Opuściła broń. Mężczyzna stał jak słup soli z przerażeniem w oczach. No cóż nie często wychodząc z domu napotyka się na uzbrojoną kobietę. - Przepraszam! – wydusiła. – Jest ciemno i przestraszyłam się. - Pani mogła mnie zabić – jęknął. - Wiem i przepraszam. – odwróciła się i ruszyła dalej po schodach. Czuła kłujący wzrok sąsiada na plecach i dopiero jak usłyszała dźwięk zamykanych drzwi odetchnęła z ulgą. Wreszcie dotarła do celu. Oświetliła uważnie klatkę, ale było pusto. Wsadziła klucz w zamek i przekręciła. Chwyciła klamkę i pchnęła. Kiedy jednak przekraczała próg o coś zawadziła. Spojrzała pod nogi i zobaczyła dużą reklamówkę. - A co to do cholery? – schyliła się i podniosła pakunek. Trzymała w ręku plastikową torbę z napisem „IKEA ” a w niej coś okrągłego zawiniętego w papier gazetowy. - Co to jest? – zdziwiona położyła zawiniątko na ławie i poszła do kuchni po nóż. Wróciła z wielkim kuchennym i zaczęła nerwowo rozcinać papier. - Jezu! – krzyknęła nagle i odskoczyła na drugi koniec pokoju. Stała blada, trzęsąca się jak galareta wpatrzona w zawartość tajemniczej paczki. - Koszmar! – szeptała. – Boże, w co ja wdepnęłam? Czego on chce ode mnie? Trzymając w jednej ręce rewolwer i jednocześnie nerwowo rozglądając się po mieszkaniu drugą ręką wykręciła do Jarzębowskiego. - Halo! – usłyszała w słuchawce. - To ja! – wydusiła. – Musisz przyjechać do mnie i to już!. - Stało się coś? - Owszem! – jęknęła. - A, zapomniałem ci powiedzieć, że ten psychol zabrał z miejsca zbrodni głowę Bucianowskiej. - Wiem! – szepnęła cały czas wpatrując się w krwawą przesyłkę. Nie potrafiła oderwać od niej wzroku. - Skąd wiesz? – zdziwił się. - Bo mam ją na ławie! – krzyknęła. - Co? - Mam ją na ławie! - Nic nie ruszaj zaraz przyjadę razem z policją! - Byle szybko! – czuła jak głos jej drży, bała się, strasznie się bała! Stała pod ścianą i ani drgnęła. Jedynie ręka z palcem na cynglu gotowego do strzału rewolweru co chwila omiatała teren. Rozdział IXNie minęło dwadzieścia minut, kiedy usłyszała zbliżający się ryk syreny policyjnej, a po chwili zapiszczały opony przed budynkiem i wszystko ucichło. Rozległ się tupot butów na klatce i zaklekotał dzwonek u drzwi. Powoli rozglądając się wokoło Aldona podeszła do drzwi i otworzyła. W progu stał Jarzębowski, a za nim cała dosyć pokaźna ekipa policjantów. - Błagam, zabierzcie to stąd – szepnęła odsuwając się na bok. Ostrożnie weszli do mieszkania. Marek poczekał w progu. - Kiepsko wyglądasz, chodź do kuchni na kielicha !- szarpnął ją za ramię. – Nic tu po tobie, a cos mocniejszego dobrze ci zrobi. - Tak. – skinęła głową i jak automat ciągle ukradkiem zerkając na przesyłkę podążyła za nim. Usiedli na wysokich zydlach przy blacie. Kieliszki zapełniły się szlachetnym trunkiem, a po chwili w milczeniu zostały opróżnione. - Dlaczego on mi to podrzucił? - Chce byś zrezygnowała. To jest ostrzeżenie. – Marek ponownie napełnił kieliszki – On jest bardzo niebezpieczny i bardzo sprytny. Znaleziono w moim samochodzie podsłuch i urządzenie naprowadzające. Nie musiał mi się ukazywać, by mnie śledzić. Pojechał do Swarzędza, poczekał jak wyjdę, podsłuchał naszą rozmowę o znalezisku, a następnie wrócił do wdowy. W paskudny sposób pozbawił ją życia i obciął jej głowę. Oczywiście teczka zniknęła i niewiadomo, jakie kryła tajemnice. - Nic nie przeczytałeś? Mówiłeś, że przeglądałeś ją pobieżnie. - Owszem, ale jednocześnie rozmawiałem z Bucianowską. - Czemu nie zrobiłeś kopii? – zdziwiła się. - Miałem następnego dnia to uczynić, nie zdążyłem. – szepnął. – Widzisz, to idzie w zupełnie innym kierunku niż myśleliśmy. Mamy do czynienia z maniakalnym mordercą i uważam, że powinnaś się wycofać ze sprawy. Według mnie za bardzo ryzykujesz. Po tym ostrzeżeniu jestem pewny, że jeśli odpuścisz, to on da ci spokój. - Słyszałeś by maniakalny morderca kiedyś odpuścił? – zaśmiała się ironicznie. – Za długo obydwoje siedzimy w tym fachu żeby uwierzyć w te banialuki. To nie jest ostrzeżenie, on się ze mną zaczyna bawić jak kot z myszą. Nie chcę być myszą! Rozumiesz? – wstała i podeszła do szafki tuz koło lodówki. Otworzyła drzwiczki, chwilę poszperała i wyciągnęła cygaro. - Wspaniałe – szepnęła sama do siebie. – Zostawiłam na czarną godzinę i chyba ona akurat wybiła. Skoro mam umrzeć to, chociaż niech przed śmiercią wypalę te najlepsze. - Przestań! – krzyknął Jarzębowski. – Złapiemy go zanim zamorduje kogoś następnego. - Tak? – spojrzała na niego z drwiną. – A jeśli nie? Co wtedy powiesz moim rodzicom? Mają jedną córkę. Może nie jestem zbytnio udana, może nie liczą już na wnuki, ale jestem ich jedynym dzieckiem. Co im Marku powiesz? No? Słucham cię mój przyjacielu, chyba mogę tak mówić. Uważasz się przecież za mojego przyjaciela. - Przestań! - Nie, nie przestanę. – Podniosła głos. – Nie przestanę dochodzić prawdy i jak nie ty to ja złapię tego skurwiela. Nie dam się zaszczuć, o nie. – Odgryzła końcówkę cygara i przypaliła. - Może jednak zapalisz? - Nie! Z tego jest tylko raczysko i nic poza tym. - Na razie jesteśmy na dobrej drodze, by tego nie doczekać. – zaśmiała się pod nosem. - Będzie dobrze! – wstał z zydla i zajrzał do pokoju. Ekipa właśnie kończyła pracę. Głowę zapakowano do specjalnego pojemnika. Na drzwiach i ławie pełno było jakiegoś rozsypanego proszku. Jarzębowski podszedł do jednego z policjantów i szepnął mu coś na ucho. Tamten tylko kiwnął głową, a po chwili wyszedł. Wrócił po dziesięciu minutach, a w ręku trzymał jakieś urządzenie. Wpatrując się w mały monitor obszedł całe mieszkanie nie wyłączając ubikacji. Trwało to chwilę. Na pytające spojrzenie Marka wyciągnął rękę i opuścił znacząco jeden palec w dół……. w mieszkaniu był podsłuch. - Poproszę telefon! – policjant zwrócił się do Głowackiej. - Proszę! – podała mu aparat nie kryjąc zdumienia, a on migiem rozłożył go na czynniki pierwsze. Dokładnie przejrzał wszystkie części i następnie złożył do kupy. - Wszystko w porządku! – kiwnął głową i opuścił mieszkanie, a po chwili pozostali policjanci. - No wreszcie! – Aldona zamknęła drzwi. – Chyba nieprędko wypiję coś na tej ławie, o ile jej nie usunę. Pierwszy raz widziałam głowę oddzielona od tułowia, to straszne. - Tacy odchyleńcy trafiają się bardzo rzadko – Jarzębowski usiadł na kanapie i w duchu zastanawiał się, co dalej. W mieszkaniu był podsłuch, czyli morderca musiał mieć klucze. Skąd je miał? O co tu naprawdę chodzi? Sprawa Marty zaczęła schodzić na drugi plan, teraz sami walczyli o przetrwanie, chociaż? Właściwie oprócz podsłuchu w jego kierunku nie robił wrogich kroków. Dlaczego jemu odpuszcza? Może chce załatwić wszystkich po kolei, systematycznie człowieka po człowieku. Dlaczego nie zabił Malickiej tylko ją wrobił? Dziękował swojemu pomyślunkowi, że udało mu się zrobić zdjęcia zawartości tajemniczej teczki. Musi sam w ciszy obejrzeć to wszystko, tak będzie bezpiecznie dla wszystkich. - O czym myślisz? – Usłyszał nad głową. Aldona stała nad nim z kieliszkiem koniaku. - Nie, o niczym! – Żachnął się. – Podaj mi mój kieliszek. Dopiję i uciekam do domu - Właśnie ci go przyniosłam. – podała mu. - Dzięki! – wychylił jednym haustem i energicznie wstał z miejsca. - Na mnie czas. Dobrze zamknij za mną i dobranoc! – Rzucił przez ramie i opuścił mieszkanie. - Chyba żartujesz? Po czymś takim na pewno nie zasnę! – krzyknęła za nim i szybko tak jak poprzedniej nocy zabarykadowała wejście. Potem usiadła w fotelu naprzeciwko drzwi, położyła odbezpieczony rewolwer na stoliku tuż obok nowego kieliszka z koniakiem. Tylko to mogło pomóc jej zasnąć. Rozdział X Jarzębowski dopiero późno w nocy dotarł do domu. Po drodze zajrzał jeszcze do jednej małej knajpki na tyłach zamku. Spotkał się tam ze swoim dobrym kumplem z podwórka, a obecnie……. o przewrotny losie z jednym z najgroźniejszych poznańskich gangsterów. No cóż, tak to się potoczyło. Otworzył drzwi i pierwszą rzeczą jaką zrobił było odkręcenie kurków w łazience, po całym tym zwariowanym dniu marzył o kąpieli. Nagle zadzwonił telefon. Spojrzał na zegarek dochodziła pierwsza. Co za cholera? O tej godzinie? Podniósł słuchawkę – halo! - Cześć! – Usłyszał jakiś dziwnie zniekształcony głos. – To ja! - Jaki ja? – Odparł, chociaż od razu podświadomie wyczuł, że to on…. morderca. Drugą ręką natychmiast wcisnął leżący tuz obok dyktafon. Nieraz nagrywał rozmowy, takie były zalecenia szefostwa. - No, twój cień! – głos zaśmiał się tak ponuro, że Markowi przeszedł aż dreszcz przez plecy. - Mój cień? - Aha, jestem twoim cieniem, całe twoje życie jest ze mną związane. - To ty zabiłeś moich rodziców? – krzyknął w słuchawkę. - Ja! – głos zaśmiał się. – To było dawno, nie warte wspominania. Myśl teraz, kogo jeszcze zabiję. - Dlaczego? Dlaczego zabijasz niewinnych ludzi? Czego chcesz ode mnie? - Od ciebie? – ponownie usłyszał śmiech słuchawce. – Od ciebie nie chcę nic, mało tego powiem ci, że tobie nic nie grozi. Nawet ciebie lubię. Może zostaniemy przyjaciółmi? - Wal się! – krzyknął Jarzębowski i odłożył słuchawkę. Natychmiast telefon zadzwonił ponownie. Marek stał i patrzył na aparat. Wahał się. W końcu zdrowy rozsądek wziął górę nad emocjami. Podniósł słuchawkę i zbliżył ją do ucha. - Słucham! – wydusił ze ściśniętym gardłem. - Oj, czemu odkładasz - zaśmiał się morderca. – Chyba nie chcesz bym ciebie przestał lubić? Nie chcesz chyba skończyć jak ta stara jędza. Zresztą zasłużyła na to. Nawet nie wiesz jak się bała. Miałem świetną zabawę. - Czemu ją zabiłeś? - Musiałem, miała coś, co należało do mnie, znała mnie i mogła w każdej chwili wydać. Jesteś prokuratorem to chyba potrafisz zrozumieć, że musiałem usunąć świadka oskarżenia. – Głos w słuchawce wyraźnie dobrze się bawił. - Dorwę cię! – Marek nie panował nad sobą. Odżyły wspomnienia, przed oczyma miał widok leżących we krwi rodziców. - Nie sądzę! Ta teczka była jedynym śladem, teraz ja ją mam. - Skoro masz teczkę to zostaw w spokoju Głowacką, ona tylko wykonuje swoja pracę. - Co? Szkoda ci jej? Przecież ona jest paskudna. Podejrzewałem ciebie o lepszy gust mój przyjacielu. - Tylko nie przyjacielu! - O sorry! – Głos ponownie zaśmiał się – Dopiero będziemy przyjaciółmi. Faktycznie jeszcze nie jesteśmy. - Dlaczego wrobiłeś Malicką w te morderstwa? – Jarzębowski wyczuł swoją szansę na wyciągnięcie ciekawych informacji. Morderca wyraźnie chciał pogadać, czuł swoją przewagę i to go rajcowało. - Malicka to moja ulubienica i dlatego żyje. Najpierw miałem ją zabić, ale kiedy poznałem ją bliżej pierwszy raz zrobiło mi się kogoś żal. Zabiłem jej dupowatego męża i jego sekretarkę, tej naprawdę nie lubiłem. Wierz mi, była antypatyczna. - Ja jak kogoś nie lubię, to go od razu nie zabijam. - Tak, wiem, ale sam powiedz, czy nieraz w duchu byś ich wszystkich nie pozabijał? To, co ty chcesz robić jedynie w myśli ja realizuję w praktyce. Ja jestem szczęśliwym człowiekiem. Rozdeptuję robactwo i robię to z przyjemnością! - To ty jesteś robactwem! - E, przesadzasz! Ja mam odwagę to zrobić i nic więcej. - Dlaczego wrobiłeś Martę? Odpowiedz mi! - Nie udało mi się rozdeptać tatusia to dokopałem kochanej córeczce. - Ale on nie żyje! - No właśnie! Pomyśl sam jak on siedzi sobie tam w zaświatach i widzi jak mu niszczę jego oczko w głowie. Przecież to jest najpiękniejsza zemsta. - Czym ci się naraził Bucianowski? - Ha ha ha, za dużo byś chciał wiedzieć. Dowiesz się ode mnie tylko to, co chcę ci powiedzieć z własnej woli. Nie masz do czynienia z głupcem. - Sam powiedziałeś, że moi rodzice to stara sprawa, to może, chociaż teraz po latach powiesz mi, dlaczego? - Dlaczego? – Zaśmiał się. – Nie lubiłem ich. U mnie to wystarczy! - Bydlę! - Za te słowa ktoś inny jutro by już nie żył – głos w słuchawce pierwszy raz z poważniał – ale co ja poradzę na to, że mam do ciebie słabość. - Pieprz się! – Marek rzucił słuchawką. Miał już dość. Przegrał potyczkę, morderca osiągnął swój cel…. wyprowadził go z równowagi. Poszedł do łazienki w ogóle nie zwracając uwagi na ponownie dzwoniący telefon. Zanurzył się z rozkoszą w gorących mydlinach, ale dzwoniący non stop telefon coraz bardziej go drażnił. W końcu nie wytrzymał, wyskoczył z wanny i ociekający wodą podbiegł do aparatu. - Idź do diabła ty psycholu! – wydarł się do słuchawki. - Co? – usłyszał głos Aldony po drugiej stronie. - O kurczę, przepraszam. – zmieszał się. – Miałem przed chwilą telefon od naszego przyjaciela. - Ja też! – krzyknęła. – Zadzwonił i powiedział mi, że ja jestem następna. Mało tego, zapytał czy głowę ma odcinać nożem kuchennym, czy tasakiem. Chciał, bym mu doradziła. Marek ja już mam dość – głos jej się łamał. – To jest psychol jak z najgorszego dreszczowca, ja się naprawdę boję. - Mam do ciebie przyjechać? - Nie, ja i tak nie zasnę. Mam broń i będę strzelać jak tylko coś się ruszy w okolicy. Jestem zdesperowana, ale jutro musimy cos wymyślić, nie dam rady dłużej żyć w takim stresie, to mnie przerasta. - Uspokój się, obiecuję, że jutro coś wymyślimy. - Oby! – westchnęła. – Prowadziłam już różne sprawy i nieraz mi się odgrażano, ale teraz pierwszy raz w życiu czuję, że to nie przelewki. To jest bestia, nie człowiek. Dla niego zabić to jak dla mnie zapalić prawdziwe kubańskie cygaro, czyli rozkosz. Jeśli go nie powstrzymamy to nas wszystkich wyrżnie. - Aldona, skąd on ma klucz do twojego mieszkania? - Jaki klucz, do cholery co opowiadasz? Przecież klucz do mojego mieszkania mam ja i …. O mój Boże!. Przerwało połączenie. - Halo, halo! – Marek krzyczał do słuchawki, ale nic. Błyskawicznie wykręcił do Głowackiej, ale numer był zajęty. - Cholera! Zaczął szybko się ubierać. W trzy minuty później wybiegał z mieszkania jednocześnie wybierając na komórce numer oficera dyżurnego policji. Gnał przez Poznań jak oszalały, kilka razy błysnęły flesze foto radarów, ale nie przejmował się tym wcale. Z piskiem opon zatrzymał się pod kamienicą na Różanej a w chwilę później tuz za nim zatrzymał się radiowóz policji kryminalnej. Wszyscy razem wbiegli na trzecie piętro. Drzwi do domu Aldony stały otworem, mieszkanie było puste. Dokładnie przejrzeli centymetr po centymetrze, ale nie było widać śladów walki, adwokatka musiała sama opuścić mieszkanie i zrobiła to w dużym pośpiechu. - Co dalej? – dowodzący akcją porucznik spojrzał na Jarzębowskiego. - Jedziemy na Wildę, tam mieszkają jej rodzice. – zdecydował. – Ona na pewno pojechała do nich, spieszmy się. Błyskawicznie zbiegli na dół i wspólnie jednym radiowozem na złamanie karku popędzili na drugi koniec miasta. Na sygnale pokonując z piskiem opon zakręty, wymuszając wielokrotnie pierwszeństwo przejazdu gnali poprzez uśpione centrum. Miasto w nocy było prawie puste i może po dwudziestu minutach szaleńczej jazdy zatrzymali się przed nowym czteropiętrowym blokiem. Tu mieszkali rodzice Głowackiej. Stary niebieski Peugeot stał tuż przy klatce. Nie namyślając się długo wbiegli do budynku. Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze. Z odbezpieczoną bronią stanęli pod drzwiami z numerem 34. - Wchodzimy! – krzyknął dowodzący i potężnym kopnięciem wyważono drzwi. Błyskawicznie cała grupa znalazła się w środku na progu może dwudziesto metrowego pokoju, a widok, który ujrzeli był chyba tym czymś, co może się przyśnić tylko w najgorszych majakach. To była potworność. Na podłodze w zaschniętych kałużach krwi leżały nagie rozczłonkowane zwłoki dwojga starszych ludzi. Już na pierwszy rzut oka widać było, że zginęli w okrutny sposób. Ktoś długo i z wielką pasją torturował ofiary. Osobno leżące ręce były związane przy dłoniach, głowy ułożono na ławie, a na ich czołach ktoś zawiązał fikuśne wstążeczki. Pozbawione członków korpusy leżały ładnie ułożone w kącie, zaś z rąk i nóg starych Głowackich morderca ułożył na podłodze cos na wzór uśmiechniętej buźki. Całe ściany były wymalowane krwią w jakieś dziwne sceny, a przez środek największej szedł wielki napis „ już niedługo będziemy przyjaciółmi” i komputerowy uśmieszek. Z boku na fotelu siedziała Aldona, siedziała jak przysłowiowe warzywo. W ogóle na nas nie zareagowała, była jakby oderwana od rzeczywistości, duchowo nieobecna. - Wezwijcie ekipę i karetkę – Jarzębowski szepnął do porucznika. – I jeszcze jedno, jeśli macie jakiegoś psychologa na dyżurze to tez go ściągnijcie, może się przyda. Ten tylko kiwnął głową i wyszedł do radiowozu. - Chodź – Marek chwycił przyjaciółkę za rękę i silnie pociągnął za sobą w kierunku przedpokoju. - Zostaw mnie – próbowała się opierać. – Musze tu z nimi zostać, oni mnie potrzebują, oni są tacy biedni, tacy bezbronni. - Chodź – szarpał ją coraz mocniej. – Im już nikt nie pomoże, oni odeszli. - Nie! Nie – odepchnęła go. – Oni nie odeszli, zostaw mnie w spokoju! - Chodź Aldona – pociągnął ją mocniej. – Oprzytomniej do cholery. Im nikt już nie może pomóc. Weź się w garść i razem dokopiemy temu świrowi. Przecież on teraz jest tu gdzieś w okolicy i śmieje się z nas. On teraz triumfuje, wygrywa rundę za rundą, czas byśmy my zaczęli mu kopać tyłek. Dobierzmy się do skurczybyka! Powoli wyszli na korytarz i usiedli na schodku. - Masz – wyciągnął z kieszeni paczkę cygar. – Zapal! - Dzięki – wzięła jedno z nich , jak zawsze odgryzła końcówkę i przypaliła. - Ja też zapalę – Jarzębowski tak jak ona odgryzł końcówkę i tak jak ona w milczeniu zaczął puszczać kłęby aromatycznego dymu. Siedzieli w milczeniu pochłonięci własnymi myślami. - Tu nie wolno palić – krzyknął w ich kierunku jakiś obudzony lokator wyglądający z uchylonych drzwi. - Zamknij drzwi pętaku – huknął Marek na niego, a tamten potulnie schował się w swoim mieszkaniu. - Wiesz – Aldona szepnęła po chwili. – Nigdy nie miałam dla nich czasu, zawsze się spieszyłam, a teraz oni zginęli przeze mnie, przez tę moją zasraną robotę. Gdyby nie ta praca, oni by żyli. - Nie obwiniaj się. Widocznie tak miało być. To się nazywa przeznaczenie i nic nie mogło tego zmienić. - Nie – pokręciła głową. – To nie tak, ale życia już im nie zwrócę. Musimy dorwać tego świra. Chcę spojrzeć mu w twarz, chcę splunąć mu w pysk.. - Dorwiemy go, obiecuję! Teraz chodźmy stąd, nic tu po nas. – wstał i kiwnął w geście pożegnania stojącemu przy drzwiach funkcjonariuszowi. Rozdział XIZeszli na dół i wsiedli do peugeota. Jarzębowski usiadł za kierownicą uruchomił silnik, a następnie wolno odjechali w kierunku centrum. Cały czas obserwował otoczenie i nie uszedł jego uwadze pojazd jadący za nimi w odległości około dwustu metrów. Może nie zwróciłby uwagi, ale jedno ze świateł było uszkodzone. - Ktoś nas śledzi – szepnął. – Musimy go złapać. - Gdzie? – Aldona odwróciła się. - Jedzie z tyłu. Nie rób jakiś dziwnych ruchów, bo zorientuje się, że go zauważyliśmy. Poczekaj, mam pomysł.. Chwycił telefon i połączył się z komendą. - Tu prokurator Jarzębowski, jadę z Wildy w kierunku Świętego Marcina, a za mną podąża niezidentyfikowany pojazd, którym porusza się przypuszczalnie bardzo niebezpieczny przestępca. Proszę przysłać nie oznakowane radiowozy i zatrzymać podejrzanego. Ja jadę samochodem marki Peugeot 405 koloru niebieskiego. Tamten pojazd ma uszkodzony lewy reflektor i jeśli dobrze widzę to jest to opel Vectra. Jedziemy w kierunku Targów, teraz zwolnię by dać wam czas na zorganizowanie pościgu. Tylko nie schrzańcie tego. – Odłożył słuchawkę. - No to zwalniamy – spojrzał kątem oka na Aldonę. - Oby dorwali skurczybyka. – szepnęła sama do siebie. - Mam nadzieję, że im się to uda. – dopowiedział. Zjechali z ronda i wolno zmierzali w kierunku centrum. Marek postanowił przesiąść się do swojego auta i zabrać adwokatkę do siebie. Tam będzie bezpieczna. Tajemniczy pojazd tymczasem cały czas jechał za nimi. - Czemu go nie zdejmują? – denerwował się, co chwila nerwowo zerkając w lusterko. – Dlaczego nic się nie dzieje? Dojechali na miejsce. Zaparkował pod kamienicą tuż obok swojego pojazdu. Tamten samochód zatrzymał się w pewnej odległości. - Dobra, idziemy – otworzyli drzwi i szybko przemknęli do stojącego nieopodal Passata. Kiedy wsiedli natychmiast ruszył z pieskiem opon, ale nie w kierunku swojego mieszkania tylko w kierunku tajemniczego samochodu. - Daj mi swój rewolwer! – krzyknął do współtowarzyszki. – Szybko! Podała mu broń, a on podjechał tuż pod śledzący ich pojazd. Zahamował mu tuz przed maską wyskoczył i mierząc z rewolweru podbiegł od strony kierowcy. Szarpnął za klamkę i z okrzykiem – Wysiadać! – Otworzył drzwi. W tym momencie zbaraniał z zaskoczenia. Za kierownicą siedziała drobna młoda kobieta i była nie mniej niż on zaskoczona. - Kim pani jest? – wykrzyknął cały czas mierząc do niej. - Karolina Wiśniewska i jestem dziennikarką! – wydusiła przerażona. – Niech pan nie strzela! - Cholera! – opuścił rewolwer. – Skąd pani się tu wzięła? - Dostałam cynk, że należy śledzić ten samochód, że coś będzie się działo. Dlatego jechałam za panem. - Kto dał pani ten cynk? - Odebrałam anonimowy telefon. - Dziwne. – odwrócił się w kierunku swojego samochodu, kiedy nagle z bocznej ulicy wyjechał jakiś motocykl na pełnym gazie i pruł w kierunku Passata. Z piskiem opon zatrzymał się tuz za pojazdem, a po chwili charakterystyczny dźwięk serii z pistoletu maszynowego i łoskot rozbijanego szkła brutalnie zakłócił nocną ciszę. - Do diabła! – krzyknął Marek i upadł na jezdnię ciągnąc za sobą dziennikarkę. - Niech pani się nie rusza – szepnął jej do ucha, a sam pochylony ruszył w kierunku swojego samochodu. Strzelanina trwała, pojazd wyglądał już jak ser szwajcarski, a kule wciąż leciały. Jarzębowski dobiegł do maski pojazdu i wychylił się. Napastnik przeładowywał broń. Widząc to szybko wyskoczył zza samochodu i zaczął strzelać w kierunku motocyklisty. Tamten zaskoczony niespodziewanym atakiem schylił się nad kierownicą i ostro ruszył na jednym kole wprost na niego. Ten odruchowo odskoczył na bok, a napastnik dosłownie ocierając się o niego pomknął dalej i nim się ktokolwiek zorientował zniknął w najbliższej przecznicy. - Aldona! – Marek rzucił się w kierunku bezkształtnej masy niedawno będącej jego samochodem. Z przestrachem zajrzał przez wybitą szybę w drzwiach spodziewając się najgorszego. Zobaczył obsypane okruchami szkła ciało na podłodze miedzy siedzeniami. - Żyje? Przestraszona dziewczyna stała za jego plecami. - Chyba nie! – jęknął załamany. – Tego nie można było przeżyć. Dzwoń po karetkę! - Żyję! – usłyszał ze środka. Zatkało go z wrażenia. - Żyjesz? – wydusił. - Złego diabli nie wezmą – westchnęła. – Pomóż mi wydostać się spod tego szkła. Wszędzie tego pełno, nawet we włosach. - Już, już – otworzył drzwi i pomógł Głowackiej wydostać się na zewnątrz. W tym czasie nadjechały dwa radiowozy, a w oddali słychać było ryk syreny ambulansu. - Nie ruszać się – usłyszeli zza pleców a kiedy odwrócili się zobaczyli policjantów mierzących do nich z pistoletów. - Spokojnie, jestem prokuratorem! - krzyknął do funkcjonariuszy i wyciągnął przed siebie legitymację służbową. Jeden z nich ostrożnie podszedł bliżej, a zobaczywszy dokument opuścił broń. - Co tu się stało? – patrzył z przerażeniem na przemian to na posiekane auto, to na ofiary napaści. - Jakim cudem przeżyliście? – wyrwało mu się. - Sama nie wiem – szepnęła Głowacka wpatrując się we wrak. - Widzisz – zaśmiała się nerwowo – Tyle szmalu wydałeś na tę brykę i w moment stała się wrakiem. - To jest Passat? – policjant nie mógł oderwać wzroku od pojazdu. - Tak jest w dowodzie rejestracyjnym – rzucił Jarzębowski przez ramię i trzymając Aldonę pod rękę skierował się do samochodu dziennikarki. - Podwiezie nas pani? - Jasne, wsiadajcie – przerażona rozwojem wypadków dziewczyna chwyciła adwokatkę pod drugie ramię. - Nie jestem inwalidką – tamta próbowała protestować, jednak niezbyt mocno. Kiedy zajęli miejsce w pojeździe nadbiegł jeden z policjantów. - Nie możecie tak odjechać – krzyknął przez okno. – Musimy was przesłuchać. - Wzywałem pół godziny temu policję na pomoc i nikt nie przyjechał, to teraz sami sprzątajcie – Marek aż zatrząsł się ze złości i podniósł szybę tuz przed nosem funkcjonariusza. - Ruszajmy! – zwrócił się do dziennikarki. – Myślę, ze pani wszystko opisze. - Opisać to jedno, ale przekonać naczelnego żeby wydrukowali to drugie – zaśmiała się. – Gdzie jedziemy? - Przed siebie – burknęła Aldona. – Jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Z piskiem opon ruszyli z miejsca. Może z piętnaście minut zajęła podróż pod dom Marka. - Ładnie tu – dziennikarka ciekawie rozglądała się wokół bloku. – To jest droga dzielnica. - Owszem!- Jarzębowski dopiero teraz spojrzał uważniej na dziewczynę. Drobna, krótko przystrzyżona, ale z gęstą szopą włosów wokół naprawdę ładnej buźki, ubrana w dżinsy i jakąś krótką kurteczkę na kożuszku wzbudziła jego sympatię. - Wejdzie pani? – zagadał opuszczając pojazd. Zawahała się chwilę, ale ciekawość zwyciężyła. - Czemu nie i tak nie śpię – wyjęła kluczyk ze stacyjki i wysunęła się za kierownicy. Gromadką we trójkę ruszyli w kierunku klatki schodowej. Ostrożnie żeby nie pobudzić sąsiadów doszli do windy, delikatnie zamknęli drzwi i wjechali na górę. W chwile potem byli w mieszkaniu. - Siadajcie! – gospodarz wskazał kanapę w salonie i poszedł do kuchni. - Zjecie coś? – krzyknął. - Ja chcę coś mocniejszego – odezwała się Aldona. – Muszę się napić! Najnormalniej w świecie zaschło mi w gardle. - A pani? - Ja mogę szklaneczkę coli! - A może koniaku? - Nie dziękuję, ale będę prowadzić samochód.. - Jak pani chce, ale ja radziłabym tu poczekać do rana, tak będzie dla pani bezpieczniej. - Bezpieczniej? – spojrzała zdziwiona na adwokatkę. – A co może mi grozić? - Jak to, co? Przecież ten świrus zna pani numer telefonu to i zna adres. To jest potwór! – wydusiła Aldona - O czym mówicie? – dziennikarka dostała wypieków na policzkach, z coraz większym zdumieniem patrzyła na nią. – O co tu chodzi? - Proszę! – Marek postawił przed nią szklankę zimnej coli.. – Przypuszczalnie przez przypadek seryjny morderca wciągnął panią w swoją rozgrywkę. - Jaki seryjny morderca? – Chwyciła szklankę i wypiła duszkiem do dna. - W Poznaniu grasuje odchyleniec, który morduje bez skrupułów. Ma już na swoim koncie około dziesięciu ofiar – wyrzucił z siebie Jarzębowski i jednym łykiem opróżnił koniakówkę. - Teraz i pani życie jest zagrożone, jest pani jego przyszłą potencjalną ofiarą. - Niemożliwe! – szepnęła patrząc na przemian na swoich rozmówców. – Żartujecie? - Nie! – pokręcili głowami jak na komendę. – To prawda. Zadzwonił telefon. Spojrzeli po sobie. Czuli, ze to ma związek z tym, co niedawno miało miejsce, przecież był środek nocy. Gospodarz podszedł do aparatu i podniósł słuchawkę. Zbliżył ją do ucha. - Słucham! - Cześć! – usłyszał głos mordercy. – Przepraszam stary za samochód, ale na pewno był ubezpieczony. Mam do ciebie żal, że do mnie strzelałeś, nie powinieneś tego robić, tego ci nie wolno. - Zabiję cię! – Marek syknął do słuchawki. Za to, co dziś zrobiłeś obedrę cię ze skóry! - Ha ha ha, no proszę i to prokurator chce mnie obedrzeć ze skóry, wstydź się przyjacielu! - Nie jestem twoim przyjacielem śmieciu! - Tylko nie śmieciu, przyjaciele tak ze sobą nie rozmawiają. - Skoro uważasz mnie za przyjaciela, to czemu zabijasz moich znajomych, tak nie robią przyjaciele. - Ty nie masz przyjaciół oprócz mnie! Ty nie możesz mieć innych, pamiętaj….. jesteśmy my dwaj ty i ja. Reszta się nie liczy, reszta to gnój, to obrzydliwy bród., robactwo. Jak nie ty, to ja będę wygniatał to badziewie wokół ciebie. Pamiętaj o tym! A tak swoją droga to powiedz tej tłustej indiańskiej squaw, ze przyjdę po nią i ją wypatroszę jak indyka na Święto Dziękczynienia. Z jej starymi miałem fajną zabawę i musisz przyznać, że te wstążeczki na główkach wyglądały rewelacyjnie. - Bydlę! – Marek ze wstrętem rzucił słuchawkę. – Degenerat! - To on? – wydusiła ze strachem Aldona. - Tak, on się nami bawi jak kot myszą. Skąd on wszystko wie? Skąd wie, że tu jesteś? - Założył podsłuchy – wtrąciła Wiśniewska. - Podsłuchy były u Aldony, ale nie u mnie. – Sięgnął po butelkę i dolał sobie koniaku. - U mnie były podsłuchy? – zdziwiła się Głowacka. – Były i nic mi nie powiedziałeś? - Chcieliśmy zorganizować zasadzkę, chcieliśmy dzięki podsłuchowi przekazać mu informację ……..przynętę. - Chciałeś użyć mnie jako przynętę? – wstała wzburzona. – Znałam ciebie tyle lat i myślałam, że naprawdę znam. Okazuje się jednak, że ty to nie ty, że twoja przeszłość jest owiana mrokiem tajemnic, że narażasz bez skrupułów życie przyjaciela tylko dlatego, by ująć jakiegoś zwyrodnialca. Nie, nie znam ciebie w ogóle i nie wiem już czy chcę poznawać. - Uspokój się, byłabyś specjalnie chroniona, on nie zdążyłby zrobić nawet kroku w twoim kierunku, a już by nie żył. - Tak widziałam tego próbkę przed chwilą, cudem przeżyłam. - Masz rację , możesz być na mnie wściekła, spieprzyliśmy, ale to była jedyna szansa. - Dobra – usiadła z powrotem. – Załatwimy drania, ale potem każdy idzie w swoją stronę, koniec przyjaźni! - Może jednak ktoś mi coś tu wyjaśni? - dziennikarka zwróciła się do Marka. - Co? – Spojrzał na nią zdziwiony. – Przecież już powiedzieliśmy, że grasuje seryjny morderca i musi się pani nas trzymać, jeśli chce żyć. Dla niego zabić to tak, jak dla pani zrobić kawę, proszę o tym pamiętać. - Ale dlaczego? Dlaczego ja? - Myślę, że zbieg okoliczności, może akurat tylko pani była na dyżurze w Redakcji…. To jest tak zwany pech. - Ja mu nic nie wadzę, da mi spokój. - Ja bym na to nie liczyła – wtrąciła Aldona. – To jest potwór, wiesz mi kochanie. - To, co mam robić? – dziewczyna patrzyła z przerażeniem na swoich rozmówców. - Uważać i jeszcze raz uważać. Nie przebywaj nigdzie sama, zawsze bądź w czyimś towarzystwie. Jeśli mieszkasz sama to przeprowadź się do kogoś. - A jeśli go nie złapiecie? - To będziemy wszyscy mieli bardzo dużego pecha. – Jarzębowski zaśmiał się ponuro. – Wszystkich nas zabije, tyle, że mnie na końcu. Niestety to mała pociecha. - Ale dlaczego akurat pana? – zdziwiła się dziennikarka. – Zna pan go? - Nie wiem, może tak, a może nie. Wie o mnie bardzo dużo, zabił przed laty moich rodziców, a teraz zaczyna mnie osaczać ze wszystkich stron. Jest niesamowicie inteligentny, a przy tym wyjątkowo okrutny. To jest bardzo niebezpieczny przeciwnik. - Boże, złapcie go! – Wiśniewska miała łzy w oczach. – Ja naprawdę mam niezłego stracha. Nigdy nie oglądałam filmów o takich facetach, bo panicznie bałam się siedząc przed telewizorem, a teraz sama w realu uczestniczę w czymś takim. - Chcemy złapać, ale jak na razie nic nie mamy. – gospodarz podszedł do małej szafki w rogu pokoju i wyjął z niej jakieś dziwne urządzenie przypominające z wyglądu palmtopa. - Co to? – Głowacka z uwagą obserwowała jego poczynania. - Urządzenie do wykrywania podsłuchów. On nie może nas uprzedzać, musimy być pewni, że nic nie wie o naszych zamiarach.. Systematycznie obchodził mieszkanie wpatrując się w mały monitor. Kiedy przechodził koło kanału wentylacyjnego nagle aparat zapiszczał. - Co jest? – spojrzał na kratkę tuż pod sufitem. – To chyba pomyłka? Przecież nie widać najmniejszego śladu próby demontażu. Przyniósł taboret z kuchni i wspiął się ku otworowi. Ostrożnie nożem podważył blachę i wyjął maskownicę. Jego zdumionym oczom ukazała się mikroskopijna kamera wyposażona w mikrofon. Kabel od urządzenia szedł w górę do mieszkania na wyższej kondygnacji. - Spojrzał na swoich towarzyszy. W oczach dziennikarki zobaczył strach, zaś u Aldony te jej typowe ogniki, ogniki wojownika. Zeskoczył ze stołka błyskawicznie wyciągnął za paska rewolwer i i żwawo ruszył do drzwi. - Poczekaj! – krzyknęła za nim. – Idę z tobą, a ty – zwróciła się do Wiśniewskiej. – Zamknij się dobrze. - O nie – zaprotestowała tamta – Co to, to nie, idę z wami. Wyskoczyli na korytarz i schodami ruszyli w górę. Wolno rozglądając się wokoło zbliżali się do lokalu tuż nad mieszkaniem Jarzębowskiego. Stanęli przed drzwiami. Nie były to żadne anty- włamaniówki, tylko zwykłe szare wykonane z płyty pilśniowej umocowanej na drewnianej kratownicy. Marek odsunął się na dobry metr, a następnie z całej siły na nie naparł barkiem.. Z hukiem wyleciały z zawiasów i odskoczyły na bok. Z prawej strony na ścianie był przycisk włącznika. Aldona wcisnęła go. Stali na progu kompletnie pustego mieszkania. Nie było mebli, nie było nawet zasłon w oknach. Jedyne, co rzucało się w oczy to sieć luźno leżących kabli na podłodze. Wychodziły ze ścian i wszystkie łączyły się w jednym miejscu przy jakimś urządzeniu podłączonym do gniazdka telefonicznego. - Boże! – Jarzębowski patrzył na tę pajęczynę. – Ja byłem jak w Big Brotherze, on widział każdy mój krok. Schylił się i zaczął z pasją wyrywać kable. Skończył dopiero wtedy, kiedy usunął wszystkie, a urządzenie rozbił o ścianę. Wtem usłyszeli sygnał telefonu. Rozejrzeli się wokoło i zobaczyli aparat na parapecie. Pulsował żółtym światłem. - Odbierz! – szepnęła adwokatka. – To on. Podszedł do okna i sięgnął po słuchawkę. - Dobry jesteś! – usłyszał znajomy głos. – Jestem z ciebie dumny. Możesz mi pomachać przez okno. - Draniu! Szpiegujesz mnie od dawna, dobiorę się do ciebie! – krzyknął Marek. – Tak pewnie podglądałeś Martę? - Brawo! – głos zaśmiał się. – Jesteś coraz lepszy. Kiedy pojechali na wczasy do Grecji włamałem się do ich domu i założyłem całą aparaturę. Nawet w łazience była kamera. Wszystko o nich wiedziałem. - Dlatego udało ci się ją wmanewrować w te morderstwa. - Musisz przyznać, że to był majstersztyk. Nawet nie musiałem nurkować w stawie po narzędzie zbrodni… ja je podmieniłem w piwnicy. Ten baran jej mąż nie zorientował się, że to nie ten nóż. Trochę mi tylko pokrzyżował plany wywalając nieboszczyka do śmieciarki. To było tak głupie, że aż genialne. Gdybym go nie odzyskał to pewnie nikt nigdy by go nie odnalazł. Jednak trzymałem cały czas rękę na pulsie. Jednego tylko nie mogę odżałować. - Czego? - Że nie widziałem jej miny kiedy rozcięła worek z nieboszczykiem, niestety byłem za daleko. - Złapiemy cię, obiecuję! Marek rzucił słuchawkę i rozłączył połączenie. - Trzeba jutro ustalić, kto to wynaj… – Aldona podeszła do okna, ale nie zdążyła nawet dokończyć, bowiem Jarzębowski rzucił się na nią przewracając na podłogę. W tym momencie posypało się szkło i tylko usłyszeli świst kul wbijających się w ścianę. Dziennikarka w panice cofnęła się do przedpokoju. - Zgaś światło! – krzyknął. W chwilę potem zrobiło się ciemno. - Żyjesz? – szepnął z przestrachem. - Tak! – adwokatka jęknęła. – Nie uważasz, że za dużo razy dziś się o to mnie pytasz? W końcu za którymś razem nie usłyszysz odpowiedzi. - Czemu podchodziłaś do okna, on tylko czekał. Jesteś pierwsza na jego liście i musimy cię bardzo uważnie pilnować. - Ale ty też stałeś! - Ja na razie jestem bezpieczny, gdyby mnie teraz zabił skończyłaby się zabawa. To jest jego gra i mnie zostawia na koniec. - Fajna zabawa! – burknęła pod nosem i na czworakach ruszyła do wyjścia. Zastawili wejście wyrwanymi drzwiami i pustym korytarzem zeszli piętro niżej. Dziwne, że nikt nie zareagował na hałas. No cóż widocznie znieczulica społeczna opanowała większość aspektów naszego życia. Dopiero jak byli w środku za szczelnymi roletami odetchnęli z ulgą. - Mogę koniaku? – Wiśniewska była blada ze strachu. Usiadła na kanapie i cały czas wpatrywała się w okno. - Nie ma się czego bać – zaśmiał się Marek podając jej kieliszek. –Tu jesteśmy bezpieczni. - Czemu nic nie wiem o tym psychopacie? – spytała. – Czemu nic nie ma w prasie i telewizji? - Nie chcą wywołać paniki. To normalna procedura i dopiero jak informacja wymknie się poza prokuraturę i policję ogłoszą komunikat. - Ale przecież powinni ostrzec ludzi! - A jak? – zdziwił się. – Przecież nie wiadomo jak łobuz wygląda. Nikt nie ma nawet portretu pamięciowego. Ten facet jest cieniem, potworną fatamorganą. To jest urzeczywistniony najgorszy nocny koszmar. - Boże, co robić? –łyknęła cały kielich, jak stary pijak.- Przecież coś trzeba zrobić. - Owszem – skinął głową i podszedł do biurka. Wyjął z szuflady kartkę papieru i długopis. Rozglądając się nerwowo wokoło napisał drobnym maczkiem trzy słowa. Następnie podszedł do Aldony i pokazał jej papier. Spojrzała zaciekawiona i wyraźnie zatkało ją z zaskoczenia. - Nie jesteś taki głupi – szepnęła. – Może znów zacznę cię lubić, jeśli oczywiście dożyję. - Co tam jest? – zainteresowała się dziewczyna. - E, nic ci to nie powie. – Marek machnął ręką i zwinął kartkę. – To jest nasz jedyny trop. Gdyby on się dowiedział, to mógłby skrócić swoją zabawę, a to oznaczałoby nasz marny koniec. Teraz jesteśmy jeszcze bezbronni, ale już niedługo może się to skończyć. - To wolę już nie wiedzieć! Rozdział XIINastępnego dnia około dziewiątej Jarzębowski wymknął się z domu i pojechał do siedziby prokuratury. Wiedział, że po wczorajszej strzelaninie będą go szukać i dlatego wolał uprzedzić ruchy swoich przełożonych. Już przy wejściu zauważył zaciekawiony wzrok swoich kolegów. Kiedy wszedł na pierwsze piętro natknął się na swojego szefa prokuratora Kalinowskiego. - O dobrze, że cię widzę – tymi słowy przywitał go tamten. – Chodź do mnie, musimy porozmawiać. - Jasne, chodźmy! – Marek ruszył za szefem do jego gabinetu. - Zamknij dokładnie drzwi – rzucił tamten przez ramię, kiedy znaleźli się w środku. Zajął miejsce za biurkiem i w milczeniu pokazał swojemu gościowi fotel naprzeciwko, a kiedy ten usiadł od razu przystąpił do ataku. - Stary, czyś ty zwariował? Cała prokuratura aż huczy od plotek. Prowadzisz jakąś swoją prywatną wojenkę, uczestniczysz w strzelaninach na ulicach Poznania, opuszczasz miejsca zbrodni bez uzgodnienia tego z policją. Komendant jest wściekły, mało tego zaczyna rozpowiadać, że jesteś zamieszany w te seryjne morderstwa. - E, tam! – zaśmiał się Jarzębowski. – Przecież wiesz, że to kompletny głupek, a odnośnie strzelaniny to pół godziny przed zdarzeniem dzwoniłem na policję i informowałem o tym, że ktoś mnie śledzi. Nikt nie ruszył nawet palcem w bucie by mi pomóc. - Tak, wiem! Komendant zabronił im by słuchali twoich poleceń i za to mu się oberwie. Tym bardziej musisz teraz uważać. On będzie czekał, aż ci się noga podwinie, a wtedy i ja ci nie pomogę. A tak swoją drogą to, co masz mi do powiedzenia w sprawie tych morderstw? - Oj dużo, ale to trochę potrwa. – Marek wyjął dyktafon z kieszeni i postawił na biurku. - Mam dużo czasu – szef rozparł się wygodnie w fotelu. - To dobrze. – gość wcisnął przycisk w urządzeniu. Po dwóch godzinach drzwi gabinetu szefa Prokuratury Rejonowej otworzyły się. Jarzębowski wyszedł usatysfakcjonowany, ponieważ nagrania wystarczyły do przekonania szefa żeby zgodził się na przychylne podejście do wniosku obrony o wypuszczenie za kaucją Marty z aresztu. Kwota stu tysięcy złotych była w zasięgu i Marek postanowił uruchomić wszystkie swoje znajomości żeby kobieta jak najszybciej odzyskała wolność. To, co przeżyła w ostatnim czasie mogło doprowadzić do następnego nieszczęścia i dlatego należało działać błyskawicznie. Pierwszą jednak rzeczą, jaką zrobił było wykonanie telefonu do domu. Musiał upewnić się, czy wszystko porządku. - Siedzimy jak trusie – jęczała Aldona. – Boimy się podejść do okna. Jeśli się nie pośpieszysz to wypijemy ci cały zapas koniaku i wypalimy wszystkie cygara. - Ona tez pali? - A jak i to kopci! – zaśmiała się. – Wiesz jak to wszystko się skończy to ona ze mną zamieszka. Dziewczyna tłucze się po stancjach, a widzę, że równa z niej babka. - Ale zawsze mówiłaś, że z babką nie zamieszkasz. – zdziwił się - Tak, ale Marek ona by pasowała do ciebie, przyzwyczaję was do siebie no i wiesz. - Może więcej nie pijcie? – wyczuł po rozmowie, że Głowacka ma już nieźle w czubie. - Oj widzę też jakąś taką kryształową butelkę, co w niej masz? - Nawet się nie waż tego dotykać! – krzyknął. – To na specjalną okazję! Wara od tego! - Oj pleciesz głupoty – zarechotała i wyłączyła się. - Cholera – burknął pod nosem. – Morderca czai się w okolicy, a one już od rana są pijane. Wybiegł z prokuratury i wsiadł do nadjeżdżającej taksówki. Telefonicznie porozmawiał z kilkoma znajomymi w tym z zaprzyjaźnionym sędzią i dzięki temu w ekspresowym tempie rozpoczęły się procedury zmierzające do uwolnienia Marty. Nie będąc pewnym, że jego telefon nie jest na podsłuchu kazał zatrzymać się pod budką telefoniczną i wykręcił do starego kumpla z podwórka obecnie gangstera, z którym spotkał się kilka dni temu. - Cześć, to ja – szepnął do słuchawki nerwowo rozglądając się wokoło. - Poznaję – usłyszał z drugiej strony. - Od jutra potrzebuję twojej pomocy. - Spokojnie – zaśmiał się tamten. – Kobitka będzie bezpieczna. Czterech moich najlepszych ludzi będzie jej pilnować non stop i włos z głowy jej nie spadnie. Swoją drogą za jej tatuśka to powinienem jej gardło poderżnąć, ale skoro jest pod twoja kuratelą, to możesz być spokojny. Tylko ty będziesz mógł się do niej zbliżyć i nikt inny. Inni będą martwi. - To mi pasuje – Jarzębowski był zadowolony. – Dzięki. Odłożył słuchawkę wsiadł do czekającej na niego taksówki i pojechał do sądu. Około czternastej wrócił do mieszkania i już w wejściu prawie się wściekł. Wszędzie było pełno pustych szklanek, na ławie stały puste butelki, z popielniczek wysypywały się pety. Smród papierosów połączony z zapachem cygar dusił go w płucach, dym szczypał w oczy. - Cholera jasna, ja was tu goszczę, a wy mi tu robicie burdel! – ryknął na kobiety. Podszedł do okna i otworzył je na oścież. - Co robisz? – krzyknęła Aldona. – On tam może być. - Zanim on was zastrzeli to tu się podusicie od tego smrodu – huczał. – Zrobiłyście mi chlew w domu. - Skoro mnie pan w to wrobił to niech pan cierpi – zabełkotała Wiśniewska. -Ja panią w to wrobiłem? – zatkało go z wrażenia. – A czy ja kazałem pani nas śledzić? Sama się pani przyplątała i teraz pije piwo, które sobie sama nawarzyła. - O, - wskazał palcem Głowacką. – Ją wrobiłem, chociaż nienaumyślnie, ale nie panią! - Dobra, dobra, przepraszam! – jęknęła i osunęła się na kanapie. - Ile jej wlałaś? – spojrzał na adwokatkę. - Niedużo – zaśmiała się . – Ale ona chyba w ogóle nie pije i dwie szklany ją zwaliły. - Ile? Dwie szklany to mogą wielu zwalić. - Co załatwiłeś? – spytała. - Bardzo dużo, ugłaskałem swojego szefa, załatwiłem ci urlop i na razie nie musisz zeznawać. - A co z pogrzebem? – szepnęła. - Nieprędko – pokręcił głową. – To długo potrwa, zresztą sam prosiłem o dużą zwłokę. Musimy najpierw złapać tego psychopatę, a dopiero później na spokojnie załatwimy resztę. - A jak nie złapiemy? Przecież muszę ich pochować. - Złapiemy, jeśli nie …..to nas pochowają. Nie ma innej opcji. - Przeglądałeś to? - Nie – pokręcił głową. – Nie miałem czasu, ale zaraz obejrzę wszystko, tam musi coś być. - Dobra to ja tez idę się przespać – zamamrotała i położyła się obok Karoliny. - Tak się zalać w tym momencie – jęknął i przykrył obydwie wyciągniętym z szafy kocem. Zamknął okno i poszedł do drugiego pokoju. Spuścił roletę, zapalił światło i wyciągnął z kieszeni aparat fotograficzny. Cały czas nosił go ze sobą, nawet podczas strzelaniny. Z pewnymi obawami podłączył go do komputera, ale zadziałało. Zdjęcia skopiował na twardy dysk. Z aparatu wyjął pamięć i włożył ją do koperty, która następnie zaadresował do swojego szefa. Na wszelki wypadek chciał się dodatkowo zabezpieczyć. Usiadł przed monitorem i rozpoczął przeglądanie fotek. Zaciekawienie zaczęło zmieniać się w przerażenie. Patrzył i nie wierzył własnym oczom. - Boże, Boże – szeptał jak nakręcony, a każde następne zdjęcie powodowało następny szok. Tu było wszystko, tu było cała prawda o nim, czarno na białym ojciec Marty spisał całą jego historię, od poczęcia po dzień zabójstwa. Obraz rozmazywał się mu przed oczyma, w skroniach czuł zabójcze tętno. Zaczynała do niego docierać straszliwa prawda…….według dokumentów młody Janicki już jako dziecko miał silne rozdwojenie jaźni. Choroba postępowała w zastraszającym tempie. Rodzina ukrywała to przed wszystkimi i starała się go leczyć prywatnie na drugim końcu Polski. Terapie pomagały na pewien czas, ale później następowało duże pogorszenie. Według metryki kościelnej biologicznymi rodzicami jego była Weronika Janicka i …………… Bucianowski, tak ojciec Marty. O, rety… Marta była jego siostrą przyrodnią. - Niemożliwe! – szeptał sam do siebie.- To przecież niemożliwe. Przecież nie mam rozdwojenia jaźni, nie jestem nim! Przecież do mnie dzwoni, przecież strzelał do nas. Chyba, że……że wynająłem kogoś do tego, sam już nie wiem. – siedział w fotelu i intensywnie myślał. Rozmowy z mordercą już kiedyś przerabiał. Pamiętał świra, który reżyserował rozmowy do siebie samego by mieć alibi. Czyżby podświadomie wykorzystał tę wiedzę? Jako prokurator widział już nie jedno, często rozmawiał z psychologami , dobrze wiedział, że takie przypadki się zdarzają, ale nigdy nie przypuszczał, że to dotknie konkretnie jego. To było straszne! Zerknął na następne zdjęcie. Na monitorze zobaczył charakterystyczne pismo Bucianowskiego. Była to notatka o morderstwie jego rodziców i wynikało z niej, że to on ich zabił. Nie było żadnych wątpliwości, mało tego…był świadek, który to widział. Spojrzał na jego nazwisko i dreszcz emocji przeszedł mu przez plecy. Lubiewski, pamiętał go. Został okrutnie zamordowany kilka lat temu, też obcięto mu głowę. Może by nie skojarzył, ale był na oględzinach i ta osobno leżąca głowa dosłownie wstrząsnęła nim. Teraz okazuje się, że to jego robota, on Jarzębowski zlikwidował świadka i nic nie pamięta. Zabił w straszny sposób tyle osób i nic nie pamięta. Jak to jest możliwe? Boże, co robić? Nie może więcej zabijać! Musi położyć temu kres. Siedział odrętwiały z przerażenia. Wszystko się zawaliło, jego świat rozpadł się w jednym momencie . Nigdy nie przypuszczał, że tak skończy. Nie miał innego wyjścia, on sam musi znaleźć rozwiązanie, musi ze sobą skończyć zanim nie zabije następnej ofiary. Wyciągnął kartkę z drukarki i sięgnął po gruby czarny mazak. Dużymi literami napisał „Przepraszam”. Chwycił rewolwer Aldony i sprawdził magazynek, były jeszcze trzy kule…wystarczy. Wstał złapał z krzesła płaszcz i wybiegł z mieszkania. Nie chciał tego tu robić, Aldona i tak dużo już wycierpiała przez niego. Zrobi to po cichu w samotności w jakimś ustronnym miejscu.
Rozdział XIII - Długo spałyśmy? – Głowacka przeciągnęła się na kanapie. – Ej obudź się – zaczęła szarpać za ramię dziennikarkę. - Co jest? – jęknęła tamta. – Ale mnie głowa boli! - Nie trzeba było tyle pić – zaśmiał się Jarzębowski krzątający się raźno po mieszkaniu. - Wstawajcie nasze sprawy wyraźnie przyspieszyły. - Masz coś? – Aldona wyraźnie odżyła. – Owszem! – zaśmiał się. – Mam trop. Wiem gdzie może przebywać ten świr. Było to w tych dokumentach. - W jakich dokumentach? – Wiśniewska ciężko wstała i chybocząc się na nogach ruszyła do łazienki. - W takich, które w cudowny sposób udało się ocalić – adwokatka w skrócie streściła. - No mów! Gdzie? - Od razu chcesz wszystko wiedzieć. – zaśmiał się. – Najpierw śniadanie , a później jedziemy skręcić kark temu psycholowi. - Zaraz, zaraz – wtrąciła Karolina – Wy chcecie sami to załatwić? Nie wezwiecie policji? Co to, to nie, na mnie nie liczcie, ja wysiadam. - Jak chcesz – Marek wzruszył ramionami – Ale jak my pojedziemy i on tu cię dorwie to nie nasza wina. - Chwila moment – zawahała się. – Ale macie broń? - Jasne! – Głowacka wyraźnie się ożywiła, strasznie chciała dorwać gada. – Zatłukę go gołymi rękoma i to z rozkoszą. - Dobrze, ale wszędzie idziemy razem.. - Zgoda! – skinął głową Jarzębowski – umowa stoi. Zjedli śniadanie , około dziesiątej zeszli przed blok, wsiedli do samochodu dziennikarki i skierowali się w kierunku Puszczykowa. Jechali w milczeniu, każdy z nich pochłonięty był swoimi myślami. Może po pół godzinie Marek wyraźnie się ożywił. - Skręć tu – wskazał nagle boczną drogę prowadzącą w gęsty las. – To tu! - Tu? – zdziwiła się Karolina. – To przecież las. - Tak, ale głębiej musi być jakiś dom, może gajówka. – odparł. - Może lepiej dojść na miejsce piechotą? – odezwała się z tyłu Aldona. – Powinniśmy działać z zaskoczenia. - Z moich informacji wynika, że jego tam teraz nie ma – szepnął Jarzębowski. – Zaczaimy się na niego. - Skąd to wszystko wiesz? – zdziwiła się adwokatka. – Do tej pory nic nie wiedziałeś. - Tak , ale w tych dokumentach było dużo ciekawych informacji. Jechali wąską leśną drogą może z kilometr i nic. - Na pewno tu? – Wiśniewska rozglądała się wokoło próbując cos wypatrzyć. - Jedź – ponaglał – Musi być. - Jest! – dziennikarka wskazywała palcem jakiś drewniany dom w oddali. Wolno w milczeniu podjechali pod budynek. Wielka chata z potężnych drewnianych bali i z mocno spadzistym dachem krytym prawdziwym drewnianym gontem w innych okolicznościach wzbudziłaby przypuszczalnie podziw. Dziś jednak nikt na to nie zwrócił uwagi. Mieli przed sobą siedzibę, norę psychopatycznego mordercy i jedynymi uczuciami ogarniającymi naszych bohaterów był strach i jednocześnie chęć rewanżu. - Poczekajcie, ja sprawdzę teren – Marek z rewolwerem w dłoni wysiadł z samochodu i ostrożnie ruszył w kierunku drzwi. Nie były zamknięte, ostrożnie je uchylił i zniknął wewnątrz. Kobiety tymczasem siedziały w pojeździe nerwowo rozglądając się wokoło. Obydwie miały dosłownie duszę na ramieniu. Nagle drzwi uchyliły się i ukazał się w nich Jarzębowski . Machał w ich kierunku ręką. - Czysto! – szepnęła Aldona i szybko wyskoczyła na zewnątrz. - Poczekaj – Karolina nie chciała pozostać nawet na chwilę sama. - Nie ma go – zwrócił się do zbliżających kobiet. – Chodźcie do środka. - A samochód? Trzeba go ukryć. - Ja się tym zajmę, a wy wejdźcie do środka – rzucił przez ramię i ruszył w kierunku Opla. - Nic z tego – Karolina usiadła na progu. – Ja tam sama nie wchodzę i to za żadne skarby . - Ja tez nie – Aldona usiadła obok niej. Ich towarzysz w tym czasie przeprowadził pojazd na tyły posesji za małą szopę na opał i po chwili wrócił do nich. - Chodźcie – zaśmiał się – przecież mówiłem wam, że tam nie ma nikogo. Nie patrząc na nie wszedł do budynku, a one szybko podążyły za nim. Od razu tuż za drzwiami znaleźli się w wielkiej izbie. Przypominało to trochę rozwiązania z typowych domków jednorodzinnych gdzie salon był połączony z kuchnią. Oczywiście to nie było to. Tu na każdym kroku była prostota i surowy wystrój. Jednymi ozdobami na ścianach były poroża i łby upolowanej zwierzyny. Tuż przy wejściu wisiał łeb dzika i smutnymi martwymi oczyma wpatrywał się w gości. Na ścianie od strony kuchni wisiała głowa jelenia ze wspaniałymi rogami. Na środku pomieszczenia znajdował się duży drewniany okrągły stół, a wokół niego stało osiem wyściełanych krzeseł. - Ładnie tu skurwiel mieszka – Aldona rozglądała się ciekawie wokoło. – Jednak te łby na ścianach źle na mnie działają. Podeszła do drzwi prowadzących do następnego pomieszczenia, ale Jarzębowski zagrodził jej drogę. - Poczekaj – szepnął . – Nie wszystko sprawdziłem dokładnie, lepiej uważać. - Przecież mówiłeś, że go nie ma? – zdziwiła się. - Przejrzałem jedynie z grubsza. Sprawdzę zaraz dokładnie, a teraz walnijmy sobie po łyku dla kurażu. Sięgnął za pazuchę, wyciągnął piersiówkę i podał ją adwokatce. Ta nie namyślając się pociągnęła spory łyk. - I ty się napij – wcisnęła butelkę w rękę Karoliny. – Będziesz odważniejsza. - Jeśli to pomoże na odwagę, to z chęcią – i tak jak jej poprzedniczka zrobiła dużego łyka. Marek wziął butelkę i schował ją z powrotem. - A ty nie pijesz? – zdziwiła się Aldona. - Nie , przecież ktoś musi prowadzić samochód. – odburknął i usiadł przy stole. - Czemu zasiadasz? – denerwowała się. – Miałeś sprawdzić dokładnie resztę domu. - Sprawdzę – zaśmiał się jakoś nienaturalnie i cały czas uważnie im się przypatrywał. - No to sprawdź! – prawie krzyknęła, jakiś dziwny niepokój wkradł się w jej serce. Coś jej tu nie pasowało. Jarzębowski był jakiś inny, jakby to był zupełnie inny człowiek. - Boże , co się ze mną dzieje! – krzyknęła Wiśniewska. Była cała blada, chwiała się na nogach i nagle nieprzytomna osunęła się na ziemię. Aldona z przerażeniem patrzyła na dziewczynę i sama czuła, że i z nią dzieje się coś dziwnego. - Wsypałeś nam coś ? Dlaczego? – chwyciła się oparcia krzesła, nie mogła złapać równowagi. - To ty! – zdążyła wyszeptać i przewracając krzesło runęła na podłogę. - Brawo, ty tłusta świnio! – zaśmiał się złowrogo. – To ja. Byłaś niezłą „papugą” to musze ci przyznać, ale to już przeszłość. Wstał i podszedł do nieprzytomnych kobiet. Po kolei przeciągnął je do pomieszczenia obok. Czekało na nie już długo, było specjalnie przygotowane. Nie posiadało okien i jedynym źródłem światła była umieszczona w pancernej obudowie żarówka w suficie. Pokój nie miał mebli prócz trzech metalowych pryczy ustawionych przy ścianach. Z prawej strony w rogu był obleśny kibel i umywalka. Po kolei rzucał bezwładne kobiety na prycze. - No to zaczynamy zabawę – mruknął pod nosem zamykając drzwi. Poszedł do następnego pomieszczenia znajdującego się tuz obok i włączył dwa duże ciekłokrystaliczne monitory. To było jego centrum obserwacji. Ukryte kamery miały od dziś śledzić każdy ruch uwięzionych, a ukryte mikrofony miały rejestrować każdy dźwięk. Do tej pory musiał się spieszyć, na łapu capu zabijał, wciąż czuł niedosyt. Teraz postanowił to zmienić, chciał widzieć i napawać wzrok widokiem powoli konających ofiar. Brakowało mu jednak jeszcze jednej osoby, jedna prycza była pusta.
Rozdział XIV Około dwudziestej intensywny dzwonek komórki zmusił Jarzębowskiego do przerwania konsumpcji kolacji. Siedział akurat w przydrożnej restauracji na trasie z Poznania do Warszawy. - Cholera jasna! - burknął pod nosem i sięgnął po aparat. - Słucham! - Cześć – usłyszał głos znajomego gangstera. – Jest problem, Stary. - Jaki problem? - Moi ludzie nie żyją, a kobieta zniknęła.. Widelec wypadł mu z dłoni i z brzękiem spadł na talerz. - O mój Boże! – wyrwało mu się ze ściśniętego gardła. - Mój Boże, to mało – odparł tamten. – Ich dorwał jakiś świr. Poobcinał wszystkim głowy , a z nóg i rąk ułożył jakaś koszmarna buźkę. Gdybym tego nie ujrzał, to bym nie uwierzył. Chłopie nie jedno widziałem , ale daję ci słowo, że złapały mnie torsje. - A ona? - Sprawdziłem i jednego jestem pewny….. wśród tych części nie ma kawałków kobiety i to jest jedyna dobra wiadomość. Istniej szansa, że ona żyje, ale nie chciałbym być na jej miejscu. Moi ludzie przeszukują Poznań i staną na głowie by dorwać skurwiela. - Dzięki ! – Marek rozłączył połączenie. Prawie cały dzień spał w pokoju hotelowym i widocznie wtedy odezwało się to jego drugie ja i urządziło tę jatkę w Poznaniu. Dlaczego nie starczyło mu odwagi by odebrać sobie życie? Dlaczego zabija następnych bogu ducha winnych ludzi? Wstał raptownie od stolika i ruszył do wyjścia. - Hej! – Ktoś krzyknął z drugiego końca sali. Spojrzał w tym kierunku i zobaczył jakąś kobietę machającą do niego. Była wymalowana jak tania dziwka, ubrana w wyzywające ciuchy, a brzydka pomarszczona gęba odstraszała już na odległość. - Nie znam jej – patrzył i nie mógł sobie skojarzyć. - Hej , nie poznajesz – krzyknęła. – Jestem Paulina, no, przecież poznaliśmy się na wczasach w Hiszpanii. Nie pamiętasz już swojej słodkiej Paulinki? - Cholera, nie znam baby i nigdy nie byłem w Hiszpanii? Wstała od stolika i podeszła do niego. - Oj, brzydko misiaczku – zaśmiała się podając mu rękę. - Chodź, pogadamy – pociągnęła go do swojego stolika. – Musisz mi o sobie opowiedzieć, przecież to całe trzy lata. Chwilę się wahał, ale w końcu uległ. - Nie ma, co opowiadać – odburknął siadając koło niej. –Praca i tylko praca na okrągło. - Dobra, dobra my mamy dużo ciekawych tematów. Ja się rozwiodłam z tym brutalem Tadkiem. Wiesz, ten od tych folii. - Nie , nie wiem – pokręcił głową. Był wściekły, że natknął się na tę cholerną babę. Nie miał nastroju do towarzyskich spotkań, a ostatnia rozmowa telefoniczna utwierdziła go w zamiarze odebrania sobie życia, Musiał się spieszyć, nie chciał zabić Marty, to przecież jego jedyna siostra. Rozdział XV W tym samym czasie Aldona zaczynała odzyskiwać przytomność. Otworzyła najpierw jedno oko później drugie. Szybko je ponownie zamknęła. Nie, to wszystko to chyba sen, to niemożliwe. Ponownie je otworzyła. Wolno przesuwała wzrok po pomieszczeniu. Na pryczy obok leżała Karolina. Nie ruszała się, ale pewnie jeszcze nie doszła do siebie. Wzrok przeniosła na następną pryczę i zobaczyła leżącą tam następną kobietę. - Cholera, przecież to Malicka! – Prawie krzyknęła. Chciała się zerwać na równe nogi, ale nie było to łatwe. Specyfik jeszcze działał. Wolno z dużym wysiłkiem udało jej się usiąść. - Marek, Marek, dlaczego? – szeptała na okrągło. – Dlaczego ? Przecież byłam twoją przyjaciółką? Marta ruszyła się na posłaniu. Głowacka wstała i trzymając się ściany dowlokła się do jej pryczy. Usiadła tuż przy niej i szarpnęła ją za ramię. - Boże, gdzie ja jestem? – krzyknęła tamta. Przerażonym wzrokiem ogarniała pomieszczenie. - Uspokój się - adwokatka położyła jej rękę na ramieniu. – Jesteśmy uwięzione przez tego czubka. - Ale to był Marek – szepnęła tamta. - Wiem. Niestety on jest tym psychopatą i jesteśmy w jego rękach. - Ale to niemożliwe – Marta trzęsła się ze strachu. – Wszyscy, tylko nie on. To musi być pomyłka, jakieś nieporozumienie. Mój ojciec zawsze mi mówił, że jak jego zabraknie, to w potrzebie mam iść do Jarzębowskiego i on mi na pewno nie odmówi. - Widocznie się pomylił i zresztą nie tylko on. –zarechotała - Mnie też nieźle nabrał. Zabił moich rodziców, zabił twoja matkę i teraz zabije nas. Później poobcina nam głowy i kończyny. Z tych drugich ułoży swoją potworną układankę…… uśmiechniętą buźkę. - Uśmiechniętą buźkę? – zdziwiła się Malicka. – Mój tata jak byłam mała często rysował mi taką buźkę. Miał dosłownie kota na tym punkcie i musze przyznać, że były to fajne rysunki. Każdy był inny, była buźka po śniadaniu, po umyciu ząbków i tak dalej. Każda coś znaczyła. - Ciekawe, jaka będzie z nas? – odezwała się Wiśniewska ze swojej pryczy. - A ta pani to, kto? – Marta z zainteresowaniem przyglądała się dziewczynie. - Wścibska dziennikarka – wyjaśniła Aldona. – Chyba mu brakuje części do swojej makabrycznej układanki, że ją porwał. - Przestań! - krzyknęła Karolina. – Ja chyba umrę ze strachu. Jedno jest pewne, że jeśli uda mi się stad wyrwać, to pierwszą rzeczą, jaką zrobię to rzucę tę robotę. Daję słowo! - Jesteś optymistką! – zaśmiała się Głowacka. – Ja bym nie liczyła na takie szczęście. On jest perfekcjonistą i nie ma uczuć. Nie zna litości czy współczucia, zabija bez skrupułów. To jest zwierzę w ludzkiej skórze. Nie mogę sobie darować jednego, że przecież od początku go podejrzewałam i później dałam się uśpić. Miał cholernie mocne alibi i to mnie zmyliło. Przecież jestem prawnikiem i wiem jak można stworzyć sobie alibi. On wiedział, że będę je sprawdzała i mógł z facetem to załatwić, a ja głupia dałam się zrobić jak przedszkolak. Później już nie zwracałam uwagi na nic, wierzyłam mu ślepo. - Ale on był z nami podczas tej strzelaniny – wtrąciła Wiśniewska. – Nie mógł wtedy być tym motocyklistą i jednocześnie naszym obrońcą. - Wynajął kogoś i dopiero teraz widzę kilka dziwnych sytuacji, na które wtedy nie zwróciłam uwagi. Przecież jak ten motocyklista jechał na niego to mógł go zastrzelić, a nie oddał nawet jednego strzału. Wszystkie telefony odbierał osobiście i żadna z nas nie słyszała, co naprawdę mówił ten niby bandyta. Owszem niby nagrywał, ale czy kiedykolwiek odtworzył jakieś nagranie? Wiedział, że go nikt nie zabije i dlatego swobodnie poruszał się przy odsłoniętych oknach. Wiedział, że ten wynajęty bandzior będzie strzelał i dlatego udał mojego obrońcę i powalił mnie na podłogę. Chciał byśmy mu ślepo ufały i swoje osiągnął. Przyjechałyśmy tu dobrowolnie jak krowy na rzeź. - Mimo wszystko nie wyglądał na takiego – wtrąciła Karolina. – Zawsze myślałam, że taki bandyta to ma jakiś dziki wytrzeszcz oczu, że ślina leci mu z niedomkniętych ust, że poci się jak jakiś zboczeniec, a tu tymczasem fajny wzbudzający z wyglądu jak i zachowania zaufanie facet. - Skąd ci to przyszło do głowy? – zdziwiła się adwokatka . - Z filmów – odparła – I dlatego nie chciałam ich oglądać, bałam się takich mężczyzn. - Głupie filmy oglądałaś! – skwitowała tamta. – Jarzębowski jest podręcznikowym psychopatą. Na co dzień elegancki, szarmancki , a w pewnych momentach potwór. Co najgorsze on może nie pamiętać tych wszystkich okropności. Jedna jego część nie wie, co robi druga i to jest rozdwojenie jaźni moja droga. - Niemożliwe – wtrąciła Marta. – Ja wciąż w to nie wierzę. Mój ojciec by o tym wiedział, a wtedy by mnie nie namawiał do kontaktów z nim. Coś mi tu nie gra. - Widziałaś, kto cię tu przywiózł? – Aldonę zdenerwowała naiwność tej kobiety. - Nie! Byłam nieprzytomna. Wiem, że Marek ukrył mnie u swojego kolegi z dzieciństwa. Czterech uzbrojonych po zęby ludzi pilnowało mnie non stop. Słyszałam jakąś strzelaninę i po chwili on wpadł do mojego mieszkania. Powiedział, że musi mnie ukryć w innym miejscu i po chwili straciłam przytomność. Obudziłam się na tej paskudnej pryczy i to cała historia. - I to pokrywa się z moją teorią – zaśmiała się adwokatka. Ten pierwszy dobry Jarzębowski ukrył cię przed tym złym. Niestety ten zły dowiedział się gdzie i cię porwał. - Przecież to chore – wyszeptała Marta. - Owszem i o tym mówię wam od pół godziny, a wy cały czas swoje. On jest chory, tyle ,że jego choroba pozbawiła życia już kilkanaście osób i my jesteśmy następne w kolejce. - Musimy coś wymyślić – szepnęła Malicka. – Musimy stąd uciec. - Brawo! – Aldona wzruszyła ramionami. – Mam tylko jedno pytanie…jak? Coś trzeba wymyślić – powtórzyła tamta. - Jeśli tylko zdążymy –Karolina cała drżała z emocji . – Przecież on nawet dziś może nas pozabijać. - Może, ale wątpię. – Głowacka pokręciła głową – To już by nas zabił. On ma jakiś plan. Aż wolę nie domyślać się, jaki. Teraz może rozejrzyjmy się po naszej celi. Sprawdźmy drzwi i ściany, może cos przegapił. Wstały ze swoich pryczy i rozpoczęły dokładne oględziny pomieszczenia. Opukiwały każdy centymetr powierzchni z nadzieją, że ślepy los pomoże im w ich niedoli. Niestety… bezowocnie, pomieszczenie zostało przygotowane perfekcyjnie. Mijały godziny, kobiety straciły orientację w czasie, bowiem Jarzębowski zabrał im zegarki. Pomieszczenie było pozbawione okien, więc nie mogły zorientować się po porach dniach. Były głodne i spragnione. W niewietrzonym pomieszczeniu był zaduch. Wszystko to wpływało na nastrój więźniów. Siedziały na pryczach pogrążone w swoich myślach . Nagle coś zgrzytnęło w drzwiach i zaskoczone zobaczyły dużą szparę na wysokości jednego metra. Po chwili wsunięto przez nią trzy miski z jedzeniem. Mała półka przymocowana do drzwi uniemożliwiła wywrócenie się misek. Karolina podskoczyła, by wyjrzeć przez szparę, ale nie zdążyła. Rzuciły się wygłodniałe na jedzenie i błyskawicznie opróżniły miski. - Witajcie moje panie! – głos Jarzębowskiego rozległ się w celi. – Miło mi was gościć, a w szczególności moja kochaną siostrzyczkę, witaj Marto! - Co? – Malicka z wrażenia wypuściła miskę z rąk.- On jest moim bratem? - Nie wiedziałaś ? – złowrogi śmiech wypełnił pomieszczenie. – Jestem twoim przyrodnim bratem. Tak, twój tatuś to i mój tatuś. Jesteśmy rodzinką i to kochająca się rodzinką. - To niemożliwe –szeptała – To niemożliwe. - Możliwe, możliwe i musisz się z tym pogodzić. Widzisz tatuś nie wyznał ci ,że masz braciszka, bo byłem tym złym. Ty, śliczna jak cukiereczek, inteligentna, a z drugiej strony ja niechciane dziecko spłodzone z inną kobietą . Dla ciebie miał cały swój wolny czas, gdy tymczasem do mnie wpadał po kryjomu i tylko na chwilę. Ty miałaś wspaniałe dzieciństwo, zaś ja miałem koszmar. - To niemożliwe! – krzyknęła – Ja nie mam brata, Ty jesteś chory i to bardzo chory. - Ha ha ha – szalony śmiech Marka wypełnił pomieszczenie. – Może jestem chory, ale to wszystko to była jego wina. Szkoda, że go nie dorwałem…..kostucha mnie ubiegła i jedynie mam nadzieję, że smaży się teraz w piekle. Jeśli jednak mu się udało, to teraz widzi jak jego kochany cukiereczek jest w moich łapach i jak z cukiereczka zrobię śliczną buźkę. - Boże! – szepnęła Marta. - I Bóg ci nie pomoże. – kontynuował. – Zrobię z ciebie buźkę świąteczną. Myślę, że pamiętasz buźki świąteczne droga siostrzyczko ? On mi tylko znosił te kretyńskie buźki i nic poza tym . „ Zobacz synku, jaka ładna” – w kółko powtarzał wciskając mi następny swój bohomaz . Rzygałem nimi. Zamiast poświęcić mi czas, zamiast przywieźć jakiś samochód, jakąś fajna zabawkę, to tylko te przeklęte rysunki. Teraz ja jemu rysuję buźki, niech zobaczy, że jego synek tez jest zdolny, co najmniej tak jak on. Tak tatusiu, to wszystko dla ciebie! - Marek ty jesteś chory – wtrąciła Aldona. – Wypuść nas, a obiecuję, że razem z Martą zajmiemy się tobą. Są lekarze, którzy ci pomogą, przecież nie zabijesz jedynej siostry. - Zamknij się ty kupo tłuszczu! – krzyknął. – Ty i tak jesteś już pod kreską, zabiję cię jako pierwszą i obiecuję, że będziesz prosić bym skończył twe męki. - Zabiłem matkę i jej przydupasa, to i z Martą sobie poradzę. Nie chciałem jej zabijać, ale skoro on ją wyciągnął z więzienia, to widocznie tak los chciał. - Jaki on? – Głowacka starała się wciągnąć go w rozmowę. - No , moja druga połowa – zaśmiał się. – Chyba wiecie , że jest nas dwóch. On jest dobry, a ja zły. On ludzi chroni, a ja ich zabijam. Muszę wszystko poprawiać po nim, on tylko psuje. - Chcę z nim porozmawiać – Malicka miała łzy w oczach. – Może on okaże nam więcej serca? - Nie ma go tu siostrzyczko. Ja też cię kocham i obiecuje, że zginiesz szybko. Jego też muszę zabić, ale na końcu. To tak jak w każdej zabawie największa nagroda jest na końcu…. inaczej nie byłoby fajnie. - On cały czas mówił, że zginie na końcu – szepnęła Aldona do Karoliny. – Cholerny czubek chce nas zabić w sumie dla zabawy. Jedyna nadzieja, że zanim to uczyni wróci do pierwszej jaźni i nas uwolni. - Jest to możliwe? - Wszystko jest możliwe, ale trzeba mieć niesamowity fart. Po tym, co się tu dzieje widzę, że ta zła mroczna część jego duszy zaczyna wygrywać z tą dobrą. Jeśli teraz pokona dobrego Jarzębowskiego, to po nas. Może jednak dojść do przebłysków i to jest nasza szansa. Jakiekolwiek jego zawahania musimy wykorzystać i to bez skrupułów. Pamiętajcie, że tylko martwy jest bezpieczny, nie ma innej opcji. - Ale to Marek – wydusiła Marta. – A jeśli to prawda, to także mój brat. - Nie, to jest czubek – Aldona ścisnęła jej rękę – Pamiętaj, że Marek nie żyje, bo zabił go ten wariat. Jeśli nadarzy się okazja, to musimy go zabić. Zabić mordercę, który zabił moich rodziców, twoją matkę , twojego męża i wiele innych osób, a na końcu zabił Marka, Marka twojego brata. - Boże, to chyba sen, to nie może być prawda –krzyknęła zdesperowana Karolina. – Ja tylko byłam na dyżurze w redakcji. Dlaczego? - Dlaczego? Nie wiesz, dlaczego? – zaśmiał się. – Tu nic nie jest przypadkowe, ja wszystko zaplanowałem. Chcę pokazać kochanemu tatusiowi, że mnie nie docenił, że jestem wyjątkowy, że jestem lepszy od Cukiereczka, a tym bardziej od tego drugiego, tego, co mi wszystko psuje. Ciebie wybrałem już dawno. Chciałem uświetnić ostatnią buźkę śliczną buźką. Długo szukałem i zupełnie przypadkowo zobaczyłem ciebie na ulicy. Później poszło łatwo. Ustaliłem gdzie pracujesz, a wieczorny dyżur wlepiono ci z zaskoczenia. Kolega nie dotarł do pracy i ściągali cię przez telefon. Przecież to było łatwe. Kolegę zarżnąłem w jego mieszkaniu, więc nie mógł przyjść. – Zaniósł się śmiechem, a uwięzione kobiety patrzyły na siebie z coraz większym strachem. - Tak moje kobietki – kontynuował. – Wasze życie dobiega końca. Mój misterny plan zrealizowaliśmy, co do szczegółu. Tak, zrealizowaliśmy, bo naprawdę bardzo mi w tym pomogłyście. - Złapią cię i skończysz w kryminale! – krzyknęła z płaczem dziennikarka. – Nie ujdzie ci to płazem degeneracie ! - To niemożliwe , ja jestem ostatnim elementem tej gry, ja też zginę. – Odparł bardzo spokojnie. – Moja misja będzie wypełniona i odejdę stąd. Po co mam dłużej żyć? To nie ma sensu! - Ty też zginiesz? – Aldonę zatkało z wrażenie. – Jaki to ma sens byś nas też zabijał. Weź, strzel sobie w łeb, ale nas oszczędź, proszę! - Nie mogę, najpierw muszę zakończyć moją misję. Zresztą już ci mówiłem, że twoje dni, a właściwie godziny są policzone. Ty zginiesz pierwsza, później zarżnę tę ślicznotkę, a dopiero i nie ukrywam, że ze smutkiem zabije Martunię. Rozczłonkuje wasze ciała i na podłodze w salonie ułożę buźkę mojego życia. To będzie arcydzieło, a twoja śliczna główka Karolino doda temu dużo uroku. Zrobię serię zdjęć i wyślę do większych gazet. Tak mała, po śmierci staniesz się najsłynniejszą dziennikarką w Polsce. Będziesz na ustach wszystkich. Wprawdzie po śmierci, ale przy twoim braku talentu za życia byś takiej sławy nie zdobyła. To taki prezent ode mnie. - Bydlak! – z krzykiem doskoczyła do drzwi i zaczęła z furią tłuc w niej pięściami. – Wypuść mnie draniu, wypuść! - Wypuszczę, wypuszczę i to już niedługo – zaśmiał się . – Będziesz hasać po zielonych łąkach już niedługo, trochę cierpliwości. - Ty skurwielu – krzyknęła Aldona. – Przestań ją dręczyć, lepiej spełnij moją prośbę. - Mów stary wodzu, ale proszę bez wyzwisk, obrażasz mnie ! - Wsuń przez tę przeklętą dziurę w drzwiach kilka cygar, lub papierosów. Chcę przed śmiercią jeszcze zapalić. - Coś ty, papierosy szkodzą, możesz zachorować na raka i umrzeć. – zaniósł się histerycznym śmiechem. – Muszę dbać o wasze zdrowie. - Świnia! – warknęła. – Żebyś się w piekle smażył parszywcu! Jesteście agresywne, więc by trochę was ostudzić robimy nockę – zakomunikował Jarzębowski i w chwilę potem zgasło światło. Siedziały , każda na swojej pryczy i sparaliżowane strachem wsłuchiwały się w bicia swoich serc. Rozdział XVINie wiedziały ile czasu tak siedziały, czy to był dzień, czy dwa? Były przerażone do granic wytrzymałości, nie czuły głodu, pragnienia tylko się bały, straszliwie bały. Nagle zdrętwiały , usłyszały jakieś odgłosy za drzwiami, a po chwili stały otworem. Światło oślepiło je, mrużyły oczy starając się przyzwyczaić wzrok. Na środku ich celi stał Jarzębowski z rewolwerem w dłoni. - Boże, wszystkie żyjecie? – rozglądał się po pomieszczeniu. – Uff, zdążyłem! Pochylił się nad Martą, ale ta cofnęła się ze strachem. - Odejdź ode mnie! – krzyknęła. - Nie poznajesz mnie? To ja Marek – wyszeptał. Odłożył rewolwer i próbował pogłaskać ją po głowie. Wtedy Aldona błyskawicznie skoczyła w jego kierunku, chwyciła broń i wymierzyła w niego. - Zostaw ją ty Świrze! – krzyknęła. – Koniec z tobą. Nawet nie drgnij, bo strzelę i zabiję jak psa. Cała się trzęsła ze zdenerwowania, broń odbezpieczyła, a palec trzymała na spuście. - Aldona! – wolno ruszył w jej kierunku. – Nie poznajesz mnie? Co on z wami zrobił? To ja Marek! - Nie podchodź, bo strzelę! – krzyknęła mierząc w jego pierś. - Byłeś moim przyjacielem, zaufałam ci, a ty psycholu teraz chcesz mnie zabić?- wydusiła przez zęby. - Poczekaj! – wyciągnął w jej kierunku prawą dłoń. – Poczekaj zanim zrobisz głupstwo. Jestem Marek, twój przyjaciel i nigdy nie dybałem na twoje życie.! – wolno szedł w jej kierunku, a ona cofała się. - Nie podchodź! – szepnęła, ale on cały czas podchodził. Nie wytrzymała, spanikowana nacisnęła spust. Huk wystrzału ogłuszył wszystkich, Jarzębowskim rzuciło do tyłu , a następnie z jękiem osunął się na podłogę. - Boże, co ja zrobiłam? – krzyknęła stojąc z dymiącym rewolwerem nad swoja ofiarą. - Wyręczyłaś mnie – ktoś się zaśmiał tuz za nią i poczuła zimną lufę na swoich plecach. - Oddaj to – jakaś ręka od tyłu odebrała jej rewolwer, a następnie została pchnięta do przodu. Upadła na Marka. Cicho jęknął z bólu. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, światło oświetliło celę. Marta i Karolina błyskawicznie chwyciły ją pod pachy i uniosły w górę. - Kto to był? – spytała, ale one tylko patrzyły na przemian na siebie i na leżącego u ich stóp Marka. - Kto to był? Mówcie do cholery! – krzyknęła. – Przecież Marek jest tu, ja już nic nie rozumiem. - Kto to był? – chwyciła Martę za ramiona i trzęsła nią. – Gadaj! - Marek! – szepnęła tamta. - Jaki Marek? Przecież on tu leży! - Marek !- przytaknęła Karolina. – Jest ich dwóch! - Klony, do cholery? - Nie klony debilko! – ponownie przemówił zabójca. – Strzelałaś do tego drugiego, przecież mówiłem ci, że muszę poprawiać wszystko po nim. - Boże, to są bliźniaki! – szepnęła. – Zabiłam Marka! - Tak, bo ja mam na imię Adam! – zaśmiał się głos. – Dziękuję , że mi pomogłaś. Bałem się pozbyć bliźniaka. Pamiętam jak nam nasz ojciec mówił, że jeśli kiedyś zrobię krzywdę bratu, to jakbym ją sobie zrobił. Opowiadał mi o fenomenie bliźniaków. Podawał przykłady, że jak jeden umierał, to wkrótce drugi ginął. Dlatego dbałem o braciszka, strzegłem go jak oka w głowie. Teraz jednak już to nie ma znaczenia i tak miałem odejść. Aldona schyliła się nad Jarzębowskim. Zauważyła, że żyje, był przytomny. Uklękła przy nim. - Przepraszam! – szepnęła. – Ja naprawdę nie wiedziałam, mogłeś mi powiedzieć. - Ja też nie wiedziałem – wydusił. – Przez pewien czas myślałem, że mam rozdwojenie jaźni, chciałem popełnić samobójstwo, ale stchórzyłem. Dwa dni temu spotkałem w przydrożnym motelu jakąś dziwkę. Najpierw byłem wściekły, ale podczas rozmowy okazało się, że spędziłem z nią wczasy trzy lata temu w Hiszpanii. Trzy lata temu nie miałem w lecie urlopu, więc nie mogłem z nią wyjechać zagranicę. Dała mi słowo, że to prawda i wtedy zorientowałem się, że istnieje ktoś łudząco podobny do mnie. W środku nocy pojechałem na złamanie karku do domu by przejrzeć resztę dokumentów. Niestety okazało się, że was nie ma , a ktoś splądrował mieszkanie. Dokumenty zniknęły, ktoś wykasował je z mojego komputera. Przypomniało mi się, że pamięć z aparatu wysłałem do swojego szefa i następnego dnia rano pojechałem do prokuratury. W dalszej części dokumentów była informacja, że te wszystkie rewelacje wyczytane tamtego wieczoru były na temat mojego brata bliźniaka Adama. Ja miałem na imię Hubert. Mój brat całe dzieciństwo spędził w szpitalach psychiatrycznych. Wiedziałem, że mam bliźniaka, ale później powiedziano mi, że umarł. Próbowano go leczyć nawet w Szwajcarii, ale bez rezultatu. Trzy lata temu uciekł z Tworek i wszelki ślad po nim zaginął. - Przepraszam! – Aldona miała łzy w oczach. – Jeśli nie wyzdrowiejesz, to sobie tego nie daruję. - E tam ! – jęknął, widać było, że mówienie sprawia mu kłopoty, ale chciał wszystko wyjaśnić, spieszył się. - Nie wiedziałem jak was odszukać, a spodziewałem się najgorszego. Pojechałem do Redakcji dziennikarki i okazało się, że od czasu tego głośnego morderstwa reportera sprzed roku we wszystkich redakcyjnych pojazdach umieszczano urządzenie naprowadzające. Dlatego was znalazłem. - Sam jesteś? – szepnęła mu do ucha Karolina. - Niestety sam – wydusił. – To sprawa rodzinna i sam chciałem to załatwić. Jednak przeliczyłem się. - Marta! – szepnął szukając wzrokiem Malickiej. – Gdzie ona? - Jestem! –zdruzgotana usiadła koło niego. - Nie martw się – starał się uśmiechnąć. – Jak ja was znalazłem, to i inni tu dotrą. Wiedzieli, że was szukam. - Oby zdążyli – odparła. – Dlaczego tata nic nam nie powiedział, przecież mogło nie dojść do tego wszystkiego? - Bał, się – szepnął. – Twoja matka nic o tym nie wiedziała. Myślał, że tamten nigdy nie wyjdzie z Tworek, nie przypuszczał , że nawieje i obmyśli coś takiego, nie docenił go.
Malicka zaczęła uważnie oglądać ranę brata, trochę się znała na tym, kiedyś przechodziła przeszkolenie medyczne. Kula przeszła na wylot, ale musiała przebić jedno płuco i przypuszczalnie uszkodzić kręgosłup. - Możesz się ruszyć? - Nie – westchnął. – Ja tego nie przeżyję , myślcie o sobie. Jeśli tylko nadarzy się okazja uciekajcie, ratujcie się. Nagle ze zgrzytem otworzyły się drzwi i w progu z rewolwerem w dłoni stanął Adam. - Idziemy! – zwrócił się do Aldony. Wstała z wahaniem ze swojej pryczy. Spojrzała na swoich współtowarzyszy, był to wzrok pożegnalny, czuła, że to koniec , ale nie chciała bydlakowi dać satysfakcji. Pewnym krokiem wyszła z celi, drzwi zatrzasnęły się. Siedzieli w milczeniu odrętwiali z przerażenia, Wprawdzie wiedziały , że dzień ten nadejdzie, ale dopiero teraz zdały sobie sprawę, że przyjdzie im zaraz pożegnać się z tym światem. Po jakiś piętnastu minutach ponownie otworzyły się drzwi i Adam zabrał drugą ofiarę…Karolinę. Chwile stawiała opór, ale silnie uderzył ją w głowę, a później otumanioną za włosy wywlókł na korytarz. - Nie dane nam było nacieszyć się sobą – jęknął Marek. – Może tam gdzieś uda nam się spotkać. Bóg z tobą siostro. W tym momencie ponownie w progu stanął Adam. - I została sama rodzinka – zaśmiał się złowrogo. – Ciebie bracie nie ruszę i tak zaraz zdechniesz, ale siostrzyczką ja się zajmę . Niech tatuś zobaczy, że troszczę się o jego Cukiereczka! - Chodź! – wyciągnął rękę w jej kierunku. - Nigdy! – krzyknęła cofając się. – Ty świrze, nasz ojciec to się w grobie przewraca z żałości ,że nie zatłukł cię za młodu! Ty zwyrodnialcu! - Chodź tu suko! – krzyknął i ostro ruszył w jej kierunku. Chwycił ją za włosy i pociągnął do siebie. Przewróciła się na podłogę, ale on nie zważał na to, tylko ciągnął. Zatrzymał się na chwile w progu i spojrzał na Marka. - Nie zamykam byś słyszał ich jęki. Słuchaj i cierp braciszku! – zaśmiał się i ciągnąc opierającą się Martę wyszedł na korytarz. Tak jak pozostałe Malicką dociągnął do salonu. Następnie związał i rzucił w kącie. - No to jesteśmy w komplecie – oznajmił patrząc na swoje ofiary. Następnie zaczął usuwać meble z pomieszczenia. Krzesła wyrzucił na dwór, a stół przeciągnął do pomieszczenia obok. - No to rozpoczynamy zabawę – zaśmiał się i ułożył swoje ofiary na środku. Z pudełka stojącego na parapecie wyjął strzykawkę i dwie buteleczki. - Pewnie chcecie wiedzieć, co to jest? – zaśmiał się pod nosem. – Macie do tego prawo. Jest to mieszanka kurary z jakimś tam świństwem…. istna rewelacja. Wstrzykujesz to ofierze i możesz ją rozwiązać, bo i tak nie może zrobić żadnego ruchu. Mało tego, możesz jej odcinać członki na żywca, a ona wszystko czuje, a nie wykona najmniejszego ruchu. Co wy na to? Prawda, że rewelacja? Nauka czyni cuda. – pokręcił głową i napełnił strzykawkę. Która pierwsza? - stanął nad kobietami z obłędem w oczach , cały spocony z emocji. Teraz można było zauważyć różnicę miedzy nim a Markiem. Niby byli tacy sami, ale jednak widać było różnice. Ten był nadpobudliwy, miał nerwowy rozbiegany wzrok, twarz bardziej szczupłą, cerę szarą …..prawie ziemistą. - No dziewczynki, coś nie ma chętnych? Śmiało, pierwsza odejdzie pierwsza, jest, o co się bić. - Bydlę! – krzyknęła Aldona i splunęła w jego kierunku. - No i mamy pierwszą chętną – zaśmiał się i podszedł do adwokatki. Następnie wbił jej igłę w ramię i prowadził do organizmu połowę zawartości pojemnika. - Za chwilę zacznie działać – rzucił przez ramię, podszedł do Karoliny i przez ubranie wstrzyknął jej w rękę resztę substancji. Wrócił do okna , nabrał połowę dawki i skierował się do Marty. Ta broniła się jak oszalała, kopała i wierzgała. On jednak tym się nie przejął. Przygniótł ją swoim ciałem i na oślep wbił strzykawkę w brzuch. - Warto było się bronić? – burknął wstając ze swojej ofiary. Podszedł do Głowackiej i rozwiązał ją. Specyfik działał, kobieta, mimo, że próbowała nie była wstanie wykonać żadnego ruchu. Leżała bezbronna, a on bawił się układając jej ciało w śmieszne pozycje. Podszedł do Karoliny i też ją rozwiązał. - Tobie muszę podłożyć coś pod szyję żeby nie stępić maczety przy odcinaniu głowy. – zaśmiał się ponuro i podszedł do kupki drzewa przy kominku. Chwycił jedno polano i podłożył pod głowę ofiary. Wygodnie? - Nie bój się , to nie będzie bolało – poklepał ją po policzkach i skierował się do Marty. Tymczasem dziennikarce zaczęły ciurkiem lecieć łzy. Umysł ogarnęła panika i jedyną oznaką, że zdaje sobie sprawę z tego, co za chwilę nadejdzie były te łzy, ciało, bowiem nie słuchało poleceń. - No Martusia, teraz ty – rozwiązał siostrę i tak jak pozostałe ułożył pośrodku pokoju. - Teraz dziewczyny róbcie rachunek sumienia – wielki uśmiech zadowolenia rozświetlił jego oblicze. – Ja tymczasem pójdę po maczetę. Zacznę od dziennikarki…. No, bo w sumie ona jest tu tylko dlatego, że jest ładna. Zacznę od głowy. Wy zaś pozostałe będziecie miały większą frajdę, u was skończę na…… głowach. Dostąpicie zaszczytu ujrzenia mojej pracy w całej krasie zanim wyzioniecie ducha. Ten ostatni obraz weźmiecie ze sobą w zaświaty, to mój prezent dla tatusia. Ha, ha, ha – zaśmiał się ponuro. - Aha, bym zapomniał o najważniejszym, przecież muszę ustawić zegar. – Podszedł do szafki w kącie i wyciągnął z szuflady starodawny metalowy budzik. – Mam do dwudziestu minut czasu, później specyfik przestanie działać. Powinienem was rozczłonkować właściwie w piętnaście minut, musze się spieszyć. Musicie przyznać, że to duże wyzwanie. Trochę mi szkoda, że tyle lat czekałem na ten dzień i mam tylko piętnaście minut. Postawił zegar na widoku i wyszedł do pomieszczenia obok. Kobiety patrzyły na przemian na siebie i na poruszające się wskazówki, a w ich wzroku była tylko potworna rozpacz i strach. - No jestem – po chwili stanął pośrodku nich z potężną maczetą w ręku. Rozkoszował się widokiem swoich ofiar. – Zaczynamy dziewczynki! Tatusiu, to jest ostatni prezent dla ciebie, moja świąteczna pocztówka z tego świata. Podszedł do Karoliny i stanął nad nią. - No, lepiej nie zamykaj oczu, przecież to jedyna okazja by z boku zobaczyć swoje ciało – zażartował , a następnie dotknął ostrzem jej szyi. Podniósł maczetę w górę, kobiety zamknęły w przerażeniu oczy czekając na najgorsze i wtem………. padł strzał. Karolina poczuła przygniatający ją jakiś ciężar. Otworzyła oczy i zobaczyła na sobie Adama. Leżał nieruchomo nie dając znaku życia. W drzwiach salonu ciężko opierając się na futrynie stał Marek. W opuszczonej dłoni trzymał dymiący pistolet. Patrzył na nie i uśmiechał się. Nie mógł jednak podejść, nie miał już siły. Wolno osunął się przy ścianie. - Zaraz wam minie – próbował mówić tak , by zrozumiały, ale kosztowało go to dużo sił. – Zwaliłem po drodze jakiś piecyk i dom zaczyna się palić. Musicie starać się jak najszybciej pobudzić swoje ciała do życia, inaczej tu spłoniecie. Próbujcie, musicie dać radę! One jednak leżały i nerwowo patrzyły na budzik. Z korytarza zaczęły wydobywać się kłęby dymu. Było go coraz więcej, temperatura zaczęła drastycznie się podnosić, oddychanie sprawiało coraz większą trudność. - Ruszcie się ! – zaczął krzyczeć. – Macie mało czasu, za chwilę będzie po was! Starały się, leżały i walczyły ze swoimi ciałami, ale nie mogły odzyskać kontroli. Może źle wyliczył dawkę? Może nigdy nie odzyskają czucia i upieką się tu razem z tym świrem? - Szybciej! – krzyknął ostatni raz Marek i zamilkł. Aldona poczuła nagle, że może ruszyć jedną nogą, było to tylko drgnięcie, ale było. Skupiła się bardziej, ponownie spróbowała i faktycznie czuła , że odzyskuje kontrolę nad sobą. Dym uniemożliwiał oddychanie, ogień zaczynał obejmować ściany. Kasłała i jednocześnie starała się rozruszać członki. Udało się, usiadła! Inne ofiary też zaczynały się ruszać. Krztusiły się, łzy płynęły im ciurkiem , gorąco bijące od ognia uniemożliwiało jakikolwiek ruch w kierunku Marka, nie mogły już mu pomóc, musiały ratować siebie. W tlących się ubraniach wyskakiwały przez okno, był dalej, byle dalej od ognia. Leżały na ziemi i nie wierzyły, że to prawda, że żyją. Wstały pomagając sobie nawzajem i z przerażeniem, w milczeniu patrzyły na pożar, który strawił ich nocny koszmar, a zabrał przyjaciela i brata. EPILOGMinął tydzień, był czwartek. Marta wróciła do swojego domu przy Kasztelańskiej, zaś Karolina wprowadziła się do Aldony. Wszystkie trzy starały się wrócić do normalnego życia, choć było to bardzo trudne. Około godziny osiemnastej w mieszkaniu przy Różanej zadzwonił telefon. Karolina podniosła słuchawkę. - Cześć!- usłyszała. – To ja Marcin z Redakcji. - A cześć! - Przed chwilą dowiedziałem się czegoś i uważałem, że powinnaś to wiedzieć. - Mów? - W zgliszczach tej leśniczówki pod Puszczykowem znaleziono szczątki tylko jednego mężczyzny. - Jak jednego? Przecież było ich dwóch! - Wiem i dlatego dzwonię. Cześć! - O mój Boże! – szepnęła odkładając słuchawkę.
KONIEC
|
|||
| Zmieniony: Poniedziałek, 12 Kwiecień 2010 10:34 |










