| Szakal nie śpi |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Lewandowski Krzysztof | |||
| Czwartek, 29 Kwiecień 2010 17:27 | |||
|
1
Kris kroczył wąską uliczką, po której praktycznie nikt nigdy nie przechodził. Nie zastanawiał się dlaczego, jednak tak naprawdę nie było większego sensu rozprawiać na ten temat. Może dlatego, że była szara, ponura i wydawała się niebezpieczna. W takich zaułkach najłatwiej o nieszczęście, ile to się słyszy o złodziejach czyhających na swoje ofiary w ciemnych i rzadko odwiedzanych miejscach. Wyszedł na główną ulicę, na której panował spory ruch. Samochody osobowe przepychały się pomiędzy sobą, jakby walczyły o miejsce na podium. Kierowcy większych aut nie chcąc być gorsi, naciskali klaksony z wielkim impetem. Uroki Londynu. Cały ten miejski hałas potrafił przyprawić o ból głowy. Fakt, coraz więcej mieszkańców przesiadało się na rowery. Mimo to korki wcale się nie zmniejszały, co więcej, udział większej liczby rowerzystów w ruchu drogowym tylko potęgował chaos na ulicach. Skierował się wzdłuż chodnika do małej kawiarenki o wdzięcznej nazwie Atlantic. Udał się do środka i rozejrzał uważnie. Jego przyjaciel, Bruno siedział już przy zarezerwowanym stoliku. Tyrese usiadł na drewnianym krześle i skinął ręką dając znać kelnerowi, żeby podszedł. - Zamawiasz coś? - zapytał Kris wskazując kciukiem na kierującego się ku nim kelnera. - Nie. - odparł lakonicznie Bruno. - Dla mnie puszka dietetycznej coli. Kelner odszedł. Siedzieli w milczeniu przez dobre kilka minut. Słońce znajdowało się wysoko na niebie, żar lał się strumieniami. Na zewnątrz było co najmniej trzydzieści stopni w cieniu. Kolejny powód, dla którego warto zorganizować sobie chwilę wytchnienia od codzienności. - Dlaczego chciałeś się spotkać już teraz? Obiad jadamy zazwyczaj o pierwszej, a tymczasem dochodzi dziesiąta. Poza tym zawsze jadamy w Casanovej. - zauważył Kris. - Chcę porozmawiać. - odpowiedział. - Aha. To wiele wyjaśnia. Wiesz, przy obiedzie również rozmawiamy. Mam wrażenie, że poruszysz jakiś bardzo delikatny temat. - rzekł spoglądając w stronę baru. Kelnerzy krzątali się w panice, jakby zaraz miała przyjść znana osobistość, a oni nie mieli nic gotowe. - Masz rację. - Znam cię na wylot. - Wiem. - No więc? - Chodzi o Mirandę. - Ooo - Kris udał zdziwienie. Całkiem dobrze mu to wychodziło. - Czyżby problemy sercowe? - Można tak powiedzieć. - odparł Bruno Kirchent. W tym momencie podszedł kelner ze szklanką dietetycznej coli. Miał na sobie idealnie dopasowaną białą koszulę i czarną kamizelkę bez rękawów. Był niższy od Krisa o głowę, i ważył chyba połowę tego co on. Gdyby doklejono mu sztuczne wąsy, idealnie pasowałby do roli doktora Watsona, kompana słynnego Sherlocka. Kris podziękował mu należycie ujawniając swoje kurtuazyjne nawyki. - Wysłów się. - zachęcił upijając spory łyk napoju. - Obawiam się, że jak ci o tym powiem, będziesz zniesmaczony. Ale jesteśmy przyjaciółmi, prawda? - Jasne. Ale nie do końca wiem do czego zmierzasz.- rzekł marszcząc brwi. - Rozstałem się z Mirandą - powiedział odwracając wzrok. Kris nie był zaskoczony tą wiadomością. Od początku wiedział, że ten związek był skazany na porażkę. Wynikało to z zupełnej odmienności charakterów. Bruno chciał mieć dom, dzieci, psa. Miranda łaknęła świata, przygód i życia pełnego adrenaliny. W tym wypadku przeciwieństwa przyciągnęły się na bardzo krótko. - Jaki był powód waszego rozstania, jeśli można wiedzieć? - zapytał Kris wiedząc, że i tak "będzie mógł wiedzieć". - Zdradziłem ją - powiedział Bruno maniakalnie wpatrując się w szybę. Tyrese uniósł brwi ze zdziwienia. Bruno nigdy go nie zaskakiwał, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Tylko dlaczego w taki sposób? Zapanowała niezręczna cisza. Kris upił kolejny łyk coli i westchnął. Zastanawiał się, dlaczego jego przyjaciel zdradził tak piękną kobietę jaką była Miranda. Fakt, nigdy do siebie nie pasowali, jednak Bruno zawsze o niej ciepło wspominał przy każdej możliwej okazji, nigdy nie wymieniał jej wad czy nieprawidłowości. O co w tym chodziło? - A jak ta piękna się nazywa, dla której straciłeś resztki rozumu? - spytał Kris z lekką nutką ironii. Bruno zawahał się. - Żadna piękna. - odparł powoli. - Nie sądzisz, że uwierzę, że zdradziłeś Mirandę z jakimś potworem! - powiedział odrobinę za głośno. Kilka par oczu zwróciło się w jego stronę. Kirchent znowu odwrócił wzrok, tym razem w kierunku baru. - Nie wiem jak ci to wytłumaczyć. "Wytłumaczyć" - dobre słowo. Kris i Bruno zawsze byli przyjaciółmi. Wiedzieli o sobie wszystko, jeden nie miał tajemnic przed drugim. Jednak Kris nie mógł jakoś ogarnąć całej tej sytuacji. - Czekam na wyjaśnienia - ponaglił. Bruno otworzył usta, lecz za chwilę je zamknął. - Rozumiem, że nie chcesz mi powiedzieć kim jest nowa wybranka twojego serca. - To nie jest tak jak to sobie wyobrażasz. - Wiesz jak ja to interpretuję? Bruno skinął głową. - Wiem, ale na pewno się mylisz. - Ach tak? - Posłuchaj, nie jest mi łatwo o tym mówić, nawet jeżeli rozmawiam z tak zaufanym człowiekiem jak ty. Kris przewrócił oczami. - Skoro jesteśmy przyjaciółmi to musisz mi o wszystkim mówić! Bruno ponownie się zawahał. - Znasz Jeffa, prawda? - zapytał. - To ten kelner z Casanovy? Kirchent skinął głową. - Byliśmy razem wczoraj wieczorem w pubie. Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałeś komórki. - Wczoraj miałem masę spotkań z klientami. - Rozumiem. Miałem ochotę się napić, a skoro byłeś zajęty to postanowiłem pójść na drinka z Jeffem. - Nie rozumiem do czego zmierzasz - powiedział Kris marszcząc czoło. - Daj dokończyć. - zaprotestował Bruno. - Zamieniam się w słuch. - No więc, gdy poszliśmy do pubu trochę przesadziłem z alkoholem. - Często ci się to zdarza, gdy nie ma mnie w pobliżu. - zauważył. - Niestety tak. Jeff nie był mocno wstawiony. Ja natomiast ledwo trzymałem się na nogach, jednak potrafiłem racjonalnie myśleć. Kris kaszlnął na znak drwiny. Bruno nigdy nie myślał racjonalnie po alkoholu. - Zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do mojego apartamentu na Brompton Road. Gdy weszliśmy do mieszkania poczułem się jakoś dziwnie. Wtedy... Kris nie był pewien czy dobrze zrozumiał. - Czy ty... - urwał Tyrese. Bruno tylko powoli skinął głową. Kris już wiedział o co chodzi. Jego przyjaciel zdradził Mirandę z mężczyzną. Ponownie zapanowała cisza. Tyrese jednym potężnym łykiem dopił resztę dietetycznej coli i odstawił szklankę. Bruno siedział za spuszczoną głową jak dziecko czekające na porządne lanie od ojca. Na niebie pojawiły się nieliczne ciemnoniebieski chmurki, jednak błyskawicznie ustępowały miejsca większym śnieżnobiałym chmurom, które po krótkim czasie również odfruwały w siną dal. - Wiem, że to co zrobiłem było głupie, ale ja naprawdę już od dłuższego czasu czuję, że kobiety mnie nie interesują. Kolejny szok. Kris Tyrese ma przyjaciela geja. Jeszcze tego mu brakowało! - Czy ty mówisz serio? - zapytał z niedowierzaniem Kris, jednak wiedział, że Bruno nie kłamie. - Tak. Powiedziałem ci to, bo jesteśmy przyjaciółmi. Tylko tobie mogę tak naprawdę zaufać. Kris skinął głową. Kirchent ma do niego zaufanie, to ceni sobie najbardziej. - Powiedz mi tylko, jak Miranda się o tym dowiedziała? - Powiedziałem jej o tym. Tyrese udał, że puka się w czoło. Bruno zawsze był uczciwy, ale czasem powinien trzymać język za zębami. Ale taka jego natura. - Możemy o tym teraz nie rozmawiać? - poprosił Bruno niemal błagalnym tonem. - Dobrze. Jak sobie życzysz. - powiedział i pokręcił głową. Kirchent ściągnął go do restauracji żeby porozmawiać o jego kłopotach, a tymczasem on nagle zmienia zdanie i nie chce prowadzić konwersacji. Cały Bruno... Komórka Bruna zapiszczała. Sprawdził na wyświetlaczu kto dzwoni. Numer zastrzeżony. Po krótkim namyśle odebrał. - Halo? W słuchawce nikt się nie odzywał. Na linii słychać było jedynie szum zakłóceń. Po chwili usłyszał lodowaty głos, taki, jaki słyszy się w horrorach i filmach grozy, może nawet jeszcze gorszy. - Szakal nie śpi. Dobrze o tym wiesz. Połączenie zostało natychmiast przerwane. Bruno zmarszczył brwi. Kris dokładnie słyszał przerażające słowa. Kirchent przez moment wpatrywał się w wyświetlacz komórki jakby miała z niego wyskoczyć żaba. - Jak myślisz, kto to mógł być? - spytał Tyrese niepewnie. - Pewnie jakieś dzieciaki robią sobie żarty. - odparł wymijająco, jednak na jego twarzy można było zauważyć grymas zaniepokojenia. - Jedziemy do agencji. Może przyszły już próbne grafiki na reklamę.
2
Wyznania Bruna zaskoczyły Krisa na tyle, by skłonić się do jakichkolwiek przemyśleń. Chociaż rzadko widywał się z Mirandą, to uważał ją za bardzo miłą, kulturalną osobę i do tego piękną, bardzo piękną kobietę. Jednak roztaczała się wokół niej jakaś dziwna, nieprzyjemna aura zwiastująca kłopoty. Kris nie wiedział czym jest to spowodowane. Być może był w stosunku do niej uprzedzony. A teraz okazuje się, że Kirchent jest, jakby nie patrzeć, gejem. Trudno jest sobie wyobrazić, że taki flirciarz jak Bruno w jednej chwili zmienia swoją orientację seksualną. Na swoim koncie miał już chyba ze dwadzieścia dziewczyn, czarował je już w szkole średniej. Nastolatki zawsze się za nim uganiały, a on to wykorzystywał. Tyrese nieraz mu wytknął, że traktuje kobiety przedmiotowo, jednak Bruno nigdy nie miał mu tego za złe. Zazdrość rówieśników była ogromna, co owocowało coraz większą niechęcią i prześladowaniem Bruna za jego pochodzenie. Kris od kilku tygodni spotykał się z Jessie, którą poznał całkiem przypadkiem w księgarni. Jako maniakalny czytelnik thrillerów i kryminałów poszedł do najpopularniejszej księgarni w całym Londynie "Strefy Napięcia". Nazwa jest trochę banalna, jednak pozycje, które oferuje są znane niemal na całym świecie. Tyrese przeglądał różne tytuły, począwszy od klasyki Agaty Christie po książki Patricji Corwell. Jessie zaciekawiona fascynacjami Tyresa podeszła do niego z książką Harlana Cobena w ręku. - Może przeczytasz to? - powiedziała pięknym kobiecym głosem, przez który mężczyźni dostają gęsiej skórki. - Chętnie. - odparł zmieszany. Nigdy nie zapomni tego pierwszego spojrzenia. Piękna, fascynująca i pożądana. Seksapil bił od niej na kilometr, a unikalny zapach jej perfum dało się wyczuć z daleka. Cóż, Jessie zawróciła Krisowi w głowie już od pierwszego spotkania. Co ciekawe, jej serce również zabiło mocniej przy pierwszym spotkaniu. Można powiedzieć, że jest to miłość od pierwszego Cobena. Tyrese spotykał się z Jessie Clarkson już od trzech miesięcy i choć ich spotkania nie były zbyt częste, Krisowi to wystarczało. Jess była bardzo pochłonięta pracą w teatrze, aktorstwem zajmowała się od dzieciństwa. Obecnie pracowała nad sztuką "Kieł na wybrzeżu". Opowiadała ona o Japończyku, który seryjnie mordował kilkutygodniowe dzieci. Jessie grała w niej matkę jednego z zamordowanych niemowląt. Tytuł i fabuła emanowały banałem, ale czego się nie zrobi, żeby spełnić się zawodowo. Tak czy inaczej Jessie była zadowolona ze swojej wymarzonej pracy, a Kris ze swojego związku. Bruno był gejem. Cóż, tego i tak już nie mógł zmienić. Kris starał się go zrozumieć, chociaż mu to bardzo ciężko przychodziło. Nic dziwnego, po tylu latach przyjaźni dowiedział się o czymś, co dosłownie zwaliło go z nóg. Agencja reklamowa JKB mieściła się przy rogu Piccadilly i Regent Street. Był to spory budynek, w którym pracowało ponad sto osób - graficy, scenarzyści, reżyserzy. Budynek dzielony był z biurem agencji nieruchomości Your Home, która zajmowało trzy piętra budynku ( Agencja JKB zajmowała aż sześć pięter ). Nazwa agencji wzięła się od pierwszych liter imion jej właścicieli. J jak Junga, K jak Kris i B jak Bruno. Proste i logiczne. Junga była przyjaciółką Tyresa ze szczenięcych lat. Poznali się w szkole średniej. Później okazało się, że Junga mieszka na Fleet Street, dwie ulice od Strand, na której mieścił się apartament Krisa. Po niedługim czasie Junga poznała Bruna i stworzyli paczkę dobrych przyjaciół. Dzisiaj są dla siebie jak rodzina. Junga Lorenz pochodziła z Portugalii. Jej matka był portugalką, jednak w ojcu płynęła krew brazylijska i argentyńska. Po prostu była pół Latynoską. Choć Junga rzadko się przyznawała do swojego faktycznego pochodzenia, po jej urodzie od razu było widać, że ma coś wspólnego z mieszkańcami Ameryki Południowej. Charakterystyczne rysy twarzy i figura zdradzały ją za każdym razem, gdy starała się zatuszować swoje korzenie. W końcu jednak postanowiła zaprzestać okłamywać innych, co zresztą i tak jej nie wychodziło, i zaczęła otwarcie mówić o swoim pochodzeniu. Kris i Bruno zauważyli Jungę siedzącą przy biurku ze słuchawką przy uchu. Dała im znak, że zaraz skończy rozmowę i do nich dołączy. Bruno podniósł rękę oznajmiając żeby się nie spieszyła. Poszli do ich wspólnego biura, w którym stały trzy komputery. Każdy zajął miejsce przy swoim biurku. Stanowisko Krisa było sterylnie czyste, żadnych papierków, kurzu ani przylepionych gum do żucia pod pulpitem biurka. To samo można było powiedzieć o biurku Jungi. Bruno jako jedyny odstawał od reszty, na jego stanowisku stał kubek po kawie i papierowa torebka z McDonald'sa. - Tylko nie mów nic Jundze, dobrze? - poprosił Kirchent stukając w klawisze klawiatury. Kris skinął głową. Wiedział o co chodzi. Chwilę później do pomieszczenia weszła Lorenz. Miała na sobie czarną bluzkę na ramiączka z dużym wyzywającym dekoltem oraz obcisłe dżinsy, które podkreślały jej idealną figurę. - Mamy problem - powiedziała podchodząc do swojego komputera. Kris i Bruno milczeli czekając aż Lorenz rozwinie temat. - Dzwonili do mnie jacyś ludzie. Powiedzieli, że porwali moje dziecko i zabiją je, jeżeli nie zapłacę miliona jenów okupu. - odrzekła. Mimo że wiadomość zdawała się być co najmniej dramatyczna, to powiedziała to ze stoickim niemal spokojem. Kris i Bruno spojrzeli na siebie. Junga zdziwiona wzruszyła ramionami i usiadła na obrotowym krześle. - Przecież ty nie masz dzieci - zauważył Bruno. - Bardzo odkrywcze - odparła. Kris uwielbiał ironiczne odpowiedzi Jungi. Dzięki nim, na jego twarzy zawsze pojawiał się uśmiech. - Co powiedzieli ci ludzie? Junga zawahała się. - Mówili tylko, że porwali Rachel i że jak nie zapłacę im miliona w jenach to pożegnam się ze swoją córeczką. - W jenach? - zdziwił się Kris. - Japońskie pieniądze? Junga skinęła głową. - Nie mam pojęcia kim jest ta Rachel. Bruno siedział w milczeniu i układał pasjansa na komputerze. Kris zmarszczył brwi. - Nieważne. Ktoś na pewno robi sobie żarty. Bruno przypomniał sobie o dziwnym telefonie, gdy był z Krisem w Atlanticu. Opowiedział o tym Jundze. - Dzieciaki mają bujną wyobraźnię. Nie warto sobie tym zaprzątać głowy. - stwierdziła po czym wstała. - Dzisiaj muszę załatwić coś na mieście. Będziecie źli, jeżeli zjecie obiad beze mnie? - Nieee - odparł Bruno wyraźnie zdenerwowany. Pasjans nie wyszedł. Zresztą nigdy mu nie wychodził. Jeżeli siedział w domu przed komputerem, a pasjans nie układał się po jego myśli, lepiej było mu schodzić z drogi, bo w ruch wchodziły ciężkie przedmioty, które po chwili lądowały na podłodze. W pracy zawsze jakoś się potrafił opanować i nie miotał się ze wściekłości. Junga opuściła biuro. Zrobiła zakupy w pobliskim markecie i skierowała się do wspólnego domu jej, Bruna i Krisa. Mieszkali razem. Jako trójka przyjaciół chcieli otworzyć wspólny biznes, jednak początkowo nie mieli funduszy na otwarcie własnej działalności. Kris i Junga sprzedali swoje domy i zamieszkali u Bruna. W ten sposób otrzymali spory zastrzyk gotówki, dzięki któremu otworzyli agencję reklamową JKB. Tak naprawdę nie liczyli na wielki sukces w branży, jednak jak się okazało agencja przynosiła krociowe zyski. Obecnie mieszkali w ogromnym pałacu z siedmioma sypialniami, czterema łazienkami, gigantyczną kuchnią i dziewięcioma garażami. Większość z tych pomieszczeń stoi pusta. Ale przybytek im nie przeszkadzał. Junga wzięła z lodówki puszkę sprita i poszła na górę. Spięła swoje włosy w zgrabny koński ogon po czym usiadła przed komputerem. Sprawdziła pocztę. Nie robiła tego od co najmniej dwóch, może nawet trzech tygodni. Upiła łyk sprita i zaczęła przeglądać listy. Było ich aż dwadzieścia siedem, jednak jak się okazało były wśród nich prawie same reklamy i kupony rabatowe na zakupy. Jednak jeden mail spowodował, że po jej plecach przeszedł zimny dreszcz. Kliknęła na ikonkę "czytaj" i po chwili serce podeszło jej do gardła. Komórka Krisa zapiszczała. Spojrzał na wyświetlacz. Dzwoniła Junga. Zmarszczył brwi i odebrał. - Hę? - mruknął. Zawsze to robił gdy odbierał telefon. - Chłopaki, przyjedźcie szybko do domu. Wytłumaczę wszystko na miejscu. W głosie Jungi dało się słyszeć zdenerwowanie. Kris wstał z krzesła również lekko poddenerwowany. - O co chodzi? - rzucił pospiesznie. - To nie jest rozmowa na telefon. Przyjedźcie najszybciej jak to jest możliwe. Rozłączyła się. - Co jest? - zapytał Bruno. - Musimy jechać do domu. Zerwali się i pobiegli do samochodu. Niebieski Seat Cordoba stał przed budynkiem. W pośpiechu Kris zauważył za wycieraczką jakąś żółtą karteczkę. - Mandat? - zdziwił się Bruno. Kris nie odpowiedział. Wsiedli do auta i pojechali.
Na podjeździe stał Czarny Nissan Skyneline należący do Jungi Lorenz. Kris i Bruno wysiedli z Seata po czym Kirchent otworzył pilotem furtkę. Tyrese i Bruno wbiegli do pokoju Jungi. Siedziała przed monitorem zapatrzona w ekran niczym zahipnotyzowana. - O co chodzi? - zapytał Bruno przerywając krótką chwilę milczenia. - Zobaczcie - powiedziała wskazując na monitor. Kris przysunął się bliżej. Na ekranie wyświetlona była treść maila.
OHAYO, JUNGA-CHAN! NIE ODZYWAŁAM SIĘ PONAD ROK, ZA CO SERDECZNIE CIĘ PRZEPRASZAM. CHCĘ CIĘ POINFORMOWAĆ, ŻĘ URODZIŁA MI SIĘ ŚLICZNA CÓRECZKA. NAZWAŁAM JĄ RACHEL. SŁODKO, PRAWDA? PAMIĘTASZ MOŻE SATOSHIEGO? JEST OJCEM RACHEL. ZA MIESIĄC BIERZEMY ŚLUB. CHCIAŁABYM, ŻEBYŚ NA NIM BYŁA. JAK ZNAJDZIESZ CHWILKĘ TO NAPISZ CO U CIEBIE. SERDECZNE POZDROWIENIA! Kris przeczytał maila jeszcze raz. I jeszcze. I znowu. Cofnął się o kilka kroków i spojrzał na Jungę. Po chwili Bruno przeczytał treść listu. Zamurowało go, podobnie jak pozostałą dwójkę. Zapadła niezręczna cisza, której Kris szczerze nienawidził. - Ten telefon to nie był przypadek, Kris. Ktoś pomylił mnie z moją siostrą. - rzekła Junga. Miała rację. To nie był przypadek. Jednak dlaczego porywacz zadzwonił właśnie do niej? Być może była to pomyłka, jednak Tyrese nie bardzo w to wierzył. Bruno także. Junga Lorenz zresztą też. - Kiedy przyszedł ten mail? - zapytał Kirchent podchodząc do okna. Bruno odsłonił zasłony. Zbliżała się druga w południe. Słońce grzało niemiłosiernie. - Tydzień temu. Nie sprawdzałam prywatnej poczty od dłuższego czasu. Dopiero teraz go zobaczyłam. - odparła Junga wpatrując się w monitor z zakłopotaniem. - Zadzwoń do swojej siostry. - rzekł Kris wskazując kciukiem na telefon. Junga skinęła głową. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer. Stali w milczeniu. Cisza. Nikt nie odbierał. Wcisnęła klawisz ponownego wybierania. Czekali, ale ponownie nikt się nie odezwał. - Dzieje się coś niedobrego, czuję to. - powiedziała roztrzęsiona Junga. "Porwaliśmy Rachel. Żądamy miliona jenów w zamian za życie twojej córki". - Musimy jechać do Katriny. - oznajmiła Junga zrywając się z krzesła. Bruno skinął głową. - Gdzie ona mieszka? - spytał. - W Tokio.
3 - Żartujesz sobie? - zapytał Kris z niedowierzaniem. Junga pokręciła głową. Mówiła prawdę. Mail od jej siostry to potwierdził. Słowa porywaczy w pewnym sensie również. - Spróbuj jeszcze raz zadzwonić. - zaproponował Bruno. Spróbowała. Nikt się nie zgłosił. - Napisz jej maila. Może odpowie. Napisała. Zero reakcji. Poza tym kto cały czas siedzi przy elektronicznej poczcie i mailuje. Junga zakryła twarz dłońmi. Bruno podszedł ją pocieszyć. Podobno geje łatwo nawiązują kontakt z kobietami. Dziwne. - Mogę na was liczyć? - spytała Junga ze łzami w oczach. Bruno spojrzał na Krisa. Ten zmarszczył brwi. - A co z agencją? - zapytał Tyrese unosząc ręce. - Zajmę się tym. - odrzekł Bruno. Kris głośno westchnął i rzekł: - Cóż, nie mamy wyboru. Kirchent pojechał samochodem Krisa do agencji. Jego Honda Cyvic była w naprawie. Przejechał obok centrum handlowego Palm i skręcił w lewo. Spojrzał w boczne lusterko. W odległości około pięćdziesięciu metrów jechał za nim czarny Mercedes. Wyjeżdżając z Wentministeru skręcił w prawo i jeszcze raz w lewo. Znalazł się na Downing Street. Wysiadł z auta i skierował się do wejścia prowadzącego do biura Agencji Reklamowej JKB. - Casandro - zwrócił się do portierki. - Czy Kelly już wyszła? - Nie, panie Kirchent. Jest w swoim biurze na piętrze. - odparła Casandra z uśmiechem. - Dziękuję. Bruno zrezygnował z windy i wszedł po schodach. Zawsze tak robił. Miał klaustrofobię, a pobyt w windzie był dla niego gorszą karą niż tygodniowa głodówka. Kelly Croft była najbardziej zaufaną pracownicą JKB. Od siedmiu lat okupowała stanowisko głównego sekretarza, a raczej sekretarki agencji. Kirchent przed trzema laty miał romans z Kelly, jednak skończyło się to wielkim rozczarowaniem i tragedią obu stron. Bruno był kochankiem Croft. Ona miała męża i dwójkę dzieci. Jej małżonek, James Croft dowiedział się o całej sprawie i wpadł w szał. Zastrzelił się na oczach dzieci. Kelly nigdy sobie tego nie wybaczyła. Bruno czuł się winny, dlatego obiecał sobie, że już nigdy nie popełni takiego błędu. Kelly Croft siedziała przy swoim biurku z nosem wsadzonym w monitor. Jak zwykle była pochłonięta pracą. - Dzień dobry panie Kirchent. - przywitała go badając wzrokiem. - Witam. Mam do ciebie prośbę. - Domyślam się. Jeżeli chodzi o pożyczkę to nie ma mowy. Jestem spłukana. Żartownisia. Wiecznie uśmiechnięta i skora do żartów. Bruno był przecież współwłaścicielem agencji. Po co więc miałby pożyczać pieniądze od swojej pracownicy? Ech... - Muszę wyjechać. Mogłabyś zająć się agencją podczas mojej nieobecności? - A pan Tyrese i pani Lorenz? - Jadą ze mną. - Na jak długo? - Pięć dni, góra tydzień. Kelly poprawiła okulary. Spojrzała na niego wnikliwie. - A co będę z tego miała? - ponownie zażartowała. - Podwyżka cię satysfakcjonuje? Udała zniesmaczenie. Westchnęła głośno i rzekła: - Niech będzie. Bruno uśmiechnął się. - Dobrze. Znasz wszystkich klientów. Wiesz co robić. W razie czego zawsze mam telefon przy sobie. Kirchent opuścił budynek agencji i ruszył w kierunku domu. Telefon zapiszczał. Numer zastrzeżony. Po chwili wahania odebrał. - Halo? Znowu usłyszał ten mrożący krew w żyłach głos. - Szakal nie śpi, dobrze o tym wiesz, Bruno. - Kto mówi, do diabła! - ryknął do słuchawki. Połączenie zostało przerwane. Kirchent spojrzał w boczne lusterko. Czarny mercedes jechał tuż za nim. Junga zadzwoniła na lotnisko i zamówiła bilety dla trzech osób. Lot numer sześćdziesiąt osiem na godzinę ósmą trzydzieści wieczorem. - Klasa business? - zapytał Kris z uśmiechem. - Jasne. Z całym zapasem dietetycznej coli i sprita. - To dobrze. - oznajmił i dodał: - Zdążymy coś zjeść? - Pewnie. Odlatujemy dopiero za pięć i pół godziny. - Świetnie. Bruno zaraz powinien wrócić. Kris poszedł do swojego pokoju i zadzwonił do wybranki swojego serca. Odebrała po dwóch sygnałach. - Czy to mój ogier dzwoni powiedzieć mi, że tęskni jak cholera i nie może się doczekać następnego spotkania? - zachichotała cicho. Kris uśmiechnął się do słuchawki. - Prawie zgadłaś. - odparł po chwili. - Ja nie zgaduję. Ja to po prostu wiem. - Powinnaś zmienić jasnowidza. - Dlaczego? Jak dotąd spisuje się perfekcyjnie. Kris znowu się uśmiechnął. - No to ma pierwszą wpadkę. Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że muszę wyjechać na jakiś czas. - Na jak długo? - Coś koło tygodnia. - Czyli nici z niedzielnego popołudniowego numerku w twoim samochodzie? - w jej głosie dała się słyszeć nutka zawodu. - Niestety tak. - odparł wzdychając. - Trudno. W przyszłym tygodniu mi to wynagrodzisz. - powiedziała Jessie Clarkson z przekonaniem. - Obiecuję. - Już się nie mogę doczekać. - Nie cierpię kiedy udajesz taką niedostępną. - zażartował. - Kris? - Tak? - Kocham cię. - Ja ciebie też. Usłyszał warkot silnika. Bruno już wrócił. - Muszę kończyć. Zadzwonię niedługo. Odłożył słuchawkę. Wyszedł na korytarz i skierował się do kuchni, wyjął z lodówki puszkę dietetycznej coli i poszedł do salonu. Na kanapie ze skrzyżowanymi nogami siedział Bruno. Minę miał jakby właśnie rzuciła go dziewczyna. - Ten palant znowu dzwonił. - oznajmił wyrywając Krisowi puszkę z dłoni. Wypił prawie całą colę i oddał pustą puszkę. - Ten od szakala? - Taaak. Ale jest coś jeszcze. Kris zmarszczył brwi. - Ten dupek zna moje imię. Tyrese westchnął. - Bruno, wiele osób nas zna. Jesteśmy rozpoznawani na ulicy, wytykają nas palcami. Powiedział dopijając marne resztki napoju i zgniótł puszkę. Kochał to robić. - To i tak nie wszystko. Ktoś mnie śledzi. - O czym ty mówisz? - zapytał zaskoczony Kris. - Miałem ogon. Czarny mercedes. Na wszelki wypadek zapamiętałem numery rejestracyjne. - oznajmił wyprostowując nogi. Kris rozejrzał się po salonie. "Przydałoby się przemeblowanie", pomyślał. Ogromne pomieszczenie, było niemal puste. Może dlatego, że prawie nigdy nie było czasu na takie drobnostki. Chwilę później dołączyła do nich Junga. - Co jest, chłopaki? Nie odpowiedzieli. - Jestem głodna. Jedziemy do Casanovej? Tyrese skinął głową. - Pojedziemy twoim samochodem. - rzekł Bruno i po chwili dodał: - Zobaczymy, czy wąż połknie ogon. Nie zrozumieli o co mu chodziło. Może to i lepiej.
Nikt ich nie śledził. Nie jechał za nimi żaden czarny Mercedes. Bruno klął w myślach. - Jesteś pewien, że ten samochód jechał za tobą cały czas? - zapytał Kris. Bruno przytaknął. - Śledził mnie, gdy jechałem do agencji, a gdy wracałem, jechał tuż za mną. Kirchent prowadził. Kris siedział na miejscu pasażera, a Junga z tyłu. Przeglądała jakieś kolorowe czasopismo o modzie. - Myślisz, że ta tunika pasowałaby do moich dżinsów? - zapytała pokazując Krisowi obrazek z ubraniem. - Oczywiście, że tak. - rzekł, choć sam nie miał pojęcia o czym mówi. Taaak. O modzie nie miał zielonego pojęcia. Tak samo jak o samochodach. Co prawda miał prawo jazdy, jednak motoryzacja w ogóle go nie pociągała. Junga natomiast o samochodach wiedziała wszystko. Mogła rozpoznać markę po odgłosie silnika. Kris za to był dobrym muzykiem. Świetnie grał na perkusji. Nauczył się tego w szkole muzycznej, do której uczęszczał do piętnastego roku życia. Jako młodzieniec chciał mieć swój rockowy zespół, jednak na marzeniach się skończyło. Gdy wyjechali na Baker Street, w bocznym lusterku ukazał się czarny Mercedes. - To on! - powiedział Kirchent podniecony, chociaż nie było czym się ekscytować. - Omiń Casanovą i jedź prosto. Staraj się jak najczęściej skręcać. Zobaczymy, czy ten przygłup rzeczywiście nas śledzi. - oznajmiła Junga spoglądając w tylną szybę. Nie śledził. Po skręceniu w pierwszą lepszą ulicę czarny Mercedes znikł im z oczu. Bruno się nie odezwał. - Jedź do Casanovej, bo padnę z głodu. - powiedziała Junga z udawanym ubolewaniem. Zawrócili. Ku ich zaskoczeniu czarny Mercedes stał przed restauracją. Wysiedli w milczeniu i przez moment stali w bezruchu. - Wejdźcie do środka. Ja poczekam na gościa w samochodzie. - rzekł Bruno otwierając drzwiczki. Kris skinął głową. Razem z Jungą weszli do Casanowej i usiedli przy stoliku, a z okna obok doskonale było widać ulicę. Podszedł do nich kelner. Kris go rozpoznał. To był Jeff. W Tyresie obudziła się niechęć. Chciał poprosić o obsłużenie przez innego kelnera, ale mogło wyglądać to co najmniej dziwnie. Do Kirchenta nie czuł niechęci czy odrazy. W końcu był jego przyjacielem. - W czym mogę pomóc? - zapytał Jeff . - Pozwól, że najpierw obejrzymy menu. - rzekł Kris gniewnie. Kelner zmarszczył brwi i odszedł. Nagle czarny Mercedes odjechał spod restauracji z piskiem opon. Junga aż wstała ze zdziwienia. Bruno ruszył za nim. - Co on do diabła robi? - poderwał się Kris. - Oszalał. - oznajmiła Lorenz odkrywczo. Kris wyjął komórkę i wybrał numer Kirchenta. Nie odebrał. - Cholera jasna! - zaklął. - Czuję, że jest coś o czym nie wiem. - powiedziała Junga mrużąc lewe oko. Tyrese nic nie odpowiedział. - Coś przede mną ukrywasz. - oznajmiła. - Bruno poprosił mnie żebym nikomu o tym nie mówił - rzekł zmieszany. - Nawet mnie? - Nawet tobie. Junga obruszyła się. - No pięknie. To się nazywa przyjaźń. Milczeli. Kris skinął ręką dając do zrozumienia kelnerowi, że ma podejść. - Czy mogę przyjąć zamówienie? - Chyba po to cię tu zawołałem, nie? Jeff zrobił sceptyczną minę. Kris prychnął drwiąco. Junga podyktowała zamówienie, Tyrese też. Jeff odszedł. Kris przyjrzał się jego ruchom. Typowy gej. Aż dziwne, że wcześniej tego nie zauważył. - Powiesz mi wreszcie o co chodzi? - ponagliła. - Ale nie wiesz tego ode mnie, ok? - Dobra, mów. - Bruno jest gejem. Jundze Lorenz oczy wyszły z orbit. Była wyraźnie wstrząśnięta tym, co usłyszała. Kris złamał obietnicę. Pięknie. Głupi dylemat. Zdradzić przyjaciela i powiedzieć o wszystkim, czy okłamać przyjaciółkę ukrywając prawdę? - Nie mówisz tego poważnie, prawda? - Chciałbym. Ale niestety, taka jest prawda. Znowu milczeli. Cisza stawała się nie do zniesienia. Junga spojrzała na Krisa. Przyglądała mu się tak przez dobrych kilka minut. - Nie patrz tak na mnie. Ja nie jestem gejem. - zapewnił ją. Wydało mu się, że odetchnęła z ulgą. - Kiedy się o tym dowiedziałeś? - O czym? - Nie udawaj Greka. - Dzisiaj. Junga skinęła głową. Kelner przyszedł i podał talerze. - Dłużej się nie dało? - zapytał gniewnym tonem Tyrese. Jeff ponownie zrobił minę sceptyka. - Palant. - burknął Kris. - O co ci chodzi? - spytała lekko oburzona. Nie odpowiedział. Nabił kawałek ziemniaka na widelec i włożył do ust. - Coś jest na rzeczy, nie? Czymś ci ten kelner podpadł. - Spał z Brunem. Junga otworzyła usta i za chwile je zamknęła. Tyrese opowiedział jej resztę historii z Mirandą. Lorenz słuchała w skupieniu, jednak wyraźnie nie mogła uwierzyć w jego słowa. Wzięła do ust kawałek mięsa i wolno go żuła. Kris od dziecka był wegetarianinem. Mimo ciągłych apelów specjalistów od prawidłowego żywienia nigdy nie spróbował jeść mięsa. I jakoś nigdy nie miał żadnych problemów ze zdrowiem z tego powodu. Wystarczy precyzyjnie wybrać dietę. Jak widać, nawet uczeni się mylą. Tyrese spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta. Za cztery godziny mają samolot. Ponownie zadzwonił do Bruna. Nie odebrał. Kris westchnął i nabił na widelec groszek ugotowany na parze. Wpatrywał się w niego kilka sekund po czym odłożył sztućce kładąc je na krzyż. Junga zrobiła to samo. - Trzeba się spakować. - powiedział Kris i skinął ręką po kelnera. Jeff przyszedł z rachunkiem. Szesnaście funtów. Tyrese rzucił mu pieniądze na tacę jak ofiarę w kościele i machnął ręką na znak, że może odejść. Znowu mina sceptyka. Błazenada. Tyrese i Junga wstali i opuścili restaurację. Bruno zabrał Seata Krisa, więc zamówili taksówkę. Przyjechała po dziesięciu minutach. Szybko. Wsiedli do żółtego samochodu i odjechali. Bruno Kirchent jechał za czarnym Mercedesem w bezpiecznej odległości około osiemdziesięciu metrów. Gościu śledził jego, teraz on śledzi Gościa. Mercedes skręcił z Bridge Road na Blackfriars Bridge i przejechał przez most. Bruno gnał za nim utrzymują dystans. Następnie wjechał na Holborn i po pewnym czasie zatrzymał się przy Muzeum Brytyjskim. Kirchent dla niepoznaki objechał muzeum na około przejeżdżając przez Gray's Inn Road i Euston Road. Zatrzymał się i wysiadł z samochodu. Czarny Mercedes stał na swoim miejscu. Wszedł do muzeum. Nie zwracał uwagi na obrazy, rzeźby i inne wystawione antyki. Miał swój cel: odnaleźć właściciela Mercedesa. Tylko nie wiedział o nim praktycznie nic. Chyba sam nie miał pojęcia, czego szuka. Chodził po pomieszczeniach muzeum, jednak zamiast podziwiać zabytki, przyglądał się ludziom. Nikogo nie znał, nikt nie znał jego. Prócz jednej osoby. Miranda Hopkins stała przed jakimś poblakłym popiersiem mężczyzny i przyglądała mu się uważnie. Bruno poczuł silne ukłucie w okolicach serca. Chciał do niej podejść, jednak rozsądek przeważył nad chwilowymi pobudkami. To nie byłby dobry pomysł. Przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Stanął przed obrazem przedstawiającym mężczyznę, chyba Chińczyka z nożem w prawej dłoni stojącego nad łóżeczkiem, w którym spało malutkie dziecko. Dzieło zatytułowane było "Kieł na wybrzeżu" a autor podpisał się jako Yukiro Yamamoto. Kirchent miał wrażenie, że już gdzieś widział ten motyw. Identyczna scena widniała na medalionie Bruna, który dostał od swojego dziadka. "Tandeta", pomyślał Kierchent kręcąc głową. Bruno poczuł, że ktoś klepnął go w ramię. Odwrócił wzrok i ujrzał twarz Mirandy Hopkins. Ukłucie w sercu powróciło i to ze zdwojoną siłą. Patrzeli na siebie przez chwilę. Bruno zauważył, że była jeszcze piękniejsza niż podczas ich poprzedniego spotkania, które raptem odbyło się wczoraj. - Muszę z tobą porozmawiać. - powiedziała Miranda przejętym głosem. Kirchent zawahał się. Nie miał o czym z nią rozmawiać. Po tym co zrobił, bał się jej spojrzeć w oczy. A tymczasem ona do niego podchodzi i prosi o pogawędkę. Ciekawe... - To bardzo ważne. - rzekła niemal błagalnym tonem. - O co chodzi? Miranda rozejrzała się. - Tu jest za dużo ludzi. Skinął głową. Hopkins chwyciła za jego rękę i pociągnęła lekko na znak, żeby podążał za nią. Poczuł jej ciepło. Tajemnicza siła sprawiła, że ścisnęło go w brzuchu. Wsiedli do Seata Cordoby należącego do Krisa i odjechali. Miranda prowadziła. Kierowcą była beznadziejnym. Miała już dwie stłuczki, na szczęście niegroźne. Jednak oba wypadki spowodowała właśnie ona. Nie potrafiła skupić się na drodze tylko rozmyślała o nie wiadomo czym. - Gdzie jedziemy? - zapytał Bruno modląc się, by wysiąść jak najprędzej. - Zobaczysz. Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Ścięła zakręt wjeżdżając na Tottemham Court Road i zatrzymała się przy starych magazynach, w których niegdyś przechowywane były środki chemiczne. - Chodź. - zachęciła Miranda. Bruno zawahał się. Niezdecydowanie było częścią jego życia. - Nie możemy porozmawiać w samochodzie? - zapytał zmieszany. - Nie. Kirchent westchnął i wysiadł z samochodu. Poszedł za Mirandą, która stała już przy magazynie. - Powiedz mi, czy posiadasz czarnego Mercedesa? - spytał. Skinęła głową. - Dlaczego mnie śledziłaś? - Zaraz się dowiesz. - powiedziała otwierając stare, zardzewiałe drzwi. Weszli do magazynu. Miranda zamknęła drzwi i pocałowała go w policzek. Po ciele Bruna przeszedł zimny dreszcz. - Przepraszam. - rzekła po czym wyciągnęła pistolet i wymierzyła lufę w pierś Kirchenta.
4
- Bruno nadal nie odbiera. - powiedział Kris kręcąc głową. - Myślisz, że coś mu się stało? - Brunowi? - prychnął. - Chyba żartujesz. - Martwię się o niego. - Niepotrzebnie. Kirchent wie co robi. - oznajmił upychając koszulę do torby. Samolot odlatywał za dwie godziny. - Mam nadzieję, że zdąży na czas. - powiedziała Junga i po chwili dodała: - Wolałabym, żeby poleciał z nami. - Ja też. Junga ponownie zadzwoniła do swojej siostry. Ku jej zaskoczeniu, ktoś odebrał. - Halo? - powiedział drżący głos niepewnie a zarazem energicznie. Junga rozmawiała ze swoją siostrą. - No, nareszcie odebrałaś. Co się z tobą dzieje? Katrina nie odezwała się. - Halo? Jesteś tam? - Tak. - Więc? Siostra Jungi wybuchnęła niekontrolowanym płaczem. - Katrina? Co się stało? W słuchawce słychać było jedynie głośny szloch. - Halo? Katrina, odezwij się. - krzyknęła do słuchawki. Zero reakcji. - Katrina, słyszysz mnie? Za dwie godziny mamy samolot. Lecimy ekspresową linią i... Połączenie zostało przerwane. Junga spojrzała na Krisa. Ten dostrzegł w jej oczach przerażenie. Ponownie podniosła słuchawkę. - Gdzie dzwonisz? - zapytał Kris nie wiedząc co ze sobą zrobić. Sam był cały w nerwach. - Do Bruna. Niech drań się w końcu odezwie! - odparła Lorenz desperacko. - To nic nie da. Wyłączył komórkę. - Cholera jasna! - rzekła i opadła na kanapę. Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Kris usiadł obok Jungi i mocno ją przytulił. Wiedział, że to nic nie pomoże, jednak chciał, żeby poczuła, że jej przyjaciel jest blisko niej. - Jest nam potrzebny. - Wiem. - odparł ocierając jej policzek. Pocałował ją w czoło i wyszedł z salonu. Obawy Jungi się potwierdziły. Katrina ma kłopoty. Pomyłka porywaczy nie była przypadkowa, jednak Kris jeszcze nie wiedział dlaczego zadzwonili właśnie do Jungi. Bruna nie było. Wyłączył komórkę. Jeżeli nie przyjedzie na czas, polecą do Tokio bez niego. "Szakal nie śpi, dobrze o tym wiesz, Bruno". Co to, do licha, miało znaczyć? Kirchent nigdy nie wspominał, że ma jakichś wrogów. Kris jednak wiedział, że Bruno ostatnio potrafi go zaskakiwać. Coś było nie tak. Czas płynął nieubłaganie. Było wpół do siódmej wieczorem. Tyrese wyjął z lodówki puszkę dietetycznej coli i sprita. Wrócił do salonu i podał Jundze napój. Już nie płakała. Zapiszczała komórka Jungi. Zerknęła na wyświetlacz. Dostała wiadomość tekstową. Przeczytała ją i odłożyła telefon. Kris nie dopytywał się kto przysłał jej SMS - a. Wiedział, że jeżeli byłoby to coś ważnego, Junga powiedziałaby mu o tym. Oboje jednocześnie upili łyk napoju. Tyrese uśmiechnął się. Kris i Junga znali się od pierwszej klasy szkoły średniej. Razem chodzili do jednej klasy. Od razu się zaprzyjaźnili i spędzali ze sobą mnóstwo wolnego czasu. Nigdy nie było między nimi zwad i sprzeczek. Wspierali się wzajemnie w trudnych chwilach, zawsze służyli sobie pomocą. Na trzecim roku dołączył do nich Bruno, który podobnie jak Kris i Junga nie mógł się zasymilować z otoczeniem. Być może dlatego, że był Niemcem. W szkole nie było mu łatwo, bo ówczesna młodzież nie tolerowała mniejszości narodowych. Junga też miała przykrości z powodu swojego pochodzenia ale dzięki przyjaźni z Tyresem nie czuła się porzucona. Jedynie Kris był Brytyjczykiem czystej krwi, co wzbudzało oburzenie ze strony młodzieży, że przyjaźni się z Brunem i Jungą. Można powiedzieć, że szkoła średnia była dla nich doskonałą lekcją, która przygotowała ich do dorosłego i dojrzałego życia. Jako, że byli wielokrotnie wyśmiewani i poniżani, nauczyli się pokory i rozsądku. Nie przejmowali się tym. Mieli swoje sprawy i czerpali satysfakcję ze swojej przyjaźni. Nauka szła im bardzo dobrze, głównie dlatego, że uczyli się zawsze razem. Junga doskonale radziła sobie z rachunkami i wszelkimi obliczeniami, co starała się przekazać Krisowi, który był typowym humanistą. Gramatykę angielską i literaturę znał perfekcyjnie. Bruno zaś uczył Jungę i Tyresa języka niemieckiego. Wynikało to z tego, że Kirchent był Niemcem, dzięki czemu zawsze miał najwyższe noty z tego przedmiotu. Szkoła wiele ich nauczyła, co mądrze wykorzystali w przyszłości. Ludzie, którzy wyśmiewali się z nich dzisiaj pracują jako śmieciarze lub sprzedawcy w sklepach spożywczych. Harują po kilka lub nawet kilkanaście godzin za marne pieniądze, a tymczasem trójka największych przyjaciół z powodzeniem prowadzi swoją agencję reklamową i zarabiają krocie. - Za półtorej godziny mamy samolot. - zauważyła Junga. Odkrywcze... - Chcesz już jechać na lotnisko? Skinęła głową. Kris zadzwonił po taksówkę. Chwycił za torby i wyszli na podwórze. Bruno stał nieruchomo zlany potem. Miranda patrzała mu prosto w oczy. Ich spojrzenia utkwiły w sobie na dobrych kilka minut. Kirchent był bezradny. Nie miał przy sobie broni. Ba, w ogóle jej nie posiadał. Bo po co? W oczach Mirandy czaił się strach. Doskonale o tym wiedział. Czuł, że coś jest nie tak. Ktoś klepnął go w ramię. Powoli odwrócił głowę do tyłu. Ujrzał dwóch potężnych mężczyzn trzymających identyczne pistolety co Miranda Hopkins. Jeden z nich był trochę wyższy od drugiego, jednak nie zmieniało to faktu, że obaj byli olbrzymi. Bruno ze swoim wzrostem metr osiemdziesiąt dziewięć i dobrze zbudowaną sylwetką nie dorównywał ani jednemu ani drugiemu. Ten niższy miał twarz całą ozdobioną bliznami i duże odstające uszy. Większy mężczyzna był bardzo przystojny, a swoimi gabarytami przerastał niejednego ze strong manów. Kirchent próbował ocenić sytuację. Był w potrzasku. Dwa mutanty, jedna kobieta i trzy pistolety. Sytuacja okazała się beznadziejna. - Mirando, dlaczego... - Stul pysk! - urwał Brunowi Strong Man. Bruno zamilkł. Zerknął na Mirandę. Starała się udać poważną, jednak wyraźnie jej to nie wychodziło. Na jej twarzy błąkał się grymas obrzydzenia do samej siebie. Facet z bliznami podszedł do niego i przeszukał go. Z bliska wydał się Kirchentowi najbrzydszym mężczyzną w Londynie. Chyba rzeczywiście tak było. Paskuda zabrał Brunowi telefon komórkowy oraz portfel i odłożył je na stolik pod oknem. Strong Man podsunął Brunowi krzesło. - Siad, pedale! - krzyknął wskazując lufą, gdzie ma usiąść. "Siad pedale". No pięknie. Pewnie już cały Londyn wie o jego przygodach seksualnych. Kirchent bez słowa usiadł. - Wiesz co masz robić, Mirando. - powiedział Paskuda. Chyba nie miał jednego zęba. Miranda skinęła głową. Wyjęła z szafki gruby sznur i skrępowała nim Bruna. Gdy zawiązywała supeł wsunęła mu do rękawa jakiś przedmiot. Bruno nie wiedział co to jest. Paskuda uśmiechnął się i włożył Kirchentowi kawałek brudnej szmaty do ust i upchnął dość głęboko. Bruno z trudnością oddychał. - To dla pewności, żebyś nie kłapał dziobem. - powiedział Strong Man. Cała trójka opuściła magazyn. Bruno usłyszał odgłos przekręcanego klucza. Zamknęli go na amen. Z ledwością łapał powietrze. Gdyby tylko udało mu się pozbyć knebla, czułby się o wiele lepiej.
Lotnisko było zatłoczone. Kris i Junga odpuścili sobie ruchome schody i weszli po normalnych, wykonanych ze zdobionego marmuru. Tyrese postawił bagarze na taśmie. Przez chwilę obserwowali jak maszyna pożera ich torby. Ach, ta wyobraźnia... Do odlotu zostało czterdzieści minut. Poszli do bufetu i zamówili dwie kawy. - Nie bierzesz dietetycznej coli? - zapytała ze zdziwienia Junga marszcząc brwi. Nie odpowiedział. Chciał jeszcze raz zadzwonić do Bruna, ale uznał, że nie ma to najmniejszego sensu. Junga, jakby czytała w jego myślach, wyjęła komórkę i wybiła numer Kirchenta. Zgłosiła się poczta głosowa. Nagrała mu wiadomość, żeby pilnie oddzwonił.
Mimo że w powietrzu było czuć melancholię i głęboki smutek Jungi, atmosfera zdawała się być luźna. Normalny ludzki odruch – kiedy dzieje się źle, zapada milczenie, bądź rozmawia się o niczym. Byle nie myśleć o najgorszym. - Jak myślisz, gdzie teraz może być? - Nie mam zielonego pojęcia. Kris upił łyk kawy. Gorzka. Dokładnie taka jaką lubił najbardziej. Junga skrzywiła się. - Jak ty możesz to pić? Gorzka kawa jest okropna. Kris zrobił minę sceptyka a'la Jeff. Lorenz uśmiechnęła się. - Mogę cię o coś zapytać? - rzekła nieśmiało Junga trzymając styropianowy kubek w dłoniach. Tyrese skinął głową. - Dlaczego jesteś z Jessie? To pytanie go zaskoczyło. - Nie do końca zrozumiałem. Ponownie się uśmiechnęła, tym razem szerzej. - Pytam, co jest w niej takiego, czego ja nie mam. Kris udał, że się rozgląda. - Chodź, nasz samolot już czeka. - odparł wymijająco. Junga już dalej nie pytała. Oboje ruszyli w kierunku bramki. Bruno wymacał przedmiot w rękawie. Scyzoryk. Doskonale. Nieporadnie wyjął ostrze i zaczął taniec z cięciem sznura. Nie miał większych trudności z przecięciem liny. Wstał i wyjął knebel z ust. Splunął z obrzydzeniem. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Na stoliku leżał jego telefon komórkowy i portfel. Idioci zostawili je w magazynie. Spojrzał na zegarek. Ósma dwadzieścia cztery. "Cholera, samolot zaraz startuje", pomyślał. Chwycił za telefon. Bateria rozładowana. Pięknie. Odruchowo podbiegł do drzwi i chwycił za klamkę. Zamknięte. Jeszcze raz się rozejrzał po magazynie. Okno zabite deskami. Rozpędził się po czym z wyskoku kopnął w spróchniałe drewno. Deski rozleciały się po jednym mocniejszym kopniaku. Zabawa w karatekę zaowocowała bólem lewej stopy. Co go podkusiło, by kopać lewą, słabszą nogą? Wydostał się na zewnątrz. Samochodu Krisa nie było. Szlag by to trafił. Dojrzał budkę telefoniczną po drugiej stronie ulicy. Podbiegł do niej i wrzucił monetę. Wystukał numer Krisa. Miał wyłączoną komórkę. Wcisnął następną monetę i zadzwonił do Jungi. Witam, tu Junga Lorenz. Nie mogę w tej chwili rozmawiać. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału. Oddzwonię.
Poczta głosowa. "Pewnie już są w samolocie", pomyślał. Zatrzymał taksówkę. - Na lotnisko, proszę. - rzucił pospiesznie po czym dodał: - Byle szybko. Kierowca się postarał. Bruno dotarł na lotnisko w niecałe piętnaście minut. Spojrzał na pasy startowe. Jego samolot właśnie odlatywał.
5
Samolot wystartował. Stewardesa wygłosiła kazanie o zasadach bezpieczeństwa, wyłączeniu telefonów komórkowych i poprosiła o zapięcie pasów. Kris i Junga dostosowali się do tych zasad. Gdy samolot wzbił się w powietrze poczuli lekkie drgania, które po chwili ustały. Siedzieli na najbardziej ekskluzywnych miejscach, które tak naprawdę niewiele różniły się od pozostałych klas. Ale w końcu lecieli w najbardziej elitarnej klasie, nie? Junga wyciągnęła MP4 i włożyła słuchawki do uszu. - Chcesz posłuchać Nelly Furtado? - zapytała. Kris pokręcił głową. Wyjął swojego iPoda i włączył muzykę. Junga zawsze fascynowała się muzyką techno i elektro. Kris miał zupełnie inny gust. Wolał zespoły młodzieżowe brzmiące autentycznie. Takim jego ulubionym zespołem była właśnie niemiecka kapela Cinema Bizarre. Tyrese uwielbiał ich rockowe brzmienie połączone z doskonałym głosem wokalisty. Lorenz chciała zmusić się do snu, ale wypita kawa dała się we znaki i o śnie nie było mowy. Podeszła do nich stewardesa. Tyrese jak zwykle wziął puszkę dietetycznej coli i orzeszki ziemne, Junga natomiast zrezygnowała ze sprita i wzięła pepsi. Kris zmarszczył brwi. - Nie bierzesz sprita? - Mam ochotę na pepsi. - odparła. - Cóż za radykalna zmiana. - rzekł i ponownie zrobił minę sceptyka. Lorenz zachichotała. Naśladowanie Jeffa dobrze mu wychodziło. Junga siedziała przy oknie. Na zewnątrz było już ciemno. Wyłączyła odtwarzacz MP4 i schowała go do kieszonki w bluzce. - Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. - zaczęła. Kris jej nie usłyszał. Puścił "Love Songs" na cały regulator. Szarpnęła za słuchawki i wyrwała mu iPoda z ręki. - Ej! - obruszył się. - Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. - powtórzyła. Tyrese przewrócił oczami. - A o co pytałaś? - udał, że nie pamięta. - Pytałam, dlaczego kochasz Jessie. - O Matko, chyba nie muszę ci tego tłumaczyć. - Owszem, musisz. Zawahał się. - No kocham ją. Co mam ci powiedzieć? Teraz ona zrobiła minę sceptyka. To rzeczywiście było zabawne. - Powiedz mi, co jest w niej takiego wyjątkowego, czego ja nie mam? To pytanie zaskoczyło Tyresa. Otworzył usta, ale za moment je zamknął. Nie wiedział co powiedzieć. - Czekam. - ponagliła. - Jesteś natrętna. - stwierdził. - Wiem. Za to mnie uwielbiasz. - Nie mam nic do powiedzenia na ten temat. - oznajmił popijając colę. Poprawił się na fotelu. Lorenz utkwiła w niego swój wzrok. Wiedziała, że tego nienawidzi i w końcu ulegnie. Miała rację. - No co? - Odpowiedz wreszcie. - Ech. - westchnął. - Naprawdę nie widzę sensu, żebym porównywał ciebie do Jessie. - Dzięki. Zapamiętam to sobie. Junga udała oburzenie. Kris pokręcił głową. Już nie drążyli tematu.
Bruno wrócił do domu. Naerwy brały górę nad rozsądkiem. Miotał się jak dziecko, któremu zabrano cukierka. Zadzwonił na lotnisko. - Czy dzisiaj są jeszcze jakieś połączenia z Londynu do Tokio? - zapytał pospiesznie. - Niestety nie. - odparła kobieta cienkim, piskliwym głosem i po chwili dodała: - Ale jest jutro o trzynastej dwadzieścia w południe. - Dobrze. W takim razie poproszę o rezerwację dla jednej osoby. - Pańskie personalia? - Bruno Kirchent. Odczekał chwilę. W słuchawce słychać było odgłos stukania w klawisze klawiatury. - Jest tam pan, panie Kirchent? - zapytał piskliwy głos. - Jestem. - Z tego co wiem miał pan rezerwację na dzisiejszy lot numer sześćdziesiąt osiem o ósmej trzydzieści wieczorem. - Tak, ale niestety siła wyższa sprawiła, że się spóźniłem na ten samolot. - Pana bilet jest jeszcze ważny do końca dnia. Mogę pana przekierować na jutrzejszy lot. To nic nie kosztuje i zaoszczędzi pan na kolejnym bilecie. - wyrecytowała. Pewnie uczyła się tej regułki na pamięć. - W porządku. Rozłączył się bez pożegnania. Poszedł do swojego pokoju i podłączył telefon do ładowarki. Miał wiadomość na poczcie głosowej. Junga prosiła o pilny kontakt. Szkoda tylko, że ma wyłączony telefon. Spakował wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i położył się do łóżka. Nie zmrużył oka. Nawet na minutę. Spojrzał na zegarek. Piętnaście po drugiej. Może powinien pójść na policję? To byłoby bardzo rozsądne. Dziwne, że jeszcze tego nie zrobił. Miranda mu pomogła. Tylko dlaczego? Przecież zwabiła go w pułapkę. Zrobiła to celowo. Przypomniał sobie jej wyraz twarzy, gdy celowała do niego z pistoletu. Bała się. I to bardzo. Bruno nie miał co do tego wątpliwości. Może była zastraszona? Może te mutanty zmusiły ją do ściągnięcia Kirchenta w pułapkę? I najważniejsze pytanie: po co w ogóle to zrobiła? Im dłużej myślał o niej w ten sposób, tym bardziej miał wrażenie, że pociesza samego siebie. Osiemnaście po drugiej. Czas się dłużył. Bruno wstał, ubrał się i zszedł na dół do kuchni. Zaparzył mocną kawę i rozsiadł się wygodnie na kanapie. Podjął decyzję. Nie zadzwoni na policję. Nie pójdzie na komisariat, nie złoży zeznań. Jak tylko wróci z Tokio zajmie się to sprawą osobiście. Sam. Bez policji, bez przyjaciół. Ach, ta ambicja... Samolot wylądował na lotnisku w Tokio. Kris i Junga wysiedli z samolotu. Poszli do holu, gdzie odebrali swoje bagaże. Zaczęło się. Po lotnisku tłumnie przemieszczali się Japończycy. Przepychali się między sobą, jakby gdzieś rozdawali za darmo grochówkę. Kris i Junga stali przez moment w bezruchu i przyglądali się tłumowi. Tyrese zmarszczył czoło. Po kilku minutach, gdy ludzie porozchodzili się, ruszyli w kierunku wyjścia. Wydostali się z lotniska i zatrzymali taksówkę. Wsiedli do samochodu. Kris powiedział coś po japońsku i odjechali. Tyrese znał język japoński. Potrafił prowadzić konserwację na podstawowe tematy, porozumiewał się z Japończykami bez większego problemu. Kris uczył się tego języka, dzięki fascynacji mangą, japońskimi komiksami. Jako dziecko był nimi oczarowany, sam próbował nawet stworzyć własny komiks, jednak nie za dobrze mu to wychodziło. Mimo to, dzięki mandze zaczął się interesować kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni, przez co poznał podstawy języka. A mówią, że komiksy nie rozwijają dziecięcych fascynacji. Junga nie miała zielonego pojęcia o Japonii nie wspominając o rozmowie z jej mieszkańcami. Nauczyła się jednego słowa: "taberu", co oznaczało: "jeść". Ech... - Co mu powiedziałeś? - spytała wyraźnie zaciekawiona. - Poprosiłem, by nas zawiózł do najbliższego hotelu. - odparł spoglądając przez szybę. Po dziesięciu minutach jazdy byli na miejscu. Na dworze było ciemno. Późny wieczór. No tak, zmiana strefy czasowej. Zatrzymali się w hotelu Xiao. Z zewnątrz budynek był malowniczo oświetlony kolorowymi napisami i bilbordami. W środku wyglądał na naprawdę porządny i zadbany hotel. Recepcja znajdowała się po lewej stronie od wejścia. Z prawej strony stały skórzane sofy, na których siedzieli ludzie. O dziwo, nie było wśród nich żadnego typowego Japończyka. "Pewnie turyści", pomyślał Kris. Na środku olbrzymiego holu znajdowała się duża rzeźba przedstawiająca kobietę, która trzymała w ręku wielką księgę. Junga podeszła bliżej, by odczytać napis. Nic nie zrozumiała. Podeszli do recepcjonistki. - Będziesz miała coś przeciwko, jeżeli weźmiemy wspólny pokój? - zapytał. - Żartujesz? - odparła. Takiej odpowiedzi się spodziewał. Poprosił recepcjonistkę o pokój trzyosobowy, na wypadek, gdyby Bruno postanowił przylecieć. Junga zrozumiała tylko jakieś "ciąg-pong". Reszty tej pasjonującej rozmowy nie zapamiętała. Kris skinął ręką na znak, że mogą iść. Weszli do jednej z sześciu wind. Tyrese nacisnął przycisk i winda się zamknęła. Wjechali na trzecie piętro i skierowali się do pokoju numer sto trzydzieści sześć. Weszli do środka i położyli torby obok łóżek. Junga wskoczyła na łóżko i oceniła jego komfort. Idealne. Komórka Krisa zapiszczała. Na wyświetlaczu ukazał się numer Bruna. Junga odetchnęła z ulgą. - Co, do jasnej cholery, się z tobą dzieje? - krzyknął Tyrese do słuchawki. Miłe powitanie. Nie ma co. - Miałem nieprzyjemne spotkanie z pewnymi osobami - rzekł i po chwili dodał: - Za godzinę mam samolot do Tokio. - Tylko znowu nie wywiń nam jakiegoś numeru. - powiedział gniewnym tonem. - Opowiem wszystko jak do was dotrę. Narka. - pożegnał się kolokwialnie. Narka? - Czeka cię dłuuugie tłumaczenie. - rzekł i zakończył połączenie. - Przyleci? - zapytała Lorenz, chociaż znała odpowiedź. Kris skinął głową. Odłożył komórkę na stolik i rozpakował rzeczy. - Myślę, że powinniśmy jak najszybciej pojechać do Katriny. - rzekła i usiadła na łóżku. - Najpierw do niej zadzwoń. - uprzedził ją Kris wkładając koszulę do szafy. Junga przytaknęła. Wyciągnęła komórkę z kieszeni i wybrała numer swojej siostry. Ktoś odebrał po pięciu sygnałach. - Halo? Nikt nie odpowiedział. Zamiast tego usłyszeli przeraźliwy krzyk. Junga aż oderwała słuchawkę od ucha. - Katrina, odezwij się! Zero reakcji. Potworny krzyk trwał nadal. Po chwili usłyszeli huk wystrzału. Połączenie zostało przerwane. Lorenz z przerażeniem spojrzała na Krisa. Po kilku sekundach oboje poderwali się z miejsc i pobiegli do wyjścia. Bruno chwycił za swoje torby i wyszedł na podwórze. Lało niemiłosiernie. Strong Man i Paskuda czekali na niego przed domem. Kirchent upuścił torby z przerażenia. - Proszę, proszę. Dokąd to się wybieramy? - powiedział Paskuda wyciągając pistolet ze skórzanej kabury. Bruno nie odpowiedział. Tym razem zwrot "masz prawo zachować milczenie" stracił sens. Kirchent poderwał się i wbiegł do domu. Błyskawicznie zamknął drzwi na patent i w morderczym tempie pobiegł na górę. Stron Man wyważył drzwi. Mięśniacy rozejrzeli się po pomieszczeniu. - Przeszukaj dół, ja zajmę się resztą. - powiedział wskazując palcem na kuchnię. Paskuda stanął jak wryty. - No już, gamoniu! - krzyknął popychając Paskudę. Bruno zyskał kilka cennych sekund. Znajdował się w pokoju Jungi. Co teraz? Usłyszał odgłos głośnego stąpania po schodach, porównywany z galopem stada rozwścieczonych słoni. Podłoga autentycznie drżała. Kirchent otworzył okno i wyskoczył z niego na mały dach. Pałac miał ich wiele. Głównie dlatego, że jego konstrukcja była bardzo nietypowa. Niemal każde pomieszczenie było położone na innym poziomie, dzięki czemu dachy ułożone były raz wyżej, raz niżej. Bruno to wykorzystał, jednak dach był mokry i poślizgnął się zjeżdżając w dół. W ostatniej chwili chwycił się rynny. Wiedział, że długo nie wytrzyma. Usłyszał nadjeżdżający samochód. Z Czarnego Mercedesa wysiadła Miranda, która machnęła na znak, że ma wsiąść do jej auta. Bruno spojrzał w dół. Ocenił wysokość na cztery metry. Ten skok mógł się skończyć bardzo źle. Z okna wyłoniła się sylwetka Strong Mana. Wyjął pistolet i wymierzył lufę w głowę Kirchenta. Nie miał wyboru. Musiał skoczyć. Jednak czy mógł zaufać Mirandzie? Skoczył. Upadł bardzo precyzyjnie, by złagodzić ewentualne konsekwencje tego wariactwa. Ugiął nogi, podparł się rękoma i przeturlał się. Żadnego uszczerbku na zdrowiu. Padł pierwszy strzał. Chybiony. Miranda schowała się do samochodu. Bruno podbiegł ile sił w nogach do Mercedesa. Wsiadł na miejsce pasażera i odjechali z piskiem opon. Kolejne kule nie osiągnęły zamierzonego celu. Bruno spojrzał na Mirandę. Na jej twarzy dostrzegł skupienie. Jechała jak szalona notorycznie ścinając zakręty. Na szczęście nie napotkali policji. Z Kenningston Road skręciła w lewo na Westminister. Przejechali obok Big Bena i minęli Pałac Backingham. Następnie pojechali King's Road i zatrzymali się w jakimś zaułku. Siedzieli w milczeniu kilka minut. Deszcz ostro zacinał o dach Mercedesa. Bruno zerknął na zegarek. Całe zajście trwało niecałe dwadzieścia minut. Nie do wiary. - Powiedz Mirando, dlaczego mi to robisz? Nie odpowiedziała. Miała łzy w oczach. - Zwabiasz mnie w pułapkę, a następnie mi pomagasz. Nie mogę tego zrozumieć. Spojrzała na niego. Wyraz jej twarzy wzbudził w Brunie ambiwalentne uczucia. - Co czujesz, kiedy na mnie patrzysz, Bruno? - rzuciła Miranda niespodziewanie. Kirchent zmarszczył brwi. Nie wiedział co powiedzieć. - Powiem ci, Bruno. Czujesz do mnie niechęć. Szczerą niechęć. - rzekła Miranda Hopkins i po chwili dodała: - Nienawidzisz mnie za to co zrobiłam. Rozumiem to, jednak chcę, żebyś wiedział, że nie miałam wyboru. Musiałam wybierać: albo ty, albo moja matka. - Nie do końca cię rozumiem. - powiedział wzdychając. Miranda odwróciła wzrok. - To długa historia. - rzekła przy czym skubała dolną wargę. Hopkins chwyciła jego dłoń. Bruno nie cofnął ręki. Nie poczuł się źle. Był zaskoczony. - Bruno, musisz wyjechać. Tu nie jest bezpiecznie. Szukają cię i jestem pewna, że w Londynie nie zaznasz spokoju. Nieważne, gdzie się ukryjesz, oni i tak cię znajdą. Kirchent ponownie zerknął na zegarek. Pierwsza w południe. - Za dwadzieścia minut mam samolot do Tokio. Muszę jakoś dotrzeć na lotnisko. Miranda poprawiła się na fotelu. Mocno ścisnęła dłoń Bruna. - Pozwól mi lecieć z tobą. - powiedziała niemal błagalnym tonem. Bruno nie wiedział co odpowiedzieć. Otworzył usta, jednak za chwilę je zamknął. Miał wrażenie, że zaraz popełni największy błąd w swoim życiu. - Błagam. Zawahał się. - Nie wiem, czy mogę ci ufać Mirando. - odparł grubym, niskim głosem. - Popełniłam błąd, ale naprawdę byłam zdesperowana. Wybacz mi, Bruno. Westchnął głośno. Był w kropce. Nie miał czasu na zastanowienie. - Zaufam ci. - rzekł, choć sam nie wierzył, że to powiedział. Uszczęśliwiona Miranda Hopkins pocałowała Bruna w policzek i odpaliła samochód. Dojechali na lotnisko w sześć minut. Oczywiście była to zasługa Mirandy, a konkretnie jej szaleńczej jazdy. Wbiegli na hol i szybkim krokiem podeszli do odprawy. - Czy są jeszcze jakieś wolne miejsca na najbliższy lot linią Londyn - Tokio? Zapłacę każdą cenę - powiedziała Hopkins desperacko. - Ma pani szczęście. Właśnie zwolniło się jedno miejsce. Odetchnęli z ulgą. - Dzięki Bogu. - mruknęła. Po chwili byli już na pokładzie samolotu.
6
- Adres twojej siostry, szybko. - ponaglił Kris. Junga podyktowała z kartki. Gdy dotarli na miejsce, wysiedli z taksówki i wbiegli na podwórze. Drzwi od domu były otwarte. Tyrese ostrożnie popchnął je i rozejrzał się po przedpokoju. Światła były zapalone. Blask energooszczędnych żarówek odbijał się od kuchennych blatów. Pusto. Junga chciała zawołać siostrę, ale Kris przyłożył palec do jej ust. W końcu nigdy nie wiadomo, gdzie czai się wróg. Przeszli dalej. W kuchni również nikogo nie było. Na blacie stała miska z niedojedzonym ryżem. Na podłodze leżały pałeczki i przewrócony kosz na śmieci. Junga zajrzała do salonu. Meble i telewizor zostały kompletnie zdemolowane. Poczuła jak coś ściska ją w żołądku. Jej komórka zapiszczała. Błyskawicznie nacisnęła czerwoną słuchawkę na klawiaturze telefonu przerywając połączenie. Dla pewności wyłączyła go całkowicie. Kris obrzucił ja gniewnym wzrokiem. Lorenz wzruszyła ramionami. Tyrese wziął kawałek deski, do której przybity został gwóźdź, na wszelki wypadek, by miał możliwość odparcia ewentualnego ataku. Junga wskazała palcem na schody. Kris wszedł powoli na górę. Junga podążyła za nim. Po drodze natknęli się na stłuczony żyrandol ze szkłopodobnego plastiku. "Tani bubel", pomyślał Kris. Rozejrzeli się po sypialni. Wśród zgliszczy łóżka i szafy dostrzegli zalaną łzami Katrinę. Junga podbiegła do niej i uściskała ją. - Już dobrze. - uspakajała. Tyrese jeszcze raz spojrzał na stan sypialni. "Wcale nie było dobrze", pomyślał. Minęło trochę czasu zanim Katrina doszła do siebie. Była roztrzęsiona i nieobecna myślami. Kris wiedział, że rozmowa z nią nie ma w tym momencie żadnego sensu. - Zawieźmy ją do hotelu. - powiedział szukając po kieszeniach swojej komórki. No tak, zostawił ją na stoliku w pokoju hotelowym. Junga wiedziała o co chodzi i podała mu swój telefon. Zamówił taksówkę i pojechali do Xiao. Katrinę skierowali na miejsce przeznaczone dla Bruna. Zasnęła jak niemowlę. Trudno, Kirchent jakoś to przeżyje. Junga poszła do łazienki zażyć odświeżającej kąpieli. Kris podłączył telefon do ładowarki i sprawdził połączenia. Jedno nieodebrane od Bruna. Hmm... Junga Lorenz opuściła łazienkę po dobrych kilkudziesięciu minutach. Wyszła owinięta ręcznikiem, z turbanem na głowie. - Wyglądasz jakbyś była rodowitą Indyjką. - rzucił Tyrese. - Bardzo śmieszne. - odparła wyciągając z szafy białą koszulę nocną. Ponownie weszła do łazienki. - Długo będziesz okupowała ten kibel? - powiedział odrobinę za głośno. Junga zrobiła mu na złość i wyszła po godzinie. Gdy wróciła do pokoju, Tyrese spał jak zabity.
Samolot przelatywał nad Atlantykiem. Bruno i Miranda nie rozmawiali ze sobą przez kilkanaście minut. - Opowiedz mi wszystkim. - poprosił patrząc jej prosto w oczy. - To naprawdę długa historia. - Mamy mnóstwo czasu. - zapewnił ją. Skinęła głową. - Postaram się streścić najważniejsze fakty. - rzekła popijając kawę. - Słucham uważnie. Zawahała się na moment. - Wiesz, że moja matka choruje na serce, prawda? Kirchent skinął głową. - Tak więc, - ciągnęła. - dwa dni temu zadzwonił do mnie nieznany mi facet i powiedział jakieś dziwne zdanie. Wspominał coś o jakimś szakalu. Zadzwonił chyba ze cztery razy i w kółko nawijał o tym samym. Bruno skinął głową. Nie powiedział jej, że on również miał takie dziwne telefony. - Pomyślałam, że jakieś szczeniaki robią sobie żarty. Wiesz jakie są dzieciaki. Tak czy inaczej nie brałam tych telefonów na poważnie. Jednak kolejny udowodnił, że to nie są żadne szczeniackie wybryki. Bruno nie przerywał jej. Słuchał w skupieniu analizując każde słowo. - Ten sam facet powiedział mi, że jeżeli nie spełnię ich żądań, zabiją moją matkę. Bałam się zadzwonić na policję. Bałam się zadzwonić nawet do ciebie. Zakazali mi kontaktować się z kimkolwiek. - powiedziała upijając duży łyk kawy. - Chciałam ci o tym powiedzieć podczas naszej wczorajszej rozmowy, jednak gdy wyznałeś mi, że... no wiesz... - ... że jestem gejem. Jednak źle się wyraziłem.- dokończył za nią Bruno. - Hę? - mruknęła. - Nieważne. - Zupełnie wytrąciłeś mnie z równowagi tym wyznaniem. Kirchent pokiwał głową na znak, że ją rozumie. Miranda zamilkła. - Kontynuuj. - zachęcił ją. Skinęła głową. - Po rozmowie z tobą pojechałam do domu. Gdy weszłam do ogrodu zobaczyłam, że drzwi od mieszkania były otwarte. Przestraszyłam się. Byłam pewna, że ktoś się do mnie włamał. Gdy weszłam do kuchni zobaczyłam, że przy stole siedzą dwaj dobrze zbudowani faceci. - Strong Man i Paskuda. - dopowiedział Bruno. - Nazywaj ich jak chcesz, dla mnie obydwaj są obrzydliwi. Kirchent uśmiechnął się. Miranda to zauważyła. - O co ci chodzi? - zapytała lekko oburzona. - O nic. Mów dalej. - No więc, powiedzieli mi, że porwali moją matkę. Postawili proste ultimatum: albo pomogę im się ciebie pozbyć, albo zabiją matkę. - W tym wypadku wybrałaś mniejsze zło. Byłaś na mnie wściekła po naszej rozmowie, więc bez problemu dokonałaś wyboru. Miranda spuściła wzrok. - Śledziłaś mnie, bo wiedziałaś, że będę dochodził, kto jest właścicielem czarnego Mercedesa. Byłaś przekonana, że tak łatwo nie odpuszczę. Celowo zatrzymałaś się w Muzeum Brytyjskim. Udawałaś zwiedzającą, podeszłaś do mnie i wciągnęłaś w pułapkę zawożąc do starego magazynu. Hopkins skinęła głową. - Byłam wściekła, to fakt. Ale wiedz, że nie jesteś mi obojętny. Moje uczucie nie wygasło. Zależy mi na tobie, Bruno. Dlatego wykorzystałam sytuację i podałam ci scyzoryk żebyś mógł łatwo się uwolnić. - Dzięki za pomoc, nie ma co. - Nie rozumiesz mnie, Bruno. - Doskonale cię rozumiem. Nie uwierzyła w to. Kirchent nie potrafił kłamać. - Po kilku godzinach ci faceci wrócili do magazynu, jednak ciebie już tam nie było. Podejrzewali, że maczałam w tym palce. Nie odpuścili tak łatwo i w południe pojechałam z nimi pod twój dom. Kazali mi zaparkować dwie przecznice dalej i musiałam zostać w samochodzie. Obawiali się, że znowu w jakiś sposób będę się starała ci pomóc. Bruno zamyślił się na chwilę. Poprosił stewardesę o puszkę zimnego sprita. Zaraził się tym nawykiem od Jungi. - Mogłaś przecież do mnie zadzwonić i uprzedzić. - zauważył. - Chciałam. Ale te dranie zabrały mi komórkę. - powiedziała ze smutkiem. Kirchent westchnął ciężko. Im dłużej słuchał jej tłumaczeń, tym bardziej czuł się skołowany. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. - Wiedziałam, że będziesz potrzebował pomocy, dlatego podjechałam bliżej twojego domu. Gdy zobaczyłam jak zwisasz z dachu, zawołałam cię do samochodu. Bruno upił łyk sprita. Przez resztę podróży nie odezwali się do siebie słowem. Telefon Krisa zapiszczał. Przetarł zaspane oczy i spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił Bruno. - Hę? - wymamrotał Tyrese. - Kris, jesteśmy na lotnisku. - powiedział Kirchent głośno. W słuchawce słychać było głośny szum. - Jesteście? Z kim przyleciałeś? - spytał zaskoczony podrywając się z łóżka. - Jestem z Mirandą. - odparł po chwili. Kris zmarszczył brwi. Spojrzał na Jungę. Już nie spała. - W jakim hotelu się zatrzymaliście? - W Xiao. - Zaraz będziemy. - rzekł i rozłączył się. Kris spojrzał na wyświetlacz jakby zaraz miał wyskoczyć z niego jakiś potwór. Junga przeciągnęła się. - Bruno nie przyleciał sam. - powiedział. - Słyszałam. Co o tym myślisz? Wzruszył ramionami. Katrina jeszcze spała. Lorenz ubrała niebieskie dżinsy i czarną bluzkę bez rękawów. Tyrese poszedł do łazienki i wziął zaległą kąpiel. Ktoś zapukał do drzwi. Junga otworzyła. Bruno z Mirandą weszli do pokoju. - Jaśnie pan zaszczycił nas swoją obecnością. - rzekła Junga drwiącym tonem. Bruno nie odpowiedział. Kris wyszedł z łazienki z mokrą głową. Przywitał się z Mirandą Hopkins i powiedział do Kirchenta: - No, tłumacz się teraz. Wszyscy usiedli przy stole. Junga zamówiła śniadanie. Kris zażyczył sobie futo maki. Bruno i Miranda opowiedzieli wszystko, wzajemnie się uzupełniając. Lorenz i Kris nie potrafili ukryć zdziwienia. Przez kilka minut nie mogli wydobyć z siebie słowa. Przyszedł kelner. Przyniósł zamówione dania. Kris uważnie obejrzał swój zestaw. - Nie ma wasabi? Futo maki bez wasabi jest do niczego. Fatalny jest ten hotel. - powiedział oburzony. - Wasa-co? - spytał Bruno nie wiedząc o co chodzi. Tyrese nie odpowiedział. Katrina obudziła się. Junga podeszła do niej i pocałowała ją w policzek. Bruno i Miranda wstali od stołu. - To może my pójdziemy do swojego pokoju. - oznajmił Kirchent wycierając usta chusteczką. Kris skinął głową. Po chwili sylwetka Mirandy znikła za drzwiami. Junga skierowała Katrinę do stołu. Ta była wyraźnie zaskoczona całą sytuacją. Pewnie nic nie pamiętała. Junga usiadła przy niej i przysunęła talerz ze smażonym makaronem tatsua age. - Proszę, zjedz. - powiedziała podając siostrze pałeczki. Katrina pokręciła głową. - Musisz jeść. - zaprotestowała Junga. Katrina była bardzo szczupłą brunetką o włosach w kolorze miodowego blondu. Tak naprawdę Kris nie dostrzegł żadnego podobieństwa u sióstr. Wręcz przeciwnie, różniły się między sobą całkowicie. Po długiej walce z Jungą, Katrina w końcu uległa i podniosła pałeczki. Gdy Junga coś postanowi, nie ma szans, by cokolwiek przeszkodziło jej w osiągnięciu zamierzonego celu. - Opowiedz nam wszystko po kolei. - rzekł Kris popijając kawę. Rozpuszczalna. Obrzydlistwo. Katrina zawahała się. Utkwiła wzrok w misce z makaronem i coś wymamrotała po japońsku. Junga nie zrozumiała. Kris tak. - Dlaczego się boisz? - powiedział Tyrese nawiązując do słów Katriny. Nie odpowiedziała. W jej oczach pojawiły się łzy. - Nie masz się czego obawiać. Z nami jesteś bezpieczna. - zapewniła ją Junga. Po kilkusekundowej przerwie Katrina odzyskała głos. - Porwali Rachel. I Satoshiego. Błagam was, pomóżcie mi. - łkała. Łzy płynęły strumieniami po jej policzkach. "Jak tak dalej pójdzie to zaleje cały hotel", pomyślał Kris. - Pomożemy. Po to tu jesteśmy. Opowiedz nam co się wydarzyło w twoim domu. Katrina po chwili milczenia zaczęła mówić z sensem. - Satoshi od pewnego czasu dostawał dziwne telefony. - cedziła cicho pochlipując. - Jakiś przerażający głos mówił: "Szakal nie śpi, Satoshi". Od czasu tych telefonów bardzo dziwnie się zachowywał. Często wychodził z domu bez uprzedzenia i wracał późną nocą. Nie jadł, był rozkojarzony. Nic go nie obchodziło. - mówiła niepewnym głosem. Dziwne. Ten pajac od szakala dzwoni wszędzie, nieważne czy mieszkasz w Londynie, czy w Tokio. Kris zastanawiał się, czy zadzwoniłby, gdyby żył na Saharze. - Wczoraj przyszli do nas jacyś mężczyźni. Chyba było ich trzech, nie pamiętam dokładnie. Powiedzieli, że są przyjaciółmi Satoshiego więc ich wpuściłam. Wydawali się bardzo uprzejmi wobec nas, nie przeklinali, nawet przynieśli kwiaty dla mnie. Ucieszyłam się, że Satoshi nareszcie znalazł jakichś przyzwoitych przyjaciół, bo tak naprawdę to nigdy nie widziałam, żeby przyszedł do domu z jakimś kolegą. Słuchali w skupieniu. Katrina opowiadała dalej, jakby była w transie. - W pewnym momencie Satoshi poprosił mnie, żebym zostawił ich samych. Spełniłam jego prośbę i poszłam na górę sprawdzić, czy Rachel śpi. Po pewnym czasie usłyszałam, jak Satoshi kłóci się z tymi mężczyznami. Zbiegłam więc na dół, by sprawdzić co się dzieje. Głos Katriny stał się niższy. Jej twarz posmutniała jeszcze bardziej. - Wtedy zobaczyłam, jak Satoshi leży nieprzytomny na podłodze. Zadzwonił telefon, więc szybko podniosłam słuchawkę, by w razie czego ktoś, kto zadzwonił w jakiś sposób zareagował. Gdy usłyszałam głos Jungi, zaczęłam krzyczeć. Jeden z mężczyzn wyciągnął pistolet i strzelił w telefon. Pozostała dwójka zajęła się domem. Zdemolowali wszystko co było możliwe. - Kuchnia była niemal nienaruszona. - zauważył Kris. Katrina wzruszyła ramionami. - Nie wiem dlaczego jej nie tknęli. Tak czy inaczej gdy wychodzili, zabrali ze sobą nieprzytomnego Satoshiego. Pobiegłam na górę, by sprawdzić co z Rachel. Jej łóżeczko było puste. Wpadłam w histerię. Kris pokiwał głową. Zastanawiał go jeden fakt. - Powiedz mi, Katrino, jak wam się powodziło? - zapytał. - Natoshi pracował w redakcji dziennika "Tokio Press" jako goniec. Jego zarobki były bardzo niskie, przez co ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Ja nie pracuję, w końcu ktoś musi się zająć dzieckiem. Prawie cała wypłata Satoshiego idzie na opłacenie rachunków. Tyrese już wszystko wiedział. - Junga dostała telefon, że porwali Rachel. Na początku nie wiedzieliśmy o co chodzi, jednak teraz już nie mam wątpliwości, że ten telefon nie był przypadkowy. - powiedział Kris wstając od stołu. Podszedł do okna i odchylił zasłonę. - Porywacze zdawali sobie sprawę, że nie macie żadnego majątku. Jednak w jakiś sposób dowiedzieli się, że masz siostrę, która prowadzi firmę i zarabia naprawdę duże pieniądze. Dlatego zadzwonili do Jungi. Wiedzieli, że nie przejdzie obok tego obojętnie i będzie się starała ci pomóc. Junga zmarszczyła brwi. Była pod wrażeniem umiejętnością dedukcji Krisa. Kris Tyrese, największy mistrz dedukcji. Hmm... Lorenz wstała. - Jednak skąd porywacze się o mnie dowiedzieli? - rzekła spoglądając na Katrinę. Ta tylko wzruszyła ramionami. Tyrese uśmiechnął się i odparł: - Jest wiele sposobów, by sprawdzić takie informacje. Mnie się jednak wydaje, że powiedział im o tobie sam Satoshi. - Jak to? - oburzyła się Katrina. - Powiedziałaś, że Satoshi uważał tych mężczyzn za swoich przyjaciół, prawda? - Tak przypuszczałam. - Być może im ufał. Prawdziwi przyjaciele wiedzą o sobie wszystko. Nie istnieje między nimi żadna przepaść, nic nie ukrywają, dzielą się swoimi problemami i troskami. Przypuszczam, że Satoshi poczuł się w pewien sposób związany z tymi mężczyznami, dlatego zwierzał im się ze wszystkiego. Junga skinęła głową. To wszystko układało się w logiczną całość. - Myślę, że powinniśmy zawiadomić policję. - rzucił Tyrese. Katrina poderwała się przewracając krzesło. - Nie ma mowy! - krzyknęła odrobinę za głośno. - Powiedzieli, że jeżeli kogoś w to wmieszam mogę na zawsze pożegnać się z córką i Satoshim. - Katrina, nie jesteśmy detektywami. Nie uratujemy ich bez pomocy kogoś, kto będzie wiedział co robić. - odparła Junga. - Nie. Uporam się z tym bez osób trzecich. Nie mogę ryzykować. Chodzi o całe moje życie. - powiedziała Katrina. Nie było sensu z nią polemizować. Nic by to nie dało. Bruno i Miranda okupowali pokój numer sto trzydzieści siedem, który znajdował się po przeciwnej stronie pokoju Krisa i Jungi. Nie mieli żadnych bagaży, więc uniknęli żmudnego wypakowywania ciuchów. Usiedli przy stole. Kirchent spojrzał na Mirandę. Jej czarne włosy idealnie kontrastowały z białą cerą. Rysy twarzy miała bardzo kobiece, wydatne usta i piękne niebieski oczy. Żałował, że już nie byli razem. Pragnął odbudować ten związek tak szybko, jak tylko było to możliwe. Miranda Hopkins ujęła jego dłoń. Robiła to często, jednak Brunowi w ogóle to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. - Jeszcze raz cię przepraszam. - rzuciła i pocałowała go w policzek. Bruno nie odpowiedział. Już jej wybaczył. Komórka Kirchenta zapiszczała. Otrzymał wiadomość tekstową od Jungi. PRZYJDŹ DO NASZEGO POKOJU, BYLE BEZ MIRANDY. MUSIMY POROZMAWIAĆ, A JA JEJ NIE UFAM. CZEKAMY. Bruno schował telefon i wstał. - Będziesz miała coś przeciwko, jeżeli na chwilę zostawię cię samą? - zapytał. Miranda uśmiechnęła się ukazując swoje śnieżnobiałe zęby. - Oczywiście, że nie. Pójdę się trochę odświeżyć. - odparła po czym skierowała się do łazienki. Bruno powędrował do pokoju przyjaciół. - Mamy problem. - powiedziała Junga wzdychając. Kris opowiedział wszystko Brunowi. Po wysłuchaniu jego słów, Kirchent spojrzał na Katrinę, po czym przeciągnął się na krześle. - Nie widzę innego wyjścia. Musimy zawiadomić policję. - rzekł rozkładając ręce. - To nie wchodzi w grę. - odparła Junga i po chwili dodała: - Satoshi także dostawał telefony od szakala. Brunowi zrzedła mina. - Macie inny pomysł? - zapytał. Kris pokręcił głową. Junga się nad czymś zastanawiała. Katrina podeszła do drzwi i rzekła: - Obiecałam sobie, że podołam temu wyzwaniu. Nie złamię obietnicy. - powiedziała po czym wyszła. Junga pognała za nią. - Gdzie idziesz? - zapytała lekko zdenerwowana. - Do domu. Może znajdę jakąś wskazówkę, nie wiem. Jestem tylko pewna, że poprzez siedzenie na tyłku nic nie zdziałam. - Jedziemy z tobą.
7
Bruno uprzedził Mirandę, że musi na chwilę wyjechać. Ta nie protestowała. Wręcz przeciwnie. Zdawała się być z tego zadowolona. Po kilkunastu minutach jazdy dotarli na miejsce. Kris przyjrzał się z uwagą całej posesji. Dom był niewielki, a marny skrawek ziemi, który porastały kwiaty pełnił rolę ogródka. W mieszkaniu panował zupełny chaos. Kris poszedł do salonu, Bruno powędrował do kuchni, a Junga z Katriną na górę, do sypialni. W salonie nie było nic prócz połamanych desek, kawałków sztucznej skóry, która pokrywała kanapę i do niczego nie nadających się części od telewizora. Kris szukał wśród zgliszczy jakichś poszlak, ale nie znalazł nic godnego uwagi. Sypialnia wyglądała jak po przejściu tornada. Jedynym meblem jaki ocalał było łóżeczko Rachel. Junga przeszukała je, jednak nic nie znalazła. Miała wrażenie, że za moment pęknie jej serce. Podeszła do okna, pod którym leżały sterty ubrań. Sprawdziła je. Nic. Zero jakichkolwiek wskazówek. Katrina mimo usilnych starań również niczego nie znalazła. Siostry zeszły na dół, do salonu. - Czy w tym domu jest może piwnica albo strych? - zapytał Kris Katrinę. - Mamy piwnicę. Ale trzymamy tam tylko stare kartony z rupieciami. - odparła bez zastanowienia. - Mimo wszystko wolałbym zajrzeć do tej piwnicy. Katrina zmarszczyła brwi i wskazała drzwi prowadzące na dół. Junga poszła za nimi. Bruno penetrował kuchnię. Sprawdził przewrócony kosz na śmieci, jednak znalazł tam tylko puste opakowanie po mleku w proszku dla dzieci poniżej pierwszego miesiąca życia. Przeszukał wszystkie szafki. Same naczynia, puszki z konserwami i koszyki z przyprawami. Dla pewności zerknął nawet do lodówki, choć sam nie wierzył, że coś tam znajdzie. Odsunął wszystkie szafki. Za nimi również nic nie było. Zerknął na zlew. Spostrzegł, że blachy są źle przymocowane do ściany. Jedna śruba była obluzowana, drugiej nie było wcale. Odkręcił ją palcami i pociągnął za zlew przesuwając go w swoją stronę. W ścianie był ukryty sejf zamykany na zwykły klucz.
Miranda Hopkins siedziała na łóżku w pokoju numer sto trzydzieści siedem. Wyjęła komórkę i wybiła numer na klawiaturze telefonu. - Pojechali do domu Katriny. - powiedziała do słuchawki. - Tak myślałem. Przeszukałaś ich rzeczy osobiste? - zapytał niski, mechaniczny głos, który sprawia, że po plecach przebiega zimny dreszcz. - Tak. Ale nie znalazłam medalionu. - Szukaj dalej. Postaraj się złociutka, a sowicie cię wynagrodzę. - Nie zawiodę cię. - rzekła po czym się rozłączyła. Kris przejrzał stare pudła. Nie znalazł nic ciekawego oprócz zdezelowanych, tanich rupieci. Z jednego z kartonów wyjął niewielki album. Przewertował go szybko i wyjął pożółkłe zdjęcie. Na szarym tle widniały trzy szeroko uśmiechnięte twarze Japończyków. Podał zdjęcie Katrinie. - Czy ten chłopiec to Satoshi? - zapytał Kris wskazując palcem na środkową postać. - Tak. Na tym zdjęciu jest jeszcze matka i ojczym. - odparła. - Ojczym? - zapytał lekko zdziwiony. Katrina skinęła głową. - Matka rozwiodła się z jego biologicznym ojcem, gdy ten miał trzy latka. Znęcał się nad nimi. - odparła. - Chciałbym z nimi porozmawiać. Może oni coś wiedzą. - powiedział wlepiając wzrok w fotografię. Katrina zawahała się. - Oboje nie żyją od ośmiu lat. Zginęli w wypadku samochodowym. "Kropka. Pierwsza trop nie prowadził do rozwiązania", pomyślał Kris. Tyrese na wszelki wypadek złożył zdjęcie w pół i wsunął do kieszeni. Poszli do kuchni. Bruno szperał przy zlewie. - Katrina, masz może do tego klucz? - zapytał Kirchent wskazując na zamknięty sejf. - Co to, do diabła, jest? - zapytała wyraźnie zaskoczona. Kris i Junga spojrzeli na siebie. - Twierdzisz, że nie wiedziałaś o tym sejfie? - Absolutnie nie. - zaprzeczyła. Bruno westchnął ciężko. - Czyli Satoshi miał przed tobą jakieś tajemnice. - zauważył Kris. Na twarzy Katriny dostrzegli zawód. - Długo mieszkaliście razem? - Jakieś dwa lata. To nie ma nic do rzeczy. - rzekła rozczarowana. - Bez klucza tego nie otworzymy. - powiedziała Junga odkrywczo. - Nie do wiary. Jak na to wpadłaś? - rzekł Bruno ironicznie. Junga posłała mu gniewne spojrzenie. - Musi istnieć inny sposób. - Na filmach zamki otwierali spinkami do włosów. - powiedział Kirchent drapiąc się po głowie. Cały Bruno... Usłyszeli warkot silnika. Junga odchyliła żaluzje przy oknie i wyjrzała ukradkiem. Pod dom podjechała zielona Toyota Corolla. Kierowca opuścił szybę w samochodzie i wyjął pistolet. - Na ziemię! - krzyknęła. Kule zatańczyły po kuchni, jednak żadna nie trafiła do celu. Zdążyli upaść na podłogę. Po kilku sekundach strzały ucichły i Toyota odjechała. Kris wyściubił nos przez żaluzje i zapamiętał numery tablic rejestracyjnych samochodu. Katrina wstała z podłogi i otrzepała się ze szkła. Tyrese wypatrywał kolejnego zagrożenia. Przez kilka minut nikt nie odezwał się słowem. Komórka Bruna zadzwoniła. Wszyscy zwrócili swój wzrok na Kirchenta. Dzwoniła Miranda. - Halo? - Kiedy będziesz? - zapytała kuszącym głosem. Bruno zawahał się. - Niedługo. - odparł po chwili. W słuchawce przez moment nikt się nie odezwał. - Bruno? - Tak? - Kocham cię. - powiedział Miranda Hopkins i rozłączyła się. Kirchent spojrzał na wyświetlacz. Jego twarz przybrała kolor dojrzałego buraka. Nikt nie dociekał o co chodziło. Kris podszedł do ściany, na której znajdował się sejf. Przypatrzył mu się uważnie. - Gdybyśmy mieli pistolet, moglibyśmy przestrzelić zamek. - powiedział. Katrina pstryknęła palcami. - Znam osobę, która może nam pomóc. - powiedziała. Bruno przysunął szafkę ze zlewem do ściany i wyszli z mieszkania. Tyrese bacznie rozglądał się na boki. Czysto. - Pojadę z Jungą do Kenshina. Handluje bronią na przedmieściach. - rzekła Katrina. - Pojedziemy z wami. Katrina pokręciła głową. - Kenshin handluje nielegalnie. Sprzedaje broń tylko zaufanym osobom. - Mamy rozumieć, że jesteś jedną z tych zaufanych osób? - rzekł Bruno podejrzliwie. - W pewnym sensie tak. - odparła zmieszana. Miranda Hopkins ponownie wystukała numer. - Bezpośredni atak twojego człowieka nic nie dał. Bruno i reszta tej hołoty nadal żyje. - powiedziała oburzona. - Spokojnie. - odezwał się mechaniczny głos. - Kirchent jest nam potrzebny. Żywy. Inaczej nie zdobędziemy medalionu. Przez chwilę milczeli. - Wiesz co masz robić, Mirando, prawda? - Wiem. - rzekła i rozłączyła się. Chwyciła za torebkę. Schowała do niej dwa plastikowe woreczki i pistolet po czym opuściła hotel Xiao. Junga rozmieniła funty w pobliskim kantorze na jeny. Dała pieniądze Katrinie po czym skierowały się do starego, na pozór opuszczonego magazynu. Junga była młodsza od siostry o cztery lata. Ich dzieciństwa nie można było uznać za beztroskie. Wychowały się w Portugalii w niewielkiej wiosce. Ich rodzice początkowo byli bezrobotni i cała rodzina żyła na łasce obcych ludzi. Jednak z chwilą, gdy ich ojciec znalazł pracę, przy budowie mostów, sytuacja radykalnie się poprawiła. Siostry mogły się normalnie uczyć, zapomniały o głodzie i niedostatku. Pewnego dnia ich matka zażądała rozwodu. Sąd podzielił dzieci sprawiedliwie. Matce przyznano prawo do opieki nad Jungą. Katrina została z ojcem i wraz z nim przeprowadziła się do Tokio. Jednak ojciec nie mógł odnaleźć się w japońskiej metropolii, wpadł w nałogi, brał narkotyki. W końcu nie wytrzymał i popełnił samobójstwo. Junga z matką nie przybyły na jego pogrzeb. Mieszkali w Londynie, matka wynajęła dom, który z czasem stał się ich własnością. Gdy Junga miała osiemnaście lat jej matka zmarła na raka płuc. Katriny nie było na pogrzebie. Siostra Jungi zapukała w okienko i po chwili z drzwi wyłonił się wątły mężczyzna o szpiczastej brodzie. Był wyraźnie zaskoczony ich obecnością. - Katrina? Co ty tutaj robisz? - rzekł ze zdziwieniem. Junga była zaskoczona, że Kenshin znał angielski. - Potrzebuję kilka zabawek z twojego sklepu. - odparła wpychając się do środka. Junga podążyła za nią. W środku panował jeden wielki chaos. Po podłodze walały się puszki po coli, stare gazety i puste paczki po chipsach. W powietrzu unosił się odór dymu papierosowego, którego Junga szczerze nienawidziła. - Potrzebuję broni. Jakichś pistoletów. - rzekła Katrina. - Zobaczę co mam na stanie. - odparł Kenshin i poszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Katrina znała go ze szkoły średniej. Ostatni raz widzieli się jedenaście lat temu na rozdaniu dyplomów absolwentów. Od tamtej pory nie zobaczyła go ani razu. Aż do dzisiaj. Po krótkiej chwili wrócił z bronią w ręku. - To jest glock. Na razie nie mam nic lepszego. Towar załatwię dopiero w przyszłym tygodniu. - powiedział wręczając jej pistolet. Katrina przyjrzała mu się uważnie. - Masz tego więcej? - spytała. Kenshin skinął głową. - Wezmę cztery sztuki. Junga zmarszczyła brwi. - Po co ci aż cztery pistolety? - zapytała zdziwiona, a jednocześnie lekko przerażona. - Dla bezpieczeństwa. W końcu jest nas czwórka, nie? - Ja tego nie wezmę. - odmówiła. - Obiecałaś pomóc, prawda? Nie chcę, żeby przeze mnie komuś z nas stała się krzywda. Junga zamilkła. Kenshin zawinął pistolety w brązowy papier i podał Katrinie. Zapłaciła mu, po czym pożegnały się i opuściły magazyn. Bruno poszedł do swojego pokoju, który dzielił z Mirandą. Hopkins nie było w środku. Zadzwonił do niej, jednak nie odebrała. Kirchent usiadł na łóżku i spróbował jeszcze raz. Zero reakcji. Tyrese wybrał numer Jessie. Ta odebrała po jednym sygnale. - Jak tam wakacje, kochany? - zapytała pięknym, kobiecym głosem. - Chciałbym, żeby to były wakacje. - odparł po chwili. - Gdzie jesteś? - W Tokio. - Bardzo śmieszne. - Mówię prawdę. Jessie zamilkła na moment. - Jess? - Tak? - Tęsknię za tobą. - Ja za tobą też. Kiedy wracasz? - Postaram się wrócić jak najszybciej. - To wiele wyjaśnia. Zaśmiał się. - Kocham cię. - Wiem. - rzekła ochrypłym głosem. Jessie odkaszlnęła. - Przeziębiłaś się? - spytał. - Troszeczkę. - Uważaj na siebie. - Zawsze uważam. Do pokoju wszedł Bruno. Po jego twarzy błąkał się grymas rozczarowania. - Muszę kończyć. Zadzwonię później. - powiedział Kris do słuchawki i rozłączył się. Tyrese przysiadł się do stołu. - Widzę stary, że masz jakiś problem. Zamiast odpowiedzi usłyszał głośne westchnienie. - Co cię gryzie? - Miranda mnie gryzie. Jak pirania, która obżera cię co do kosteczki. Kapujesz? Kris skinął głową. Nie rozumiał. - Powiedziała, że mnie kocha. - powiedział z wyrzutem Kirchent. Kris zrobił minę sceptyka w stylu Jeffa. Bruna wcale to nie rozbawiło. - I co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał Tyrese. Bruno wzruszył ramionami. - Najpierw musisz odpowiedzieć sobie, czy ty coś do niej czujesz. - Chyba ją kocham. - Chyba? - Raczej tak. - Zdecyduj się w końcu. Bruno zawahał się. - Kocham ją. Kris skinął głową. - Mam rozumieć, że wyleczyłeś się z homoseksualizmu? - Nie. Tyrese nie takiej odpowiedzi oczekiwał. - Jak to? - Nigdy nie byłem i nie jestem gejem. Kris przewrócił oczami. Już kompletnie nie wiedział o co mu chodzi. - Sam mówiłeś, że... - Nigdy nie powiedziałem, że jestem gejem. - urwał mu Kirchent lekko podnosząc głos. - Mów do mnie wielkimi literami, bo nie potrafię cię zrozumieć. - Mówiłem ci, że spałem z Jeffem, to fakt. Ale to nie oznacza, że jestem gejem. Tyrese powoli dostawał drgawek. Ostatnio miewał wrażenie, jakby znał swojego przyjaciela od wczoraj. - W takim razie powiedz mi, co według ciebie oznacza seks z mężczyzną? - powiedział zakładając ręce na krzyż. - Żeby być gejem trzeba się z tym urodzić. Przypomnij sobie moje wszystkie związki z kobietami. "Sporo tego", pomyślał Kris. - W szkole średniej była Katie, z którą chodziłeś cztery miesiące. Później Elizabeth, którą rzuciłeś po sześciu dniach. Następnie dwutygodniowy związek z Clarą i dwa dni z Caroline. Potem krótki romans z Kelly Croft, który zakończył się tragedią, no i dotarliśmy do Mirandy. - wyrecytował. Sam się zdziwił, że jakimś cudem udało mu się to wszystko ogarnąć i zapamiętać. - Zapomniałeś o Lilly i Victorii. - zauważył. - Ach, rzeczywiście. - Wiesz co to oznacza? Tyrese skinął głową. - Nie jesteś gejem, tylko biseksualistą. Bruno pstryknął palcami. - Właśnie. Kris nie chciał dłużej drążyć tego tematu. Odczuwał silne mdłości i zniesmaczenie. Miranda Hopkins pojechała taksówką do domu Katriny Lorenz. - Proszę chwileczkę na mnie zaczekać, zaraz wracam. - powiedziała Miranda do taksówkarza. Weszła do jej mieszkania i odsunęła szafkę ze zlewem. Wyjęła klucz z torebki i przekręcił go w zamku sejfu. Schowała w nim pistolet i dwa plastikowe woreczki z białym proszkiem. Zamknęła sejf i pobiegła do taksówki. - Hotel Xiao. - rzekła i po chwili odjechali. Junga wykręciła numer Krisa. - Spotkajmy się w domu Katriny. - rzuciła i rozłączyła się. Długie rozmowy przez telefon to specjalność Jungi. Ech... Siostry Lorenz zamówiły taksówkę i pojechały do mieszkania Katriny. Jak tak dalej pójdzie, to taksówkarze zbiją na nas fortunę, pomyślały siostry. Bruna i Krisa jeszcze nie było, więc weszły do środka. Junga podeszła do szafki ze zlewem. - Chwileczkę, czy Bruno czasem nie przestawił szafki na pierwotne miejsce? - zauważyła wyraźnie akcentując dwa ostatnie wyrazy. Katrina skinęła głową. - Widocznie ktoś obcy odwiedził moje mieszkanie. I musiał wiedzieć o sejfie. - powiedziała. Niedobrze... - Trzeba przestrzelić zamek. - rzekła Junga zakładając ręce na krzyż i po chwili dodała: - Umiesz posługiwać się bronią? - Nie. - odparła szybko. - Poczekajmy na chłopaków. Junga wyczyściła krzesło ze szkieł i usiadła. Katrina zrobiła to samo. - Wiesz, nigdy nie przypuszczałam, że będę bawić się w detektywa. - powiedziała Katrina. Junga nie odpowiedziała. - Zawsze chciałam wieść spokojne życie. Mieć wspaniałego męża, dzieci, ogromny dom z wielkim ogrodem, sad z kwitnącym drzewami wiśni. Tymczasem okazuje się, że otrzymałam jedynie ułamek tego, o czym zawsze marzyłam. Mam narzeczonego, który zaginął, córkę porwaną przez bandytów i zdemolowany dom. Powiedz mi, siostrzyczko, dlaczego Bóg jest taki niesprawiedliwy? Dobrzy ludzie cierpią, a źli, pozbawieni uczuć bandyci cieszą się z tej krzywdy. Czym sobie na to zasłużyłam? Czy naprawdę jestem aż tak okropna, że nie zasługuję na lepszy żywot? Junga dalej milczała wpatrując się w podłogę wyłożoną błękitnymi kafelkami. - Na miłość boską, za trzy tygodnie ja i Satoshi mieliśmy się pobrać. - ciągnęła. - Nie mogę uwierzyć, że muszę przechodzić przez to piekło. Jednak wiem, że sobie poradzę. Obiecałam to sobie i dotrzymam obietnicy. Odnajdę Satoshiego i Rachel. Weźmiemy ślub i wyprawimy wspaniałe wesele. Satoshi specjalnie zaciągnął kredyt w banku, by ta uroczystość była dla nas niezapomnianym przeżyciem. Katrina mówiła bardzo energicznie. Była zdeterminowana i gotowa stawić czoła wszystkiemu, co stanie jej na drodze w odszukaniu najbliższych osób. - Katrino, wiem, że jest ci bardzo ciężko, jednak trzeba myśleć racjonalnie. Jestem twoją siostrą, Kris i Bruno twoimi przyjaciółmi. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo, z czego doskonale zdajesz sobie sprawę. Kocham cię, nie tylko dlatego że jesteś moją siostrą, ale za to, że walczysz o to, co w życiu liczy się najbardziej. W oku Katriny zakręciła się łza. Podeszła do Jungi i mocno ją uścisnęła. - Dziękuję. - szepnęła Jundze do ucha. Przed dom podjechała taksówka. Kris i Bruno wysiedli z niej i skierowali się do mieszkania. - Długo czekaliście? - spytał Tyrese rozglądając się po kuchni. Junga pokręciła głową. - Gdy tu przyszliśmy, szafka była odsunięta. - zawiadomiła ich Katrina. - Jak to? - zdziwił się Bruno. - Ktoś tutaj był. Ktoś, kto wiedział o sejfie. Kirchent zaklął po niemiecku. - Macie broń? - zapytał gniewnie. Katrina wyciągnęła cztery glocki. Podała każdemu po jednym. Wzięli je bez słowa. Bruno podszedł do sejfu i wycelował w zamek. Ręka mu drżała. Nigdy nie trzymał w dłoni prawdziwego pistoletu. Huk nie był głośny. Zamek rozleciał się w drobny mak, a drzwiczki uchyliły się. Kirchent chciał zajrzeć do środka lecz Kris go powstrzymał. - Nie warto zostawiać swoich odcisków palców. - powiedział rozglądając się po kuchni. Wziął papierową serwetkę z blatu i ostrożnie odchylił drzwiczki nieco szerzej. Sięgnął ręką do środka. Wszyscy czekali w napięciu. Gdy Katrina zobaczyła, co Tyrese wyciągnął z sejfu, serce podeszło jej do gardła.
8
Miranda wybiła numer na klawiaturze telefonu i wcisnęła zieloną słuchawkę. - Zrobiłaś to, o co cię poprosiłem? - zapytał mechaniczny głos. - Tak. Pistolet i narkotyki włożyłam do sejfu, tak jak kazałeś. - odparła zadowolona. - Mam nadzieję, że zachowałaś należytą ostrożność. Miranda zawahała się. - Mirando? - Tak, oczywiście. Nie ma żadnych dowodów mojej obecności w domu Katriny Lorenz. - Fantastycznie. Imponujesz mi, Mirando. - Dziękuję. - Przyjedź do mnie w nocy. Odbierzesz pierwszą część nagrody i otrzymasz dalsze wskazówki. - powiedział mechaniczny głos. - Jak sobie życzysz. - powiedziała Miranda i rozłączyła się. Katrina stała nieruchomo przez kilka sekund. Nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. - Wygląda na to, że Satoshi prowadził podwójną grę. - powiedział Kris i zapytał: - Wiedziałaś o tym, Katrino? Przecząco pokręciła głową. - Nie mam pojęcia, skąd te narkotyki wzięły się w moim domu. Milczeli przez chwilę. Junga nerwowo krążyła po niewielkiej kuchni. Kris położył pistolet i plastikowe woreczki na kuchennym blacie. Bruno nie wiedząc co ze sobą zrobić, wyszedł na podwórze. Junga przyjrzała się pistoletowi, który znajdował się w sejfie. - Ta broń to glock. Taki sam jakimi my dysponujemy. - zauważyła. Kris skinął głową na znak zgody. - Czy Satoshi miał jakichś wrogów? - zapytał Katrinę. - Nigdy mi o tym nie mówił. Wspominałam już, nie miał przyjaciół, a co dopiero wrogów. - Czasami łatwiej jest się do kogoś zrazić, niż zaprzyjaźnić. - zauważyła Junga. Katrina wzruszyła ramionami. Bruno wrócił do mieszkania. Jego komórka wydała z siebie piskliwy dźwięk. Po chwili wahania zerknął na wyświetlacz. - Numer zastrzeżony. - powiedział. - Odbierz. - rzekła Junga. - Halo? Odezwał się bezbarwny, mechaniczny głos. - Szakal nie śpi, dobrze o tym wiesz, Bruno. - Do jasnej cholery, czy nie mógłbyś choć raz powiedzieć czegoś oryginalniejszego? - krzyknął do słuchawki Kirchent. - Oszczędzaj siły, Bruno. Czeka cię ciężka noc. Połączenie zostało przerwane. Bruno cisnął telefonem o ścianę. O dziwo, komórka nie rozpadła się na części pierwsze. - Bruno, denerwujesz się. Powoli wpadasz w furię. Podejmujesz nieprzemyślane decyzje. Właśnie o to chodzi tym ludziom. Nie możemy dać się zastraszyć. - powiedziała Junga uderzając pięścią w stół. "Nie możemy dać się zastraszyć". Łatwo powiedzieć. Nosuke Toryama siedział w swoim apartamencie znajdującym się na przedmieściach Tokio. Wsadził papierosa do ust i mocno się zaciągnął. Powoli wypuścił chmurę siwego dymu. - Jak myślisz, ile warte jest twoje życie? - zapytał skutego łańcuchami Satoshiego Mokito. Satoshi wisiał nagi i posiniaczony na ścianie, skrępowany dybami, z ledwością oddychał. Z rozciętego łuku brwiowego sączyła się krew, która obficie spływała po jego twarzy. - Powiem ci, Satoshi. - ciągnął Nosuke. - Twoje życie jest gówno warte. Za to Rachel będzie dla mnie kopalnią pieniędzy, moją przepustką do luksusu. Gdy padło imię córki Mokita, Satoshi zaczął się wiercić i podrygiwać. Muskularny Japończyk podszedł do niego i zadał mu mocny cios metalową rurą. Słychać było chrzęst łamanych kości. Co najmniej dwa żebra Satoshiego zostały złamane. Mokito przeraźliwie zawył z bólu i zaczął łapczywie łykać powietrze. Japończyk przymierzył się do następnego ciosu, lecz Nosuke go powstrzymał. - Wystarczy, Akira. Musimy go mieć żywego. Muskularny Japończyk ukłonił się i posłusznie odszedł pod ścianę. Ból był nie do zniesienia. Satoshi pomyślał o córce. Ona była najważniejsza. Rachel i Katrina były całym jego życiem. Gdyby stracił którąś z nich, byłby gotowy zabić każdego, by dopaść oprawcę. Jednak teraz nie miał siły wydusić z siebie słowa.
Kris ostrożnie chwycił torebeczkę z białym proszkiem, otworzył ją i powąchał, jednak nic nie poczuł. - Nie jestem znawcą, ale myślę, że to naprawdę są narkotyki. - stwierdził. Odkrywcze... - Satoshi skrywał przed tobą wiele tajemnic, Katrino. Musimy go jak najszybciej odnaleźć. On jest kluczem do tej sprawy. - powiedziała Junga spoglądając na podziurawione szafki. Niektóre kule utkwiły w drewnie, część łusek leżała na blacie i podłodze. - Nie mam pojęcia gdzie szukać. - powiedziała Katrina spuszczając głowę. Telefon Jungi zagrał ładnym, melodyjnym tonem. Połączenie prywatne. Odebrała, po czym szybko włączyła tryb głośnomówiący, by wszyscy mogli słyszeć rozmowę. - Halo? - rzekła niepewnie Junga. - Witam, panno Lorenz. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. - powiedział lodowaty, mechaniczny głos, który już doskonale znali. - Gdzie jest Rachel, draniu! - krzyknęła Katrina wyrywając Jundze komórkę z dłoni. Mechaniczny głos zaśmiał się. - Niech się pani nie martwi. Rachel jest cała i zdrowa. I będzie, oczywiście jeżeli uiścicie drobną opłatę. - Ile? - zapytała nerwowo. - Dziesięć milionów jenów. - Co? - Chyba, że chce pani, żeby Rachel do końca życia została kaleką. Jakie to przykre, dziecko bez nóżek. - zadrwił. - Nie mam tyle pieniędzy. - Uuuu... Pani nie. Ale kochana siostrzyczka i jej przyjaciele z pewnością mają odłożoną sporą sumkę na kontach. Katrina spojrzała na Jungę. Co robić? - Kim wy, do diabła, jesteście? - Po co te nerwy? Myślę, że z pewnością dojdziemy do porozumienia. Mechaniczny głos rozłączył się. Kris spojrzał na Bruna jakby szukał na jego twarzy jakiegoś racjonalnego rozwiązania. Niczego się nie doszukał. - Jedno jest pewne. Nie zapłacimy okupu. - powiedział Kirchent. Katrina spojrzała na niego z zawodem. - Jak to? - wycedziła. - No dobra. Zapłacimy. I co wtedy? Nie mamy pewności, czy ten popapraniec dotrzyma słowa i odzyskamy Satoshiego i Rachel. - powiedział Bruno wymachując rękoma. Miał rację. - Więc co zrobimy? - spytała Junga. - Satoshi zdaje się być kluczem do rozwiązania całego tego zamieszania. Może popytamy ludzi z jego pracy? Katrina powiedziała, że ostatnio dziwnie się zachowywał, być może oni znają powód jego roztargnienia. Sprawdzimy też miejsca, w których przebywał i przeszukamy jeszcze raz dom, może odnajdzie się więcej ukrytych sejfów. Kris skinął głową. - Pojedźmy do hotelu. Tam zastanowimy się jak dalej ruszyć tę sprawę. - oznajmił Kirchent. Reszta przytaknęła na znak aprobaty. - Co z tym? - zapytała Katrina wskazując palcem na torebeczki z narkotykami. - Musimy zabrać to ze sobą. - powiedział Tyrese pakując woreczki i glocka do papierowej torebki. Satoshiemu kręciło się w głowie. Chłód przeszywał jego poranione ciało. Krew sącząca się z rozciętego łuku brwiowego spływała mu do prawego oka. "Czy jeszcze kiedyś zobaczę córkę? Czy dane mi będzie choć raz poczuć ciepło dłoni Katriny?", myślał, jednak ból nie pozwalał mu się na niczym skupić. Nosuke Toryama, zwany Szakalem, podszedł do Mokito i uderzył do pięścią w twarz. Nie był to mocny cios w porównaniu z bólem połamanych żeber. - Źle wyglądasz, przyjacielu. - powiedział Toryama z udawanym współczuciem. - Wal się. - wycedził Mokito przez zęby. Szakal udał oburzenie. - Nieładnie, nieładnie. - Chcę zobaczyć moją córkę! - zażądał podnosząc głos. Kosztowało go to utratę reszty sił. - Zobaczysz ją. Obiecuję. - powiedział Nosuke. W oczach Satoshiego pojawiła się nadzieja. - Zobaczysz ją. - powtórzył i po chwili dodał: - W przyszłym świecie. Mokito zaczął miotać się ze wściekłości, jednak ból nasilił się tak bardzo, że musiał sobie odpuścić. Szakal odwrócił się i podszedł do muskularnego Japończyka. Powiedział mu kilka słów do ucha, jednak Mokito ich nie zrozumiał. Akira ukłonił się Toryamie i wyszedł. Po chwili wrócił z sekatorem w ręku. - Wyślemy pannie Lorenz mały prezent. - rzekł i roześmiał się głośno. Akira rozwarł ostrza sekatora. Na ten widok Satoshi cicho jęknął, jednak było już za późno. Duży palec lewej stopy leżał bezwładnie w kałuży krwi.
Bruno zastał Mirandę w pokoju numer sto trzydzieści siedem. Leżała na łóżku i czytała jakąś książkę. Kirchent usiadł obok niej. - Nie wiedziałem, że lubisz czytać książki. - powiedział unosząc gęste brwi. - Jeszcze wiele rzeczy o mnie nie wiesz. - odparła uśmiechając się lekko. - Na przykład? - Na przykład, że jestem największą fanką Wenta Millera. - Wenta Millera? - Taki aktor. Grał główną rolę w "Skazanym na śmierć". - Aha. Bruno nie kojarzył ani serialu, ani aktora. Telewizja była mu zupełnie obca. - Muszę z tobą porozmawiać. Miranda usiadła obok niego. - Słucham cię uważnie. - Czy to co mi powiedziałaś przez telefon to... - ...prawda. - dokończyła za niego. - Co mam przez to rozumieć? Hopkins udała zdziwioną. - Przez to, że cię kocham? Kirchent skinął głową. - Hmm... Zastanówmy się... Może pragnę odbudować nasz związek? - Czyli wybaczyłaś mi zdradę? - Tak. - Cieszę się. - Tylko tyle? - rzuciła Miranda zawiedziona. - Czego oczekujesz? - Wolałabym usłyszeć "Ja też cię kocham", albo "Pragnę zacząć wszystko od nowa". Bruno uśmiechnął się. - Dobrze więc. Ja również cię kocham i myślę, że powinniśmy spróbować jeszcze raz. - powiedział Kirchent chwytając jej dłoń. Miranda pocałowała go w usta z taką czułością, że Kirchent poczuł się jak w niebie.
Kris, Junga i Katrina siedzieli w swoim pokoju i jedli obiad. Tyrese zajadał się futo maki, tym razem z dodatkiem wasabi. - Daj spróbować. - powiedziała Junga wyrywając mu pałeczki z ręki. Zatopiła jedną porcję w wasabi i włożyła do ust. - Ostrożnie, to jest... Tyrese nie dokończył. Twarz Jungi przybrała brunatny odcień. Katrina wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem. Junga chwyciła za szklankę i łapczywie łykała wodę. - Co za świństwo! - powiedziała oburzona i po chwili zapytała: - Co to jest? Kris zaśmiał się. - Dać ci przepis? - spytał ironicznie. Junga obrzuciła go gniewnym spojrzeniem. - Lepiej mi powiedz jakie składniki są w tym twoim futo maki, bo poczułam się, jakbym jadła surową rybę. - Składniki? Hmm... - udał zamyślonego. - Rzeczywiście, jest tu surowa ryba. Oprócz tego są jeszcze pałeczki krabowe i ryż, wszystko zawinięte w jadalne wodorosty morskie nori. Junga przyglądała się Krisowi z obrzydzeniem. Straciła apetyt na resztę dnia. Katrina z trudem powstrzymała rechot. Tyrese wytarł usta chusteczką i wstał od stołu. - Pójdę po Bruna. - oznajmił i poszedł do sąsiedniego pokoju. Wszedł bez pukania. Ujrzał Kirchenta i Mirandę Hopkins leżących w łóżku z naciągniętą kołdrą po same szyje. - Do ciężkiej cholery, nie wiesz, że przed wejściem do cudzego pokoju należy zapukać? - warknął Bruno gniewnie. Tyrese uśmiechnął się. - Chciałem cię poinformować, że zaraz odbędzie się ważne zebranie, na którym twoja obecność jest absolutnie obowiązkowa. - wyrecytował Kris. - Idź już. Zaraz przyjdę. Tyrese wyszedł. Miranda, w przeciwieństwie do Bruna nie była zakłopotana całą sytuacją. Zdawało się, że czerpała satysfakcję z całej tej sytuacji. Kirchent ubrał się z prędkością światła, pocałował Mirandę w policzek i pobiegł na zebranie. - I wtedy ja wchodzę i... O! Jest nasz przyjaciel. - rzekł Kris uśmiechając się szyderczo. Kirchent posłał mu gniewne spojrzenie i usiadł przy stole. Zmienili temat. - Katrino, powiedz mi, gdzie Satoshi zazwyczaj przebywał, gdy nie było go w domu i nie pracował? - zapytał Tyrese, przewodniczący zebrania. - W małym barze "Akane", niedaleko naszego domu. To porządny lokal, nieraz Satoshi mnie tam zabierał na tańce. Kris skinął głową. - Trzeba to sprawdzić. Myślę, że powinniśmy się rozdzielić. - Co proponujesz? - Katrina pojedzie do "Akane". Bywała już tam, więc zdobędzie więcej informacji. Bruno popyta redaktorów w "Tokio Press". Dowie się co sądzą o nim pozostali pracownicy. Junga porozmawia z tym facetem od nielegalnej broni. Być może Satoshi kupił od niego glocka, którego znaleźliśmy w sejfie. Ja poszperam w Internecie. Może znajdę coś o tym całym Szakalu. Wszyscy skinęli głowami na znak aprobaty. - Jest szesnaście po ósmej. Myślę, że dzisiaj już nic nie załatwimy. Zaczniemy jutro z samego rana. - powiedział Kris. Nie zdawał sobie sprawy, że kilka następnych dni przewrócą jego życie do góry nogami.
9 Miranda Hopkins sprawdziła, czy Bruno śpi. Ubrała się i po cichu wymknęła się z pokoju. Zjechała windą na dół, po czym wyszła z hotelu Xiao. Zielona Toyota czekała na nią przed budynkiem. Otworzyła drzwiczki samochodu i usiadła z tyłu. - Dobry wieczór, Akira. - powitała Miranda kierowcę. - Witaj, Mirando. - odpowiedział i po chwili ruszyli. Nie zdawali sobie sprawy, że Bruno jechał tuż za nimi. Bruno nie spał. Kiedy zauważył, że Miranda uwalnia się z jego objęć i wstaje z łóżka, udał, że chrapie. Gdy wyszła z pokoju, Kirchent szybko włożył na siebie dresy i poszedł za nią. Zamówił taksówkę, po czym zbiegł na dół po schodach. Zobaczył jak Miranda wsiada do zielonej Toyoty. Serce zabiło mu mocniej. Taksówka już na niego czekała. - Gdzie pana zawieźć? - zapytał taksówkarz. - Proszę jechać za tą Toyotą. - odparł Bruno. Kierowca wiedział, że to niezgodne z prawem, ale studolarowy banknot go przekonał. Jechali dobre pół godziny. Tokio nocą wygląda jak jedna wielka choinka. Niemal każdy budynek oświetlony był kolorowymi banerami, telebimami, neonami, podświetlanymi nazwami sklepów i różnymi logami. Żadne z dotychczas odwiedzonych przez Kirchenta miast nie mogło równać się z magią stolicy Japonii. Choć cały czas starał się skupić swój wzrok na Toyocie, nie mógł oprzeć się, by od czasu zerknąć na wspaniałe zabytki, mistyczną Świątynię Meiji, Park Yoyogi, czy też Teatr Kabuki. Zielona Toyota zatrzymała się przed starym magazynem. Zobaczył, jak Miranda z jakimś mięśniakiem znikają za drzwiami baraku. Bruno zapłacił taksówkarzowi i wysiadł cicho zamykając drzwiczki samochodu. Na palcach podszedł do zarośli rosnących przy magazynie i schował się za krzakiem. Nosuke Toryama powitał Mirandę czułym pocałunkiem w usta. - Nareszcie jesteś, kotku. - powiedział mechanicznym głosem zdzierając z niej bluzkę. - Czekałam na tę chwilę cały dzień. - rzekła podekscytowana. Nienaturalnie umięśniony Japończyk stał pod ścianą i przyglądał się Mirandzie i Toryamie. - Nie widzisz, że jesteśmy zajęci? Wynoś się! - krzyknął Nosuke do Akiry. Bruno zaczaił się pod niewielkie, brudne okienko. Rozejrzał się dookoła po czym stanął na palcach i zerknął do środka. Zobaczył jak jakiś facet podchodzi do Mirandy i całuje ją. Ona się nie opierała. Kirchentowi pękło serce. "Dlaczego mi to robi?", zapytał sam siebie. Patrzył dalej. On zdzierał z niej ubranie, ona z niego. Kochali się na jakiejś starej, dziurawej kanapie. Bruno oderwał wzrok. Nie mógł na to dłużej patrzeć. W jego sercu płonęła nienawiść. "Może ten facet ją do tego zmusił?", pomyślał. Kogo ty chcesz oszukać, Bruno? Gdyby nie robiła tego z własnej woli, na pewno postawiłaby jakiś opór. A tymczasem Miranda z wielką przyjemnością uprawiała z nim seks. Ze środka magazynu dobiegały odgłosy pojękiwania i sapania. Kirchent nie mógł tego znieść. Poczuł, że ktoś klepnął go po plecach. Poczuł tylko przeraźliwy ból. Chwilę po tym zapadła ciemność. Miranda leżała na starej kanapie. Obok niej siedział Szakal palący papierosa. - Jesteś boska, kochanie. - powiedział Nosuke zaciągając się papierosem. - Ty też, kowboju. - przyznała Hopkins. Szakal roześmiał się. - Kowboju? - Taa... Wolałbyś, żebym nazywała cię Warchlakiem? Frontowe drzwi otworzyły się. Do magazynu wszedł muskularny Japończyk, ciągnący za sobą mężczyznę. - Co to, do cholery, ma znaczyć? - powiedział Toryama podrywając się z kanapy. Nie przejmował się tym, że stał nagi jak święty turecki. Miranda szukała wzrokiem czegoś, czym mogłaby się zakryć, jednak nic nie znalazła. - Znalazłem go przed magazynem. Facet szpiegował. - oznajmił Japończyk. Nosuke przyjrzał mu się uważnie. - Proszę, proszę. Bruno Kirchent we własnej osobie. - rzekł Szakal z zadowoleniem i po chwili dodał: - Sakai, zakuj go w dyby. Niech powisi sobie obok przyjaciela. Rano Kris poszedł do pokoju numer sto trzydzieści siedem, by obudzić Bruna. Zdziwił się, gdy w pomieszczeniu nie zastał nikogo. Zadzwonił do Kirchenta, lecz miał wyłączoną komórkę. Nagrał mu się na pocztę głosową i wróci do swojego pokoju. - Bruno znowu gdzieś wybył. - oznajmił kręcąc głową. - Pytałeś Mirandę, gdzie poszedł? - zapytał Junga. - Jej też nie ma w pokoju. Junga westchnęła głośno. - Oby znowu nie wpakował się w jakieś kłopoty. - rzekła.
Po śniadaniu Katrina pojechała do klubu "Akane" mieszczącego się dwie przecznice od jej domu. Lokal był bardzo zadbany. Przychodzili do niego jedynie porządne osoby, uczciwe i kulturalne. Akane nie było miejscem spotkań pijaków, ćpunów czy zboczeńców. Katrina czasem przychodziła do niego z Satoshim potańczyć lub zabawić się na karaoke. Rozejrzała się po lokalu. Po lewej stronie od wejścia stała scena, na której często grały małe zespoły młodzieżowe, które nigdy nie miały pomysłu jak wspiąć się po szczeblach wielkiej kariery muzycznej. Tutaj poznała Satoshiego. Grał w jednym z takich zespołów bez przyszłości. Nazywali się "Arimasen", co po przetłumaczeniu oznaczało "Szpinak". Nazwa zespołu była beznadziejna, jednak nie to obchodziło Katrinę. Zauroczył ją młody wokalista, o wspaniałym rockowym głosie. Przychodziła na każdy jego występ, zapraszała przyjaciółki ze szkoły, by zobaczyły jaki jest wspaniały. Satoshi zauważył, że Katrina jest jego wierną fanką. Pewnego dnia zaprosił ją na randkę do ekskluzywnej restauracji "Di Romana". Tam pocałowali się po raz pierwszy i odtąd stali się nierozłączni. Zamieszkali razem w domu Katriny Lorenz. Zespół pochłaniał Satoshiemu Mokito bardzo dużo czasu, jednak Katrina nie miała mu tego za złe. Chodził z nim na wszystkie próby, była na jego każdym koncercie w Akane. Jednak pewnego dnia perkusista zespołu "Arimasen" otrzymał propozycję grania w innym zespole rockowym, który był już sławny w Tokio. Nie wahał się ani chwili i dołączył do "Japan Band". Zespół Satoshiego przez długi czas szukał innego perkusisty, jednak nikt się nie odpowiedział na liczne ogłoszenia. W końcu "Arimasen" zakończył swoją działalność. Mokito bardzo to przeżył, jednak Katrina dzielnie podtrzymywała go na duchu. Satoshi po pewnym czasie zapomniał o zespole i zdobył pracę w redakcji "Tokio Press". Sześć lat później Katrina urodziła mu śliczną córeczkę i postanowili się pobrać. Teraz Satoshi zniknął. Ślub miał się odbyć za trzy tygodnie, a on nie daje żadnego znaku życia. "Złożyłam obietnicę. Dotrzymam jej. Nic nie jest w stanie zrujnować mi życia", pomyślała Katrina. Za każdym razem, kiedy wspominała wspaniałe chwile spędzone ze swym narzeczonym, ich pierwszy pocałunek, roześmianą twarz Rachel, determinowała się tak bardzo, że wydawało jej się, że mogłaby góry przenosić. Katrina ostatni raz była w Akane miesiąc temu. Mokito zabrał ją na karaoke, które wspólnie zwyciężyli w konkursie najlepiej śpiewającej pary. Katrina wiedziała, że wygrali dzięki wspaniałemu wokalowi Satoshiego. Ona sama fałszowała niemiłosiernie. Podeszła do dobrze znanego jej barmana. Ten wycierał szklanki białą ścierką. - Witaj, Kazuki. - przywitała go z uśmiechem na twarzy. - Dzień dobry, Katrino. Długo nas nie odwiedzałaś. - stwierdził barman odstawiając szklankę na stół. Rzucił ścierkę w kąt i zapytał: - Co mogę dla ciebie zrobić? - Mam do ciebie kilka pytań. Kazuki skinął głową. Był szczupłym, kościstym mężczyzną o krótkich blond włosach i niebieskich oczach. - Czy Satoshi bywał tu ostatnio? - zapytała. - Czyżbyś przeprowadzała małżeńskie śledztwo? - Jeszcze się nie pobraliśmy. - Aha. Napijesz się czegoś? - zaproponował. - Nie, dziękuję. Odpowiesz mi na pytanie? - ponagliła. Barman zastanowił się. - Satoshi dość często tu bywał. Ostatnio widziałem go tu dwa, może trzy dni temu. Katrina spodziewała się takiej odpowiedzi. - Przychodził sam? - Nie. Zawsze widziałem go z trzema facetami. Zazwyczaj siadali tam. - powiedział Kazuki wskazując na stolik przy oknie. - Wiesz o czym rozmawiali? Kazuki zmarszczył brwi. - Nie mam pojęcia. Zawsze stoję przy barze. Oni siedzieli na drugim końcu lokalu. - Rozumiem. Czy Satoshi zachowywał się jakoś dziwnie? - To zależy co masz na myśli mówiąc "dziwnie". - Czy kłócił się z tymi facetami, podnosił głos, albo coś podobnego? Kazuki zawahał się. Nalał coli do szklanki i podał Katrinie. - Kiedy tutaj przychodzili, zawsze zachowywali się kulturalnie. Nie przeklinali, odnosili się życzliwie do pozostałych klientów lokalu. Jednak ostatnim razem Satoshi mocno się z nimi pokłócił. Krzyczał i przeklinał. W pewnym momencie chciał nawet uderzyć jednego z tych facetów. Katrina upiła łyk coli i wstała. - Dziękuję ci, Kazuki. Okazałeś się bardzo pomocny. Junga pojechała do redakcji "Tokio Press" - jednego z największych dzienników w stolicy Japonii. Budynek był ogromny. Wielki, potężny biurowiec wyróżniał się spośród mniejszych sklepów i lokalów. Junga weszła do środka. Podeszła do recepcjonistki. - Chciałabym zobaczyć się z redaktorem naczelnym "Tokio Press". - powiedziała Lorenz. - Czy była pani umówiona? - Nie. - W takim razie proszę przyjść, gdy w terminarzu spotkań pana Takawy będzie figurowało pani nazwisko. Junga zawahała się. Po chwili namysłu powiedziała: - Jestem przedstawicielką agencji reklamowej. Pan Takawa podpisał z nami kontrakt, jednak wystąpiły pewne błędy, przez które redakcja może mieć poważne kłopoty. - skłamała Junga. Sekretarka zauważyła napięcie na jej twarzy. - Poproszę o jakiś dokument potwierdzający pani działalność w agencji reklamowej. Junga zacisnęła zęby. Sięgnęła do portfela i wyciągnęła platynową kartę współwłaściciela Agencji Reklamowej JKB. Podała ją recepcjonistce. Ta bacznie się jej przyjrzała i powiedziała: - W porządku. Może pani iść. Pan Takawa jest w swoim gabinecie na szóstym piętrze. Junga odetchnęła z ulgą. Odebrała platynową kartę i weszła do windy. Wjechała na szóste piętro po czym skierowała się do gabinetu Takawy. Na drzwiach przywieszona była tabliczka: Jakura Takawa, Redaktor Naczelny
Zapukała do drzwi i nie czekając na "proszę" weszła do biura. Takawa siedział na fotelu z nosem utkwionym w monitorze. Był gruby, a jego twarz przypominała pysk buldoga. Jego skośne oczy przykrywały fałdy tłuszczu. - Kim pani jest? - zapytał lekko gniewnym tonem. - Nazywam się Katrina Lorenz. Jestem narzeczoną Satoshiego Mokito. Pracuje u was. - skłamała. - Może mu pani przekazać, że został zwolniony. - Przyszłam porozmawiać o tej sprawie. Mój narzeczony zaginął. Jakura Takawa zmarszczył czoło, które pokrywały małe fałdki. - Proszę usiąść. - powiedział wskazując na krzesło stojące przy stole. Junga zgodziła się. - Twierdzi pani, że Mokito zaginął? Junga podszywająca się pod Katrinę skinęła głową. - Chciałabym się dowiedzieć, czy w ciągu ostatnich kilku dni zachowanie Satoshiego wzbudziło w panu niepokój. Takawa poprawił się na fotelu i położył tłuste łapsko na brzuch przypominającym bęben perkusyjny. - Oooo tak. - odpowiedział kiwając głową. Po chwili dodał: - Mokito od pewnego czasu był nieobecny. Chodził zamyślony, mogę nawet stwierdzić, że był roztrzęsiony. Nie wypełniał należycie swoich obowiązków. Raz nawet wylał kawę na klawiaturę jednego z redaktorów, który pracował nad ważnym materiałem. - Zaniepokoił się pan jego wpadkami? - Oczywiście. Zawsze był dobrym gońcem. Punktualnie zjawiał się w pracy, był wesoły i serdeczny. Redaktorzy wprost go uwielbiali. Od czterech dni nie ma go w pracy. Nie zawiadomił mnie o niczym, więc postanowiłem go zwolnić. - Dziękuję, to wszystko, co chciałam wiedzieć. - rzekła Junga i uścisnęła grubą dłoń Takawy, po czym wyszła z jego biura. Kris ponownie wybrał numer Bruna, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Pojechał taksówką do domu Katriny. Zszedł do piwnicy i jeszcze raz przeszukał kartony z rupieciami. Z dna jednego z nich wydobył pałeczki do perkusji. Tyrese przypomniał sobie, jak uczył się gry na tym instrumencie. Zawsze chciał mieć swój zespół muzyczny. Wyobrażał sobie koncerty w wielkich halach przed kilkunastotysięczną publicznością. Wszystkie światła skierowane na niego. Siedzi za bębnami i daje z siebie wszystko. Odgonił od siebie wspomnienia i zabrał się za drugie pudło. Wyciągnął mały albumik i przetarł go z zalegającego na nim kurzu. Obejrzał wszystkie zdjęcia. Przedstawiały one młodzieżowy zespół szalejący na niewielkiej scenie. Wyjął jedno ze zdjęć i obrócił je w ręku. Na odwrocie było napisane: Zespół Młodzieżowy "Arimasen". Skład zespołu: Satoshi Mokito - Wokal Stan Mizuki - Gitara elektryczna Naguro Hinata - Gitara basowa Hanoi Torama - Perkusja Tyrese uśmiechnął się i schował zdjęcie do kieszeni. Przeszukał resztę starych pudeł, jednak nic nie znalazł.
Bruno ocknął się obolały. Głowa mu pulsowała. Czuł, jak chłód łaskocze jego ciało. Otworzył oczy i spojrzał w dół. Wisiał całkiem nagi, skuty dybami w morderczym uścisku. Rozejrzał się na w prawo, następnie obrócił głowę w lewo. Obok niego w identycznej pozycji wisiał dobrze zbudowany Japończyk. Na widok siniaków, krwawiących ran, braku palca u lewej stopy i nienaturalnie ułożonych żeber skrzywił się ze wstrętu. Czy jego czeka to samo? Przyjrzał się twarzy nieprzytomnego Japończyka. Satoshi Mokito... Kris poszedł do pobliskiej kawiarenki internetowej. Zajął jedno z prawie czterdziestu stanowisk komputerowych i połączył się z Internetem. W wyszukiwarce Google wpisał "Arimasen". Na monitorze wyskoczyły dwie strony internetowe. Na jednej z nich zamieszczone były przepisy na wspaniałe sałatki ze szpinakiem. Może kiedyś Tyrese je wypróbuje, jednak w tym momencie nie tego poszukiwał. Kliknął na łącze z drugą stroną. Na ekranie pokazało się duże zdjęcie zespołu i kilka linijek tekstu. Zespół "Arimasen" powstał dwanaście lat temu w Tokio. Grupa gra fantastyczną muzykę rockową, przy której nie sposób oderwać się od parkietu. Zespół tworzą: Satoshi Mokito "Wilk" - Wokal Stan Mizuki "Dingo" - Gitara elektryczna Naguro Hinata "Lampart" - Gitara basowa Hanoi Torama "Szakal" - Perkusja.
Krisowi serce zabiło mocniej. Z trudem oddychał. Spojrzał na datę ostatniego uaktualnienia strony. Siedemnastego lipca 1992 roku. Zapisał stronę na dyskietce i opuścił kawiarenkę. Junga zamówiła taksówkę i pojechała na przedmieścia. Zapukała do starego magazynu. Po chwili Kenshin otworzył jej blaszane drzwi. - Muszę z tobą porozmawiać. - powiedziała wpychając się do środka. - O co chodzi? - zapytał. Junga wyjęła z kieszeni zdjęcie Satoshiego i podała je Kenshinowi. - Czy ten człowiek kupował od ciebie broń? Kenshin pokręcił głową. - Jesteś pewien? Przypatrz się uważnie. - Jestem pewien. - rzekł oddając Jundze fotografię. Skinęła głową. - Powiedz mi, czy handlujesz narkotykami? Kenshin oburzył się. - Żartujesz sobie? Nigdy nie miałem kontaktu z żadnymi prochami! - Powiedz mi, czy oprócz ciebie ktoś jeszcze handluje nielegalną bronią? Mężczyzna prychnął. - Tokio to ogromne miasto. Tutaj spotkać osobę taką jak ja to żadna sztuka. Junga podeszła do drzwi. - Dziękuję za informację. - powiedziała i wyszła. - Nie sądziłem, że zaszczycisz nas swoją obecnością, Bruno. - powiedział Nosuke Toryama swoim zimnym, mechanicznym głosem. - Pieprz się! - warknął Kirchent próbując uwolnić się z niewoli łańcuchów. - Po co te nerwy? Myślę, że dojdziemy do porozumienia. - oznajmił szyderczo. Z sąsiedniego pomieszczenia wyszła Miranda. Bruno poderwał głowę do góry. Hopkins stanęła obok Szakala i objęła go. - Mirando, dlaczego? Dlaczego mi to robisz? - wyszeptał Kirchent rozpaczliwie. Miranda nie odpowiedziała. Stanęła przed Szakalem i długo go całowała. W oczach Bruna zapłonęła nienawiść. Szczera, gorąca jak lawa nienawiść. Nie mógł tego znieść. Spojrzał na Satoshiego. Wisiał bezwiednie skuty dybami. Prawdopodobnie już nigdy się nie obudzi. - Widzisz, Bruno, kiedy masz górę forsy, posiadasz coś, czego nie można określić słowami. Masz władzę! Panujesz nad wszystkim, górujesz nad innymi! - wykrzyczał Toryama i dodał: - Mam potęgę. Mogę mieć wszystko, czego zapragnę. Dom na Karaibach, służących, kobiety. - Ciebie, Mirando też kupił za swoje brudne, śmierdzące pieniądze? - zapytał Bruno. Hopkins nie odpowiedziała. Zachowała kamienną twarz. - Zamknij się. - ostrzegł do Nosuke. Ale Kirchent wcale nie miał zamiaru milczeć. - Pamiętasz Mirando wczorajsze popołudnie? Ja nigdy go nie zapomnę. Byłaś taka rozpalona. Taka namiętna. Muszę przyznać, że w łóżku żadna ci nie dorówna. - rzekł. - O czym on gada? - zapytał Szakal gniewnie spoglądając na Mirandę. Ta przestraszona wzruszyła ramionami. Bruno kontynuował. - To było coś niezwykłego. Szkoda, że już nigdy tego nie przeżyję. Ciekawe, czy swojemu kochasiowi też dawałaś taką rozkosz. W Szakalu zagotowało się. Poczerwieniał i zaciskał pięści. Kirchent osiągnął zamierzony cel. - O czym on, do diabła gada? - powtórzył. - Szakal, to nie tak, ja... Nie dokończyła. Nosuke uderzył ją pięścią w twarz. Miranda zalała się krwią. Umięśniony Japończyk podszedł do niej i chwycił ją za nogę. Przeciągnął ją przez pomieszczenie i wywlókł do drugiego pokoju. - Możesz się z nią pobawić, Sakai. - powiedział Toryama. Przez chwilę słychać było krzyki i odgłosy walki. Po chwili nastała momentalna cisza, którą zwieńczył huk wystrzału. Kirchenta to nie ruszyło. Wręcz przeciwnie. Był z tego zadowolony. Przysiągł sobie, że już nigdy nie zaufa żadnej kobiecie.
10 Kris, Junga i Katrina spotkali się w hotelu. Bruno i Miranda nie zjawili się. Usiedli przy stole. Katrina zaczęła mówić. - Byłam w lokalu "Akane". Rozmawiałam z barmanem. Powiedział mi, że Satoshi często tam bywał w towarzystwie trzech facetów. Podczas ich ostatniego spotkania, które miało miejsce dwa lub trzy dni temu, Satoshi mocno się z nimi pokłócił. Kris skinął głową. Spojrzał na Jungę dając jej do zrozumienia, żeby mówiła. - Odwiedziłam redaktora naczelnego "Tokio Press". Twierdzi, że Satoshi ostatnio bardzo się zmienił. Był nieobecny, chodził z głową w chmurach. Takawę to zaniepokoiło, a gdy Satoshi od kilku dni nie pojawiał się w pracy, zwolnił go. - W jaki sposób udało ci się nakłonić portierkę do rozmowy z Takawą? Z tego co wiem, jest bardzo cięta na nagłe spotkania. - powiedziała Katrina. - Gdy weszłam do redakcji, podałam się za przedstawicielkę agencji reklamowej. Powiedziałam, że dziennik zawarł kontrakt z moją firmą i że wystąpiły w nim pewne błędy. Gdy już rozmawiałam z Takawą, podszyłam się pod ciebie, Katrino. Inaczej naczelny nic by mi nie powiedział. Kris pokiwał głową na znak uznania. Junga Lorenz, mistrzyni blefu... - To jeszcze nie wszystko. - ciągnęła Junga. - Byłam u tego handlarza bronią. Twierdzi, że Satoshi nigdy nie kupił od niego żadnej broni. Zapytałam go też, czy przypadkiem nie sprzedaje narkotyków, jednak definitywnie zaprzeczył. - Świetnie się spisałyście. - pochwalił je Tyrese. - Powiedz mi, Katrino, co wiesz o zespole Satoshiego? Katrina streściła mu najważniejsze fakty. - Twierdzisz, że perkusista odszedł z "Arimasen", bo otrzymał propozycję kontraktu z "Japan Band"? - Tak. - Katrino, czy wiedziałaś, że członkowie zespołu posługują się pseudonimami? Pokręciła głową. - Satoshi miał ksywkę "Wilk". Nigdy ci o tym nie mówił? - Nie. Kris skinął głową. - Ten perkusista, przez którego rozpadł się "Arimasen" miał przydomek "Szakal". Katrinie serce podeszło do gardła. - Skąd to wiesz? - wykrztusiła. Tyrese wyjął dyskietkę z portfela. - Wszystko jest zapisane na tym dysku. Możesz sprawdzić. Nie miała zamiaru. Była w szoku. Kris wstał od stołu i rzekł: - Pójdę jeszcze trochę poszperać w Internecie. - A my? - zapytała Junga. - Zostańcie w hotelu. Gdyby dzwonił ten popapraniec, nagrajcie rozmowę. - powiedział i wyszedł. Satoshi Mokito przebudził się. Jęczał z bólu. Bruno nie dziwił mu się. Spojrzał na Kirchenta i uśmiechnął się lekko. - Widzę, że nie jestem sam. - powiedział łamaną angielszczyzną. - Wyciągnę nas stąd, Satoshi. - szepnął. - Ratuj moją córkę. - rzekł po czym jego głowa bezwładnie opadła na lewe ramię. Tyrese siedział w hotelowej kawiarence, w której za darmo udostępniony był Internet. Wywołał wyszukiwarkę i wpisał "Hanoi Torama". Wyskoczyło mnóstwo różnych stron na jego temat. Jednak jedna z nich zainteresowała go szczególnie. "Hanoi Torama, perkusista "Japan Band" podejrzany o bestialskie zamordowanie kilkutygodniowego dziecka" Kliknął na witrynę. Była to oficjalna strona dziennika "Tokio Press". Czytał fragment artykułu z otwartymi ustami. "Hanoi Torama po skandalu związanym z wysuniętym aktem oskarżenia o zamordowanie kilkutygodniowego dziecka został wyrzucony z zespołu "Japan Band". Menadżer grupy tłumaczy tę decyzję: - Nie chcemy, by nasz zespół kojarzył się z bestialstwem i dzieciobójstwem. Proces odbędzie się na sali sądowej w gmachu Głównego Zarządu Sądownictwa Tokio. Sędzią prowadzącym rozprawę będzie Asakawa Saotome, słynąca z wydawania surowych wyroków. Kris przetarł oczy i kliknął na link łączący z kolejnym archiwalnym numerem "Tokio Press" "Sensacja! Hanoi Torama został uniewinniony ze wszystkich postawionych mu zarzutów, mimo, że prokuratura dysponowała niezbitymi dowodami! Decyzja sędziny jest bardzo kontrowersyjna." Kris wydrukował dwa artykuły na hotelowej drukarce i pobiegł na górę, do pokoju numer sto trzydzieści osiem. Junga i Katrina siedziały na łóżkach. Tyrese wpadł jak szalony do pomieszczenia i podał siostrom wydruki. Junga przeczytała artykuły. - Po co to całe zamieszanie? - spytała zdziwiona. - Zobacz, kto podpisał się jako autor tekstów. - powiedział zdyszany Kris. Katrina jęknęła. Autorem tych tekstów był Satoshi Mokito. Junga popędziła do redakcji "Tokio Press". Nie zwracając uwagi na recepcjonistkę i ochroniarzy, wsiadła do windy i wjechała na trzecie piętro. Zapukała po czym weszła do gabinetu redaktora naczelnego. - Mam do pana jeszcze jedno pytanie. - powiedziała Junga siadając na krześle. - Dobrze, jednak muszę panią uprzedzić, że za chwilę mam ważne spotkanie. - To zajmie tylko minutkę. - zapewniła go. Takawa skinął głową. - Czy Satoshi Mokito pisał jakieś artykuły do "Tokio Press"? - Tak. Czasem dawałem mu takie dodatkowe zajęcie, gdy któryś z redaktorów zachorował. - odparł. - Rozumiem. Czy Satoshi był autorem reportażów dotyczących rozprawy Hanoi Toramy? Takawa zastanowił się przez chwilę i powiedział: - Tak. Dzięki temu artykułowi sprzedaliśmy nasz dziennik w rekordowej liczbie egzemplarzy. Junga uśmiechnęła się. - Dziękuję panu za poświęcony mi czas. - rzekła. Do pokoju numer sto trzydzieści osiem zapukał kurier. Katrina podeszła do drzwi i odebrała paczkę. - Jak myślisz, co to może być? - zapytała z ciekawością. Kris wzruszył ramionami. Katrina zerwała papier dekoracyjny z kartonu i zdjęła pokrywę. Gdy zerknęła do środka, upuściła pudełko. Na podłodze leżał ucięty palec. - Podnieca cię to? Wpatrywanie się w nasze skrępowane, nagie ciała? - zapytał Bruno gniewnie. Toryama roześmiał się. - Mnie nie. Ale mojego przyjaciela, tak. - Przyjaciela? - Raczej ochroniarza. - Zapłacisz za to, Nosuke. - warknął Kirchent. Szakal podszedł do niego i uderzył go w brzuch. Z płuc Bruna ze świstem uszło powietrze. - Nigdy nie mów do mnie takim tonem. - wyszeptał Szakal. - To ci się nie uda, Nosuke. Prędzej czy później moi przyjaciele cię odnajdą i wymierzą sprawiedliwość. Toryama ponownie wybuchł śmiechem podobnym do świńskiego kaszlu. - Wiesz co? Twoi przyjaciele są tyle samo warci co krowie, śmierdzące gówno. Mam władzę, rozumiesz? Mogę kontrolować wszystko! - krzyknął z podnieceniem. - Hitler też tak myślał. Skończysz tak jak on. Albo jeszcze gorzej. Szakal chwycił krocze Bruna i mocno ścisnął. Kirchentowi oczy wyszły z orbit. - Jesteś beznadziejny, Bruno. Swoje porównania schowaj głęboko do kieszeni i zostaw dla siebie. Do pokoju weszła Junga. Spojrzała na Katrinę stojącą nad uciętym palcem z zakrytą dłońmi twarzą. - Co to, do diabła, jest? - zapytała, jednak odpowiedź była oczywista. Tyrese wziął ręcznik z łazienki i włożył palec do pudełka, po czym zamknął pokrywę. Junga podeszła do siostry i objęła ją. - Dowiedziałaś się czegoś? - zapytał Kris ze spokojem. - Satoshi rzeczywiście napisał ten artykuł. Kris skinął głową. Poukładał w głowie wszystkie fakty. Junga dostaje telefon od porywaczy, że Rachel została uprowadzona. Żądają miliona jenów okupu. Następnym razem porywacze zażądali dziesięć razy więcej. Dlaczego? Satoshi otrzymywał telefony od Szakala. Spotykał się z tajemniczymi mężczyznami w lokalu Akane. Któregoś dnia owi mężczyźni przyszli do jego domu i porwali Rachel i Mokito. Kim byli ci faceci? W domu Katriny odkryli sejf, o którym ta nic nie wiedziała. Junga kupiła broń, dzięki której przestrzelili zamek w sejfie. Przedtem jednak zauważyli, że szafka ze zlewem jest odsunięta. W środku odnaleźli pistolet i narkotyki. Satoshi nie kupił pistoletu u Kenshina. Prawdopodobnie ktoś podłożył broń i narkotyki do sejfu. Ktoś, kto wiedział o nim i miał do niego klucz. Pytanie: kto? I po co? Mokito, gdy był nastolatkiem miał własny zespół rockowy. Wraz z odejściem perkusisty grupa rozpadła się. Członkowie zespołu posługiwali się pseudonimami. Perkusista Hanoi Torama nosił przydomek "Szakal". Był oskarżony o bestialskie zamordowanie kilkutygodniowego dziecka, jednak został uniewinniony, co wzbudziło kontrowersje wśród społeczeństwa. Czy porwanie Rachel było przypadkowe? Jaki związek z całą tą sprawą ma Kirchent? Zbyt wiele pytań, za mało odpowiedzi. Część zagadek została wyjaśnionych, jednak wiele faktów pozostaje niejasnych. Zbyt wiele. Kirchent czuł się źle. Zapach unoszącego się w powietrzu dymu papierosowego zawsze sprawiał, że miał mdłości. Nie inaczej było tym razem. Bruno zastanawiał się, czy kiedykolwiek jego przyjaciele wybawią go z opresji. Popełnił kolejny błąd, za który zapłaci najwyższą cenę. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Mógł przewidzieć, że Miranda coś ukrywa. Kolejny raz dał się nabrać. Postąpił nierozważnie ufając jej. Mógł przecież poprosić Krisa o pomoc, gdy podejrzewał, że coś jest nie tak. Teraz już za późno. Nie można podejmować pochopnych decyzji. Bruno kątem oka spojrzał na Satoshiego. Był pewien, że Mokito nie żyje. Wykrwawił się na śmierć. Uczucie, że przebywa w obecności martwego człowieka było okropne. Zapach krwi drażnił jego nozdrza.
Nosuke Toryama wstał z kanapy i zawołał Swojego podwładnego. O dziwo ten nie zjawił się na żądanie. - Sakai, głąbie, rozkazuję ci natychmiast do mnie przyjść! - wrzasnął Szakal. Podwładny nie odpowiedział. Wściekły Toryama podniósł się z kanapy i ruszył do sąsiedniego pomieszczenia. - Jak tylko go dorwę, to... - urwał zaskoczony. Na podłodze w kałuży krwi leżał jego ochroniarz, Sakai Nokamura. Szakal wbiegł na górę do pokoju, w którym więził porwane dzieci. Spojrzał do kołyski. Rachel zniknęła. Katrina siedziała na łóżku kiwając się raz do przodu, raz do tyłu jakby była w transie. Junga zataczała koła dreptając po drewnianej podłodze. Kris siedział przy stole i zajadał się futo maki z wasabi. - Jak możesz jeść w takiej chwili? - warknęła Katrina gniewnie. Tyrese tylko wzruszył ramionami i połknął kolejną porcję. - Może ten palec wcale nie należał do Satoshiego. - powiedziała Junga. - Chyba sama nie wierzysz w to co mówisz. - rzekła Katrina spoglądając na zegarek Była dwunasta szesnaście. - Co teraz? - spytała rozkładając ręce. - Musimy się dowiedzieć, jakim cudem broń i narkotyki znalazły się w sejfie. No i kto je podłożył. - oznajmił Kris wycierając usta serwetką. - Jesteś pewien, że ktoś chciał wrobić Satoshiego w posiadanie prochów? - To jedyne logiczne wytłumaczenie. - odparł i wstał od stołu. - Gdzie się wybierasz? - zapytała Junga zdziwiona. - Nie wiem. Będę kombinował. Samo nic się nie rozwiąże. - Może po prostu zapłaćmy ten okup i wszystko będzie dobrze? - rzuciła Katrina z nadzieją na aprobatę. - Nie ma mowy. Na twarzy Katriny pojawił się zawód. Podniosła się z łóżka i bez słowa wyszła. - Obraziła się? - zapytał Kris marszcząc brwi. Junga wzruszyła ramionami. Katrina Lorenz pojechała do lokalu Akane. Podeszła do baru i skinęła ręką na barmana. - Witam ponownie. - przywitał się Kazuki Kyoto. - Nalej mi sake. Tylko dużo. - powiedziała znużonym głosem podkreślając ostatnie zdanie. Barman wykonał polecenie i podał jej szklankę. - Coś nie tak? - spytał Kazuki. Katrina upiła łyk trunku. - Szkoda mówić. - odparła. - Jeżeli masz ochotę się wygadać, chętnie cię wysłucham. - zaproponował. Lorenz wzięła kolejny łyk. - Wiesz, mam siostrę, która opływa w gotówkę. Śpi na pieniądzach. Może mieć każdą bzdurę, którą sobie umyśli. - rzekła i dopiła sake. Skinęła ręką na znak, że chce jeszcze. - Nigdy nie udało mi się dorównać Jundze. Zawsze była lepsza ode mnie. - ciągnęła. - Gdy nasi rodzice rozwiedli się, sąd nas rozdzielił. Junga miała szczęście, że opiekę nad nią przyznano matce. Nigdy nie kochałam ojca. Codziennie pił i choć nigdy mnie nie uderzył, to winił mnie za swoje rozstanie z matką. Zamilkła na chwilę. - Junga jest szczęśliwa. Ma przyjaciół, wykształcenie, wspaniałą pracę i kupę forsy. Ja nie mam ani jednej z tych rzeczy. Ojciec zrujnował mi życie. Gdy poznałam Satoshiego, liczyłam, że moje życie będzie wspaniałe. Satoshi obiecywał, że jego zespół będzie sławny, że któregoś dnia wydadzą płytę i będziemy bogaci. Przez tego przeklętego perkusistę, moje marzenia legły w gruzach. - Pamiętam jak "Arimasen" grał na scenie tego lokalu. Byli świetni. Szkoda, że nikt ich nie zauważył. - Nieprawda. - powiedziała Katrina. - Jak to? - zapytał Kazuki zaskoczony. - "Arimasen" miał podpisać kontrakt z wytwórnią płytową. Satoshi wysyłał demo piosenek zespołu do różnych wytwórni. Jedna z nich zainteresowała się ich piosenką "Krwawy ląd". "Krwawy ląd" był naprawdę fantastycznym utworem. Satoshi śpiewał w niej o niewinnych ludziach cierpiących z powodu wojny, o okaleczonych dzieciach i przemocy. - Taaak... Ta piosenka była doskonała. - przyznał Kazuki. Katrina skinęła głową. - Satoshi zaprosił właścicieli wytwórni na koncert. Spodobał im się wspaniały wokal Satoshiego i styl zespołu. Kontrakt mieli w kieszeni. Jednak niespodziewanie perkusista otrzymał propozycję od innego zespołu "Japan Band". Oni już mieli cztery płyty, w tym jedna uzyskała status Platynowej. Założę się jednak, że menadżer "Japan Band" przekupił Toramę, co skłoniło go do odejścia z "Arimasen". Katrina była pijana. Plątał jej się język. - Gdy zespół rozpadł się, Satoshi wpadł w depresję. Jednak dzielnie podtrzymywałam go na duchu, dzięki czemu po pewnym czasie zapomniał o "Arimasen". Bardzo się kochaliśmy, wiesz? - powiedziała po czym wypiła resztkę sake. - Nalej jeszcze. - powiedziała przepitym głosem. - Nie wiem, czy to dobry pomysł. - powiedział Kazuki niepewnie. - Daj spokój. Po chwili wahania, Kyoto spełnił jej prośbę. Nasz klient, nasz pan. - Zawsze zazdrościłam siostrze. Kiedy masz pieniądze, czujesz, że masz władzę. W dzisiejszych czasach możesz kupić wszystko, nawet ludzi. Zamilkła. Po chwili zalała się łzami i powiedziała: - Kazuki, zrobiłam coś strasznego. Kris poszedł do hotelowej kawiarenki internetowej i wpisał adres fanowskiej strony zespołu "Arimasen". Sprawdził, kto jest właścicielem tej strony. Zapisał na kartce nazwisko i wyszedł z kawiarenki. Poszedł do pobliskiej budki telefonicznej. Wrzucił do niej kilka monet i wykręcił numer informacji. - Informacja adresowa, Tokio. W czym mogę pomóc? - zapytał cienki, kobiecy głos. - Poproszę adres pani Yuki Asakury. - Proszę chwileczkę poczekać. W słuchawce słychać było stukot klawiszy. - Jest tam pan? - Tak. - W naszej bazie danych figurują cztery osoby o personaliach Yuki Asakura. - Poproszę adresy ich wszystkich. Kris zanotował wszystkie adresy po czym rozłączył się.
Toryama podszedł do Bruna. Był wściekły. W jego oczach widniała chęć krwawej zemsty. - Obiecuję ci, nie wyjdziesz z tego żywy! - krzyknął okładając pięściami Bruna. Kirchent nie miał jak się bronić. Napiął wszystkie mięśnie, by złagodzić ból. Po kilku potężnych ciosach Nosuke podniósł krzesło i cisnął nim o ziemię. Przewrócił stół, po czym podniósł drewnianą nogę z roztrzaskanego krzesła. Zaczął okładać nią Bruna. Kirchent zacisnął zęby i starał się przyjmować ciosy. Ból był nie do zniesienia. Gdy Szakal opamiętał się, opadł zmęczony na kanapę. Bruno miał złamane żebro. - Zabiję tę sukę! Zamorduję! Umrze w męczarniach! - krzyczał Toryama. Junga siedziała w hotelowym w towarzystwie uciętego palca. Nie miała pojęcia co robić. Zamówiła sałatkę ze smażonej kapusty, po czym zadzwoniła do Bruna. Nie odebrał. Wykręciła numer Krisa. - Gdzie jesteś? - zapytała. - Muszę sprawdzić kilka miejsc. - odparł Tyrese. - To wiele wyjaśnia. - Później ci wszystko opowiem. - powiedział i rozłączył się. Wściekły Toryama wyłonił się z małego pomieszczenia z ręczną piłą w dłoni. Kirchent przeraził się. Zamknął oczy i czekał na wyrok. Nosuke ominął Bruna i podszedł do Mokito. - Ta szmata zapłaci, choćby miała dostać swojego kochasia w kawałkach. - powiedział odpiłowując pozostałe cztery palce u lewej stopy Satoshiego. Kirchent poczuł, jak pojedyncze krople krwi lądują na jego ciele. Nie czuł już strachu. Choć nie był pewien, czy wyjdzie z tego cało, wiedział, że Szakal odpłaci mu za wszystkie krzywdy. Jeżeli nie w tym, to w przyszłym świecie.
11
Kris pojechał taksówką pod pierwszy z zanotowanych adresów. Zapukał do drzwi. Otworzyła mu starsza, pomarszczona kobieta. - Słucham? Tyrese zawahał się przez chwilę. - Szukam pani Yuki Asakury. - Co? - spytała staruszka nadstawiając ucho. - Chciałbym porozmawiać z panią Yuki Asakurą. - powtórzył. - Mów człowieku trochę głośniej. Nic nie rozumiem z twojego szeptu. Kris przewrócił oczami. - Szukam Yuki Asakury! - powiedział, tym razem dużo głośniej. - Czego się drzesz, nie jestem głucha. - odparła starucha. W Krisie zagotowało się. - No więc? - ponaglił. - Co? - Czy zastałem panią Yuki Asakurę? - powiedział zaciskając zęby ze złości. - To ja. Tyrese zmarszczył brwi. - Czy prowadzi pani stronę internetową, związaną z nieistniejącym już zespołem "Arimasen"? - zapytał, choć sam nie wierzył, że ta kobieta jest osobą, której szuka. - Co? Poirytowany Kris machnął ręką i odszedł.
Junga siedziała przy stole i jadła obiad. Sałatka ze smażonej kapusty okazała się wyśmienitym daniem. Zastanawiała się, gdzie podział się Bruno. Pewnie znowu wpakował się w jakieś kłopoty. Mirandy również nie było. Może ta małpa kolejny raz wciągnęła Kirchenta w jakąś pułapkę. Junga nigdy jej nie lubiła i miała na jej temat wyrobioną opinię. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiła, Bruno zawsze miał jakieś kłopoty. Telefon Jungi zapiszczał. Poderwała się z krzesła i spojrzała na wyświetlacz. Numer zastrzeżony. - Halo? - rzekła niepewnie. - Dziesięć milionów jenów. - rzekł mechaniczny głos. Kolana ugięły się pod Jungą. Trzęsła się jak galaretka agrestowa. - Nie zapłacimy, rozumiesz? - ryknęła do słuchawki. - Zapłacicie. Nie macie wyboru. Chyba, że chcecie zobaczyć zwłoki waszego przyjaciela w porannych wiadomościach. Junga nie mogła wydusić z siebie słowa. Powoli dostawała palpitacji serca. - Dziesięć milionów jenów. Macie czas do jedenastej w nocy. Połączenie zostało przerwane. Kris skierował się pod drugi adres, zapisany na swojej liście. Jego oczom ukazała się ogromna posesja. Wielki dom z gigantycznym ogrodem można porównać do wspaniałego pałacu Tyresa, Jungi i Bruna. W ogrodzie pełnym przeróżnych kwiatów i roślin, było pełno sadzawek i oczek wodnych, wokół których rozciągały się pasma drzew wiśniowych. Fantastyczny widok. Kris podszedł do furtki i wcisnął przycisk na domofonie. - Z kim mam przyjemność? - zapytał gruby, męski głos. - Chciałbym porozmawiać z Yuki Asakurą. - Pańskie nazwisko? - Tyrese. W domofonie słychać było odgłos wertowanych kartek. - Z tego co mi wiadomo, nie był pan umówiony. - odparł po chwili mężczyzna. - Umówiony? - zapytał ze zdziwieniem Kris. - Tak. Żeby spotkać się z Yuki-kun należy wcześniej poprosić o spotkanie. Tyrese zawahał się. - Ta rozmowa jest da mnie bardzo ważna. Obiecuję, że nie zajmę wiele czasu. W domofonie słychać było westchnienie. - Dobrze, ale to musi być naprawdę ekspresowe spotkanie. - Obiecuję. - powtórzył. Wielka, mosiężna brama otworzyła się. Tyrese przeszedł przez ogród i skierował się do drzwi. Przy wejściu stał wysoki mężczyzna z kwadratową szczęką. Ubrany był w białą koszulę bez kołnierza i czarną kamizelkę. "Służący", pomyślał Kris. - Zaprowadzę pana do salonu. - rzekł Szczena. Kris podążył za nim. Gdy wszedł do salonu otworzył usta z zachwytu. Pomieszczenie było ogromne. Na środku stał wielki stół wykonany ze szlachetnego drewna. W ścianę wbudowany został kominek, którego obramowanie wysadzane było diamentami. Okna zdobiły fantastyczne witraże, a potężne kotary zasłaniały kilka z nich. - Proszę usiąść. Yuki-kun za chwilę przyjdzie. - rzekł lokaj wychodząc. Kris przyjrzał się obrazom wiszącym na ścianach. Było ich chyba ze dwadzieścia. Każdy przedstawiał jakąś scenę morderstwa i cierpienia. Na jednym z nich zarysowana była sylwetka postaci stojącej nad małym dzieckiem z nożem w ręku. Na widok tego obrazu Krisowi ciarki przeszły po plecach. Wyobraził sobie Szakala pastwiącego się nad małą, bezbronną Rachel. Drzwi salonu otworzyły się. Do pomieszczenia wszedł młodzieniec odziany w estetyczny garnitur z krawatem. - Ohayo gotsaimasu. - pokłonił się. Kris wstał i zrobił to samo. -Konnichwa. - Jestem Yuki Asakura. - przedstawił się chłopak. Yuki - imię dla chłopaka i dziewczyny. Brawo Japonia! - Kris Tyrese. - Co pana do mnie sprowadza? - spytał. - Chciałbym zapytać, czy interesowałeś się kiedyś zespołem "Arimasen"? Yuki zmarszczył brwi. - Szpinak? - spytał zdziwiony. - To dosłowne tłumaczenie. Chciałbym się dowiedzieć, czy jesteś autorem fanowskiej strony tego zespołu. Yuki pokręcił głową i powiedział: - Pierwszy raz słyszę o zespole o tak debilnej nazwie. Kris skinął głową i wstał. - Dziękuję za spotkanie. Roztrzęsiona Junga siedziała na łóżku. Ktoś zapukał do drzwi. Niepewnie podeszła do drzwi i otworzyła. - Przesyłka dla pani Katriny Lorenz. - powiedział kurier. Jundze serce podeszło do gardła. - Ja... Jestem jej... To znaczy jestem siostrą Katriny. Mogę odebrać paczkę. - wybełkotała Junga. Drżącą ręką podpisała potwierdzenie odbioru i zamknęła drzwi. Rzuciła paczkę na stół. Co robić? Chwyciła za telefon i trzęsącymi się palcami wybiła numer Krisa na klawiaturze. Odebrał po dwóch sygnałach. - Kris, natychmiast musisz przyjechać! - krzyknęła do słuchawki. - Co się stało? - To nie jest rozmowa na telefon. Musisz jak najszybciej wrócić do hotelu! - Będę za pięć minut. Bruno zasnął wisząc zakuty w dyby. Obudziło go mocne uderzenie w twarz. - Nie śpij, palancie! - wrzasnął Szakal. Kirchent błyskawicznie się ocucił. Był spragniony i zmęczony. Dokuczał mu głód. - Możesz mi powiedzieć, po jaką cholerę mnie tu ściągnąłeś? - zapytał. - Wcale cię nie ściągałem. Sam tu przylazłeś. Bruno zmarszczył brwi. Nosuke w pewnym sensie miał rację. - To chociaż z łaski swojej wyjaśnij mi, czego ode mnie chcesz! Szakal zaśmiał się. - Widzisz to? - spytał wskazując palcem na wielką gablotę z różnymi medalionami. Kirchent skinął głową. -To kolekcja medalionów przedstawiających różne sceny morderstw. Jest przekazywana w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. - Nie rozumiem jaki ma to związek ze mną. Toryama uśmiechnął się szyderczo. - Masz jeden medalion, który uzupełni moją kolekcje. Bruno przypomniał sobie o wisiorku, który kiedyś dostał od dziadka. - Czyli więzisz mnie tutaj, bo chcesz zdobyć egzemplarz, który jest w moim posiadaniu? - zapytał. Szakal skinął głową. - Ty gnoju, tyle zachodu i cierpienia tylko dlatego, że brakuje ci jednego głupiego wisiorka? Nosuke posłał mu gniewne spojrzenie. - Nie tylko dlatego. Twoi przyjaciele wkrótce się dowiedzą, że mam cię w garści. Właściwie to już zdają sobie z tego sprawę. Jak myślisz, ile jest warte dla nich twoje życie? - Wiesz co? Jesteś idiotą! Szakal podszedł do Bruna i uderzył go twarz.
Kris wpadł do pokoju jakby gonił go seryjny zabójca. Zobaczył Jungę siedzącą na łóżku zalaną łzami. - Co się dzieje? - zapytał szybko. Junga w odpowiedzi wskazała na paczkę. Tyrese podszedł do niej i w szaleńczym tempie zdarł papier ozdobny. Spojrzał na przerażoną Jungę. Zdjął pokrywkę i zmarszczył brwi. - Pączki? - rzekł zdziwiony. Junga nie mogła uwierzyć własnym oczom. W pudełku znajdowały się cztery, na pozór zwykłe pączki. - Tyle hałasu o pączki? Junga wzruszyła ramionami i przetarła łzy. - Dzwonił Szakal. - powiedziała cicho. Kris czekał, aż Junga rozwinie wypowiedź. - Mają Bruna. Tyrese skinął głową. - Ta idiotka za to zapłaci. - oznajmił gniewnie. - Powiedział, że mamy czas na zapłacenie okupu do jedenastej w nocy. Inaczej zabije Bruna. - rzekła częstując się pączkiem. Kris westchnął ciężko. - Mamy mało czasu. Musimy działać. - stwierdził. Junga odgryzła kęs. - Dobre te pączki. Spróbuj. - zachęcała. - Nie dziękuję. Nie mam apetytu. Odgryzła następny kęs. Nagle jej zęby utkwiły na czymś twardym. Zajrzała do środka pączka i zaczęła przeraźliwie krzyczeć . Rzuciła nim o ścianę i pobiegła do łazienki. Tyrese podniósł pączka. Zamiast nadzienia, w środku znajdował się ludzki palec. W jego głowie ukazał się przerażająca sylwetka okaleczonego przyjaciela. Miał już tego wszystkiego serdecznie dość. Katrina kompletnie pijana opuściła lokal Akane. Powietrze było suche i nieprzyjemne. Kręciło jej się w głowie. Miała ochotę wymiotować. Skierowała się na drugą stronę jezdni. Zachwiała się i przystanęła na moment, by odzyskać równowagę.W powietrzu rozległ się pisk hamujących opon i potężny huk. Katrina Lorenz przeleciała kilka metrów nad ziemią i upadła na asfalt. Z jej ust sączyła się krew. Kris przełamał resztę pączków. W każdym był jeden ludzki palec. Junga wyła jak syrena policyjna. - Kris, ja już nie mogę tego znieść! - krzyczała zrozpaczona. Tyrese przytulił ją mocno i pocałował w czoło. - Niedługo wszystko się wyjaśni. Obiecuję. - zapewnił ją. - Bruno zniknął. Katrina też nie daje znaku życia. - Nie martw się na zapas. - Łatwo ci powiedzieć. - rzekła i skierowała się do wyjścia. - Gdzie idziesz? - spytał zdziwiony. - Szukać mojej siostry. - odparła z determinacją. - Uważaj na siebie. Skinęła głową ocierając łzy i wyszła. Bruno z braku ciekawego zajęcia rozejrzał się wnikliwie po pomieszczeniu. Ściany starego magazynu ze wszystkich stron porośnięte były pleśnią. Kirchent już nawet przyzwyczaił się do odoru stęchlizny. Centralna część baraku była pusta. Przy jednej ze ścian niegdyś ustawiony był stół, teraz jednak leżał połamany na drewnianej podłodze. Stara kanapa lata swojej świetności miała już dawno za sobą, a półki i regał spowijały pajęcze sieci. Sufit podtrzymywany przez drewniane podpory sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał runąć. Na jego środku samotnie zwisała goła, energooszczędna żarówka dająca tyle światła, co marna świeczka. Jedyne co ratowało pomieszczenie od czeluści mroku to dwie lampy naftowe, które jakimś cudem lepiej oświetlały magazyn niż wspomniana żarówka. Ktoś wyraźnie oszczędzał na materiałach. Bruno zauważył schody pnące się ku górze. Nie miał pojęcia, co mogło znajdować się w wyższych partiach magazynu. Kris pojechał pod trzeci adres z listy. Znajdował się pod skromną chatką, z jeszcze bardziej skromnym ogrodem i krasnalem na podwórku. Otworzył skrzypiącą furtkę i skierował się do drzwi. Zapukał energicznie, lecz nie doczekał się żadnej reakcji. Spróbował ponownie. Nic. Obszedł dom dookoła i okazało się, że chatka ma dwa wejścia. Zapukał do tylnych drzwi. - Momencik. - usłyszał cichy głos nastolatki. Po minucie drzwi otworzyły się. - Kim pan jest? - zapytała kilkunastoletnia dziewczyna. Miała mokre włosy, na twarzy jakąś dziwną maź, która zapewne służyła jako maseczka korygująca zmarszczki. - Szukam pani Yuki Asakury. - powiedział niepewnie Tyrese. Dziewczyna zawahała się. - Proszę, niech pan wejdzie. - rzekła otwierając szerzej drzwi. Wystrój domu był staroświecki i niemodny. Przedpokój był tak ciasny, że dwie osoby mogłyby się z wielkim trudem wyminąć. Z pomieszczeniem, zapewne służący jako salon, wcale nie było lepiej. Na jego środku stał malutki stolik z dwoma krzesłami. Kris usiadł na jednym z nich. Chwiało się niemiłosiernie, przez co miał wrażenie, że zaraz runie z hukiem na ziemię. Korniki zrobiły swoje. - Napije się pan kawy? - zapytała życzliwie. Kris odmówił. W końcu nie przyszedł tu na dłuższe pogaduchy. - Przepraszam pana za mój wygląd, ale nie spodziewałam się gości. - Nic nie szkodzi. Dziewczyna przysiadła się do stolika. - A więc pani jest zapewne Yuki Asakura? - Nie. - Nie? - spytał zdziwiony. - Yuki to moja siostra. - odparła. - Więc gdzie mogę znaleźć pani siostrę? Dziewczyna zawahała się. W jej oczach Kris ujrzał smutek. - Nigdzie. - Nie rozumiem.- odparł mając wrażenie, że lepiej było zachować milczenie. - Moja siostra nie żyje od dwóch lat. Tyrese poczuł się głupio. Bez wątpienia sprawił jej przykrość. - Proszę wybaczyć, nie wiedziałem... - Nic nie szkodzi. - urwała mu. - W takim razie nie będę pani przeszkadzał. - rzekł wstając od stołu. - Ależ nie, niech pan zostanie. Może ja będę mogła pomóc. - Nie sądzę. Nie będę pani zawracał głowy. Oczy dziewczyny zeszkliły się. - Proszę chwilę zostać. Nikt mnie już dawno nie odwiedził. - powiedziała niemal błagalnym tonem. Tyrese nie wiedział co ma zrobić. Z jednej strony nie miał czasu na towarzyskie spotkania, jednak z drugiej... - No, dobrze. - uległ. Dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona. - Wspaniale. Pójdę tylko doprowadzić się do porządku i zaparzę kawy. - powiedziała wychodząc z pokoju. Świetnie. Bruno siedzi gdzieś zamknięty, a on będzie sobie plotkował w najlepsze. Nie ma co, wspaniały przyjaciel. Kris rozejrzał się po pokoiku. Drewniane okna zasłonięte zostały przez pożółkłe firanki i postrzępione kotary. Na ścianie wisiał jeden obraz przedstawiający martwą naturę. Kiść winogron, dwa jabłka, ananas i gruszka. To się nazywa sztuka... Na wyłożonej panelami podłodze leżał czerwony, wypłowiały dywan z poszarpanymi brzegami. Podłoga trzeszczała, w panelach można było dostrzec małe otworki. Raj dla korników. Dziewczyna weszła do saloniku z dwoma porcelanowymi kubkami w ręku. Kris wstał i odebrał od niej filiżanki. Oboje równocześnie usiedli. - Nieczęsto miewam gości. Nikt mnie nie odwiedza, nie mam rodziny. - powiedziała ze smutkiem. Tyrese upił łyk kawy. Była ohydna, ale nie chciał sprawiać dziewczynie przykrości wygłaszając swoje zdanie. - Och, jak mogłam być taka niekulturalna. Przecież się nie przedstawiłam. Jestem Yami Asakura. - Kris Tyrese. Bardzo mi miło. Yami uśmiechnęła się. - Wie pan, nie chciałabym zadręczać pana swoimi nudnym opowieściami, ale chciałabym powiedzieć coś o sobie. - rzekła niepewnie. - Chętnie pani wysłucham. - Mów mi Yami. - powiedziała z zadowoleniem. - Dobrze, Yami. Dziewczyna wyjęła paczkę papierosów i zapaliła jednego. - No więc, zastanawiasz się pewnie, dlaczego tak młoda dziewczyna jak ja mieszka sama na takim odludziu. Mogę mówić ci po imieniu, prawda? Kris skinął głową. Rzeczywiście, Yami była bardzo młoda. Do tego oszałamiająco piękna. Jej długie, blond włosy przypominały wodospad, którego nurt z zawrotną prędkością opada na skały. Zielone oczy świetnie komponowały się z jasną karnacją i wydatnymi kościami policzkowymi. Cerę miała gładką i błyszczącą. Nawet lekko szpiczasty nos nie psuł wspaniałego wrażenia, które oczarowało Krisa. - Mam zaledwie szesnaście lat, a już podjęłam dorosłe życie. W zasadzie usamodzielniłam się już dwa lata temu, gdy zginęła moja siostra. - powiedziała. Kris odnotował w pamięci, że Yami użyła słowa "zginęła", a nie "zmarła". - Po śmierci moich rodziców, to ona się mną zaopiekowała. Jednak pewnego dnia odeszła na zawsze i zostałam sama jak palec. Mimo to jakoś sobie radzę. Kris duszkiem wypił resztę kawy, by już dłużej nie męczyć się z jej paskudnym smakiem. - Możesz mi powiedzieć coś o twoich rodzicach? - poprosił Tyrese. - Moja matka nie była rodowitą Japonką. Urodziła się we Włoszech. Nie interesowała się nami, dbała tylko o siebie. Zawsze kupowała sobie najlepsze ciuchy i kosmetyki, tymczasem my musieliśmy chodzić w jakichś starych łachach. Ojciec był jeszcze gorszy. Codziennie przychodził do domu pijany i robił awantury. Znęcał się nad nami fizycznie i psychicznie. Prawie codziennie nas gwałcił. To było straszne. - oznajmiła Yami zakrywając twarz dłońmi. - Nie musisz o tym mówić, jeżeli sprawia ci to ból. - powiedział Kris ze współczuciem. - Nie! - odparła odrobinę za głośno. - Musze komuś o tym powiedzieć. - rzekła ocierając łzy i po chwili kontynuowała: - Pamiętam jak w nocy przychodził do nas zupełnie nagi. Rozbierał nas, kazał się dotykać w intymne miejsca, zmuszał nas do seksu. Gdy któraś z nas się sprzeciwiła, bił nas tak mocno, że nie zapomnę tego bólu do końca życia. Matka na to nie zwracała uwagi. Zawsze udawała, że nic takiego się nie dzieje. W rzeczywistości sama bała się ojca i nigdy mu się nie sprzeciwiała. Kris słuchał tych słów ze współczuciem. Ta dziewczyna przeszła w swoim życiu naprawdę dużo. Zbyt dużo. Przez rodziców straciła normalne dzieciństwo. Gdzie się podział autorytet matki i ojca? - Kiedy nasi rodzice zginęli, wcale tego nie żałowałyśmy. Wręcz przeciwnie, poczułyśmy ulgę. Kris odsunął od siebie porcelanową filiżankę i zapytał: - W jaki sposób zginęli wasi rodzice? Yami mówiła bez żadnego wahania. - Zastrzelono ich. Matka handlowała narkotykami, ojciec nielegalną bronią. Zakładam, że były to jakieś porachunki w branży. Tak czy inaczej nie cierpiałam z tego powodu. Kris skinął głową. Starał postawić się w sytuacji dziewczyny, jednak nie mógł sobie wyobrazić jej zmarnowanego dzieciństwa. Tragedia. - Dolać ci kawy? - zapytała. Tyrese pospiesznie pokręcił głową. - Tak myślałam. Moja kawa jest okropna. Kris nie odpowiedział. - Mam mówić dalej, czy już zanudziłam cię na śmierć? - Nie, bardzo ciekawią mnie twoje wyznania. - odparł. - Więc kiedy rodzice odeszli z tego świata miałam zaledwie dziewięć lat. Moja siostra pracowała, jednak nigdy mi nie powiedziała gdzie. Zawsze jak ją o to pytałam, to mówiła: "Ciesz się, że masz co do garnka włożyć". Unikała tego tematu jak ognia. Jednak pięć lat później Yuki została zamordowana. Podobnie jak rodzice, zginęła od kuli. - Policja ustaliła, kto zabił twoją siostrę? Yami zaśmiała się głośno. - Żartujesz? Kto by przejmował się takimi biedakami jak my, w dodatku na takim odludziu. Tyrese zmarszczył brwi. No tak, stróże prawa na pewno mają ciekawsze zajęcie niż pomaganie obywatelom. Nie ma co. - W wieku czternastu lat zostałam sama. Ale jakoś sobie radzę. Wystarcza mi na jedzenie, czasami nawet mogę pozwolić sobie na zakup jakiegoś kremu czy kosmetyku. Fakt, nie jest tego dużo, jednak głód mi nie dokucza. Kris poprawił się na krześle i skrzyżował ręce. - Powiedz mi, Yami, jaka była twoja siostra? - spytał delikatnym tonem. - Yuki bardzo się o mnie troszczyła. Szczerze mówiąc dbała bardziej o mnie niż o siebie. Gdy nastawały cięższe dni, potrafiła nic nie jeść, żebym tylko ja nie cierpiała z głodu. Czasami bywała surowa, ale bardzo ją kochałam. - Czy Yuki miała jakieś zainteresowania, albo hobby? - spytał z niecierpliwością oczekując odpowiedzi. - Tak. Yuki kochała muzykę. Gdy tylko mogła udawał się na koncerty zespołu "Arimasen". Wstęp zawsze był darmowy, więc czasami zabierała też mnie. Yuki uwielbiała ten zespół, stworzyła nawet własną stronę internetową na ich temat. Kris uśmiechnął się zadowolony. Udał się pod właściwy adres. Szkoda tylko, że właścicielka tej strony nie żyje. - Powiedz mi Yami, w jaki sposób zarabiasz na życie? - zapytał Tyrese opierając łokcie na stole. Dziewczyna zawahała się. Kris nie doczekał się odpowiedzi. - Powiedziałaś mi już bardzo dużo. Możesz powiedzieć i to. - oznajmił. - Naprawdę, nie mam ochoty o tym mówić. - rzekła. W oczach Yami pojawił się strach zmieszany ze wstydem. Wybuchowa mieszanka. - Dobrze, nie nalegam. Teraz pozwól, że ja ci powiem coś o sobie. - oznajmił Tyrese i rozpoczął długą opowieść związaną z wydarzeniami z ostatnich trzech dni.
12
Junga Lorenz wyruszyła na poszukiwania swojej siostry. Nie miała pojęcia, gdzie szukać. Obawiała się, że Katrina zrobiła coś głupiego i bezmyślnego. Pojechała do lokalu Akane. Weszła do środka i skierowała się do baru. - Coś podać? - zapytał barman Kazuki. - Tak. Potrzebuję informacji. Kazuki zmarszczył brwi. - W czym mogę pani pomóc? - Czy w ciągu ostatnich dwóch godzin była tutaj moja siostra? - Bardzo panią przepraszam, ale czy mogłaby pani podać swoje nazwisko? No tak... - Junga Lorenz. Moja siostra ma na imię Katrina. Barman stanął jak wryty. - Coś nie tak? - spytała zdziwiona. - Jakąś godzinę temu karetka zabrała pani siostrę do szpitala. Kolana ugięły się pod Jungą. - Gdzie? Do jakiego szpitala? Co ty, do diabła, gadasz! - krzyczała zdezorientowana. - Nie wiem do jakiego szpitala. - odparł Kazuki wzruszając ramionami. Przeczuwała, że coś jest nie tak. Jednak zareagowała zbyt późno. O wiele za późno. - Jak nazywa się najbliższy szpital? - rzuciła pospiesznie. - Szpital imienia Hiwatariego, ale nie jestem pewien, czy... Nie dokończył. Junga Lorenz była już przy drzwiach lokalu. Nosuke Toryama wbiegł do największego pomieszczenia w magazynie, wściekły jak wygłodniały rekin. Rozwalał wszystko, co stanęło mu na drodze. Z resztek czegoś, co kiedyś służyło jako krzesło zostały marne zgliszcza. To samo stało się z przewróconym stołem. Szakal niczym opętany przez demoniczne siły, obracał w pył co tylko się dało. Chwycił drugie, jeszcze nie uszkodzone krzesło i cisnął nim o ścianę z półkami. Te, na których stały lampy naftowe runęły z hukiem na ziemię. Bruno usłyszał brzdęk tłuczonego szkła. Po chwili wszystkie drewniane przedmioty pokryły potężne języki ognia. Nosuke widząc co uczynił, wybiegł z magazynu frontowymi drzwiami. Kirchent był w pułapce. Ogień zajmował drewnianą podłogę w błyskawicznym tempie. Gęsty dym boleśnie łaskotał jego płuca. Krztusił się, kaszlał, prychał desperacko szukając choć garstki czystego powietrza. Bezskutecznie. Kątem oka spojrzał na Satoshiego Mokito. Nie żył, to już było pewne. Ale co z nim? Spłonie żywcem w tym marnym, obskurnym magazynie. Powieki powoli opadały mu na oczy. Zobaczył jak ogień nieubłaganie zbliża się w jego stronę. Po chwili zapadła ciemność.
Kris streścił wszystkie najważniejsze fakty. Yami słuchała go w wielkim skupieniu nie przerywając nawet na sekundę. Powiedział jej o telefonach, o zespole, porwaniach, poszukiwaniach i o Szakalu. Nagle Yami poderwała się z krzesła. - O Boże! - wykrzyknęła zakrywając dłonią usta. - Co? - spytał zdziwiony Tyrese. - Chyba wiem, gdzie może znajdować się twój przyjaciel. Krisa zamurowało. - Nie mam wyboru. Muszę ci o tym powiedzieć. - O czym, do jasnej cholery? - spytał złowrogim tonem. - Pytałeś, w jaki sposób zarabiam na życie. Tyrese skinął głową. - Jestem prostytutką. Kris otworzył usta ze zdziwienia. Dziewczyna była notorycznie gwałcona w dzieciństwie, a teraz oddaje się za pieniądze. Pięknie. - Nie rozumiem tylko, jaki ma to związek z Brunem. - Może nie wyraziłam się jasno. - odparła i po chwili dodała: - Nie stoję na ulicy jak inne dziewczyny. Mam jednego, stałego klienta, który mi płaci za moje usługi. Na twarzy Krisa pojawiło się nie tyle zaskoczenie, co przerażenie. - Tym klientem jest... - ...Hanoi Torama - dokończyła za niego Yami. Junga popędziła do szpitala. Wpadła do recepcji, jakby goniło ją stado wściekłych wilków. - Czy przywieziono tutaj Katrinę Lorenz? - zapytała zasapana. - Czy jest pani kimś z rodziny? - Jestem jej siostrą. - odparła pospiesznie. - Pani Lorenz ma właśnie poważną operację. Po tej wiadomości padła na ziemię nieprzytomna niczym marionetka, której lalkarz odciął wszystkie sznurki. - Gdzie jedziemy? - zapytał Kris pospiesznie. - Do kryjówki tego palanta. Boże, jaka ja była, głupia. - powiedziała Yami zakrywając twarz dłońmi. Tyrese przytulił ją. Sięgnął ręką za pasek od spodni. Glock był na swoim miejscu. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Bruno niedługo wróci do przyjaciół. Kirchent obudził się. Oczy go piekły, złamane żebro i nos dawały się we znaki. Z trudem posłał powieki do góry i poderwał się jak szalony, jednak ból nasilił się, co zmusiło go do ponownego ułożenia swojego ciała w pozycji poziomej. Leżał na miękkim materacu, przykryty kocem. Jego tors owinięty był krępującym bandażem. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Znajdował się w pokoju z dwoma niewielkimi oknami, wejściem bez drzwi, ścianami pomalowanymi na kolor jaskrawej zieleni, która raziła jego zmęczone oczy. Do pokoju wszedł wysoki, idealnie zbudowany Japończyk. Był niezwykle przystojny, miał krótkie, czarne włosy. Tyle zdołał zobaczyć Bruno, gdyż mgła przed oczami ograniczała jego widoczność. Mężczyzna niósł ze sobą tacę z kubkiem. Miał na sobie niebieskie dżinsy, kremową koszulkę bez rękawów i sportowe buty Nike. Podszedł do Kiechenta i postawił obok niego na podłodze tacę z kubkiem. Usiadł na sąsiednim materacu i zapytał: - Jak się czujesz? Bruno nie odpowiedział. Był zdezorientowany. Nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Japończyk podszedł do Kirchenta. Ten chciał jakoś go odepchnąć, odeprzeć ewentualny atak. Jednak mężczyzna delikatnie podsunął poduszkę pod ścianę i pomógł Brunowi podnieść się i oprzeć. Fantastycznie. Budzi się w jakimś pomieszczeniu z jaskrawym kolorem ścian, jakiś Japoniec przynosi mu bulion i pomaga wstać. Świetnie. Czy tak wygląda ten lepszy świat? Bruno znajdował się teraz w pozycji siedzącej. Przypatrzył się Japończykowi. Rozpoznał go. Mężczyzną okazał się jednym z podwładnych Szakala. Akira wziął kubek i podał go Kirchentowi. Ten pokręcił głową na znak sprzeciwu. - Musisz to wypić. Jesteś wyczerpany. - zachęcał. Japończyk westchnął ciężko. - Nie bój się, nie dosypałem ci żadnych prochów do tego bulionu z krewetek. Szok. Facet, który wcześniej odcinał palce Satoshiemu, teraz częstuje go bulionem. I do tego z krewetek. Zgroza. W końcu Kirchent uległ. Wziął do ręki kubek i upił łyk wywaru z kostki. Jego żołądek odżył. Akira uśmiechnął się. - Teraz lepiej, co? - przyznał. Mężczyzna wstał i podszedł do okna po czym zdjął koszulkę ukazując swój wspaniale zbudowany, bezwłosy tors. Nie, tego już za wiele. Istna paranoja. - Czego ode mnie chcesz? - wydusił Bruno ochrypłym głosem. W ustach wciąż czuł smak dymu. Japończyk ponownie uśmiechnął się. - A czego według ciebie mogę chcieć? Kirchent powoli wzruszył ramionami. Był cały obolały. - No właśnie. Nic. Bruno upił kolejny łyk bulionu. - Nie wiem czego się spodziewać. - powiedział z lekką obawą. - Na razie musisz odpoczywać. Twój organizm wiele przeszedł. - Hej, nie traktuj mnie jak dziecka! - oburzył się. Akira zaśmiał się głośno. - Chcę tylko, byś doszedł do siebie. - Aha. Czyli mam rozumieć, że twoja pomoc nie jest bezinteresowna. Japończyk nie odpowiedział. - Wiedziałem. Czego chcesz? Pieniędzy? - Dowiesz się w swoim czasie. Jednak możesz być pewien, że z mojej strony nic ci nie zagraża. Bruno zmarszczył brwi. Dopił resztę bulionu i odstawił kubek na tacę. Junga odzyskała świadomość. Obudziła się leżąc w szpitalnym łóżku. Poderwała się wyrywając rurkę od podłączonej kroplówki i wybiegła na korytarz. Rozejrzała się i po chwili ujrzała wychodzącego zza rogu lekarza rozmawiającego z pielęgniarką. Potruchtała do niego, a on spojrzał na nią zdziwiony. - Panno Lorenz, nie może pani... - Doskonale wiem co mogę, a czego nie! Co z moją siostrą? - ryknęła. Jej głos odbił się echem po całym szpitalu. Pielęgniarka spojrzała na nią oburzonym wzrokiem i po chwili odeszła. - Panno Lorenz, robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by uratować pani siostrę, ale mimo naszych usilnych starań nie udało nam się dokonać cudu. Junga zamarła. To koniec. Katrina nie żyła. - Pani siostra została potrącona przez samochód, który jechał z nadmierną prędkością. - kontynuował lekarz. - Uderzenie było tak silne, że odrzuciło ją na kilkanaście metrów, przy czym uderzyła głową o asfalt. Nastąpił natychmiastowy wylew krwi do mózgu. W takich przypadkach nie ma mowy o jakimkolwiek przywróceniu pacjenta do życia. Junga nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Wolno skinęła głową i odeszła. Nic się dla niej nie liczyło. Straciła siostrę i już nie mogła tego zmienić.
Kris ujrzał magazyn, który właśnie pochłaniały bezlitosne płomienie. Yami zamarła nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Co chwilę nadjeżdżały kolejne wozy strażackie. Tyrese stracił nadzieję. Bruno właśnie palił się żywcem. Czekał na ratunek przyjaciół. Zawiedli go. Nie działali dostatecznie szybko. To koniec. - Jeszcze nie wszystko stracone. - powiedziała dziewczyna chwytając Krisa za rękę i mocnym szarpnięciem pociągnęła za sobą. - Masz jakieś tabletki przeciwbólowe? - zapytał Bruno. Żebro nie dawało o sobie zapomnieć. Akira skinął głową i podszedł do apteczki wiszącej na ścianie. Wyjął paczkę tabletek i nalał wody do szklanki. Podał Kirchentowi proszki. po czym usiadł obok niego. - Nie wiem, czy mogę ci ufać. - powiedział Bruno wpatrując się jaskrawą ścianę. - Nie dziwię ci się. - Nie? - Jasne, że nie. Współpracowałem z Szakalem, to fakt. Jednak jego zachowanie przestało mi się podobać. Kirchent zmarszczył brwi. Czekał na dalszą wypowiedź. - Postanowiłem skończyć z mordowaniem niewinnych dzieci, obcinaniem palców mężczyznom, wyciąganiem pieniędzy od bogaczy. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, jaką krzywdę wyrządzam innym osobom. Ile muszą się nacierpieć, żeby ten popapraniec mógł wyciągnąć od nich tyle kasy. - Ty mnie uratowałeś z płonącego magazynu, prawda? Akira skinął głową. - Tylko dlaczego? Na pewno musiałeś mieć w tym jakiś cel. - powiedział Bruno zerkając pod koc. - To był impuls. Nie wiem czemu to zrobiłem. Pewnie bym miał wyrzuty sumienia, gdybym tego nie zrobił. - Ty? Wyrzuty sumienia? - zaśmiał się Kirchent i po chwili dodał: - Odcinałeś palce Satoshiemu zachowując kamienną twarz, a ty nagle masz wyrzuty sumienia? - Zacząłem inaczej patrzeć na to wszystko. Pod zupełnie innym kątem. Próbowałem postawić się na twoim miejscu. I wiesz co? Ciarki przeszły mi po plecach. Bruno milczał. Nie wiedział, czy mógł ufać Akirze. Mirandzie zaufał i wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Przeanalizował swoją sytuację. Na razie nie miał wyjścia. Musiał pozostać na łasce Japończyka. Junga Lorenz wróciła do hotelu Xiao. Oniemiała, rozdygotana i roztrzęsiona udała się do łazienki. Napuściła gorącej wody do wanny, po czym odkręciła kurek z zimną wodą, by wyrównać temperaturę. Rozległo się pukanie do drzwi. Junga zdębiała jeszcze bardziej. "Jeżeli to znowu kurier z pączkami, to wywalę go na zbity pysk", pomyślała. Podeszła do drzwi i po chwili wahania otworzyła. Jej oczom ukazała się Miranda Hopkins. Na rękach trzymała małe dziecko. Przekazała je Jundze po czym uciekła jak szalona. Zdezorientowana do reszty Junga spojrzała na dziecko. Rachel, córka nieżyjącej Katriny Lorenz odnalazła się.
13
Junga nie wiedziała co ze sobą począć. Siedziała przez kilka minut na hotelowym łóżku i wyła jak syrena policyjna. Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień. Wyjęła komórkę i zadzwoniła do Krisa. - Hę? - mruknął po chwili. - Kris, musimy porozmawiać. - oznajmiła pochlipując. - Jungo, naprawdę to nie jest właściwy moment. - To naprawdę ważne. - rzekła niemal błagalnym tonem. - Jestem o krok od odnalezienia Bruna. - skłamał. Yami wskazała mu jedynie miejsce, w którym mógł znajdować się Kirchent, jednak nie miał pewności, czy rzeczywiście uda mu się go odnaleźć. - Dobrze, powiem ci to przez telefon. - Słucham. Junga zawahała się na moment. Po chwili rzekła: - Katrina nie żyje. - Co?! Nie odpowiedziała. Milczeli przez chwilę. - Jak to, do diabła się stało... - Później ci wszystko opowiem. Jest jeszcze jedna sprawa. - Więc? - Rachel się odnalazła. Kris głośno westchnął. - Gdzie ona jest? - zapytał. - Ze mną, w hotelu. - Dobrze. Jak tylko czegoś się dowiem dam ci znać. Zostań z dzieckiem. - rzekł i rozłączył się. Junga spojrzała na Rachel. Mała miała śliczną twarz. W jej rysach można było zauważyć mieszankę krwi japońskiej i latynoskiej. Piękne połączenie. Akira przyniósł do pokoju chyba z pół lodówki. Na dwóch ogromnych tacach znalazły się dwa pojemniki bento. W zestawie było sushi, co specjalnie nie zdziwiło Kirchenta. Japończyk postawił tace obok Bruna. - Częstuj się. Na pewno jesteś głodny. - rzekł Akira i wyszedł z pomieszczenia. Wspaniale. Bruno czuł się jak dziecko. Brakuje jeszcze tylko, żeby przynieśli mu torbę po brzegi wypchaną cukierkami i samochodziki do zabawy. Nie wahając się ani chwili, Bruno sięgnął po miseczkę z gotowanym ryżem i owoce morza, po czym wchłonął ją z prędkością światła.
] Yami zaprowadziła Krisa do jakiegoś starego baraku. Tyrese dla pewności wyjął glocka i odbezpieczył go. Z bronią w ręku zerknął przez niewielkie okienko. Pusto. Podszedł do kolejnego okna. Ani żywej duszy. Yami otworzyła drzwi i weszła do środka. Kris pognał za nią. W środku panowała cisza. Powietrze przesycone było wilgocią i pleśnią. - Ten barak to kryjówka ochroniarza Szakala. Nazywa się Sakai, czy jakoś tak. Kris w milczeniu wkroczył do kolejnego pomieszczenia. Zanim przekroczył jego próg stanął pod ścianą, po czym wyskoczył z pistoletem wycelowanym w ewentualnego przeciwnika. Tyrese czuł się jak agent z filmów sensacyjnych. Nic dziwnego, napięcie i atmosfera były bardzo podobne do tych scen. Jednak zamiast wroga ujrzał Mirandę Hopkins bezwładnie zwisającą z sufitu na pasku od spodni. Bruno nigdy nie czuł się tak obżarty jak w tym momencie. Jedzenie podchodziło mu do gardła. Gdy Akira zobaczył marne resztki zalegające na tacy, zmarszczył brwi. - Człowieku, nie znasz umiaru? Bruno uśmiechnął się. - Nie jadłem dwa dni. Musiałem to sobie jakoś zrekompensować. Japończyk skinął głową. - Masz tu jakiś telefon? - spytał Kirchent. Wypadałoby zadzwonić do przyjaciół, nie? - Mam komórkę. - odparł Akira po chwili. - Muszę zadzwonić. Japończyk wyjął z kieszeni telefon i podał Brunowi. Ten wybił na klawiaturze numer Krisa. Odebrał po trzech sygnałach. - Kris, to ja. - powiedział. - Gdzie ty, do ciężkiej cholery się podziewasz? - Spokojnie, nic mi nie jest. No, prawie nic. Ale teraz jestem bezpieczny. - zapewniał Kirchent. - Świetnie. Powiedz mi, gdzie aktualnie się znajdujesz. Bruno zakrył dłonią słuchawkę i zapytał Akirę o adres. Po chwili wahania Japończyk odpowiedział, a Bruno powtórzył słowa. - Będę za piętnaście minut. - rzekł i rozłączył się. Akira zmarszczył brwi. - Ktoś tu przyjedzie? - spytał. - Mój przyjaciel. - odparł i po chwili dodał: - Masz może jakieś ciuchy? Nie chcę, żeby Kris coś złego sobie nie pomyślał, jak mnie zobaczy nagiego. Japończyk uśmiechnął się. Po chwili przyniósł Brunowi cały komplet ubrania, począwszy od bluzy z kapturem, na bokserkach i skarpetkach kończąc. - Nie martw się, bieliznę dopiero co kupiłem. Kirchent skinął głową. Akira stał i gapił się na niego jak sroka w gnat. - Akira, chciałbym się się ubrać. - rzekł lekko zmieszany. - Niczego ci nie bronię. Ubieraj się. - Akira, twoja obecność mnie krępuje. Japończyk zaśmiał się głośno i po chwili wyszedł. Bruno z wielkim trudem założył na siebie wszystkie części garderoby. Czuł się głupio w cudzych ubraniach. Bluza z kapturem w rozmiarze XXXXL zwisała na nim jakby ubrał na siebie worek kartofli. Jednak najbardziej krępujące uczucie sprawiały dżinsy, w których krok zwisał mu do kolan. Ech, ta moda...
Junga siedziała na łóżku i spoglądała na małą Rachel. Dziecko wywołało u niej ambiwalentne uczucia. Z jednej strony nie cierpiała bachorów. Nienawidziła płaczu, przewijania pieluch, podgrzewania mleka, podcierania śmierdzących tyłków i podawania przetartych zupek. Jedna z drugiej strony, gdy spoglądała na uśmiechniętą twarz Rachel, w jej sercu zapalił się płomyczek miłości i współczucia. Katrina nie żyła. Rachel została półsierotą. Oczywiście, jeżeli odnajdzie się Satoshi Mokito. A jeżeli potwierdzi się czarny scenariusz? Co będzie, kiedy ojciec Rachel się nie odnajdzie? Niestety, Junga nie będzie miała innego wyjścia. Brzemię opieki nad Rachel przypadnie właśnie jej. Kris i Yami pojechali taksówką pod wskazany adres. Tyrese pobiegł do domu i zapukał. Akira otworzył drzwi i bez słowa wrócił do pomieszczenia. Bruno podbiegł do Tyresa i powiedział: - Dobrze cię znowu widzieć, stary. Kris uściskał go lekko i poklepał po plecach. Bruno zawył z bólu. - Coś nie tak? - spytał Kris marszcząc czoło. - Drobne usterki techniczne. - rzekł wymijająco. Yami podeszła bliżej przywitać się z Brunem. Uścisnęła mu dłoń i spojrzała na Akirę. - Hej, ja cię znam! Ty jesteś wspólnikiem Szakala! - krzyknął celując w niego palcem. Kris odruchowo wyjął glocka i wymierzył lufą w stronę Japończyka. - Spokojnie. Ten facet uratował mi życie. Gdyby nie on, byłoby ze mnie pieczone mięso. - powiedział Bruno odpychając pistolet. Tyrese zmierzył wzrokiem Kirchenta. Po chwili wybuchł niekontrolowanym śmiechem. - Zmieniłeś styl? Wyglądasz jak skate! - powiedział nie mogąc powstrzymać rechotu. - Bardzo śmieszne. Kris w końcu zdławił śmiech. - Zadzwonię do Jungi. Pewnie się niecierpliwi.- powiedział i wyszedł do kuchni. Uderzył kilka razy w klawiaturę telefonu i nacisnął zieloną słuchawkę. - Halo? - Junga, znalazłem Bruna. - Naprawdę? To wspaniała wiadomość! - krzyknęła do słuchawki. - Tak. Jesteśmy teraz na przedmieściach. Niedługo przyjedziemy. - Podaj mi adres. Kris powtórzył słowa Bruna i po chwili rzekł: - Zostań z Rachel. Rozłączył się. Wszedł z powrotem do mieszkania. - No, chłopie, czas na małe wyjaśnienia. Kirchent opowiedział wszystko po kolei z najdrobniejszymi szczegółami. Przedstawił krystalicznie czysty obraz i przebieg wydarzeń. Kris słuchał go z zapartym tchem. - A co z Satoshim? - spytał. - Nie miałem czasu, by wynosić jego zwłoki. - odparł Akira. Tyrese skinął głową. Katrina nie żyje, Satoshi też. Rachel została sierotą. Fantastyczne. Tylko tego jeszcze brakowało. Usłyszeli warkot silnika dobiegający z podwórza. Bruno podszedł do okna. Przed domem stała zielona Toyota. Junga kupiła paczkę pieluch, butelkę, smoczek i mleko w proszku. Poprosiła hotelowych kucharzy, by przygotowali mleko dla dziecka. Junga od urodzenia była bezpłodna. Nawet gdyby bardzo chciała, to nie mogłaby mieć własnego dziecka. Jedynym alternatywnym sposobem na posiadanie własnej pociechy była adopcja. Jednak Junga nigdy o niej myślała, co tłumaczyło jej niechęć do szkrabów. Nagle poczuła silne kłucie w sercu. Jakby przygniótł ją kilkunastotonowy walec. Zawał? Nie. Coś było nie tak i dobrze o tym wiedziała. Po plecach przeszedł ją zimny dreszcz. Dreszcz oznaczający zagrożenie. Poderwała się z łóżka, chwyciła małą Rachel i owinęła ją kocykiem. Zabrała broń z szafy, po czym wybiegła z hotelu. Kris i Akira równocześnie wyjęli pistolety. Tyrese trzymał w dłoni glocka, natomiast Japończyk kaliber trzydzieści dwa. Mocna rzecz. Uczucie rodem z filmów sensacyjnych powróciło ze zdwojoną siłą. Z zielonej Toyoty wyszedł Nosuke Toryama. Był wściekły, jego twarz przybrała odcień dojrzałego buraka. W lewej dłoni dzierżył broń. Yami na jego widok schowała się za plecami Krisa. Ten stanął przy drzwiach czekając, aż Szakal wejdzie do mieszkania. W powietrzu wisiało napięcie. Nosuke nie dawał oznak swojej obecności. Wszyscy stali w bezruchu, jakby ich stopy zostały przygwożdżone do podłoża. Padł pierwszy strzał. Yami Asakura osunęła się na podłogę. Kris padł obok niej. Nie krwawiła. Nie doznała żadnych obrażeń. Po prostu zemdlała. Rozległ się huk kolejnego wystrzału. Pocisk świsnął obok twarzy Bruna i wbił się w ścianę. Kirchent rzucił się na materac. Gdyby kula przeleciała kilka milimetrów bliżej, już by nie żył. Akira przekoziołkował po podłodze niczym komandos i dotarł pod drzwi frontowe. Stanął naprzeciw Krisa. Oczekiwali kolejnego ataku. Nie musieli długo czekać. Trzeci strzał nastąpił chwilę później. Kris poczuł przeraźliwy ból i upadł na betonową posadzkę. Akira kucnął przy nim i obejrzał ranę. Z prawego ramienia Tyresa sączyła się krew. W tym samym momencie Japończyk poczuł, jak zimna lufa łaskocze jego skroń. - Zdradziłeś swojego opiekuna, Akiro. Zapłacisz za to. - powiedział Szakal z iście szatańskim uśmiechem na ustach. Kris cicho pojękiwał. Nigdy nie doznał tak potwornego bólu jak w tym momencie. Dłonią próbował zatamować krwotok, jednak czerwona ciecz spływała mu pomiędzy palcami. Bruno ujął w dłoń nóż ze stolika i ukradkiem podszedł do Toryamy. Jednak przeciwnik przewidział jego ruch i mocno kopnął go w żebra. Kirchent cofnął się kilka kroków i upadł. Złamane żebro przemieściło się zadając okropny ból. - Ciebie zabiję pierwszego. - powiedział Szakal do Akiry. Japończyk zacisnął zęby. Pomyślał o wszystkich swoich błędach jakie popełnił w życiu. Jaki był okrutny wobec niewinnych ludzi, jaki ból zadawał. Ile istnień uszło z jego ręki, ile cierpienia sprawiał okaleczając ludzi. Przypomniał sobie krzyk ranionych osób, ich błaganie o litość i płacz. Był bezwzględny, okrutny. Był potworem niszczącym ludzkie ciała i dusze. Teraz chciał się zmienić. Stać się normalnym człowiekiem zdolnym do kochania i współczucia. Jednak było już za późno. Nosuke pogładził palcem wskazującym spust. Huk wystrzeliwanej broni odbił się echem w ich głowach.
14 Nosuke Toryama osunął się na klęczącego Akirę. Japończyk błyskawicznie wstał zrzucając z siebie martwe ciało. Szakal leżał na betonowej podłodze w kałuży bordowej krwi. Nikt nie mógł opanować zdziwienia. Zdezorientowany Akira nie wiedział co ze sobą zrobić. Do mieszkania weszła zdyszana Junga. W lewej ręce trzymała małą Rachel, przyciśniętą do piersi, w lewej zaś glocka, z którego lufy wydobywał się prawie niewidoczny dym. Podeszła do postrzelonego Krisa. Uśmiechnął się do niej lekko i powiedział: - Zawsze marzyłem, żeby tak wyglądał mój koniec. Że będę umierał wśród najbliższych przyjaciół. Żałuję jednak, że zrobiłem w swoim życiu tak niewiele. Do oczu Jungi powoli napływały łzy. Akira zadzwonił po karetkę. - Nie wolno ci tak mówić! Jesteś nam potrzebny! - krzyczała Junga zdesperowana. - Na każdego przychodzi pora. Na mnie właśnie przyszła. Kris mówił coraz wolniej. Oczy same mu się zamykały. W końcu powieki całkiem opadły w dół. Bruno uklęknął przed Tyresem. - Idioto! To jest postrzał w ramię! Wyjdziesz z tego szybciej niż myślisz, rozumiesz?! - krzyczał. - Draniu obudź się, do cholery! - szlochała Junga. Akira stał i poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Po chwili zjawiła się karetka. Junga i Akira siedzieli w poczekalni. Rachel cicho zapłakała, jednak po chwili zapadła w sen. Kris właśnie przechodził operację. Bruno i Yami zostali na obserwacji. Junga spojrzała na Japończyka i zapytała: - Masz dzieci? Akira pokręcił głową. - Ja ich nie mogę mieć. I wiesz co? Nigdy tego nie żałowałam. Akira spojrzał na Rachel. Właśnie sobie uświadomił, że przez niego, ta dziewczynka została sierotą. Przyczynił się do zabójstwa jej ojca, który bardzo ją kochał. Był potworem. Ale zmienił się. Zrozumiał, co to znaczy kochać, współczuć i mieć wyrzuty sumienia. Słyszał krzyk każdej osoby, którą skrzywdził. Przed oczami miał obraz ich twarzy zalanej krwią i łzami, ich zabłąkane spojrzenia wołające o pomoc.
Jessie Clarkson stała przed lustrem i rozczesywała swoje bujne blond loki. Wzięła z kredensu kilka kartek i wolno przeczytała tekst. Chwilę później odłożyła papiery i zaczęła mówić: - Och, nie! Zostaw moje dziecko! Błagam, nie rób mu krzywdy! Carol jest całym moim życiem! Nie! Słowa pochodziły ze sztuki "Kieł na wybrzeżu". Jessie wymawiała poszczególne fragmenty w odpowiedniej tonacji. Jej głos był przepełniony różnymi emocjami: strachem, obawą, desperacją i lękiem. Upadła na ziemię i powiedziała: - To koniec! Cały mój świat legł w gruzach. Nie mam już dla kogo żyć. Jessie była wspaniałą aktorką. Reżyserzy najczęściej powierzali jej główne role. Wiele sztuk wymagało doskonałej aktorki, która potrafiłaby zaskoczyć widzów swoim zachowaniem, przekonać ich do refleksji i zastanowienia się nad losami postaci. Clarkson spełniała wszystkie wymagania. Otrzymywała mnóstwo propozycji ról odtwarzanych w filmach akcji, jednak ona zawsze je odrzucała. Nie chciała, by jej twarz widniała na wielkim ekranie. Pozostawała wierna teatralnej scenie, która wyzwalała pewną magię, uczucie najwspanialsze na świecie, którego nie można opisać zwykłym słowami. Rozległo się pukanie do drzwi. Jessie podniosła się z podłogi i skierowała się do wejścia. Zerknęła przez wizjer. Jej oczom ukazali się dwaj, dobrze zbudowani mężczyźni odziani w stroje robocze. Wzruszyła ramionami i otworzyła drzwi. - Dzień dobry. Przysłano nas w sprawie zwarcia instalacji elektrycznej. Musimy zbadać wszystkie gniazdka, znajdujące się w pani domu. - powiedział jeden z mężczyzn. Jego twarz pokrywały liczne blizny. - Nikt mnie o tym nie powiadomił, ale cóż. Nie będę sprawiała kłopotu. Proszę wejść. - rzekła, po czym zamknęła drzwi. - Macie panowie dużo roboty. W domu jest mnóstwo gniazdek i połączeń elektronicz... Nie dokończyła. Metalowy klucz wylądował na jej głowie. Bezwładnie upadła na podłogę. Ty razem nie grała żadnej roli. Junga nerwowo dreptała po korytarzu. Akira siedział na ławce starając się zachować kamienną twarz, jednak nie mógł pozbyć się uczucia obawy o zdrowie Bruna i Krisa. Zza rogu wyłonił się lekarz. Junga podbiegła do niego i spojrzała na identyfikator. Ramitsu Kodawa, chirurg Przeniosła wzrok na twarz doktora. Był to ten sam lekarz, który powiadomił ją o śmierci Katriny. - Co z nim? - rzuciła pospiesznie. Kodawa wytarł spoconą dłoń o śnieżnobiały fartuch i powiedział: - Pan Tyrese przeszedł ciężką operację. Stracił bardzo dużo krwi, jednak musimy być dobrej myśli. Jego stan jest ciężki, ale stabilny. Junga odetchnęła z ulgą. Kolejna dobra wiadomość. - Mogę z nim porozmawiać? - zapytała. Lekarz spojrzał na nią zdziwiony. - Żartuje pani? Teraz jest pod wpływem narkozy. Przewieźliśmy go na oddział intensywnej terapii. Będzie mogła go pani odwiedzić nie wcześniej niż jutro. - powiedział stanowczo. Junga skinęła głową. Po chwili dołączył do nich Akira. - A co z Brunem Kirchentem? - spytał. - Państwa przyjaciel jest przytomny. Żebro nie jest mocno uszkodzone, zrośnie się bez konieczności przeprowadzania operacji. - Mogę go zobaczyć? - Oczywiście. Sala numer trzydzieści cztery. Akira bez słowa pobiegł do wskazanego pokoju. Bruno leżał na łóżku z głową lekko podpartą o poduszkę. Usiadł na krześle dla gości i zapytał: - Jak się czujesz? Kirchent usiadł na łóżku. - Dobrze. A ty? - O mnie się nie martw. Twoje zdrowie jest najważniejsze. - odparł. - Lekarz powiedział, że jutro będę mógł opuścić szpital. - powiedział Kirchent. - Wspaniale. - ucieszył się Akira i po chwili dodał: - Przynieść ci coś do czytania? Bruno zmrużył lewe oko. - Coś czuję, że masz do mnie jakiś interes. Japończyk poprawił się na krześle. - Masz rację. - odparł kiwając głową. - Słucham. Jestem ci winien przysługę. Akira uśmiechnął się. - Pomóż mi wyemigrować z Japonii. Kirchent zrobił zdziwioną minę. - Po co? - Chciałbym zacząć wszystko od nowa. A Tokio nie jest do tego odpowiednim miejscem. - Aha. Masz paszport? Japończyk skinął głową. - No więc w czym problem? - zapytał Kirchent. - Chciałby wyjechać z tobą. Junga poszła odwiedzić Yami. Siedziała na łóżku z podkulonymi kolanami przy brodzie. Na widok Lorenz, dziewczyna uśmiechnęła się. - Nie znam pani, jednak dziękuję z całego serca. - powiedziała. - Mów mi Junga. - Dobrze. Bardzo mi miło. - Mnie również. - rzekła i uścisnęły sobie dłonie. Przez chwilę milczały. - Zaraz zabieram cię do hotelu. - wypaliła Junga. Yami poderwała się zaskoczona. - Słucham? - Lekarz powiedział, że możesz wyjść ze szpitala choćby zaraz. Pojedziemy do mnie, do hotelu Xiao. Dziewczyna pokręciła głową. - Wrócę do siebie, do domu. - rzekła. - Nie wiem, czy to dobry pomysł. - powiedziała Junga z obawą. - Nie ma się czym przejmować. Szakal nie żyje. Nic nie może mi się złego stać. Lorenz westchnęła ciężko i oznajmiła: - Widzę, że cię nie przekonam. Pozwól, że chociaż odwiozę cię do domu. Yami skinęła głową. Zabrała swoje rzeczy i skierowała się do ordynatora po wypis ze szpitala. Junga poszła do pokoju Bruna. Zerknęła przez szybkę w drzwiach i zobaczyła Akirę rozmawiającego z Kirchentem, przy czym oboje energicznie gestykulowali. - Jadę odwieźć Yami do domu. - rzekła. Poprosiła Akirę o numer telefonu. Japończyk podał jej kilka cyfr, które zapisała w swojej komórce. Zamknęła drzwi i spojrzała do tyłu. Yami czekała na nią na korytarzu. - Jedziemy? Junga skinęła głową i ruszyły w kierunku wyjścia.
Carlos Tager i Larson Anderson siedzieli w brudnym, na pozór opuszczonym pomieszczeniu. Wystrój wnętrza był bardzo ubogi: na środku stał mały stół z czterema krzesłami, na szarych ścianach nie było żadnych obrazów, plakatów, tapet i innych dekoracji. Cóż, w pomieszczeniu nie było nic prócz wspomnianego stołu o krzeseł. - Co z nią zrobimy? - zapytał Carlos. - Poczekamy, aż pan Tyrese zacznie szukać swojej wybranki, a wtedy... Anderson uderzył pięścią w stół jakby zabijał robaka. Tager wybuchnął śmiechem. Jessie Clarkson siedziała naprzeciw nich, przywiązana grubym sznurem do krzesła i kneblem w ustach. - Jutro cię wypisują, dlatego chciałbym żebyśmy nie czekali i jeszcze tego samego dnia wyjechali. - powiedział Akira zacierając dłonie. - Dlaczego tak bardzo ci zależy na tym wyjeździe? - spytał Bruno. Japończyk westchnął i rzekł: - Już mówiłem, chcę zacząć wszystko od nowa. - I nie będzie ci przykro opuszczać rodzinnego miasta? Akira zaśmiał się. - Tokio to nie jest moje rodzinne miasto. - Nie? - Nie. Wierz mi, zwiedziłem więcej krajów, niż sam papież. Kirchent zmarszczył brwi. - Tak? To gdzie się błąkałeś, podróżniku? - zapytał Bruno. - Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych w stanie Teksas. Dorastałem tam, dlatego biegle znam angielski. Gdy miałem dwanaście lat, przeprowadziłem się z rodzicami do Włoch. Po trzech latach wyjechaliśmy do Polski. Gdy sześć lat później zmarli moi rodzice, wyemigrowałem do Szwecji, jednak nie zabawiłem tam długo. Następne pół roku mieszkałem w Rosji i dwa lata w Niemczech. Później rok zabawiłem w Hiszpanii, potem przyjechałem do Tokio. W Japonii jestem już trzy lata. Kirchent zmrużył oczy. - Zwiedziłeś kawał świata. - powiedział. Akira pokiwał głową. - Nie muszę dodawać, że znam mnóstwo języków. Angielski, japoński, włoski, niemiecki i polski mam opanowane perfekcyjnie. Trochę gorzej jest szwedzkim i rosyjskim, jednak potrafię się porozumieć na wiele tematów. Akira był Japończykiem, choć nie urodził się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Jego rodzice byli rodowitymi Japończykami, co tłumaczyło jego wygląd. - Muszę przyznać, że znajomość języków obcych jest czasem zbawienna do ratowania własnego życia. Sam się o tym przekonałem. - powiedział Azjata kiwając głową. Bruno przetarł oczy i oznajmił: - Możesz zamówić bilety do Londynu. Akira uradowany podniósł się z krzesła. - Wspaniale! - krzyknął. Junga i Yami weszły do mieszkania Asakury. Jednak zamiast porządku i ładu zastały kompletnie zdemolowany dom. Po meblach zostały tylko drzazgi, elektroniczne sprzęty walały się po podłodze roztrzaskane w drobny mak. Obrazy ze ścian zdobiły teraz podłogę, a większość paneli była po prostu powyrywana. W kuchni potłuczone naczynia leżały na popękanych kafelkach, szafki ścienne przerobiono na zwykłe półki, natomiast zlew zbudowany z blachy był powyginany na wszystkie możliwe sposoby. Okna w całym mieszkaniu były powybijane, w otynkowanych ścianach tkwiły sztućce i siekiera. Yami nie mogła wydobyć z siebie głosu. Stanęła jak wryta, patrząc, jak jej cały dobytek został zniszczony. - Jedziemy do hotelu. Bez żadnego "ale". - powiedziała Junga i chwyciła Yami za rękę. Jessie siedziała na krześle skrępowana grubym sznurem. Łzy ciekły po jej gładkich, zaczerwienionych policzkach. Był uwięziona, zniewolona do tego stopnia, że każdy, nawet najmniejszy ruch powodował okropny ból. Była sama. Po raz pierwszy przytrafiło się jej coś tak potwornego. Zawsze myślała, że takie sceny są możliwe jedynie w filmach sensacyjnych, sztukach teatralnych albo powieściach kryminalnych. Myliła się. Teraz znajdowała się w paskudnej sytuacji. Nie miała dokąd uciec. Bandyci siedzieli naprzeciw niej. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie znalazła nic, co mogłoby jej pomóc podczas ewentualnej ucieczki. Kompletnie nic. Miała tylko jedno wyjście: oczarować ich swoim wdziękiem. Mogła to zrobić, gdyż rzeczywiście była bardzo piękna i kusząca. Nie miała wyboru, musiała to zrobić. Jessie zaczęła szarpać i podrygiwać na krześle, przy czym wydawała nieznośne jęki. Tager zerwał się i próbował ją uspokoić. Clarkson znieruchomiała i zamruczała takim tonem, jakby chciała coś powiedzieć. Carlos, człowiek z bliznami na twarzy wyjął jej knebel z ust. Pierwsza część planu zaliczona. - Czego chcesz? - spytał Anderson gniewnym tonem. - Mam małe pytanie. Czy wy kiedykolwiek mięliście w swoim życiu kobiety? Mężczyźni spojrzeli po sobie. Jessie trafiła w ich czuły punkt. Na oko mięli po dwadzieścia pięć lat i wyglądało na to, że żadnego poważnego związku za sobą. - Co cię to obchodzi? - rzucił złowrogo Larson. Jess oblizała wargi kusząco i rzekła: - Nie chcę tak bezczynnie tutaj siedzieć przywiązana do tego krzesła. Chcę się zabawić! - W głosie Clarkson nie było słychać strachu. Jej ton był spokojny, a jednocześnie drapieżny i stanowczy. Tager spojrzał na Andersona i powiedział: - Słyszałeś? Panienka chce się zabawić. Jess zaskowyczała podniecająco. - No, chłopaki. Nie dajcie się prosić. Larson zawahał się przez chwilę. Milczeli. Clarkson starała się robić wyzywające pozy, jednak sznur to uniemożliwiał. Zamiast tego przygryzała wargi i uśmiechała się słodko. Anderson podniósł się z krzesła i podszedł do niej. Pochylił się lekko i pocałował ją w usta. Jessie odwróciła głowę i rzekła: - Nie będę tego robiła w jego obecności. - wskazała brodą na Tagera i dodała: - Poza tym jestem skrępowana i nie mogę wykazać się moimi umiejętnościami. Anderson wyraźnie podniecony rozwiązał Clarkson i zaprowadził do sąsiedniego pokoju. Wskazał palcem na łóżko i zwrócił się do Carlosa: - Poczekaj na swoją kolej, stary. Tager poczerwieniał ze złości.
15
Na dworze było juz ciemno. Na szpitalnym zegarze mała wskazówka znajdowała się na dziesiątce, zaś duża na piątce. Akira poszedł do pokoju, w którym leżał Bruno. - Bilety załatwione, wylatujemy jutro o czternastej siedemnaście. - powiedział Japończyk z zadowoleniem. - Dobrze. Idź do domu odpocząć. - rzekł Bruno ziewając. - Nie ma mowy! - zaprzeczył i po chwili oznajmił: - Lekarz zgodził się, bym został z tobą na noc. Na twarzy Kirchenta pojawiło się zdziwienie. - Przecież ci nie ucieknę. Nie martw się o to. - zapewniał. Akira zaśmiał się. - Nie o to chodzi. Po prostu lepiej czuję się w twoim towarzystwie. - oznajmił. - Miło z twojej strony.
Junga i Yami udały się do hotelu Xiao. W pokoju numer sto trzydzieści osiem były wolne dwa miejsca, dlatego Junga umiejscowiła Asakurę na jednym z nich. Dziewczyny kolejno wzięły prysznic, po czym położył się do łóżek. Junga nakarmiła Rachel i utuliła ją do snu. Zasnęła zaskakująco szybko. Yami leżała na miejscu Katriny. Junga nie mogła uwierzyć, że jej siostry nie ma wśród żywych. Odeszła tak po prostu, przez własną głupotę i nierozwagę. Upiła się, a następnie nieświadoma weszła pod koła rozpędzonego auta. Kostucha nie znała litości i przyszła jeszcze w tej samej sekundzie. Gdzie się podziała dusza Katriny? Nagle zdała sobie sprawę, że powinna przeprosić kelnera z lokalu Akane. Była wobec niego bardzo nieuprzejma, jednak jej zachowanie tłumaczyły napięcie i nerwy. Przeprosi Kazukiego, a następnie pojedzie do szpitala. Rachel może zostać z Yami. W tym momencie uświadomiła sobie coś strasznego. Rachel została sierotą. Nie ma innego wyjścia. Musi zaopiekować się małą. Teraz czeka ją żmudne oczekiwanie na adopcję. Ech... Jessie podeszła do leżącego na łóżku Andersona i pocałowała go z udawaną czułością w usta. Nie zamknęła przy tym oczu, tylko ukradkiem rozejrzała się po pomieszczeniu. Kątem oka dostrzegła leżący na szafce klucz francuski. Gdyby odpowiednio szybko sięgnęła po niego, mogłaby bez problemu wymierzyć cios. Jednak Anderson zamienił ich pozycje i to ona teraz leżała na plecach. Niedobrze. Larson zdjął z siebie koszulkę odkrywając swoje muskularne ciało. Zerwał bluzkę z Jessie i rzucił ubranie na podłogę. Nachylił się po czym zaczął całować ją po szyi. Clarkson musiała znaleźć sposób, by to ona górowała. Nawet gdyby znajdowała się na górze, to szafka była zbyt daleko. Mimo wszystko spróbowała taktyki agresywnej. - Ja tutaj dyktuję warunki, zrozumiano? Będziesz wykonywał moje polecenia! - krzyknęła rozkosznie. Andersona podnieciło to jeszcze bardziej. Uśmiechnął się szyderczo i przytaknął. - Połóż się wszerz łóżka! - warknęła. Mężczyzna wykonał błyskawiczny obrót. - Odpinaj pasek! Larson wypełnił plecenie. - Zdejmuj spodnie! Po chwili Anderson pozostał w samych bokserkach. - Zamknij oczy i rozkoszuj się chwilą! Jessie pocałowała go w usta, potem w szyje schodziła niżej. Doskonała taktyka! Gdy znajdzie się na wysokości jego brzucha, z łatwością sięgnie po klucz. Larson miał zamknięte oczy i co chwilę cichutko pojękiwał. Jessie zatrzymała się i przez chwilę bawiła się jego mięśniem piwnym. Wyciągnęła rękę w kierunku szafki i chwyciła za klucz. Bingo! Jess wykorzystała szansę. Zamachnęła się mocno i zanim Anderson zdążył otworzyć oczy, klucz wylądował prosto na jego czole. Słychać było trzask łamanej czaszki. Drzwi uchyliły się i do pomieszczenia wszedł Tager. - Wynoś się stąd, nie widzisz, że jesteśmy zajęci? - krzyknęła Clarkson ze złością. Carlos posłał jej gniewne spojrzenie i zamknął drzwi. Fantastycznie. Jeden załatwiony. Tylko co z drugim? Podeszła na palcach do okna. Zero klamek. Niech to szlag! Co robić? Zerknęła na Andersona. Jego twarz zalana była krwią. Jessie skrzywiła się na ten widok. Pierwszy raz w życiu zabiła człowieka. Noc upłynęła spokojnie. Żebro Bruna nie buntowało się, podobnie jak nos. Tabletki przeciwbólowe odwaliły kawał dobrej roboty. Akira cicho pochrapywał na krześle. Głowę miał opartą o lewe ramię. W trosce o jego kark, Kirchent szturchnął go w nogę. Zaspane oczy spojrzały na niego nieufnie. Po chwili Japończyk uśmiechnął się i przeciągnął rozprostowując wszystkie kości. - Jak noc? - spytał. - Miałem koszmar. Śniło mi się, że jestem pająkiem. Niewinnie dreptałem sobie po dywanie, aż tu nagle ktoś mnie zdeptał. Co za okropność! Zgnieść takiego miłego i sympatycznego pajączka jak ja. Jeszcze jakbym kogoś ukąsił, to rozumiem. Ale byłem naprawdę kulturalnym pająkiem, który nikomu nie wadził i wiódł sobie spokojne życie w pajęczynce usłanej za komodą. - wyrecytował Bruno z wyrzutem. - To po jaką cholerę wałęsałeś się po dywanie? - spytał rozbawiony Akira. - Pająk też stworzenie, musi jeść, nie? Zastawiłem sieci przy oknie. Chciałem sprawdzić, czy jakaś muszka się przypadkiem nie złapała. - Aha. To wszystko wyjaśnia. - powiedział i podniósł się z krzesła. - Czekasz na śniadanie, czy od razu wyruszamy? - Żartujesz? Te szpitalne jedzenie niech rozdadzą biednym. Nie mam zamiaru tego wżerać. - rzekł oburzony. - Świetnie. Leć po wypis. Ja poczekam na korytarzu. Junga, chociaż przez całą noc nie zmrużyła oka, nie czuła silnego zmęczenia. Wskoczyła pod prysznic i ubrała się w czyste rzeczy, pachnące płynem do płukania o zapachu letniej łąki. Zerknęła na Rachel. Spała słodko niczym małe dziecko. Hmm... w końcu to było małe dziecko. - Wybierasz się gdzieś? - spytała zaspana Yami. - Tak. Muszę porozmawiać z jednym facetem. Zostaniesz chwilę z Rachel? - Nie ma sprawy. - powiedziała Asakura. - Wspaniale! - rzekła Junga i po chwili dodała: - Mleko dla Rachel będzie o dziewiątej. Zamówiłam je w kuchni. Do tego czasu mała powinna się obudzić.
Kris przebudził się z narkozy. Czuł się, jakby sam wypił skrzynkę mocnego piwa. Obraz przed oczami widział rozmyty, głowa mu pulsowała, mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Pierwszy raz w życiu został postrzelony. Pierwszy raz w życiu otarł się o śmierć. Widział, jak święty Piotr otwiera mu bramy niebios. Do pokoju wszedł Bruno i Akira. Uśmiechnęli się serdecznie i podeszli bliżej. - Jak się czujesz? - spytał Kirchent. Kris jedynie nieudolnie machnął ręką. - Rozumiem, że to miało znaczyć: "Czuję się jak podarte pięć pensów"? Tyrese zdobył się na uśmiech. - Dzisiaj wylatuję do Londynu. Muszę zobaczyć, czy nasza agencja jeszcze jakoś prosperuje, naprawię dom, sprawdzę co u Jessie. Kris skinął głową. - Junga na pewno niedługo do ciebie wpadnie. Dla pewności zaraz do niej zadzwonię. - Okej. - wycedził Kris powoli. Bruno wstał z krzesła i pożegnali się. - Jest dopiero dziewiąta trzydzieści. Co robimy? - spytał Akira. Kirchent wzruszył ramionami i po chwili rzucił: - Chodźmy coś zjeść. Jeden bandyta z głowy. Ale co z Tagerem? Scena z uwodzeniem odpada. Facet nie może zobaczyć martwego Larsona. Jeżeli zorientuje się, co zrobiła, już po niej. Sięgnęła po spodnie Andersona i wymacała komórkę. Rozładowana. Z wezwania policji nici. Cholera! Co robić? Wybicie szyby nie wchodziło w grę. Za dużo hałasu. Traciła cenne sekundy. Tager w każdej chwili mógł wejść do pokoju i zobaczyć całą sytuację. Musiała pokonać kolejnego wroga. Musiała go zabić. Nie było innego wyjścia. Chwyciła za klucz francuski i podeszła do drzwi. Stanęła pod ścianą po czym zapukała. Uniosła klucz w górę. Gdy drzwi się uchyliły, z impetem wymierzyła cios w Carlosa. Jednak ten w ostatniej chwili odskoczył na bok. Narzędzie przecięło powietrze wydając cichy świst. Tager chwycił rękę Jessie i wykręcił do tyłu. Clarkson zawyła z bólu. Każde szarpnięcie powodowało bolesne skurcze. W końcu puściły jej nerwy i kopnęła go od tyłu w krocze. Mężczyzna zwinął się w pół wydając przy tym przeraźliwy jęk. Miała dwie, może trzy sekundy przewagi. Rozejrzała się po pokoju. Nie znalazła nic, co mogłoby posłużyć jej jako broń do walki z przeciwnikiem. Carlos powoli podnosił się z klęczków. Myśl Jess, myśl! Musi być jakiś sposób! Podbiegła do komody i otworzyła szufladę. Męska bielizna. Tager podniósł z podłogi klucz francuski i wolnym krokiem kierował się ku Clarkson. Otworzyła drugą szufladę. Mnóstwo płyt DVD i CD. Mężczyzna znajdował się w odległości pięciu, może sześciu metrów od Jessie. Szarpnęła za kolejną szufladę. Tępy nóż i ubijaczka do jajek. Jess zmarszczyła brwi. W tym momencie każda broń była dobra. Chwyciła ubijaczkę w lewą dłoń, natomiast nóż w prawą, przy czym schowała rękę za plecy. Wymierzyła ubijaczkę w Tagera. Ten przystanął i wybuchł głośnym śmiechem. O to chodziło. Jessie wykorzystała okazję i wbiła nóż w brzuch Carlosa po czym wybiegła z pokoju. Teraz znajdowała się w pomieszczeniu ze stołem i krzesłami. Szybko podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę. Zamknięte. Do diabła. Zerknęła na okno. Nie miało klamek. Co teraz? Chwyciła za krzesło i cisnęła nim w kierunku okna. Szyba rozleciała się w drobny mak. Nie zważając na resztki szkła, znajdujących się w ramie, przecisnęła się przez otwór i wydostała się na zewnątrz. Pobiegła sprintem przed siebie, sama nie wiedziała dokąd.
16
Junga Lorenz pojechała do lokalu Akane taksówką. Zapłaciła kierowcy i wysiadła z samochodu. Westchnęła, po czym przekroczył próg baru. Barman jak zwykle stał za ladą. Logiczne. Podeszła do niego i od razu powiedziała: - Kazuki, przepraszam cię za moje zachowanie, ale zrozum, te wszystkie wstrząsające wiadomości... Po prostu puściły mi nerwy. - tłumaczyła się. Kazuki uśmiechnął się. - Rozumiem. Nic się nie stało. - powiedział spokojnie. Junga odetchnęła z ulgą. - Ale jest coś, o czym powinnaś wiedzieć. - rzekł. W głosie Kazukiego słychać było niepokój. - O co chodzi? - spytała. Barman westchnął cicho i powiedział: - Ostrzegam tylko, że ta wiadomość nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Junga skinęła głową. - No więc, Katrina przyszła tylko i wyłącznie napić się alkoholu. Opowiadała mi o tobie, waszej rodzinie i problemach. Jednak w pewnym momencie przesadziła z sake. Wiesz dobrze, że pod wpływem tego świństwa człowiek mówi o takich sprawach, o których nigdy by nie wspomniał, gdyby był trzeźwy. Junga ponownie skinęła głową. - Powiedziała mi, że życie nie potoczyło się po jej myśli. Opowiadała o swoich marzeniach i oczekiwaniach wobec Satoshiego. Skarżyła się, że ty masz górę forsy, że zazdrości ci majątku i sławy. - Nie sądziłam, że Katrina jest zazdrosna o moją pozycję w branży. - Nie o pracę chodziło, tylko o twoje pieniądze. Mówiła, że pilnie potrzebowała pieniędzy na ślub z Satoshim. Junga zrobiła zdziwioną minę. - Przecież Mokito specjalnie wziął kredyt w banku, by ślub wyglądał jak należy. - zauważyła. Kazuki pokręcił głową. - To nieprawda. Satoshi nie miał wystarczająco wysokich dochodów , by spełnić wymagania kredytu. - Nie rozumiem. - Żeby wziąć kredyt w banku, musisz mieć odpowiednie zarobki, by pożyczkodawcy wiedzieli, że będziesz miała z czego spłacać raty. Junga skinęła głową. - Mokito nie spełnił tego wymagania. - odparła. - Właśnie. Dlatego Katrina podjęła współpracę z mafią, by wyłudzać pieniądze poprzez żądania okupu za porwane dzieci. Na twarzy Jungi pojawiło się przerażenie. - Twierdzisz, że... - ...Katrina upozorowała porwanie Rachel, by wyłudzić od ciebie pieniądze. Jesteś osobą, która dosłownie śpi na forsie, dlatego stałaś się znakomitym celem. Katrina wiedziała, że nie przejdziesz obok tego obojętnie i będziesz starała się jej pomóc. Lorenz złapała się za głowę. Po chwili milczenia rzekła: - A co z Satoshim? Jego przecież też porwali, na dodatek zabili. Kazuki podał Jundze szklankę coli. - Mokito nie wiedział, że Katrina współpracuje z mafią Szakala, to fakt. Jednak twoja siostra nie wiedziała, że Satoshi także współpracował z mafią tego popaprańca. Mokito sprzedawał narkotyki. Lorenz przytaknęła. Jednak nurtowała ją jedna rzecz. - Ale skoro powiedziała ci o tym Katrina, to w końcu musiała się o tym jakoś dowiedzieć. - zauważyła. - Racja. Powiedziała jej o tym nijaka Miranda Hopkins. Ona również podłożyła broń i narkotyki do sejfu w domu Katriny. - Czyli moja siostra wiedziała o sejfie, sfingowała porwanie i współpracowała z Szakalem? - Dokładnie tak. Junga upiła duży łyk coli i rzekła: - Tylko po co Miranda podkładała te rzeczy, skoro Katrina i tak się wszystkiego wyparła? - To proste. Chciała, żebyście sami domyślili się, czym tak naprawdę zajmował się Satoshi. Dowody mówią same za siebie, nie? Junga przytaknęła kiwając głową. Barman mówił dalej: - Sytuacja jednak wymknęła się spod kontroli. Gdy notorycznie odmawialiście zapłacenia okupu, Katrina podjęła decyzję, o zastosowaniu najdrastyczniejszej z metod. - Okaleczenie Satoshiego. - dokończyła. - Dokładnie. Tym sposobem chciała was przekonać, że zapłacenie okupu to rozsądne rozwiązanie. Na szczęście nie ugięliście się pod jej prośbami. Lorenz wolno sączyła colę. Zawsze wiedziała, że Mirandzie nie można ufać, jednak Bruno uparł się przy swoim. Teraz masz babo placek! - To jeszcze nie wszystko. Junga podniosła wzrok zaskoczona. - Co znowu? - Wiesz, że Szakalem był człowiek o personaliach Nosuke Toryama? Junga pokręciła głową. - Nie. Myślałam, że to Hanoi Torama, były perkusista zespołu "Arimasen". - Masz rację. Jednak po skandalu związanym z tym podejrzeniem Toramy o zamordowanie dziecka, zmienił imię i nazwisko, by nie kojarzono go z dzieciobójstwem. - Satoshi napisał kilka artykułów na temat jego rozprawy. Myślisz, że jego porwanie miało jakiś związek z tym wszystkim? - zapytała. - Myślę, że tak. Szakal zyskała doskonałą okazję, by zemścić się na Mokito. Lorenz dopiła resztę coli. - Wychodzi na to, że zarówno Mokito jak i Torama pałali do siebie nienawiścią i rządzą zemsty. Satoshi napisał artykuły w "Tokio Press" nagłaśniając jego sprawę, za co Hanoi odpłacił się porwaniem. - powiedziała Junga. - Racja. Nie zapominajmy jednak o Mirandzie Hopkins. Pełniła rolę międzynarodowego pośrednika między mafią, a wami. Wykorzystała naiwność waszego przyjaciela, przyleciała do Tokio, by być w centrum wydarzeń i służyć pomocą. Junga zgodziła się ze słowami barmana. - Pamiętajmy jednak, że z porwaniem Satoshiego również stała Katrina. To miało utwierdzić was w przekonaniu, że zapłacenie okupu to najlepsze wyjście z sytuacji. - Jednak cały powód tej farsy wydaje mi się niedorzeczny. Dlaczego Katrina nie zawiadomiła mnie o ślubie i nie poprosiła mnie o pożyczkę, albo całą organizację wesela? Kazuki wzruszył ramionami. - Porywacze zażądali dziesięciu milionów jenów. To naprawdę dużo. Jak myślisz, ile byś ofiarowała na ślub swojej siostry? - Na pewno dużo mniej. - No właśnie. - powiedział pstrykając palcami i po chwili dodał: - Upozorowanie porwania okazało się bardziej opłacalne, jednak Katrina nie przewidziała jednej rzeczy: że nie będziesz chciała zapłacić. Junga zamknęła na moment oczy. Wszystko się wyjaśniło. Katrina, jej własna siostra chciała wyłudzić od niej pieniądze. Przez nią zginął Satoshi, upiła się i wpadła pod samochód. Przez nią Rachel została sierotą. Bruno i Akira siedzieli na lotniskowej kawiarence. Chwilę przedtem Kirchent kupił nowy telefon komórkowy. - Za dwie godziny samolot. - zauważył Japończyk. - Taaa... Za dwie godziny zamykasz kolejny rozdział swojego życia i zaczynasz całkiem nowy. Akira skinął głową. - Ten nowy rozdział będzie pisany drukowanymi literami. Bruno roześmiał się. - Tak? A to dlaczego? - Bo to będzie pierwszy etap w moim życiu, w którym nie skrzywdzę żadnego człowieka i być może spędzę mnóstwo czasu z osobą, którą kocham. Na twarzy Kirchenta pojawiło się zdziwienie. - Zakochałeś się? Akira pokiwał głową. - Nawet nie wiesz jak bardzo. - A mogę znać imię tego złodzieja, który ukradł ci serce? - spytał z ciekawością. - Dowiesz się w swoim czasie. - odparł wymijająco Japończyk. Kris z braku ciekawego zajęcia leżał na łóżku i gapił się w biały sufit, jakby miał na nim zobaczyć jakiś obraz. Mimo jego usilnych starań nic nie ujrzał. Do pokoju weszła pielęgniarka w białym fartuchu. Miała czarną skórę, wydatne usta i dredy. Nie była Japonką, bardziej przypominała Afrykankę. - Jak się pan czuje, panie Tyrese? - zapytała z typowo angielskim akcentem. - Bywało lepiej. - odparł. Rzeczywiście, Kris czuł się jak zbity pies. Tabletki w pełni nie tłumiły bólu, głowa mu pulsowała i ciężko mu się oddychało. Miał wrażenie, że złamano mu wszystkie kości, na szczęście uczucie, jakby sam wypił skrzynkę piwa ustąpiło na dobre. - Lekarz prowadzący przepisał panu tabletki i zastrzyki. - powiedziała i dodała: - Za dwa tygodnie powinniśmy pana wypisać. Dwa tygodnie gnicia w szpitalu. Dwa tygodnie bezpowrotnie wykreślone z jego życia. Kolejne dwa tygodnie bez Jessie. Szlag by to trafił. Pielęgniarka odnotowała coś na karcie pacjenta i wyszła.
Yami Asakura siedziała na łóżku w hotelowym pokoju z utkwionym wzrokiem w małą Rachel. Uśmiechała się słodko do dziewczyny, a ta odpowiadała jej tym samym. Jej dom został kompletnie zdewastowany. Kto mógł to zrobić? Pomogła Krisowi w odnalezieniu Bruna. Ktoś zemścił się z tego powodu. Ktoś kogo znała. Mimo to nie żałowała swojej decyzji. Zrobiła dobry uczynek i to się dla niej liczyło. Dzięki temu zyskała nowego sprzymierzeńca, no i poznała słodką Rachel. Pomyślała o Szakalu. O tym, ile razy oddała mu swoje ciało za pieniądze. Ile razy udawała przed nim rozkosz i podniecenie. A wszystko po to, by przeżyć, by móc zaspokoić podstawowe potrzeby. Jednak wolała to, niż stanie z podwiniętą spódnicą na ulicy i czekanie, aż jakiś frajer się zatrzyma i skorzysta z jej usług. Przykre, ale prawdziwe. Jessie Clarkson biegła przed siebie, nie zdając sobie sprawy, w jakim kierunku podąża. Co kilka sekund spoglądała przez ramię, ale za każdym razem, gdy to zrobiła nikogo nie było. Tager w ogóle jej nie gonił. Może zabiła również i jego? W końcu zadała mu mocny cios nożem w brzuch. Może przebiła jakiś ważny narząd wewnętrzny i mężczyzna wykrwawił się na śmierć? Było dużo możliwości. Jedno było pewne: musiała znaleźć jakąś bezpieczną kryjówkę. powrót do domu odpada, to zbyt niebezpieczne. Jess zerknęła na tabliczkę wiszącą na jednym z domów. Kenningston Road Pstryknęła palcami. Na tej ulicy mieszka jej chłopak, Kris Tyrese. Przeszła wzdłuż drogi i na samym końcu ujrzała ogromny pałac. Przekroczyła bramkę i przeszła przez potężny ogród. Dotarła na schody i wspięła się do góry. Gdy była przy drzwiach, okazało się, że zostały one wyrwane z zawiasów. Clarkson niepewnym krokiem przestąpiła próg domu i rozejrzała się po mieszkaniu. Salon, kuchnia, łazienka i korytarz był puste. Poszła na górę i sprawdziła sypialnie. Pokój Jungi był czysty, Bruna tak samo. Podeszła do drzwi prowadzących do Itaki Krisa. Uchyliła drzwi, po czym mocno je popchnęła. Weszła do środka i poczuła, jak zimna lufa łaskocze jej skroń.
17
Junga po rozmowie z barmanem lokalu "Akane", skierowała się do szpitala imienia Hiwatariego. Przed wejściem do placówki założyła obuwie ochronne i poszła do pokoju, w którym leżał Tyrese. Kris na jej widok uśmiechnął się. - Witaj, panie postrzelony. - przywitała się. - Bardzo śmieszne. - odparł. - Jak zdrowie? - Mogło być gorzej, mogło być lepiej. - Z twojej gadki wywnioskowałam, że czujesz się beznadziejnie. Kris skinął głową. Nie cierpiał szpitali. Nie mógł znieść tego specyficznego szpitalnego zapachu, paskudnego klimatu i jęczących dusz, które opuściły ciała właśnie w jego pokoju. - Muszę się czymś pochwalić. - rzekła dumnie podnosząc głowę. - Nie naprężaj się tak, bo ci wszystkie kręgi szyjne wyskoczą. - odparł. - Nie skomentuję tego. Musisz jednak wiedzieć, że oto masz przed sobą największą mistrzynię dedukcji od czasów samego Sherlocka Holmesa. Tyrese roześmiał się. - Więc co takiego wydedukowałaś? - spytał z ciekawością. Miał wrażenie, że zaraz wybuchnie śmiechem. - Rozmawiałam z Kazukim, barmanem lokalu "Akane"... Junga opowiedziała mu o wszystkich powiązaniach, o upozorowaniu porwania, próbie wyłudzenia pieniędzy, zmianie personaliów Szakala i całej reszcie. Kris słuchał jej z zapartym tchem. Nie przerywał Jundze, analizował każde słowo. Gdy w końcu otrząsnął się z wrażenia, powiedział: - Czyli Katrina okazała się wredną suką, tak? Junga musiała przyznać mu rację. - Jedna rzecz mi tylko nie pasuje. - powiedział Kris. Junga zrobiła zdziwioną minę. - Twierdzisz, że o wszystkim powiedział ci ten barman, tak? Skinęła głową. - Ha! I tu cię mam! - O co ci chodzi? - spytała zdezorientowana. - Wychodzi na to, że wszystkich informacji dowiedziałaś się od osoby postronnej. Czyli wychodzi na to, że sama nic nie wydedukowałaś! - powiedział Kris z podnieceniem, jakby czerpał przyjemność z poniżania Jungi. Lorenz zaczerwieniła się lekko. - Nieważne. - rzekła wymijająco. - Mimo to i tak jestem pełen podziwu, że udało ci się doprowadzić tę sprawę do końca. Wszystko się wyjaśniło.
Junga posmutniała i rzekła: - Szkoda tylko, że musieliśmy zapłacić taką cenę za odkrycie prawdy. - przyznała. Kris westchnął ciężko. - To już naprawdę nie nasza wina. Pełną odpowiedzialność za to wszystko ponosi twoja siostra. Uknuła misterny plan, który wymknął się jej spod kontroli. Układy z mafią to samobójstwo! Junga milczała. - Zauważyłaś ile osób zginęło przez tę intrygę? Junga pomyślała. Dużo. Za dużo. - Policzmy. Katrina i Satoshi, Szakal, jego wspólnik, Sakai. - Mówiła pokazując na palcach. Po chwili kontynuowała: - To cztery osoby. O cztery za dużo. - Jeszcze Miranda Hopkins. Junga wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. - Miranda nie żyje? - Tak. Powiesiła się. Lorenz pokręciła głową. - Pięć trupów. - rzekła wymachując otwartą dłonią. - Ciekawe jak Bruno zareaguje jak się dowie o Hopkins. - rzucił Tyrese. - Myślę, że nie będzie rozpaczał. - Raczej nie. To delikatny facet, a ta małpa wyrządziła mu wiele krzywd, grając na jego uczuciach. Junga milczała przez moment. Kris dostrzegł na jej twarzy skupienie. - O czym myślisz? - zapytał. - Kiedy pojechaliśmy do domu Yami okazało się, że ktoś buszował po jej mieszkaniu. Wszystko było doszczętnie zdemolowane. Tyrese przygryzł dolną wargę. - Junga, wiesz co to oznacza, prawda? - rzekł z obawą w głosie. - Tak. Sprawa Szakala nie została do końca wyjaśniona. Bruno i Akira znajdowali się już w samolocie. Lecieli zwykłą klasą, jednak Kirchentowi to nie przeszkadzało. - Dziwię się, że nie zabrałeś żadnych rzeczy. - zauważył Bruno. - Mówiłem już, że chcę zacząć wszystko od nowa. Pojęcie "wszystko" obejmuje nawet garderobę, zegarek oraz nową szczoteczkę do zębów. - odparł. Kirchent skinął głową na znak, że rozumie. Żelazny ptak wzbił się w powietrze. Przez moment było czuć lekkie drgania, które po krótkiej chwili ustąpiły. Stewardesa podeszła do nich z wózkiem, na którym znajdowało się mnóstwo puszek z napojami. Chwycił dwie sztuki z mirindą i podał jedną Akirze. Mirinda. Ciekawa nazwa. Prawie jak Miranda. Swoją drogą, ciekawe, co się teraz z nią dzieje? "Przechytrzyła goryla Szakala i gdzieś zwiała", myślał Bruno. - Mogę cię o coś zapytać? - rzucił nagle Kirchent. Japończyk wzruszył ramionami. - Dlaczego tak łatwo przychodziło ci krzywdzenie innych osób? - To zamknięty temat, Bruno. - powiedział po chwili wahania. - Wiem. Jednak chciałbym, żebyś ostatni raz do tego wrócił i przekazał swoje refleksje. Japończyk głośno westchnął i powiedział: - Zaczęłem współpracę z Szakalem zaraz po tym, jak zjawiłem się w Japonii. Byłem jego kukiełką, marionetką, która odwalała całą brudną robotę. To prawda, że okaleczałem ludzi, katowałem ich i drwiłem z ich krzywdy. Jednak nigdy nie zabiłem dziecka, rozumiesz? Nigdy, nawet palcem nie dotknąłem żadnego, przeklętego bachora. - Rzeczywiście, bardzo szlachetne. - zadrwił lekko Bruno. - Mam dokończyć? - Jasne, mów. - No więc w pewnym momencie wyrządzanie krzywdy niewinnym ludziom przestało mnie bawić. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że zaczęło mnie drażnić. Nie mogłem jednak tak po prostu odejść, Szakal miał za duże wpływy w Tokio. Dlatego, gdy zobaczyłem ciebie, pomyślałem, że jest jakaś nadzieja na wyrwanie się z tego mafijnego bagna. - Rozumiem. - Zanim jednak zorientowałem się, kim naprawdę jestem, masowo okaleczałem ludzi. Miałem obłęd w oczach, chęć ujrzenia ludzkiej krwi. Akira niespodziewanie zamilkł. Bruno postanowił o więcej już nie pytać.
Jessie leżała naga na łóżku. Ręce i nogi miała skrępowane grubymi sznurami, które zostały przywiązane do narożników łóżka. W ustach miała knebel. Nie mogła się ruszyć. Nie mogła się uwolnić. Nic nie mogła zrobić. Obok łóżka na krześle siedziała niska i szczupła kobieta po czterdziestce. Na jej twarzy widniały wyraźne zmarszczki oraz kurze łapki. Miała na sobie tyle pudru, że gdyby zebrała go do pojemniczka, z pewnością zapełniłby się cały. Kobieta ubrana była w czarne spodnie idealnie zaprasowane na kant oraz białą bluzkę z kołnierzykiem i niewielkim dekoltem. Wyglądała w tym stroju jak kulawy pingwin. - Moja droga, niepotrzebnie narobiłaś tyle zamieszania. - powiedziała nieznajoma unosząc pistolet lekko do góry. Jessie na ten widok cicho jęknęła. - Spokojnie, na razie nie planuję cię zabić. - zapewniła ją. Mimo to Clarkson nie odetchnęła z ulgą. - Obiecałaś coś mojemu przyjacielowi, pamiętasz? Tager, choć tutaj. Jess wytrzeszczyła oczy z przerażenia. Carlos wszedł do pokoju z szyderczym uśmiechem na ustach. - Zachowałaś się bardzo niegrzecznie, panienko. Rozpaliłaś mnie, a potem zwiałaś. Nieładnie, nieładnie. Teraz spełnisz każdą moją zachciankę. - powiedział z obłędem w oczach. Tager zdjął koszulkę odsłaniając swoje dobrze zbudowane ciało. W okolice przepony miał zawinięte bandarzem. Cios, który zadała mu Jessie nie wyrządził mu większych szkód. Jessie nie miała szans. Była tak mocno skrępowana, że nie mogła stawić najmniejszego oporu. "Wybacz mi, Kris", myślała. Tager wył jak kojot w czasie rui. Clarkson czuła nieprzenikniony ból. Każda sekunda wydłużała się w minutę, każda minuta w godzinę. Nigdy nie czuła się tak poniżona i upodlona. Krzyknęła przerażona, jednak knebel stłumił wszelki hałas wydobywający się z jej gardła. Gdy skończył, położył się obok niej i powiedział: - Jesteś wspaniała kochanie, choć byłaś bardzo bierna podczas naszych pieszczot. Tager wybuchnął głośnym śmiechem i po chwili ponownie położył się na Jessie. - Co powiesz na małą powtórkę? - spytał. Jess było już wszystko jedno. Nie miała siły się przeciwstawiać. Wszelki opór i tak byłby nieskuteczny.
Hotel Xiao znajdował się niedaleko szpital imienia Hiwatariego, więc dotarcie do niego nie było zbyt czasochłonne. Junga zastała Yami, gdy ta bawiła się z Rachel grzechotką. - Co u Krisa? - zapytała pospiesznie Asakura. - Wszystko dobrze. Za dwa tygodnie opuści szpital. Na twarzy Yami pojawił się szczery uśmiech nastolatki. - Wspaniale! Mogę go odwiedzić? - Jasne. - Wykąpię się raz-dwa i lecę do niego. Yami zniknęła za drzwiami łazienki. Junga podeszła do małej Rachel i pocałowała ją w czoło. Zaczęła przywiązywać się do dziewczynki, mimo, że spędziły ze sobą tak niewiele czasu. Teraz Jungę czeka coś, czego obawiała się najbardziej: wystąpienie o przyznanie praw rodzicielskich nad Rachel. Bruno i Akira przylecieli do Londynu o dziewiątej siedem czasu miejscowego. W Tokio w tym momencie panuje zmrok i wszyscy Japończycy smacznie śpią. Od razu skierowali się do wyjścia. Szczęśliwy Bruno głęboko zaczerpnął nieświeżego, zatrutego spalinami, londyńskiego powietrza. Poczuł, że jest w domu. - Może najpierw pojedziemy coś zjeść? - zapytał zwracając się do Akiry. - Dobry pomysł. Padam z głodu. Bruno z nowej komórki zadzwonił po taksówkę. Przyjechała po trzech minutach. Wsiedli do samochodu, po czym Bruno nakazał kierowcy jechać do restauracji Casanova. Akira przez całą drogę podziwiał widoki. Przejeżdżali obok Big Bena, Muzeum Brytyjskiego i koło wielkich centrów handlowych. - Poznaj Londyn. Może to miasto nie jest tak zaawansowane technicznie jak Tokio, jednak ma swój urok. Akira pokiwał głową. Był zachwycony. Piętnaście minut później siedzieli już przy stoliku w Casanovej. Bruno wpadł w znakomity nastrój, nawet Jeff, który ich obsługiwał nie mógł popsuć mu dobrego humoru. Kirchent zamówił pieczeń w sosie w sosie koperkowym, natomiast Akira wszystko co polskie: polski chleb, polskie masło, polskie wędliny, polski bigos. Zawsze uważał, że kuchnia polska jest najlepsza na świecie.
Yami Asakura wbiegła do pokoju Krisa. - Hej, pali się gdzieś? Dziewczyna zdyszana usiadła na krześle. - Jak się czujesz? Kris przewrócił oczami, - Każdy mnie o to pyta. Zaraz wywieszę sobie na łóżku kartkę z napisem: "Czuję się fantastycznie, proszę nie pytać osobiście". Yami zaśmiała się. - To wcale nie jest głupi pomysł. - powiedziała. Tyrese zmienił temat. - Wiem już co się stało w twoim domu. Wiesz, kto to mógł zrobić? Asakura pokręciła głową przecząco. - Nie mam pojęcia. - Ja też nie. - odparł. Yami zwiesiła głowę. - Pewne jest to, że jesteś w niebezpieczeństwie. Teraz nie możesz nigdzie błąkać się sama. Na razie zamieszkasz z Jungą i Rachel w hotelu. Kiedy wyjdę ze szpitala, zabiorę cię z tego bagna. Porzucisz Tokio i zaczniesz nowe życie w Londynie, zrozumiałaś? Dziewczyna wolno skinęła głową. - Zrozumiałaś? - powtórzył wyższym tonem. - Tak. - Doskonale. - odparł i po chwili zapytał: - Masz paszport? - Mam. - Idealnie. Za dwa tygodnie przeprowadzasz się do Anglii.
Jessie straciła nadzieję. Została skrępowana i zgwałcona przez oszpeconego mężczyznę. To, co ją spotkało, pozostawi trwały ślad w jej psychice. Każde wspomnienie o tych okrutnych wydarzeniach wywoła u niej dreszcze, nieufność, a może nawet pogardę dla mężczyzn. "Kris, gdzie jesteś, do cholery, kiedy cię potrzebuję?" Źle zrobiła. Nie mogła winić Tyresa za to, co się stało. On nie jest niczemu winny. To nie przez niego leżała w jego pokoju zgwałcona, sponiewierana i potraktowana jak ścierka do podłogi. Gdzie popełniła błąd? Nadzieja wróciła. Nie pozostawało jej nic innego jak wierzyć, że w końcu ktoś zorientuje się w sytuacji i wybawi ją z tych okropnych męczarni. Nagle drzwi pokoju uchyliły się. W sercu Jess zapłonął płomyk nadziei, choć sama nie wiedziała, czy ogarnęła ją radość, czy paraliżujący strach. Po posiłku Akira i Bruno skierowali się do pałacu na Kenningston Road. Gdy Japończyk zobaczył, gdzie mieszka Kirchent, wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Bruno otworzył bramkę i przepuścił Akirę. - Witaj w naszym królestwie. - rzekł. Zahipnotyzowany Azjata szedł przed siebie, nie zważając nawet na wyważone drzwi. Podziwiał niezwykłość każdego pomieszczenia, które znajdowało się w mieszkaniu. W pewnym momencie wyraz twarzy Akiry zmienił się z zachwytu w niepokój. - Co jest? - spytał Kirchent. - Czuję, że dzieje się coś niedobrego. - odparł powoli. - Niedobrego? Japończyk skinął głową. - Nie rozumiem cię. - Po prostu czuję, że coś jest nie tak. Bruno wzruszył ramionami. - Jeżeli to cię uspokoi, to możemy sprawdzić wszystkie pokoje. - powiedział. - Tak. Zróbmy to. Weszli na górę. W pierwszej kolejności Kirchent sprawdził swój pokój. Ani żywej duszy. Akira rozejrzał się po Itace Jungi. Idealnie zaścielone łóżko, porządek na półkach i równo ustawione kosmetyki na toaletce - wszystko było na właściwym miejscu. Do sprawdzenia został tylko pokój Krisa. - Daj spokój, wszystko jest w porządku. - powiedział Bruno. Akira jednak nie był tego pewien. Czuł, że coś wisi w powietrzu. Sięgnął za pasek spodni. Kirchent zmarszczył brwi. - Skąd masz tę broń? - zapytał. - Jakim cudem ją przemyciłeś do samolotu? - Mam swoje sposoby. - odparł wymijająco. Oboje skierowali się do pokoju Tyresa. Japończyk wiedział, że jego zmysły nie zawodzą. Właśnie tam czaiło się niebezpieczeństwo.
18
Asakura i Junga pojechały do hotelu. Yami był podekscytowana i jednocześnie zmartwiona. Zostawi swoje japońskie korzenie, by podbić Wyspy Brytyjskie. Mała Rachel spała jak zabita w hotelowym łóżku. Junga czytała jakiegoś szmatławca, w którym zamieszczone były świeże plotki z życia gwiazd. Magazyn "Carambol" wydawany był w języku japońskim i angielskim, dzięki czemu Junga mogła poczytać sobie coś w znanym języku. Od tych wszystkich "szlaczkowatych" japońskich literek kręciło jej się w głowie. - Mogę zamówić coś do picia? - zapytała Yami niepewnie, jakby bała się, że ktoś ją zaraz skarci. - Oczywiście. Przy okazji poproś o puszkę sprita dla mnie. Asakura złożyła zamówienie przez hotelowy telefon. Junga odłożyła gazetę. - Gdzie nauczyłaś się angielskiego? - spytała. Rzeczywiście, Yami bardzo dobrze mówiła po angielsku. Miała bardzo dobrą wymowę i poprawnie kładła akcent na poszczególne sylaby. - To jest Japonia, Jungo. Tutaj prawie każdy zna angielski, nawet ci, którzy nie mięli szczęścia edukować się należycie. - odparła. - Rozumiem. - powiedziała i wróciła do czytania gazety. Rachel cicho zakwiliła, jednak dalej spała jak niemowlak.
Akira w jednej ręce trzymał glocka, drugą chwycił za klamkę. W pokoju Krisa były trzy osoby. Siedząca na krześle kobieta po czterdziestce poderwała się w górę i wymierzyła lufę w Japończyka. Padł strzał. Akira jednak przewidział ten ruch i uskoczył na bok. Zdezorientowany Bruno stanął pod ścianą nie wiedząc co ze sobą zrobić. Azjata klęknął przy framudze drzwi i wyściubił nos, by zbadać sytuację. Pusto. Kto może znajdować się w pokoju? Naga, młoda kobieta była skrępowana i przywiązana do łóżka. Leżał na niej jakiś mężczyzna. Kobieta po czterdziestce miała broń, co świadczyło o tym, że uwięziona dziewczyna miała kłopoty. Dwóch na dwóch. Tylko że Bruno nie miał broni. I do końca nie wiadomo, czy w pokoju były tylko trzy osoby. Akira nie zdążył rozejrzeć się po całym pomieszczeniu. Drzwi zamknęły się. Tego Japończyk się nie spodziewał. Mógł ponownie je otworzyć, jednak klamka znajdowała się po prawej stronie drzwi. Mógł wbiec jak wariat do pokoju, jednak z pewnością zginąłby na miejscu. Mógł również wykonać serię strzałów w ciemno, ale mogłaby ucierpieć więziona kobieta. Dość już miał niewinnych ofiar. Musiał dostać się do środka. Cofnął się kilka kroków. Bruno spojrzał na niego zdziwiony, jednak nie odezwał się słowem. Akira wziął niewielki rozpęd, wyskoczył w górę i stopą uderzył w klamkę, po czym błyskawicznie wykonał salto do tyłu układając swoje ciało do pozycji wyjściowej. Kirchent wytrzeszczył oczy. Sam nie wiedział, czy jest bardziej zaskoczony, czy zażenowany tym wyczynem. Drzwi otworzyły się, jednak po chwil znowu trzasnęły o framugę. Akira powtórzył tę samą sekwencję kilka razy, za każdym razem z tym samym skutkiem. Bruno nie miał pojęcia, co Azjata miał na myśli, ale nie komentował jego małpich wyczynów. Japończyk wziął głęboki oddech i po cichu wykonał salto do przodu, uderzając w klamkę, jednak tym razem pozostał po drugiej stronie. Lekko uchylił drzwi i schował się pod ścianą. Padł strzał. Akira zaczął jęczeć. Kirchent spojrzał na niego. Żadnej krwi. Japończyk udawał. I to bardzo profesjonalnie. W powietrze uniósł się huk kolejnego wystrzału. Bruno poszedł w ślady Azjaty i też zaczął jęczeć. Niezbyt dobrze mu to wychodziło, jednak liczy się efekt końcowy. Akira uderzył pięścią o podłogę pozorując odgłos upadku. Po chwili zamilkli. Drzwi otworzyły się szerzej. Z pomieszczenia wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna z bliznami na twarzy. Kirchent rozpoznał go od razu. Paskuda... Mięśniak wymierzył pistolet w Bruna. Kolejny strzał przeszył powietrze. Głowa Paskudy eksplodowała. Kirchent poczuł, jak ciepła maź opryskała jego twarz, a mdły odór zakręcił mu w nosie. Ciało mięśniaka bezwładnie opadło na podłogę. Wstrząśnięty Bruno nie wydobył z siebie żadnego głosu. Akira zmarszczył czoło. Taki widok nadal go nie ruszał. Kwestia przyzwyczajenia... Zostały dwie kobiety: jedna bezbronna jak niemowlak, uwięziona i skrępowana, oraz druga, uzbrojona i niebezpieczna. Akira schował się za otwartymi drzwiami. Nie wiedział, czy wyjdzie z tego cało, jednak zdał sobie sprawę, że musi się poświęcić. Zerknął przez otwór po kuli. Starsza kobieta trzymała skrępowaną dziewczynę z lufą przyłożoną do jej skroni. Musiał to zrobić. Potwornie ryzykował, jednak nie miał wyboru. Jeżeli nieprawidłowo wyliczy kąt padania strzału, niewinna dziewczyna może stracić życie. "To nie może się zdarzyć", pomyślał. Przeturlał się po podłodze i znajdując się twarzą w twarz z kobietami oddał strzał. Po chwili zobaczył, jak ciało młodej kobiety osuwa się na podłogę. Serce podeszło mu do gardła. Wydał z siebie przerażający dźwięk i zaczął strzelać na oślep. Pociągał za spust tak długo, aż skończył się magazynek. Kobieta po czterdziestce leżała martwa na dywanie w kałuży krwi, która powoli w niego wsiąkała. Kelner hotelowy przyniósł zimne napoje. Zostawił tacę w pokoju i wyszedł nie oczekując napiwku. Junga dobrała się do puszki ze spritem i odgięła kluczyk. - Ciekawe co u Bruna. - powiedziała upijając łyk. - Zadzwoń do niego. Lorenz skinęła głową. Wyjęła komórkę i wybrała numer. Kirchent nie odebrał. - Może jest zajęty? - powiedziała Yami. - Bruno? - prychnęła. - Chyba układaniem pasjansa. Asakura wzruszyła ramionami. Wzięła do ręki szklankę z colą i zaczęła bawić się słomką. - Na pewno cieszysz się, że w końcu zaczniesz nowe, lepsze życie, co? - spytała Junga. - Sama nie wiem. Mam co do tego ambiwalentne uczucia. - odparła. Lorenz zmarszczyła brwi. - Nie rozumiem. Asakura odchrząknęła i po chwili powiedziała: - W Japonii się wychowałam. Tutaj znalazłam swój kąt, mam własny dom, na pobliskim cmentarzu leży moja rodzina. Trudno jest mi rozstać się z tym wszystkim. - Tak, jednak zapominasz po pewnych faktach. - Jakich faktach? - Twój dom jest kompletnie zdemolowany, grozi ci poważne niebezpieczeństwo i nie masz rodziny. Do tego nie mamy pojęcia kto lub co ci zagraża, nie masz stałej pracy i wykształcenia. Przeszłość prędzej czy później i tak cię dopadnie, złe wspomnienia wracają jak bumerang. Yami skinęła głową. - Przypomnę ci jeszcze, że nie masz pieniędzy na remont domu, jednak myślę, że i tak nie miałby on większego sensu. Ci ludzie mogliby wrócić w każdej chwili i powtórzyć swój wyczyn przy okazji robiąc tobie krzywdę. - Masz rację. - przyznała po chwili wahania. - Zostanie w Tokio w mojej sytuacji to nie najlepszy pomysł. - Cieszę się, że to rozumiesz. - powiedziała Junga ponownie wsadzając nos w magazyn.
"Paris Hilton wyszła z więzienia. Po odbyciu kary za jazdę z nieważnym prawem jazdy znów może cieszyć się wolnością".
Matko! Kogo to interesuje?
Bruno podszedł do dwóch martwych kobiet. Przyjrzał się młodszej, leżącej nago dziewczynie. Poczuł, jak wiruje mu w głowie, ściskało go w żołądku, serce na chwilę przestało bić. Podbiegł do niej i zbadał puls. Po chwili poderwał się na równe nogi. - Ona nie żyje, Akiro. - powiedział zdławionym głosem. Azjata doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Popełnił błąd. Zrobił coś, czego już nie da się cofnąć. - Czas nie stoi w miejscu. Nieważne jak kurczowo go trzymasz, on i tak ci ucieknie. - oznajmił Akira zdruzgotany. - Znam tę młodą kobietę. - rzekł Bruno przerażony. Japończyk spojrzał na niego pytająco. - Ta kobieta jest... to znaczy była dziewczyną Krisa. Akira otworzył usta. Zabił ją. Zabił miłość, która biła w sercu młodej osoby. Zabił miłość Krisa Tyresa. - Nie nacieszyłem się zbyt długo tym lepszym życiem. - powiedział ze smutkiem. Kirchent zacisnął pięści. - Nie, Akiro. Tak nie może być. Powiemy policji, że to nie ty zabiłeś Jessie. Japończyk uśmiechnął się ponuro. - I co z tego? I tak w końcu dojdą, że to ja ją zastrzeliłem. - Nie. Ta kobieta miała taki sam pistolet jak ty. Nikt ci nie udowodni, ze to ty oddałeś strzał do Jess. - Nie wiem co o tym myśleć. - Złożę zeznania na policji. Nie pozwolę, by zrujnowano ci życie. - powiedział Bruno wyciągając komórkę z kieszeni. Kris leżał w szpitalnym łóżku. Pielęgniarka w białym fartuchu stała przy nim i zapisywała coś na jakieś kartce. - Pana stan jest coraz lepszy. - powiedziała. - Miło to słyszeć. - odparł. Pielęgniarka szczerze się uśmiechnęła i rzekła: - Jeżeli sytuacja będzie tak odczuwalnie się poprawiać, pojutrze możemy przetransportować pana do szpitala w Londynie. - Fantastycznie. Oby tak się stało. Czuję się trochę nieswojo w tym kraju. - Rozumiem pana. Pewnie nie lubi pan podróżować. - Nie jestem koczownikiem. Wolę osiadły tryb życia. - powiedział również uśmiechając się. - Tak myślałam. - rzekła zerkając na zegarek. - Jest już dość późno panie Tyrese. Niech pan dobrze wypocznie, jutro o szóstej rano czekają pana badania. - Dobrze. Pielęgniarka wyszła. Kris nie myślał o niczym. Po chwili zapadł w kojący sen.
Przyjechała policja i karetka. Sanitariusze zabrali zwłoki, natomiast policjanci przewieźli Akirę i Bruna na komendę. Tam przesłuchali ich obu. Bruno opowiedział im wszystko, począwszy od wydarzeń z Tokio, aż do dzisiejszej tragedii. Skłamał, mówiąc, że kobieta po czterdziestce zastrzeliła Jessie Clarkson. Akira podał taką samą wersję wydarzeń, dzięki czemu cała sprawa stała się bardziej wiarygodna. Po przesłuchaniu Akira i Kirchent wrócili do domu. Bruno wezwał ślusarza i innych fachowców, by naprawili wszystkie usterki w pałacu. Usiedli na kanapie w salonie. - Jestem skończony. - powiedział Akira smutnym tonem, jakby zaraz miała przyjść jego matka, a on właśnie wybił szybę sąsiadki. - Daj spokój. Jesteś czysty. Niczego ci nie udowodnią. - zapewniał go Bruno. - Kris to twój przyjaciel. I tak się o wszystkim dowie. Kirchent pokręcił głową. - Nieprawda. Przynajmniej nie ode mnie. Japończyk uśmiechnął się ponuro. - Dziękuję. - odparł i podszedł do lodówki, z której wyciągnął puszkę piwa. - Przepraszam, że zachowuję się jakbym był u siebie, ale naprawdę... - Jesteś u siebie. - urwał mu Bruno. Akira ponownie uśmiechnął się, tym razem weselej. - Miło mi. - powiedział i wrócił na kanapę. Azjata siedział w milczeniu przyglądając się puszce z piwem. Na czarnej etykietce widniał biały napis "Galaos Bear". Zabójcza nazwa... - Miałem skończyć z zabijaniem, a tymczasem znowu odebrałem komuś życie. Los jest popieprzony. - powiedział Akira nie odrywając oczu od etykietki. Bruno skinął głową. W tej samej chwili uświadomił sobie coś potwornego. Będzie musiał powiadomić Krisa o śmierci Jessie Clarkson. Na samą myśl o tym przeszły mu ciarki. Zgroza... - Skąd wiedziałeś, że w domu dzieje się coś dziwnego? - spytał Kirchent. Azjata wzruszył ramionami. - Nie wiem. Czułem to. - Intuicja? - Być może. Oboje zmilkli. Bruno nie drążył tematu. Zamiast tego poszedł do łazienki i odświeżył się pod prysznicem.
Epilog
Minęło pięć dni. Pałac Bruna, Jungi i Krisa został doprowadzony do dawnej świetności. Kirchent nawet kupił nowe meble i wymienił okna na kuloodporne. Nigdy nie wiadomo, co jeszcze mogło się wydarzyć. Bruno wolał dmuchać na zimne. Akira zamieszkał w pałacu na Kennington Road. Przydzielono mu pokój gościnny, z własnym telewizorem i komputerem. Bruno przyjął go do pracy w agencji reklamowej jako tłumacza. Człowiek, który zna tyle języków jest bardzo potrzebny w branży. Kris został przetransportowany do szpitala w Londynie. Po otrzymaniu wiadomości, że Jessie Clarkson nie żyje przez dwa dni do nikogo się nie odzywał. Strata ukochanej osoby wywołała u niego wielki wstrząs. Jednak po kilku dniach pogodził się z losem. Pogrzeb odbędzie się za tydzień. Junga i Yami zostały w Tokio. Lorenz będzie mieszkała w hotelu do czasu, aż otrzyma decyzję o adopcji małej Rachel. Może to potrwać nawet miesiąc, jednak Jundze to nie przeszkadzało. Yami Asakura niecierpliwie czekała na przeprowadzkę do Londynu, jednak nie chciała zostawiać Jungi i Rachel samych. Uznała, że w każdej chwili mogłaby być potrzebna Lorenz.
Miranda Hopkins popełniła samobójstwo. Od samego początku intrygi jej powiązania z mafią budziły podejrzenia Bruna, jednak idealnie tłumiła je dzięki swojej charyzmie i darze przekonywania. W końcu jednak nie wytrzymała presji, jaką wywierał na niej Szakal. Gdy Nosuke Toryama stracił panowanie nad sobą, kazał pozbawić ją życia. Ta jednak potrafiła się obronić i zabiła ochroniarza Szakala, dzięki czemu była wolna. Kiedy uświadomiła sobie, jaki wielki błąd popełniła, postanowiła niepostrzeżenie uchronić małą Rachel przed niebezpieczeństwem i zaniosła ją do hotelu Xiao. Mimo tego, nie mogła sobie poradzić z przeszłością, dlatego zdecydowała, że jej życie straciło jakikolwiek sens. Zawiodła Bruna, naraziła na niebezpieczeństwo małe dziecko i w pewnym sensie przyczyniła się do śmierci ojca Rachel. Nie wytrzymała psychicznie przez co udała się do starego magazynu - jednej z kryjówek Szakala i tam odebrała sobie życie. Katrina Lorenz mieszkała wraz z mężem i córeczką w niewielkim domku na przedmieściach Tokio. Nie wiodło im się dobrze, żyli z dnia na dzień. Praca Satoshiego Mokito w redakcji jako gońca nie przynosiła dużych dochodów. W końcu Katrina posunęła się do drastycznego kroku: zawarła układ z mafią. Upozorowała porwanie Rachel, by wymusić na swojej siostrze okup. Nie sądziła jednak, że Junga będzie się wzbraniała od zapłaty. Nie przewidziała również, że sprawy zajdą tak daleko i że jej mąż będzie w poważnym niebezpieczeństwie. Sytuacja wymknęła się jej spod kontroli. Po pewnym czasie zaczęła się denerwować, żyć w niepewności. Nalegała, by Junga zapłaciła okup. Bezskutecznie. Od samego początku grała rolę zrozpaczonej matki, przejmującej się losem najbliższych. Z czasem ta rola przełożyła się na prawdziwe życie i nie miała już możliwości odwrotu. Mimo, że w barze Akane nie odmówiła sobie alkoholu, opowiedziała barmanowi całą swoją historię w pełni świadoma tego, co mówi. Gdy doszła do wniosku, że popełniła błąd, szczerze wyznała całą szokującą prawdę. Katrina z premedytacją wyszła na jezdnię prosto pod koła pędzącego samochodu. Była pewna, że już nigdy nie ujrzy swojej córki i męża. Stwierdziła, że straciła sens swojego życia dlatego popełniła samobójstwo. Nie zdawała sobie sprawy, że mogłaby przeżyć jeszcze mnóstwo cudownych chwil u boku swojej córki. Carlos Tager i Larson Anderson byli braćmi. Rozbieżność w ich nazwiskach wynikała z tego, że każdy z nich miał innego ojca. Od najmłodszych lat ich życie opierało się na nielegalnym handlu narkotykami, kradzieżach i włamaniach. Jako nastolatkowie przystąpili do współpracy z mafią Szakala, która działała na terenie Anglii i Tokio. Do pracy z Toryamą nakłoniła ich Miranda Hopkins, która sama miała romans z Szakalem. Carlos i Larson za swoje nielegalne działania nieraz byli karani, jednak wyroki nie były surowe, co nie zniechęcało ich do dalszych przestępstw. Jednak kiedy otrzymali sprawę, w której głównym celem stała się Jessie Clarkson, nie sądzili, że nie wyjdą z niej żywi. Jess uśmierciła Andersona wykorzystując własny wdzięk. Tager zginął z rąk swojego byłego wspólnika - Akiry Hiwatari. Rumiko Tager była zgrabną kobietą po czterdziestce. Jako matka swoich synów Carlosa i Larsona, również zajmowała się nielegalnymi działaniami. Gdy Rumiko dowiedziała się o śmierci Andersona, nie odczuła żalu. Była na to przygotowana. Mimo to postanowiła się zemścić na Jessie. Nie przewidziała jednak, że ktoś będzie starał się pomóc dziewczynie. Kobieta zginęła u boku swojego drugiego syna. Nosuke Toryama niegdyś nazywany Hanoi Torama w przeszłości był perkusistą zespołu "Arimasen". Już wtedy zajmował się sprawami mafii, zastraszał i więził przypadkowe ofiary. Gdy dostał propozycję kontraktu w zespole "Japan Band" zrezygnował z przyjaźni z Satoshim Mokito i przeszedł na głębszą wodę. Z czasem jednak zdał sobie sprawę, że jego działania nie przynoszą mu nic oprócz satysfakcji. Postanowił porywać małe dzieci oraz rządać od ich rodziców kilkumilionowych okupów. Dzięki temu stał się bogaty, zachowując anonimowość. Miał swoich ludzi od wykonywania brudnej roboty, jednak często sam katował ofiary. Kiedy jeden z jego przedmiotów łatwego zarobku uciekł i wszystkie fakty ujrzały światło dzienne, zaczął się dramat. Jednak rozprawa sądowa nie stanowiła dla niego większego problemu. Dysponując ogromnymi sumami pieniędzy przekupił sędziego i został uniewinniony. Mimo to został wyrzucony z zespołu i zerwano z nim kontrakt. Dla pewności jednak zmienił personalia na nazwisko Toryama. Gdy Katrina Lorenz zwróciła się do niego z prośbą o współpracę, zacierał ręce. Gdy zarządała od niego trzydzieści procent z okupu, zgodził się bez wahania. Wiedział, że i tak zgarnie wszystkie pieniądze. Otrzymał również wspaniałą okazję do zemsty za artykuły Satoshiego Mokito w "Tokio Press". Osiągnął ten cel. Jednak nie spodziewał się, że swoimi ambicjami sam wykopał sobie grób. Po zdradzie Akiry, swojego na pozór wiernego wspólnika, postanowił udowodnić, kto rządzi światem mafii. Jednak mocno się przeliczył. Zginął od kuli wystrzelonej z broni Jungi Lorenz.
Jessie Clarkson była wspaniałą aktorką. Bardzo kochała Krisa Tyresa, tęskniła za nim, gdy długo się nie widzieli. Jednak pewnego dnia jej życie przewróciło się do góry nogami. Miała przed sobą świetlaną przyszłość, jednak zło ją przysłoniło. Przeżyła okropne chwile, które nigdy nie miały prawa pojawić się w jej życiu. Została poniżona i zdeptana przez okrutnych ludzi bez skrupułów. Na szczęście pojawiła się nadzieja, mały płomyk, który rozświetlił się w jej sercu. Jednak zgasł on, gdy kula prowadzona przez Akirę Hiwatari przeszyła jej pierś. Satoshi Mokito, wspaniały człowiek z wielkimi ambicjami muzycznymi nie miał pojęcia, jaki błąd popełnia pisząc artykuły do "Tokio Press". Został uwikłany w intrygę swojej przyszłej żony, co przypłacił życiem. Został skatowany przez swojego dawnego przyjaciela z młodzieńczych lat, byłego perkusistę zespołu "Arimasen". Fałszywa przyjaźń zaowocowała gniewem i niesmakiem. Nosząc żal w swym sercu namówił redaktora naczelnego "Tokio Press" na napisanie własnych artykułów dotyczących rozprawy Hanoi Toramy. Ten mając doskonały pretekst do zemsty, uwięził Mokito i poniżał tak długo, aż ten wykrwawił się na śmierć. Jego ciało spłonęło w starym magazynie.
Bruno poszedł do swojego pokoju z puszką pepsi. Położył się wygodnie na łóżku. Spoglądał na ścianę, na której wisiała szklana gablota, w której umieszczony został stary medalion. Kirchent dostał go dawno temu od swojego dziadka. Obraz w medalionie przedstawiał mężczyznę trzymającego w dłoni nóż, stojącego nad łóżeczkiem, w którym spało małe dziecko. Bruno miał wrażenie, że gdzieś już widział ten motyw. Przez stary wisiorek prawie stracił życie. Dlaczego ludzie są tacy naiwni? Dlaczego potrafią pozbawić życia drugą osobę dla takiej błahej rzeczy?
Tajemniczych telefonów już nie było. Nikt nie dzwonił do Kirchenta, nie odzywał się żaden mechaniczny, przerażający głos. Mafia Szakala została rozbita. Nikt im nie groził, mogli poczuć się bezpiecznie, wrócić do normalnej rzeczywistości.
KONIEC
|
|||
| Zmieniony: Piątek, 07 Maj 2010 08:10 |










