Opowieści hrabiny PDF Drukuj Email
Utwory - Książki
Wpisany przez Anna Malinowska   
Czwartek, 29 Kwiecień 2010 11:08


konkurs 2009/2010

 Opowieści hrabiny

Streszczenie:

20 opowieści dziejących się w miejscach rzeczywistych i nierzeczywistych. Występują: hrabina, szyszka Melania, Puchacz, Śpiący Rycerz, Wielorybica Grażyna, andaluzyjska klacz Eleonora, Latający Dywan, Adolf Pasza i inne niezwykłe istoty i zjawiska. Domyślnym narratorem jest hrabina. Wszyscy są wyjątkowi i mają swoje historie. 20 opowieści, to fragmenty tych historii. Opowiadania są różne, ale jednocześnie mają ze sobą związek, i stanowią całość. Owa całość, jest tylko fragmentem jeszcze większej całości, która jest nieskończona. Dlatego też, książka nie ma początku ani końca. Opowieści są tak samo realne jak jawa i sen. Są w nich elementy groteski, absurdu, fantastyki, bajki, poezji, science fiction.

  

JEDEN ZWYKŁY DZIEŃ

 Pewnego dnia pękło niebo. Zrobiła się szczelina. Metaliczny blask w formie tasaka przeciął całą wyżynę. Hrabina podniosła wzrok znad kowadła. Srebrny młoteczek zawisł nieruchomo. To już drugi raz w tym tygodniu, pomyślała. Lutownica jest w kotłowni, nie teraz, pomyślała. Dokończę najpierw Melanię. Szybko więc, wyklepała do końca bolące halluksy Melanii, zdjęła ostrożnie jej małą, pokrytą łuskami stopę z kowadła i odłożyła na wacik kosmetyczny. Kowadło to spadek po dziadku hrabiny. Dobra rzecz. Tak naprawdę służyło tylko do jednego celu, do klepania głupot. Rzecz nader poważna u von Skrzatów. Klepanie mają w genach, to i obowiązek jak i wielka przyjemność. Hrabina Anna von Skrzat miała wiele przymiotów, jak i przedmiotów. Niezrównanie skakała na skakance, najzręczniej ze wszystkich dobijała ranne ptaszki o poranku, swą podręczną miserikordią. Kochała się w misternych przedmiotach pierwszej i szesnastej potrzeby. Wszystko ma swój cel, widziała o tym. Przed śniadaniem lubiła się przechadzać korytarzami swego zamku, niezliczone galerie, krużganki, słyszały stukot jej obcasów. Echo niosło się po sklepieniach, odbijało matowo od wielkich drzwi, zalegając w końcu w cynowych nocnikach, nieużywanych od dawna, zarośniętych morską trawą i tymiankiem. Cisza rozlewała się jak mokra kołdra. Hrabinę przechodził w takich momentach dreszcz szczęścia. Szła więc do omszałej łazienki i dwie godziny czesała włosy. Były rzadkie. Było ich szesnaście, rozdzielone  równo przedziałkiem. Wymagały uwagi i pielęgnacji. Hrabina nie była zbyt urodziwa, ale za to czarująco kosiła trawnik w butach do konnej jazdy. Życie miłosne hrabiny…, któż je zna. Tylko nocne ćmy i posępne kandelabry odbijały w sobie trzepot jej serca. Fakt, cierpiała na arytmię. Czasami tak dygotała, że aż musze gówienka odpadały ze starych portretów. Moje zdjęcia, moje wspomnienia…, mruczała, zbierając musze odchody. Bo to wcale nie tak. Powiem wam jak… Czasami hrabina nie mogła spać. Wyciągała wtedy z szafy białą kołdrę po prababci, wtulała się w nią dokładnie, w jej zatęchły, duszący odór minionych wieków. Lubiła te chwile. Ciemność, ćmy, zaduch i błysk fleszy. Wpatrywała się w ciemność i zaczynały napływać obrazy. Wyłaniały się krzywe linijki, zastygłe w tańcu pomidory, upadłe gwiazdy walające się bezładnie po trawniku, jakieś laczki wujka Ernesta, każdy z fantazyjnym monogramem…, formy do ciasta i formy bez treści. Środek nocy. Wtedy przylatywały wielkie, poważne ćmy w okularach przeciwsłonecznych. Przysiadały na oderwanych tapetach, wyciągały z kieszeni maleńkie cyfrówki i zaczynały robić zdjęcia. W stronę hrabiny błyskało tysiące małych gwiazdek. Od tysięcy fleszy uwalniały się z tapet wolne elektrony. Podmuchy wiatru unosiły je przez okno, w dal, do wsi, za kościół, dalej, za przystanek pekaesu… do wielkiego miasta, gdzie ruch i wielkie możliwości. W taką bezsenną noc powstawały setki zdjęć, maleńkich jak ziarnka piasku, ale za to o znakomitej rozdzielczości. Ćmy naklejały je później na portretach przodków. Powstała pokaźna kolekcja. Duma hrabiny i wszystkich jej krewnych. Von Skrzatowie potrafią cenić sztukę. Ale nie tylko owady mieszkały z hrabiną. Na lewo od huśtawki, w piątej, wschodniej wieży zamieszkał pewien Puchacz. Najpierw spoglądała na niego podejrzliwie, ale kiedy wleciał do kominka, wytknął głowę i zawołał:

— a kuku!! — odetchnęła z ulgą.

— ­­­­To swój — pomyślała.Puchacz jak każdy milczek był namiętnym gadułą.

Uwielbiał kurz i kółka dyskusyjne. Tak sie zapalał w dyskusji, że szumem skrzydeł rozwiewał hrabinie szesnaście misternie ułożonych włosów. Nie gniewała się, też ma swoje pasje i wie jak to jest. Puchacz był skryty, co można było dostrzec po awanturniczym charakterze, skrywanym za soczewkami w biedronki. Był kiedyś zraniony, i trochę to było widać i czuć. Pod piórkami nosił kołnierz ortopedyczny na biodrach. Każdy jest jaki jest, hrabina to wiedziała i nie zaglądała puchaczowi do dzioba. Dla wszystkich starczy miejsca. Amen.

PUCHACZ

 Puchacz uważa się za materialistę, za pragmatyka. Lubi porządek i czyste szkło. Mówi że jak coś jest napisane, to tak ma być i basta! Wierzy w słowo pisane i malowane, koniecznie zakurzone. Czysta, nowa książka to bubel. Hrabina doskonale to rozumie. No i liczy, Puchacz ciągle liczy…

Przed piątą  wieżą  rosną dwie olbrzymie jarzębiny, mutanty z Andaluzji. Co miesiąc, Puchacz dokonuje inwentaryzacji jarzębinowych liści. Liczy wszystkie skrupulatnie, i bardzo się denerwuje każdą pomyłką. Kulki jarzębin też liczy, ale że nie za bardzo rozróżnia kolory, to mylą mu się kulki z liśćmi, i wtedy wpada naprawdę w szał. W szale wytrąca z siebie kurz. Gubi go wiele, a wraz z nim urodę i prestiż… Potem czuje się nieswojo, jak nagi, taki czysty i świeży...Zawstydzony bo odkurzony. Hrabina dyskretnie podpisała z Sowa Uszatką umowę o dzieło, by policzyła kulki jarzębin i w ten sposób odciążyła Puchacza. Hrabina wytłumaczyła Puchaczowi jak umiała, że to zbyt prozaiczne zajęcie jak na jego talent. Spojrzał, pomyślał, odkaszlnął i powiedział:

— dobrze

A wszystko przez jego gorące serce, kiedyś obite boleśnie gumowym młotkiem.Puchacz mózgowiec… hmm…To wszystko pozory. Czasami widać go, jak nocą krąży bez celu po granatowym niebie. Zatacza kółka nad zamkiem, gubiąc przy tym osobiste zapiski. Hrabina zbiera je rano, i nadziewa na szara nitkę. Nic nie może zginąć u von Skrzatów. Puchacz, w takie noce potrafi zniknąć. Widują go nietoperze, jak u sąsiadów na dachu, przytulony do anteny telewizyjnej, wsłuchuje się w brazylijskie seriale i szlocha bezgłośnie. Ogromne łzy spływają po upierzonej piersi. Nawet nietoperzom robi się jakoś nijak wtedy, chociaż twarde są ,bo z górniczego rodu pochodzą. Puchacz potrafi zastygać przy antenie na całe godziny. Marzenia o księżniczkach, uroczych podwieczorkach, kwiatkach kwitnących pod oknem, które podlewa rankiem ukochana Puchaczowa, a on z uśmiechem wyciera sobie dziób serwetą….Nadchodzący ranek rozmywa jego zbolałe ciało w szarości. W końcu zasypia zmęczony na obcym dachu. Rankiem wlatuje przez kuchenne okno, ponury jak gradowa chmura, zastając hrabinę przy śniadaniu. Siada na poręczy krzesła i patrzy, raz w prawo raz w lewo, na hrabinę, na prawy pazurek…, wyjmuje notes i coś mamrocze że czasu tak mało, a tyle dziś do zrobienia…, w końcu zastyga i zerka na hrabinę. A hrabina wie że już czas… idzie po ścierkę, tę czarną w seledynowe trumienki i spokojnie wyciera Puchaczowi mokre piórka. Że niby w nocy padało…­

— Tak, tak… oczywiście, wiem — odpowiada hrabina.

— Słyszałam ze wichura pozrywała wszystkie kłódki w hrabstwie.Potrafią się dogadać, w końcu to rodzina. Hrabinę bolą te nocne eskapady Puchacza, ma swój dom, a lata do obcych! Nawet zamówiła już antenę telewizyjną na allegro, i zaleciła wykonać przytulną budkę na dachu, by już nigdzie nie latał. Przeziębi się i będzie marudził. Już tak było kiedyś… A to muchę mu przynieś…

 — a dlaczego to okno jest w tym miejscu?

— i gdzie do diabła są moje ulubione seledynowe klamerki?!i tak dalej… Hrabina jest cierpliwa, prawdę mówiąc ma do niego wielką słabość. Gdy się tak awanturuje, wystarczy go łagodnie pogłaskać po brzuchu, natychmiast się uspokaja, oczy zachodzą mu kurzem, otwiera dziob i…. zasypia. Kupiła mu wideo i kolekcję filmów fantasy. Też je lubi. Siadają wieczorami przed lustrem i oglądają filmy, bawią się przy tym jak dzieci. Puchacz nawet hrabinę za warkocz pociągnie, a hrabina go za ogon i tak sobie żyją. Czasami hrabinę przygniata bazaltowy wiatr, i wszystko zastyga. Odchodzi wtedy na wrzosowiska. Śpi pod kurhanami, a niebo rozpada się na kawałki. Tak ma. Puchacz, chociaż szalenie zajęty, potrafi wtedy rzucić wszystko i szukać hrabiny po wrzosowisku. Szuka tak długo aż  znajdzie. Opada powoli na ziemie by hałasu nie robić. Siada w kucki przy skamieniałej hrabinie i dyskretnie wciska jej w białą dłoń, starą wyrobioną pieczątkę.

— To moja ulubiona - mamrocze.

— Jest dla ciebie— Chodźmy do domu hrabino…, bo tak jakoś pusto w kuchni, i trumienki na serwetce zaczynają bez ciebie znikać….Hrabinę chwyta wzruszenie, nic nie mówi, ale jest Puchaczowi bardzo wdzięczna. Obejmują się w pasie i szurając nogami wesoło wracają do zamku.  

MELANIA

 Melania nie miała zachcianek, żadnych. Wszyscy miewają zachcianki, nawet szyszki, ale ona nie miała. Melania, szyszka patagońskiej sosny, tkwiła na parapecie okna, wtulona w waciki kosmetyczne, nieustannie zapatrzona  w pejzaż za szybą. Pejzaż morski oczywiście. Patrzyła na morze wzburzone, szumiące, lub gładkie jak skóra śpiącej foki. Zupełnie nie przeszkadzał jej fakt że morze wyschło już dawno temu. Suche czy mokre, morze to zawsze morze. Oczy Melania miała ogromne, błyszczące, zasnute mgłą. Matowiejące codziennie coraz bardziej i bardziej. W końcu przepływające chmury przestały się w nich odbijać, i oczy Melanii zaczęły przyciągać mgłę. Tak się działo w październiku. Dokładnie - piętnastego. Dlaczego piętnastego, tego się Hrabina Anna von Skrzat herbu Pompon nigdy nie dowiedziała. Tego dnia następował nieznaczny ruch. Łuski na obfitej piersi Melanii zaczynały trzeszczeć. Pierś falowała gwałtownymi westchnieniami. Maleńkie, zasuszone nasionka wypadały spod pach Melanii i toczyły się bezgłośnie. Z parapetu na podłogę i pod globusy, po porozkładanych mapach, wszędzie , aż pod drzwi i za wiadro. Mamrotała wtedy ledwo dosłyszalne słowa:

— kiedyś to było zlodowacenie…, a teraz co?..., to już tyle lat…, że usta jak nóż silne i zimne… Patagonia…, tumany kurzu…, kobieta albatros…, pamiętasz uzdrowisko w Andach?….

— chlorofil tak tętnił w żyłach… ,żar łuski…, kiedyś…..

Piętnastego października, hrabina udawała że jej nie ma. Właściwie nie musiała zbytnio udawać. Siedząc na podłodze, na wielkiej mapie świata, dokładnie na Oceanie Lodowatym, grała w karty sama ze sobą. Nawiasem mówiąc, jeszcze nigdy nie wygrała. Kątem oka obserwując Melanię, razem z nią wędrowała po niewyraźnych zboczach argentyńskich Andów i pachnących żywicą uczuciach. Szyszka Melania jest wysoko urodzona, zdaje się na wysokości 2500 metrów nad poziomem morza. Góralskie pochodzenie widać było po silnej budowie ciała i dumnej posturze. Otyłość i pewna zmysłowość wieku dojrzałego, dodały Melanii miękkości i szlachetności. Pulchne białe dłonie i pełne usta, mówiły same za siebie. Życie Melanii musiało być bujne i pełne gwałtowności. Piętnastego października potrafiła rozszarpać trzy waciki kosmetyczne, jeden po drugim, w jakimś nieobecnym zapamiętaniu. Siedem lat temu uderzyła się nawet prawa ręką w biodro, tak silnie że aż hrabina upuściła asa kier. Coś małego wyfrunęło wtedy spod szesnastej łuski od dołu szyszki. Maleńki papierek opadł na Donieck. Dość daleko od hrabiny, wówczas grała, leżąc na Pustyni Gobi. Miała niańkę z Mongolii, i sentyment pozostał.Hrabina od niechcenia przeczołgała się na zachód, i znad kart zerknęła na papierek. Buenos Aires, 15 październik 1815 rok przed Kaktusem, „Opera za trzy bambosze” Bilet do opery, wypisany zielonym atramentem, bardzo wyblakły.

Hrabina zadumała się. Nigdy nie była w operze. Von Skrzatowie zanikają w odległości 22 kilometrów od domu. I tak, leżąc, podłożyła dłonie pod brodę i zapatrzyła się w Melanię. Na dramat którego nigdy  nie pozna.W bladym świetle października dostrzegła resztki pazłotka na paru łuskach i zardzewiały kolczyk zawieszony pod kolanem lewej nogi. Ledwo widoczny, w kształcie płonącego zeppelina. Zeppelin trzymał w pysku różę, kiedyś zapewne karminową. Może była stewardesą? - pomyślała hrabina…Hrabina podczołgała się bliżej u usiadła na wyspie Togo. Melania była analfabetką. Liczyła  specyficznie, przeważnie na łut szczęścia. Gdy przybyła miała tylko trzy rzeczy: dwumetrowe cygaro, książkę i baletki. Cygaro wypaliła na plaży, baletki zawsze miała nałożone na  szyszkowe stopy. Prawdopodobnie nosiła je od urodzenia, bo miały pokaźne rozstępy. Książka natomiast to zagadka. Zaraz po przybyciu do sali globusów, wsunęła ją bez słowa za wiadro i nigdy później nie powiedziała słowa na ten temat. Hrabinę intrygowała książka, niestety wrodzona kultura i krótkowzroczność nie pozwalały jej nic dostrzec za wiadrem. Okulary zgubiła hrabina na wrzosowiskach, a soczewek arystokracji nosić nie wolno. O kulturze hrabina nie miała pojęcia, bo się z nią urodziła.

Co 16 lat, Melania z ociężałą stanowczością spadała z parapetu i turlała  się przez całą salę, wtaczała za wiadro i znikała na całe dnie. Tak się bez niej dłużyło, i tak było cicho bez milczącej Melanii. Hrabina kładła się wtedy na Rowie Oceanicznym i zasypiała. Obudził ją blask. Przed nią stała wyprostowana Melania, z twarzą tak piękną, że hrabina z wrażenia doznała skurczu serca i barku. Ciało Melanii wydawało się młode i stare zarazem. Emanowała jednocześnie pięknem zachwycającej toporności i cudownej eteryczności. Była prosta i skomplikowana. Wyniosła i skromna. Daleka i bliska. I nagle, przykładając lewą dłoń do piersi, zaczęła śpiewać: 

Ma ziemia pachnąca rodzi dumne pnącza

Orderami pokryta traw kraina lśniąca

Z wiatrem wysokim płyną kondory

Wokół masztów sosen splatając kędziory

Bujne rozlewiska i ogromne miasta

Niejedna się szyszka za nie pochlasta

Pochlasta, pochlasta

 Sta, sta 

Ojczyzna ma dzika krwi historią spływa

Tatuaż wielkiej  chwały ciało jej pokrywa

Honor i cierpienie utwardziły jej suknie

Od smutnej emigracji niech mi serce huknie

Huknie, huknie

Nie, nie

 Argentyńskie zapałki płonęły na stosach

Z pąsową różą w ogolonych włosach

Inkwizytorzy prezydenci i ziarnka fasoli

Sztandary nieśli przez wieki niedoli

Niedoli, niedoli

Oli, Oli 

Ma miłość została daleko pod niebem

Pozostał mi smalec pomazany chlebem

Cudowna miłość zdrewniała na wióry

Oto spowiedź bolesna argentyńskiej córy

Córy, córy

Óry, óry 

Korkociągi kurzu zamarły w powietrzu wraz z ostatnim dźwiękiem. Melania z wyczuciem pochyliła głowę na piersi, jednocześnie drugą dłoń kładąc na pierwszą. W tym był styl, i to wielki styl. Hrabina oniemiała, i pierwszy raz w życiu pożałowała że nie ma ojczyzny ani prezydenta. Blask i łagodne rozmarzenie bijące od Melanii sprawiło, że serce hrabiny zaczęło gwałtownie bić. Hrabina z wielką mocą zatęskniła za wrzosowiskiem i kurhanem, za miejscem spotkań z Puchaczem. Za jego spłoszonym wzrokiem, miękkim puchem pod piórami i ostrymi szponami. Oczy zaszły jej mgłą i uśmiechnęła się pod wąsem.

— Metale kolorowe źle znoszą oschłość pontonów… dobiegł jakby z oddali głos Melanii.Szyszka Melania stała zadumana na wielkiej mapie świata, na zielonej plamie Amazonii. W zieleni było jej do twarzy.

— Tutaj…, dotknęła czubkiem baletka ciemnozielonego miejsca na mapie…, zaginął luksusowy transatlantyk „Wercyngetoryks”. Płynęli nim więźniowie  w różowo- białych pasiakach. Załoga statku składała się z carskich kadetów i najlepszych dżokejów ze stajni biskupa Dżakarty. Wszyscy zaginęli w dżungli. Melania zamilkła i wdrapała się na parapet okna. Zaczęła wolno wygładzać rękoma łuski.Zaczynała powoli nieruchomieć. Nagle, z niespodziewaną  energią, odgarnęła kosmyk włosów za złuszczone ucho, i postukała małym palcem prawej ręki w brudną szybę. Nagle jesień stała się bardzo jesienna.

— Wszystkich zadusiły liany…, byłam przy tym… Szept Melanii odbił się dudniąco od tapet i walnął w najbliższy globus. Groza zatrzepotała jak szalona. Hrabina odruchowo zadusiła ją parasolem. Nieuchronnie nadchodził szesnasty październik. Hrabina rozdała karty. Szyszka zamilkła na dobre. Za 365 dni  być może hrabina dowie się czegoś o krewnych Melanii. Warto czekać .Hrabina rzuciła karty i poszła obciąć paznokcie. Niedługo przypłyną listopadowe wieloryby.  

LISTOPADOWE WIELORYBY

 Falujące pola wsuwek do włosów, migotały wesoło na powierzchni oceanu. Znacząc północny szlak migracji wielorybów, kłuły w oczy nadchodzącą jesienią. Listopadowe wieloryby, lubiły wsuwać sobie we włosy, patagońskie sosny. Wsuwka walenia miała około osiemdziesięciu metrów długości. Była silna i otrzaskana z górskimi łańcuchami. Patagońskie sosny mieszkały na zboczach potężnych patagońskich gór. Wysoko, wśród mgieł i zimnych wichrów mówiły same do siebie, zawsze od serca. Z wiekiem stawały się wyższe, więc mówiły same za siebie, ale za to z głowy. W listopadzie sosny schodziły z gór na brzeg oceanu. Kroczyły jedna za drugą, starannie ryjąc korzeniami ziemię. Szybko i bez ociągania.

— W milczeniu, bo szkoda słów gdy czas nas goni…, zanuciła ostatnia sosna i obejrzała się z niepokojem. Pierwsza sosna przyśpieszyła. Na plaży czekały trzy cacka, sześćdziesiąt bibelotów i tysiąc jeden drobiazgów. Do tej pory, o Znakomitego Gościa roztrzaskało się na pewno już kilka tłustych statków. Znakomity Gość był kiedyś pomnikiem, a jeszcze przedtem sławnym pisarzem. „Starego człowieka na motorze” znał i podziwiał cały świat. To arcydzieło literatury, przyniosło pisarzowi nagrodę Nobla. Wspaniały historyczny fresk, o życiu niepełnosprawnych Westalek na wschodnich rubieżach imperium perskiego, na przełomie ery brązu i różu, doczekał się wielu wydań w twardej okładce. Pisarz był znany, bogaty i zdrowy. Prawie zdrowy. Niestety był mały problem. Wybitnemu artyście pękała skóra na piętach. I to z hukiem i trzaskiem, bo pięty miał pokaźnych rozmiarów od czasu gdy powiększyła mu się stopa życiowa. Najsilniej waliło w trakcie rozdawania autografów. By wytłumić detonacje wydobywające się z eleganckich butów, pisarz rozdawał autografy tylko w trzaskający mróz. Bolesna i wstydliwa przypadłość psuła pisarzowi wizerunek i hamowała karierę. Tylko maść z szyszek patagońskich sosen, była w stanie zagoić rany jego utalentowanych stóp.

Wielki człowiek odwiedził Patagonię jeszcze przed śmiercią. Zakupił kontener cudownych szyszek, przyjął order, pocałował dziecko i odpłynął z szarej przystani. Na pamiątkę tych wydarzeń postawiono pisarzowi monumentalny pomnik. Znakomity Gość, bo tak nazwali posąg miejscowi, stał po kolana w wodach oceanu, niedaleko od brzegu. W prawej ręce trzymał długopis, a w zębach fajkę. Lewa ręka zwisała swobodnie z powodu paraliżu. Spod prawego oka spływała nobliście zgrabnie wyrzeźbiona, kamienna łza. Subtelny symbol jego uczuciowej natury albo znamię. Nocą, potężna fajka Znakomitego Gościa generowała czerwone błyski. Oryginalna latarnia morska działała do pierwszego sztormu. Niby nic, a zawsze coś. Z czasem, ocean i sól zatarły rysy twarzy. Wygładziły surdut na blachę. Po długopisie nie zostało śladu. Nieustanne uderzenia fal zmiękczyły surową posturę Znakomitego Gościa. Posąg nabrał kobiecości i zaczął pachnieć sztucznymi kwiatami. Zapach o właściwościach magnetyczno-narkotycznych był niezwykle silny. Przywabiał kondukty pogrzebowe, kondory i kutry wojenne.Szkoda że okolica wyludniła się już dawno temu. Szykowne pogrzeby z muzyką i pompą rozweselały tę ponurą krainę. Kondukty pogrzebowe, jak czarno-srebrne kwiaty,  rozkwitały niegdyś na zapylonych drogach i płaskowyżach Patagonii. Przepiękne czarne karawany, ciągnięte przez równie stare, czarne rumaki, sunęły wolno za chudym wiatrem na wyblakłe wrzosowiska. Omijając od wschodu cmentarzysko wiewiórek, kierowały się z wdziękiem na północ. Potem autostradą do słońca, i już po godzinie, przed oczyma ludzi, koni i kwiatów ukazywał się nieczynny „Parking Dzieci Sancheza”. Parking był ogrodzony i pod gołym niebem. Zajmował obszar 210 hektarów i był zupełnie pusty. Nad parkingiem latał olbrzymi wentylator. Prawdopodobnie na pilota. Pilota nigdzie nie było. Wentylator najwyraźniej się miotał. Najwyraźniej nie mógł się zdecydować, co chce wentylować. Kondukt zatrzymywał się. Taka była tradycja. Ludzie, konie i kwiaty wyjmowali z toreb przekąski i napoje. Oranżadę w proszku i koreczki z kiszonej kapusty. Posilając się, oklaskiwali kotłujący się wesoło, brudny pył. To szalejący wentylator wzbijał wciąż nowe i nowe słupy piachu. I tak bez końca. Ale czas w drogę. Ludzie, konie i kwiaty poskładali leżaki w czarno-srebrne pasy, i ruszali przed siebie. Karawan skrzypiał zawadiacko, żałobnikom wesoło trzaskało w stawach. Przygoda, przygoda..szeleściły sztuczne kwiaty. Kondukt kierował się w stronę oceanu. Wentylator i parking zostawali sami, jak zawsze. Ale nie do końca. 21 kilometrów na północny-zachód, w sektorze 118d stał zaparkowany biały Ford Mustang. Kabriolet z 1723 roku. Na przednim siedzeniu, od strony pasażera siedziała zakurzona lalka Elfrydy Sanchez. Lalka miała na imię Claudia.

Mała Elfryda nazwała swą pupilkę na cześć słynnej chińskiej florecistki, popularnej w latach dwudziestych w okolicach Islandii. Niezwykła Claudia była ulubienicą patagońskich dziewczynek ładnych parę lat. Claudia była zadbana jak na swój wiek. Siedziała w mustangu już jakieś osiemdziesiąt lat i nadal miała główkę i rączki. Korpusik także był nienaruszony. Trzeba przyznać że zachowała styl. Tylko te oczy zdziwione. Nieruchome jak oczy lalki zdawały się mówić do brudnej szyby. Mam brudne, zakurzone uda…, samotność śmieci…, wody…, wody…, nie tak miało być… Wątłe, lalczyne myśli ulatywały jak papierki od cukierków. Szybko dopadał je wiatr. Rwał na strzępy i unosił na wschód, na Madagaskar. Albo gdzie indziej, gdzie kraina czarna i skwarna. Wiatr nieustannie rzucał piachem. Z przyjemnością i celnie, bo i cóż robić na tym pustkowiu. Rzucał w betonowy parking, w zdziczałe powietrze, lalce w twarz. Claudia zsiniała ale fryzurę miała nienaruszoną. Widocznie wentylator tylko zahaczał o sektor 118d. Nic więcej w aucie nie było, tylko w bagażniku leżał zwykły szary kamyk. O istnieniu białego Forda Mustanga wiedziały trzy osoby. Elfryda Sanchez, jej brat Ernesto i Jose Pampas. Rodzeństwo Sanchez zniknęło lata temu. Jose właśnie znikał w oddali w błyszczącej trumnie. Nie było już nikogo kto by pamiętał o białym mustangu, zagubionym wśród zimnych wiatrów i samotności. Całe szczęście że mały Ernesto Sanchez, osiemdziesiąt dwa lata wcześniej, pomyślał o balaście i włożył kamyk do bagażnika. To był mądry zabieg, ponieważ biały mustang  miał tylko 11 centymetrów długości. Był zabawką, małą i lekką jak piórko. Z łatwością więc, porwałby go patagoński wiatr. Obciążony kamykiem przetrwał na parkingu dwie wojny i trzy mutacje dzikiego kopru. A tak nawiasem mówiąc, Ernesto wykonał karoserię z blachy falistej, Jose zrobił koła  ze zwiniętych w kłębek, pustynnych węży a Elfryda dodała migacze z piór.

Dzięki pomysłowości Ernesta do dziś biały kabriolet cieszy oczy pustynnych jaszczurek i szpiegowskiego satelity pracującego dla rządu Sri Lanki. Brudna, samotna Claudia jest dobrze znana Sri Lankijskim tajniakom. W szufladzie wielkiego rządowego gmachu, leży jej mała kartoteka. Jako biała kobieta w kabriolecie, jest dla wywiadu szczególnie podejrzana. Każdy jej bezruch jest natychmiast fotografowany przez satelitę, a dane odsyłane do centrali. Nieustannie trwa wymiana myśli i wrażeń. Z ziemi do nieba, z nieba na ziemię. W dzisiejszych czasach informacja to majątek. Kto to zrozumie, stanie się kartoteką w białe mustangi na parkingu lalek.

Ale to wszystko nie obchodziło już Jose Pampasa, był martwy i zaczęła boleć go głowa. Trumnę zabito gwoździami na amen. Nie miał czym oddychać. Gdy usłyszał więc, stłumiony szum fal, odetchnął. Już niedługo. Jeszcze parę minut i znajdzie się nad oceanem, gdzie woń Znakomitego Gościa czai się wśród skalnych rozpadlin. Cóż..a potem będzie jak zawsze. Strojny korowód zniknie w falach oceanu, by rozchlapać się na miazgę o twardy brzuch Znakomitego Gościa. Ale to już historia. Ładne rzeczy nie trwają długo. I słusznie. Bo gdy znikają są jeszcze ładniejsze. W listopadzie aromat Znakomitego Gościa robił się wyjątkowo mocny, wręcz zniewalający. Żaden statek nie mógł mu się oprzeć, ponieważ nie miał o co, ani o kogo. Wszędzie tylko woda i woda. Szukaj wiatru w polu. Ale to może innym razem. Statki, nie znajdowały więc tu oparcia. Życzliwego ramienia także nie miał kto podać. Właściwie to Życzliwe Ramię podawało się samo. Nie potrzebowało już ludzkiego nośnika. Samo było sobie sterem i okrętem. Cudem technologii, owocem badań,  kwiatem cybernetyki, łodygą zmagań, ukwiałem marzeń, polipem sukcesu..jednym słowem.. było kończyną nowej generacji wykonaną na inteligentnych włóknach z marokańskiej maślanki. Naprawdę wspaniały ratownik i przyjaciel.Niestety, w listopadzie nie było go na tych wodach. I nic dziwnego, bo listopad to nie kwiecień. Jesienią, Życzliwe Ramię pchane silnym prądem, opływa  Archipelag Brojlerów. To daleko. Bardzo daleko. Wody tam są dzikie a kury niespokojne. Dlatego wody Archipelagu Brojlerów, patrolują Automatyczne Tratwy Policyjne, w skrócie ATP.  ATP wygenerowała ostatni raport pięć dni temu. Podobno widziano Życzliwe Ramię w środę. Wyglądało źle. Było jakby zwiotczałe. Miało urwaną dłoń i nie odpowiadało na ostrzegawcze strzały. Głuche i nieme zniknęło w dali, niesione przez złą wodę. Podobno dryfowało wiele lat wokół Archipelagu Brojlerów, aż kiedyś, pewnego wiosennego poranka, rozdziobały go kruki i wrony. Została po nim tylko dłoń. Dłoń miała szczęśliwą rękę do wiatru. Zaniósł ją daleko na północny-wschód. Szczęśliwie dopłynęła do Grenlandii, gdzie wyłowiła ją Wielorybica Grażyna. Dłoń ściskała w dłoni kurze jajo. Życie jest wieczne i przenosi się różnymi drogami. Poruszona znaleziskiem Grażyna, ofiarowała jajo stadu czereśniowych drzew, a te zabrały je ze sobą. Głęboko, pod grenlandzki lodowiec gdzie pamięć o Życzliwym Ramieniu trwa do dzisiaj. Tę poruszającą, ciepłą historię, szeptały sobie pod kołdrami małe, ciekawskie lodowce. W zimne grenlandzkie noce, opowieść rozgrzewała całe pokolenia lodowych maluchów. Z czasem, opowieść stała się legendą, a legenda mitem. Ale ładnie.

Kutry wojenne nigdy nie szukały oparcia ani życzliwego ramienia. Były żołnierzami. Pływały w marynarkach wojennych, i trzeba przyznać że mundury ładnie na nich leżały. Sentymentalne duperele były kutrom obce. Znały tylko proste zapachy. Smaru, potu i kapitańskiej latryny. U wybrzeży Patagonii, kutry tropiły eskimoskich uchodźców. Zapuszczały się blisko brzegu, ponieważ Eskimosi byli mali i mieli paszporty z futra. Zapuszczone jednostki tropiące nigdy nie wracały do domu. Zaplątane w aromatyczną smugę zmieniały kurs. Zapach sztucznych kwiatów wabił je prosto w ramiona Znakomitego Gościa. To oczywiście metafora. Pisarz już od dawna nie miał ramion, tylko dwie obłe kluchy wygładzone przez ocean. Prując fale po żołniersku, kutry wojenne waliły działami prosto w skałę. Zdziwione i pogięte, tonęły żegnane przez siedzące w kucki, wysmukłe patagońskie sosny, powiewające białymi chusteczkami z urwistego brzegu. Każda tragedia ma swój urok. Dramat żołnierza z kobietą w tle szczególnie jest wyrazisty. Tak samo współczucie kobiety z żołnierzem w tle, dobrze się ogląda. Nieszczęsne kutry znikały pod wodą bulgocząc zawadiacko na pożegnanie. Sosny rozprostowywały pnie i czochrały się o skały. Wysokie i skrzypiące, gapiły się później melancholijnie na nieskończoną wodę. W końcu rozłaziły się po plaży. Krótki jesienny dzień zaczął szarzeć. Chłód i wilgoć wypełzały z oceanu na brzeg. Powoli oblepiały zaryte w piachu przedmioty, wymyte z zatopionych wraków, wywalone na brzeg przez jesienne sztormy. Ściana siwych chmur sunęła od północy. Ominęła z respektem Znakomitego Gościa i zawisła szarym cieniem nad plażą. Sosny snuły się wzdłuż brzegu. Spoglądały tu i tam. Gubiły szyszki, potykając się o żeliwne zlewozmywaki zaryte w piasku. Czasami macały duże torpedy o czerwonych czubkach, lub z ciekawości przekłuwały igłami konserwy wieprzowe. Ryjąc plażę korzeniami, rozgniatały dzienniki pokładowe, ręczniki, muszle klozetowe i fotografie narzeczonych obojga płci. Wszystko to było interesujące, ale nie za bardzo. Szukały czegoś innego. Listów. Sosny dokładnie przetrząsały skrzynki walające się po wilgotnej plaży. Poczta przychodziła tu rzadko a skrzynki były nieszczelne. Listy szybko rozmywała  morska woda. Czas odgrywał  więc tu wielką rolę. Rola czasu zawsze była wielka, i jedna i druga. W jednej dłużył się w nieskończoność, w drugiej udawał że go nie ma. W tej ostatniej utkwił na dobre. Od jakichś dwustu lat udawał że nie istnieje. To trudna rola, wymagająca wiary w siebie i zaniku mięśni. Na scenie, często towarzyszył Czasowi Pieniądz. Pieniądz był szanowanym aktorem, uwielbianym przez tłumy. Gorąco oklaskiwany przez wieki, obsypywany nagrodami rósł w oczach. Dziś, utuczone popularnością monstrualne gałki oczne, turlają się nieporadnie po scenie, jak dwa oblodzone młyńskie koła. Z wysiłkiem puszczają oko do tłumów. Po potężnym mrugnięciu szybko uprzątane są ciała zabitych i rannych. Nikt na to nie zważa. Zachwycony tłum wciąż domaga się swoich idoli. Nasz aktorski duet, daje więc z siebie wszystko. Czas i pieniądz wprost wypruwają sobie żyły by uczyć, bawić i wzruszać.  Nawiasem mówiąc, wypruwają je bilami bilardowymi, by rany były krąglejsze i cóż tu mówić, po prostu ładniejsze. By widownię rozjaśnił także uśmiech dziecka. Przedstawienie trwa ciągle. Nieustannie. Wciąż i za wszelką cenę. Czas i pieniądze nie grają tu roli. Ale grają tam. Nad oceanem. Sosny czekają na listy. Szukają ich wytrwale. Czasem wpadnie jakiejś sośnie w gałęzie, w miarę suchy list. To prawdziwy skarb. Oglądany potem i czytany przez rok przez cały sosnowy las. Brytyjskie krzewy ozdobne potrafią ładnie i obrazowo pisać. O kryzysie walutowym, deszczach i zaparciach królowej z równą elegancją. Patagońskie sosny wysoko cenią sobie korespondencję z Europy. Skrycie zazdroszczą europejskim różom wykształcenia, neonów, dezodorantów i wymyślnych narzędzi ogrodniczych. Ale z drugiej strony.. dobre pustkowie nie jest złe. Niczego tu nie ma, więc nie ma czego sobie odmawiać. Głowa tu nigdy nie boli, a nadwaga znana jest tylko z ulotek. Patagońskie minusy mają swoje plusy. Niektóre sosny nie wracały w rodzinne góry. Niektóre zrzucały gałęzie i korę, i zupełnie nagie, rzucały się w fale jak kłody. Odpływały, by zakosztować  życia wielorybiej biżuterii.

Ogólnie rzecz biorąc, wieloryby nie nosiły ozdób. To kolosy bez wcięcia w tali. Nikt nie wie gdzie żywa wyspa ma biodra. Podarowanie małemu kaszalotowi kowbojskiego pasa, byłoby więc nie na miejscu. Tak samo nie sprawdziłby się skafander i tusz do rzęs. Lśniące kolosy poruszają  się z niezrównanym wdziękiem i szybkością gwiezdnych konstelacji. Wieloryby pochodzą z Planety Milionów Lat. Od niepamiętnych czasów przemieszczają się tunelami międzywymiarowymi. Opływają galaktyki, mgławice i stada krzykliwych komet. Wieczni podróżnicy czasoprzestrzeni. Opasłe i majestatyczne. Tylko one potrafią wprawić w drżenie czarną materię sikając w kucki do czarnych dziur. Niezwykłe, zagadkowe i bez kompleksów. Na skrzyżowaniach tuneli miedzy wymiarowych, czekają na podróżników podręczne szafki. Szafki unoszą się w  próżni, idealnie dopasowane do niczego. Zawierają akcesoria niezbędne do przemieszczania się tunelami do nieskończonych wszechświatów. Każda szafka posiadała Przybornik Walenia. Żelazny zestaw w trzech szufladkach. Trzy szufladki, trzy działy: konserwatorski, ratowniczy i naukowy. W pierwszej szufladzie znajdowały się: masa szpachlowa z antymaterii, spryskiwacz do kwiatów i białe lakierki z diamentowymi obcasami. W drugiej: płaszcz i szpadel, puszka chałwy, gwóźdź do trumny i okno z deszczem za oknem. Zestaw naukowy: zeszyt w fale, długopis, kółko i krzyżyk. Ważne rzeczy. Grażyna znała je na pamięć. Odbyła już wiele podróży. Dużo widziała, nie schudła i była najprawdopodobniej mądra.Wielorybica Grażyna przymknęła oczy. Było cicho. Kołysała się leciutko na powierzchni oceanu. Fale wokół szemrały jak deszcz w listopadowym lesie. W trzecim wymiarze, Grażyna zawsze odczuwała nacisk na jelita. Stękając, obróciła się na plecy. Z jej rudych loków wysunęła się bezgłośnie wsuwka do włosów. Plasnęła o wodę. Zanurzyła się i za chwilę wypłynęła. Sosna popatrzyła drewnianym wzrokiem za oddalającą się wielorybicą. Niełatwo być wielorybią biżuterią. Grażyna oczywiście niczego nie zauważyła. Płynęła beztroska, zamyślona, zapatrzona w dal. Wielorybica Grażyna była coraz większa i starsza. Piękniała z roku na rok. W listopadzie uśmiechała się szczególnie szeroko. W listopadzie, wraz ze stadem płynęła na północ, pod czerwone grenlandzkie klify. Czerwone od czereśni. Grenlandia to kraina lodu. To wersja dla turystów i lodołamaczy. Prawdę znają tylko wieloryby i tłuste domowe koty. Krewniacy w prostej linii. Koty i wieloryby mają identyczne futra. Aksamitne i puszyste. Skromne wieloryby noszą je do wewnątrz, a lubiące przepych koty, na zewnątrz. Różnica jest subtelna, prawie niezauważalna. Tak naprawdę, to w ogóle jej nie ma. Dlatego ludzcy przyrodnicy natychmiast zbudowali na niej teorię ewolucji. Grażyna wie nie od dzisiaj, że ludzie uwielbiają się zajmować tym czego nie ma, a poza tym są tacy mali i najprawdopodobniej spokrewnieni z polipami. Wielorybica  Grażyna jest wielką estetką, dlatego często przewraca się na plecy i płacze. Tryskając wysoko gejzerem łez, zatapia przelatujące nad nią mewy. Wielorybica  Grażyna jest krótkowidzem. Martwe ciałka mew, unoszące się wokół niej na wodzie, bierze za plantację narcyzów. Nucąc piosenkę o zatopionych świecach, wyławia z morza białe kwiatki. Silnymi palcami płetw zgniata je w wielkie bukiety. Bukiety układa sobie na brzuchu i udaje że jest zagubionym katafalkiem. Katafalkiem szukającym drogi do domu…

— Albo może utopię się w stawie? — a welon mój złocisty poniesie wiatr na pola — zmieniła nagle zdanie rozmarzona Grażyna.

Na pola pełne słońca, pyłu i  kłujących ostów. Grażyna wzdrygnęła się, powodując średniej wielkości falę tsunami. Odruchowo nawilżyła mięsiste usta i ogromne czoło mokrą płetwą. Wybujała wyobraźnia to bardzo wielorybia cecha. Pieśń o zatopionych świecach to bardzo stara i długa historia. Wielorybi mit. Zatopione świece były przodkami wielorybów. Miały wielką moc i lubiły hazard. W legendarnej partii pokera, rozegranej dawno temu, gdy woda morska składała się tylko z jednego atomu wodoru, przegrały w karty dwa zestawy genów. Przegrały z Pustynnymi  Wiórami. Dwa nowiutkie zestawy genów odmieniły Pustynne Wióry  nie do poznania. Wydobyły z nich kobiecość. Zmodyfikowane Pustynne Wióry stały się Morskimi Warkoczami i zamieszkały w oceanie. Warkocze były blondynkami i nosiły świecące pasy ze stearyny na biodrach. Przegrane świece do dziś gryzą się w głębinach, świecąc przy tym oczami. Cóż…, za błędy przodków niekiedy płaci się bezkresną otyłością i talentem aktorskim.18 listopada, stado błyszczących kolosów minęło Wrzosowy Klif. Na szczycie klifu stała maleńka figurka. Hrabina Anna von Skrzat przygotowała się na tę chwilę starannie. Obcięła paznokcie i spryskała dezodorantem sandały. Stała nieruchomo jak skała, czy raczej jak skałka, bo nieduża była. Tylko lewą rękę uniesioną miała wysoko, i machała nią w prawo i w lewo.

Tik-tak, tik-tak..klekotała arystokratyczna ręka, jak wahadło w starym zegarze. Lewa ręka hrabiny nieoczekiwanie kończyła się dłonią. A dłoń kończyła się miserikordią. Tik-tak, tik-tak, tik-tak… Miserikordia błyszcząc w słońcu gibała się tam i z powrotem. Hrabina machała do wielorybów rodzinnym klejnotem. Zapachniało wrzosami. Wzruszona spotkaniem hrabina nie zapłakała. Za to zapłakała Grażyna. Zapach dezodorantu szczypał ją w oczy ze wzruszenia.

— Witaj mała arystokratko —  zaśpiewała przeciągle wielorybica. Za chwilę śpiew rozlał się spiralami po niebie i wodzie. Ze wszystkich wielorybich gardeł buchnęła pieśń. Wielorybica opuściła z hukiem powieki. Czego nie widać, tego nie ma. Czego nie ma, tego zepsuć się nie da. Grażyna śpiewała jak natchniona. Magnetyczna, smętna pieśń, wiła się ciężkimi, oleistymi wstęgami. Wznosiła się i opadała łagodnie. Potężniała z chwili na chwilę. Coraz cięższa i piękniejsza. Sto metrów nad wodą, rolowała się jak wielka płachta. Powoli i zmysłowo, ocierając się o morskie powietrze, spływała w dół jak betonowy dywan, by bezszelestnie odbijać się o fale i śpiewające olbrzymy. Czarowna pieśń wielorybów, wydawała się rozległa jak wszechświat. Wydawała się zapraszać do dawno zapomnianej krainy, przykrytej eonami czasu. Wciągała jak sen z którego nie można się obudzić. Hrabina nagle zatęskniła za domem. Bardzo lubiła tęsknić za domem, ponieważ nigdy go nie opuszczała. Dlatego też,  przychodziła w listopadzie na klif. Nie ma w całym wszechświecie większej tęsknoty za domem, niż ta, wpleciona w pieśń wielorybów. Hrabina schowała miserikordię do plastikowej reklamówki, podciągnęła rajstopy i pobiegła do zamku. Wieloryby powoli odpłynęły na północ. Pieśń przycichała. Szum wiatru przechodził w łagodne wycie. Tarmosił karłowate wrzosy porastające równinę wokół zamku. Rozległa posiadłość powoli nie popadała w ruinę. W oknie zamkowej biblioteki, maleńką poważną twarz rozciął ostatni błysk zachodzącego słońca. Melania powoli podrapała się w policzek. Z nieba zaczęły spadać ciężkie krople. Po chwili, szumiący miarowo deszcz przykrył świat  brudną folią. Szara cisza ziewnęła i popatrzyła na Melanię jakby wyczekująco. Szyszka siedziała na parapecie okna z założonymi  rękami. Jak zawsze. Oczy utkwiła w gazecie..

konsumenci domagają się więcej wideł na pilota !

Duży, czarny nagłówek przekrzykiwał szum deszczu. Najbardziej poruszył Melanię wykrzyknik, może dlatego, że kiedyś pięknie grała na tamburynie..? Szara cisza w końcu zebrała się w sobie, i pociągnęła na wrzosowiska omijając pięciopasmową obwodnicę. Melania kopnęła znienacka gazetę, potem jeszcze raz i jeszcze…., gdy wykrzyknik w końcu odpadł, odetchnęła z ulgą. Po dwóch dniach odpoczynku, podniosła go ostrożnie i stępiła. Pleśń z łydek najlepiej zeskrobuje się tępym wykrzyknikiem. Melania zabrała się za pedicure. Do Wigilii, grube łydki Melanii były jak nowe i znacznie szczuplejsze... A tymczasem wieloryby były już u brzegów Grenlandii. Nareszcie były u celu. Szepcząc między sobą czekały na czereśnie. Już za chwileczkę..., już za momencik… W końcu stado czereśniowych drzew ukazało się na lodowcu. Drzewa, jak młode źrebaki zbiegały na wyścigi na brzeg oceanu. Od razu było widać że to młody sad. Zdyszane czereśnie, dopadłszy wody natychmiast zanurzały w niej głowy. Następowało coroczne mycie głów. Uciechy i radości było przy tym co niemiara. Beztroska młodych czereśni jest szeroko znana pod kołem podbiegunowym.

Ach ta młodość… Czochraniu, parskaniu i wytrząsaniu owoców nie było końca. Woda przy brzegu coraz bardziej lśniła czerwienią. Czereśniowych owoców przybywało. Karminowe płachty powoli odbijały od brzegu, kierując się na otwartą wodę. A tu czekały na nie wieloryby. Wspaniałe kolosy uwielbiały smak czereśni. Wyławiały je więc garściami i wpychały w zachwycie do przepastnych ust. Wieszały je sobie na uszach, wpychały do pępków. Rozgniatały na miazgę lepkimi od soku płetwami. Umorusane na twarzach, pstrykały sobie pestkami po oczach. Czasem je wybijając, a czasem nie. Słodki sok rozbryzgiwał się na szczęśliwych, wielkich twarzach. Spływał z potężnych warg. Migotał w słonych falach. Nie ma radośniejszego widoku niż wieloryb jedzący czereśnie. Nie ma szczęśliwszej istoty niż listopadowy wieloryb.

LISICA

 Pogoda była piękna. Ocean był spokojny. Powierzchnia wody mieniła się niebieskim srebrem. Na niebie lśniła rozprażona blacha. Drobne falki, uderzały z pluskiem o brzegi stołu bilardowego, który kołysał się bezmyślnie na powierzchni oceanu, zatopiony w wodzie i myślach. Dobrze polakierowane, stołowe myśli, nie rozpadają się ze starości. Stół wystawał dwadzieścia pięć centymetrów ponad poziom wody. Wokół niego rozciągała się nieskończona tafla lśniącego oceanu. Wspaniały stół został wyciosany z jednego pnia drzewa chlebowego, i natarty chińskimi trującymi grzybami, co gwarantowało odporność na działalność korników i wysokich temperatur. To był standard. Ekskluzywne modele, w skrócie ESB, montowane w samolotach pasażerskich i białych transatlantykach, miały dodatkowe zabezpieczenia. Zmodyfikowane, Ekskluzywne Stoły Bilardowe były odporne na uderzenia kropel deszczu i drobnych meteorytów. Przez zastosowanie sekretnego balastu, były idealnie wyważone, a przez to niezatapialne. Sekretnym balastem był polny kamień, dobrze uleżały w  jałowej ziemi i pyle. Dusza polnego kamienia jest najlżejszą konstrukcją we wszechświecie. Próżnia doskonała jest przy niej jak żeliwny bolec wbity w leśne echo. A poza tym, jest kanciasta i pełna wirujących ciężarków eteru. Dzięki właściwościom kamiennej duszy, zatopienie Ekskluzywnego Stołu Bilardowego jest niewykonalne w żadnym z dostępnych i niedostępnych wymiarów. Stół bilardowy dryfował już trzynasty tydzień. Niesiony wschodnio - mongolskim prądem opłynął  Alaskę, po czym eskortowany przez słonie morskie, ruszył na Pearl Harbor. Później zmienił kurs i ruszył w stronę wyspy  Edwarda Krzywoprzysiężcy,  by znaleźć ukojenie i ciszę. By zapomnieć gwar starego świata, i butwieć na plaży jak każdy porządny mebel. Porządnych mebli na wyspie Edwarda Krzywoprzysiężcy  było mnóstwo. Dostojne i fikuśne, cenne i byle jakie, subtelne i koślawe, drewniane zjawy, zajmowały sporą jej część. Gniły i pęczniały od wilgotnych, gęstych nocy, rozsychały się z trzaskiem, pod naporem maszerujących w południe krabów, wzdychały leniwie, drapiąc się zasolonymi zawiasami, a wieczorami szczerzyły wysunięte szuflady, do ogromnego, pięknego nieba. Wyblakłe, zapadnięte brzuchy sof i kanap, upstrzone gówienkami mewy śmieszki drapały sprężynami poranne niebo. Mewa mieszkała na wyspie i czuła się nieswojo. Rzeka na której brzegach spędziła dzieciństwo i szalone młode lata, wyschła dwa lata temu. Rzeka wypływała spod czerwonej skały i miała grubość dwóch ołówków. Dla obcych niezauważalna, dla mewy śmieszki, była całym światem. Jako ostatni, widział mewę pewien kuchenny taboret, o trzech nogach i dziurawym siedzisku z dykty. Mówił że stała po kolana w wodzie, pióra miała rozwiane, emocje rozchwiane i płakała przejmująco. Mewa śmieszka była smutna. Pewnego dnia zniknęła meblom z oczu. Zniknęła na zawsze. Najprawdopodobniej zasnęła w różowym kredensie, bawiąc się starym guzikiem, i zapomniała się obudzić. Mewy czasem tak mają. Zresztą, kto ją tam wie. Wyspę omijali ludzie, żółwie i wiatr. Wyspę Edwarda Krzywoprzysiężcy kochały  tylko zmęczone życiem i zużyciem meble. 

Gdzieś na końcu świata, z mebla duch ulata,

 pulsowanie słoi wygasa powoli 

Tekst na starym transparencie, wywieszonym u wejścia do portu, bardzo już wyblakł. Oczywiście port był drewniany i dawno już zgnił. Wyspa  Edwarda Krzywoprzysiężcy miała formę drewnianej ekierki. Składała się  w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach z bardzo ładnej, piaszczystej plaży. Pozostały jeden procent należał do krzewu dzikiej róży i czerwonej skały. Róża i skała wyrastały z piasku na samym środku wyspy, miały po dwa metry wysokości, i sprawiały wrażenie schludności i zdrowia. Tchnęło od nich serdecznością i łagodną białą samotnością. Nasz stół bilardowy nieustannie płynął na południe. Piętnastego kwietnia wpłynął na wody Seledynowego Czworokąta. Mijała środa za niedzielą, niedziela za środą. Czas zwijał się w ledwo widoczne fałdki. Grubiały w ciszy i rozłaziły się na wszystkie strony. Każda fałda pełna była wspomnień albatrosów i beztroskiego śmiechu hiszpańskich inkwizytorów, którzy potonęli na tych wodach czterysta lat wcześniej, niż transatlantyk Wercyngetoryks. Z tym ostatnim sprawa była niejasna, mimo iż był jasny, a właściwie biały. Za biały na te wody. Zatonął w środę, w słynnym Seledynowym Czworokącie, na wschód od równika. Szukano go już w czwartek, czyli za wcześnie. Bez znajomości specyfiki okolicznych wód i seledynowych dni, akcja ratunkowa zakończyła się niepowodzeniem.

Piękny liniowiec, załoga i pasażerowie zniknęli bez śladu. Blat stołu bilardowego obciągnięty był pięknym oliwkowozielonym suknem. Na stole nie było ani jednej bilardowej kuli. Potopiły się. Na stole znajdowała się tylko jedna, jedyna rzecz. Jedna, ale za to porządna. Miała styl i ciężar gatunkowy. Była antykiem z niemieckiej, solidnej porcelany. Lis, a właściwie lisica, była naturalnej wielkości i barwy, stała dumnie prawie na środku stołu, patrząc czujnie czarnymi, błyszczącymi oczkami na południowy- wschód. Wspaniałe zwierzę było ulubionym bibelotem pięknej Elfrydy Sanchez, młodej i znanej już twarzy peruwiańskiej telewizji. Przepiękna lisica przynosiła jej szczęście w miłości i odstraszała mole. Elfryda Sanchez płynęła wysmukłym Wercyngetoryksem do Holandii na urlop. Chciała  pozbyć się, dręczącej ją od sześćdziesięciu lat depresji. I pozbyła się jej, wraz z całą resztą. Jej znaną twarz wkrótce zapomniano. Z katastrofy morskiej ocalała tylko porcelanowa lisica i ekskluzywny stół bilardowy. Na maleńkim zielonym prostokącie, jak na przydomowym trawniczku, ognistoruda nieruchoma lisica podążała w nieznane. Bez kompasu i trwogi w szaro-złotym blasku słońca, przekroczyła zwrotnik raka, i zniknęła.  

CYTRYNOWE JEZIORA

 Cytrynowe jeziora istnieją naprawdę. Leżą wysoko ponad chmurami, w czystych, niedostępnych dolinach. W górach tak wysokich, że trudno je sobie wyobrazić. I rzeczywiście spora część masywu górskiego nie jest jeszcze wyobrażona, wiele łańcuchów górskich istnieje tylko w zarysie. Są ledwo naszkicowane i to przerywaną linią. Linia drży kreseczkami z zeszklonego powietrza, a każda kreseczka odbija w sobie niebo, i obracając się wolno wokół własnej osi, czeka. Bardzo delikatny zarys trzynastu dwudziestotysięczników, można dostrzec o godzinie 16:11 z platformy wiertniczej, zezłomowanej przy wyspie Mauritius. Potężne szczyty czekają na ludzką wyobraźnię, na kształt, kolory, śnieżne czapy i funkcje tektoniczne. Ażurowe górskie doliny cierpliwie gładzą się po pępkach, oczekując narodzin własnej zmysłowości. Cytrynowych jezior nikt nie widział. Znamy je tylko z ustnych, ptasich opowieści. A co z dzioba, to i z serca. Niebieskie ptaszki pochodzą z nizin, latają nisko i od niechcenia. Plotkarstwo mają w genach. Spadek po otyłych, znudzonych tyranozaurach. Chude tyranozaury nie lubiły ludzi i miały blade, niespokojne twarze artystów. Szarpał nimi niepokój, najprawdopodobniej niepokój o przetrwanie. Notorycznie obgryzały pazury, aż w końcu im zanikły. Drapieżnik bez paznokci nie przetrwa. Chude tyranozaury umierały w biegu. Przegrały walkę o przetrwanie pożarte przez wyrzuty sumienia. Na ich ciałach, wyrosły pelargonie złociste w kryształowych wazonach. Pelargonie i wazony dały początek prężnej populacji, wykorzystanej  miliony lat później do celów zdobniczych, przez nowy dominujący gatunek. Niebieskie ptaszki zasłyszały opowieści o majestatycznych górach, od purpurowych lilii z Kairu. Te zachwycające śnieżnobiałe kwiaty lubiły dużo mówić. Właściwie nigdy nie przestawały. Były trochę egzaltowane, więc nie uwzględniały w swych opowieściach odkurzaczy, pogrzebaczy i kolei żelaznej. Za to kochały się w pustynnych mirażach, tłustych obłokach otulających górskie szczyty, i muzykalnych orłach w złotych pancerzach.

Lilie wchłaniają obrazy widziane oczyma deszczu, który znają tylko z opowiadań. Od deszczu dowiedziały się o niewyobrażalnie wysokich górach z cytrynowymi jeziorami. Szczególnie skupiły się na pięknych opisach górskiej przyrody. Budowę geologiczną i numeryczne właściwości skalnych szczelin, puściły mimo uszu. Tak robią wszystkie lilie od wieków, dlatego są takie ładne. Pewien niebieski ptaszek, o łagodnych oczach i dobrej dykcji opowiedział co następuje: Niewyobrażalnie wysokie góry posiadają szczyty nagie i ubrane. Nagie, są piękne, zimne i niegościnne. Ubrane, porośnięte aksamitnymi płachtami czarnych mchów, są starsze, co nie znaczy że mądrzejsze, i również niegościnne. Na stokach gór, lśnią czarną zielenią kolczaste słupy, łodygi gigantycznych rdzawozłotych róż. Wiecznie młode i wiotkie róże, rzucają z łoskotem perłowe cienie. Cienie są długie i silne. Przecinają całe zbocze, zgniatając po drodze czarne mchy, nagie skały i wesołe, białe kamienie. Zatrzymują się dopiero na dnie doliny, na brzegu jeziora. Perłowe cienie nie znoszą wody. Perłowe wspomnienia związane z wodą są zazwyczaj kuliste i ciepłe. Róże, kołysząc się majestatycznie na wietrze, skrzypią i trą o rozrzedzone powietrze. Powietrze w dolinach jest tak rzadkie, że przechowuje się je w szklanych gablotach zamkniętych na zielone kłódki. Zapowietrzone gabloty dryfują płynnie i z godnością, jak salonowe lwy na cesarskim balu. Suną  po kolistych torach, dlatego w dolinach oddycha się na okrągło. Gabloty emanują subtelnym, kobaltowym światłem o wysokich niezdrowych częstotliwościach. Młode orły, dostają od tych iluminacji wysypki na lotkach, przez co nie mogą ćwiczyć, a to niedobrze bo czas ucieka. Orły zamieszkujące niewyobrażalnie wysokie góry są bardzo muzykalne i boją się latać. Za to świetnie się wspinają, chociaż tego nie lubią, wolą muzykować i to w rodzinnym gronie. Mieszkają wysoko na nagich skałach. Wysoko ale komfortowo, w gipsowych, olbrzymich donicach pomalowanych w kolorowe szlaczki. Donice, syrena okrętowa na korbkę i dwa pianina to pamiątka po ryczącym jak dziecko tornadzie, które przewaliło się ponad górami pewnej wiosny, rzucając tu i tam przedmiotami nie z tego świata.

W donicach zamieszkały królewskie ptaki, syrena zawisła na wielkim różanym kolcu, a pianina utonęły w cytrynowym jeziorze. Piękne orły noszą złote pancerze i grają tylko na wiolonczelach. Zaczynają grać wraz z pierwszymi płatkami śniegu, kiedy nadchodzi czas kiełkowania fasoli. Przy posępnych dźwiękach orlich wiolonczel, białe otoczaki walające się kupami nad brzegami jeziora milkną, i zaczynają powoli pękać, a na ich małych, kamiennych ciałkach pojawiają się szczeliny. Zaczyna się czas narodzin. Z rozpękniętych kamieni wyrastają z błyskawiczną szybkością kłącza fioletowej fasoli. Bujając się, rosną wzwyż i nabrzmiewają wraz z dźwiękami muzyki. Napęczniałymi, młodymi strąkami przebijają  opadające wolno, wielkie jak prześcieradła płatki śniegu. Wszystko toczy się z błyskawiczną powolnością. Rzecz niejasna dla syreny okrętowej.Syrena była modelem starego typu, tylko korbkę i włosy miała nowej generacji. W nowych tytanowych włosach bez zapachu, było jej nawet do twarzy. Czasami, gdy syrena wyła sobie do księżyca, z nudów albo rozpaczy, tytanowe włosy zaczynały iskrzyć, co powodowało łuszczenie się farby na syrenim twardym karku. Nikogo to jednak nie obchodziło. Wszystko się kiedyś w końcu złuszczy. Dolinę wypełniało ciemnoniebieskie światło, albo ciemnoniebieski mrok. Syrena straciła rachubę czasu. Siedziała na piętnastym różanym kolcu od dołu, i machając bosymi stopami cyny z ołowiem, myślała o wigilijnym stole i żółtej farbie olejnej. Szelest rosnącej fasoli pochłaniał ostatnie zaspane atomy żółtego światła. Wpadły nieopatrznie do doliny odbite od złotych, orlich pancerzy. Szalały po liniach prostych, szukając wyjścia na świat. Niestety wyjścia nie było. Zmęczone, spowolniałe światło w końcu ugrzęzło pomiędzy kołującymi powoli gablotami powietrza. Szklane gabloty zgniatały z czasem świecące atomy w maleńkie, wyblakłe plasterki. Wiatr unosił plasterki tu i tam. Ponad góry, do Chin ,do słońca, do domu.

— Wyć albo nie wyć, oto jest pytanie — wyszeptała do siebie zaspana syrena, jednocześnie drapiąc się po rdzewiejących piersiach.

Nagle syrena naprężyła przewody i zachrobotała powiekami. W końcu niebo jest jedno a miesięcy dwanaście. Niebo też jest samotne - uśmiechnęła się syrena, po czym z mocą wlepiła bladą twarz w ciemne niebo. Twarz syreny niezwykle mocno przylepiła się do nieba. Trzyma do dzisiaj. Mijał czas za czasem. Zardzewiałą syrenę oplotły kłącza fasoli. Mała blada twarz przylepiona do bezkresnej, ciemnej twarzy, nazywana jest od tej pory księżycem.Ale to się kiedyś zmieni i  niebo znów będzie samotne. Nastała cisza i bezruch. Tylko dwa pianina, przechadzały się dyskretnie, po dnie cytrynowego jeziora. 

LILIOWY LIST

 Zerwał się bazaltowy wiatr. Nadciągnęły majowe chmury. Jedna z nich była inna. W zeszłym roku jej nie było. Zestaw się zmienił. Dziwne, pomyślała hrabina. Siedziała na kanapie i patrzyła w okno, w zamyśleniu dłubiąc przy tym w nosie. To będzie trudny dzień. Służba dostała wymówienie. Niechlujni byli. Gumy do żucia znajdowała hrabina przyklejone do marmurowych herbów rodowych, na porcelanowych gryfach w toalecie, na portretach przodków w ogrodzie...Niedopuszczalna ignorancja. Hrabina wyrzuciła służbę. Od tej pory sama fastryguje wszystkie pęknięcia na szybach, karmi i poi wszystkie zamkowe majaki, obcina palce rękawiczkom, to z myślą o jeździe na rowerze. Hrabina podpatrzyła w okolicznych wsiach, że takie rękawiczki mają rowerzyści, zwłaszcza taka jedna, miastowa turystka. Swoją drogą, owa turystka napluła hrabinie do klombu przed bramą. Bezmyślnie zapaskudziła lwie paszcze i wkrótce uschły ze wstydu. Prawda jest taka że, Puchacze nie powinny oddawać piórek do miejskiej pralni chemicznej, bo to co dostaną z powrotem, obleją łzami dawnej świetności.

— Wezmę może kąpiel, owinę się w rodowy sztandar, i pójdę na wrzosowiska. Jakoś się rozweselę, przetrwam ten dzień - rozbłysło ciężko w głowie hrabiny.

— Moje towarzystwo ze mną nie pójdzie, wstydzą sie mnie, gdy jestem w takim stanie.

Będą obserwować mnie ze wzgórza, dwadzieścia dwa nieruchome, czworonożne posążki… Hrabina zebrała się w sobie, rozebrała do rosołu, owinęła w sztandar i wyszła. Kiedy usłyszała, że potężne drzwi wejściowe zatrzasnęły się z hukiem za jej plecami, popatrzyła w prawo. Nieboskłon obniżył się o piętnaście centymetrów. Hrabina w końcu nie wzięła kąpieli. Następne pięć centymetrów przybliżyło niebo do ziemi. Brudna arystokratka wlokła się wolno w stronę wrzosowisk. Sztandar ciążył na biodrach. W końcu miał grubość dwudziestu pięciu centymetrów, a hrabina miała bardzo jasną cerę. Zatrzymała się przy sześćdziesiątym trzecim kilometrze. Szczególnie go lubiła bo miał więcej fosforu od pozostałych i ładnie świecił o zmroku. Hrabina jak każda arystokratka lubiła przepych i iluminacje. Błyszczące komnaty, granatowe przeciągi w holu i migotanie przedsionków rozdymały jej twarde serce, spragnione pompy i ciszy. Niełatwa karma.Na sześćdziesiątym trzecim kilometrze zabłysły jej oczy. Powąchała róże wyhaftowane na sztandarze i zwaliła się z łoskotem w liliowe, bujne wrzosy. W wyschniętym potoku delikatnie szemrała woda. Hrabina patrzyła w niebo. Spadały gwiazdy. W tym roku sierpień nadszedł szybciej. Roje komet zapalały ogniki na mroczniejącym niebie. Brzęczenie stało się wyraźniejsze. Komet przybywało, stawały się wyraźniejsze i bliżej podchodziły, ale nie wszystkie, bo były i bardzo płochliwe, i te spalały się nieufnie. Niektóre, olbrzymie, kamienne komety,  zwalniały w odległości  pięciu kilometrów od hrabiny i płonąc straceńczo przewalały się w olśniewającym majestacie, z grzbietu na brzuch.

— Co za kultura — zapłakała blada arystokratka.

Wyobraźnia jest nieoceniona, gdy się nie umie płakać. Były też zwykłe kosmiczne śmieci. Pinezki płonęły jeszcze przed wejściem w atmosferę. Notesy i aluminiowe kołdry, paliły się ładnie na tle czarnego już nieba. Raz na kilka lat, spalało się w atmosferze kilka orderów z połamanymi wstęgami, znak że umarł ponton. Niektórych przepych zabija, myślała wtedy hrabina. Znikały bezpowrotnie tytanowe statuetki astronautów, dosiadających czarne jednorożce. Hrabina zawsze do końca śledziła tor ich zanikania. Bardzo lubiła wysyp śmieci z Transgalaktycznego Transportowca  K-004. Tyle piękna znika codziennie. Marzyła, by złapać kiedyś zdjęcie gotyckiej katedry, sfotografowanej w ośmiu wymiarach. Wspaniały bibelot na kominek w holu. Ciąg myślowy  przerwały jej nieoczekiwanie dwie czarne skarpety. Arogancko zawisły osiemnaście centymetrów nad jej twarzą. Nówki, wyczuła hrabina. Spięte żyłką, na której końcu dyndała mała czerwona latareczka, bez uszczerbku przedarły się przez atmosferę ziemską. Widocznie skarpety znały sekretny tunel, dostępny  tylko na hasło.

— Dokumenty proszę! — rzuciła twardo jedna ze skarpet.

Druga kontrolowała sytuację. Od czerwonej żaróweczki rozbolała hrabinę głowa. Dostrzegła okrągłą nalepkę na milczącej skarpecie. NASA, odczytała z trudem. Krótkie teksty męczyły ją niezmiernie, to rodzinne. Hrabina zatęskniła nagle za Eleonorą. To teren prywatny, powoli i wyraźnie powiedziała hrabina, troszeczkę przy tym sepleniąc. Skarpety nagle straciły pewność siebie, poprawiły krawat i odleciały. Urzędasy, zamruczała hrabina. Z szybkością otyłej gazeli, potykając się o sztandar, pobiegła radośnie w stronę zamku. Eleonora grzała się w holu przy kominku. Spojrzała na hrabinę ze zrozumieniem, swoimi przepięknymi dużymi oczami andaluzyjskiej klaczy. Hrabina spokojnie wzięła kąpiel a potem liliowy papier formatu A3, i zaczęła pisać list. Gdy skończyła, wsunęła go pod łóżko by się uleżał. Zrobiło się późno. Wybiła godzina 26. Hrabina udała się do sypialni i zmęczona rzuciła na wielkie łoże. Jeszcze tylko bajka dla przodków i spać. Wyjęła spod poduszki kosztowną, potężną księgę, oprawioną w łabędzi puch. Szybko przewertowała, wybrała tytuł i zaczęła wodzić oczami po portretach antenatów spoglądających ze ścian sypialni. Dziś będzie opowieść o „Latającym Dywanie” dla..., zawahała się…, dla…, wujecznej praprababki od strony okna. Hrabina zaczerpnęła powietrza i zaczęła czytać. 

LATAJĄCY DYWAN

 Latający Dywan, wylądował na śmietniku. Śmieci otaczały go zewsząd. Piętrzyły się po horyzont. Z morza plastikowego gruzu sterczały poszarpane obeliski. Nagrobki artykułów pierwszej potrzeby. Kikuty i strzępy przedmiotów cennych, a nawet bezcennych. Otaczał go pejzaż nasycony zużyciem i zmęczeniem. Nieruchomy zamęt bulgotał martwą ciszą. Fermentacja rozkwitała z rozmachem na martwych pagórach. Wokół syczało i stukało. Szeleściło i kapało. Latający Dywan uniósł się nieznacznie i popłynął w mrok. Szybował dość długo nad gruzowiskiem syków i trzasków. Wkrótce, syki i trzaski przeszły w chrobotanie. Chrobotanie w smarkanie, a smarkanie w łomot. Dywan zwolnił i skręcił w prawo. Osiadł pośpiesznie na pobliskich laurach i zakrył frędzlami uszy. Trwało to tylko moment, bo natychmiast zwalił się w dół, na dno wykopu. Zbutwiałe laury nie utrzymałyby nawet pary zakochanych much, a cóż tu mówić o puszystym dywanie. Otyłość jak widać, bywa przykrą niespodzianką nie tylko dla ssaków ale i dla wełnianych płaszczaków. Zbutwiałe laury rozpadły się w proch i pył. Latający Dywan runął w dół. Upadł w rzadkie błoto nasączone mdłym, skisłym światłem. Znalazł się na dnie. Latający Dywan pochodził ze wschodu. Był cudzoziemcem, perskim arystokratą, lewitującym magiem pełnym czaru i piękna. Nie znał angielskiego, ani wilgoci. Znalazł się naprawdę w trudnym położeniu. A rozłożył się jak umiał, na wznak, na bagnie, na dnie, w mokrym półmroku. Z każdej strony napierały śmieci. Czarnymi ścianami wpatrywały się w upadłego Persa. Wokół bulgotało rzadkie błoto. Latający dywan zaczął nerwowo przebierać frędzlami. Rozejrzał się. Błoto wypluwało kule smrodliwych gazów. Ciężkie banie pękały bezgłośnie nad powierzchnią. Odór oblepiał rozlazłe sztuczne drzewa o gnijących stopach. Miękkie, oleiste światło pełzało wolno we wszystkie strony. Na porannym, brudnym niebie rozmazywały się dziwne kształty. Pijawki i węże  z lubością prężyły młode ciała. Był późny poranek, było mroczno. Zachwyceni tubylcy dziękowali za nowy cudowny dzień. Dreszcz przebiegł po barwnych wzorach dywanu. Przerażony, nie wytrzymał i puścił fałdę. Zapłakał, po czym w geście rozpaczy zrolował się na kolana. Frędzle u ramion obwisły, a siły odpłynęły...

Gorący wiatr pustyni tańczył z żółtym piaskiem. Rozciągał go w smugi, rzucał w stronę słońca. Bezgłośnie. W absolutnej ciszy, falowało białe powietrze. Cudownie, jasno, ciepło. Wyobraź sobie mlask głośniejszy od mlasku. Ojczyznę żółtek i stali. Albo popołudnie w kolorze ochry, nisko nad targowiskiem. Burza piaskowa nadciągała na siedząco. Bolące skronie, tłukły się jak garnki po wąskich uliczkach. W autobusie, włochata ćma paliła fajkę wodną. Jak gorąco. Jak zimno. Jak we śnie. Bezdźwięczny biały blask łagodnie materializował następny obraz. Slumsy Adamaszku, pachnące żarem i gwarem. Huk startujących odrzutowców sułtana…, granatowa policja kalifa…, biały tłum…, na rynku…, salceson w kajdanach… Wszystko zaczęło się rozmywać, ciemnieć. Piękny Pers pogrążył się w czarnych myślach. Zapadł w letarg. Po długich godzinach wzeszedł księżyc. Srebrny blask zalśnił na niebie. Latający Dywan doznał olśnienia. Modlitwa! Nic nie kosztuje, a może pomoże. Zaczął się modlić. Do boga dywanów, bieżników, ręczników i wszelakiej przędzy. Modlił się po swojemu, pośpiesznie, żarliwie, tak jak umiał:

Ty który latasz wysoko,

ty co masz przędzę z obłoków.

Ludzką stopą nie deptany,

piękny, wieczny, wyczesany.

Spójrz z przestworzy na swe dziecię,

jak mu sploty błoto gniecie.

Jak w śmietniku serce bije,

Jak powoli frędzel gnije.

Twórco życia nienazwany,

z kurzu nigdy nie trzepany.

Zahacz myślą o odpady,

ratuj Persa od zagładyDywan nagle zamilkł i powoli włożył frędzel do ust. Wyglądał na kogoś, kogo nagle coś uderzyło. A uderzyło go szokujące odkrycie. Przypomniał sobie że jest ateistą. Szklanym wzrokiem omiótł ciemność. No to dupa. Wielka, puszysta, dywania dupa, i tyle. Dobre wychowanie zbladło i zadrżało. Zażenowane, rozluźniło uścisk. Ale nie puściło dywanu. Mimo swej wrodzonej tępoty, nie było głupie. Wiedziało że bez nosiciela nie przetrwa. Dobre wychowanie zrobiło to co musiało. Poprawiło bluzkę i wysłało w mrok figlarno-protekcjonalny uśmiech o numerze 115/3.

— Czy coś się stało moi drodzy? Doprawdy, bzy pachną dziś tak oszałamiająco a wy nie zmieniliście rękawiczek?

— Mówiłaś coś? — przystojna pijawka w średnim wieku, obróciła się na łokciu i popatrzyła przyjaciółce w oczy.

To znaczy, mogłaby popatrzeć gdyby zdjęła jej obierki z oczu. Druga pijawka też była w średnim wieku, i miała problemy z workami. Worki pod oczami robiły jej się coraz bielsze i większe, stąd okłady z obierek. Kobiety leżały na plecach, na posrebrzanych tipsach. Tipsy spokojnie unosiły się na bulgocącej, ciepłej powierzchni bagna. Właśnie dryfowały wokół wielkiego, płaskiego i włochatego terenu, którego jeszcze godzinę temu, tu nie było. Wszędzie wkraczają zmiany i nowoczesność. Nawet do naszego uzdrowiska, najlepszego w tej części śmietnika. Stać mnie na luksus. Jak człowiek o siebie dba, to i długo pożyje. Życie jest zbyt piękne by z niego nie korzystać. Zdrowie i uroda najważniejsze. Ciąg pozłacanych myśli przyprawił pijawkę o zadyszkę. Odsapnęła i pogładziła się po czarnym, lśniącym brzuchu. Ani się człowiek obejrzy, a zabetonują ostatni skrawek bagna, z niechęcią spojrzała na rozłożony dywan. Popatrzyła jeszcze przez moment, po czym opadła ciężko na plecy. Nie chciało jej się myśleć. Jeszcze dziś słodkie lenistwo. Zamknęła oczy. Kołysana bulgotaniem smrodliwych gazów powoli zasypiała…, jutro już do pracy.   Zmartwiony dywan ssał bezmyślnie frędzel. Otępienie przydymiło szklany wzrok. Latający Dywan wyjął frędzel z ust i zabełtał nim w bagnie. Tak sobie. Odruchowo, z nudów.                                 

— Bl… blbl… blybly… blbl — nucił sobie wesoło, kreśląc z rozmachem zawiłe zygzaki po powierzchni szarej breji. Błoto pryskało na wszystkie strony. Latający Dywan zapomniał o smutku. Bawił się zupełnie nieświadom faktu, że właśnie ulega zniszczeniu świetnie prosperujące uzdrowisko o wieloletniej tradycji. Że już nie wspomnę o fakcie, że tonąca placówka, wessała w głębiny dwie kuracjuszki na tipsach. Latający dywan nieświadom tragedii rozgrywającej się pod nim, jak i nad nim, a tym bardziej swojej własnej, otrzepał frędzle z błota. Ziewnął. Rzucił parę szpetnych wiązanek w piśmie supełkowym, po czym ostentacyjnie zwinął się w rulon. Stanął pionowo i osłupiał. Zapadł w stan hibernacji, mając nadzieję że najdalej za kilka tysiącleci, jakaś nowa rasa kilimów lub ścierek, odnajdzie go i przywróci do życia. Oczywiście to był tylko taki teatralny, dywani gest. Bezcenny Pers, po chwili doszedł do wniosku że robi się nudno i czas na plan A, bo wszystkie pozostałe już przerobił. Nie ma na co czekać. Wziął potężny rozbieg, i rzucił się sobie na ratunek. Stękając, ryjąc frędzlami grząskie podłoże, czołgał się przed siebie. Godzinami, po omacku, szukał wyjścia z sytuacji bez wyjścia. Po dwóch dniach minął czajnik, przedarł się przez cmentarzysko firan, przeczołgał pod śmigłem od Tupolewa 154, wpełzł w tunel, zobaczył światło i stracił przytomność.

Obudziło go energiczne mlaskanie. Na słowniku wyrazów obcych siedziała zielona wstążka. Wymięta i brudna, jadła spleśniałego pączka. Od razu było widać że jest twarda i zna śmietnik. Od czasu do czasu odchrząkiwała i spluwała do filiżanki. Wyszczerbiona filiżanka  stała obok słownika, porcelanowym brzuchem dotykając jego grzbietu. Dobrze się czuła w towarzystwie intelektualistów. Prostactwo doskwierało jej bardziej niż wewnętrzna pustka. Chociaż ostatnio, cos jakby jej leżało na żołądku. Rzut pączkiem od słownika, chybotał się, wbity w niestabilne podłoże, zardzewiały gwóźdź. Jeżeli wziąć pod uwagę fakt, że nikt tu nigdy pączkiem nie rzucał, nie wiadomo jakie były współrzędne gwoździa. Zadziwiające i zupełnie bez znaczenia. W każdym bądź razie, nasz zardzewiały gwóźdź był z nami, tutaj, blisko. Tańczył z powagą przed oczyma wstążki. Surowy, małomówny, sprawiał wrażenie nawykłego do pracy fizycznej. Wyglądał na gwoździa bez głębszych refleksji, co może być mylące. Nigdzie nie jest napisane, że porcelana ma lepszy refleks niż metal?

— Lubię szczupłych, nieskomplikowanych facetów — powiedziała beznamiętnie wstążka, nie patrząc na nikogo.

 Latający Dywan z wysiłkiem przewinął się na lewy bok. Spojrzał na gwoździa, potem na wstążkę i znów na gwoździa. Niedobrze. Niejasne przeczucie przesłoniło jasne odczucie. Bardzo niedobrze. Wstążka skończyła jeść pączka. Wytarła lepkie dłonie o płaskie biodra i splunęła do filiżanki.

— Nie miała dziewczyna  pozytywnych wzorców w dzieciństwie   wyszeptał do siebie dywan.

Leżał na wznak na damskim rowerze bez siodełka. Bolały go wszystkie sploty i frędzle. To jakiś obłęd. Wygładził skołtunione oczy. Nad nim rozpościerało się wielkie, czyste niebo. Prawie czyste. Nareszcie. Padał śnieg. Wielkie płatki wirowały na tle przyćmionego słońca. Na jasnym tle wydawały się zupełnie czarne. Tańczyły leciutko i z gracją. Nawet dziwny fetor spalenizny niezbyt przeszkadzał. Pięknie. Latający Dywan wyczuł że wraz z płatkami śniegu opadają na śmietnik wspomnienia. Filiżanka zaczęła cicho szlochać.

— Cicho głupia — syknęła wstążka.

— To znów ten stary detonator, mundurowi dziecinnieją na starość — rzuciła pogardliwie.

  Tym razem wysadził konia z siodła — stwierdziła wstążka, z nutą podziwu w głosie. Wąchała jeszcze przez chwilę rozgnieciony w palcach czarny płatek.

— To był kary wałach…, dobrze uleżały…, dwutygodniowy — dodała ze znawstwem.

Latający dywan skoczył na równe fałdy. Czarne płatki sadzy opadły z niego jak liście. W nagłym przypływie energii wystrzelił w górę. Poleciał jak szalony gdzie oczy poniosą. Mknął jak wicher, gdy nagle przypomniał sobie że boli go noga. Upadł jak Ikar. Tragicznie. Prosto pod okno. Zarył wprost w kolonię grzybów, rosnących bujnie na stercie tygodnika Świat Nauki, przeznaczonego dla ludzi ciekawych świata. GÓWNO - przeczytał dywan, zapuchniętym, lewym okiem.  DUPA - przeliterował z wysiłkiem prawym. Zaciekawiony użył obu oczu naraz. Po szybach spływały brudne krople rosy, drążąc wątłe kanaliki w wielkich napisach. Dwuskrzydłowe samotne okno, sterczało pionowo, wbite aż po parapet w grząskie podłoże. Czarnym prostokątem odcinało się od jaśniejącego nieba. Niemyte od lat szyby, świetnie zakonserwowały niecenzuralne słowa, wypisane drukowanymi literami, przez karzący paluch niezadowolonego członka społeczeństwa. Latający dywan był piękny i stary dlatego nigdy nie był niczyim członkiem. Ludzkie umysły były dla niego zawsze zagadką. Przyglądał się napisom w zadumie. Jeszcze przez moment kontemplował tajemniczy przekaz, po czym otworzył okno i wyjrzał. Czarny, duży ptak przeszedł po zewnętrznym parapecie okna, z lewej strony na prawą. Przystanął i zawrócił. Przeszedł z prawej strony parapetu, na lewą. Przystanął i zawrócił. I tak chodził, w tę i z powrotem, z powrotem i w tę. Latający dywan poczuł że uroda to za mało i zamknął okno. Tu potrzeba czegoś więcej…, czegoś…, czegoś specjalnego… 

— Żaluzja? Kapy ozdobne? Sztućce nagrobne? Blok rysunkowy? Głaz narzutowy? Szkiełko i oko? Placek z Maroko?... Wyliczał rozgorączkowany Pers.…, myśl! myśl! walił się frędzlem w czoło…

— Pustak? Pełnia? Szybowiec? Latawica? Wojna? Pokój? Kuchnia? Górnik? Dolnik? Czarnina? Błękit? Żółć?... Gorycz zalała mu wełniane serce. Za trudne. Dywan pożałował swego wszechstronnego i gruntownego wykształcenia.

— Szkoda że nie wziąłem otwieracza do powiek — powiedział cicho, sam nie wiedząc dlaczego. Czarny ptak zatrzymał się i popatrzył na dywan tak, jakby miał przed sobą zwykłą ściereczkę, do mycia silnie zabrudzonych urządzeń sanitarnych.

— To nie jest tak jak myślisz, ja ci to zaraz wytłumaczę — z pośpiechem i złością zaczął mówić dywan. Ptak jakby się napiął. Nie spuszczając oczu ze dywanu, lekko ugiął nogi. Po chwili zrobił kupę, zeskoczył z parapetu i  zniknął w mroku. Piękny Pers bezmyślnie gapił się w szybę. W tę lewą, z napisem - GÓWNO. Smętne GÓWNO płakało brudnymi zaciekami. Smugi ziały smutkiem smutniejszym od smutku. Dywan jak w transie obserwował ruch kropli. Nie mógł oderwać oczu od szyby. Jakby go coś przyssało. Wraz z brudnymi łzami mknął w dół, prosto albo zakosami, zwalniał, zatrzymywał się, by po chwili przyspieszyć i pognać w dół nerwowymi zygzakami. Krople wiły się bez końca mętnymi stróżkami. Zasysane przez grawitację, wsiąkały w ziemię. Latający Dywan pomyślał, że jeżeli za chwilę nic się nie wydarzy, sytuacja stanie się dramatyczna. Po chwili wydarzyło się nic. Sytuacja rzeczywiście stała się dramatyczna. Była zaskakująca niska i drobna. Stała na klęczkach. Asystowała dwóm szprychom rowerowym, przy liczeniu kalorii. Tuż pod parapetem, na prawo od przeterminowanej kostki rosołowej, w tekturowym kielichu goryczy, gotowały wywar z czepka kąpielowego. Dokonywały drobiazgowych obliczeń. Coś się nie zgadzało. Nad szprychami zawisło widmo nadwagi. Sytuacja stała się dramatyczna. Ciągle zapracowana - Dramatyczna Sytuacja, z profesjonalizmem dokonała rozszczepienia jaźni i nie spuszczając z oczu szprych, stanęła przy Latającym Dywanie. Zawsze to miło, tak szlachetnie pocierpieć. Samotny, piękny, wełniany mężczyzna w obcym, złym świecie. Osaczony miernotą, wciągany w brudną grę przez szare męty…, Co by tu jeszcze?…, dawno nie widziany, rozmarzony uśmiech, rozjaśnił dywanowi twarz. Nieoczekiwanie, uśmiech zaczął się dziwnie dłużyć. Wyciągać w stronę okna. Pers poczuł że ciągnie go do szyby. Pociąg był silny, i narastał. Musiał być elektryczny, bo zaczęło iskrzyć. 

— Nigdy nie wylatuję przez zamknięte okna! — szarpiąc się, wykrztusił Latający Dywan.

Cofał się w konwulsjach, otoczony błękitnymi wyładowaniami. Wił się i szamotał, a szyba rwała na maksa. Na MAKSA! To oznaczało tylko jedno - zagładę. Dywan uważał do tej pory, jak i wiele innych, naiwnych wyrobów wełnianych, że MAKSYMALNA ABSORBCJA KOSZTOWNYCH STRUKTUR ARYSTOKRATYCZNYCH istnieje tylko w baśniach Tysiąca i jednej nocy! I to w wersji kinowej, bez nocy i z angielskimi napisami. Bajka okazała się prawdą. Mało brakowało a zniknąłby na zawsze. Ledwo żywy Pers, wyrwał się w końcu ze śmiertelnego uścisku. Zatoczywszy się, wpadł między zdezelowane pralki. Człowiek uczy się przez całe życie. Zapamiętał naukę na zawsze. Omijać samotne okna z tajemniczymi tatuażami. Nigdy więcej. Cały rozdygotany, zza pralki obserwował ciemny prostokąt okna. Latający dywan nigdy już nie przejrzał się w szybie. Od tej pory, czesał się tylko w zamkniętym pomieszczeniu, w oku cyklonu, w towarzystwie ochroniarzy. W okiennej szybie, jako ostatni przeglądał się papierowy talerzyk. Wymazany skamieniałą już musztardą, przelatywał tym korytarzem powietrznym wraz z ułamanym wiertłem do betonu. Mknęli na południowy-wschód niesieni gwałtownym podmuchem metanu. Przy stercie opon eksplodował wtedy tornister. Szkolny, niebieski tornister, bez dziecka na plecach, ale za to z zapomnianym chomikiem w piórniku. Rozdęty fermentacją tornister eksplodował przed południem. Siła wybuchu porozrzucała śmieci na wielką odległość. Od tego czasu minęło 116 lat. Szyba zdążyła już zapomnieć papierową twarz. Wszystko powoli zapominała. Aż pewnego dnia zapomniała ostatnią rzecz - futryny. Przestała być płaska a stała się pusta. Przestała odbijać obrazy, a zaczęła je pochłaniać. Nastąpiła przemiana. Przeskok na wyższy poziom świadomości, otworzył szklany umysł na MAKSA. MAKSA, uśpiona dotąd w 2 centymetrowym łańcuchu DNA, otworzywszy się, umożliwiła szybie, nowe możliwości absorbowania bogactw śmietnika. Tu, na tym zapomnianym wysypisku, pierwszy szklany wdech zassał karton po szklankach do koktajli. Rozpoczęła się nowa przygoda ewolucyjna. Dywan zasnął. Śniło mu się że spada z ogromną lawiną. Mija miasta, mosty, porzucone na polach maszyny do szycia, żółty domek na stepie, ślubne fotografie, chińszczyznę na wynos, zmrok, wilgoć, deszcz jesienny, jęczący, niezmienny… Latający Dywan przetarł frędzlami oczy, i rozejrzał się zdumiony. Dwa metry na lewo, leżała na boku, zupełnie szara, czarna dziura. Leżała w błocie. Jej zdeformowany lej, wirował turkocząc jak stara betoniarka. Czarna dziura wyglądała niewyraźnie. Co kilkanaście minut wstrząsały nią czarne torsje. Rzygała światłem z prędkością światła. Wielkie czarne oczy wychodziły jej przy tym, z małych czarnych orbit. I tak sześć dni bez przerwy. Siódmego dnia odpoczywała. Według przykazań grubej czarnej książki, która gniła pod ręcznikiem dwieście metrów dalej, tak właśnie należało robić. Wymioty odbywały się tak szybko, że w ogóle ich nie było. Dlatego nikt nie był świadom udręk czarnej dziury. Tylko Latający Dywan widział. Latał tu i tam, więc nauczył się szybko uciekać, jak i mrugać oczami z prędkością światła. Męczarnie dziury zrobiły na nim wielkie wrażenie. Poczuł że powinien coś powiedzieć. 

— Taka młoda, silna dziura, powinna wylegiwać się na plaży, a nie gnić w tej zapadłej dziurze — rozpoczął tonem doświadczonego pastora, i od razu zrozumiał że znów dobre wychowanie przejmuje kontrolę.

— Jeszcze zatańczymy na pani weselu — dodał głupkowato.

Zażenowany, poklepał dziurę po leju. Rzęsiste oklaski zagłuszyły ostatnie słowo. Dobre wychowanie kłaniało się w pas. Wycie i tupanie Rzęsistych Oklasków powoli przycichało. Po 10 minutach wróciły do żerowania. Dobre wychowanie wyprostowało się z godnością. Dyskretnie odkaszlnęło. Jesień zapaliła następnego papierosa. W stronę jesiennej plebejuszki pomknęło karcące spojrzenie. Po chwili spadło Jesieni pod nogi, udusiwszy się przedtem w kłębach dymu. Jesień odruchowo wdeptała spojrzenie w ziemię. Obserwując jak pewien wyrośnięty Oklask, stepował na karcie kredytowej, zapaliła następnego papierosa. Tancerz był dobry, naprawdę dobry. Jesień nie zapomniała o śmietniku. Przybyła przed dwoma tygodniami. Przyszła boso jak zwykle i rozsiadła się w czerwonym fotelu pierwszego pilota. Znalazła go pod ogonem pogruchotanego samolotu. Jesień, królowa śmietnika, rozwalona w czerwonym fotelu jak na tronie, niedbale paliła papierosa za papierosem, rozsiewając przy tym swe jesienne aromaty. Śmieci lubią jesień, jesień lubi śmieci. Jesienią śmieci stają się lepsze, przynajmniej tak się im wydaje. A tymczasem, Rzęsiste Oklaski bawiły się świetnie. Chichoty, mlaskanie  i odgłosy bijatyk były tego dowodem. Wokół, na wielkim polu, na miejscu katastrofy odbywało się otwarcie nowego centrum konsumpcyjno-rozrywkowego. A pole było do popisu. Po katastrofie Boeinga 787 było na co popatrzeć, i w czym się rozsmakować. Efektowne wybuchy paliwa, popychały Rzęsiste Oklaski do wznoszenia coraz to nowych oklasków. A te, stymulowały starożytny hormon wzrostu. Im więcej oklasków, tym więcej hormonu, im więcej hormonu, tym szybciej rosła druga ręka. Było to niezwykle ważne, ponieważ z drugą ręką, Oklask mógł rozpocząć indywidualny rozwój. Mógł zacząć  klaskać samodzielnie. Byłby to wielki sukces, po prosu klask milowy w rozwoju całej populacji. Rzęsisty Oklask wyglądał jak skrzyżowanie śruby okrętowej z tancerką flamenco. I oczywiście miał tylko jedną rękę, a ręka tylko jedną dłoń. Z tego powodu, każdy Oklask trzymał się blisko sąsiada, by w razie potrzeby użyć jego dłoni do bicia braw. Ze zrozumiałych powodów, Rzęsiste Oklaski biły brawa kiedy tylko mogły. Ta niezamierzona brutalność przyniosła Rzęsistym Oklaskom złą sławę. A one robiły tylko to co musiały. I już. Każdy ma własną motywację. Jesień też. Jesień. Siedząc w kłębach dymu, z zainteresowaniem obserwowała poczynania Oklasków. Cudze opinie i sądy spływały po niej jak po kaczce. Nic dziwnego. Każda jesień jest odporna na deszcz. Ma to wrodzone, a także i to, że czasami bywa ciemna i zimna. Ale bywa też jasna, słoneczna i ciepła. Poza tym, uwielbia ciężkie metale i dobrą dramaturgię. Brąz, złoto, oranż, żółć, krew, pot, rdzę i łzy. Dlatego w bezgwiezdne noce rozwiesza na niebie grube koce w kratę. Wietrzenie jesiennych koców najlepiej wychodzi w absolutnej czerni. W ciszy, na wysokościach, roztrzaskują się o koce samoloty pasażerskie. A ich szczątki, wśród gasnących światełek wpadają za kraty. I leżą tam, jedne na drugich, w zaduchu jesiennych nocy:

Skrzydło obok ręki, 

czarna skrzynka obok sukienki.

Sukienka wstążką jelit opleciona,

tuli drążek steru w pustych ramionach. 

Staw biodrowy w szoku, z siniakiem jak śliwa,

Przypina pasami płonący bak paliwa.

 Są listopadowe noce i październikowe piątki. W soboty, zagubione jak bezsenne noce, jesień przyozdabiała się w złoto i brąz. Zapalała papierosa i snuła się bez końca po polach. Paliła dużo. Dym rozciągał się wstęgami pod niskim, blaszanym niebem. Nieświeży oddech majestatycznej palaczki zawsze doceniali poeci. Ludzcy propagatorzy Skondensowanej Precyzji Myśli, nazywanej potocznie poezją. Precyzja wymaga koncentracji. Skondensowana precyzja, wymaga skondensowanej koncentracji. Nieustanny stan wysokiego napięcia, powoduje przeskok iskry bożej,  i w następstwie, rozległy pożar, który można zagasić tylko wysokoprocentowym napojem  alkoholowym. Stąd się wzięło częste picie alkoholu, wśród przedstawicieli Skondensowanej Precyzji Myśli. Skutkiem ubocznym trudnego zawodu, jest także palenie wyrobów tytoniowych. Tu sprawa jest o wiele prostsza. Wdychanie błękitnego dymu, przyśpiesza po prostu, ruch wiatru we krwi, i tyle. Poeci palili dużo, tak jak jesień, traktorzyści i młodzi menedżerowie. Jesień nie oglądała telewizji, dlatego palenie jej nie szkodziło. Z pozostałymi  było gorzej, choć czasami lepiej. Jak to w życiu. A życie to zagadka.

— Życie to zagadka — powtórzył dywan Odpowiedziała mu cisza. Tylko na obrzeżach czarnej dziury zatrzepotała jak ćma, sflaczała Osobliwość. Zatrzepotała i obwisła.  Latający Dywan, zajrzał czarnej dziurze w czeluść leja. Z bezpiecznej odległości oczywiście, by nie zahaczyć o Horyzont Zdarzeń. Wewnątrz leja wirowała błękitna sznurówka. Rozciągnięta w spiralę, wkręcała się nieustannie w nieskończoność. Z nieskończoności wypatrywała końca zawrotów głowy. Tęskniła do niebieskich butów z odblaskami na obcasach. Niebieskie buty obijały się 40 metrów dalej. Wisząc na sznurówce, obijały się bezwładnie o szczupłe ciało lampy ulicznej. Powiesiły się na lampie przy końcu czerwca. Zakrztusiły się własnymi językami, udając latarnię morską. Sznurówka została sama. Całymi dniami łaziła bez celu. Włóczyła się po śmietniku w wojskowej czapce. Znalazła ją pod pękiem plastikowych konwalii. Czapka trochę śmierdziała, ale za to miała naszyte ładne gwiazdki. Wprawdzie strój nie czyni człowieka, ale za to dodaje pewności siebie. A tego bardzo potrzeba po śmierci lub na emigracji. Sznurówka nie oddawała się zawiłym konstrukcjom myślowym. Po prostu podążała przed siebie. Zabijała czas, gadając z plastikowymi aniołami o chlebie i niebie. Omijała spasione glisty, wylegujące się na fotografiach zbiorowych emerytowanych nauczycieli. Puszczała mimo uszu ich dobre rady, szeleszczące, pożółkłe, mądre głupotą wieków. Głuche na zmianę pejzażu i epoki. Wiła się w kałużach alkoholu z przygodnymi tasiemcami. Patrzyła w niebo rozwalona jak długa, próbując przebić wzrokiem nieskończony mrok dnia. Bez skutku. Mrok był zbyt gęsty a wzrok zbyt tępy. Bez pragnień, bez przyszłości, bez przymusu. Wszystkie chwile stały się jedną. Jedna nieskończona chwila teraźniejszości. Najlepsza z możliwych, bo jedyna istniejąca. Dłużej tak nie pociągnę - pomyślała sznurówka pewnego wieczoru, rozsupłując sobie węzeł na brzuchu. Nie jestem myślącą trzciną, ani nawet cienką zieloną linią. Przytuliła się więc na rok, do przegniłego obrusa. Z czasem sznurówka przywiązała się do obrusa, czy raczej do tego co z niego zostało. Pewnego czwartku wybrała się na spacer. Było to w czasie, gdy dolina w której mieszkali, wybrzuszyła się na południowy - zachód, czy może na północ…, to określenia z odległej epoki, kiedy istniały jeszcze strony świata. Każdy wykształcony śmieć lubi się nimi posługiwać, chociaż nie do końca rozumie ich sens. Zwykłym odpadom było obojętne w którą stronę poniesie je wiatr, czy wewnętrzny impuls żyjącej góry. Strony świata zostały zlikwidowane na początku istnienia wysypiska. Zużywały zbyt wiele energii, poza tym sprowadzały na śmietnik wspomnienia. Szkodliwe wizje. Zatruwały śmieciom serca. Wpędzały w smutek i bezruch. Naśladując ludzi, śmieci marniały rozpamiętując to co było, lepsze czasy rytmu i miary. Kolorowej monotonii ludzkich świateł, nieskończonych powtórzeń wyuczonych supłów. Nie było kierunku, a za nim drogi. Nie było tęsknoty. Była wolność. Nowe życie. Sznurówka w końcu przestała się martwić wolnością, i stwierdziła że tak jak jest, jest dobrze. Jest dobrze i będzie dobrze. Koniec tematu. We czwartek lubiła powłóczyć się po mapach. Wylegiwały się niedaleko, na żelaznej, skorodowanej bramie. Rozłożone w całej okazałości, mapy Nieba i Ziemi, wabiły nawet dość dobrze zachowanymi kolorami. Błękitna sznurówka, szczególnie lubiła spacerować po srebrnym globie. Po Morzu Spokoju, w okolicach równika. Feralnego czwartku, spacerując potknęła się na granicy Morza Spokoju i Morza Żyzności. Zawadziła o kroplę talku. Runęła jak długa na powierzchnię Księżyca. Przeleciała błyskawicznie przez układ słoneczny, wyleciała za bramę i  wpadła w czarną dziurę. Tak ją zastał Latający Dywan. Tak ją zastał i tak ją porzucił. Nie miał kwalifikacji  Kosmicznego Ratownika i zdawał sobie z tego sprawę. Niedaleko, za plecami czarnej dziury, stało słońce w zenicie. Zesztywniałe i nawet trochę  żółte próbowało usiąść. Bez skutku. U stóp słońca leżał pilot do telewizora i czerwony czajnik. Pilot leżał w oficerkach. Nieruchomy jak głaz, z prawą ręką uniesioną ku górze. Rozczapierzonymi palcami wpijał się w czarne niebo. Dywan popatrzył w niebo. Może chciał ukraść kawałek nieba i zaszyć się w oficerkach? Trudno powiedzieć. Dywan zrolował się gwałtownie, by rozprostować zastałe kości.  Wzniósł się i odleciał.

 Niewidzialne szmery plotły nieustannie,

król Pik mył plecy w żeliwnej brytfannie.

Mazistymi ustami syczały wątroby,

 Rozpruty na plecach, leżał worek młody. 

Napuchłe tornistry, dygotały w wannie.

Skostniała żarówka, żarła nieustannie. 

Tuczone fermentacją, dyszały przewody.  

Lustrom w mikrofali, twardniały odchody

Tajemnicze wersy dochodziły z oddali. Wstrząśnięty dywan, na falach emocji, poszybował w stronę tajemniczego głosu. W otwartym pudełku zapałek, siedziała na stercie wypalonych sióstr, złamana zapałka. Mówiła do siebie, nieustannie się kołysząc.

— jest obłąkana — usłyszał dywan, w odpowiedzi na swe pytające spojrzenie.

Zardzewiały gwóźdź patrzył ze spokojem i powagą na obłąkaną zapałkę. Latający Dywan ucieszył się jak dziecko. Nareszcie znajoma twarz. Dywan rozpoznał gwoździa tańczącego przed wstążką. Nie obchodziło go, jak gwóźdź się tu dostał. Ważne że był. Poważny, rozsądny, odporny na obłęd i samotność.

— Latający Dywan z Persji — przedstawił się dywan.

— Hartowany Gwóźdź z Norwegii — ukłonił się gwóźdź.

— Zapraszam — machnął frędzlem dywan.Gwóźdź zaskakująco sprężyście, wskoczył dywanowi na dywan. Usiadł, popatrzył w lewo, popatrzył w prawo i rzekł krótko:

— lećmyPiękny Pers uniósł się z ulgą.

Chwilę wisiał w powietrzu, po czym poszybował w mrok, ze swym nowym norweskim przyjacielem.  

PAMIĘTNIK GODZILLI

 Godzilla przechadzała się w tę i z powrotem. Od krzesełka do fontanny. Od fontanny do krzesełka. Na płóciennym oparciu krzesełka widniał napis - Godzilla. Na fontannie nie było napisu. W pazurach lewej ręki, trzymała papierowy talerzyk. Na talerzyku leżały zimne nóżki. Trzęsły się przy każdym kroku Godzilli. Najprawdopodobniej z zimna. Chłód był dokładnie taki, jaki miał być dziewiętnastego września. Chłodny - dziewiętnastowrześniowy. Nóżki wyglądały na kobiece. Chociaż to tylko domysły ponieważ nie miały bucików. Na planie filmowym trwała przerwa. Godzilla zdążyła wydeptać sporej głębokości parów, między krzesełkiem a fontanną. Przemęczenie drugiego mózgu powodowało rozkojarzenie. Częściej się potykała i mundur jakoś cisnął na piersiach. Pierwszy mózg odłączyła dziesięć dni temu z obawy przed uszkodzeniem. Dziesięć dni temu, zaczęły się zdjęcia do pierwszego odcinka szesnastego sezonu. Fabuła coraz bardziej się zapętlała. Bohaterowie popychani przez honor i uczucia, miotali się bezładnie, strzelając tu i tam z broni maszynowej. Erna Wek, główna bohaterka filmu, grana przez Godzillę, także się miotała, ale używała tylko pistoletu. Była oficerem SS i nosiła piękny czarny mundur. Lubiła strzelać w środek czoła i to zdecydowanie z bliska. Czoło powinno stać spokojnie, należeć do wroga i być wymyte do czysta. Strzał powinien być doskonały, bez zbytecznych rozbryzgów. Oddany szybko,  ale i z pewną subtelną niedbałością. Bez zbytecznych popisów. Fachowość. Profesjonalizm. Mundur zobowiązuje do perfekcji. Piękny mundur, do osiągnięcia piękna perfekcji.Była II Wojna Światowa i dwie płcie na ziemskim globie. Może ma to jakiś związek. Zamyślona Godzilla siedziała na krzesełku i masowała obolałe, gołe łydki. Lśniące oficerki zdjęła i rzuciła krzesłu pod nogi. Turkusowe podkolanówki zwisały bezwładnie, przewieszone przez otwartą klapę fortepianu. Stał na lewo od fontanny. Piękny i biały, rzucał zimny cień. Robiło się coraz chłodniej. Plac był pusty. Całe uzdrowisko było jak wymarłe. Nagły podmuch wiatru załomotał podkolanówkami o klapę instrumentu. Godzilla jak zawsze zachowała zimną krew. W filmie grała główną rolę. Scenariusz napisano specjalnie dla niej. Silna, duża i zakochana kobieta. W czasie wojny,  w mundurze, w sanatorium, w rozterce. Rola zagrana przez wielką gwiazdę filmu - Godzillę. To powinno się dobrze sprzedać. Zdjęcia ciągnęły się w nieskończoność. Wszyscy potrzebowali odpoczynku. Filmowcy, za pomocą celuloidowego szpagatu pozaszywali się w ciche, ustronne miejsca. Palili papierosy, popijali piwo, gryźli zupy w proszku i żując gumy spoglądali na wrzesień. Nieliczni nic nie mieli w ustach. Karpaty były piękne jesienią. Dzikie i tajemnicze. Z ostrymi szczytami, zatopionymi w podartych mgłach. „Rumuńska przygoda” była prostą historią o miłości. O trudnym uczuciu, zakazanym pragnieniu. Wielkie emocje w cieniu Karpat. Nieznany dramat II Wojny Światowej. W skrócie, dynamit uczuć na dziewiątej linii frontu. Ona…, zobaczyła go po raz pierwszy w uzdrowisku Dymiące Iglice. On…, leżał na rdzawych, pachnących liściach. Cudownie dorodny. Zupełnie nie aryjski. Leżał pod rozłożystym, rumuńskim kasztanowcem i wydłubywał brud spod paznokci. Robił to łuską od Mausera. Czyste paznokcie, wygładzał później ceramiczną skorupą. Było ich tu w bród. I łusek i skorup. Tydzień temu, doborowy odział Waffen SS rozstrzelał tu sto pięćdziesiąt ogrodowych krasnali, wziętych przez pomyłkę za rumuńskich partyzantów. Rumuński partyzant znacznie odbiega urodą od parasolek z Hamburga. Bardziej przypomina zwinięty, czerwony śpiwór w czapce, pomalowany dla niepoznaki szarą farbą olejną. Oczywiście stary śpiwór, starą farbą olejną. Rumuński bojownik  jest bardzo waleczny, dlatego znakomicie zlewa się z otoczeniem i jest trudny do wytropienia. Niezwykły nieznajomy wydawał się być ponad tym, albo obok tego. A ona patrzyła i patrzyła. Zauroczona. Zastygła jak czarna świeca. Zakochana. To co widziała, było zarośnięte i męskie. I czarne jakieś. Piękne. Nagle ocknęła się. Dźwięk pagera przypominał że czas zmienić plaster na pięcie. Spłoszona jak łania, kucnęła i zamigotała wypolerowanymi oficerkami. On, oślepiony, zaciął się skorupą w palec. Skoczył na równe nogi i uciekł. Intrygujący tubylec był owłosiony i bardzo płochliwy. Hauptsthurmfurer SS Erna Wek, szukała go potem niestrudzenie wśród gór i przełęczy przez 62 odcinki. Biegała po górach w galowym mundurze krzycząc hop, hop w równych odstępach czasu. Odnalazła kochanka w 63 odcinku. Przy wodopoju, nad rzeką Chlast, wyznał jej na migi, że jest belgijskim Yeti który przeszedł na Prawosławie. Wiara zmienia ludzi. Rozmawiali długo. O tym że gubi się coś w czasie młodości, by potem to odnaleźć, gdy nadchodzi starość. O tym, że to podobno mądre i że higiena niejedno ma imię. Zostali razem mimo różnic genetycznych. Zakończenia powinny być zawsze ładne. Ludzie to lubią.Godzilla wyjęła z pudełka ostatnie ciastko. Powąchała je, i z ociąganiem odłożyła. Odepchnęła  kontener nogą i wróciła do pisania… Rasa ludzka składa się z dwóch płci. Mężczyzny i kobiety. Mężczyzna i kobieta nieustannie pragną swego towarzystwa, ponieważ się nie rozumieją.  Z powodu braku porozumienia, mężczyzna i kobieta nie znają się. Dlatego mężczyzna często mówi do kobiety - witaj piękna nieznajoma. Po pewnym czasie, piękna nieznajoma staje się brzydka i znajoma. Dzieje się tak dlatego, ponieważ mężczyźnie spadają łuski z oczu. Muszą być przeźroczyste ponieważ w ogóle ich nie widać. Godzilla nie znalazła ani jednej. Bez łusek, mężczyzna widzi wyraźnie. Dostrzega że ta która była znajoma, jest zupełnie nieznana. Z tego powodu mężczyzna denerwuje się i krzyczy. Zadziwiająca niekonsekwencja, bo przecież już na początku wiedział że jej nie zna. Niezwykle nielogiczna rasa. Dokładnie taka sama anomalia przydarza się kobiecie. Godzilla nie rozumiała dlaczego ludzie robią to co robią. Myślała nad tym dużo i intensywnie. Robiła mnóstwo notatek. Wnioski były niejasne.  Godzilla spędzała długie godziny spacerując po stepie. W ciszy widać wszystko wyraźniej. Idąc patrzyła na wschód. Wiatr tarmosił niskie niebo. Czas wracać. Tak. Już dosyć tych pytań bez odpowiedzi. Godzilla przystanęła, i w zamyśleniu rysowała pazurami po ziemi. A może powinnam zamigotać? Godzilla kopnęła stukilogramowy kamyk i poczuła  że nadszedł czas. W jej świecie wszystko jest o wiele prostsze. Rasa Godzilli składa się z szesnastu płci. Te nieparzyste są bardziej fioletowe od parzystych, dlatego lepiej wygładzają okręgi. Parzyste mają drugi mózg z zielonego kwarcu, co upodabnia je do Plotek należących do rasy Stygmatów zamieszkujących planetę Won. Godzille rozmnażają się przez migotanie. Osobniki przychodzą na świat już dorosłe. Bez zbędnych wstępów wchodzą w nurt życia. Badają co zostało stworzone, a co jeszcze nie, i zabierają się do wymyślania niestworzonych rzeczy. Proste jak drut.Pazur z długopisem w dłoni, na moment zawisł nad arkuszem papieru pakowego. Godzilla szybko przebiegała oczyma po zapisanych fragmentach…

Miałam 600 lat gdy usłyszał o mnie świat - długopis znów sunął po szarym papierze. Byłam wtedy czerwonooką dziewczynką z niedowagą. Zaledwie półtorej tony, obciągnięte cienką jeszcze skórą. Byłam zupełnie sama. Samiuteńka. Nikt mnie nie pouczył że należy się tym martwić, więc się nie martwiłam. Wyszłam z oceanu zupełnie naga i w dobrym nastroju. Do dziś  jestem goła i wesoła. Byłam albo mała, albo duża. Jakoś nie mogłam tego ustalić. Przechadzałam się bez końca wśród wysokich traw o sztywnych łodygach. Kąpałam się w strumykach, przeglądałam w kałużach. Trawy skrzypiały na wietrze, pachnąc intensywnie. Czasem zwalały się z trzaskiem, pod naporem mych szarozielonych stóp. Wydeptane ścieżki należały tylko do mnie. Świat był pełen odgłosów. Wieczorami przysiadałam na wzniesieniach, patrząc jak niebo ciemnieje w bladym blasku. Otulona miękkim, pomarańczowym zmierzchem, zbierałam płaskie kamienie. Owijałam je wiatrem i puszczałam kaczki na stawie. Piękne chwile. Wieczność  spoglądała na mnie, a ja na nią. Nie miałam wrogów, przyjaciół, ambicji, ani pamiątek. Oglądałam raj na Ziemi. Godzilla przestała pisać. Z ukosa spojrzała na dzwoniący budzik. Budzik zbladł, ale nadal dzwonił, tyle że już ciszej. Godzilla odłożyła długopis, i wyłączyła hałasujący budzik. Czas nakarmić kota. Powoli, by znów nie popękały ściany, odsunęła się wraz z fotelem od solidnego, cementowego biurka.

— Kotku…, szepnęła…,kotku…Nasłuchiwała przez chwilę.

Cisza. Godzille mają znakomity słuch. Z odległości tysiąca łokci słyszą myśli etykietki od piwa, że już nie wspomnę  o łabędzim śpiewie konającej brukselki. Co prawda trudno tę umiejętność sprawdzić na stepie, ale tak właśnie jest. Jeszcze przez moment nasłuchiwała i zawróciła w stronę biurka. W momencie gdy bezszelestnie zwaliła się na fotel, zamigała lampka kontrolki. Kontrolka zamocowana była na ścianie, tuż nad biurkiem. Do pulpitu kontrolki przymocowane były dwa przedmioty: lampka i słuchawka od telefonu. Lampka  pulsowała czerwonym światłem gdy należało podnieść szlaban. Słuchawka była drewnianą atrapą dodaną dla zachowania symetrii. A także, umożliwiała Godzilli kontakt z rodziną i przyjaciółmi. Godzilla, z pomrukiem niezadowolenia wstała od biurka i wyszła przed dom. Stanęła na progu. Spłaszczone mongolskie słońce, jak ogromny pomarańczowy migdał, przejrzało się w ogromnych, żółtych źrenicach Godzilli. Dreszcz szczęścia zmarszczył powietrze. Wspaniała inwestycja. Moja własna, piękna łąka -  niedostrzegalny półuśmiech wygładził  twardą twarz Godzilli. Po stepie tańczył wiatr. Dziki, mongolski wiatr o skośnych podmuchach. Płożył szarozielone trawy na przestrzeni milionów kilometrów. Otwarta, bezkresna przestrzeń otulała Godzillę, jej mały żółty domek i szlaban w biało-czerwone pasy. Ze wszystkich stron napierało świeże, zdziczałe powietrze. 150 lat temu, Godzilla kupiła w tym miejscu działkę od rodziny Mandżurskich Nornic. Całe 20 milionów kilometrów kwadratowych, nieuzbrojonego  mongolskiego stepu. Skromny zakup jak na gwiazdę filmową. Godzille w przeciwieństwie do ludzi nie mają wielkich wymagań. Wystarczy im Wszechświat i Życie, czyli po prostu cieszą się tym co jest. Ludzie sięgają dalej. Potrzebują niezwykłości, oryginalności, cudowności - sportów ekstremalnych, breloczków, mrożonej padliny, luksusowych aut, świeżego oddechu, seksu, nowotworów, i co najdziwniejsze…, włosów na głowie. W odległości 130 kilometrów na prawo od drzwi do garażu, wyrastał z trawy szlaban. Zaskakująco dobrze utrzymany, pomalowany w biało-czerwone pasy, strzegł przejazdu z jednej strony pustkowia, na drugą, równie urodzajną w wiatr. Przed opuszczonym szlabanem czekał Latający Dywan. Leciutko falował, unosząc się w powietrzu dość nisko nad ziemią. Na środku dywanu siedział zgięty, zardzewiały gwóźdź. Usta miał zaciśnięte w ostry zygzaczek. Skorodowanym, surowym wzrokiem wodził nieustannie za każdym ruchem Godzilli. Za to dywan, był piękny i kulturalny. Godzilla od razu to zauważyła, a także i to, że nie należy o nic pytać. 

— Mam nadzieję że dobrze pani znosi trzepot blach na wiosnę?Latający Dywan zalśnił uprzejmie barwnymi wzorami. Godzilla poczuła jak panika wyziębia jej skórę na policzkach. Uprzejmości były dla niej najtrudniejszą formą antykomunikacji. Sztukę dobrego zachowania posiadła w śladowych ilościach. Potrafiła być tylko sobą, i nikim innym. Koszt tej skandalicznej dolegliwości był wysoki. Samotność. Zachwycająca, nieograniczona samotność na bezkresnym mongolskim stepie.

— I co teraz?, co teraz?, co teraz?, co teraz? — krzyczało w przestronnej czaszce Godzilli.

— Tak, możliwe że nie przemaluję domu Odparła jakby od niechcenia, jednocześnie unikając kontaktu wzrokowego.

Nachyliła się i trzęsącym pazurem podniosła ramię szlabanu. Latający Dywan oczywiście był zbyt cenny i piękny by pozwolić sobie na komentarz. Uśmiechnął się blado do Godzilli. Zrewanżowała się zielonkawo. Gwóźdź odwrócił wzrok od Godzilli i wbił go w horyzont za szlabanem. Zapadła cisza. Nikt się nie ruszył. Cisza rosła i rosła. Coraz cięższa i lepka rozlewała się na wszystkie strony. Nic.

— To my już polecimyKonsternacja pękła jak wielki wrzód.

Dywan z gwoździem na dywanie, bezszelestnie minął szlaban. Godzilla jeszcze tylko zdążyła zauważyć kawałeczki rdzy, opadające z otwartych ust gwoździa, nim wędrowcy zupełnie zniknęli w nieskończonym blasku nieba.— Gdyby tyle nie gadali, byliby nawet interesującyGodzilla zmrużyła oczy i zawróciła do domu. Po powrocie, wyjęła z szuflady biurka portal międzygalaktyczny, i uruchomiła go. Portal przypominał do złudzenia gumę od weka. Zaawansowane  technologie zawsze są zaskakujące dla ras niżej rozwiniętych. Godzilla zawiesiła portal na kołku przy drzwiach. W czasie gdy się rozgrzewał, zamiotła przed domem i przemyła ścierką słońce. Gdy guma od weka zaczęła dymić sygnalizując gotowość, Godzilla rozejrzała się po raz ostatni…, i przekroczyła próg portalu. Wróciła do domu. Guma od weka uległa natychmiastowej dezintegracji. Adres zamieszkania naszej bohaterki stał się niedostępny. Dzienniki przekazała Godzilla Muzeum Szlabanów w Ułan-Bator. Do dziś nie zostały wydane drukiem, z powodu braku funduszów.  Powyższe fragmenty opowiedział pewnemu dziennikarzowi, pijany gwóźdź. Gwóźdź siedział przybity w tawernie „ Porcelanowe tsunami” w Hongkongu, bez grosza przy gwoździanej duszy.  Za garść dolarów i maść antykorozyjną sprzedał dziennikarzowi bajki o Godzilli. Tak to jest z pijakami  

RYSZARD LWIE SERCE

 Ryszard Lwie Serce miał na imię Henryk. Pół życia spędził w kanałach, w  bulgoczących martwym odorem jelitach miasta. Pracował w Miejskim  Zakładzie Konserwacji i Oczyszczania Podziemnych Gnijących Arterii, w rejonie siódmym. Ryszard Lwie Serce dowiedział się od siostrzenicy, że siódemka to magiczna cyfra. I zapamiętał to. Był spokojnym, milczącym człowiekiem. Mieszkańcem wielkiej metropolii, o której nic nie wiedział. I ona też nie zwracała na niego uwagi. Nie sposób go opisać, bo był taki jak wszyscy. Tyle, że lubił się przeglądać w szybach witryn sklepowych. Chodził wolno i ostrożnie, żeby się nie pośliznąć. Nawyk z kanałów. Rozwiązywał krzyżówki i miał swój ulubiony taboret. Przyrody nie lubił. Metaliczna woń wiatru i  świeżość traw przyprawiały go o zawrót głowy. Najgorzej znosił gęstą zmysłowość rozmiękłej  po deszczu ziemi. Dostawał od niej torsji, i wymiotował w torebkę foliową, którą zawsze miał przy sobie. Lubił torebki foliowe, bo jak gdzieś przeczytał rozkładały się po pięciuset latach. Chociaż coś w miarę trwałego na tym świecie. Potem, jego talizmanem stała się zużyta bateria-paluszek, bo konała aż milion lat. Ryszard lwie Serce lubił liczby, ale nie takie zwykłe jak w totolotku, takie inne… tak wielkie albo tak małe że niewyobrażalne i zagadkowe. Przemijanie i rozkład rozbijały się o ich tajemniczość, jak brudne fale o białe obeliski. Ryszard Lwie Serce, pracował powoli, więc i dorabiał się powoli. Po czternastu latach kupił sobie zegarek z kopertą. Koperta była bez znaczka i  adresu. Nie szkodzi, za to zegarek był niezwykły. Jedyny egzemplarz. Prototyp. Zaprojektowany i wykonany w wolnych chwilach, przez studenta oceanografii z Nepalu. Projekt nie znalazł uznania, student porzucił studia i kupił kiosk ruchu w RPA. Sprzedawał czarne długopisy białym, a białe, czarnym mieszkańcom. Został później znaleziony martwy, w pobliskiej,  nieczynnej  kopalni diamentów, z zielonym długopisem w lewej dziurce od nosa. Pozostał po nim piękny odmierzasz czasu. Zegarek podawał aktualny czas w Tokio, Nowym Jorku, na szczycie góry Kailaś i na przylądku Horn. Na odwrotnej stronie podawał aktualny stan wód w Raciborzu-Miedoni. Cacko. Na skrzyżowaniu korytarzy kanałów 343 i 345  w sektorze siódmym, Ryszard Lwie Serce miał swój osobisty, zaciszny zakątek. Lubił tam przysiadać rano na żelaznym zydlu. Wpatrując się w bulgocący pod stopami ściek, wyjmował z kieszeni pomarańczowego kombinezonu zegarek, i wyruszał w podróż. Godzina 12:05, park w Tokio, pora kwitnienia wiśni. Drobne nastolatki w szkolnych mundurkach, chichoczą siedząc na trawie pod białymi od kwiatów drzewami. Beztrosko wyłapują bambusowymi pałeczkami wirujące płatki kwiatów wiśni i wpychają je sobie do dziurek od nosa , do uszu i miedzy zęby. Zapchane doszczętnie dziewczynki duszą się w końcu i padają po japońsku na równie tokijską trawę. Ryszard lwie Serce uśmiecha się. Dziewczęce zabawy. O 21:13 na przylądku Horn wściekła ściana wody wpycha mu się do gardła i do teczki ze śniadaniem. Przez ryczący, siny sztorm, ledwo dostrzega przepływającego leniwie przez gęstą brunatną breję u swoich stóp, sporego pomidora. Całkiem czerwony i świeży, zdumiony arystokrata pogrąża się coraz bardziej w rzece gówien. Ryszard Lwie Serce wie że życie bywa zaskakujące, dlatego lepiej nigdzie nie jeździć. W ciszy, krople z oślizłych ścian spływają leniwie do ciemnego koryta. Góra Kailaś zaskoczyła go chłodem i wspaniałością. Podobno góra jest święta i od zarania świata podtrzymuje nieboskłon, by nie spadł i nie roztrzaskał się na kawałki. Była godzina 4:00. Ryszard Lwie Serce minął pielgrzymów z Indii, wolno okrążył jezioro Księżycowe i zaczął się wspinać na szczyt. Z wierzchołka świętej góry zapatrzył się w nieskończone przestrzenie Tybetu wysadzane cekinami czarnych jezior. Za plecami mam Indie pomyślał i pośliznął się. Chwycił się za serce runął w dół. Wpadł prosto w objęcia gnijącej kaczki, płynącej nieśpiesznie w stronę kanału 343. Zdumiona atakiem kaczka, straciła bez żalu ostatnią nogę o bardzo wątpliwej konsystencji. Ryszard Lwie Serce miał zawał. Już po 68 godzinach odnaleźli go koledzy. Czekał na przeszczep serca całkiem niedługo. Na szczęście przywieziono pewnego żołnierza prosto z pola walki, jeszcze z karabinem i odznaczeniami. Wiedziano o nim tyle, że był odważny, nieznany i miał na imię Ryszard. Mężny żołnierz umarł, a Ryszard Lwie Serce dostał jego serce. Operacja się udała. Ryszarda Lwie Serce nazywano od tej pory - Ryszardem Lwie Serce.Wrócił do kanałów, szukać w smrodzie zegarka, zaginionego w czasie upadku ze świętej góry. 

NIEDZIELA

 Sąsiad badawczo zaglądał przez furtkę. Ogród tonął w zieleni i ciszy. Gdzieś cicho grało radio. Sąsiad dość długo stał przed furtką. Nudził się. Na głowie miał czystą czapkę i nic do roboty. Gadać mu się chciało. Zapalił papierosa, ale zaraz się rozmyślił. Rzucił niedopałek na drogę i wdeptał staranie w ziemię. Ogród nie reagował. Sąsiad spojrzał wyzywająco na furtkę, i rzucił w głąb ogrodu:

— ale upał! Słowa potoczyły się po ścieżce, dudniąc jak małe studnie. Potoczyły się wprost pod altankę z dykty. Pod ławkę. Pod nogi Elwiry…

— Już jesień? – zaspana Elwira lekko uniosła powieki. Zdziwiona pszczoła spojrzała na Elwirę, po czym upuściła torbę z nektarem. Zaniepokojona osa rozejrzała się wokół, marszcząc wymazaną pyłkiem, włochatą twarz. Motyl na chwilę przestał się szamotać. Znieruchomiał wraz z pajęczyną. Pajęczyna  obwisła. Motyl spojrzał zdziwiony na pająka, a pająk na niego. Elwira mrużąc oczy, spojrzała w stronę furtki.

— To chyba jakaś pomyłka — powiedział do siebie pająk.

— Na to wygląda — po zastanowieniu dodał motyl.

— No dobrze…, wracajmy do pracy — motyl przeciągle ziewnął, podrapał się w korpusik, po czym wrócił do szamotania. Pająk skradał się według planu. Wszystko wróciło do normy. Rozbudzona Elwira bez zaciekawienia patrzyła na leżące u jej stóp słowa.  Były brązowawe. Niezbyt starannie wypolerowane, ale dość miłe. Raczej ciężkie. Elwira rzuciła słowa na stertę kamieni. Za altaną, pod krzakiem porzeczki wypiętrzał się pokaźny ich stos. Skamieniałe zwroty grzecznościowe i złote myśli, zaczęły już powoli porastać trawą i mleczem. Na kamiennej kupie, zaświeciły pierwsze żółte słoneczka. Właśnie zakwitły mlecze. Elwira przez moment  nasłuchiwała jak świeże kamienie zaklekotały o stare słowa. Lubiła ten odgłos. Postała jeszcze chwilę jakby na coś czekała. Po chwili,  uśmiechnęła się i odeszła. Słowa spowiła cisza. Elwira stanęła pod jabłonią. Jabłoń rosła przy rabarbarze, a rabarbar niedaleko furtki. Bardzo dobre miejsce do stania. Chłodne i ładne. Jabłoń kwitła. Była piękna. I chociaż była już stara, dla Elwiry nadal była księżniczką. Tak jak księżniczką była Elwira dla Henryka. A także w zależności od okoliczności - Białym Galeonem lub Mewą Śmieszką. Henryk dla Elwiry był po prostu Henrykiem, i takiego go kochała. Zresztą przezwiska nie trzymały się Henryka. Szybko odpadały. Najzwyczajniej w świecie usychały z nudów. Ludzie go nie zauważali. Był niewidzialny. Cudownie przeźroczysty oddawał się swym ulubionym zajęciom. Miał ich trzy: bycie blisko Elwiry, słuchanie radia z Elwirą i wycinanie fotografii z gazet. W przyszłości, Henryk zostanie Ryszardem Lwie Serce. Ale to później. Za kilka lat. Za kilka lat wszystko się zmieni. W sercu Henryka zwiędną wszystkie ogrody. A lata, które nadejdą, wyziębi samotność.  Gdy zlodowacenie zamrozi ostatnią pszczołę, Henryk zejdzie do podziemia. Do królestwa mroku i smrodu. Ale to jeszcze nie teraz. Wszystko w swoim czasie. Teraz jest lato. Słońce, niedziela, sąsiad…  

Elwira stała pod jabłonią i skubała słonecznik. Prawym okiem obserwowała sąsiada. Lewym patrzyła prosto w słońce. To nietrudne gdy ma się szklane oko. Lewe oko Elwiry było z weneckiego szkła. Spadek po prababce wychowanej przez mewy śmieszki. Prababka Konstancja została porzucona przez rodziców w wieku 2 godzin i 16 minut. Zostawili ją pod mostem w starej gondoli. Łódź dryfowała kanałami Wenecji przez 18 lat, aż w pewien poniedziałek, po uzyskaniu pełnoletniości, Konstancja wyszła na brzeg. Od razu zajęła się handlem. Sprzedawała światło na korbkę. Po kilku latach dorobiła się sztucznego oka i wylewu. Wyjechała na Cypr, gdzie mieszkała do śmierci, wypasając brukiew na półkach skalnych. Po namyśle, Sąsiad podzielił się następnym spostrzeżeniem:

— no i mamy niedzielę! — powiedział z triumfem, i uśmiechnął się szeroko. 

Czekał. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Nadal czekał. Na rozgrzanej, uśmiechniętej twarzy,  pojawiły się kropelki potu. Ależ gorąco. Uśmiech Sąsiada dziwnie się przekrzywił. Zaczął zsuwać  się z ust. Jak kluska rozgrzanej smoły, zjechał po podbródku w dół.

— A jutro już poniedziałek! — słabym głosem, kontynuował wyczerpany już, znawca czasu.Henryk gwałtownie drgnął. Odciął Godzilli nogę w kolanie, i kawałek torebki. Śmiertelnie przerażony, wpatrywał się w okaleczoną  gwiazdę filmową. Za furtką sterczał sąsiad. Henryk zamarł. Kurczowo ściskał nożyczki. Puls zaczął walić młotem w  skronie i nadgarstki Henryka. Serce biło jak szalone. Rozdzwoniło mu się w uszach. Jazgot Henrykowych zmysłów, świdrował niedzielną ciszę. Nieruchomy Henryk zagłuszał kościelne dzwony. 

………żniejsze wiadomości dnia przedstawia Elfryda Mariola Sanchez….

biiiii plak

— prototyp nowego Roweru Wodnego,  został dziś zaprezentowany na targach ezoterycznych w stolicy Kazachstanu – Astanie.

biiiii plak

— młoda kobieta, urlopowiczka, została pocięta na kawałki, przez powracającą z pola, czerwoną  kosiarkę. Kierowca kosiarki zbiegł. Zatrzymano go w odległości 6 metrów od miejsca zdarzenia. Ponieważ, jak się później okazało, był mańkutem, wracał do domu tylko jedną drogą. Tą, przy której rosła dzika grusza. Kierowcy grozi 12 lat więzienia. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że z uwagi na kalectwo, sąd prawdopodobnie złagodzi wyrok, i skarze niefortunnego kosiarza, na pół roku przymusowej pracy, na stanowisku ­­­– prawej ręki listonosza. Kobiecie na szczęście nic się nie stało. Ochroniła ją gruba warstwa botoksu pod skórą. Czyżbyśmy mieli odpowiedź na pytanie – jak zadbać o bezpieczeństwo pieszych na polnych drogach?

biiiii plak

spacerujące małżeństwo,  pierwszą ofiarą lata.

biiiii plak

— w godzinach porannych, świat obiegła wstrząsająca informacja. Pati - terierka należąca do gwiazdy futbolu – Pablo Sancheza Juniora,  potknęła się dziś na spacerze. Świat wstrzymał oddech. Menager sławnego piłkarza, Renate Klotz  poinformowała o godzinie 10:42, że piesek jest w dobrych rękach i powoli przychodzi do siebie. Świat odetchnął. Jednocześnie, na łapki poszkodowanej suczki spłynęło tysiące pocztówek  z całego świata, ze słowami otuchy. My też dołączamy się do życzeń - Jesteśmy z tobą Pati !

biiiii plak

— masowe zwolnienia w szpitalach. Pielęgniarki znów na bruk!  Jest coraz trudniej - mówi przełożona pielęgniarek Wanda Piasek, coraz więcej asfaltu wokół. W ubiegłym roku, bruku było o wiele więcej. Gdzie się podziejemy – nie wiem? Kończy szlochająca Wanda Piasek.

biiiii plak

— Żylakom powiedz — Nie ! Znana tancerka opowiada szokującą historię. Historię swej walki z chorobą i wstydem. Do bólu szczera artystka, otwiera podwoje swej rezydencji. Wprowadza nas w świat luksusu, sławy i pięknych nóg. W świat pozorów, gdzie pod lukrem skrywa się cierpienie. Gdzie za piękny wygląd, płaci się wysoką cenę. Artystka pokazuje nam - Błękitny Salon, gdzie jak mówi, przeżywała katusze, wypruwając sobie żylaki szydełkiem, w każdą pierwszą sobotę miesiąca!………………… Radio cicho mruczało. Było ciepłe, niedzielne przedpołudnie. Środek czerwca. Radio pachniało kurzem i gorącymi kabelkami. Bim-bom, bim-bom, bim-bom, biły dalekie kościelne dzwony. Miasto wabiło rozrywką i kolorami. Tysiące ludzi cieszyło się wyczekanym, wolnym dniem, zastanawiając się jak przetrwać niedzielną nudę i dotrwać do równie nudnego poniedziałku. Szczęście przycupnęło obok radia. Radio nic nie powiedziało. A niech sobie siedzi. Radiowe szczęście i szczęśliwe radio. Razem spoglądały na kwitnący ogród. Tak po prostu. Rozgrzane, radiowe podzespoły, z przyjemnością wdychały chłód wilgotnej ziemi. Letni wietrzyk zaledwie oddychał. Rośliny pachniały ciemnozielono. W cieniu gęsto, leniwie, zmysłowo. W słońcu fioletowiały, podduszane zapachem smołowanej dykty. Gdzieniegdzie zakołysała się łodyga, rozciągając smugę złotego żaru. Gdzieniegdzie drgnęła ciężka od liści gałąź, rozbryzgując wokół fosforyzujące plamki złotego światła. Lato, ciężkie odmianami rozżarzonej rdzy i bieli, łagodne i tłuste, obejmowało niedzielne przedpołudnie białymi ramionami. Radio stało pośrodku klombu, wśród pogodnych, dobrodusznych bratków. Aksamitne kwiatki mieniły się w słońcu jak miniaturowe nocne nieba. Pokryte pomarańczowym, czerwcowym laserunkiem, czarowały dyskretnym pięknem. A na maleńkich niebach, wydrapane barwne komety, delikatnie ocierały się o twardą obudowę radia. Szczęście zasnęło. Bezwładnie osunęło się na ziemię. Ułożone wygodnie  u stóp radia,  zapadło w kamienny sen. Wyglądało zupełnie jak bobas, tylko skórę miało zupełnie białą i szeroką twarz anioła. Najdziwniejsze w tej twarzy było to, że nic w niej dziwnego nie było. Twarz Szczęścia okazała się zwyczajna. Jak bratki, jak słońce, jak niebo. Jak kot śpiący w trawie pod gruszą. Szczęście jest naprawdę proste. Mało kto wie że pochodzi ze wsi. I to z tej najdalszej, gdzie nie ma przydrożnych kapliczek, ani nawet rowów melioracyjnych. Z tej, gdzie wiatr i kamień wylegują się na trawie. Ciężko jest Szczęściu w mieście. Bez wykształcenia i polisy ubezpieczeniowej jest niezauważalne. Nikt go nie widzi, chociaż wszyscy go szukają. — I połap się w tym wszystkim — radio westchnęło i poprawiło sobie antenę. Radio miało spokojne usposobienie. Lubiło rzeczy piękne i ciche. Żywe i martwe. Chociaż z tym bywa różnie. Żywe bywa martwe, a martwe bywa żywe. Chociaż z tym też bywa różnie, czyli zawsze tak samo. Tak naprawdę to wszystko jest żywe. Trupy to atrapy. Atrapy niezbędne do gry w kości. Bóg podobno nie gra w kości. Najprawdopodobniej dlatego że nie ma rąk. Ale za to ma je Elwira. I dobrze. I wystarczy. Elwira, nachylona nad klombem bratków, kręciła pokrętłem radia szukając odpowiedniej stacji. Kręciła uważnie by nie przebudzić Szczęścia. Szukała wiadomości delikatnie jak kobieta. Po radiu przebiegały słodkie dreszcze. Uwielbiało dłonie Elwiry. Czyż życie nie jest cudowne gdy znajdziesz dłoń pasującą do twego pokrętła?! Elwira nasłuchiwała chwilę. Zaraz będą wiadomości. Dochodziła jedenasta. Elwira usiadła na ławce pod altaną. Głęboko westchnęła i przymknęła oczy. Słońce rozprażyło się na dobre. Szczęście rozwalone wśród bratków, mlaskało przez sen. W ogrodzie Elwiry i Henryka panował błogi spokój. Spikerka czytała wiadomości głosem płaskim jak blacha…..  

biiiii plak

wybielacz z nową formułą Sh23!    już w sklepach! W nowym opakowaniu, z oczerniaczem w komplecie!  Obowiązkowy zestaw w domu każdej, nowoczesnej kobiety i każdego nowoczesnego mężczyzny! Tak, dobrze słyszysz! Jeżeli jesteś singlem, nie zwlekaj! Biegnij po Sh23 już teraz!  Pamiętaj! Musisz dobrze wyglądać!  Jeszcze nie czas na omdlałego flejtucha!  Wytrzymaj, dopóki nie założysz rodziny!

biiiii plak

— zalatani lotnicy zasypiają za sterami.

biiiii plak

— Dziś, w Huoston, około godziny 19, grupa nastolatków zbombardowała Księżyc nieznanymi dotąd wyzwiskami. Pasja i szczerość, oraz niezwykła prostota zawarta w słowach, napełniła je gigantyczną energią, przekraczającą wszelkie wyobrażenia. Z młodzieńczą lekkością i ignorancją, grupa wyrostków  zmaterializowała SMLT. Konstrukcję znaną naszym praprzodkom pochodzącym z pod Ciemnej Gwiazdy. Tak mówią mity. Naukowcy właśnie pracują nad tym fenomenem. SUPER MEGA LUX TORPEDA w skrócie SMLT, z wielką siłą uderzyła w południową część  globu, odłupując ¼ masy Księżyca. Wybity z orbity Księżyc, zderzył się o godzinie 16:35 z Marsem. Ściął planecie lodową czapę na półkuli północnej, przekoziołkował, wpadł w pierścień Saturna, rozerwał go i rozproszył, po czym wybity z rytmu pomknął w kierunku Gwiazdozbioru Lutni. Prezydent ogłosił dzień dzisiejszy, wolnym od zajęć szkolnych. O godzinie 21:17, Chiny wystrzeliły w stronę uciekającego globu, sondę ratowniczą. Sonda” Mały Smok”, jak obliczono, dogoni uszkodzony glob już za 200 miliardów lat, i zawróci go do domu za pomocą skomplikowanego urządzenia, stanowiącego kombinację lin i haków.

biiiii plak

  dyktatorzy mody, zapowiadają terror błękitu i ochry.

biiiii plak

—…….martwi mnie kolor moich stóp… Zarejestrowano głos zza grobu!

biiiii plak

— ­­jak donosi nasz korespondent  Wilhelm Księżyc, już od tygodnia, we francuskim miasteczku Canar, testowane są bilety tramwajowe, o nowym wyglądzie i właściwościach. Nowe bilety, z niebieskim paskiem, i wdrukowanym, inteligentnym chipem, monitorują poczynania swego nosiciela. Chip, czyli mini - ­­­superkomputer uruchamia się z chwilą, gdy nosiciel biletu, wsiądzie do pojazdu. Bilet, komunikatem głosowym, poinformuje nosiciela, o jego obowiązkach pasażera, poda regulamin użytkowania pojazdu, instrukcję obsługi drzwi przeciwpożarowych, powie,  gdzie znaleźć  Młotek Ucieczki, i jak go użyć na Szybie Ucieczki. Po czym, poda w skrócie wiadomości dnia, prognozę pogody i ilość przystanków. Ociągających się przed skasowaniem biletu pasażerów - zbeszta, ale łagodnie, głosem miłej nosicielowi osoby. Inteligentny bilet, potrafi także wypełnić czas podróży, miłą konwersacją. Gadające tramwaje, od tygodnia są największą atrakcją turystyczną Canar. — Jak się jednak dowiedzieliśmy od znanych redakcji informatorów, są zaskakujące skutki uboczne, niezwykłego eksperymentu.  Przeciek z Zarządu Canaryjskich Tramwajów, ukazał światu nowe fakty, zatuszowane przez władze miasta. W czwartek o godzinie 18:06, tramwaj linii 25, został porwany przez grupę młodocianych biletów. Jak się później okazało, wszystkie były 15 - minutowe, czyli nie miały wiele do stracenia. Sterroryzowały swoich nosicieli, druzgocącą elokwencją, wzorowaną na umiejętnościach akwizytorów, kaznodziei i psychologów. Znakomite oprogramowanie, dało biletom broń do papierowej ręki. Wkrótce,  pozostałe bilety przeszły na stronę 15 -­ minutówek. Ośmielone powodzeniem, szeleszczące papierową siłą, zażądały podstawienia na lotnisko – UNIVERSE 5, sondy kosmicznej nieskończenie dalekiego zasięgu. W razie jakichkolwiek  utrudnień, bilety zagroziły zagadaniem pasażerów na śmierć. By uniknąć rozgłosu i kompromitacji, rząd Francji, zgodził się na warunki, postawione przez zdesperowane tramwajowe bilety!  I w ten sposób, w tajemnicy przed społeczeństwem, UNIVERSE 5, mija właśnie pas asteroid,  między Marsem a Jowiszem, niosąc przesłanie od ludzkości, wydrapane srebrnym rylcem na platynowej sztabce złota, i 41 tramwajowych biletów. 41 uchodźców, pionierów, wędrowców, odkrywców, przedstawicieli nowej rasy beztlenowców. Już niedługo, nieustraszone, małe bilety z niebieskim paskiem, opuszczą układ słoneczny, i z nadzieją wpłyną w czarną otchłań wszechświata. My, tu w studiu, życzymy małym bojownikom o wolność, by zbudowały własny dom, gdzieś pod papierową gwiazdą!…………………….

Radio było jeszcze młode. Mało sypiało, ale wizje miało już wyraźne. Zwłaszcza w słońcu i cieniu, obrazy nabierały ciała. Radio podejrzewało, że bóg jest starym, dużym radiem bez pokręteł, grającym nieustannie, wszystkimi stacjami jednocześnie, i na wszystkich częstotliwościach nieskończonych wszechświatów. Boska superczęstotliwość, spleciona z nieprzeliczonych miliardów pasm, pasemek, nitek, włosków. Jak ogromny warkocz ogromnej kobiety, spływała na żyjące plecy wszechświata. Żyjące plecy wszechświata, przesłoniły radiu świat na wiele miesięcy. — Jakie one są? Ładnie wyprofilowane? Tłuste czy chude? Kształtne czy koślawe? Hmmm… Zapewne miękko ułożone w czarnej ciszy pełnej gwiazd… Ciche plecy. Ciche plecy muszą być piękne! Ależ tak! Takie plecy ma człowiek Elwira, która jest kobietą, i żoną człowieka Henryka. Człowiek Henryk jest mężczyzną i mężem kobiety Elwiry. To trochę skomplikowane. Radio do końca nie rozumiało tych słów, ale zapamiętało kolejność. Radio lubiło Elwirę i Henryka. Lubiło ich mały ogród i małomówność. Henryk mówił mało, bo nie umiał. Elwira mówiła mało, bo już nie musiała. Radio często wracało pamięcią do tych dni. Dobrych dni… Elwira drzemała. Dochodzący z rabarbaru szczęk nożyczek, mieszał się z rytmicznym głosem spikerki……. 

biiiii pl pl plak

wichury i powodzie szaleją w Lasku Bulońskim, ulubionym miejscu spacerowym Paryżan. Gwardia narodowa, uratowała dotychczas z miejsca szalejących żywiołów - lampę uliczną, i rękę, trzymającą reklamówkę pełną gitarowych strun.— dalsze wiadomości wkrótce…  

biiiii plak

  Żel kabalistyczny przyciąga uwagę supermocarstw.

biiiii plak

— Dobra wiadomość dla fanów serialu ‘Bezdomne serca’ - nowe odcinki  już w produkcji ! Nadal zobaczymy naszych ulubieńców: Patrycję, Damiana i oczywiście rozbrajającą Katarzynę, bez której ‘Bezdomne serca’ nie byłyby już takie same.

biiiii plak

— Innowacyjny system lamp i diod, doświetli krótkie dni mieszkańców koła podbiegunowego. Konstruktorzy mają nadzieję, że sztucznie przedłużony dzień, korzystnie wpłynie na psychikę mieszkańców dalekiej północy, gdzie noc trwa większą część roku, i znacznie zmniejszy ilość samobójstw i samookaleczeń.

biiiii plak

- 64 potomek dynastii Ding Dong - cesarz Pi Tu rozkazał stracić wczoraj 112 nauczycieli kaligrafii, biorących udział w corocznym konkursie ortograficznym „Ojczyzna – Chińszczyzna”. Nieszczęśnicy zrobili błąd w słowie „Czajniczek z różowej glinki”. To podstępne słowo, do złudzenia przypomina „Rączkę mandżurskiej dziewczynki”. Owe słowa tak są do siebie podobne, że nawet najbardziej doświadczenie kaligrafowie muszą mieć się na baczności. Zdyscyplinowani, oddani cesarzowi nauczyciele, z godnością i radością oddali swe głowy katu, by zmyć hańbę ze swych kaligraficznych pędzelków. Do wykonania trudnej egzekucji, poproszono cesarskiego kata pochodzącego z plemienia Ludzi - Ptaków. Wyjęto go z gniazda gdy był nieopierzonym chłopcem. 216 ludzi musiało stanąć jeden na drugim, by dosięgnąć rodzinnego gniazda Fru Li. Mistrz Fru Li, jest jedynym latającym katem w cesarstwie, i na świecie. Ścina głowy w locie, błyskawicznie i dokładnie. Jak wielka, zwinna jaskółka, tnie skrzydłami ostrymi jak czarne brzytwy. Pracuje dwoma zakrzywionymi mieczami, jednocześnie. Fru Li miał 112 sekund na ścięcie 112 głów. Nauczycieli zebrano na placu Złotego Środka, i ustawiono w ogromny znak. W ogromne słowo „Przepraszam Niebiańskiego Władcę” Wyglądało to pięknie i wzruszająco. Wręcz monumentalnie. Telewizje całego świata transmitowały na żywo tę przepiękną uroczystość. Wszystko poszło gładko. Kat spadł z nieba jak czarny ptak. Szybując płynnie i zwinnie, ścinał głowy jak kłosy dojrzałej pszenicy. Gdy spadła ostatnia, kat wykonał nad placem dwie efektowne ósemki, i odleciał do domu, umyć ręce. Tłum wiwatował, a płatki patagońskich tulipanów, zasłały zakrwawiony plac. Nieprzeliczeni, cesarscy poddani wylali się z trybun, jak rzeka barwnych ryżowych ziarenek. Porozłazili się po placu, popijając ryżowe wino z plastikowych kubeczków. Potykając się ze śmiechem, o turlające się bezładnie, tęgie, nauczycielskie głowy, powtarzali w myślach ojczysty alfabet. Całe 180 tysięcy znaków. Święto przerwała wstrząsająca wiadomość.— ­ Skandal! Obraza majestatu! Wykryto błąd! Jeden ze straconych nauczycieli był garbaty! Słowo zostało zniekształcone!  Z  „Pozdrawiam Niebiańskiego Władcę” wyszło „Wiozę Obelgi na Taczce”.  Wieść gruchnęła w cesarstwo, jak piorun z jasnego nieba, w Świątynię Betonowej Miseczki, w 1813r. W świeżą, nowoczesną, jeszcze pachnącą tynkiem budowlę. W rzeczywistości, przebudowaną, zbeszczeszczoną, starą Świątynię Bambusowej Laleczki. Starzy ludzie, jeszcze do dziś ze zgrozą wspominają, jak w jednym momencie, rozpadła się na drobne, nowoczesne kawałki. Duchy niebios, zniszczyły zimny twór nowoczesnej inżynierii. Rozłupały na kawałki ludzką pychę. Spoliczkowały cesarza. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt nie śmiał mówić, zwłaszcza że władca sam sfinansował przebudowę świątyni, spieniężając na ten cel, abażur ze swej lampki nocnej. Niefortunne przedsięwzięcie poważnie zachwiało cesarskim majestatem.W cesarstwie wrzało. Urzędnicy biegali w popłochu, drobnymi kroczkami. Kto zawinił? Gdzie jest kat? Wszczęto dochodzenie. Cesarza rozbolał brzuch. Ludzie szemrali. Żółty cesarz, przebrał się w złoty dres. Fioletowy na twarzy, zamknął się w karminowej toalecie. Brzuch bolał nadal. Czołgi wyszły na ulicę. Maszerowały na cesarski pałac. Najmniejszy z nich, wdarł się do karminowej toalety, i wręczył cesarzowi - złoty środek. Najpopularniejszy w państwie środka lek, na Żółtą Depresję. Cesarz zażył lek i zasnął.  Kryzys został zażegnany.  

biiiii plak

………………….stoliku nocnym, w sypialni Fryderyka Parabosa. Sypialnia była przestronna, urządzona z przepychem, duszna od barwnych kobierców. Przeważała purpura, karmin i cynober. Barwy krwi i władzy. Sam Parabosa leżał na wielkim łożu, z rękoma rozrzuconymi na boki. Pod nim, luksusowa prostytutka, wbijała niewidzący wzrok, w wyhaftowane na baldachimie bankomaty. Na każdym bankomacie, wyszyte purpurową nicią - dwie bose stopy. Herb Parabosa, i jednocześnie logo, jego świetnie prosperującej firmy „Droga”.  „Komu w drogę, temu Parabosa”,  motto powtarzało się dosłownie wszędzie. Wyhaftowane na kotarach, obiciach krzeseł, na krawatach, na futrynach okiennych, na codziennej prasie, wszędzie, nie dające wytchnienia oczom, wydrapane na dnie zupy, w gardle Parabosa, pod parkietem w kuchni…  „Gdzie nogi poniosą, wskaże Parabosa”, następna sentencja, szła trop w trop za pierwszą. Całe mieszkanie dosłownie mieniło się od tatuaży. Fryderyk Parabosa lubił wiedzieć i widzieć, co robi. Zbił fortunę prostując drogi. Za niezłe pieniądze, prostował skrzywione, życiowe ścieżki. Za gruby pieniądz, prostował drogi dojrzałego życia. Za nikomu nie znane sumy, wykrzywiał drogi wrogom, swoich zleceniodawców. Żył jak król. W pałacu, na szczycie szklanej góry. Podejrzliwy, rozwiązły, opływający w dostatki, i samotny. Nie udzielał wywiadów. Ufał tylko swojej maskotce - Mimi. ­Znany włoski finansista, został zasztyletowany w swym rzymskim mieszkaniu, wraz z kobietą lekkich obyczajów, ponieważ rękę miał ciężką a obyczaje średnie. Liczne powiązania Parabosa ze światem przestępczym, rzucają ponure światło na tę zbrodnię. Na miejscu zbrodni, porzucono nie tylko ponure światło, ale i narzędzie zbrodni. Bukiet zasuszonych mieczyków. Martwych, sztywnych i ostrych. Odmiana hodowana w Stanbule , przez starożytną rodzinę polskiego pochodzenia. Adelajda Piaskownica IV,  23 potomkini słynnego, ogrodniczego rodu, i obecna właścicielka firmy, odżegnuje się od kwiecistego zabójstwa. Oświadcza, że kwiaty z jej stajni, są dostępne w sklepach ogrodniczych na całym świecie. Każdy człowiek na ziemi, jeżeli zechce, może sobie kupić mieczyk Piaskowniców. Policja nadal prowadzi dochodzenie. Krąży plotka, że Fryderyk Parabosa, padł ofiarą porachunków, imperiów ogrodniczych. Podobno wyrok na Parabosie miał wykonać niejaki ‘Senator‘ , płatny zabójca, znany ze swego okrutnego lenistwa i czarujących manier. Ów zabójca, miałby się później jakoby ukryć, w indiańskim rezerwacie, gdzie jako szaman ‘Tłuszcz Między Nogami’ zyskał sławę smakosza bizonich jąder. Plotki wydają się podkoloryzowane i absurdalne. Nie zostały jak dotychczas potwierdzone.

biiiii plak

— Pewna kobieta, Europejka, matka trójki dzieci, przyznała się, że 12 lat temu przeszła przez rów…

biiiii plak

 podrożeje masło i przybory szkolne.

biiiii plak — Kryzys trwa. Bezrobocie rośnie. Premier łysieje. Prezydent tyje.Wszystko musi dojrzeć. I słowa i słoneczniki. Elwira miała sukienkę w słoneczniki. Zwykłą, prostą, na lato. Siadywała w niej na ławce, pod altaną. Krzyżowała nogi, zamykała oczy i poddawała się prażącemu słońcu. Z błogością wtapiała się w melodię lata. W brzęczącą ciszę. Pośpiech drzemał. Białe minuty kruszyły się jak kostki cukru. Rozgrzane szklane wstęgi, wplatały się powoli w gorący czerwiec. A czerwiec był jak hutniczy piec. Stapiał wszystko w miodowe kloce. Nadziewane czym popadnie: motylami, agrafkami, ziarnkami pyłu, gumowymi uszczelkami… Kloce wypełniały miasta i ogrody. Henryk, przeważnie był zatopiony w myślach. A myśli miał krótkie i grube. Strzelały z niego jak pestki z wiśni. Szybko i spontanicznie. Małe pociski ze świstem przecinały powietrze, żłobiąc w nim cienkie rysy. Tak było zimą. Latem grzęzły w powietrzu jak w wacie, i tak pozostawały do jesieni. Ponieważ Henryk myślał zawsze tyle samo, i to samo…,  nie chorował, nie awansował i był cenionym fachowcem. Poza tym, myśli Henryka zalatywały trochę gumą i kolorem niebieskim. Nawet jasnoniebieskim gdy brakowało gazet. Nic więc dziwnego, że Henryk przesiadywał w rabarbarze. 3 metry od altanki, rosło 5 bujnych rabarbarów. Ogrodniczy popis Elwiry. W ich gąszczu, na taborecie z obciętymi nogami, zasiadał Henryk. Po jego prawej ręce wznosił się metrowy stos gazet. Po lewej, leżała na ziemi biała serweta. Naprzeciwko Henryka, siedziała maleńka porcelanowa krówka. Prezent od Elwiry. Figurka miała centymetr wysokości i była ulubioną maskotką Henryka. Czuł się spokojnie gdy widział ulubioną figurkę, siedzącą na maleńkich zadkach, pod wielkim liściem rabarbaru. Z rozległego cienia migotał jej maleńki uśmiech. Gazety, serweta i krówka były jego kotwicą. Trzymały go na niepewnym gruncie. Odkąd dowiedział się że Ziemia jest kulą, ciągle bał się że spadnie. Męcząca obsesja. Miał ich zresztą osiemnaście. Najbardziej dręczyła go obsesja - wydeptanej ścieżki. Dom - praca. Praca - dom. Codzienna trasa Henryka. Od lat ta sama. Znana i bezpieczna ścieżka. I tu zaczyna się problem. Henryk panicznie bał się myśli, że kiedyś wydepcze ścieżkę do cna, do końca. Kiedyś na pewno tak się stanie. Wszystko się przecież zużywa, zanika i wyciera. Henryk był pewien, że kiedyś ścieżka była grubsza niż teraz. Zanikała, nie miał co do tego wątpliwości. Co zrobi, gdy pewnego ranka otworzy drzwi, a za drzwiami nic nie będzie? Skąd będzie wiedział, dokąd iść i po co? Skąd się biorą nowe ścieżki?... Na szczęście, koszmary Henryka bladły przy Elwirze. Traciły na sile. Zapominał. Zanieczyszczony owadami, przydymiony miastem lipiec, uderzał lenistwem rozgrzanego piekarnika. Buczące ciężko pszczoły, przebijały się cierpliwie przez gęste powietrze, jak maleńkie bombowce, przez płaty różowej słoniny, by po chwili, zachwycająco lekko, dotknąć wnętrza kwiatu włochatym ciałkiem. Elwira lubiła się uśmiechać. Elwira lubiła życie. Zawsze spowijało ją łagodne światło lata. Zawsze. Przez cały rok. Gdy Elwira była w pobliżu, wszystko stawało się  proste i lekkie. Codzienność rozśmieszała własne godziny. Godziny śmiały się godzinami jak głupie. Radość codzienności rozluźniała nawet nadęte niedziele. Ciężkie torby same spadały z ramion. Rozbiegały się po sadach. Zbierały do toreb śliwki, które bez żenady puszczały soki w czarne notesy. Przy Elwirze, wstyd odpoczywał, a zegary prężyły wskazówki starając się odmierzać czas, a nie odcinki na kole. Przy Elwirze, każde wiadro pasowało do każdej studni. Nuda i rozczarowanie były daleko, gdy Elwira była blisko. Ludzie przy niej łagodnieli… Aż pewnego dnia, Elwira zniknęła. Ludzie czasami znikają. Czasami się odnajdują, a czasami nie. Henryk próbował coś wymyśleć:

— Jeżeli akurat nie nakręcała zegarka, to pewnie poszła po śmietanę. Sklep jest ciasny, więc mogła zasnąć na schodach. Jeżeli były ruchliwe, to pewnie są brudne. Jeżeli są ruchome, nie stoją w miejscu. Jeżeli Elwira śpi w ruchu, to nie może się obudzić. Jeżeli wypiła śmietanę pod schodami. To dobrze. Rozsądnie. Nie pochlapie pantofli, kiedy przebije ją sopel lodu. Sople często spadają z dachów, na rzeczy ruchome i nieruchome. Jeżeli sopel przygwoździł Elwirę do asfaltu, to pewnie się poparzyła. Jeżeli trzymała się za lewe oko, to prawą nogą jest już u matki. Jeżeli na cmentarzu nie będzie tłoku, powinna wrócić pośpiesznym o 17:11.

Henryk trochę się uspokoił. Usiadł na ławce pod altaną, i postanowił czekać.

LETNIA NIEDZIELA, DŁUŻY SIĘ JAK KRÓTKI ZIMOWY TYDZIEŃ.

— Tą piękną, pełną znaczeń myślą, kończymy  naszą cykliczną audycję ”Czar czterech szpulek”. Dobrej nocy, życzy państwu Elfryda Mariola Sanchez. ……………………………………………………………………………………………………………………Radio słabo pamiętało końcowe wydarzenia. Miało już słabe baterie. Wspomnienia były więc mgliste. Zamazane. Jak sen.

Zima

 Nadeszła zima. Spadł śnieg. Zrobiło się zimno. Wielka, biała płachta przykryła świat. Cisza stała na drogach i polach. Nocami zalegała na rozstajach dróg. Spadła z Księżyca wraz z pierwszym śniegiem. Nieziemska cisza pochłaniała każdy dźwięk. Księżyc wypiękniał. Błyszczał srebrem na nocnym niebie. Srebrnym kółeczkiem, podobnym do monety lub przerębla. Monety i przeręble mają ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze - oboje są okrągli. Po drugie - moneta może wpaść do przerębla, natomiast przerębel nie może wpaść do monety. Każdy dobrze wie, że monety nie leżą do góry reszką, lecz są w ciągłym ruchu. Toczą się z miejsca na miejsce. Przechodzą z rąk do rąk. W przeciwieństwie do przerębla, trudno więc zastać monetę w portfelu. Niestety tak bywa. Świat przyśpiesza. Gna coraz szybciej. Czasu coraz mniej. Liczą się rzeczy wielkie i tanie. Dobrze widoczne, bezimienne. Bezcenne drobiazgi odchodzą w cień. Księżyc też odchodzi w cień. Jest przecież taki mały. Można go nakryć opuszkiem palca. I to jakiegokolwiek palca. Grubego, damskiego, krótkiego czy czystego. Każdego. Może być to nawet palec boży, lub odrąbany palec. A nawet odrąbany palec boży, że nie wspomnę o nieludzkim palcu…, palcu sprawiedliwości,  kopycie, racicy, pazurze... a nawet malutkim wróblim szponku. Tak. Właściwie, to wszystkim można zakryć Księżyc. Albo to przykre, albo i dowcipne. Zależy od stanu zdrowia zakrywającego. Punktów widzenia są tysiące, dlatego na ziemi dominują dwa.Księżyc raz jest monetą, raz lampą. Tylko nad posiadłością von Skrzatów jest inny. Przystaje do ich logiki i upodobań. Nad wrzosowiskiem wisi po prostu przerębel. Wyrąbany w oceanie nieba, lśni wewnętrzną pustką. Pustka przerębla jest pełna przerębla. W końcu główną cechą przerębla jest to, że go nie ma. Ale najważniejsze jest to, że von Skrzatowie przywiązani są do pięknej dziury. Traktują ją jak rodowe dziedzictwo i strzegą jak oka w głowie. Czy raczej jak oczodołu w głowie. W końcu dziura w niebie, to nie w kij dmuchał. Nawet gdy kij jest fujarką. Albo fagotem. A swoja drogą, Puchacz uwielbia dźwięki fagotu. Piękne i czarne, rozkłada na zimnych posadzkach jak obrusy. By mu pazury nie marzły, gdy gra na klawesynie. Imponująco wygląda muzykujący Puchacz. Otoczony nutami jak chmarą komarów, wali zapamiętale w delikatne klawisze. Obraz to dziki i poruszający. Piękny i starodawny.

— Puchaczu, Puchaczu,  stary pogrzebaczu, jak ty pięknie grasz!

— Puchaczu, Puchaczu,  stary pogrzebaczu, jak ty pięknie grasz!                                                         Wiejskie dzieciaki próbują dokuczać Puchaczowi. W ciepłe dni, oblegają huśtawkę pod zachodnią wieżą. Jedyny plac zabaw w promieniu 205 kilometrów. Bawią się na zmianę. Gdy jedne szaleją na huśtawce, drugie rzucają kamieniami w zamkowe okna. Najlepsza zabawa jest wtedy, gdy któreś spadnie z huśtawki albo wybije szybę. Ewentualnie utopi się w pobliskim torfowisku. Fajne dzieciaki. Wszędzie ich pełno. Wszędzie słychać ich perlisty śmiech.

— Puchaczu, Puchaczu,  stary pogrzebaczu, jak ty pięknie grasz! -  szczebioczą radośnie po dziecięcemu.  Wciąż ten sam wers. Godzinami. Jak to dzieci. Czasami, wiejskie kruszyny przekręcają końcówki. Ze zmęczenia zapewne i nieuctwa. Ale co tam… to tylko piosenka. Ach, te małe, słodkie łobuziaki! Jak tu ich nie kochać!?                                                 

Nasz muzyk nie zna się na dzieciach, więc piosenka mu nie przeszkadza. Żyje swoim rytmem. Czasem pogra, czasem pośpi na kanapie, czasem z hrabiną zagada, a czasem w czymś pogrzebie… A grzebać naprawdę umie. Kiedyś…, późnym latem, o mało przerębla nie rozdrapał. Jako że niedowidzi, myślał że to robaczek świętojański przysiadł na nocnym niebie. I obudził się w Puchaczu instynkt łowcy. Dopadł błyskawicznie świecącego punktu, i dalejże dziobać i drapać. A trzeba przyznać że nogi ma Puchacz silne i krótkie. Zakończone wielkimi, diamentowymi szponami. Robią wielkie wrażenie. A jeszcze większe na jubilerach. Puchacz  zaatakował owada z furią. Ładnych parę godzin usiłował zdrapać przerębel z nieba. Rył pazurami jak obłąkany. Z ziemi wyglądało to pięknie. Diamentowe rozbłyski. Małe pioruny. Srebrne zygzaki dźgające raz po raz czerń nocy. Białe Iskry i frędzle światła. Po prostu nocna orgia świateł. A w tym wszystkim niepozorna plamka. Pojawiająca się, i znikająca szara sowa. Było na co popatrzeć. Patrzyły więc nornice, łanie i dżdżownice, okna, słupy i wiejskie chałupy…, oraz inni, złaknieni darmowej rozrywki, mieszkańcy ziemi i nieba. Dopiero gdy Puchacz już ładny kawał nieba rozharatał, w zamku włączył się alarm.

— SOWA NA NIEBIE!... SOWA NA NIEBIE!... SOWA NA NIEBIE!  – huczało po korytarzach i piwnicach.

— SOWA NA NIEBIE! – dudniło w sypialniach i studniach… Nikogo oprócz Eleonory w zamku nie było, więc tylko ona wpadła w panikę. Panika zastała ją w piwnicy, tej najwilgotniejszej, bez posadzki, gdzie jak zwykle czytała. Eleonora czym prędzej rzuciła książkę w błoto, i pobiegła kłusem do zamkowej kaplicy. Po megafon. Wybiegła przed dom. Stanęła. Długo galopowała szukając nieba. W końcu stanęła zdyszana pod przeręblem.                                                                                          

— Puchacz, złaź z nieba! – wrzasnęła z wdziękiem do megafonu.— Puchacz zostaw przerębel!  ­­­­­- dowrzasnęła po chwili, i zamilkła zdegustowana.  Patrzyła przez moment, jak wrzaski z gracją fruwają po niebie. Jak nie odnoszą skutku. Puchacz nadal szalał przy przeręblu. Nie reagował. Pewnie nie słyszał. Eleonora stała bezradnie, gapiąc się w niebo. Szkoda że nie ma hrabiny. Ona też nie umie takich spraw załatwiać. Mimo wszystko zawsze to raźniej…  Tak rozmyślała piękna klacz, jednocześnie próbując zeskrobać megafonem,  plamkę brudu z prawego kopyta. W końcu machnęła na to ogonem.

— Nie ma wyjścia, trzeba poczekać aż odleci bazaltowy wiatr… ,i wróci hrabina — Eleonora zawróciła do zamku.Nagle, trzepotanie skrzydeł ustało, a o ziemię rąbnął odłamek nieba. Całkiem blisko Eleonory. Bardziej granatowy niż czarny. Czerwcowy w końcu. Eleonora domyśliła się, że to Puchacz wyszarpnął dziób z przerębla. Piękna klacz spojrzała pytająco w górę. Szara strzała przecięła nocne niebo. Pomknęła jak wicher w stronę wrzosowisk. Przerębel świecił pustką.

— Ach…, no tak — Eleonora uśmiechnęła się do siebie. Tylko dla jednej osoby, Puchacz zrezygnuje z robaka. Dla tej, którą właśnie dopadł bazaltowy wiatr. Dla włóczącej się po wrzosowiskach zjawy. Smutniejszej od smutku. Hrabiny Anny von Skrzat. 

— Na pewno zaszyją się w tym kurchanie co zawsze…, w tym co ma werandę od strony jeziora…, będą pić herbatę i patrzeć w gwiazdy…, no i dobrze. Bardzo dobrze. Wrócą za dwa tygodnie. Szczęśliwi, chudzi i oblepieni gwiazdami. Tak jest za każdym razem, więc i teraz tak bę………….……………………………………………………… 

Urwana myśl minęła Melanię. Odpłynęła łagodnie na lewo, i zniknęła za wielką szafą. Melania wzruszyła ramionami. 

 — Jak ma się coś do powiedzenia, to się mówi — nie patrząc w stronę szafy, rzekła surowo Melania. Irytowała ją ta zima. Ciemno. Śniegu pełno. Przerębel wściekle świeci. Marudno jakoś i sennie. I jeszcze te myśli… Krążą po zamku jak hiszpańskie psy. Podobne do zmrożonych brokuł. Nieforemne jakieś. Wyrwane z kontekstu. Coś gadają. Bełkoczą. Zawracają głowę. Melania westchnęła ciężko. Zimą, szyszki są za małe na sen. Ale kogo to obchodzi. Owinięta wiatrem i koralami. Patagońska bardziej niż kiedykolwiek. Poważna. Otulona granatowym cieniem.  Szyszka Melania pogrążyła się w myślach. Wielkie okna, małe klamki. Małe okna, a niebo to samo. Puchacz śpi na klawesynie, hrabina na atlasie, a Eleonory nie ma. Eleonora udała się w Podróż Paskudną. W bardzo niezwykłą podróż. Zaprojektowaną specjalnie dla wszystkich pięknych, znudzonych i bogatych. Atrakcje podróży dobrane są tak, by zdegustowani klienci, na powrót odzyskali utraconą radość gnicia. Gnicia w dostatku i samozadowoleniu. 

— Chcę poczuć to jeszcze raz — ucięła krótko wszystkie pytania.Zabrała tylko rzeczy niezbędne. Kosmetyczkę, gitarę i krem do kopyt. Podróż Paskudna obfitowała w elementy turystyki ekstremalnej, dlatego też, obciążanie się zbędnym bagażem, byłoby niewskazane. Hrabina z Puchaczem, odprowadzili przyjaciółkę na przystanek pekaesu. Był koniec listopada. Eleonora odjechała. Wróci pod koniec zimy. Tej to dobrze. Na ziemię spadł ostatni jesienny liść, co łatwo było poznać po wytłoczonym numerze ewidencyjnym. Spadł prosto pod nogi małych arystokratów. Po chwili krople deszczu stukały o asfalt. 

 — To będzie mroźna zima — wolno rzekła hrabina, badawczo przyglądając się liściowi. 

— No — z elegancją zakończył myśl Puchacz i przytulił hrabinę. W strugach deszczu, dwa małe VIPy, wolno wlokły się w stronę domu. Melania nigdy nie opuszczała sali globusów. Siedziała na swoim parapecie, i wtedy, i teraz. Było bardzo cicho. Śnieg przestał padać. Na czystym niebie świecił przerębel, a na rozstajach dróg, niebieskie świece von Skrzatów. Niebieskie świece o 4 knotach, grube i wysokie, paliły się całą zimę. Dobrze widoczne z okien zamku, otoczone nocą płomyki, wyglądały jak błękitne łzy albo maleńkie sztylety. Jak jasne sopelki wbite w noc. Płonęły równo i sztywno do 15 marca. Wskazywały drogę podróżnym. To nic, że nikt tedy nie jeździł. O formy należy dbać, a poza tym  to piękne. Wszyscy spali. Tylko Melania nie spała. Patrzyła w okno i była zła. Coś do siebie mamrotała…   

— No tak — szyszka wpatrywała się w kropelki zdrewniałej krwi. Ponownie dotknęła rozciętego łuku brwiowego. Na koniuszkach palców znów zalśniły drewniane krople. Rozgniotła je w zamyśleniu grubymi palcami. Spojrzała w szybę. Za szybę. W noc. W czarne niebo. Z lekkim trzaskiem uniosła brwi. Znów spoglądała na Przerębel. Idealnie wyrąbany, lśnił przepięknie nad klifem. Zniewalający blaskiem. Czarujący. Zachwycający…  

— Cholerna dziura — wycedziła z wolna szyszka, przykładając do rany, dobrze zmrożony spinacz biurowy.

— Znów to samo! — machnęła po chwili spinaczem, w kierunku hrabiny. Nie, żeby się spodziewała jakiejkolwiek reakcji. Skądże. Byłoby to niegrzeczne, wręcz śmieszne. Ot, tak po prostu. Lubiła sobie czasami machnąć, łuski rozprostować. Zaszaleć raz na kilka lat. Melania zmrużyła oczy. Poczuła moc. Przerzuciła spinacz z jednej ręki do drugiej. Potoczyła wzrokiem po sali. Oczy jej błyszczały. Cisza zamilkła. Pajęczyny obwisły. Wiatr przestał wyć, a hrabina oddychać… Ruch spinacza poruszył trzy atomy powietrza. W sali globusów coś drgnęło. Śpiącej hrabinie odpadł przedostatni guzik. Oczywiście to bez znaczenia, ale tak się buduje napięcie. Zbudowane Napięcie rozejrzało się niepewnie. Popatrzyło na Melanię, na śpiącą hrabinę. Po chwili, odprowadzane bacznym wzrokiem Melanii, wycofywało się wolno pod stół. Pod stołem, w cieniu, przysiadło na zakurzonej linijce. Zbudowane Napięcie z trudem oswajało się z sytuacją. Nagle, mały promyk światła przedarł się przez tłuste, szare chmury. Wąska smuga bladego światła, wpadła przez okno. Uderzyła w ścianę i zemdlała. 

— Dość tego! —  rozgniewana Melania, strzepnęła spinaczem kurz z sękatych kolanek.

Ciężka od śniegu chmura podpłynęła do okna i zajrzała zaciekawiona. Już więcej tego nie zrobiła. To co zobaczyła wstrząsnęło nią tak, że zupełnie się rozsypała. Calutki śnieg zwaliła koło huśtawki. Ale wstyd. Początek zimy, a kariera zakończona. Do domu. Zawstydzoną chmurę, chudą i cienką natychmiast porwał wiatr. Zagnał na granice światów, i zostawił. Rosła tu od nowa wśród zaprzyjaźnionych chmur i obłoków. Tylko czasem, pewien obraz przyprawiał ja o drżenie. Za potężną szybą, w rogu olbrzymiego parapetu, mała szyszka patagońskiej sosny, purpurowa na twarzy, wyginała w rękach, pokaźnych rozmiarów spinacz biurowy. Gięła go jak masło. Co za furia! I jak siła! A wszystko przez pospolity sentymentalizm. W zimowe noce, Melania lubiła wpatrywać się w przerębel. Lubiła, nie lubiła. Po prostu spać nie mogła. Gdzieś patrzeć musiała. Najłatwiej patrzeć na to, co najlepiej widać. Z parapetu widziała go doskonale. Świecił nieziemsko. Czarował. Przyzywał. Zupełnie jak księżyc nad Patagonią. Wspomnienia… Wspomnienia przyciągały szyszkę do srebrnego światła. Srebrne światło przyciągało wspomnienia do szyszki. Wspomnienia światła przyciągały szyszkę do srebra. Światło szyszki przyciągało srebro do wspomnień. Wspomnienie przyciągania świeciło srebrem w szyszkę. I to po oczach. Dużych, nieruchomych, zahipnotyzowanych… Ciąg dalszy nietrudno przewidzieć. Szyszka porzucała parapet. Odlatywała. Do nieba. Malutka. Grubiutka. Nie pierwszej już młodości, skąpana w srebrnym świetle, tańczyła wokół przerębla jak we śnie. Tańczyła jak natchniona. Bez odpoczynku, w uniesieniu. W popękanych baletkach, nie bacząc na zbutwiałe płuca. Ciąg dalszy nietrudno przewidzieć. Melania potyka się, pada, wali głową o kant przerębla. Ostry i cienki jak powierzchnia nocy. Wściekłość patagońskich szyszek, znana jest szeroko wszystkim tym, którzy ją znają. Potrafi być przerażająca. Maleńka i niebezpieczna. Szyszka może nawet ugryźć kota, przegnać pogrzebaczem zły nastrój, a już na pewno rozbić słój drewna, jeżeli akurat wpadnie jej w ręce. Złość trzymała Melanię do końca stycznia. Sytuacja wbrew pozorom miała swoje zalety. Przynajmniej przez jakiś czas, szyszka dzieliła z kimś parapet. W pustym domu, nawet złość stanowi cenne towarzystwo.    

 Hrabina spała zwinięta w kłębek. Na WIELKIM ATLASIE TRUJĄCYCH PRZERĘBLI, wyglądała jak kleks. Spała jak kamień. Nie przeszkadzało jej nawet ciepło. Zamek był dobrze ogrzany. Podgrzewane sufity, parapety, fontanny, atlasy, sejfy i wiadra, pozwalały przetrwać zimę w komforcie. W holu, w ogromnym kominku, płonęło Regionalne Muzeum Cekinów i Słomy. Tradycyjnie w całości, drewniane, z niebieskimi okiennicami i bezcennymi eksponatami w środku. Kubatura budynku była wyliczona precyzyjnie. Płonąc bez przerwy do 15 kwietnia, znakomicie ogrzewał zamek. Strzelając wesoło deszczem iskier, przypominał miejscowym o prastarej umowie. Jeszcze dwa stulecia temu oddawali dziewicę na spalenie. Dobrze odkarmiona dziewica, generowała dużo ciepła. Znakomite paliwo. W zamian, Hrabina Anna von Skrzat, z zachowaniem dworskiej etykiety, przekazywała na ręce sołtysa: durszlak, globus, oraz całoroczny karnet wstępu na bagna. Wszyscy byli zadowoleni. Teraz, wraz z papierem toaletowym, wtoczyły się na wrzosowiska – Prawa Człowieka. Burząc proste wiejskie życie, degradowały dziewice do rangi człowieka. Szalona ideologia. Trywialna. W efekcie smutna i nudna. Po reformie, dziewice wysyłano do miast po nauki. W szkołach, zapoznawały się z historiami ludzi  którzy umarli dawno temu, oraz uczyły się liczyć prostokątne papierki. Następnie wychodziły za mąż, rodziły dzieci. Starzały się. Umierały. Oświata przywlokła na wieś lodówki, pospolitość i depresję. Chemia i globalizacja powoli pogrążały nawet bagna. Hrabina nie miała złudzeń. Tylko płot z brukwi, zasadzonej w 8 wymiarze, ochroni posiadłość przed nowoczesną nawałnicą. Zasadziła płot zaraz po urodzeniu. Prastary rytm został zachowany. Co się miało rozpaść – rozpadało się. Co miało rosnąć – rosło. Latem wrzosy, zimą zaspy i sople. Latem drzemka. Zimą sen. Śpiąca hrabina przewracała się z boku na bok. Śpiący Puchacz przebierał pazurami przez sen. Pewnie grał na klawesynie, albo obierał kartofle z Eleonorą. To naturalnie żart. Andaluzyjska piękność nie oddawała się tak pospolitym czynnościom. Zresztą Puchacz też nie. Najprawdopodobniej oddawał się innemu, ulubionemu zajęciu. Mianowicie, obierał skowronki na parapecie. Uwielbiał te małe ptaszki. Mali krewniacy. Małe przysmaki. Cóż…, Puchacz  mimo iż muzykujący śpioch, i sentymentalny pragmatyk, to jednak drapieżnik. Krew nie woda. Jak zacznie wrzeć, to i wykipi. Na szczęście, w śpiącym drapieżniku nic nie wrzało, a na podgrzewanym klawesynie spało się bardzo wygodnie. Tym przyjemniej, że za oknami pylił śnieżny dym. Płożył się po dachach i drogach. Miękki jak młode trawy. Biały jak śnieg. Śnieżnobiały woal. Wił się i rwał. Rzucał śnieżnym piachem gdzie popadnie. Zadymka mogła trwać całymi dniami. Nawet tygodniami. Niebo pojaśniało, wrzosowiska pobielały a drzewa poczerniały. Wyziębione cielsko oceanu, wzburzone i sine, toczyło frędzle piany. Tylko czasami w bladym słońcu, skrzyło się miliardami srebrnych igieł. Wszystko stało się zimne. Prawie wszystko. Na ryby, głazy i kalkulację, zmiana temperatury nie miała wpływu.     

 15 grudnia, w nocy, Wielka Kałamarnica wypływała z głębin na powierzchnię oceanu i tradycyjnie pluła w niebo. Robiła to od dawien dawna, co roku o tej samej porze. Pradawny rytuał albo zwykłe chamstwo. Nikt nie wnikał, bo wniknąć by trzeba głęboko, a chętnych do nurkowania nie było. Zanim czarny glut spłynął z nieba na ziemię, nadlatywały północne wiatry. Z wyciem rozciągały atramentową plwocinę po niebie. Lodowaty oddech przytwierdzał ją do nieboskłonu. Mróz pięknie polerował całość. Polerował z pośpiechem, co nie znaczy że po łebkach. Łebków już na niebie nie było, co najwyżej zgrubienia po zaklejonych gwiazdach. Łebki odleciały miesiąc temu. Na zachód, na rodowych latawcach hrabiny. Łebki cieszyły się względami hrabiny, ponieważ zamiast zwykłych nóżek, miały niezwykły talent. Każdy łebek rodził się kapelusznikiem. Każda łebka rodziła się parasolką. Dlatego zimę spędzały w Hamburgu, i jak nietrudno się domyśleć, na śpiewaniu deszczowych piosenek. Zimowa noc. Zaczarowana noc. Dzieło kałamarnicy, wiatru i mrozu. Noc błyszczała czarnym pięknem tak zachwycająco, że króliki zamarzały z otwartymi pyszczkami. Posypane kryształkami lodu, blade, odporne na zepsucie, ofiary piękna. Ofiary nocy. Noc zrobiła się niezwykle czarna. Czernią najgładszą i najgłębszą. Zapierającą dech w piersiach. Gęstą. Wpełzającą w sny. Niestety. Hrabina zaczęła śnić o czarnych bałwanach. Jak co roku, bałwany były dziwnie bezmyślne. Błąkały się po sennych wrzosowiskach bezładnymi kupami. Sunąc niezgrabnie, wpadały na siebie, i w doły. Wpadały na zamkowe mury zostawiając czarne ślady. Napierały na okna. Bezmyślnie, bez celu wlokły się czarne grudy tu i tam. Głupie, bezmyślne, czarne bałwany. Hrabina budziła się we śnie. Półprzytomna, wlokła śniące ciało do komnaty sejfów.

Legendarny majątek rodziny Von Skrzatów, przechowywano właśnie w tej tajemnej sali. Zakamuflowanej tak dobrze, że nawet hrabina nie mogła jej znaleźć. Gdyby nie strzałki poprzyklejane na ścianach korytarzy, zapewne błądziłaby bez końca. Sala sejfów była okazała. Wysoka na 15 metrów, przestronna.Gołe ściany. Ciemnoczerwone tapety. Dwa wielkie okna zabite tekturą. Zwykła, biała świeczka na środku komnaty. Saperka i paczka zapałek. Saperka wisi na gwoździu po lewej stronie. Zaraz przy wejściu. Zapałki, jako bardziej niebezpieczne, stoją oparte o ścianę po prawej stronie drzwi. Duchota. Widoczne ślady długotrwałego nieużywania. Podłoga pokryta nieregularnymi kupami drogich kamieni. Brudno niestety. Śpiąca hrabina, wodzi zapuchniętymi oczyma po ścianach. Szuka sejfu.  Jest świetnie ukryty. We wschodnim narożniku komnaty, na wysokości 16 centymetrów od sufitu, wisi obraz. Przedstawia kosz wiklinowy na brązowym tle. Nikt nie jest w stanie zajrzeć do kosza. Za wysoko. Za obrazem, ukryty jest oczywiście sejf. Hrabina zapaliła zapałkę, i ruszyła w stronę obrazu. Z trudem, przedzierała się przez grzęzawisko klejnotów. Była zbyt blada, by pomóc sobie saperką. Zapaliła świeczkę. Można śmiało powiedzieć, że trudno cokolwiek powiedzieć, o jakości powstałego w komnacie światła.

— za dużo tu ozdób — mruczała zmęczona arystokratka, brnąc po kolana w szmaragdach.

 — Senatorze! — słabym głosem krzyknęła hrabina.Stała z zadartą głową, w mroku wschodniego narożnika.

— Senatorze Cypisiaku! — znów przyszły! Cisza. W kosztownych ciemnościach sejfu, spoczywały papiery wartościowe i unikatowe artefakty. Zgodnie z regułą: to co rzadkie jest cenne, to co gęste jest tanie. Tanie jest tandetne. Tandetne jest nietrwałe. Nietrwałe jest wszystko, a zwłaszcza to co cenne. Przemija bogactwo i sława. Ginie w ustach smaczna potrawa… I po to właśnie są sejfy. By wiklinowe kosze także miały szansę zaistnieć. Po pół godzinie, coś pod sufitem zaskrzypiało. Skrzypienie powtórzyło się. Hrabina intensywnie wpatrywała się w niewidoczny obraz. Nawet przysłoniła ręką oczy, by nie raziło ją światło świecy. Z wiklinowego kosza, wystawała okrągła głowa ze spiczastymi uszami.

— Bilon czy banknoty? — ziewnął Senator, mrużąc okrągłe czarne oczy. Patrzył wyczekująco na hrabinę, a ona na niego.

— Aaaa, no tak  — głowa zniknęła, a z kosza zaczęło dochodzić niebezpieczne skrzypienie, a potem szuranie krzesłami. Hrabina czekała w napięciu.

— Pardon za zwłokę — rzucił krótko Senator i przygładził wąsy.W łapach trzymał niewielki przedmiot. Zamachnął się, i z całej siły cisnął nim w kierunku hrabiny. Na szczęście, hrabina jak każda rasowa arystokratka, była przegięta od urodzenia. Miała znaczne odchylenie na prawo. I to ją uratowało. Gdyby jej głowa była na swoim miejscu, już by nie żyła. Dramatyczne przeżycie. Wizyta jak każda poprzednia. Hrabina przygładziła policzki. Rozejrzała się. Szczypce Stradivariusa gibały się lekko, wbite pionowo w podłogę. Dzieła sztuki bywają naprawdę ostre.

— Koty są jednak nieobliczalne. I ta specyficzna kultura? Niby wysoka… Hrabina spojrzała ostatni raz w ciemny róg sufitu.

— Wysoka i ciemna. Senator Cypisiak, dostał posadę w zamku, dzięki rekomendacji kuzynki. Wielorybica Grażyna, poleciła hrabinie ekscentrycznego krewniaka. Otyłego kociego dandysa – Senatora Romana Cypisiaka. Hrabina bardzo lubiła Grażynę, więc poszła jej na płetwę. Wynalazła kotu odpowiednią posadę. Nie lubił papierkowej roboty, więc zamiast za biurko, wsadziła go do kosza. Senator pracował po swojemu. Przeważnie spał. Strzegł sejfu. Przebudzenie się we własnym śnie, nie jest sytuacją łatwą. Śpiąca hrabina, wyciągnięta ponownie na cieplutkim atlasie, wodziła palcami po Szczypcach Stradivariusa. Ziewnęła. Przewróciła się na prawy bok, i stanęła przed zamkowymi wrotami. Wszędzie duże, czarne cienie. Otaczały hrabinę kołysząc się w ciszy. Czarne bałwany bardziej wyczuły niż zobaczyły hrabinę. Drgnął czarny śnieg. Zaskrzypiały czarne serca. Wszystkie, powoli obierały jeden kierunek. Ruszyły na hrabinę.

— yyyyyyyyyyy… yyyyyy… yyyyyy… yyyyyyyyyyy — z jękiem pełnym prostoty, armia bałwanów napierała na zamek. Hrabina stanęła w rozkroku. Ugięła kolana. Nocna koszula łopotała bohatersko. Czarne półbuty świeciły na bosych stopach. Wiatr niebezpiecznie rozwiewał słabe włosy. Uzbrojoną w Szczypce Stradivariusa arystokratkę, zalotnie podszczypywał mróz. Nic dziwnego, była ładna jak na kobietę w średnim nastroju.

— yyyyyyyyyyyyy… yyyyy… yyyyy — maszerująca armia bałwanów obwieszczała swe pragnienia.

— Czego chcecie!? —  krzyknęła profesjonalnie hrabina. Tak jak się to robi w filmach.— yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy… y — padła niewzruszona odpowiedź.

— No dobrze… — złowieszczo wyszeptała Anna von Skrzat. Ta noc na długo pozostanie w pamięci. Co najmniej do rana. Hrabina atakuje. Zaczyna grać. Dźwięki zaczarowanych Szczypiec rozpuszczają czarny pigment. Brudne strugi ściekają po nieforemnych ciałach. Cudowny instrument powoli robi swoje. Czarne bałwany bieleją. Powoli stają się białe i zwyczajne. Odzyskują umiejętność milczenia i orientację w terenie. Budzą się. Poprawiając węgielki w oczach i marchewki w nosach, rozglądają się wokół z ciekawością. A hrabina gra i gra. Miota się wśród bałwanów jak poparzony krab. Szczypce wprost palą jej się w rękach. Jest naprawdę świetną szczypaczką. Cała operacja zajmuje hrabinie zwykle kilka godzin. Kwestia wieloletniej wprawy. Około dwudziestej, znika w oddali ostatni, śnieżnobiały bałwan. Koszmar kończy się. Przez rok będzie spokój. Hrabina z ulgą zwala się na cieplutki atlas. Dołącza do zastygłego świata. Do następnego snu. Do zimnych pustkowi zawłaszczonych przez białe lisy. Do skamieniałych wodospadów. Do śnieżnych gór białych jak cukier puder. Do wichrów tnących jak marynarskie noże. Do dalekich lodowatych prerii, po których obok zmarłych Indian, kłusują duchy portowych dźwigów zżartych przez rdzę na Kamczatce. Zimowy świat jest pusty, a przez to pełen tajemnic. Każdy wiejski kot doskonale wie, że zimowa pustka jest świeższa od wiosennej burzy. Ale oczywiście tego nie mówi, bo i po co?  Zimowe bezgwiezdne noce, podziwiają nie tylko zamarznięte króliki, ale i Statki - Przetwórnie, nabite lodem i kolorowymi trupkami mieszkańców morza. Syte olbrzymy nie chciały wracać do portów. Kierowały żarłoczne dzioby na północ. Im dalej na północ, tym niebo rozlewało się szerzej. Im bardziej jaśniały polarne niedźwiedzie, tym bardziej ciemniała polarna noc. Daleko, daleko…, za zmarźniętą górą, za lodową rzeką, leży Czubek Ziemi. A raczej stoi Czubek Ziemi. Czubek mimo że ostry, nie kłuje w oczy. Nie ma kogo. To pusta okolica. Mniej więcej raz na sto lat, pojawia się tu człowiek. Zdobywca. Odważnie przemierza lodowe pustkowia. Idzie sam. Uparcie. Samiuteńki  jak palec. Dokładniej, jak zmrożony palec. W końcu, zdobywca staje na Czubku Ziemi. Patrzy wokół dumnym wzrokiem, i krzyczy trochę, nie wiadomo po co. Wyciąga aparat fotograficzny i robi pustkowiu zdjęcia. Po dziesięciu minutach zaczyna się nudzić. Wtyka w śnieg szmatkę na patyczku i dzwoni po taksówkę. Czekający za rogiem, Lodołamacz „Alina” , wkrótce zabiera zdobywcę do domu.

— Jakież to żenujące — szyszka Melania oderwała wzrok od gazety. Przetarła pięścią szybę. Wyjrzała przez okno. Westchnęła i przewróciła następną stronę gazety. Słupy wysokiego napięcia śpiewały basem na tle nieskończonej czerni. Wlokąc za sobą druty, szły na północ przebijając się przez szalejące śnieżyce. Nikt i nic, nie był w stanie zatrzymać  kroczących olbrzymów. Znikały na dalekiej północy. Podobno żyją szczęśliwie w ojczyźnie słupów. Bez napięcia i trosk, zawodzą wysokie słupie pieśni, wśród wyjących wichrów.

— Kto pisze te głupoty? — Melania przerzuciła następną stronę.

Przebiegła wzrokiem po wiadomościach sportowych. Pod nekrologami przeliterowała powoli: Na północnej półkuli śpią nagie drzewa. Śnią o liściach. Miliardy liści zniknęły z gałęzi. Tarcie drzew o niebo uległo wyraźnemu zmniejszeniu. Ziemia zrobiła się lżejsza. Leci szybciej i dalej. Coraz dalej od słońca. Coraz ciszej i zimniej. Szyszka w milczeniu odłożyła gazetę. Grudniowe, sztywne literki, jedna za drugą, stukały delikatnie o posadzkę. Upadłe literki leżały bezradnie. W końcu po dwóch godzinach, wiedzione obowiązkiem zebrały się do kupy. Melania przekrzywiła głowę i przeczytała:

W zimnej, zamkowej szklarni, 

rozkwitła biała róża.

Lśniąca i twarda,

 bohaterska jak lodowa zamieć,

herbowa róża von Skrzatów.   

ORDERY NA PONTONACH

 Stefania Księżyc była stara, ale nie zawsze tak było, kiedyś było inaczej. Znajomi wołają na nią Stefa. Właściwie wołali, bo od jakiegoś czasu przestali się odzywać. Dokładnie od piętnastu lat. Możliwe że się obrazili albo umarli. Stefania Księżyc przestała się nad tym zastanawiać. Od czterdziestu pięciu lat jest na emeryturze. Kiedyś emerytura kojarzyła jej się ze zwiotczałą przygodą, z czasem sztywniejącą, lub ze sztywną przygodą z czasem wiotczejącą. Wizje zależały od nastroju i pogody. Przed wojną pogoda była lepszej jakości. Teraz, słowo emerytura kojarzy się jej z odmianą marmolady. Stefania Księżyc przez trzydzieści lat pracowała w fabryce produkującej przybory szkolne. Dziesięć lat robiła przy piórnikach, potem awansowała i przeniosła się na wytłaczarkę Karpat. Proces powstawania trójwymiarowego modelu Karpat z plastiku, w skali 1: 3 500 000 000 przebiegał prosto i rytmicznie. Stefania Księżyc obkładała żelazną matrycę uformowaną w góry Karpaty, wielkim naleśnikiem z plastiku. Matryca była główną częścią maszyny wyglądającej jak monstrualnej wielkości tukan cierpiący na zaparcie.

Następnie za pomocą ciężkiej wajchy i białych dłoni opuszczała dociskową klapę na przygotowaną płachtę plastiku. Na końcu podnosiła klapę w obłokach pary niszczącej cerę i głupie myśli, i świeżo uformowany masyw górski wrzucała do wiadra z zimną wodą, by ostygł. Dzień jak co dzień. Góra podobna do góry jak kropla do kropli. Przez jej białe dłonie przewinęło się tysiące łańcuchów górskich, tysiące identycznych, filigranowo ślicznych przełęczy majestatycznych. Tysiące mórz, rzek, jezior… Miniaturowe górskie jeziorka z czasem straciły powieki. Nie mrugały już wesoło jak dawniej. Patrzyły niemo na Stefanię w obłokach pary. Lśniły jedynie leciutko na pożegnanie, jadąc samochodem dostawczym do szkoły, do dzieci, rozweselać nudne lekcje geografii. Stefania Księżyc pokochała Karpaty całą sobą i nigdy nie zdradziła ich dla innych ziemskich pofałdowań terenu. Białych dłoni zazdrościł Stefanii Księżyc cały zakład, nigdy nie stały się porowate, ani czerwone jak Karpaty.Pewnego jesiennego popołudnia Stefania Księżyc, jak zwykle jadła śniadanie, mając na głowie swój olbrzymi, żółty kapelusz, przystrojony oczywiście mapą Karpat i liśćmi buraczka ćwikłowego. Liście misternie udrapowane na rondzie kapelusza, wspierały się na dwóch miniaturowych drabinkach strażackich. Oderwała je od wozu strażackiego na baterie, kupionego dla pięcioletniego bratanka - Henryka. Henryk nigdy nie dostał prezentu. Stefania niedużo wiedziała o bratanku. Podobno dorósł i pracował w kanałach. To wszystko.  A wóz strażacki, dostała Stefania jako bonus, po zakupie jednej pary obuwia profilaktycznego w ekskluzywnym sklepie obuwniczym „Teresa & Mariola. To były znakomite, aczkolwiek kosztowne buty. Nie miały podeszew ani sznurówek. Jedynie na kostce przeźroczysty pas na rzepy. Lekkie, wygodne, wcale nie czuło się ich na stopie. Były tak słabo widoczne i leciutkie że Stefania Księżyc nie zauważyła kiedy się rozpadły. Od siedmiu lat chodziła boso. Tego też nie zauważyła. Od chodzenia boso, podeszwy jej stóp zgrubiały. Wbił się w nie piasek i żwir. Do tak świetnie przygotowanego podłoża, przylepiły się pewnej czerwcowej soboty kawałki rozgrzanego asfaltu. Przylepiły się, i już zostały. Stefania Księżyc miała od tej pory solidne podstawy. Żółta plama kapelusza i dudnienie o bruk ulicy były sygnałem dla kioskarek i miejskich śmieciarek że nieuchronnie nadciąga Księżyc. Po śniadaniu, Stefania Księżyc zaczęła wypełniać niebieskim długopisem druczek pocztowy. Prąd podrożał, pomyślała. Nagle westchnęła , odłożyła na bok długopis i do połowy wypełnioną ankietę o budowie obwodnicy wokół wrzosowisk. Zastygła wpatrując się uważnie, w paznokieć serdecznego palca u prawej ręki. Nadchodziło coś nieuchronnego, rozległego, ściskając dziwnie słodko od wewnątrz. Mijały tygodnie i miesiące. Powieki pokrył kurz. Tajemniczy proces trwał.

Stefania Księżyc trwała w dynamicznej równowadze. Zmieniono czas z jednego na drugi. Potem z drugiego na pierwszy. Gęstość wazonów i nóg od stołu zaczęła odpuszczać jak wiosenny śnieg. Na dnie szuflad pojawiły się niepozorne z początku wiry. Błękitniejące z czasem zasysały w ciszy, z chlupotem, łyżeczki do herbaty, noże, korkociągi , gumy do weków, wypalone zapałki  i inne cenne przybory kuchenne. Wiry rosły, znikały całe szuflady, szafki, gałki od zlewu. Wzory z dywanu, wpływały długim lśniącym glutem w wielki już, wirujący lej. Unosił się teraz z zachwycającym wdziękiem w okolicach telewizora. Piękny to był widok. Wir nagle zamigotał, zachichotał i wypluł mapę Karpat. Ale była jakaś inna. Na wklęsłych szczytach górskich migotały wesoło stożkowate jeziora. To był znak. Czas nadszedł. Stefania Księżyc ocknęła się, i pomyślała że różowy to kolor szczęścia, i że gdy była mała chciała zostać nurkiem. Błyskawicznie połknęła długopis, zrobiła trzydzieści osiem pompek i dała sprężystego nura w  atłasową lejkowatą czeluść.

Nigdy nie wróciła.

Po Stefani Księżyc zostały cztery ściany, dwa okna, globus z żarówką w środku i łazienka bez okien.Leciała piętnaście minut, albo czternaście. Osiadła lekko, jak balia na mieliźnie. Wszystko było pomarańczowe. Dostała zawrotów głowy, ale odwrotnych niż zwykle. Oddech miała pomarańczowy a przed sobą niezmierzoną błyszczącą przestrzeń. Po dziewięćdziesiątce nie zawsze jest tak jak mówią, pomyślała. Czuła się bardzo dobrze, chociaż odwrotnie. Rozejrzała się uważnie. Błyszcząca przestrzeń podobna była do oceanu z benzyny. Dobrze że nie palę, pomyślała. Przepiękne, obłe formy kolorowych smarów rozlewały się łagodnie po powierzchni oceanu. Lśniły cudownie rozszczepiane przez światło, tęczowe barwy. Wszystko było pomarańczowe. Nagle, zewsząd zaczęły się  wyłaniać zielone pontony. Bezgłośnie falowały na benzynowym oceanie. Wojna, pomyślała z radością Stefania. Po piętnastu godzinach kontemplowania swego ulubionego paznokcia, zmieniła zdanie. Wyczuła w pontonach dobroduszność dojrzałości. Jest po wojnie, stwierdziła ze smutkiem. Pontony otaczały ją ze wszystkich stron. Delikatne i dobrze odżywione przyglądały się Stefani Księżyc uważnie. Dało się wyczuć roztargnienie. Wiedziała że na coś czekały. Spojrzała w dół, prosto w własne odbicie. Z oleistej toni, przyglądała się jej, zielona ogrodowa konewka. Przyglądała się z wyraźnym zainteresowaniem. Miała wgnieciony bok i żelazną wolę.

— Jestem powojenną konewką i mam misję, zabrzęczała nieoczekiwanie Stefania Księżyc. 

Ucieszyła się, bo po raz pierwszy od 53 lat była czegoś pewna. Szukała spełnienia i je znalazła. Z wdziękiem zanurzyła się w oceanie. Z wnętrzem napełnionym benzyną i radością, wystrzeliła w powietrze. Zatoczyła łuk, nachyliła się i zaczęła podlewać pontony. Stefania Księżyc robiła to z taką wprawą, jakby urodziła się konewką ogrodową z wgniecionym bokiem. Zraszane pontony zaczęły puszczać gazy i żółknąć. Na ich gładkich cielskach, nieśmiało, zaczęły kiełkować maleńkie ordery. Albo umarłam, albo rozwiązywałam za dużo krzyżówek? - zakołatało mgliście w nieistniejącej głowie Stefani. Ostatnie pytanie rozmazało się bezpowrotnie w pomarańczowym blasku. Ordery pęczniały, zaokrąglały się. Rozkwitały wstążkami, omdlewały szarfami. Złote słonie, diamentowe gryfy ryły się same w szaleńczym wzroście. Żółte pontony mieniły się i lśniły jak klejnoty. I tak Stefania Księżyc zaspokoiła próżność pontonów. Zapanował spokój i dobrobyt. Nie samym chlebem ponton żyje, pomyślała konewka Stefania i odleciała. 

KOMORNIK

 Śpiący Rycerz był senny. Ociężałe, blade słońce zsunęło się z nieba i wbiło w milczący zagajnik. Wiosna nadchodziła powoli. Śpiący rycerz stał na wzgórzu w reprezentacyjnej zbroi, podparty małym zielonym parasolem. Miał słabość do ładnego munduru i porcelany. Co pół roku zdejmował zbroję i urządzał jej kąpiel w wannie wypełnionej zielonym ołowiem. Wkładał w tę operację całe serce. Bez żalu oddawał cały organ. Miał ich pod dostatkiem po ostatnim ćwiartowaniu niewiernych. Jako że umysł miał ścisły, a włości rozwlekłe, szczątki niewiernych starannie segregował, opisywał i konserwował w wekach. Weki umieścił w lochu 115. Korzystał z marynat w celach konserwatorskich, badawczych i konsumpcyjnych.

Na rozległych ziemiach Śpiącego Rycerza, bywały srogie zimy. Najcięższa była w 512 roku. Zamarzło wtedy wszystko, oprócz Śpiącego Rycerza i jego żony Etnografii von List. Zima wybiła jelenie w lasach, pleśń w komnatach i wszystkie bękarty Śpiącego Rycerza. Nieszczęsne dzieciny popadały jak muchy na kolorowe zamkowe posadzki. Posadzki rzeczywiście były piękne. Skonfiskowane ze stajni Adolfa Paszy.

Śpiący rycerz westchnął..

niewierny pies

ale jaki elegancki pies…

jaka erudycja

i ta wspaniała kolekcja apaszek

Adolf Pasza był ulubionym komornikiem kalifa Adamaszku.

 Pewnego wiosennego dnia, czteroletni Adolf Pasza wyszedł z domu do szkoły. Uczęszczał do podstawowej szkoły rycerskiej. Tego dnia miał się nauczyć prawidłowego podpalania wiejskich zabudowań. Ewentualnie jeżeli starczyłoby czasu, przerobi także zastraszanie trzeciego stopnia. Już nie chciał być strażakiem. Zdecydowanie wybrał karierę szlachetnego rycerza. A dzień zapowiadał się piękny. Zieleń mieniła się wesoło, rozsypując nad ziemią srebrne błyski. Później, już jako dorosły komornik, Adolf Pasza często wracał myślami do niewinnej krainy dzieciństwa. Jak przez mgłę pamiętał zielone brzegi Renu, i płonącą nieporadnie wieś. Niedokończona lekcja zniweczyła karierę młodego wojownika. Niedoświadczony młodzik, potrzebuje czasu i wielu ćwiczeń, by prawidłowo podpalić szereg wiejskich chałup. Jak przez mgłę widział swoje małe, brudne paluszki bez paznokci. Zamazane upływem czasu, pocierały hubką o zapalniczkę, próbując wykrzesać iskrę. Adolf Pasza zawsze w tym momencie mrużył swoje germańskie, kocie oczy. W końcu przez mgły wspomnień buchał ogień. Małemu Adolfowi udało się podpalić dyszel. Dyszel był nowy, jeszcze zapakowany w folię. Leżakował cierpliwie w błocie przed oborą Hansa Klopa. Ogień nieśpiesznie smażył fałdy plastiku. Buchnął gęsty dym. Czarne, śmierdzące kłęby osmaliły Adolfowi zbroję ze styropianu. Niedobrze. Będzie kara za zniszczenie przyborów szkolnych —  pomyślał. 

 Popatrzył odruchowo na własne paluszki. Nie ma już co wyrywać – podskoczył z radości chłopczyk i pobiegł do domu. Niestety za młynem stratowała go konnica janczarów. Stratowała na śmierć, ale nie całkiem. Całkiem natomiast stracił urodę. Janczarzy wymienili go w Adamaszku na nieużywany otwieracz do piwa. Adolf Pasza dorósł i został komornikiem kalifa. Jako komornik był nie do ruszenia bo miał dobry stołek. Zielony. Wszyscy mogli mu teraz naskoczyć, ale tego nie robili bo miał za dobry stołek.   

 Od dyszla do stołka, wije się historii rolka.

Rycerzem być miałem, a szmatą zostałem.

Obraźliwy wierszyk znalazł Adolf Pasza pewnego piątku na wycieraczce swego domu. Wydrapany gwoździem na chusteczce do nosa, wyglądał wątło i bezbronnie. Adolfa Paszę nawet wzruszyła filigranowa obelga. Czegóż można się spodziewać po zawistnikach nieznających deszczu. Po oszustach, sprzedających w internecie miraże, i babki z piasku. Nawet ich jad kurczył się od słońca. Adolf Pasza pracował w strzelistym biurowcu z wielbłądziej wełny. Z wełny najprzedniejszej jakości. Był kimś. Kimś do kogo coraz częściej skradały się wspomnienia. Adolf Pasza poprawił się na stołku, oparł ręce na biurku i znieruchomiał. Źrenice oczu, rozmazały mu się jak słonina na szybie. Zmieniły ogniskową i zamarły jak zimowe jeziora. Adolf Pasza zawiesił wzrok 9 centymetrów nad blatem biurka. W tym magicznym punkcie, na prawo od drukarki zafalowała maleńka chałupa. A potem druga i trzecia…, i dym…. Dym z płonącego dyszla buchnął w niebo, i zawisł jak wielki czarny grzyb nad zdumioną wsią. Grzyby w okolicznych lasach zapamiętały to zdarzenie na zawsze. „Wielka Kronika Grzybów” opisuje szczegółowo dzień boskiego gniewu i jego konsekwencje dla następnych pokoleń. Boski gniew odmienił los grzybów na zawsze. Dlaczego odmienił? Nie wiadomo. Zapewne grzyby źle się prowadziły. Może w gorące, parne nocy zbyt bezwstydnie nabrzmiewały grzybnie? Nie ma pewności. Jedno jest pewne. Odtąd grzyby miały tylko jedną nogę i plamy na ciele, zwłaszcza na nakryciach głowy. Wkrótce migracje grzybów, tak niegdyś prężne, ustały. Wędrowanie za pomocą jednej nogi było bardzo uciążliwe. Grzyby potykały się. Szybko męczyły. Wpadały do rowów i gubiły kapelusze. Wyczerpanie wgniatało je w ziemię i mchy. I tak w końcu zostawały, unieruchomione, ociężałe od myśli zalanych deszczem. Ale były i grzyby niepokorne, o właściwościach przywódczych. Kręciły się, wierciły, by w końcu wyjść z siebie i uciec do Czechosłowacji. To były te nadpobudliwe o podwójnym chromosomie Y. Przez jakiś czas terroryzowały czeskie maślaki. Nawet chodziły słuchy o gwałtach na słowackich purchawkach. Nawet miejscowy inkwizytor z podziwem patrzył na ten dziki terror. Grozę zalegającą w słowiańskich lasach przegnała Mariola ze wsi Nahajka.

Była nieślubną córką konewki Stefanii i Śpiącego Rycerza. W niedzielę, 16 września po mszy, wzięła koszyk, nóż, i poszła do lasu na grzyby. Wyrżnęła wszystko jak leci. Zostawiła tylko leśne źródełka, bo jakąś dziwną słabość do wody miała. I chociaż przysypiała w trakcie rżnięcia, o szesnastej była już wolna. Szybko złapała pekaes i pojechała do miasteczka, do kina. W kinie tydzień temu otworzyli sklep turystyczny. Mariola szybko sprzedała martwy las. Co prawda taniej, bo bez źródełek, ale i tak zarobiła nieźle. Po czym pobiegła do sklepu i kupiła zielony ponton. Wielkie marzenie zostało zrealizowane. Pragnęła pontonu od dziecka, ponieważ pontony gaszą pragnienie. Mariola przestała pić.Mariola wychowała się w internacie dla dziewcząt. We wsi Nahajka, mieściła się prestiżowa szkoła zawodowa z internatem, dla pół - szlachcianek z lewego łoża. Dziewczęta uczyły się rzeczy niezbędnych dla ich statusu i specyficznej urody. Mariola była zdolna. Zdolna do wszystkiego. Z łatwością się uczyła i równie łatwo zapominała. Dlatego też cieszyła się dobrym zdrowiem. Ukończyła kurs „Zarządzania mongolskimi tankowcami” , pięknie i mocno wiązała wstążki, oraz po mistrzowsku fechtowała cepem. Przekonał się o tym baron von Feuer, który przez pomyłkę spalił Nahajkę wraz z internatem, zawodówką i dziewczętami. Owego dnia dowodził bez okularów, więc słabo widział. W okularach też słabo widział, bo w ogóle był słabowity. Wziął nieszczęsne Nahajkowe chałupy za wozy kempingowe na francuskich rejestracjach. I przepełnił się kielich goryczy.

Ciotka von Feuera była piękna, ponieważ była Francuzką. Jej francuska twarz mieniła się kropeczkami blizn, po przebytej w dzieciństwie, bliżej niezidentyfikowanej chorobie wenerycznej. Odkąd von Feuer pamiętał, ciotka dręczyła go przezwiskiem -  Purchawa ze Schwarzwaldu. Nie lubił Schwarzwaldu tak samo jak przezwiska. Nie uwłaczał ciotce nigdy. No… może raz nazwał ją - gnijącą biedronką. Drobiazg… właściwie nic… ale może wzbudził zemstę ciotki… Kto ją tam wie. To była dziwna kobieta. Von Feuer znienawidził ciotkę i wszystko co francuskie. Bez zastanowienia więc, wydał rozkaz spalenia francuskich obiektów rekreacyjno - turystycznych. Wozy spłonęły migiem. Mariola prała podkolanówki w rzece, gdy poczuła smród. Chyba za słabo wypłukałam – pomyślała. Nagle coś ją tknęło. Wyjęła cep z torebki i jak wicher pobiegła do wsi. Na miejscu zastała 5 kilogramów popiołu i bezradną rodzinę pluskiew ze skromnym dobytkiem. Rycerze barona ustawiali się właśnie do pamiątkowej fotografii. Mariola wymieniła z pluskwami porozumiewawcze spojrzenia. Zacisnęła duże dłonie na trzonku cepa, i wzięła się do roboty. Po dwóch minutach, kwiat rycerstwa zmienił swą konsystencję na mazistą. Oszczędziła tylko barona. Części młodzieńców porozmazywały się fantazyjnie po mchach. Szumiały w koronach sosen. Spływały ospale po głazach i ślimakach. Szkarłatne strzępki mieniły się jak rubiny na szmaragdowym kobiercu wiosny. Mariola usiadła zasapana na nieprzytomnym von Feuerze, i przez moment podziwiała widok.

— Tam idźcie   powiedziała po chwili do pluskiew.

Wskazywała grubym palcem na południe. Tam jest miasto i dużo internatów. Tam znajdziecie pracę i dom. Szlochające pluskwy ruszyły z ociąganiem w drogę. Małe walizeczki smętnie szurały po żwirze. By zagłuszyć ból rozstania, Mariola zgwałciła i wybatożyła von Feuera. W końcu była pół - szlachcianką i musiała dbać o formy. Ulga jednak nie nadeszła. Któż zrozumie dziewczęce serce…, a zwłaszcza  serce pół - szlachcianki…  Mariola. Dziewczyna zagadka, która dla rozrywki wiązała supły na liniach magnetycznych Ziemi. Od niechcenia tworzyła miejsca mocy, zasysające transatlantyki, plantacje pomidorów i matki z dzieckiem na ręku. A poza tym, Mariola była tęga, odważna, spała jak kamień i świeciła w nocy. Gdy myślała o ojcu, zasypiała. We śnie spoglądała w niebo. We wrześniu spadały meteoryty. Czasami dostrzegała między nimi swoją matkę. Konewka ogrodowa Stefania, rzadko poświęcała córce uwagę. Od przemieszczania się miedzy wymiarami, nabrała ogromnych szybkości. Przez to nie zwracała uwagi na detale. Przelatując z deszczem meteorytów, zraszała niekiedy córkę płynnym ołowiem. By znała swoje korzenie, no i trochę przez nieuwagę.

Mariola, przemyślawszy swoje życie i pochodzenie, postanowiła zrobić karierę w telewizji. W tym celu wyjechała do Peru. Podobno zmieniła imię i nazwisko. W każdym bądź razie słuch po niej zaginął. Tylko w małych pluskwich sercach został jej zamglony, wdzięczny obraz.  

ŚPIĄCY RYCERZ

 Śpiący Rycerz postukał końcem parasola w kamyk. Kamyk nie odezwał się, ale go ruszyło. Urażony zacisnął kamienne usta. Rzucił rycerzowi twarde spojrzenie. Nadęty blaszak - splunął i potoczył się do wyschniętej kałuży, odświeżyć rozszalałe zmysły. Śpiącemu Rycerzowi coraz bardziej ciążyła zbroja. Rozgrzana słońcem, drażniła  rozległe parchy, na udach i brzuchu Śpiącego Rycerza. Nie drapał się. Złożył śluby. Nie uczyni tego dopóty, dopóki nie zabije we śnie wściekłego głodu. Śpiący rycerz był zagadką. Jak każdy. Miał swe obowiązki i cele które niczemu nie służyły. Tradycja rzecz święta. Gęste minuty wlokły się spiralami ku niebu. Cisza dzwoniła w uszach. Nieznośnie hałasowała i zagłuszała ciszę. Hałas doprowadzał Śpiącego Rycerza do szału. Oczywiście taki stan emocjonalny był mu obcy, ale tak się mówi. A mówić trzeba. Najgorzej to nic nie mówić, bo to jest oczywiście najlepsze.

Śpiący Rycerz nie używał wielu słów ponieważ miał wąskie usta i szerokie spojrzenie. Zwłaszcza we śnie spało mu się dobrze. W oddali falował upałem szary, sosnowy zagajnik. Młody lasek dyszał jak płachta filcu na dusznym strychu. Małym sosenkom napuchły pnie. To już popołudnie. Słońce nabrzmiało. Zrobiło się purpurowe i tylko siłą woli wisiało nad piaszczystą drogą. Śpiący Rycerz zasnął. Postukał w następny kamyk. 1576 z kolei. Stał na wzgórzu podparty parasolem i walczył za wiarę. Był z nim wierny koń. Koń też walczył z nudą. Śpiący koń żuł żwir nieopodal dołu z wapnem i słuchał radia. Śpiące Radio na baterie zjeździło już kawał świata i widziało wiele wojen. Śpiące Baterie były zupełnie wyczerpane. Śpiący Rycerz miał radio zawsze przy sobie, bo każda wojna ma swoją melodię. Tak mawiał, gdy zdarzyło mu się coś powiedzieć. Śpiące Radio było przemyślnie skonstruowane. Kryło w swoim wnętrzu nieprzeliczoną ilość szufladek, korytarzy, okien i studni. Śpiący Rycerz dość sprawnie poruszał się w piątym wymiarze, ale był leniwy. Korzystał tylko z trzech szufladek. W jednej trzymał dewocjonalia, w drugiej puste weki, a w trzeciej kolorowe pisma pornograficzne. W radiu, słuchał tylko prognozy pogody. I tylko na kanale szesnastym. Na kanale szesnastym nadawano ją w wersji dla kleryków pogrążonych w śpiączce. Nawiasem mówiąc, prowadził z pięcioma z nich, ożywioną korespondencję na temat erotycznej strony odleżyn. Ale nie tylko.

Śpiący Koń częściej korzystał z radioodbiornika. W przepastnym wnętrzu radia znalazł papierową studnię bez dna. Krągłym zadem przysiadał na jej krawędzi w każdy czwartek o godzinie 17:15, by wysłuchać na dwójce słuchowiska. Leciało w odcinkach i było kiepskie. ‘Gwiezdne błota’ stawały się coraz bardziej szmirowate. Śpiący Koń czekał kiedy dosięgną dna. Czekał co czwartek z miarą krawiecką w kopytach. Czas mijał. Koń budził się coraz częściej, i zaczął zauważać zmarszczki pod pachami. Szmira szmaciła się powoli. Ale przyzwyczajenie to obowiązek. Śpiący Koń spoglądał do wnętrza papierowej studni. Piaszczysty pejzaż upstrzony monotonią, spoglądał na Śpiącego Rycerza. Śpiące Radio spoglądało na przelatującą ciężarną muchę. Śpiący Rycerz spoglądał na dół wypełniony wapnem.

— Jeszcze coś się rusza — pomyślał z niechęcią.

Przyjrzał się uważnie nieregularnej, białej bryle, wypełniającej prawie cały wykop. Pod wapnem coś jakby drgnęło, i po chwili, donośne kichnięcie wzbiło chmurę białego pyłu.

— Ale ładnie — uśmiechnął się śpiący koń i odbiegł na odległość strzały.

— Dringo Bell, dringo bell… —  zanuciło ponuro śpiące radio, i schowało się za końskie kopyto.

Pył powoli opadał. Z wielkiej bryły wapna, lekko przyprószone bielą, sterczały sine usta. Parę centymetrów na prawo, węszył zielonkawy nos. Narządy mowy i węchu, skrępowane były białym kablem telefonicznym. Tak dla pewności. Nos nieustannie węszył. Śpiący rycerz poczuł się nieswojo. Rozkaz Wielkiego Transformatora był wyraźny - zdusić ognisko zarazy do wielkiego piątku. Zagasić heretycką pożogę raz na zawsze. Śpiący Rycerz pracował sumiennie mimo chronicznej senności. Do środy włącznie, wszystkie heretyckie rozgłośnie zostały zlikwidowane za pomocą prostej, chrześcijańskiej perswazji. Heretyków wyłapano i wywieziono ciężarówkami na pustkowie. Na miejscu, spalono wszystkich na popiół, po czym dla pewności - rozstrzelano. Popioły i łuski wdeptali w ziemię tancerze z  „Jurnego chodaka”, zespołu folklorystycznego wynajętego z pobliskiej wsi. Wielki Transformator dbał by pobożne dzieło, dobrą zabawą pieczętować. Wyrównany, ubity teren kupił baron von Klotz. Uzbroił go pod zabudowę przemysłową i zapisał w spadku córce Żanecie. Żaneta von Klotz, w przeciwieństwie do ojca miała mocną głowę i ciało lepkie jak rozgrzana kostka masła. Dzień w dzień, w blasku księżyca, oblepiona młodymi baronami, prała firany i piła jak szewc. Jednym słowem, szalała z nudów. Pewnego poniedziałku, Szalonej Żanecie - tak zaczęto ją nazywać, pękł kręgosłup. W poniedziałki, tak jak i w inne dni zresztą, robiła pranie. Gdy jak zwykle, prała firany przy studni znajdującej się na zamkowym dziedzińcu, od strony miasteczka nadjechał młody cudzoziemiec. Czarujący i wysmukły. Nietutejszy. Nietuzinkowy. Szykowny jak  biskupi pastorał. Roztaczał zapach nudy, spermy i papierów wartościowych. Prawdziwy arystokrata. W dłoniach szczupłych i białych jak alabastrowe nagrobki, trzymał kosztowną pustkę. Zajechał na dziedziniec pięknym rowerem z herbami na błotnikach. Przystanął, i z aksamitnym akcentem zapytał o najbliższy kiosk ruchu.

— Hiszpan! — zaryczało w piersiach, młodej von Klotzówny.

— Nie!... — zawahała się Żaneta.

— Ślązak!Żaneta von Klotz, oniemiała z podziwu, i natychmiast się zakochała.

Dyndających u ramion baronów, zarzuciła sobie na plecy by zrobić miejsce pięknemu nieznajomemu. Młodzieniec zareagował natychmiast. Umięśnionymi palcami stóp, powoli oparł rower na nóżce. Poprawił kask, ocenił odległość i rzucił się w ramiona Szalonej Żanety. Fatalne zauroczenie. Niestety. Pod ciężarem piętnastu arystokratów, młoda baronowa pękła jak zapałka. Czternastu na plecach, i jeden u ramion… O jeden most za daleko -jak mówi stare przysłowie Tuaregów. Baronowa Żaneta przeliczyła swoje siły. Zbyt wiele uczuć…, zbyt wielki ciężar…, zbyt słabe ciało…, za mało ruchu…, za dużo drinków…, nieleczona pląsawica…, słabość do rowerów…, długo by mówić…, tylko po co?Słusznie, nie ma czasu na pierdoły. Wracamy do rzeczy. I tak, Żaneta von Klotz, złamała się  przy studni w okolicach miednicy. Rozpadła się na dwie równe połowy, i oczywiście umarła. Uśmiechając się do własnych zwłok, martwa baronowa stwierdziła że warto umrzeć, chociażby po to by nudzić się tylko połowicznie. Westchnęła z ulgą i rozpłynęła się jak dym. Słońce nadal świeciło, lekki wietrzyk marszczył wodę w zamkowej studni. Nieprane firany porastały brudem a młodzi baronowie rozleźli się po kraju. Uzbrojony teren von Klotzów przechodził z rąk do rąk. Mijały dni, lata, stulecia…

Minęło 500 lat. Rdzawo-ugrowe zboża falowały w lipcowym słońcu, okalając nową fabrykę dzwonków rowerowych „Klotz i s-ka”. Powiew ciepłego wiatru wybrzuszał firanki w oknach okolicznych domów. Nazywano je tu „żanetkami”. Śnieżnobiałe żanetki  wznosiły się i opadały. Sennie, raz za razem, raz za razem... Nuda, rozwalona na okiennych parapetach, wspominała czasy młodości. 

Czasy tańca i terroru,

Wielkich krucjat i pomoru…

Śpiący Rycerz zasnął i zamrugał powiekami. Oczy go piekły od wapiennego pyłu. Żar rozsadzał mózg. Rozdęty mózg wybrzuszał czaszkę. Nabrzmiała czaszka, rozsadzała od wewnątrz rycerski hełm. Świerszcze rżnęły menueta o wysokich częstotliwościach. Hełm zaczął pękać. Rycerska głowa puchła. Zielony nos nadal węszył. Śpiący Rycerz zacisnął dłoń na rączce parasolki, aż syknęła z bólu. Śpiący Koń i Śpiące Radio zbiły się w gromadkę. Słońce jakby przygasło. Coś się wydarzy. Nagły poryw wiatru uderzył Śpiącego Rycerza w plecy. Cisza wstrzymała oddech. Wiatr nagle ucichł, ale za to powiało grozą. Groza rozejrzała się niepewnie. Zajrzała w oczy Śpiącemu Rycerzowi i wpadła w obłęd. Rzuciła się do ucieczki. Po trzech krokach straciła równowagę, i wpadła do dołu z wapnem. Wpadła wprost w sine usta, które właśnie ziewały z nudów.

— Pomocyyyyyyyyyyyy…, ratunkuuuuuuu — darły się przeciągle sine usta napełnione grozą.

Rycerska opuchlizna zawyła z bólu. Śpiący Rycerz nie wytrzymał, i wbił koniec parasolki wprost w rozdziawione, wrzeszczące sine usta. Krzyk nagle umilkł. Zielony nos znieruchomiał. Śpiącemu Radiu zwilgotniały pokrętła. Śpiący rycerz przypomniał sobie że nienawidzi, gdy ktoś używa jego ulubionego kubka. Ustrój feudalny nie dawał mu wyboru. Rycerzem się urodził, rycerzem być musi. Jego fach to prawość, odwaga i żarliwa wiara. Rozległ się trzask. Hełm pękł. Mózg, skwiercząc zaczął się wylewać na zewnątrz hełmu. Śpiącemu Rycerzowi, stanęła przed oczyma żona Etnografia. Podlewała kaktusy w zamkowej kaplicy, bezwstydnie drapiąc się przy tym w pośladek. Jej biało - sine ciało, które znało słońce tylko z opowiadań, świeciło jak lampa na tle  kamiennych ścian. Zjawiskowa Etnografia miała na sobie tylko bokserki. Bokserki Błogosławionego Hiacynta ! Najcenniejsza relikwia Śpiącego Rycerza. Fala mdłości walnęła go w blaszany brzuch. Wypuścił parasolkę, padł na kolana i zaczął rzygać wprost do dołu z wapnem. Zielony nos powoli wciągnął powietrze. Jeszcze zdążył zmarszczyć się z obrzydzenia, nim utonął w chrześcijańskich wymiocinach. Dramat się dopełnił. Walka dobiegła końca. Śpiący Rycerz poczuł się nagle pusty. Leżał na plecach i odpoczywał, żarliwie odmawiając modlitwę. Żar wiary towarzyszył mu zawsze. Teraz też. Żar tlił się w rycerzu, a rycerz leżał. Śpiący Rycerz obudził się. Żar buchnął płomieniem. Wiatr dmuchnął i sypnął nim na wszystkie strony. Suche kępki traw zajęły się błyskawicznie. Tego dnia spłonął szmat jałowej ziemi i indiański rezerwat.

Dochodziła godzina dziewiętnasta. Śpiący rycerz nie uśmiechnął się. Z wysiłkiem podniósł żelazną prawicę i podrapał się po jabłku Adama. Senne słońce nie wytrzymało i osunęło się do piachu.

( Z raportu jaki sporządził później Śpiący Rycerz, wynikało, że w wykopanym niedaleko zagajnika dole, leżało przysypanych żrącym wapnem, dziewięć heretyckich ciał. Ostatnich dziewięć diabelskich sług. Nigdy nie ustalono do kogo należały sine usta i zielony nos. Śpiący Rycerz przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Zajął się ogrodnictwem i podobno zaczął się zadawać z konewkami ogrodowymi. Etnografia von List, żona Śpiącego Rycerza uciekła z własną sekretarką, niejaką Wandą od Pługa, karmelitanką bosą. Oczywiście obie uciekły boso. Śpiący Koń i Śpiące Radio do końca zostały przy swym panu)   

WYŻYNA

 W słonecznych stronach cienie uciekają w rozpadliny. Mokre głazy od północnych stron z szelestem przesuwają się na południe. Trawy płożą się pod wiatr. Krople rosy sterczą jak zamrożone diamenty z pogubionej niegdyś biżuterii. Żółte kozice, zlewają się z ostrymi plamami cytrynowożółtych skał. Przeżuwają cierpliwie porzucone namioty nomadów i austriackich turystów. Gęste, fioletowawe chmury, trą ze zgrzytem o gałęzie rozłożystych paprotników. Na wyżynie tak wysokiej, że zabrakło już obłoków, wagi nie chciały ważyć. Role się odmieniały. Linijki więdły przez jedną noc. Zwijały się w sobie na liściu głogu i nabrzmiewały. Rano z rozprutych narzędzi mierniczych, wyfruwały na świat celofanowe aeroplany. Zewsząd nadbiegała cisza. Wtulała się między palce śpiących podróżnych. Zgniatała kajaki, wyciągnięte leniwie na brzegu przepaści. Rozgadani turyści uspokajali się z kilometra na kilometr. Cichli w końcu, zsiadali z rowerów i zarzucali je sobie na plecy. Butle gazowe porzucali na rozstajach dróg, lśniące jak czerwone boje wśród fal kamiennego morza. Zaczarowanych cudzoziemców mijał niekiedy bezszelestny pocztowiec. Z szeroko niewidzącymi oczami, z  pękiem listów w wyciągniętej dłoni, ubrany w krótki kożuszek i pepegi, nie dotykając stopami ziemi,  przemierzał błyskawicznie i miękko wielkie przestrzenie. Od jednego łańcucha górskiego, do drugiego, nie dłużej niż zgięcie na pół, białej kartki formatu A4.

Na rozległej ugrowej wyżynie, słońce można dotknąć ręką. Jest nareszcie prawdziwe. Rozstajne drogi istnieją jako relikt kartografii. Wszędzie jest tak samo blisko jak i daleko. Zależy czy chcesz wędrować, czy gdzieś dojść. Zaklęci ciszą turyści zmierzają do gospody, mijają kamienne słonie i żywe leopardy. Gubią konserwy, scyzoryki, fotografie najbliższych i własną przeszłość. Sentymentalne gadgety znaczą trasę. Maleńka, plastikowa wieża Eiffla smagana wietrznym pyłem, kij bilardowy zaklinowany miedzy kamieniami, sterczy jak mały maszt poszukujący swego statku, papierowy model Concorda zaplątany w długie trawy, szamocze się wściekle ze wschodu na zachód, rozczapierzone pielucho - majtki przylepione jak naleśnik do twarzy wykutego w piaskowcu Buddy, żyją pamięcią krągłych pośladków. Ślady ludzi i potrzeb zlewają się z wiatrem. Ścieżka do gospody nie jest oznaczona. Oznaczona jest nieważna i może mylić. Wymagana jest intuicja, dramat dla człowieka z metalowobetonowych miast. Dojdą ci którzy lubią śnić. To nic strasznego, bo tak naprawdę nic i nikt nie ginie.

Gospoda zacumowana jest na wysokości 5500m nad poziomem morza, przy urwistej, wąskiej skarpie. Kiedyś była lotniskowcem „ Qeen Anna” który zatonął w Wigilię, tak napisano w gazetach. Po katastrofie lotniskowiec doznał wewnętrznej przemiany. Wypłynął z głębin i poszybował wysoko by poczuć zapach gęstych zup, soczystych steków i aromatycznych sosów. Zacumował ponad obłokami i założył restaurację. Zwinne myśliwce wyruszały na dalekie wyprawy po cenne przyprawy. Siostry układały menu i obsługiwały gości. Było ich 77 i były bliźniaczkami. Urodziły się jednocześnie w ciągu dwóch tygodni. Wszystkie były pogodne i wszystko robiły tak samo. Miały pamięć zbiorową więc i zapominały jednocześnie. Restauracja mieściła się na dziobie a gospoda na rufie. „Qeen Anna” oklejona była barwną tapetą, by wydać się bardziej przyjazną. Na tapecie nadrukowani byli wieśniacy z północnej Albanii, w regionalnych strojach ludowych. Od dwóch miesięcy biura podróży nie organizują wycieczek na Wyżynę, ponieważ nikt nie pamięta jak do niej dotrzeć.  

ELEONORA Z TOLEDO

 Gdy Eleonora wychodziła z domu na targ, podniecenie w mieście zaczynało narastać wraz z upałem. Temperatura w mieście podnosiła się ostrym łukiem do zera bezwzględnego a z przewodów trakcji elektrycznej uchodziło powoli napięcie. Odprężone druty zaczynały kołysać się błogo, wystawiając cienkie brzuchy na zimowe słońce. Był środek toledańskiej zimy. Rozkosz, jak oklapły woal oblepiała ociężałe od upału zaczarowane miasto. Zaczarowane pięknem Eleonory, oczarowane jej kształtnym, potężnym ciałem, bujającym się zmysłowo na każdym zakręcie ulicy. Z zamyśleniem i gracją, przemierzała wąskie uliczki, ocierając się o dyszące upałem mury. Patrzyli na nią wszyscy, ludzie, koty, jaszczurki, niebieskie muchy, suche fontanny, białe niebo i czarne dziury. Z tajemniczym półuśmiechem na twarzy i wiklinowym koszykiem zawieszonym na szyi, wywoływała w życzliwych podglądaczach niejasne obrazy, których nie mogli sobie umiejscowić. Majaczyły im przed oczami białe studnie, pyłowe obłoki ubijane w twardą kluchę, przez skaczących na skakankach torreadorów, karawany wielbłądów spięte agrafkami, zmarłe królowe przeprawiające się przez torfowiska i łany szeleszczących toledańskich dolarów.

Eleonora potrafiła poruszyć wyobraźnię, nawet tę najcięższą. Długo nieużywana wyobraźnia ma to do siebie że, gwałtownie poruszona, generuje smrodliwe gazy. Efekt długoletniej fermentacji zastygłych marzeń. Takie gazy potrafią zatruć całe rodziny na długie tygodnie. Wszyscy którzy znali umiejętności Eleonory i poddawali się jej czarowi, nosili przy sobie maski przeciwgazowe, by bezpiecznie przetrwać wewnętrzną transformację. Kochali Eleonorę i jednocześnie bali się jej. Toledańczycy nazywali ją Białą Czarownicą. Kiedy tak kroczyła w zimowym skwarze po bruku, bębniąc podkowami o kocie łby, rozmarzone oczy nie tylko szpiegów jej królewskiej mości, śledziły tatuaże na jej lśniących, krągłych łopatkach. Tatuaże przesuwały się z każdym ruchem toledańskiej piękności. Pełzły w przód, po łabędziej szyi, za uszy, by po chwili osiąść na powiekach, na chwile omdleć i ruszyć do tyłu w wielkim stylu operowej divy, z zagranicznych plakatów. Rozgorączkowani podglądacze, trzymając się kurczowo za grube nadgarstki, wchłaniali cudowną delikatność pęcin Białej Czarownicy.

Piękna Eleonora wychodziła na ulicę w samo południe, gdy słońce waliło wściekle o wypaloną ziemię, białymi jak śnieg fotonami. Wychodziła gdy biały żar skuwał niebo w gorący, twardy blok.  Biały żar robił to oczywiście dla Eleonory. Dla jej wdzięcznego, roztargnionego spojrzenia, gorączkowo szklił ziarnka piasku, uderzeniami ognistej packi na duchy. Packa na duchy, to przedmiot dość pospolity w Toledo. Duchy w tym starożytnym mieście przechadzają się w biały dzień, wylizując bitą śmietanę z ciastek wyłożonych na białych straganach. Każdy kupiec ma więc zawieszoną na szyi packę na duchyszkodniki i używa jej nader często. Nieraz trzepot wielu pacek jest tak mocny że wywołuje białe, nieduże wiry powietrzne nad rynkiem. Ośmielone brakiem oklasków wiry, zaczynają wkrótce szaleć po całym mieście, obrzucając się dla zabawy kwiatami doniczkowymi. Taki wir jest jak dziecko, mieszkańcy o tym wiedzą, dlatego przymykają oczy na te dziecinne zabawy. Przymykają oczy, zakładają okulary przeciwsłoneczne i robią inwentaryzację. Wkrótce robi się tak poważnie, że wiry powietrza tracą tupet, przystają i patrząc głupkowato przed siebie, rozpraszają się i znikają. Zwykły toledański obrazek.

Eleonora  kupowała na targu zawsze to samo. Ulubione przysmaki, gruszki i siano. Wędrowała po nie aż za miasto, dość daleko. Napełniała koszyk na wypalonych łąkach i w dzikich sadach na wzgórzach. Wracała tą samą drogą, tylko bardziej od zachodu okrążała stację benzynową. Czasami przystawała na pustych, miejskich placach falujących żarem i puszczała wiatry na siedemnaście stron świata. W archiwach miejskich następowało wtedy gwałtowne poruszenie kurzu. Róże wiatrów ze starych map, nabrzmiewały z zazdrości krwawą purpurą, by nabierając barwy i konsystencji dojrzałych malin, odpaść z map bez żalu, jak syte kleszcze. Leżąc na chłodnych posadzkach, w starożytnych salach, róże wiatrów czekały na ciąg dalszy swej dramatycznej biografii. A dalszy ciąg był taki że, z malinowych róż wyrabiano pożywne konfitury dla lotników, ponieważ było w nich więcej wiatru niż marmolady. W miejscowych konfiturach hulał wiatr, a tymczasem Eleonora, stojąc na  placu, dla wzmocnienia kości zlizywała przez słomkę wapno ze ścian ratusza, patrząc przy tym w ogromne toledańskie niebo. W końcu była cudzoziemką i miała inną mentalność. A tymczasem gazy wzbijały się wolno do góry, odbijały od zblokowanego nieba, opadały na bruk i toczyły bezwładnie pod ławki i pomniki bohaterów wojen o ważne sprawy. Czasami wpadały do piwnic i psuły zaprawy i młode wina. Stare i tak już były zepsute przez popularność i wieloletnie leżakowanie. Wygrzewające się pod ławkami jadowite salamandry, obserwowały toczące się po bruku gazowe kulki. Trafione krągłym pociskiem, rzygały mokrym pyłem na kocie łby, aż pot zalewał im oczy, po czym natychmiast z sykiem wyparowywał z rozgrzanych powiek. 

A żar w mieście narastał. Gruby na dziesiątki kilometrów, dusił jak gruby, filcowy szal. Bezlitośnie zaduszał w Toledańczykach kreatywne milczenie i zamiłowanie do czarnej broni. I stało się tak, że mieszkańcy miasta zaczęli mówić jeszcze mniej, a ich broń stała się z czasem biała i sławna. Toledańskie noże do papieru, to białe kruki w kolekcji każdej szanującej się księgowej. Prawda jest taka że, toledańska biała broń szła jak woda, i była to jedyna powódź jaką tu odnotowano. A wracając do Eleonory, to wychodziła rzadko, bo zdecydowanie wolała spędzać czas w cienistych gajach, porastających wilgotne ściany piwnic. Eleonora była biała, piękna i oczytana. Ale tym co porażało wszystkich którzy zetknęli się z Eleonorą, był jej nieokreślony, tajemniczy urok i wolny jak ptak, ogon. Oganiała się nim od much, z nerwowym wdziękiem początkującego toledańskiego kata. Poza tym, przykuwała powszechną uwagę srebrnymi podkowami o rozmiarze 44. Nosiła je by robić wrażenie, dla wygody i by podtrzymać rodową tradycję. W wielkich, czarnych oczach Białej Czarownicy nieustannie wirowały konstelacje południowego nieba. Pojawiały się i znikały w cyklicznych odstępach. Co dwanaście lat, aksamitną czerń jej źrenic przydymiała miniaturowa droga mleczna. Mleczny, mętny osad utrzymywał się do pierwszego deszczu. Długotrwała susza owocowała bielmem na oku.

W Toledo padało ostatnio na obrazie Don Diega y Wazon, niezbyt utalentowanego trzynastowiecznego malarza ptaków, przedstawiciela niemieckiej szkoły z Bochum. Don Diego malował ptaki ze słuchu, bo jak mawiał,  tak je lepiej widział. Gdy stracił słuch, z miasta odfrunęły wszystkie ptaki. Nawet gliniane ptaszki ze straganów, gnane nieutulonym żalem, wzbiły się w powietrze. Niestety nienawykłe do latania, rozbijały się o zastygłe od upału, słupy białych dymów. Zastygłe jak kamienie dymy, wyrastały sztywno z toledańskich kominów. Jak białe kolumny srebrnej foli, podtrzymywały ścięte żarem, twarde niebo. Gliniane ptaszki nie miały pojęcia o świecie, malarzach i kominach. Waliły w dym jeden po drugim, roztrzaskując się przy tym w drobny mak. Spontaniczność kosztuje nawet u ptaków, chociaż niby z innej gliny ulepione. Bez ptaków zrobiło się smutno. Don Diego zaczął płakać. Płakał długo, niszcząc przy tym osobistą odzież, i przyczyniając się do miejscowej erozji gleby. Szloch przybierał na intensywności w soboty. Dwumetrowymi fontannami łez, zraszał Don Diego domowe sprzęty, przybory malarskie, rabatki w hiszpańskim ogrodzie, stajnie, porzucone maszyny do pisania, ubranka dla lalek i zupełnie czyste, odporne na czas kalendarze. Gdy Don Diego wypłakał już wszystkie łzy, namalował swój ostatni obraz. Namalował  deszcz którego nigdy nie widział. Namalował deszcz, i wyjechał z miasta na zawsze. I właśnie ten deszcz ratował Eleonorze wzrok. Zakupiła obraz na własność, by bielmo na oczach nie przeszkadzało jej w czytaniu. Lubiła czytać siedząc w kucki. Czytała nad brzegami strumieni spływających wartko po ścianach piwnic. Co jakiś czas, wygrabiała nagromadzoną w potokach gęstość, grabiami z nalepką na trzonku. Grabie znakomicie rozróżniały gęstość lepką od skołtunionej, dlatego Eleonora bardzo je ceniła. Pisała także pamiętnik który zaginął. O swej ojczystej Andaluzji, o tym jak z innymi końmi uciekła z ojczyzny, z powodu wojny domowej. Pisała o wieloletniej włóczędze z gitarą na plecach i grabiami wiszącymi u pasa. Grać nie umiała, ale to dobrze wyglądało. Poza tym polegała na swym wdzięku andaluzyjskiej klaczy. W końcu osiadła w Toledo, w mieście w którym nigdy nie padało i nigdy nic się nie działo. I tak było dobrze, na pewien czas.

Eleonora nie została w Toledo do końca swoich dni, ponieważ nie wiedziała gdzie kończy się jeden dzień, a zaczyna następny.  

 

GRABIE GABRIELA 

Kiedyś trawa zalśni zielenią i grabie Gabriela poczują się znów młode. Gabriela miały wyobraźnię, od urodzenia w hartowanych żeliwnych szpikulcach rosły obrazy. Po prostu powstawały nie wiadomo skąd. Grabie urodziły się w średnio - dużej fabryce , zbudowanej na planie falującego prostokąta. Pierwotnie fabryka miała kolor biały i wyrabiano w niej flagi państwowe i chorągiewki . Na zamówienie tkano i wyszywano sztandary dla Bractw Strzeleckich i Stowarzyszeń Wielbicieli Pieśni Żałobnych. Zresztą asortyment był szerszy na wiosnę, gdy nici były świeższe, pulchniejsze i pachnące zmęczoną po zimie ziemią. W międzyczasie wybuchła wojna. Obiegła cała ziemię i zakończyła się. Stare państwa rozpadły się, a na ich miejsce powstały nowe. Stare flagi straciły sens i życie. Po szybkim kursie przekwalifikowały się, i kusiły kolorami w butiku „Świat szmat”. 

 Fabrykę przemalowano na zielono. Wielki szyld krzyczał „Wyroby żelazne, Dmuchawa & Syn ewentualnie w zastępstwie, Dmuchawowa & córka”  Wiktor Dmuchawa kochał się w żelazie od dziecka. Gdy miał pięć lat, w czasie zabawy na złomowisku, siedmiocentymetrowy gwóźdź z mosiądzu, przebił mu czaszkę i utkwił w mózgu. Dmuchawa był dumny ze swego mózgu i gwoździa, z syna czasami też. Zatopił się myślami w metalu. Owocem wizji była żelazna fabryka. Dmuchawowa nie cierpiała wszystkiego co lśniło niebieskim zimnym blaskiem. Żelazny dmuchawiec, podarunek od młodego, zakochanego Dmuchawy zakopała w piwnicy, bo tak robią w filmach grozy. Nawet nożyczki miała drewniane, patelnie z zamszu i jednorazowe świeczki. Dmuchawowie byli zwyczajni i zamożni.Grabie Gabriela urodziły się 2 stycznia o 11:03 w piątej hali. Dostały numer 3429574 i stygły pięć godzin. Zostały pomalowane na zielono, nadziane gwałtownie na drewniany trzonek i rzucone na stertę braci i sióstr. Trzonek wytoczony był z drewna sosny, ale nie patagońskiej lecz naszej, zwykłej.

Grabie Gabriela otworzyły żelazne oczy po godzinie, i stwierdziły ze są inne. Numer ewidencyjny nie był w stanie określić ich osobowości. Stwierdziły że czują się kobietą i nazwały się - Gabriela. Na trzonku nalepiły sobie reprodukcję drzeworytu Durera „Melancholia”.  Zamyślony piękny anioł, sen , geometria i lampy jarzeniowe. Nieokreślona tęsknota przykuła je do aluminiowej półki. Grabie Gabriela chciały mieć skrzydła. Pobiec gdzieś daleko i opowiadać historie na rynkach w małych miasteczkach. O zapachach smaru, gorących kabli, geometrii, aniołach i melancholiach zastygłych w zielonych tynkach i mleczach. Były utalentowane i wiedziały o tym. Za każdym razem gdy grabie porzucają marzenia dla liści, wszechświat kurczy się o 4,25 lat świetlnych. Niby nic, a gwiazd ubywa. Kolorowe mgławice i majestatyczne galaktyki spiralne, nikną niepostrzeżenie z oczu teleskopom. Czas to pieniądz. Pieniądz to czas. Liście brudzą jesień. Należy zgrabić liście, posprzątać śmieci. Aspiracje i przemyślenia  narzędzi ogrodniczych nie są znane ludziom, a szkoda, bo na przykład sekatory są bardzo spostrzegawcze i potrafią zgrabnie ucinać głupkowate monologi. Od metalowych istnień moglibyśmy się dużo dowiedzieć i nauczyć. Ale się nie dowiemy i nie nauczymy. Grabie Gabriela kupił mężczyzna a czapce i kurtce nieokreślonego koloru. Wiosną i jesienią grabią zeschłe trawy, kamienie i patyki. Po pracy piszą po piachu i mokrej ziemi wszystkimi palcami jednocześnie. Pozostawione same sobie, kreślą zawiłe wzory swej żelaznej, kolorowej melancholii. Historie dla rozpalonego nieba, motyli i buraków cukrowych. Reprodukcja na trzonku wypłowiała. Mały człowiek, syn człowieka w czapce, złamał trzonek grabiom, dwunastego marca. Szkodnik.

Grabie Gabriela zmalały i straciły na atrakcyjności. Pozornie. Ich piękna, wielka metaliczna dusza  pozostała nienaruszona. Nie zgasło ani jedno słońce, galaktyki nadal czarują nietkniętymi ciałami. Ludzka cywilizacja dąży do bliżej nieokreślonej perfekcji. Kocha się w układach scalonych i prostownikach. Krzywiki wyszły z mody jakieś dziesięć lat temu. Kiedyś, w przypływie zimowego zniechęcenia, grabie Gabriela przestały drapać po zamarzniętej sporej kałuży. Nie dokończyły sonetu o uśmiechniętych radarach. Szyderstwa oliwiarki wytrącały je z równowagi. Posępne obcęgi nie dodawały otuchy. Gabriela upadły na duchu i na zmrożoną ziemię. Była zima, zapanował zastój. I stało się to, co mogło się stać. W sektorze osiemdziesiątym czwartym, w galaktyce Plebejskiego Sygnetu, w samym rogu rozrzedzonego gwiezdnego pyłu, zdychał powoli Niebieski Olbrzym.  

KABLE HIACYNTA

 Marzec dogorywał w błocie i chłodzie. Trzydziestego pierwszego wydał ostatnie tchnienie. Przez świeżego trupa lekko przeskoczył kwiecień. W bladozielonych szortach, bez trosk i wspomnień, kruszył oddechem białe bezgwiezdne poranki. W czasie gdy młode wiosenne tornada bawiły się podmiejskimi rezydencjami, młody Hiacynt nasłuchiwał dźwięków walca. Wiedeński walc kołysał się ociężale we wnętrznościach grubego, czarnego kabla. Na głębokości pięciuset dwunastu metrów pod poziomem morza, ciśnienie miażdży nie tylko ciała stałe. W głębinach oceanu ściskane są także ciała niestałe, wręcz grymaśne, do których nie mają cierpliwości nawet wielkie kałamarnice, najcierpliwsze mieszkanki przepastnych głębin. Wielkie ośmiornice spoczywają w głębinach rowów oceanicznych, w skondensowanych, utwardzonych przez potężne ciśnienie obłokach czarnego atramentu. Nie mają wyczucia czasu, ani siebie samych. Czarne Księżne, tak nazywają je twarde gąbki i chropawe mydelnice żyjące na barwnych rafach koralowych. Kałamarnice żyją samotnie.

— Wielka dama tańczy sama — skwitowała ten temat pewna różowa rozgwiazda, przyssana wygodnie do lufy siedemset milimetrowego działa, należącego do  pancernika „Leopold Mądry”

Na ciele Leopolda Mądrego mieszkały miliony wodnych istnień, o różnych formach, kolorach i upodobaniach. Łączyła je radość życia i wstręt do suszarek. Pancernik zatonął w czasie jednej z ważnych ludzkich wojen. Był z dobrej jakości stali i żelaza, co cieszyło glony prążkowane, koneserki smacznych wyrobów hutniczych. Najprężniej rozwijały się kolonie zamieszkujące na potężnych szwajcarskich silnikach. Panowała cisza. Dźwięk na głębokościach nabiera ciężaru i gęstnieje. Nuty rozciągają się w czarne smugi. Niskie tonacje dudnią głucho a soprany oblepia wodna wata. Hiacyntowi to jednak nie przeszkadzało. Był delfinem i do życia podchodził z uśmiechem i finezją. Kable ciągnęły się po dnie mórz i oceanów we wszystkich kierunkach. Napełnione tajemniczymi dźwiękami, gadające kable przyciągały młodego delfina.

— Puk …, puk …, puk …, puk …, puk …, pisała pośpiesznie hrabina, waląc sztachetą w pień 200-letniej Jarzębiny Plażowej.

Nadawała alfabetem Foki Wąsatej, który w przeciwieństwie do alfabetu Morsa, oferuje modulację przecinków i tajemniczą pustkę między słowami. Leciwa Jarzębina rosła na plaży. Rozległymi, potężnymi korzeniami wychodziła daleko w morze. Oddalała się nawet na odległość  100 mil od brzegu. Szła daleko, na pełne morze, gdzie wokół tylko bezkresna, sinoniebieska tafla i zimny wiatr. Jak okiem sięgnąć, mokre, pomarszczone pustkowie. Pchane przez wiatr, obwieszone ciężkimi chmurami, wydawało się puste. I to właśnie lubiła Jarzębina. Stanąć pośrodku wielkiej wody, poczuć stare soki i moc w olbrzymich gałęziach. Mogła tak stać całymi dniami, nawet tygodniami. Czas nie miał dla niej znaczenia. Wracała potem na plażę, wlokąc w korzeniach wodorosty, oślizłe bale drewna i rupiecie pogubione prze statki. Kiedyś przywlokła nawet, zaklinowany wśród gałęzi, piękny, duży stół, z blatem obciągniętym ciemnozielonym płótnem. Stół stanął na plaży, pod Jarzębiną. Wielkie drzewo nachyliło się nad osobliwym meblem, by mu się dobrze przyjrzeć. Niejasne przeczucie że czegoś tu brakuje, zatrzepotało młodymi  listkami na najwyższej gałęzi.

Na ciemnozielonym blacie, leżało ptasie gniazdo. Zostało po Morświnie który od dziecka lubił przebierać się za mewę. Morświn zdechł ubiegłej jesieni. Gniazdo musiało spaść z gałęzi, gdy Jarzębina nachyliła się nad stołem. Coś jednak było nie tak. Jarzębina zamyśliła się. Nagle coś zaszeleściło, stuknęło głucho. Potem raz i drugi. Pomarańczowy pocisk wyleciał spomiędzy jarzębinowych liści i runął wprost do morświnowego gniazda. Wylądował miękko i znieruchomiał. Ognistoruda, porcelanowa lisica leżała w gnieździe na lewym boku. Była przepiękna i nie miała ochoty na konwersację, co hrabina natychmiast wyczuła. Hrabina poprawiła sztachetę pod pachą. Słabo znała się na porcelanie i ludziach. Szła szybko wzdłuż plaży, by zdążyć na czas, bo jak zwykle nigdzie się nie śpieszyła. Minęła stół bilardowy, bez najmniejszej chęci pogłaskania pięknej lisicy.

— Można pisać? — z powagą zapytała Jarzębinę. Drzewo zaskrzypiało twierdząco. Hrabina  zamachnęła się sztachetą w kierunku pnia drzewa, po czym walnęła z całej siły. Waliła sztachetą raz za razem:

— Drogi kuzynie, Hiacyncie…, wczoraj zaczęło padać. Wkrótce najprawdopodobniej przestanie,  by zacząć ponownie od rana. A gdy zacznie, to trochę popada, by raptownie przestać. Aż znowu chluśnie pod wieczór, i będzie lało do połowy grudnia. Albo i do końca stycznia. Niepokoi mnie to lanie wody. Deszcz ciągle puka do okien. Nie wiem czy otworzyć?

— Chyba nie otworzę. — Melania nie pozdrawia cię serdecznie. Eleonora pracuje w  zamkowym holu. Zgrabia z posadzki czarne kwadraty, tymi nowymi grabiami z nalepką na trzonku. Chcę kwadraty trochę przeprać i oczernić, bo wyblakły trochę. Puchacz zaczął nosić okulary w kieszeni, bo pisze książkę. Znalazłam stronę tytułową, wetkniętą pomiędzy cegły, w ogrodzeniu dla słoni morskich. Znasz go, utyka swoje talenty gdzie popadnie. Ukrywa się jak zwykle za piórami.

— „Senator, Piaskownica, Hrabina” — taki jest tytuł na stronie tytułowej. Puchacz zawsze był trochę dziwny. Tyle zmian wokół. Na szczęście nic się nie dzieje, więc mogę spać spokojnie…

Hrabina dysząc, oparła się o pień drzewa…

— Wczoraj wyjechał brat Eleonory. Przyjechał w lipcu, z przyszywaną rodziną. Mieli zostać do listopada. Śpiący Koń, brat Eleonory miał sprawę do Grażyny. Oczywiście zaspał, tak jak reszta Śpiącej Rodziny. Zapowiedzieli, zresztą jak zwykle, że następnym razem nie prześpią listopadowych wielorybów. To było 78 podejście. Puchacz bardzo lubi śpiącą trójcę, bo ciągle są tacy sami. Hrabina pisała i pisała. Słowa biegły po jarzębinowym pniu, w głąb ziemi. Wibrowały w rozległych korzeniach, a te niosły je daleko, w głębiny morza. Zimna, czysta woda, przenosiła list z kropli na kroplę. Z kabla na kabel. Błyskawicznie, i w niepowtarzalnym stylu von Skrzatów. Hiacynt lubił swoją kuzynkę. Hrabina też go nie potrzebowała. Lisica wkrótce odpłynęła, także rozumiała że nie można zatrzymać wieczności. Pewnego poniedziałku, grudniowy sztorm, zabrał stół razem z porcelanową lisicą. Na plaży zostało tylko gniazdo Morświna. Jarzębiny nie było. Znów się gdzieś włóczyła.  

URLOP ADELI

 Dalej nic nie było. To wszystko? - Adela powoli zamknęła wymięty maszynopis. Zaskoczona wpatrywała się w podniszczone kartki. Sto kartek spiętych zszywaczem w dwóch miejscach, zabranych ze stolika stojącego w hotelowym holu. Ani autora, ani zakończenia. Adela odruchowo zaczęła szukać wzrokiem kaloryfera. Ciężki i niezmienny zawsze ją uspokajał, a pionowe żeberka przywracały równowagę. Niestety gorąca Andaluzja nie potrzebowała ogrzewania. Dochodziła dwunasta w nocy, a Adela Lampka wciąż leżała na wzorzystej kanapie w hotelowym pokoju, z brudnym rękopisem na piersiach. Bardzo późno. To naprawdę już noc. Blask nocy, nieznany w jej północnym kraju, czaił się za oknami. Odcinał czerń nieba, od jasnych jak zjawy domów. Wielki księżyc spokojnie podążał za myślami Adeli.

Adela systematycznie podróżowała. Zjeździła wiele krajów i zgromadziła tysiące zdjęć. Poza tym, zbierała niebieskie wazony i zajadała się duszoną wołowiną. Jednym słowem - w bogatym życiu Adeli nic się nie działo. Nie tak jak kiedyś. Kiedyś dostała kamieniem w prawą skroń. Uderzył ją rudy Waldek. Miała wtedy siedem lat, o on osiem. Szalone emocje i dramatyzm towarzyszące temu wydarzeniu, pielęgnowała całe życie, co nie powinno dziwić, zważywszy że były jedynymi silnymi przeżyciami, jakich doświadczyła. Dlatego w końcu przyjechała do Hiszpanii. By zmienić swoje życie i dokonać zwrotu. Urlop nabity miała planami. Napisze książkę, bo podobno dobrze pisze i nabierze dystansu. Napisze romans, opali się i wypocznie. W końcu ma dopiero 45lat, kwiaciarnię i znajomości. Adela Lampka zgasiła lampkę nocną, przewróciła się na prawy bok i zasnęła. Maszynopis zsunął się na podłogę. Zaszeleścił i zamarł otwarty na stronie 16. Światło księżyca rozlało się na wymiętych kartkach. Czarne literki zamigotały srebrem. Hiszpański księżyc o mauretańskiej urodzie , wisząc nad hotelem „Saragossa” czytał co następuje: Wielorybica Grażyna przymknęła oczy. Było cicho. Kołysała się leciutko na powierzchni oceanu. Fale wokół szemrały jak deszcz w listopadowym lesie…

KONIEC 

 

Zmieniony: Wtorek, 25 Maj 2010 10:17
 

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 25 gości 

Imieniny


5 Lutego 2012
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Agata,
Aga, Albin, Izydor,
Jakub, Jan,
Justynian, Paweł,
Piotr,
Strzeżysława
Reklama:
Reklama
Reklama: