| Miłość w słońcu i burzy |
|
|
|
| Utwory - Książki | |
| Wpisany przez Antonina Radzieda | |
| Piątek, 07 Maj 2010 21:08 | |
|
MIŁOŚĆ W SŁOŃCU I BURZY
Może lepiej iść na studia, myślała Urszula. Przecież nie będzie całe życie suszyć siana, tak jak to robi właśnie teraz. Co prawda kochała wieś, kochała też rodzinny dom, odziedziczony po rodzicach, ale dziś trudno jej było obietnicy danej umierającej matce, że pozostanie na gospodarce, dotrzymać. Nawet co do Romka, chłopaka, którego matka popierała w jego staraniach o jej rękę, miała wątpliwości. Nie kochała go, może jedynie ceniła za jego miłość i opiekę. A on właśnie się oświadczył, kazała mu czekać, nie była zdecydowana. Rozmyślała tak odpoczywając w cieniu, pod plecionym z patyków płotem sąsiada, kiedy nagle płot zatrzeszczał, usłyszała - Ula, co ty tak siedzisz i siedzisz? Odwróciła głowę i zobaczyła nad płotem twarz Jacka Gorańca. Była sobota i pewnie przyjechał z Krakowa, gdzie pracował, do domu. Jacek był bardzo przystojny, włosy miał ciemne, lekko kręcone, oczy duże, piwne, twarz śniadą i szczupłą. Był starszy o trzy lata od Urszuli i właściwie mało uwagi poświęcał jej jak dotąd. Dziewczyny szalały za nim, jego uroda i urok chłopaka pracującego w Krakowie przyciągały je jak magnes. Korzystał z tego w całej pełni, bez żadnych zobowiązań wobec którejkolwiek. - A tak sobie leniuchuję, powiedziała niezbyt przychylnie Urszula. - Lepiej się zabierz do roboty, bo ci deszcz siano niedługo zaleje. Widziałem barometr taty. Leci na łeb na szyję. Urszula podskoczyła z wrażenia, stanęła koło płotu. - Co ty mówisz, dlaczego mnie straszysz, przecież tak pięknie słońce świeci i tak gorąco jeszcze. - Wcale cię nie straszę, ojciec na Zagórzu całą łąkę złożył w kopy. Chcesz, to ci pomogę. - Co ty mówisz, pomożesz mi, tak za darmo pomożesz? - Czemu nie, Ulka - powiedział. - Boże Święty, muszę się spieszyć, sama tego tak szybko nie dam rady złożyć - powiedziała i pobiegła składać siano w kopy. Jacek poszedł do szopy po grabie i widły. Ula myślała, że po prostu odszedł, przecież go nie prosiła o pomoc. Nie miała dla niego zbytniej sympatii, przecież zawsze ją ignorował. Jego rodzina należała do tych zamożniejszych. Matka, niezwykle ambitna, chciała swoich troje dzieci tak ustawić w życiu, aby osiągnęły sukces, zwłaszcza finansowy sukces. Jacek ukończył tylko technikum chemiczne, pracował w Krakowie w fabryce. Był tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty rok i pracował tam z nakazu pracy. Nie chciało mu się studiować, był na to zbyt leniwy. Ula zobaczyła go nadchodzącego z narzędziami, nie chciała wierzyć własnym oczom - jednak zdecydował się jej pomóc. - Jacek, powiedziała, dobrze, że mi chcesz pomóc, mogę ci zapłacić, bo przecież sama nie zdążę, a szkoda takiego pięknego siana - prawda? - Co ty mówisz o zapłacie, Ula, ja ci pomogę z wielką przyjemnością, dla mnie to rozrywka, zwłaszcza przy tobie. – Cóż to za rozrywka, słońce dopieka, a ja się denerwuję, że nie zdążymy przed tym deszczem. - Nic się nie martw, przecież jestem tu z tobą, a tato też obiecał przyjść ci pomóc. - To mnie pocieszyłeś, tylko co ci wpadło do głowy, żeby mi pomagać, nigdy tego nie robiłeś. W ogóle się mną nie interesowałeś. - Skąd wiesz, że się nie interesowałem, co prawda ciągle przebywam w Krakowie, ale ostatnio zauważyłem jak bardzo się zmieniłaś na korzyść. W Krakowie znam wiele dziewcząt, ale w porównaniu z tobą dużo tracą na atrakcyjności - mówił patrząc na nią z uśmiechem. Wyglądała ślicznie w słomianym kapeluszu, kolorowej bluzce z dużym dekoltem i w obcisłych, krótkich spodenkach. Miała opalone, zgrabne nogi i szczupłą figurę. Zaczerwieniła się od tych słów i tego jego pożądliwego spojrzenia. Przemknęło jej przez głowę, że pewnie spodziewa się specjalnej zapłaty od niej. Przecież wiedziała jak sobie poczyna z innymi dziewczynami. Nie wiedziała co odpowiedzieć, potrzebowała jego pomocy, wolała nic nie mówić. On popatrzył poważnie i powiedział – wiem, że chodzisz z Romkiem od dawna, jeżeli go kochasz, to mi powiedz, bo chciałem cię o coś zapytać. No wiesz, Jacek, to już chyba nie twoja sprawa, czy ja go kocham, czy nie. - Skąd wiesz, że nie moja sprawa....., a z resztą masz rację. Właściwie to sam jestem zdziwiony tym, co się ze mną dzieje. Może nie uwierzysz, ale teraz cię widzę w innym świetle, przestałaś być dla mnie znaną sąsiadką, znaną od dziecka. Jesteś kimś innym, ciekawą dziewczyną, zaczynam być nawet zazdrosny o tego Romka.. Ula aż stanęła z wrażenia – co ty znowu zmyślasz, chcesz mnie, która cię znam od zawsze, wmówić, że ci się podobam. Nigdy tego nie okazywałeś, prawda? Wcale się nie zapieram, ale teraz się coś zmieniło, może nie tyle ty, co moje uczucia do ciebie..., naprawdę Ula. - Jacek, nie bajeruj mnie, wiesz jaka jestem, u mnie nie szukaj tego, co znajdujesz u innych dziewcząt. A jeżeli chodzi o Romka, to właśnie mi się oświadczył. Tym razem Jacek stanął zaskoczony – co ty mówisz, wychodzisz za niego za mąż? - Być może, nie wiem jeszcze, za miesiąc mam mu odpowiedzieć. Wiesz, że jestem sama na tym gospodarstwie i nie daję sobie rady. - Dziewczyno, co ty mówisz, to dlatego wychodzisz za mąż? - Jeszcze sama nie wiem co zrobię, może pójdę na studia. - Na studia? Na jakie studia, powinnaś za mąż wyjść, masz już odpowiedni wiek. Tylko wiesz co ci powiem Urszulko? ...powinnaś za mnie wyjść za mąż, tylko za mnie, powiedział przystając. Urszula popatrzyła na niego, żartuje, czy też jakiś trik wymyślił, aby ją zwieść. - Doprawdy, tak ci to nagle przyszło do głowy, chyba sobie kpisz ze mnie - powiedziała. - Naprawdę nie żartuję, z twoich wątpliwości co do Romka wynika dla mnie jakaś nadzieja, znasz mnie od zawsze, więc uważam, że mogę ci się oświadczyć. Faktycznie może za wcześnie na to, ale powiedz chociaż, ze zechcesz ze mną chodzić - powiedział. Całe siano było już zgrabione na długie wały i zaczęli je składać w kopy. Byli teraz blisko siebie, Jacek korzystając z tego, że kopa była prawie gotowa, pod jej ochroną objął Ulę i całował jej rozpaloną twarz. Ula zdziwiona i zaskoczona nie broniła się Całował ją coraz namiętniej, poczuła nieznaną przyjemność. Nogi się pod nią ugięły i dziwna słabość owładnęła jej ciałem. Patrzyła na jego zamknięte oczy z długimi jak u kobiety rzęsami i nagle wydał jej się nieziemsko piękny i bliski. Przestraszyła się bezwładu jaki ogarnął jej ciało i odepchnęła go gwałtownie. Coś w niej tkwiło, brak zaufania i wiary w szczerość jego intencji. Nie, nie będę jeszcze jedną jego zdobyczą, myślała. Jednak w głębi duszy pragnęła, aby to było szczere. - Dlaczego mnie odpychasz, nie podobam ci się, Ula? - Czy to ważne, czy mi się podobasz, czy dlatego mi pomagasz i opowiadasz te historie, bo czegoś się po mnie spodziewasz, Jacek? - Ale ty jesteś niewierny Tomasz Ula, mówię ci prawdę. Jestem zdecydowany się ożenić z tobą, ale przecież sama wiesz, że musimy się bardziej zbliżyć do siebie. Musimy wiedzieć, czy jest nam dobrze ze sobą, czy się po prostu nadajemy dla siebie. Przez cały czas składali nowe kopy, bo Ula pomimo zaszłej sytuacji miała na uwadze swoje siano. Zależało jej, aby nie zmokło, a już od północnej strony nadchodziły ciemne chmury i słychać było dalekie dudnienie grzmotów. - Jacek, wiesz, że mnie zaskoczyłeś, ale jeżeli mówisz poważnie, to się nad tym zastanowię. Nie sądzisz chyba, że się w tobie natychmiast zakocham, chociaż dobrze wiesz, ze umiesz uwodzić. - To się cieszę, nareszcie dałaś mi jakąś nadzieję. Zrobiło się szaro, słońce pokryły chmury i wiatr rozwiewał siano. - Widzisz, że miałem rację z tym deszczem, ale może zdążymy złożyć wszystko zanim się rozleje. Tato stoi na ganku, czy chcesz, aby nam pomógł, Ula? - Czy ja wiem, może sami zdążymy to skopić, powiedziała. - Chyba nie zdążymy, wiatr coraz mocniejszy, gna chmury w naszą stronę - powiedział Jacek i pomachał ojcu, aby przyszedł im pomóc. Ojciec szybko przyszedł i już razem składali resztę siana na kopy. Kiedy kończyli ostatnią, deszcz dużymi kroplami zaczął powoli padać. Pozostały jeszcze na łące resztki siana, którego nie można już było zgrabić, bo deszcz był coraz mocniejszy. Ula podziękowała im za pomoc i pobiegła w stronę domu. Błyskawice przecinały niebo, pioruny z ogromnym hukiem uderzały całkiem blisko, Ula umierała ze strachu, bała się burzy bardzo. Po drodze spuściła Krasulę z łańcucha, biegły teraz razem w stronę domu. Krowa wbiegła prosto do małej obory, Ula przywiązała ją i dała trochę siana do żłobu. Wbiegła do domu i zamknęła otwarte okno w kuchni. Na podłodze pełno było wody, wytarła ją i dopiero wtedy zdjęła z siebie przemoczone ubranie. Włożyła ciepły szlafrok i pantofle. Burza nasiliła się jeszcze, huk gromów przerażał ją, czuła się okropnie w tym dużym domu. Zdawało się, że lada moment piorun w niego uderzy. Modliła się żarliwie, w końcu wzywała głośno mamę na pomoc. Poczuła się małym, opuszczonym dzieckiem. Żeby tu teraz był Jacek, tak, Jacek zdał jej się bliskim i potrzebnym. Bała się patrzeć w okno, za którym co chwilę przeraźliwie jasne zygzaki błyskawic przecinały ciemne niebo. Grzmoty dudniły, aż szyby drżały w oknach. Strach Uli sięgał szczytu. Uciekła do piwnicy, tam były małe okna, czuła się tu nieco bezpieczniej. Jednak i tu docierały odgłosy burzy. Ze strachu przyzywała matkę...mamo, mamo, tak się boję, mówiła głośno i modliła się gorąco. Prosiła, aby piorun nie uderzył w dom. Bała się okropnie. Nagle straszny huk wstrząsnął domem, Ula była pewna, że właśnie uderzył w niego piorun. Płakała głośno i krzyczała ze strachu. Postanowiła sprawdzić, mimo strachu co się stało. Powoli wyszła z piwnicy. Dom był cały, nie widziała niczego podejrzanego. Spojrzała przez okno, na niewysokim pagórku zawsze stała samotna sosna, teraz w świetle błyskawic widziała jej rozłupany pień, na ziemi leżało złamane drzewo. To było tak blisko, Boże Święty, nie było już sosny, na którą patrzyła przez całe życie. Burza oddalała się, słychać było coraz dalsze grzmoty, tylko błyskawice często rozświetlały niebo. Ula uspokajała się powoli, nie była to pierwsza burza w jej życiu, ale każdą przeżywała ciężko. Teraz czuła się samotna i opuszczona, zdana tylko na samą siebie, nie było już mamusi, która była tarczą przeciw wszelkim zagrożeniom. Ojca też kochała, ale mama była jej najbliższa, gdyby żyła może zrozumiałaby jej sytuację i poradziła co robić. Jacek wrócił do jej myśli, jaki on przystojny, a ja przecież nie dorównuję mu urodą, myślała. Może jednak wyjść za Romka, on się mamusi podobał jako mój przyszły mąż. Podeszła do lustra w pokoju, zaświeciła lampę i popatrzyła na swoją twarz. Włosy były w nieładzie, twarz spocona i brudna. Boże święty, jak ja wyglądam. Poszła do łazienki i umyła twarz, uczesała włosy, poczuła się nieco lepiej. Burza była już daleko. Uspokojona odgrzała coś do jedzenia i zjadła ze smakiem. Nie było się czego bać, więc przebrała się w roboczy strój i poszła wydoić krowę. Krasula patrzyła na nią i ryczała, muszę jej przynieść wody, pewnie chce pić. Zaniosła mleko do domu, przecedziła do dużego kamiennego garnka, przykryła i zaniosła do piwnicy. Misiek zaczął szczekać, co znowu z tym psem, czy ktoś się tu kręci w pobliżu, myślała. Poszła z wiadrem do studni, naciągnęła wody i zaniosła Krasuli. Wypiła ją bardzo szybko, więc przyniosła drugie i trzecie. No to masz dość, więcej ci nie dam wody, dostaniesz siana na noc, powiedziała do Krasuli. Co to się ze mną dzieje, myślała, już do krowy mówię. Misiek znowu zaczął szczekać, wyszła z obory i popatrzyła w koło. Misiek szczekał coraz zajadlej. Pewnie ktoś drogą chodzi i ten pies tak szczeka, myślała Ula wchodząc do domu. Zamknęła drzwi na klucz i poszła do łazienki wykąpać się. Leżała w wannie kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Któż to może być o tej porze, myślała. Włożyła szlafrok i poszła zobaczyć kto przyszedł. Za drzwiami stał Romek. - Romek, to ty, spytała. - Tak, to ja, specjalnie przyjechałem dzisiaj a nie jutro, wpuść mnie, proszę Urszulko. Ale ja jestem nie ubrana, właśnie się kąpię i jest tak późno już, Romek. Sam wiesz, że nie mogę cię teraz wpuścić, przyjdź jutro, proszę. - A gdzie przenocuję, myślałem, że się boisz burzy i będzie ci ze mną raźniej. Romek, dzięki, ale jest już po burzy, naprawdę nie mogę, ludzie będą gadać Bóg wie co. Jak chcesz to przenocuj w stodole na sianie. Dziewczyno, czy to nie wszystko jedno czy na sianie, czy u ciebie, przecież cię nie zjem, znasz mnie chyba. Wiem Romek, ale ludzie są tacy wścipscy i złośliwi, nie chcę mieć kłopotów. Dam ci tu kołdrę, koc i poduszkę. Znasz przecież tę stodołę, to sobie pościel, dobrze? - Ty mnie chyba nie lubisz, powinnaś się cieszyć, że przyjechałem, a ty wydziwiasz, Ula. Nie odezwała się nic, a może to jest dobra okazja, aby mu powiedzieć, że nie wyjdzie za niego za mąż. Właśnie w tej chwili wiedziała na pewno, że za niego nie wyjdzie, spadło to na nią jak objawienie. - Romek, ja cię lubię naprawę, ale to nie jest miłość, wiem to teraz na pewno. Mogę ci już powiedzieć, że nie wyjdę za ciebie. Lepiej się nie oszukiwać. - Ula, co ty mówisz, wiesz, że cię kocham, ja nie wierzę w to co mówisz. Słuchaj, namyśl się jeszcze, ja przyjdę tu jutro, pójdę do kolegi się przespać, dobranoc. Romek odszedł nie czekając na odpowiedź. Urszula wróciła do łazienki i dokończyła kąpieli. Nałożyła wałki na włosy i poszła je suszyć w kuchni elektryczną suszarką. Była zmęczona i śpiąca. Poszła spać z jeszcze niezupełnie wysuszonymi włosami. Rano jak zwykle zajęła się swoją niewielką trzodą. Krasulę zaprowadziła na łąkę blisko domu i przywiązała do żelaznego pręta, wbitego w ziemię. Posprzątała w mieszkaniu, zjadła śniadanie i zaczęła się przygotowywać do pójścia do kościoła. Pogoda znowu była piękna, kończył się maj z prawie letnią aurą. Do kościoła chodziła z Elą. Ela mieszkała kilka domów dalej i była jej rówieśniczką. Za dwa miesiące miała wyjść za mąż. Jej przyszły mąż miał dość duże gospodarstwo, Ela niewiele miała, ale chciała pozostać we wsi, a wiele dziewcząt uciekało do miasta. Zdecydowała się wyjść za Włodka, bo jej się podobał, miała nadzieję, że nie będzie tak ciężko pracować. Włodek miał duży dom i nowoczesne maszyny rolnicze. Spotkały się koło domu Eli. - Ula, ale masz ładną sukienkę, kiedy ją sobie uszyłaś? Cześć - podoba ci się ta sukienka? - Pewnie, jest taka lekka i przeźroczysta, może trochę za dużo bielizny widać. - Naprawdę, myślałam, że ten muślinowy spód kryje bieliznę, jakoś tego nie widać w lustrze. - Tak, ale jest słońce i dobrze cię oświetla. Urszula poczuła się trochę nieswojo, jak tu iść do kościoła w tej sytuacji. - Co ty opowiadasz, zresztą teraz to jest modne. Dziewczyny prawie wszystkie noszą przeźroczyste bluzki. W tym jasno-niebieskim kolorze jest ci bardzo do twarzy, Ula. Gdybym ja była taka ładna jak ty, to nigdy bym na wsi nie została. A co z Romkiem, zdecydowałaś się wyjść za niego? Szły powoli w stronę kościoła, który stał na wzgórzu w środku wsi Zapole, w której mieszkały. Ula popatrzyła na Elżbietę i powiedziała – może powinnam wyjść za niego, ale przecież go nie kocham. Powiedziałam mu wczoraj, że nie wyjdę za niego. - Urszula, co ty mówisz! Przecież tak długo chodziliście, no i twoja mama go lubiła. - Tak, to prawda, ale ja nie jestem pewna, czy muszę tak żyć jak mama. Wzięłam ze względu na nią tę gospodarkę, ale przecież ja tego nie chcę na całe życie. Powiem ci, że ja chciałabym być nauczycielką, chętnie poszłabym na studia. Pewnie, że kocham ten mój dom rodzinny i to dziedzictwo, ale nie aż tak, żeby się tu na wieki zakopać. - Urszula, co ci się odmieniło, przecież obiecałaś mamie tu zostać? - Tak, wiem o tym, wiąże mnie to, ale myślę, że i mama dziś zrozumiałaby, że lepiej dla mnie robić to, co lubię. - To już zdecydujesz sama, a wiesz Ula, Włodek kupił mi już materiał na sukienkę i resztę rzeczy do ślubu. Nie wiem jaki fason wybrać, doradź mi coś, Ula. - Dobrze, mam kilka czasopism z modą, to możemy je kiedy pooglądać razem. Doszły już do kościoła. Kościół był stary, otoczony równie starymi drzewami. Weszły do środka, było dość ciemno i duszno. Ludzie wypełniali go szczelnie, śpiewali i modlili się. Urszula lubiła ten nastrój wzniosły, te śpiewy od lat tak samo brzmiące, śpiewała razem z innymi. Po mszy tłum wylał się z kościoła i rozchodził powoli do domów. Młodzież męska stała grupkami przy bramie wyjściowej kościoła. Rozmawiali i śmiali się głośno, komentowali wygląd dziewcząt, krytykowali, albo wyrażali uznanie. Jacek Goraniec też stał tam z innymi. Do Elżbiety podszedł Włodek i razem poszli do domu. Urszula porozmawiała chwilę z koleżanką z gimnazjum, Kryśką Kutą i poszła do kiosku kupić „Przekrój”. Bardzo lubiła poczytać w niedzielę to pismo. Był jeszcze w sprzedaży i Ula zadowolona płaciła za niego, kiedy ktoś za jej plecami pytał – czy ma pani „ Sportowca”. Oglądnęła się, za nią stał Jacek i uśmiechał się. - Jak się masz, nie wystraszyłaś się burzy? - Cześć, nawet się nie pytaj, o mało nie umarłam ze strachu. Szli razem do domu rozmawiając. - A wiesz, że ja byłem w pobliżu twojego domu, wiedziałem, że się będziesz bała, ale nie wchodziłem do środka. - Tak? To dlatego pewnie Misiek tak szczekał i szczekał, Jak długo byłeś? - Długo, stałem pod okapem stodoły i prawdę powiedziawszy kiedy piorun uderzył w tę sosnę, to aż usiadłem ze strachu. -Gdybyś był wszedł, to nie bałabym się tak bardzo, ale jakoś przeżyłam. - A ja tam byłem i wtedy kiedy Romek przyszedł. - Naprawdę? I co widziałeś? - Widziałem wszystko, ale nie słyszałem o czym rozmawialiście. Ważne, że go nie wpuściłaś i odszedł spod drzwi. - I co z tego, nikogo bym nie wpuściła w nocy. - A dopiero mówiłaś, że mnie byś wpuściła. - Być może, strasznie się bałam tej burzy. Szli powoli wiejską drogą, ludzie ich mijali. Droga wiła się pomiędzy urwistymi brzegami. Wysokie drzewa tworzyły nieomal dach z gałęzi i liści nad ich głowami. Gęste krzaki porastały brzegi. Było przyjemnie i chłodno w ten upalny dzień w tunelu z zieleni. Ludzi było coraz mniej, Jacek przystanął i zerwał zieloną gałązkę brzozy. - Popatrz Urszulko jaka śliczna delikatna zieleń tych liści, ta gałązka kojarzy mi się z tobą, ty też tak świeżo i pięknie wyglądasz. - Ale ją zerwałeś i za chwilę zwiędnie, później uschnie i straci cały urok, prawda? - To nieważne, teraz jest śliczna, tak jak ty. Było cicho, liście lekko szeleściły w poszumie wiatru, pachniało siano na pobliskich łąkach. Jacek objął Urszulę i całował. Sama się sobie dziwiła, że żadnym ruchem nie sprzeciwiła się temu. Pocałunek sprawił jej przyjemność, ale odgłos nadjeżdżającego samochodu odsunął ich od siebie. Szli jakiś czas nic nie mówiąc. Tunel zieleni skończył się, koło drogi pojawiły się domy, z niektórych dochodziły zapachy niedzielnych obiadów. - Ula, zapraszam cię na obiad do restauracji. Pojedziemy do Tumina, zgadzasz się? - Dziękuję ci, ale niestety moja gospodarka mnie woła, wszystko czeka tam głodne, muszę wracać do domu. - To zrób co masz do zrobienia i jedziemy na obiad razem. - Naprawdę nie mogę. Wczoraj w te kopy siana solidnie dolało i muszę je zaraz jak wrócę rozrzucić i suszyć. Widzisz jaka pogoda piękna, a jutro muszę iść do pracy. - Dziewczyno, przecież szkoda twojego życia na takie zajęcia. Czy masz zamiar całe życie tak spędzić? - Nie wiem, obiecałam mamusi, że zostanę tu i co mam zrobić? Wszystko jest moje i powinnam się raczej cieszyć, przecież nie jest łatwo czegoś się dorobić, nie uważasz, Jacek? - Może masz rację, ale ja na wsi nie chcę pozostać. Chciałbym się z tobą ożenić, ale nie zostanę tu na pewno. Mnie się o wiele więcej podoba życie w mieście. - To po co w ogóle próbujesz mnie uwodzić? - A co to ma do rzeczy, przecież nic na to nie poradzę, że mi się podobasz, bardzo podobasz. Doszli już do domu, kiedy Jacek powiedział - słuchaj, jeżeli musisz to siano dziś też suszyć, to ci pomogę, chcesz? - Tyle mi namieszałeś w głowie, że sama nie wiem jak mam cię traktować. Chcesz mi pomóc, żeby mnie do czegoś zobowiązać, czy co, nie wiem. - Ależ skąd, dziewczyno, po prostu szkoda mi cię, taka jesteś delikatna, a pracujesz tak ciężko. - Nigdy przedtem cię to nie obchodziło, prawda? - Ale mnie teraz obchodzi, chciałbym cię stąd wyrwać. - Jacek, proszę cię, nie zniechęcaj mnie jeszcze bardziej do tego życia, ja za bardzo miasta nie lubię, ale różne myśli mi do głowy przychodzą. Myślę przecież o tych studiach. - Na co ci studia potrzebne, musiałabyś jeszcze te pięć lat poświęcić, a życie ucieka. Teraz jest pora myśleć o małżeństwie i dzieciach, - mam rację? - Sama nie wiem, nie mam teraz głowy na podejmowanie jakichś decyzji. Jeżeli ci nie szkoda niedzieli, to możesz mi pomóc przy tym sianie .Teraz idź do domu. - Dobre i to, z tobą nie tracę niedzieli, będzie przyjemniejsza jak inne, do widzenia na razie. Urszula była już koło domu, otworzyła bramę na podwórko i weszła. Misiek skakał przy budzie, czekał, że da mu jedzenie i picie. Szybko się przebrała, nakarmiła głodne zwierzaki, wydoiła krowę i poszła do domu zrobić coś do jedzenia i dla siebie też. Przebrała się w lekki strój, włożyła słomiany kapelusz i poszła na łąkę suszyć siano. Jacek też się zaraz zjawił i pomagał jej. - A ty nie musisz suszyć swojego siana? - Nie muszę, ojciec przykrył je wczoraj i nie zamokło, jutro go dosuszy i zwiezie. - Nie myślałam, że będzie lało, też bym przykryła plastykiem, mam w domu. - Widzisz, gdyby nie ja to całe siano by ci zalało. - Wiem i dziękuję ci jeszcze raz, za pomoc też. Od strony domu Uli ktoś nadchodził, - któż to może być, nie mogę stąd poznać, powiedziała Ula. Był to Romek, szedł powoli jakby się namyślał czy ma iść dalej, czy też zawrócić. - To Romek tu idzie, powiedziała Ula. - Będziesz miała pomocnika dodatkowego - powiedział Jacek. - Nie jest mi potrzebny, już niewiele zostało, damy sobie radę sami. Romek podszedł do nich, pozdrowił i zapytał – może ci pomóc, Urszulko, suszyć to siano, chociaż widzę, że już znalazłaś sobie pomocnika. - Jak widzisz, kończymy już i siano będzie sobie schło na słońcu. Jacek mi pomaga. - Widzę, oczywiście, że widzę, ale może później ci się przydam? Tu wtrącił się Jacek – damy sobie radę sami, przecież nie ma dużo tego siana. Ula czuła się niezręcznie w tej sytuacji. Romek nie wierzył, że między nimi wszystko skończone, łudził się, że zmieni zdanie. Ona, być może i z powodu Jacka była pewna, że za Romka nie wyjdzie. Dlaczego jej nie wierzy, przecież to poważna sprawa i nie robi sobie żartów. Kiedy skończyli pracę Ula podziękowała Jackowi. On obiecał przyjść pomóc przy składaniu na kopy. Pożegnali się i Ula z Romkiem poszła w stronę swojego domu. Szli razem milcząc. Po chwili Romek nieswoim głosem powiedział – czy to z powodu Jacka jesteś dla mnie taka obojętna? Popatrzyła na niego i powiedziała – Romek, czy ty chcesz, abym ja za ciebie wyszła nie kochając cię? - Chcę, wierzę, że mnie jeszcze pokochasz, przecież nikt cię tak nie kocha jak ja. Czy jesteś pewna, że pokochasz kogoś i ktoś cię będzie kochał jak ja, no powiedz? - Niczego nie jestem pewna, nawet byłam gotowa wyjść za ciebie, bo mamusia cię lubiła. Chciałam spełnić jej wolę, tę gospodarkę też z tego powodu wzięłam, ale czy uważasz, że muszę dziś żyć wbrew sobie i swoim marzeniom? - Nie wiedziałem, że tylko takie motywy miałaś. Przecież już rok minął od śmierci twojej matki, a ty dopiero dziś mi to mówisz, Ula. - Powiedziałam ci, że i dziś niczego nie jestem pewna, muszę jeszcze dużo przemyśleć i spróbować inaczej żyć. - Niby jak inaczej, co młoda dziewczyna może zrobić, jak wyjść za mąż, no powiedz? - Mam na to jeszcze czas... - To ja poczekam, daj mi szansę, proszę. - Jeżeli ci to odpowiada, to czekaj, ale ja niczego nie obiecuję, jesteś wolny. Szli w milczeniu, Romek ze spuszczoną głową, smutny. Zastanawiał się nad swoją sytuacją, pracował jako monter urządzeń elektrycznych w Krakowie. Pochodził też stąd, lubił pracę na roli, chciał prowadzić gospodarstwo i dorabiać w swoim zawodzie. Teraz wszystko się waliło, takiej drugiej jak Urszula Dożeńska nigdzie nie znajdzie. Łzy stanęły mu w oczach, przystanął, odwrócił się usiłując je powstrzymać. Urszula szła dalej nie oglądając się. Czuła się nieswojo, czuła się winna, wątpliwości w niej narastały. Czy nie powinna zgodnie z wolą matki postąpić? Jednak wspomnienie pocałunków Jacka utwierdziło ją w postanowieniu zerwania z Romkiem. Zdecydowanie weszła do domu i zamknęła drzwi na klucz. Koniec z Romkiem, przecież to jest o wiele uczciwiej tak postąpić, niż go oszukiwać, myślała niezupełnie pewna swoich racji. A Romek nie rezygnował, dzwonił i wołał ją, ale Urszula już nie wyszła. Rozpacz go ogarnęła, instynktownie wyczuł, że to Jacek jest winien wszystkiemu. I co ta Urszula robi, czy ona wie, że on się nią pobawi jak lalką i rzuci. To jest taki bawidamek, ciągle z kwiatka na kwiatek przeskakuje. Ja go chyba zabiję, myślał wściekły. Łzy same leciały mu z oczu. Poszedł miedzą przez pola w stronę lasu. Tu nikt go nie zobaczy. Nie umiał przezwyciężyć tego uczucia rozpaczy, czuł w sercu ciężar i smutek. I po co ja się z nią tak obchodziłem, lepiej gdybym był taki jak Jacek. Tak ją szanowałem, a ona widać nie tego oczekiwała. W końcu zaczęło rosnąć w nim uczucie nienawiści do Urszuli. Ona go odrzuciła, wzgardziła jego miłością. Celowo usiłował wywoływać w sobie niechęć do niej. Przez moment zdawało mu się, że już jej nie kocha, że jej nienawidzi. Ból w sercu był mniej dolegliwy. Rozmyślał jak się na niej zemści – jeszcze pożałuje, że go odrzuciła, myślał. Gdyby tak zacząć chodzić do innej dziewczyny, może wtedy zrozumie, że go straciła i zechce wrócić. I znowu na wspomnienie jej dużych, niebieskich oczu uleciała z niego cała niechęć, cała nienawiść. Jak ją odzyskać, może jednak chodzić uparcie, może nie rezygnować jeszcze. Nie był w stanie zrezygnować, nie chciał całkiem stracić nadziei. Po prostu nie umiał sobie wyobrazić życia bez Urszuli. Jego rodzice zmarli, gospodarstwo przejął starszy brat, nic mu nie dał i żyli teraz w niezgodzie. Gdyby się z Urszulą ożenił byłby w lepszej sytuacji materialnej niż on. Co zrobi jak się rozniesie, że Ula go nie chce, jest całkowicie przegrany. Ta myśl pobudziła w nim chęć ucieczki stąd. Nie, nie dam się tak upokorzyć, myślał, już tu nigdy nie wrócę. Doszedł do lasu, znał go od dziecka. Las był duży, ciągnął się od końca wsi aż pod szczyt dalekiej góry. Najlepiej znał najbliższe okolice. Rosły tu i sosny i świerki, dęby też się zdarzały i inne rodzaje drzew i krzewów. Poprzecinany był liniami przeciwpożarowymi, właśnie taką linią szedł Romek poprzez duże trawy i pokrzywy, wydeptaną przez innych ścieżką. Pomimo przygnębienia czuł przyjemny, świeży zapach lasu, pośród tej rozśpiewanej, szumiącej przyrody serce mniej go bolało. Zszedł z linii w głąb lasu, który na stromym wzgórzu porośnięty był sosnami. Poprzez pnie drzew widać było daleką przestrzeń . Nie było tu krzewów, pod stopami chrzęściły uschłe igły sosen. Zapach był jeszcze intensywniejszy, zmierzał do miejsca, które razem z kolegami odkrył jeszcze w dzieciństwie. Była to pieczara w bardziej stromym miejscu wzgórza. Nie była widoczna wśród gęstych krzaków porastających wzgórze. Tam właśnie spotykał się z dwoma kolegami, tam zwierzali się ze swoich problemów, lub po prostu grali w karty. Teraz czuł nieprzepartą potrzebę znalezienia się w środku i wykrzyczenia swojego bólu bez świadków. Dawno tu nie był, krzaki w okolicy wejścia do pieczary były nieco rzadsze, woda w czasie ulewy wyrwała kawał ziemi. Sterczały tam korzenie drzew w żółtej, kamienistej ziemi. Wszedł między krzaki i zmierzał do otworu pieczary. Jest – pomyślał, nic się nie zmieniło, tylko krzywa sosna jest większa. Doszedł już prawie do otworu, kiedy usłyszał jakiś odgłos z głębi pieczary, przystanął i nadsłuchiwał. Za chwilę usłyszał już wyraźny płacz, czasem głośny, jęczący, czasem szloch przejmujący, bolesny. Zadrżał z wrażenia, ktoś go uprzedził i wylewał tu swój ból, ukryty przed światem, albo być może jakieś przestępstwo miało miejsce. Przyszło mu na myśl, że ktoś potrzebuje pomocy i powinien to sprawdzić zanim odejdzie. Zastanowił się chwilę i po cichu odszedł dalej, chciał uprzedzić, że nadchodzi, nie chciał nikogo zaskakiwać w takiej chwili. Wracał robiąc dużo hałasu, łamiąc nogami suche gałązki, - ktoś go usłyszał, bo płacz umilkł. Wchodził do pieczary powoli mówiąc -..ale tu ciemno, szkoda, że nie mam latarki... Znał tę pieczarę, powoli oczy przyzwyczajały się do ciemności, szedł dalej w głąb pieczary. Nagle ktoś przemknął obok niego i wypadł na zewnątrz. Odwrócił się i zobaczył znajomą dziewczynę ze wsi – była to Dorota Gorczycka. Wybiegł szybko i zawołał – Dorota, Dorota, to ja , Romek Put – nie uciekaj, nie bój się. Dorota przystanęła i popatrzyła w jego stronę. - Myślałam, że mnie ktoś śledził i chciał napaść, ale się strachu najadłam. A co ty tu robisz? - Chciałem odwiedzić starą moją przystań z dzieciństwa, dawno tu nie byłem. - Dziwne, ja myślałam, że nikt tu nie przychodzi, odkryłam tę pieczarę jak chodziłam na grzyby, ale nikomu o niej nie mówiłam – chciałam ją mieć dla siebie. - Możesz mieć, ja tu już nie przyjdę, dziś mnie coś naszło i chciałem ją zobaczyć. - To oglądaj, ja już idę, cześć, Romek. - Poczekaj, jak już się spotkaliśmy, to porozmawiajmy, dawno cię nie widziałem. Nawet nie wiem, czy nie wyszłaś czasem za mąż. Dorota pochyliła głowę i chciała odejść bez słowa. Podszedł do niej i spytał - czemu odchodzisz, nie chcesz porozmawiać? - Romek, dziś nie jestem w nastroju do rozmowy. Nie mogła się opanować i zaczęła płakać. - Dorota, co ci jest, widzę, że masz jakieś zmartwienie, czasem jest się dobrze komuś zwierzyć, wtedy lżej się robi na sercu. Powiem ci, że ja tu przyszedłem, bo mnie spotkała wielka przykrość. Chciałem tu w samotności przetrawić mój ból. Dorota spojrzała na niego – ty też tu po to przyszedłeś, naprawdę? - Niestety, tylko po to, a ty widzę też masz zmartwienie. - Mam straszne zmartwienie, więcej, jestem w rozpaczy. - Dorota, co ty mówisz, przecież można ci tylko pozazdrościć, ty możesz mieć wszystko co chcesz, więc z jakiego powodu ta rozpacz, czy możesz mi powiedzieć? - Nie wiem czy mogę, przecież nie znamy się aż tak blisko, żebym ci się zwierzała. - Dorota, przyznam ci się, że słyszałem wcześniej twój płacz, brzmiał rozpaczliwie. Ty nie możesz się z tym sama łamać, może mógłbym ci pomóc, doradzić, czy co? - Nikt, nikt na świecie nie może mi pomóc, moje serce nie jest w stanie znieść tego bólu, mnie się już żyć nie chce. Właściwie to chciałam z sobą skończyć tu w tej pieczarze, gdybyś nie przeszkodził, to nie wiem jak by się to skończyło. - Dorota, nic na świecie nie jest warte życia, jest tylko jedno. A przecież jutro może się coś zmienić, jutro może być lepiej, naprawdę. - Romek, co ty wiesz o moim cierpieniu, ty masz dziewczynę, kochacie się, pewno się pobierzecie, a ja właśnie wczoraj dostałam list od Włodka – przecież go znasz, prawda? - Tak, znam, on wyjechał niedawno do USA. - Tak, wyjechał, ale chodziliśmy ze sobą na poważnie, miał się żenić ze mną. Kochaliśmy się, ja go kocham ciągle, obiecywał, że mnie weźmie, że się ze mną ożeni na pewno. Czekałam, byłam pewna, że mnie kocha – a on mi napisał, że z nudów się ze mną spotykał, nigdy mnie nie kochał. Napisał, że lepiej, abym nie traciła czasu i nie czekała na niego, bo się nie doczekam, powiedz, czy to możliwe, aby udawać miłość? Jarek popatrzył na Dorotę – miała twarz spuchniętą od płaczu, nos czerwony i włosy w nieładzie. Mimo to była młodą, ładną, zgrabną dziewczyną. Długie, czarne włosy zakrywały jej twarz. Oczy piwne, duże, smutnie, więcej niż smutnie patrzyły na niego. -Chyba nie, on cię raczej kochał. Teraz jest w innej sytuacji i widocznie mu się odmieniło. Może to i uczciwie z jego strony, że cię nie łudzi. - Uczciwie, mówisz, uczciwie, a moje uczucia się nie liczą? Ja bym tego nie zrobiła nigdy nikomu. - Skąd wiesz, przecież nie jesteś w jego położeniu, może on wie, że się z tobą nie może ożenić i ci to teraz mówi, a przecież mógłby cię zwodzić. Dorota płakała siedząc na wystającym, dużym kamieniu. Romek usiadł obok na wysypanej igłami sosnowymi ziemi i wziął ją za rękę. - Dorotko, czy uwierzysz, że ja jestem w takim samym położeniu jak ty. Urszula powiedziała, że za mnie nie wyjdzie, że mnie po prostu nie kocha. Tak jej to lekko poszło, chociaż wie, że ja ją bardzo kocham. Teraz widzisz jak to w życiu jest, ja cię całkowicie rozumiem. - Romek, co ty mówisz, a wszyscy mówili, że się pobieracie niedługo. Tak długo chodziliście ze sobą. - No widzisz, i co ja mam zrobić teraz, też jest mi przykro, więcej niż przykro. - Ale ty jesteś mężczyzną, to tak nie cierpisz, na pewno się wnet z inną pocieszysz. - Co ty mówisz, Dorota, ja też mam serce i cierpię, może inaczej niż ty, ale cierpię. - Ale tak jak ja kocham Włodka, to nikt na świecie nikogo nie kocha. - I co, nikogo już nie pokochasz, zostaniesz sama? - Wcale nie chcę żyć, mówię ci, wcale nie chcę, wcale, mówiła szlochając i roniąc obfite łzy. Jarek rozumiał ją doskonale, jego cierpienie wydało mu się już nie takie ogromne, on nie miał zamiaru pozbawiać się życia tak jak ona, raczej pełen był mściwych myśli, szczególnie w stosunku do Jacka. Przytulił głowę Doroty i głaskał jej rozwichrzone włosy. Dorota powoli się uspokajała, szlochała jeszcze od czasu do czasu. Romek przysiadł się bliżej niej na kamieniu i przytulił ją mocno do siebie. Czuł jak jej serce bije, czuł wstrząsane szlochem ciepłe ciało Doroty. Zaczął delikatnie całować jej mokrą od łez twarz, chciał ją tylko pocieszyć. Jednak z każdą chwilą czuł narastające pożądanie. Całował ją coraz gwałtowniej, ona, o dziwo nie sprzeciwiała się, była całkiem bezwolna. W pewnym momencie zaczęła oddawać mu pocałunki, robiła to jak w transie, z zamkniętymi oczami, coraz namiętniej się całowali. Zatracili poczucie rzeczywistości, silne napięcie psychiczne, a może i ta przyroda wpłynęły na niezwykłe pobudzenie zmysłów. Nagle znaleźli się obok kamienia na ziemi, całowali przytuleni, on czuł jej ciało blisko, czuł jej uległość, ale nie chciał posuwać się za daleko. Resztki rozsądku trzymały na wodzy jego pożądanie. Całował ją coraz gwałtowniej, wtedy Dorota powiedziała cicho – Romek, jak chcesz, to mnie weź....już mi jest wszystko jedno, a ty jesteś taki dobry dla mnie. Gdzieś w podświadomości chciała zemsty za odrzucenie, za upokorzenie, to było zabijanie niechcianego uczucia. -Naprawdę chcesz, naprawdę? -Chcę, powiedziała. Romek już się dłużej nie wahał.
* * *
Urszula słyszała kroki odchodzącego Romka. No, nareszcie sobie poszedł, jak ja mu mam tłumaczyć, że nie mogę za niego wyjść, dlaczego nie chce mnie zrozumieć. Może już tu nie wróci, myślała. Nie chciało jej się gotować czegoś do jedzenia, więc usmażyła jajka na bekonie, zrobiła kawy i zjadła. Siedziała w pokoju przy stole z widokiem na drogę. Koło domu w ogródku rosły na grządkach wiosenne kwiaty. Lubiła kwiaty i miała ich dużo, niektóre zostały jeszcze po matce, która je też bardzo lubiła. Co mamusia by o mnie pomyślała, gdyby jeszcze żyła - myślała Ula, może jednak pozwoliła by na moje studia. Przecież mogę studiować zaocznie, muszę tylko zlikwidować na razie tę gospodarkę. Sprzedam wszystko co żywe, a grunt oddam w dzierżawę, będę dalej pracować w biurze i jakoś przeżyję. Czas szybko mijał, popatrzyła na zegarek, było już późno. Przebrała się i znowu poszła na łąkę składać przesuszone siano. Była w połowie układania jednej kopy, kiedy przyszedł Jacek. - Cześć pracy, albo szczęść Boże - jak wolisz Ula. - Daj Boże, kto dobry, to pomoże – tak wolę. - Właśnie po to przyszedłem, widać jestem dobry. Zaśmiali się i już razem składali siano na kopy. Jacek żartował, starał się być blisko Urszuli, patrzył jej w oczy i wreszcie spytał - a co z Romkiem? - Jak widzisz, nie ma go tu i raczej nie będzie. - Na pewno? - Tak przypuszczam, powiedziałam mu, że nie wyjdę za niego, on nie chce wierzyć, mówi, że mnie kocha. - Ja cię też kocham, ptaszyno moja, teraz jesteś moją dziewczyną, prawda? - Jacek, coś ty w takiej gorącej wodzie kąpany, poczekaj z tymi twoimi oświadczynami, aż przyzwyczaję się do nowej sytuacji. - Po co czekać, życie ucieka i trzeba z niego korzystać i to szybko korzystać. Widzisz jak nam idzie wspaniale wspólna praca, już niedługo skończymy. - Rzeczywiście, ale siano jest suche i lekkie, to się dobrze pracuje przy nim. A ja ci bardzo dziękuję za pomoc. - Nie dziękuj, komu mam pomagać, jak nie swojej dziewczynie? Słuchaj, mam ochotę się zabawić, chodźmy gdzieś wieczorem. - Przecież jesteśmy zmęczeni i brudni, moje włosy okropnie wyglądają, jak ja się ludziom pokażę? - Co cię ludzie obchodzą, mnie się podobasz, więc idziemy i już. - Jacek, znowu zapominasz, że ja mam obowiązki przy tym gospodarstwie. - Chryste Panie, to kiedy ty się zabawisz w życiu, zresztą możesz te obowiązki wykonać, a później pójdziemy razem do miasta. - Dzięki za propozycję, może jednak innym razem, jest niedziela i jutro muszę iść do pracy. Jak widzisz trudno jest pogodzić wszystkie sprawy tak od ręki, trzeba się trochę przygotować do zmian. - To wobec tego przyjdę do ciebie i posiedzimy trochę razem, dobrze? - To już jest do przyjęcia propozycja, możemy i w domu potańczyć, mam adapter i płyty. - Fantastycznie, skończyliśmy, więc chodźmy już razem do ciebie. - Pozwól mi się trochę przygotować, umyć, odrobić te obowiązki, dobrze? - A przy mnie nie możesz tego zrobić? - Nie mogę, po prostu krępuje mnie taka sytuacja. - Ale jesteś uparciuch, a ja się decyduję wziąć cię za żonę, może się jeszcze namyślę i zrezygnuję, zażartował. Ula popatrzyła na niego, już próbuje się wycofać - pomyślała. - Naprawdę, jeżeli nie traktujesz poważnie swoich słów i zawracasz mi tylko głowę, to lepiej przerwijmy tę grę zaraz. - Co ty mówisz, Ula żartowałem, a ty nie znasz się na żartach, a co w tym dziwnego, że chcę być z tobą? - I co, będziesz ze mną krowę doił, kąpał się, i co jeszcze? - Będę ci pomagał, przecież się znam na tym, ale krów nie umiem doić, niestety. Skończyli pracę i szli w stronę domu Urszuli. Wiesz co, wezmę krowę teraz i zaraz ją wydoję, a my będziemy mieć resztę czasu dla siebie. - Mam ochotę cię wycałować, ale sąsiedzi patrzą, poczekam, aż będziemy sami - powiedział Jacek. Urszula pomimo pewnych wątpliwości co do jego intencji, cieszyła się, że będą razem, że ją będzie pieścił i całował. Kiedy skończyła te swoje obowiązki umyła się w łazience, ułożyła włosy, upudrowała twarz i umalowała lekko usta. Popatrzyła do lustra, nieźle wyglądam, pomyślała. Włożyła lekką sukienkę i pantofle na wysokim obcasie. Jacek czekał przy adapterze nastawiając nową płytę. Popatrzył na nią z podziwem – ale mam śliczną dziewczynę, chodź w moje objęcia księżniczko - powiedział żartobliwie i przyciągnął ją do siebie. Tańczyli przytuleni w słabym świetle nocnej lampki. Jacek całował ją delikatnie w tańcu i opowiadał jakieś zabawne historie. Śmiali się, byli ze sobą szczęśliwi. - Jacek, poczekaj tu chwileczkę, zrobię herbaty, napijemy się i coś zjemy. Prawdę powiedziawszy jestem głodna, nie zdążyłam nic dziś ugotować. - A widzisz, chciałem cię zaprosić na obiad, a teraz jesteś głodna - powiedział Jacek. - Wiesz dlaczego, ale mam w domu coś do jedzenia, czy lubisz ser, masło, chleb, jajka, czy też kiełbasę, to zaraz to przygotuję, dobrze? - Dlaczego nie, o ile oczywiście nie braknie dla ciebie. - Nie, nie braknie, powiedziała i wyszła do kuchni. Kiedy woda się ugotowała zrobiła herbatę, kanapki i przyniosła do pokoju. - To wszystko co mam, częstuj się, proszę, powiedziała i zasiedli do jedzenia. - Bardzo mi smakuje to twoje jedzonko, powiedział jedząc ze smakiem , widzę, że będę miał wspaniałą żonę. - Znowu żartujesz, to nie jest sprawa, którą można tak lekko traktować, ale cieszę się, że ci smakuje. - Dobrze, masz rację, jest to poważna sprawa i ja mam szczęście, bo Romek zszedł mi z drogi bez większych problemów, nawet się tego nie spodziewałem. - Tak się złożyło, tak czy inaczej musiałabym mu dać odpowiedź, ty z nim nie masz nic wspólnego, sama podjęłam decyzję. - Być może, ale skorzystałem z okazji, a całkiem prawdopodobne, że jeszcze ktoś inny by cię poderwał. Ula uśmiechnęła się, zebrała naczynia ze stołu i zaniosła do kuchni. - Czy nie masz ochoty posiedzieć w ogródku na ławce, ja tak lubię słuchać słowików o tej porze, może i dziś je usłyszymy. - Chętnie, gdzie ty, tam i ja podążę, zażartował znowu. Usiedli na ławce blisko siebie, kwiaty pachniały, księżyc świecił i w jego poświacie wszystko wyglądało niesamowicie pięknie. Tak się przynajmniej Uli wydawało. Było cicho, tylko psy poszczekiwały, a Misiek rwał się na łańcuchu. Spuściła go więc i patrzyli razem jak radośnie biega po podwórku. Wrócili na ławkę i całowali w cieniu gruszy. Od strony drogi przy siatce rosły krzaki porzeczek i agrestu, nie było ich więc widać, kiedy się tak namiętnie całowali. Od strony pola koło domu, gdzie też rosły porzeczki widać ich było lepiej. Tam właśnie wśród tych krzaków leżał Jarek. Przyszedł jak się tylko ściemniło, miał nadzieję zaskoczyć Ulę gdzieś na podwórku i jeszcze próbować ją przekonać do siebie. Kiedy jednak zobaczył ją przez niedokładnie zasunięte firanki z Jackiem tańczącą, całującą się w pokoju, stracił wszelką nadzieję. Więc to tak, Jacek odebrał mu Ulę. Miłość do niej paliła go, a może zazdrość, nie czuł już rozpaczy. Jeżeli ona jest taka, to się pomyliłem kochając ją tak bardzo. Nie czekał dłużej, odszedł. A Ula z Jackiem całowali się i całowali, ona czuła się szczęśliwa jak nigdy. Spadło to na nią niespodzianie i szybko, miała jednak wrażenie trwania tego uczucia od zawsze. Zapomniała, że rano musi wstać wcześnie, czas stanął dla niej. Była już prawie dwunasta w nocy, kiedy się rozstali. Jacek wszedł po cichu do domu, matka nie spała jeszcze, czekała zapewne na niego. - Jacek, czemu tak późno wróciłeś - spytała. - Mamo, przecież wiesz, że byłem u Urszuli, chyba nie masz nic przeciwko, sama mi mówiłaś, że dobra partia. - Mówiłam, mówiłam, ale przecież ona chodzi od dawna z tym Putem, słyszałam, że mają się pobierać. - Już nie, mamo, już nie, teraz jest moja, podoba mi się naprawdę i to bardzo, ożenię się z nią. - Jacek, ty sam nie wiesz jaki jesteś przystojny, mógłbyś mieć nie taką Ulę, nawet jaką doktorkę mógłbyś mieć. - Mamo, może i mógłbym, ale po co mi doktorka, ja już z Uli nie zrezygnuję, ożenię się tak szybko, jak tylko się da. - Nie śpiesz się tak, co nagle, to po diable, lepiej się trochę zastanów. - Jak się tak będę zastanawiał, to ona mi się jeszcze rozmyśli, tak jak się z Romkiem rozmyśliła. - Gdzie ci się rozmyśli, siedzi tu na wsi i kto ją tam z tymi jej morgami zechce, a ty co będziesz na wsi robił, nigdy nie chciałeś gospodarki, chyba, że się rozmyśliłeś i weźmiesz po nas schedę. - Co ty mówisz, mamo, jak się ożenię to sprzedamy wszystko i przeniesiemy się do miasta. - To komu my to nasze gospodarstwo zostawimy? - Co się mamo martwisz, na razie jesteście zdrowi i sami dacie sobie radę, a zresztą jakoś to będzie. Teraz muszę już iść spać, obudź mnie o piątej, dobrze? - Dobrze, dobrze, wstajemy przecież wcześnie. Jacek rozebrał się, położył do łóżka i zaraz usnął, mając w oczach słodką twarz Uli - będzie moja, na pewno, zdążył jeszcze pomyśleć. Ula też usiłowała usnąć, ale była niezwykle podniecona, czuła pocałunki Jacka i jego uściski jakby był przy niej. Wrażenia te powracały do niej jak ciągle od nowa puszczany film. I tak doczekała rana. Niewyspana wstała, porobiła wszystko i poszła do pracy. W biurze myśl o Jacku nie opuszczała jej ani na chwilę, nie słyszała o czym koleżanki rozmawiają, swoje czynności wykonywała automatycznie. - Ula, czy ty śpisz, spytała pani Zosia, pytałam cię, czy wysłałaś pismo do PSS-u, przecież nie zapłacili rachunku jeszcze z kwietnia. - Przepraszam, ale zajęta jestem tymi delegacjami, a pismo już wysłane. Jesteś jakaś dziwna, Ula, nic nie gadasz, chora jesteś, czy co - spytała pani Kazia. - Nie, skąd, dobrze się czuję, może jestem trochę zmęczona, musiałam w niedzielę siano suszyć - Ty z tą gospodarką nie dasz rady sama, i jeszcze tu pracujesz, musisz z czegoś zrezygnować - powiedziała pani Irena. - Tak, to prawda, myślę o tym. Panie zniechęcone znów zajęły się swoimi sprawami, Ula wróciła do myśli o Jacku, automatycznie coś rozliczając. Sama sobie się dziwiła, przecież go znała od zawsze, a dopiero teraz, kiedy zwrócił na nią uwagę oceniała go pozytywnie. Zapomniała o wszystkich jego wadach, widziała piękną twarz, czuła gorące pocałunki, wszystko inne było nieważne. Była po prostu okropnie zakochana, nigdy się tak nie kochała, czasem myślała, że jakiegoś chłopaka w gimnazjum kocha, ale to nie było to, to były zwykłe flirty, teraz spotkało ją coś nadzwyczajnego, wspaniałego. Po pracy poszła do fryzjera, obcięła włosy, miała teraz modną fryzurę, w której było jej do twarzy. Wróciła do domu zdecydowana zmienić swoją sytuację. Sąsiedzi chętnie zgłosili się, aby kupić i krowę i świnię. Kupili też wysuszone siano na łące. Teraz należało poszukać kogoś do pomocy przy warzywach, chciała mieć więcej czasu dla Jacka. Do soboty tak wiele w jej życiu się zmieniło, jakby minął co najmniej rok. W jej sposobie myślenia też zaszła zmiana, czuła się dowartościowana, ładna i kochana. Była właśnie wolna sobota i Ula od rana sprzątała mieszkanie. Wydało jej się, że w mieszkaniu jest za dużo rupieci po rodzicach. Poprosiła chłopaka z sąsiedztwa o pomoc i razem powynosili je do szopy. W mieszkaniu zrobiło się jaśniej i przestrzenniej. Jednakże końcowy efekt nie całkiem zadowolił Ulę. Zrobiło się trochę obco, ale pewnie spodoba się Jackowi, myślała. Po skończeniu zajęć wykąpała się i ładnie ubrała, czekała na Jacka. Dziś była gotowa iść z nim gdzie zechce, miała ogromną ochotę zabawić się wśród innych, młodych ludzi. Jacek jakoś się nie zjawiał. Ula wpadła w przygnębienie, był już wieczór, piękny wieczór początku czerwca. Wyszła do ogródka i usiadła na ławce, tu Jacek ją całował, taka była szczęśliwa. Czy on sobie z niej zażartował, czy co, myślała zgnębiona i upokorzona. A Jacek przyjechał po południu i wstąpił do kawiarni w Tuminie. Można tam było wypić wino, zjeść jakąś zakąskę, a w każdą sobotę odbywały się dancingi, tak jak właśnie dziś. Młodzież chętnie przychodziła, bo było tanio i przyjemnie Muzyka z płyt, ale to nikomu nie przeszkadzało bawić się wesoło. Jacek spotkał znajome towarzystwo i razem bawili się doskonale. Wypili kilka butelek wina i Jacek dopiero około północy wracał do domu, był tak pijany, że ledwie doszedł. Kiedy przyszedł, matka, która czekała na niego, spytała - i coś ty z siebie zrobił i to nie pierwszy raz, czy ty chcesz się całkiem rozpić? - Co mama mówi, spotkałem kolegę i trochę się zabawiliśmy w Tuminie, a co, kiedy się będę bawił, jak będę stary? - Idź już lepiej spać, dziecko, bo obudzisz tatę i będzie awantura. - A co tata ma do mnie, za swoje piję, no nie, krzyczał już Jacek. Matka wepchnęła go do jego pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Jacek w ubraniu i butach położył się do łóżka i zaraz usnął. Urszula leżała w łóżku i nie mogła zasnąć, przecież umówili się na tę sobotę na dancing, co się stało z Jackiem? Nie przyszedł, nie przyszedł – przelatywało jej przez głowę, a ja się zakochałam jak głupia - mówiła do siebie z rozpaczą. Czuła strach, że straci Jacka, nie chciała go stracić. Jeżeli dziś przyjdzie, uda, że wszystko w porządku, Boże, spraw, żeby przyszedł, modliła się. Była gotowa iść pod jego dom, czekać, sama nie wiedziała co ma robić. Jakoś w końcu usnęła, obudziła się rano o ósmej. Niewiele miała do roboty, nakarmiła kury i króliki, dała Miśkowi jedzenie do miski i zaczęła się ubierać do kościoła. Było za wcześnie, patrzyła na puste mieszkanie i żałowała, że tak je zmieniła. Była jakby nie u siebie, ale ze mnie idiotka, myślała. A Romek, co z Romkiem? zrobiłam mu taką krzywdę, nie wiedziałam co on może czuć, teraz wiem. Trudno, już tego nie odwrócę, zresztą przecież go nie kochałam. Dokończyła ubieranie, uczesała się i umalowała nieco mocniej niż zwykle. Popatrzyła w lustro, prawie się nie poznawała - była jak jaka gwiazda filmowa. Co to ubranie, makijaż, fryzura i może miłość robią z człowieka, myślała, tylko czy to warto się tak starać? Nie spotkała tym razem Eli, więc sama poszła do kościoła. Czuła się trochę nieswojo, na wsi wszyscy wszystko wiedzieli, co też wiedzą o Jacku? W kościele był jak zwykle tłum ludzi, jak zwykle wszyscy śpiewali z zapałem i modlili się, i jak zwykle obserwowali innych. Urszula dyskretnie szukała w tłumie Jacka, może przyszedł na mszę, niestety, nie było go. Może mu się co stało, może iść do jego domu i zapytać, myślała śpiewając wraz z innymi. Po mszy nie wyszła zaraz, poczekała klęcząc, aż kościół opustoszał. Wreszcie wyszła i ona, kupiła w kiosku „Przekrój”, ale tym razem nikt za nią nie stał, Jacka nie było. Szła powoli tą samą drogą, pogoda była prześliczna, w tunelu wąwozu było chłodniej. Teraz odbierała inaczej mrok wąwozu, przytłaczał ją i przygnębiał. I po co się stroiłam, i po co się łudziłam, myślała. Szła powoli w ciszy szumiących liści, później, przyspieszyła. Zwolniła przy domu Jacka, ale jego nie było w pobliżu. Brakło jej odwagi, aby wejść do domu. W innych domach ludzie patrzyli spoza firanek na przechodzących. A na podwórku Misiek witał ją radośnie, głaskała go, myśląc, że tylko pies potrafi być wierny. Czuła się fatalnie, nie wiedziała co robić z czasem, bała się gdzieś wyjść, bo może Jacek jednak przyjdzie. Postanowiła na pocieszenie ugotować sobie dobry obiad. Przebrała się i zabrała do roboty, nakryła stół i kiedy wszystko było gotowe, zjadła obiad. Nie smakował jej zupełnie, ledwie te smaczne kąski przechodziły jej przez gardło. I co teraz robić, myślała, pójdę do ogrodu opalać się. Wzięła jakąś książkę i w samych opalaczach wyszła do ogrodu za domem. Położyła się na kocu, nakryła głowę słomianym kapeluszem i zaczęła czytać. Książka zajęła ją tak dalece, że zapomniała o swoich zmartwieniach. W pewnej chwili poczuła nieprzezwyciężoną senność, więc przesunęła koc w cień jabłoni i położyła się wygodnie. Za chwile usnęła, potrzebowała snu po nieprzespanej nocy. Było spokojnie, nic nie zakłócało ciszy. Śniło jej się, że się unosi w powietrzu, czuła lekkość swego ciała, niezwykłą przyjemność latania. Była zdziwiona, że to potrafi, właściwie było to poczucie unoszenia się w powietrzu, bez ziemskiego przyciągania. Unosiła się niewysoko, było przyjemnie, nagle zaczęła się gwałtownie wzbijać w górę. Nie chciała tego, chociaż było to również przyjemne uczucie. Przesuwała się swobodnie w przestrzeni, nagle zaczęła się bardzo bać, gdyż straciła orientację gdzie jest i po co tak szybuje. Po chwili jakby odzyskała ciężar ciała, leciała z przerażającą szybkością ku ziemi, zaraz się zabiję, przemknęło przez jej świadomość. Miała poczucie, że jest to sen, jednak strach był całkowicie realny. Całą siłą woli usiłowała się obudzić, zanim uderzy w ziemię. Obudziła się z wielkim krzykiem, patrząc nieprzytomnym wzrokiem dokoła. Koło niej na kocu siedział Jacek. Przytomniała powoli, chciała się czymś nakryć, ale nie było czym. - Jak się masz, dobrze się wyspałaś? - Jak widzisz świetnie się mam, a ty mnie znowu zaskoczyłeś. Doskonale się wyspałam, chociaż nigdy w dzień nie śpię. - A ja miałem przyjemność patrzeć na ciebie, kiedy spałaś, wyglądałaś jak aniołek, niewinny a śliczny aniołek. Miałem ogromną ochotę cię całować, ale nie chciałem przerywać tak słodkiego snu. Urszula jeszcze nie całkiem ochłonęła ze swego przykrego snu i po zawodzie sobotnim. Widok Jacka nie ucieszył jej, chociaż był tak blisko i prawił jej komplementy. Czekała na jakieś słowa usprawiedliwienia, ale Jacek uśmiechał się jakby nigdy nic i próbował ją całować. - Ale jesteś zgrabna, Urszulko, i taka ponętna w tym stroju, strasznie mnie wodzisz na pokuszenie, powiedział z uśmiechem. - To już się przebiorę, nie chcę cię wodzić na pokuszenie na daremno, też żartobliwie odpowiedziała Ula. Nie, nigdzie nie chodź, dlaczego odmawiasz mi tej przyjemności, takiej przecież niewinnej przyjemności patrzenia na ciebie w tym stroju. - Słuchaj, ja nie wiedziałam, że przyjdziesz, nie mogę być tu z tobą w tych opalaczach, ludzie obgadali by mnie strasznie, oczekaj, zaraz wrócę, dobrze? - No cóż mam zrobić, jak pan każe, sługa musi, znowu żartobliwie odpowiedział. Poszła do domu i przebrała się w lekką sukienkę. Dopiero teraz radość rozsadzała jej serce - przyszedł, przyszedł, jaki kochany i miły. Nie będę go o nic pytać, nie. Wzięła butelkę oranżady i szklankę i wróciła do Jacka. Siedział i czytał książkę. - Co tak pilnie czytasz? - Tę twoją książkę, oczywiście - ma taki dziwny tytuł - „Ucieczka od zapachu świec”, ciekawe fragmenty, ale nie wesołe. - Dosyć interesująca książka, czytam, bo już mam więcej czasu, a czytać bardzo lubię. - A skąd masz tyle czasu ? - Sprzedałam prawie cały żywy inwentarz, teraz mogę już myśleć o zaocznych studiach. - Co ty mówisz, na co ci te studia, ja cię i tak chcę bez studiów, moja kochana. Pomyśl raczej o weselu. Kiedy się pobieramy? - A co ma do rzeczy wesele, nawet gdybym wyszła za mąż, to i tak chcę studiować. Mój brat i siostra ukończyli studia, a ja nie chcę być gorsza, tym bardziej, że się uczyłam bardzo dobrze, nie chcę marnować swoich zdolności. - Ula, nie musisz marnować swoich zdolności, kiedy wyjdziesz za mnie, to chciałbym mieć cię tylko dla siebie, w małżeństwie możesz wykazać jaka jesteś wspaniała. - To już przestarzałe pojęcia, dzisiaj kobieta musi być równie jak mężczyzna, przygotowana do życia, musi jak on coś znaczyć. - A ja przecież nie mam studiów i będę się czuł źle, a wcale tego nie chcę, rozumiesz to? - I co ci przeszkadza studiować, razem będzie nam łatwiej, będziemy się lepiej rozumieć, nie sądzisz? - Ale mnie się nie chce, ja nie byłem takim prymusem jak ty, mnie wystarczy to średnie wykształcenie. Po studiach wcale więcej nie zarobię, nawet mniej, a ile się muszę namęczyć, zanim je skończę. - Masz tu oranżadę, napij się, jest zimna, może mnie lepiej zrozumiesz, jak ochłoniesz. - Wolałbym piwo, pić mi się chce okropnie, nie masz piwa? - A skąd miałabym piwo, ja piwa nie lubię, jest obrzydliwe, gorzkie i ma zapach niemiły. - Co ty opowiadasz, to najsmaczniejszy napój świata, straszną ochotę mam na piwo. - Niestety, przykro mi, ale mam tylko oranżadę, albo wody mogę ci przynieść. - Daj, oranżadą muszę się nią zadowolić. - Słońce zaczęło powoli zbliżać się do horyzontu, zrobiło się trochę chłodniej. Leżeli na kocu przytuleni, całowali się teraz i całowali. Ula miała nadzieję, że nikt ich wśród tych krzewów nie podpatruje, miała jednak wątpliwości, czy tak jest. Powinni robić to w mieszkaniu, ale tu było tak przyjemnie, Ula zupełnie zapomniała o rozczarowaniu i zawodzie, jaki sprawił jej Jacek, czuła się teraz cudownie. Nie chciało jej się niczego zmieniać w tym momencie, szczęście przyszło do niej nareszcie, niech więc trwa, myślała leniwie.
***
W trzeciej dekadzie czerwca deszcz padał i padał. Wszędzie było mokro, ziemia nie wchłaniała już wody. Wezbrane rzeki wylewały, ale w ostatnią niedzielę rozpogodziło się. Romek przyjechał do Doroty, bo dostał od niej list z prośbą o spotkanie, najlepiej koło pieczary. Czekał już od dłuższej chwili, obserwując otoczenie. Na gałęzi sosny siedziała wiewiórka i patrzyła na niego ciekawie, po chwili zbiegła szybko po pniu i uciekła w las. Było cicho, czasem ptak zaćwierkał, czasem zatrzeszczała gałązka pod nogami jakiegoś zwierzaka. Jak tu pięknie, myślał Romek, jak ja kocham te okolice, wcale nie czuję się dobrze w Krakowie. Starał się zapomnieć o Urszuli, nie udawało mu się to jednak. Wiedział, bo wszyscy wiedzieli, że się spotyka z Jackiem. Ludzie mówili, że zostaje u niej na noc to dawało do myślenia. Jemu nie pozwoliła właściwie na nic, a z Jackiem pewnie nawet śpi. Ale podła dziewczyna, muszę o niej zapomnieć, muszę. Wiedział, że nie ma już u niej żadnej szansy, wszystko to odbierało mu chęć do życia, pocieszał się piwem, czasem spacerował po Krakowie. Usłyszał chrzęst suchych igieł, to Dorota wchodziła powoli pod górkę. Wstał i poszedł jej naprzeciw. - Cześć, Dorota, przywitał ją. - Cześć, powiedziała cicho. - No to przyjechałem, ciekawy jestem, co chciałaś mi powiedzieć? Dorota patrzyła w ziemię i nic nie mówiła. Romek wziął ją pod rękę i pomógł wejść pod górkę. Usiedli na dużym kamieniu obok siebie. Dorota popatrzyła na niego i powiedziała - Romek, wiem, że Ula chodzi z Jackiem, mają dawać na zapowiedzi, czy wiesz o tym? - Wiem - powiedział, chociaż wiadomość o zapowiedziach zaskoczyła go. - A ty, czy masz już kogoś? - Nie, skądże, ani mi w głowie dziewczyny, mam ich dość na dłuższy czas. - Romek wiesz co ze mną, pomogłeś mi wyjść z jednego dołka, ale wpadłam w drugi. - Co ty mówisz, znowu się zakochałaś? - Nie o to chodzi, raczej tego się już nie spodziewam w życiu. Inna sprawa mnie martwi, - jestem w ciąży. - W ciąży - powiedział Jarek, - z Włodkiem? - Nie, nie z Włodkiem, dopiero kilka tygodni jestem w ciąży. Głupio mi ci to mówić, głupio się czuję i nie wiem co robić. - Dorota, jesteś pewna , przecież to nie tak dawno się stało, wiesz... to z nami. - Jestem, byłam u doktora, a poza tym czuję się źle, wymiotuję, mam mdłości. Słuchaj Romek, stało się, co się stało, oboje mamy właściwie życie złamane. Jakbyś zechciał się ze mną ożenić, to chociaż dziecko będzie miało rodzinę. Ty jesteś dobry człowiek, wiesz o mnie wszystko, ja o tobie też, jeżeli się zgodzisz, przynajmniej nie stracimy wszystkiego w życiu. Romek był tak zaskoczony, że po prostu nic mu do głowy nie przychodziło. W końcu powiedział – Dorota, w tej sytuacji nie mamy innego wyjścia, ja cię lubię, może się jeszcze kiedy pokochamy i będzie nam dobrze ze sobą. Pewnie, że teraz jest jak jest. Dorota - powiedział po przerwie, ja się nawet bardzo cieszę, że tak się stało, naprawdę się cieszę. Ula postąpiła ze mną tak jak postąpiła, Dorota, słuchaj, może to takie nasze przeznaczenie? - Romek, to zwykły przypadek, zbieg okoliczności, ale przecież lepiej być razem, dziecko będzie miało ojca. Romek przytulił Dorotę, - ja tam wierzę w przeznaczenie, jesteś mi przeznaczona, uwierz w to, nie ma co zwlekać ze ślubem w tej sytuacji. Może zaraz wybierzemy się do księdza na zapowiedzi, chcesz? - Dobrze, Romek, jak już tak się stało, to z tobą łatwiej zniosę resztę życia, chcę ci też podziękować. Wszystko dzieje się tak szybko, że trudno się przestawić na inne tory, postaram się być dobrą żoną, ale wątpię czy się kiedy pokochamy, zgadzasz się z tym? - Co będziemy dziś przesądzać o przyszłości, jesteś dla mnie pociechą i ratunkiem, chciałbym i ja być dla ciebie tym samym. - Romek, już jesteś, naprawdę, pewnie bym już nie żyła, moi rodzice nie przeżyliby tego, więc i im przyniosłeś pociechę. Zapewne będą zaskoczeni naszą decyzją, ale wiedzą jak Włodek ze mną postąpił, to się ucieszą z takiego obrotu sprawy. - No widzisz, Dorota, ja ci mówię, że to przeznaczenie i wszystko się nam dobrze ułoży. Pozwolisz się pocałować? Dorota sama wzięła w dłonie jego głowę i mocno go pocałowała w usta, odczuł przyjemność, Dorota pociągała go fizycznie coraz bardziej, ale Dorota wstała i powiedziała – no to chodźmy. Jest niedziela, ksiądz i w niedzielę też pracuje. - Dorotka, a czy ksiądz się nie zdziwi, że tak nagle się pobieramy? - A skąd on może wiedzieć cokolwiek o nas, a przecież się znamy od dawna, prawda? - Tak, tylko ty jesteś dużo młodsza ode mnie. - Nie tak dużo, a znać cię to znam od zawsze, prawda? Jedno jest zadziwiające, do niedawna nawet na myśl mi nie przyszło, że możesz być moim mężem. - Powoli się przyzwyczaisz, a przeszłości nie będziemy wspominać, dobrze? - To chyba nie będzie takie łatwe, możemy nie mówić, ale ona nie zniknie. Wyszli już na drogę prowadzącą do kościoła i Romek powiedział - Dorotko, czy nie lepiej byłoby, gdybym się wcześniej o ciebie oświadczył twoim rodzicom? - Wypadałoby, ale oni nie muszą wiedzieć, że już byliśmy u księdza. Kiedy wrócimy, to się oświadczysz, sprawa jest już przesądzona, ja jestem dorosła, a oni się zgodzą na pewno. Chodźmy raczej okrężną drogą, bo ludzie tacy ciekawscy, a ja nie chcę ich komentarzy. Kiedy weszli na plebanię gospodyni spytała - a co za sprawa, ksiądz teraz odpoczywa. - Chcemy się widzieć z proboszczem, mamy sprawę, gospodyni popatrzyła zdziwiona, ale wprowadziła ich do kancelarii. Za chwilę przyszedł ksiądz, przywitał się i usiadł za biurkiem. Był to niewysoki, starszy ksiądz, który ich znał jeszcze z czasów szkolnych. O ich dorosłym życiu już mniej wiedział, kiedy powiedzieli, że przyszli dać na zapowiedzi, zapisał ich dane i powiedział - teraz może porozmawiamy. Na wstępie powiedział, że powinni wiedzieć o małżeństwie, że to sprawa na całe życie, więc nie należy pochopnie podejmować decyzji o jego zawarciu. Powiedzieli, że wiedzą o tym i są zdecydowani się pobrać. - Słuchajcie, moi drodzy, znam was na tyle, że nie będę przepytywał z religii, musicie jednak pamiętać, że kiedyś będziecie rodzicami, a dzieci należy wychować po bożemu. Zawsze musicie pamiętać o Bogu i Jego przykazaniach, bez tego trudno być szczęśliwym, należy się też szanować i kochać, bez tego małżeństwo też nie będzie dobre. Pamiętajcie o tym. W następną niedzielę zapowiem w kościele o waszym postanowieniu, a ślub może być za trzy tygodnie, czy odpowiada to wam? - Tak - odpowiedzieli zgodnie. - A o której godzinie chcielibyście ten ślub brać - spytał ksiądz. - Może o drugiej po południu - powiedziała Dorota. - Dobrze, może być o drugiej, ale pamiętajcie, żebyście przynieśli świadectwo cywilnego ślubu, bez tego nie mogę wam dać ślubu, no i do spowiedzi trzeba przyjść, chyba wiecie o tym? - Tak, wiemy, powiedziała Dorota. Romek zapytał o cenę jaką ma zapłacić. - To już co łaska, odpowiedział ksiądz, ja nie biorę zapłaty za ślub. Romek położył pięćset złotych na biurku i powiedział - to tyle dzisiaj, resztę dam przed ślubem. - Dobrze, dobrze, ja nie wyznaczam kwoty - powiedział ksiądz, ile tam kogo stać, to może dać. Pożegnali się i wyszli. Romek odetchnął z ulgą. - No, chwała Bogu, mamy to już z głowy, Dorotko, jak się czujesz - spytał, widząc że się słania na nogach i jest bardzo blada. - Niedobrze mi, chodźmy tam dalej, chyba muszę zwymiotować. Poczekaj tu, ja pójdę tam za tego krzaka, po prostu się wstydzę. Jarek poczekał, bo sam czuł się nieswojo w tej sytuacji, tak niespodziewanej i nowej w jego życiu. Dorotka wróciła po chwili, już nieco lepiej wyglądała. - Dobrze, że mnie u księdza nie wzięło - powiedziała. Nie pójdę do niego do spowiedzi, po prostu się wstydzę, a ty Romek, gdzie pójdziesz? - Ja to załatwię w Krakowie i przyniosę zaświadczenie. - Pewnie, tak będzie lepiej, w końcu i tak wszystko wyjdzie na jaw, jak dziecko się urodzi. Teraz chodźmy do mnie, wiesz, gdybyś się nie chciał żenić, to nie miałabym do ciebie żadnych pretensji. - Dorotko, ja bym się z tobą chętnie ożenił i bez tego powodu, nawet nie myślałem, że mnie zechcesz. Jestem szczęśliwy, jak tylko w naszej sytuacji można być szczęśliwym. Bardzo bym chciał, abyś i ty była choć trochę szczęśliwa. Dochodzili już do domu Doroty i Romek spytał - co ja powinienem powiedzieć twoim rodzicom, przecież oni wiedzą, że nie chodziliśmy ze sobą? - Nic się nie martw, ja im to wytłumaczę, oni pragną, abym była szczęśliwa. Jak się dowiedzą, że wychodzę za ciebie za mąż, to się ucieszą, bo zobaczą, że już inaczej patrzę na świat. Dom Dorotki wyróżniał się wśród innych, był ładny, murowany, nawet ogrodzony siatką. Ojciec oprócz rolnictwa, znał też murarkę i sam ten dom wybudował. Weszli do środka, było tu czysto i nowocześnie, raczej w miejskim stylu. Była łazienka, przedpokój, kuchnia i dwa duże pokoje. Weszli do pokoju Doroty, Romka uderzyła biel firanek w oknach i idealny porządek. Dorota poprosiła go, aby tu poczekał i poszła do rodziców porozmawiać. Powiedziała im w jakim celu Romek przyszedł tu z nią, zdziwili się, ale i ucieszyli. Mieli tylko ją i wszystko cokolwiek robili, przeznaczali dla niej. Po niefortunnym narzeczeństwie z Włodkiem bardzo się martwili o jej przyszłość. Weszli wszyscy do pokoju Doroty, przywitali się i usiedli. Oczywiście znali Romka, znali jego rodziców i wiedzieli, że ziemi nie ma do ofiarowania. Ale miał dobry zawód i pracę, a to już było dużo. Dorotka skończyła technikum rolnicze, bo chcieli, aby dalej prowadziła gospodarstwo. Po chwili rozmowy Romek wstał i uroczyście poprosił o rękę Doroty. Matka rozpłakała się, ojciec też miał łzy w oczach i powiedział - my nie mamy nic przeciwko waszemu małżeństwu, jeżeli Dorotka tego chce, to się zgadzamy. Usiedli przy stole, Romek nie przyniósł, choć to było w zwyczaju, wódki. Przecież nie miał pojęcia, co go czeka. Ojciec miał ją w domu, matka przygotowała zakąski i herbatę. Kiedy już trochę wypili i podjedli ojciec powiedział – Romek, musisz wiedzieć, że ta gospodarka jest dla Dorotki, ale czy ty będziesz chciał tu gospodarzyć jak nas braknie? - Jeżeli Dorotka chce tu pozostać, to i ja z nią zostanę. Jestem teraz w Krakowie, ale po ślubie, jak zechcecie to poszukam tu pracy - powiedział Romek. Jeżeli chodzi o gospodarkę, to ja chętnie na niej popracuję, bo lubię to zajęcie. Musiałem iść w świat i żyć o własnych siłach, bo brat wziął wszystko po rodzicach. - Romek, to dobrze, bo widzisz, gospodarka bez chłopa się marnuje, Dorotka nie dałaby rady sama tu pracować. Mieliśmy wielkie zmartwienie co z nią będzie, ale teraz kamień spadł nam z serca. Wiesz chyba co zrobił ten Włodek dla Dorotki? - Tato, dobrze już, dobrze, co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, prawda - powiedziała Dorota. - Niby prawda, my się bardzo cieszymy, że tak zdecydowałaś, dziecko. Romek jest porządny chłopak, na pewno będzie dobrym mężem. W przyszłości możemy dobudować tu jeszcze jeden pokój, kuchnię i łazienkę, każdy by był u siebie, przecież nie wiadomo jak się długo pożyje. I tak rozmawiali i rozmawiali do późnego wieczora. W końcu Romek pożegnał się i odszedł. W głowie mu trochę szumiało i od wypitej wódki i od nowych wrażeń. Rano nawet nie marzył, że mu się tak wszystko ułoży, po zawodzie z Urszulą stracił nadzieję, że kiedykolwiek będzie miał normalne życie. Siedział w autobusie do Krakowa, głowę oparł o siedzenie i zamknął oczy. No i proszę bardzo, myślał, mam dziewczynę taką ładną i miłą, będę ojcem i zamieszkam tutaj, gdzie lubię najbardziej. Jednak w głębi duszy czuł lekką wątpliwość, wolałby, żeby to stało się z Urszulą, a nie z Dorotą. To z Urszulą planował takie życie przecież, jak ona we mnie jeszcze siedzi, jak serce boli. No cóż, mogę być tylko wdzięczny Dorocie, że nie zmarnuję sobie życia. Będę ją kochał, na pewno będę. Teraz jest mi trudno jeszcze myśleć o niej jak o przyszłej żonie. Ale to jest fakt, to przecież mi się nie śni, jednak w końcu usnął. Obudził się, kiedy konduktor potrząsnął go za ramię - proszę wysiadać, to już Kraków, nasz końcowy przystanek. Wstał i chwiejąc się na nogach wyszedł z autobusu.
***
- Dlaczego ty, Irena tak nie lubisz Jacka - spytała Ula siostry. - Ula, ty jesteś bardzo naiwna i nie znasz go tak, jak ja od dziecka. On zawsze był lekkoduchem, tak wiele dziewcząt ciągle kręciło się koło niego. Czy ty myślisz, że zawsze ci tak będzie nadskakiwał jak teraz? Ula, zastanów się, żebyś kiedyś nie żałowała. - Ja wiem tylko jedno - nigdy nie byłam tak zakochana jak teraz, czy myślisz, że się tej miłości wyrzeknę, bo w przyszłości może się coś zmienić? Czy ty Irenko żałujesz, że wyszłaś za Karola, przecież też nie wiedziałaś, co cię z jego strony spotka w życiu. - Karol jest w porządku, Ula, przecież wiesz o tym. - A dużo o nim wiedziałaś przed ślubem, znaliście się tylko parę miesięcy. - Ula, posłuchaj, jestem twoją starszą siostrą, nie chciałabym, abyś się kiedyś rozczarowała. - Ja też tego nie chcę, ale Jacka się nie wyrzeknę, nawet mowy o tym nie ma, pobieramy się i już. - A kiedy się pobieracie, kiedy ma być to wesele? - Wcale nie mam zamiaru robić wesela, przecież to kosztuje i kto mi zrobi wesele? - Nie przesadzaj, wszystko ci rodzice przekazali i na pewno jest za co zrobić wesele. A poza tym zwykle się koszty zwracają - dostaniesz prezenty i pieniądze od gości. - Irena, ja nie wiem niczego tak na pewno, dopiero dwa miesiące chodzimy ze sobą. - Przecież mi pisałaś, że zamierzasz wychodzić za mąż, dlatego właśnie przyjechałam. - Dzięki, Irenko, że przyjechałaś, ja chciałam, żebyś mi powiedziała, co zrobić z tym gospodarstwem. Jacek nie chce zostać na wsi, radzi mi, abym to sprzedała i kupili razem mieszkanie w Krakowie po ślubie. Co o tym sądzisz? - Co ja sądzę? – a czy będziesz mój osąd brać pod uwagę w swoich decyzjach? - Potrzebna mi jest dobra rada, przecież nie mam doświadczenia, boję się zrobić głupstwa. Prawdą jest też, że obiecałam mamusi, że tu zostanę, może teraz mamusia zgodziłaby się, abym to sprzedała i żyła w mieście. - Nie wiem tego, ale faktycznie wzięłaś na siebie dużą odpowiedzialność i ja tu niczego sugerować nie mogę, chociaż być może, że lepiej dla was żyć w mieście. - No widzisz, przyznajesz mi rację. - Przyznaję, bo taka jest rzeczywistość, ale inna sprawa z aspektem moralnym - tu tylko ty odpowiadasz. Ula spuściła głowę, patrzyła na podłogę w kuchni, gdzie siedziały przy stole. Zachciało jej się z tego wszystkiego płakać, ocierała łzy ręką, usiłując je powstrzymać. - Czego płaczesz, przecież się nie pali, nie musisz natychmiast podejmować decyzji, nie musisz też tak szybko wychodzić za mąż, prawda? - No pewnie, że nie muszę, ale chcę, sama mówisz, że Jacek ma takie powodzenie u kobiet, gdyby mnie zostawił, to nie przeżyłabym tego. - Ula, nie sądzisz, że lepiej by było wypróbować wasze uczucia teraz, niż po ślubie żałować pochopnej decyzji? - Sama tak myślałam wcześniej, ale teraz jestem tak bardzo zaangażowana uczuciowo, że wolę jak najszybciej wziąć ślub. - To rób jak uważasz, ja ci tu nie jestem zbytnio potrzebna, ale chyba zdajesz sobie sprawę, co ślub za sobą pociąga? - Myślałam, że ty, taka wykształcona, upewnisz mnie, że mam rację, teraz wiem, że cokolwiek zrobię, to sama poniosę konsekwencję. - Jeszcze przecież nie ustaliliście daty ślubu? - Nie, jeszcze nie, ale ja myślę, że w końcu sierpnia się pobierzemy. - To jeszcze półtora miesiąca masz do namysłu, dobre i to. - Czy nie sądzisz, że już należałoby szukać kupca na tę gospodarkę? - Jeżeli chcesz dobrze sprzedać, to nie możesz tego robić z dnia na dzień, możesz dać ogłoszenie do gazety. -Dobry pomysł, tylko ja nie wiem jak to się robi. - To ja ci powiem, zapisz sobie adres i telefon. Ula zapisała. - Wiesz co, Ula, ja myślałam, że zawsze będę mogła tu z dziećmi przyjeżdżać na wakacje, serce ciągnie do rodzinnego domu, sama zobaczysz kiedyś. - Może, ale ze wszystkiego się wyrasta przecież. Po to zakłada się swój dom i kocha się go jeszcze bardziej - ja mam taką nadzieję. - Dobrze już, dobrze, nie będę ci dodawać wątpliwości do twoich decyzji. Chodźmy się trochę przejść, za godzinę muszę wracać, chciałam wchłonąć trochę swojskiego powietrza. - To chodźmy do ogródka, porzeczki już pięknie dojrzały, może chcesz trochę zabrać? - Czemu nie, ale trzeba je obierać, a mnie się nie chce zabierać do tego teraz. - Mam w spiżarni cały koszyk obranych, to ci dam, możesz zrobić galaretkę, jest bardzo odżywcza. - Wiem, wiem jakie smaczne mamusia robiła, pycha, zjadłabym chętnie, ale nie umiem ich robić. - To weź trochę i zjecie na surowo z Karolem - a co Karol robi, że nie przyjechał z tobą? - O! nie wiesz co Karol może robić, dla niego najważniejszy jest mecz, piłka nożna to jego pasja i nasz problem. - Dlaczego problem? - Bo jak wiesz, ja się meczami nie interesuję, wolałabym iść do teatru, na koncert, a nie na mecz. - I co, przeszkadza wam to? - Na razie jeszcze nie, kochamy się, więc sobie ustępujemy, czasem ja idę z nim na mecz, a czasem on ze mną do teatru, jedynie na koncerty nie chce ze mną chodzić, po prostu nie znosi muzyki klasycznej. Weszły do ogródka, porzeczki czerwieniały na krzakach, a na grządkach zieleniły się warzywa. Kwitły letnie, jeszcze pozostałe po matce kwiaty. - Ale tu ładnie, tak samo jak za mamusi - powiedziała Irena. - Tak, lubię ten ogródek, będzie mi go bardzo brakowało w mieście. - Ula, ty się nie urodziłaś do życia w mieście, zobaczysz jak ci tam będzie ciężko. Człowiek jest ograniczony do ciasnego pomieszczenia, sąsiedzi hałasują po nocy, kłócą się, dzieci krzyczą na podwórku. Mówię ci, to jest koszmar czasami. Żebyś wiedziała jak ja marzę o takim domku na wsi, nawet sobie nie wyobrażasz. - Irena! Naprawdę, to się zamieńmy, ja ci dam to wszystko, a ty mi daj twoje mieszkanie. - Niestety, Ula, przecież jestem lekarką, mam swoją pracę i niedługo otworzę prywatną praktykę. Karol jest inżynierem mechanikiem, gdzie byśmy w tym zapiecku pracowali, powiedz? - Przecież w Dobromyślu jest szpital i fabryka urządzeń mechanicznych – to nie tak daleko stąd. - Ale i nie blisko, a poza tym to wiesz jak to jest, ambicja zawodowa każe trzymać się dużego miasta. Trudno, już wybrałam i zostanę w Krakowie. - A co z domkiem? - Domek poczeka, jak się dorobimy, to sobie coś kupimy, najlepiej w górach. Rozmawiały i rwały dojrzałe porzeczki. - Ale te porzeczki kwaśne, chociaż takie czerwone i dojrzałe - powiedziała Irena. - Nie takie kwaśne, widocznie się odzwyczaiłaś, ja je lubię. Drogą obok domu przejeżdżał sąsiad na furmance, znał jeszcze ich rodziców. - Jak się macie, miłe panienki! - Dzień dobry, panie Karpiel, świetnie się mamy, a co u pana słychać - spytała Irena. - U mnie stara bieda, dzieci poszły w świat i tak z moją starą się męczymy. A wy to widzę, jak za dawnych czasów razem jesteście. - To tylko dzisiaj, bo przecież ja mieszkam w Krakowie - powiedziała Irena. - A wiem, wiem, teraz to jesteś wielka pani doktorka, gdzieżbyś ta na wsi siedziała, ale za to Urszula schedę rodziców pielęgnuje. Chwali ci się, żeś się ojcowizny nie wyrzekła, żeby to które moje dziecko zostało, to nie bylibyśmy tak opuszczeni na starość - powiedział Karpiel smutnie. Do widzenia wam panienki, do widzenia. I odjechał skrzypiącą, starą furmanką. - Ale dostałaś ładny komplement, Ula, i co ty na to? - A cóż, przecież to nic nie znaczy, a poza tym to ja jestem tu sama, nie mam dla kogo zostać. - Dobrze już, dobrze, czas ucieka, muszę już wyjechać, a ty co będziesz robić? - Przygotowuję się do egzaminów na studia, dostałam z pracy skierowanie na studia ekonomiczne, zaoczne. - Nie wiem czy podołasz tylu obowiązkom - chcesz za mąż wyjść i studiować. Podołam, a jeżeli nie, to chcę chociaż spróbować. Irena pożegnała się po chwili i odjechała. Urszula z głową pełną różnych wątpliwości zabrała się w domu do nauki. Gdyby była tak bezwzględna jak rodzeństwo, to też odeszłaby z domu i rozpoczęła studia wcześniej, ale jej było żal matki, no i ma dzisiaj problemy. Jeżeli nie zrealizuję swoich pragnień teraz, to na pewno będę żałować kiedyś, nie ma racjonalnych powodów do tego, myślała. Dziś Jacek nie przyjdzie, mówił, że musi dłużej pracować, żeby na niego nie czekała. Uczyła się, lecz jej myśli były daleko, tęskniła za nim. W końcu zmobilizowała się i zaczęła rozwiązywać zadania matematyczne, tak dużo zapomniała, że z trudem pokonywała przy pomocy rozłożonych na stole książek występujące problemy. W końcu tak się wciągnęła w pracę, że zapomniała o wszystkim. Szło jej coraz lepiej, cieszyła się, że wiedza, niby zapomniana wracała do głowy. Kiedy się ocknęła, okazało się, że jest już noc. Odłożyła wszystko i zabrała się do szykowania kolacji, gdyż teraz dopiero poczuła głód. Zjadła, umyła się i poszła spać. W nocy zbudziła ją burza, zerwała się z łóżka, nałożyła szlafrok i pantofle. Za oknem błyskawice przecinały niebo, grzmoty huczały blisko, ulewa obmywała szyby falami wody. Dobrze znany strach, a właściwie przerażenie ogarnęły Urszulę, wprost umierała ze strachu. Boże święty jak ja się boję, tak bardzo chciałabym być z ludźmi, a nie sama tutaj. Już chciała iść do piwnicy, gdy ktoś mocno zastukał do drzwi. Przeraziła się jeszcze bardziej, któż to może być w taką burzę, może jaki bandyta. Ula już nie panowała nad sobą, płakała głośno. Stukanie znowu się powtórzyło i jednocześnie usłyszała głos Jacka – Ula, otwórz, to ja, wpuść mnie, bo strasznie zmokłem. Ula szybko przyskoczyła do drzwi i otworzyła je. Jacek nakryty peleryną wszedł do środka, popatrzył na nią i powiedział - wiedziałem, że ty tu umierasz ze strachu, więc przybiegłem co sił. Przytulił ją i ucałował. Widzę, że płakałaś, aż tak się bałaś? - O, żebyś wiedział jak się boję sama tu być, zwłaszcza w czasie burzy. - No widzisz, a ja ci ciągle mówię, żebyśmy się pobrali, a ty zwlekasz, nie wiem dlaczego. Całował ją i całował, Ula straciła zupełnie kontrolę nad sobą. Jacek to wyczuł, wziął ją na ręce i zaniósł do pokoju na łóżko, całował i pieścił, a jej już było wszystko jedno co się stanie. Dotąd pozwalała mu tylko na pieszczoty i pocałunki. Dziś była mu wdzięczna, że tu jest z nią, strach zniknął, chociaż burza dalej szalała. Jacek nie czekał, aż burza minie i Ula znowu oprzytomnieje, tylko zmierzał prosto do celu i osiągnął go. Ula czuła się bezpieczna i szczęśliwa. Leżeli obok siebie przytuleni nic nie mówiąc, Jacek był zaskoczony, że Ula nie miała przed nim nikogo. Zbytnio mu na tym nie zależało, sądził, że spała z Romkiem. Jej opór tłumaczył innymi względami. Dla Uli było to niezwykłe przeżycie, chociaż sama nie doznała przyjemności, sądziła, że uszczęśliwia Jacka. Wydało jej się, że teraz jest już jego żoną, a i on powiedział - Ula, teraz jesteś moją żoną, pozostały tylko formalności, nie żałujesz? - Przecież cię kocham, czego mam żałować, może ta burza po to dziś nadeszła, aby nas połączyć. - Ja cię też kocham, a teraz śpijmy, burza przechodzi, no i ja tu jestem z tobą. - Dzięki, myślę, że zawsze będziesz się mną opiekował, tak jak dziś. - Oczywiście, oczywiście, mówił sennie i już za chwilę spał. Urszula nie mogła zasnąć, zbyt była podniecona, leżała i słuchała oddechu Jacka. Już teraz zawsze tak będziemy razem, myślała. Przyszedł jej na myśl Romek, jak szybko się pocieszył, już się żeni z Dorotą, w następną sobotę ich ślub. A ja miałam skrupuły i wyrzuty sumienia, pewnie tylko względy materialne nim kierowały, myślała. Dobrze, że nie wyszłam za niego, ani taki przystojny nie jest jak Jacek, ani mnie tak nie kocha. Mój kochany Jacuś, myślała głaszcząc lekko jego miękkie włosy. Jakie on ma przyjemne w dotyku włosy, jaki on jest piękny. Boże święty i to on mnie kocha, mnie właśnie. W końcu usnęła. Kiedy się obudzili rano było już późno, ale deszcz padał dalej obficie. Zupełnie im to nie przeszkadzało i Jacek nabrał znowu ochoty na zbliżenie z Urszulą. Kochali się więc, chociaż w Urszuli obudziły się jakieś obawy - Jacek, a co będzie jak zajdę w ciąże, rodzina by mnie potępiła i ludzie też. - Nic się nie martw, ja uważam. - Co to znaczy, że uważasz? - No, po prostu staram się, żebyś nie zaszła w ciążę. Ula, ty nie spałaś z nikim przede mną, zauważyłem to. - Pewnie, że nie spałam, myślałam, że dopiero po ślubie, ze swoim mężem będę spać, ale stało się. - Dobrze się stało, ja nie mogę tak długo żyć bez kobiety, a odkąd jestem z tobą z nikim się nie spotykam. Ula wiedziała o tym, ale przykro jej było, że to dla niego nie znaczy tyle, co dla niej. Nic nie powiedziała tylko wstała i ubrała się. - Jacek, wstań i ty, nie wiem jak wyjdziesz stąd o tej porze, ktoś cię może zauważyć i będą plotkowali. - A co ci zależy na plotkach, idziemy dziś na zapowiedzi, dobrze? Jak chcesz, możemy iść. - To ja pójdę się przebrać do domu i pójdziemy razem do kościoła, a po mszy do księdza na zapowiedzi. - Nie chcesz co zjeść, Jacek? - Nie, bo mama tam pewnie czeka ze śniadaniem, nie chcę znów wysłuchiwać jej narzekań na mnie. - Nie masz powodu mieć jej tego za złe, ona cię kocha i chce jak najlepiej dla ciebie. A co twoi rodzice sądzą o naszym małżeństwie, Jacek? - Dobrze sądzą, cieszą się, że się żenię z dziewczyną, którą znają od dziecka. Mają też nadzieje, że połączą się oba gospodarstwa, a my na nich pozostaniemy. - Co ty Jacek mówisz, przecież nie chcesz na wsi mieszkać, sam mi to mówiłeś. - Mówiłem, ale prawdę powiedziawszy sam nie wiem co robić - No wiesz co, Jacek, to dopiero mi dałeś do myślenia, ja już planuję to sprzedać, a ty masz inne zamiary. - Co się martwisz, na razie musimy się pobrać, a później się zobaczy, dobrze? Ula poczuła się trochę zawiedziona Jacka zmiennymi poglądami. Jeżeli tak dalej będzie, to nie wiadomo jak planować ich wspólną przyszłość. Jacek w pośpiechu wychodził. Powiedział - no to pa, będę czekał koło domu i pójdziemy razem do kościoła. - Dobrze, kocham cię, powiedziała i pocałowała go na pożegnanie. - Ja ciebie też, kotku, zwłaszcza dzisiaj było wspaniale. I odszedł. Ula przypomniała sobie o psie i głodnych królikach i poszła je nakarmić. Deszcz lał i lał, zupełnie nie wyglądało na niedzielę. Dziś był taki ważny dzień w jej życiu, tyle się zmieniło. Cały świat przesłaniał jej obraz Jacka, ciągle czuła jego pocałunki, nie mogła ani na chwilę o nim nie myśleć. Zjadła w końcu śniadanie i zaczęła się ubierać do kościoła. Spojrzała w lustro i pomyślała - świetnie wyglądam, świetnie, tylko, żeby ten deszcz nie popsuł mi fryzury. Wzięła parasol i wyszła. Lało i lało, krople pluskały w kałużach, rowem płynęła brudna woda. Trawy i pokrzywy porastające brzeg rowu pochyliły się aż do ziemi. Świat wyglądał smutno, ludzie pod parasolami i w pelerynach szli do kościoła. Ula pozdrawiała znajomych, ale nie rozpoczynała z nimi rozmowy. Z daleka zobaczyła Jacka, szedł w jej stronę, kiedy się zbliżył, powiedział - Ula, nie mogłem się doczekać na ciebie, jak dobrze, że już jesteś. - Jestem, ale tak pada, że ani się z domu nie chce wyjść. - Tak, i będzie padało przez kilka dni, barometr poleciał na łeb, na szyję. - To szkoda, jest lipiec, dzieci maja wakacje, ludzie urlopy, a tu tak brzydko. -A kiedy ty masz urlop? - W sierpniu, w drugiej połowie, a ty? - Właściwie to nie ustalałem swojego urlopu, ale na wesele na pewno parę dni dostanę. - Jacek, czy mówiłeś w domu, że idziemy na zapowiedzi? - A po co, czy powinienem? - Chyba tak, tylko ty masz rodziców, kto nam pobłogosławi na nowe życie? - Jak wrócimy z kościoła, to powiem, że się pobieramy. - Jacek, a co myślisz o weselu? - A to już ty pomyśl, ja się na tym nie znam wcale. - A czy będziemy prosić gości, robić przyjęcie, tak mało czasu mamy, a ja nie mam nikogo do pomocy. - Wszystkie dziewczyny marzą o pięknym ślubie, a ty nie? - Czy ja wiem, jeżeli ty tego chcesz, to i ja też. - Ale to kosztuje, moja miła i w tym sęk. - Rozmawiałam z Ireną, ona mówiła, że zwykle koszty wesela zwracają się z prezentów i błogosławin. - Poczekamy, zobaczymy co nasi rodzice powiedzą, wiesz, że ja od niedawna pracuję. Byłem dwa lata w wojsku, a to stracone lata. Myślę, że rodzice coś mi pomogą, jestem ostatnim kawalerem w domu. Doszli w końcu do kościoła, w środku było tak dużo ludzi, że trudem weszli. Jacek wziął Ulę za rękę i przepychał się przez ściśnięty tłum. Przy ołtarzu było luźniej, mogli tu swobodnie stanąć. Ludzie śpiewali, ksiądz wyszedł z zakrystii w towarzystwie ministrantów i rozpoczęła się msza. W kościele było duszno, mokre ubrania parowały. W powietrzu unosił się też zapach nieświeżych ciał i mocnych perfum. Ula pożałowała, że weszli do środka, teraz trudno będzie wyjść, gdyby jej się zrobiło słabo. Oparła się o Jacka, msza ciągnęła się długo, w czasie podniesienia jakieś poruszenie w kościele naruszyło powagę chwili. Poprzez klęczących ludzi ktoś usiłował wynieść zemdloną kobietę, było to dwóch mężczyzn, w kobiecie Ula rozpoznała Dorotę. Jednym z mężczyzn był Roman, podniesienie się skończyło, ludzie wstali i już nie było widać co się dzieje. Ula z trudem dotrwała do końca mszy. Kiedy wyszli, Jacek powiedział – widziałaś Romka? - Widziałam, coś się Dorocie stało, zemdlała chyba. - A Romek szybko o tobie zapomniał. - A co mnie dziś na nim zależy, nie kochałam go, a i jego kochanie nie takie jak mówił, szybko się pocieszył. Dla mnie lepiej, nie muszę mieć wyrzutów sumienia, że go skrzywdziłam. - A ty jak się czujesz, w kościele też coś zbladłaś, bałem się, że zemdlejesz? - Strasznie było duszno, ale już się dobrze czuję. A ten deszcz jest okropny, całą niedzielę nam zepsuje. - Nie zepsuje, mama czeka na nas z obiadem, jesteś zaproszona do nas. Rodzice wiedzą, że dziś dajemy na zapowiedzi, mówił Jacek w drodze na plebanię. - Naprawdę, a to niespodziankę mi znowu zrobiłeś. - Ale miłą, prawda? - Oczywiście, bardzo miłą. Wiedzieli, że ksiądz już jest na plebanii, weszli do środka i zapukali do drzwi kancelarii. Ksiądz otworzył drzwi i spytał uprzejmie - a cóż to was tu sprowadza, moi drodzy. - Przyszliśmy załatwić sprawę ślubu - powiedział Jacek - A co, chcecie się pobrać? - Tak, mamy taki zamiar - powiedziała Ula. - To ładnie, ładnie, wiem, że znacie się od dziecka, to wiecie na co się decydujecie. A ty Urszula jesteś sama, jak sobie dajesz radę? - Jakoś sobie dawałam, ale teraz zlikwidowałam gospodarkę, bo pracuję w biurze. - A jak wyjdziesz za mąż, to co? - Nie wiem, proszę księdza, zobaczymy co będzie dalej. - Dobrze, dobrze dzieci, wpiszę was tu, a kiedy chcecie brać ślub? - Chcielibyśmy w ostatnią niedzielę sierpnia, powiedziała Urszula. - To ogłoszę pierwsze zapowiedzi w następną niedzielę, dobrze? - Tak, proszę księdza, odpowiedzieli razem. Następnie ksiądz zaczął rozmowę o ich obowiązkach jako małżonków, przepytał ich z katechizmu. Ula odpowiadała świetnie, Jacek prawie wszystko zapomniał. W końcu wyszli, Jacek po uwagach księdza czuł się nieswojo. Myślał czy kwota, jaką w kopercie dał księdzu będzie wystarczająca. Starał się zatuszować przykre wrażenie, mówiąc wesoło do Uli - no to teraz już tylko o weselu będziemy myśleć, prawda? - Czy ja wiem, jeszcze w pracy będzie trochę zamieszanie, gdy się dowiedzą, że tak szybko biorę ślub. - Ula, to nie jest ważne, zostaw te sprawy na boku, cieszmy się sobą, dobrze? Szli w strugach deszczu, Jacek miał spodnie na dole przemoczone, Ula przemoczyła buty. Ludzie już dawno byli w domach, droga była pusta. Kiedy doszli pod dom Jacka, Ula zawahała się – czy mnie wypada iść do ciebie, Jacek? - Dlaczego nie, jesteś sierotą, a ja mam rodziców i oni cię przyjmą – całkiem normalna rzecz. Chodźmy. Weszli do środka, ojciec i matka, odświętnie ubrani, przywitali ich z powagą. Zaprosili do gościnnego pokoju, gdzie stół był nakryty do obiadu. - Siadajcie dzieci, powiedziała matka, a ciebie witam Urszulko jako przyszłą synową. Bardzo się z tego cieszę. Urszula nieco zmieszana powiedziała - tak szybko zdecydowaliśmy się na ten ślub, jeszcze niedawno nawet nie przypuszczałam, że to się stanie. - Widzisz dziecko jak to się w życiu układa, nikt nie wie, co go za chwilę spotka, powiedział z powagą ojciec Jacka. Matka nalewała gorący rosół z kury do talerzy z makaronem. Jedli ze smakiem, rosół był znakomity. - Ale smaczny ten rosół - powiedziała Urszula, ja takiego nie potrafię ugotować. To nic specjalnego - powiedziała mama i opowiedziała jak ona ten rosół gotuje. - To rzeczywiście proste, ale mnie niestety taki nie wychodzi. - Nic się Ula nie martw, ja ci pomogę i też będziesz dobrą kucharką. Jacek był zadowolony z atmosfery przy stole. Zaczęli omawiać sprawy związane z weselem, okazało się, że liczba gości przekracza pierwotne zamiary Uli i Jacka. Tyle osób nie pomieściło by się w domu, więc ustalili, że wesele odbędzie się w remizie. W końcu ojciec spytał Urszulę co zamierza ze swoim gospodarstwem zrobić po ślubie. - Ja jeszcze nie wiem, to zależy też od Jacka, co ty Jacek sądzisz ? - Pożyjemy, zobaczymy jak to się wszystko ułoży, a teraz może wypijemy za naszą pomyślność - powiedział Jacek podnosząc kieliszek do ust. Czas szybko uciekał, rodzice musieli zająć się gospodarką. Ula pożegnała się i razem z Jackiem wyszła. Odetchnęła z ulgą, dzięki Bogu wszystko poszło dobrze.
***
Dorota z Romkiem wracali z Urzędu Stanu Cywilnego, gdzie przed chwilą zawarli ślub. Dorota nazywała się teraz Put. Nie czuła w sercu radości, nie czuła żadnego wzruszenia. Romek w trakcie uroczystości miał łzy w oczach. Wyrzucił z serca Urszulę, powiedział sobie, że nigdy jej nie znał. Patrzył na Dorotę, nie wyglądała na szczęśliwą, to nic, myślał, jeszcze będzie szczęśliwa. Wsiedli do autobusu i pojechali do Zapola. Za dwa dni będzie ich wesele. Jarek wziął urlop i pomagał rodzicom Doroty w przygotowaniach do wesela. Sam nie był przygotowany do poniesienia kosztów z nim związanych, ale rodzice Dorotki wzięli je na siebie. On kupił tylko obrączki i ubranie dla siebie. Kiedy wrócili do domu, matka Doroty powiedziała - to tylko cywilny ślub, ale też wypada go uczcić. Okazało się, że na stole czekał już na nich świąteczny obiad. Za chwilę nadszedł ojciec i zasiedli do stołu. Matka wniosła posiłki, ojciec nalał do kieliszków wódki i wzniósł toast za zdrowie nowożeńców. Dorota umoczyła tylko usta w wódce, inni wypili do dna. Jedzenie też nie mogło Dorocie przejść przez gardło, symulowała tylko, że je. Nagle wstała, przeprosiła i wyszła szybko na świeże powietrze. Za stodołą zwymiotowała, poczuła się trochę lepiej, ale jak ja wytrzymam w kościele, martwiła się na zapas. Matka z jej zachowania poznała, że jest w ciąży, ale nie pytała o nic. Być może, myślała, Dorotka jest w ciąży z Włodkiem i dlatego wyszła za pierwszego lepszego, który jej się zdarzył. To było lepsze rozwiązanie, niż jakieś tragedie. Dorota zauważyła, że do ich bramy podjeżdża listonosz, podeszła bliżej. Listonosz podał jej list z USA, potwierdziła odbiór i odeszła za stodołę. Był to list od Włodka, nogi się ugięły pod Dorotą, usiadła na trawie i patrzyła na kopertę - co robić, myślała, może go podrę i wyrzucę. Otworzyła jednak i zaczęła czytać – „Dorotko - pisał, pewnie się zdziwisz, że znowu do ciebie piszę po tamtym liście zrywającym nasze narzeczeństwo. To był błąd, ja dziś nie widzę przyszłości bez ciebie, a dowiedziałem się ostatnio, że chcesz wyjść za mąż, tak szybko zapomniałaś o naszej miłości! Czy mnie kiedykolwiek kochałaś ? - ja teraz widzę, że to nie tak łatwo wyrzec się miłości. Napisałem ten nieszczęsny list, bo nie widziałem nadziei na nasze połączenie w USA. Nie chciałem ci życia zawiązywać, nie chciałem abyś tak długo czekała na niepewne sprowadzenie Cię tutaj. A teraz widzę co straciłem, co jest najważniejsze w życiu - to miłość. Proszę cię, błagam, nie śpiesz się ze ślubem, poczekaj, jeżeli mnie jeszcze kochasz. Może uda się nam jakoś połączyć, może znajdę sposób, abyśmy byli razem. Cokolwiek postanowisz, napisz mi szybko i wybacz ten mój nieprzemyślany poprzedni krok, zrobiony tak niefortunnie. Kocham Cię niezmiennie i gorąco, bądź zdrowa, moja najmilsza Dorotko. Nieszczęśliwy Włodek.” Dorocie zrobiło się tak słabo, że położyła się na ziemi, łzy bezwiednie spływały jej po twarzy. Jak on mógł zranić mnie tak śmiertelnie i teraz rozrywa zabliźnione rany. Za późno, za późno, za późno, szeptała cicho. Odwrotu już nie ma dla mnie. Po co on to napisał, o wiele łatwiej by było żyć nie wiedząc, że była jeszcze szansa na bycie z Włodkiem. Dorota leżała i płakała. List wypadł jej z dłoni, wiatr go porwał i poniósł aż na podwórko. Romek zaniepokojony przedłużającą się nieobecnością Doroty wyszedł zobaczyć co z nią się dzieje. Zobaczył fruwający list, podniósł go i zaczął czytać. W miarę czytania bladł, popatrzył na datę, tylko parę dni temu był wysłany. Szedł trzymając list, szukał Doroty, gdzie ona teraz jest, myślał. Pobiegł szybko widząc ją leżącą za stodołą. - Dorotko, co tobie, dlaczego tu leżysz - spytał. Zobaczył jej zalaną łzami twarz, podał jej list - znalazłem to na podwórku, powiedział. Czy z tego powodu płaczesz? Dorota spojrzała na list i powiedziała - źle się czuję, martwię się, czy nie zemdleję w kościele w czasie ślubu. - To nie z powodu tego listu płaczesz? - Nie, Romek, to już dziś nie ma znaczenia, żadnego znaczenia. - Naprawdę, Dorotko, naprawdę? - Tak, nie ma o czym mówić, nie mam zamiaru mu odpisywać. Ciekawe co i do kogo by napisał, gdybym już nie żyła. - Dorotko, czy ci to nie zaszkodzi, że tu tak leżysz na zimnej ziemi, lepiej wstań. - Dobrze, dobrze, powiedziała wstając. Zachwiała się i Romek objął ją, całując. - Wszystko będzie dobrze, jak się dziecko urodzi, będziesz jeszcze szczęśliwa. Chodźmy do domu, lepiej nie mówmy nikomu o liście. - Masz rację, ale ja się nie nadaję teraz do niczego, pójdę do stodoły i położę się na sianie, dobrze? - Pójdę z tobą i ci pościelę, poleżysz i odpoczniesz, ja muszę masarzowi pomóc, kiełbasy trzeba wędzić. - Dobrze, powiedz, że tu jestem. - Powiem, powiem, mama się niepokoi - czy jej mówiłaś o ciąży? - Nie, ale przecież tego się nie da ukryć, mama się domyśla. - To lepiej, nie będzie zaskoczona, ale może jej powiesz? - Nie wiem, może. - To ja już pójdę, a czy ci lepiej? - Tak, już lepiej. Romek ucałował ją i wyszedł. Ona leżała, świat kołysał się w jej wpatrzonych w dachówki stodoły oczach. Co te dachówki tak się ruszają, myślała. Była taka zmęczona, tak jej się spać chciało. Zamknęła oczy, litery listu skakały w nich jak tańczące mrówki. To nic, to nic, myślała, chcę spać, spać, spać, i usnęła. Romek miał w kieszeni list, poszedł za stodołę i znalazł kopertę, popatrzył na stempel i adres zamieszkania Włodka, zobaczył, że mieszka w Nowym Jorku. Zastanawiał się, czy mu nie napisać, wspomnieć nawet o samobójczych zamiarach Doroty, prosić, aby dał im spokój. Wiedział, że miłość Doroty zniosłaby wiele, gdyby miała nadzieję. Po namyśle zrezygnował z tych zamiarów, doszedł do wniosku, że już za późno na zmiany, dziecko w drodze i to jest najważniejsze. Poszedł do domu, w spiżarni masarz przygotowywał przetwory z zabitej świni na wesele. Pachniało tu czosnkiem i przyprawami. W kuchni parzyły się kiszki i salceson. Romek zwrócił się do masarza - panie Raczek, to może zaniesiemy te kiełbasy do wędzarni, ja ich tam popilnuję, żeby się dobrze uwędziły. - Już, już idziemy, a czy drzewo jest przygotowane? - Pewnie, że jest, i to z samych drzewek owocowych, przeważnie ze śliwek. - To dobrze, z iglastych nie wolno wędzić, wszystko by się zepsuło, powiedział masarz. Ja tu jeszcze muszę popatrzyć na kiszki, żeby nie popękały, a ty zanieś wędzonki do wędzarni. Romek wyszedł z wędzonkami do wędzarni, tam już teść przygotowywał drzewo do rozpalenia. Obok leżała kupka drewna ze ściętej śliwki. - No to zaczynamy, powiedział ojciec Doroty. - Możemy zaczynać, zaraz przyniesiemy tu kiełbasę, jest jej z osiemdziesiąt kilogramów. Sam nie dam rady, masarz pilnuje kiszek w kuchni. - Dużo kiełbasy, bo przecież i cielaka tam dołożył do mięsa, będzie smaczna ta kiełbasa, żeby się tylko dobrze uwędziła, powiedział teść. A wiesz co, Romek, ja mogę ci pomóc i razem przyniesiemy ten cebrzyk z kiełbasą, nie ma co zawracać głowy masarzowi, on ma tam dość roboty. Poszli razem i przynieśli cebrzyk z kiełbasą pod wędzarnię, masarz zaraz za nimi przybiegł i sam wieszał wędliny na kołkach. Powiedział im jak mają palić, żeby się wszystko dobrze uwędziło i nie spaliło. Kazał uważać na kapiący tłuszcz, który może się zapalić i kiełbasy też się spalą. - Dobrze, dobrze, panie Raczek, powiedział teść, nie pierwszy raz wędzimy kiełbasę. Masarz uśmiechnął się i odszedł. Kiełbasy wędziły się ładnie, przyjemny zapach rozchodził w powietrzu. Teść z Romkiem siedzieli koło wędzarni na pieńkach i rozmawiali o gospodarce. W pewnej chwili Romek powiedział, że pójdzie zobaczyć co robi Dorota. Wszedł cicho do stodoły i zaglądnął przez szparę do sąsieka z sianem. Dorota leżała na kocu, oczy miała otwarte i patrzyła nieruchomo w jeden punkt na dachu stodoły. Łzy cicho, nieustannie spływały po jej twarzy. Żaden grymas jej nie wykrzywiał, żaden odgłos nie wychodził z jej ust. Romek patrzył i patrzył, serce mu zdrętwiało na widok tego cierpienia. Czy ma sens to wesele, myślał z rozpaczą. Wyszedł po chwili i poszedł do szopy z drzewem, usiadł na pniaku i miał ogromną ochotę zapłakać. Zapłakać nie nad Dorotą, ale nad swoim losem. Dotąd wydawało się to wszystko zrządzeniem losu, teraz komplikacje narastały. Może gdyby walczył o Urszulę, to by ją miał, - nie, chyba nie było to możliwe ze względu na Jacka, w którym się Ula tak szybko zakochała. Może lepiej dla mnie, sam nie wiem. Dorota musi to przetrawić, gdyby ten drań Włodek nie napisał, to już nieźle było. W tej chwili drzwi się otwarły i ojciec zaglądnął do środka - a gdzie Dorotka – zapytał. - Dorotka leży na sianie, głowa ją boli i chce odpocząć - powiedział Romek. - A ty co tu robisz? chodź pilnować tej kiełbasy, a ja pójdę do krów na pastwisko. Poszli razem do wędzarni, ojciec powiedział - już nic nie podkładaj, niech się tak powoli wędzą i odszedł. Romek usiadł na pieńku i patrzył w palenisko z tlącymi się głowniami drewna. Ponure myśli kłębiły się w jego głowie, wszelka radość z powodu ślubu z Dorotą wypaliła się w jego sercu, zamieniła w szary, zimny popiół.
***
Urszula z Jackiem szli ulicą Sławkowską w Krakowie oglądając wystawy. Przyjechali kupić pierścionki i ślubny strój dla Uli. Rodzice Jacka zdecydowali, że poniosą koszty wesela, Jacek niewiele miał własnych pieniędzy. Ula też chciała coś dołożyć do wesela i zdecydowała pokryć koszty jedzenia. Wesele miało odbyć się w remizie strażackiej w ostatnią niedzielę sierpnia. Gości planowano bardzo dużo, bo około stu osób. To rodzice Jacka chcieli się pokazać, no i stać ich było na to. Szli z Jackiem pod rękę i rozmawiali, Ula na jednej z wystaw zobaczyła suknię ślubną. Weszli do środka, sprzedawczyni spytała w czym może im pomóc. - Chcieliśmy kupić suknię ślubną i buty dla mnie - powiedziała Urszula. – Mamy tylko używane, proszę zobaczyć, może któraś pani odpowiada. Ula przymierzyła kilka sukienek, jedna jej się spodobała, nie było na niej śladów używania. - A to dobrze pani wybrała, ona nie była nawet używana. Przypominam sobie, że ślub się nie odbył, podobno pan młody zginął w wypadku. Nie była to zachęcająca informacja, ale sukienka była śliczna i pasowała na nią jak ulał. Buty nie podobały się Urszuli, zamierzali je kupić w innym sklepie. Zapłacili dość dużo za sukienkę i wyszli. Kupili resztę potrzebnych rzeczy w różnych sklepach w Krakowie, łącznie z obrączkami. Kiedy w sklepie jubilerskim oglądali je, Ula przymierzyła śliczny pierścionek z niebieskim oczkiem, bardzo jej się podobał. - Ula, powiedział Jacek, nie zdejmuj go już, ja ci go kupię. To będzie nasz zaręczynowy pierścionek. - Dziękuję, powiedziała radośnie. Jaki on dobry, muszę też coś kupić, pomyślała. Rozglądnęła się i zobaczyła piękny szwajcarski zegarek. Kazała go sobie podać, cena była dość wysoka, ale chciała, aby Jacek miał od niej piękny prezent. Zapłaciła i podała Jackowi – a to ode mnie ślubny prezent dla ciebie - powiedziała z uśmiechem. Jacek zaraz na ulicy przytulił ją i pocałował, - dziękuję, co za wspaniały prezent, mój stary zegarek ani się nie umywa do niego. Zadowoleni z zakupów wrócili autobusem do Tumina, a stąd innym autobusem do Zapola. Urszula weszła na podwórko swojego domu i zobaczyła parę młodych ludzi. Powiedzieli, że słyszeli o sprzedaży tej gospodarki, a oni chcą coś kupić, chcieli się zorientować jak wygląda i ile kosztuje. Urszula zdała sobie w tej chwili sprawę, że nie ma ochoty sprzedawać ojcowizny, nie chce, żeby obcy ludzie chodzili po obejściu i po domu. - Nie, na razie jeszcze nie sprzedaję, miałam taki zamiar, ale jeszcze poczekam, na razie wychodzę za mąż. - A to szkoda, tak nam się tu podoba, chcieliśmy być bliżej miasta, bo teraz mieszkamy w górach - powiedzieli i odeszli. Ula z Jackiem weszli do domu. Już prawie za tydzień miało być to ich wesele, czas tak szybko leciał. Ula w dodatku uczyła się pilnie do egzaminów, miała je zdawać zaraz na początku września. Chciała studiować w trybie specjalnym i szybciej skończyć naukę. - Urszula, jak się czujesz w roli mojej oficjalnej narzeczonej. - Po co się pytasz, przecież widzisz co ze mną zrobiłeś - widzę świat w kolorze różowym, ale i tak muszę zająć się moim dobytkiem. Ty też jesteś zapewne głodny, może ciebie najpierw nakarmię. - Nie, nie, poczekam jeszcze, chodźmy nakarmić zwierzaki. Wziął kosę i nakosił trawy dla królików, Ula dała jeść psu, a kurom nasypała ziarna do korytka. Jacek wracał z trawą w płachcie i kosą na ramieniu. - Jacuś, jak ci ładnie z tą kosą, gdybym umiała malować, to stworzyłabym arcydzieło - powiedziała Ula żartobliwie. - Wystarczy, że oryginał jest arcydziełem - powiedział Jacek śmiejąc się, a w parze to dopiero będziemy super arcydziełami. Włożył trawę za drabinki, króliki natychmiast zaczęły ją wyciągać i zajadać, śmiesznie ruszając pyszczkami. - To mamy karmienie z głowy, chodźmy sami się pożywić, czas najwyższy, powiedziała Ula. Jacek jednak przyciągnął ją do siebie i całował, powoli szedł z nią do stodoły bez przerwy całując. Tam na resztkach siana zapomnieli o głodzie i o całym świecie. Kiedy oprzytomnieli było już ciemno. Wrócili do domu i Ula szybko przygotowała pieczoną kiełbasę, chleb i musztardę. - Ale smaczna ta kiełbasa, a musztardę uwielbiam, brakuje mi tylko piwa do szczęścia. Ula miała w spiżarni kilka butelek, wiedziała, że Jacek lubi piwo. Przyniosła dwie i postawiła na stole. - O, dzięki mój aniele, mój zbawco, nie ma to jak zimne piwo, powiedział Jacek. Pił prosto z butelki z wyrazem rozkoszy na twarzy. - O, jakie to cudowne uczucie pić takie zimne piwo, już mi nic do szczęścia nie brakuje, kochanie ty moje. Ula zajadała smacznie, piła herbatę patrząc na Jacka z radością. Byli tak szczęśliwi, że śmiali się z każdego zdania wypowiedzianego, z każdego gestu. Kiedy skończyli jedzenie Ula poprosiła Jacka, aby wrócił do domu, bo jutro oboje muszą iść do pracy. - Wiesz co Ula, może lepiej być rolnikiem, nikt nie każe robić tego i tamtego, jesteś panem dla siebie, no nie? - Niezupełnie, robota cię pogania lepiej niż kierownik w pracy, ale zastanów się i wybierz co chcesz tak naprawdę w przyszłości robić. Wiesz, że ja ze studiów nie zrezygnuję. - Wiem i co, rolnik będzie dla ciebie lepszy niż technik chemik w mieście? - Czy ja wiem, Jacek, cokolwiek będziesz robił ja to akceptuję, po prostu tylko ty jesteś ważny, reszta mniej. - No to świetnie, mam perspektywy życiowe znakomite, a żonę będę miał idealną. Ucałował ją na pożegnanie i wyszedł. Ula była tak zmęczona, że tylko nastawiła budzik na szóstą rano, umyła się i położyła do łóżka. Wspomnienia o Romku nadeszły całkiem niespodziewanie. Był już od kilku tygodni żonaty i mieszkał u Doroty, do pracy dojeżdżał do Krakowa, ale słyszała, że będzie pracował w Tuminie. Ula widziała ich razem w kościele. Dorocie często robiło się słabo i wychodzili razem na dwór. Jakoś nie wyglądali na szczęśliwych, ukradkiem obserwowała Romka, widziała bolesny grymas na jego twarzy. Dlaczego on się tak szybko ożenił, czy Dorota czasem nie była w ciąży z tym jej Włodkiem. To prawdopodobne, pewnie dlatego wyszła za Romla, myślała Ula prawie już śpiąc.
* * *
Ojciec Doroty, Piotr Gorczycki wziął sobie urlop, aby dobudować do domu nową część dla młodych. Romek miał zaległy urlop i też mu pomagał w budowie. Po urlopie rozpoczynał pracę w Tuminie, w pogotowiu energetycznym. Pomagał im młody chłopak, który chciał dorobić na studia. Fundamenty już wyschły i mogli zacząć robić izolacje i budować resztę domu. Ojciec miał znajomości i już wcześniej przygotował potrzebne, a trudne do zdobycia materiały. Najgorzej było z wodą, studnia wyschła prawie całkiem w upały jakie trwały i musieli dowozić wodę beczkowozem. Romek co prawda nie znał się na budowie, ale teść go uczył i jakoś im nieźle razem praca szła. Nawet i brat Romka poczuł się w obowiązku pomóc i dostarczył drzewo na dach, okna i podłogę. Romek z Dorotą dostali z banku pożyczkę i dołożyli do budowy. Dorota też chciała coś robić przy budowie, ale matka uznała to za niebezpieczne dla dziecka, więc raczej pilnowała kuchni i dbała o posiłki. Obserwowała Romka jak pilnie pracował i dbał o nią tak, jakby ją naprawdę kochał. Włodek postąpił tak podle, starała się wyrzucić go z pamięci, ale nie było to łatwe. Romek przerwał pracę i podszedł do Doroty. Akurat przyniosła coś do picia dla wszystkich. - Dorotko, czy dobrze się czujesz - spytał. - Tak, dziś zupełnie dobrze, nawet mam apetyt, wprawdzie tylko na kiszone ogórki i żur, ale mnie nie mdli. Bardzo się cieszę, bo już nie będę taka nudna. - Najważniejsze, że nie cierpisz, bardzo się o ciebie martwiłem. - Wiem, wiem, jestem ci bardzo wdzięczna za troskę, bez ciebie byłoby mi bardzo trudno - powiedziała ze łzami w oczach. Romek przytulił ją i poszli na spacer polną drogą. Rozmawiali o budowanym domu, cieszyli się, że może przed narodzinami dziecka będzie gotowy. Romek wrócił na budowę, a ona spacerowała, myśląc o dziecku, nie należało martwić się zbytnio, to może mu zaszkodzić. Wróciła do domu dokończyć gotujący się obiad. Przygotowała nakrycia i poszła prosić ojca z pomocnikami na obiad. - Zaraz przyjdziemy, powiedział tato, musimy dorobić ten kawałeczek muru. Przyszli za chwilę i zasiedli do stołu, byli głodni, ciężka praca wyczerpywała zwłaszcza ojca. Dorota nie podała alkoholu, bo nie wiadomo, czy chciałoby się pomocnikowi jeszcze wracać do pracy. Po obiedzie wrócili na budowę i jeszcze w nocy, przy świetle żarówek pracowali. Kiedy Romek wreszcie wykąpany wchodził do łóżka, Dorota spała. Romek był solidnie zmęczony, ręce go bolały, dawno tak ciężko nie pracował. Leżał cicho nie chcąc zbudzić Doroty, okazało się, że nie spała. Odwróciła się w jego stronę i powiedziała - pewnie jesteś bardzo zmęczony. - Nie tak bardzo znowu, powoli się przyzwyczajam, a ty jeszcze nie śpisz, przecież jest już późno. - Czekałam na ciebie, trochę się zdrzemnęłam, a ty, czy jesteś śpiący? - Jeszcze nie zdążyłem być śpiący - powiedział. całując ją delikatnie. Do tej pory Dorota nie była chętna do współżycia, teraz obejmowała go i całowała jak nigdy. Romek zapomniał o zmęczeniu, pierwszy raz się tak kochali. Kiedy już zasypiali, powiedział - wiesz Dorotka, ja cię naprawdę kocham, bardzo kocham. -Wiem, ja cię też lubię, bardzo lubię i pocałowała go delikatnie.
* * *
Urszula stała przed lustrem prawie gotowa. Irena przypinała jej wianek mirtowy do welonu. Ślicznie wyglądasz, jak prawdziwa, niewinna panna młoda - powiedziała Irena. Urszula zaczerwieniła się i nic nie odpowiedziała. Sama kiedyś myślała, że pójdzie do ślubu niewinna, ale stało się inaczej, dobrze, że nie była w ciąży. Jolanta, żona brata Wiktora popatrzyła na nią i powiedziała - mogłabyś jeszcze przypiąć gałązki mirtu do dołu sukni. Nie trzeba, suknia może się zniszczyć, a ja chciałabym ją sprzedać. - To nie chcesz zostawić jej na pamiątkę - spytała Irena. - A po co, pieniądze się przydadzą, a suknia będzie tylko miejsce w szafie zajmować. - Jak chcesz, to sprzedaj, ja swoją mam jeszcze. Wszedł Wiktor - czy jesteście gotowe, musimy już jechać do kościoła. Wyszli i wsiedli do jego samochodu, Irena z mężem pojechali swoim, goście autobusem specjalnie wynajętym, a Jacek z rodzicami taksówką. W kościele było dużo ludzi, byli ciekawi ślubu Urszuli, ciekawi gości i jak kto był ubrany. Wesele to była duża rozrywka dla ludzi na wsi, na co dzień ciężko pracujących. Msza była krótka, ksiądz prowadził ceremonie, zadając pytania, aż w końcu powiedział - jesteście mężem i żoną. Te słowa najmocniej zapadły im w pamięć. Ludzie szeptali, patrzyli na nich, dziewczyny zazdrościły Uli takiego pięknego i w ich mniemaniu, bogatego męża. Starsze kobiety szeptały - jak ta Urszula wypiękniała, przecież to była taka szara mysz, a dziś wygląda jak aktorka. Tak, Ula wyglądała pięknie, pierwszy raz była pewna swojej urody, szła z podniesioną głową, uśmiechnięta, zadowolona. Jacek zwykle taki pewny siebie czuł się trochę nieswojo, zdał sobie sprawę, że nie jest już wolnym ptakiem, ale sam tego chciał przecież i to bardzo chciał. Urszula czuła ogromną radość, myślała - Jacek jest mój, tylko mój na zawsze. Przed kościołem przyjmowali gratulacje od gości, życzenia, aż w końcu wszyscy pojechali do remizy. Tutaj czekały już nakryte stoły, kucharki uwijały się nalewając gościom rosół do talerzy. Wszyscy jedli z apetytem, byli już głodni. Matka Jacka zaopiekowała się pieniędzmi z błogosławieństwa i prezentami. Nie brakło też bardzo pożądanej wódki, ona poprawiała nastrój, dodawała animuszu. Jedzenia przybywało, a goście mieli dobry apetyt i wszystko znikało dość szybko. W sąsiedniej sali grała orkiestra i młodsi uczestnicy bawili się wesoło. Ula bawiła się z Jackiem, patrzyła na niego i o dziwo, spostrzegła, że śledzi każde jego spojrzenie w kierunku dziewcząt. Przecież dotąd nie była zazdrosna, jej radość powoli gasła, zwłaszcza kiedy Jacek poprosił pierwszą drużkę, bardzo ładną dziewczynę, do tańca. Ula tańcząc z ojcem Jacka cały czas go obserwowała. Kiedy znowu byli razem, powiedziała - Jacek, dlaczego tak się przytulałeś do tej Kryśki, przecież jesteś już moim mężem, nie wolno ci o innych myśleć. - Oczywiście, ale przecież nic takiego nie zrobiłem, ani mi w głowie, dlaczego masz do mnie pretensje? - Po prostu nie chcę, abyś się interesował innymi dziewczynami. - Jesteś chyba zazdrosna, a ja kocham tylko ciebie, mój skarbie, przecież wypadało zatańczyć z pierwszą drużką. - Dobrze, Jacek, nie mówmy już o tym, chodźmy co zjeść. Przy stole Jacek spełniał wszystkie toasty, które goście wznosili, śpiewał i w końcu już nie był w stanie ani tańczyć, ani nawet chodzić. Urszula musiała go po północy zaprowadzić do małego pokoju w remizie, gdzie usnął na ławce. Ona siedziała na stołku i patrzyła na niego, leżał z otwartymi ustami, z których wyciekała ślina i chrapał solidnie. Nigdy go takim nie widziała, cały jego urok gdzieś przepadł. Resztki dobrego nastroju zniknęły, pocieszała się, że może to tylko skutki zbytniej zabawy na weselu. A goście dobrze już pijani, śpiewali, tańczyli, kłócili się, aż w końcu doszło do bójki. Dopiero milicja uspokoiła zbyt krewkich gości, Ula wstydziła się, że Jacek tak się upił i na własnym weselu nie mogła się bawić. Ktoś zapukał - była to siostra Irena. - Ula, czemu tak szybko wyszliście, goście rozglądają się za wami. - Nie widzisz, Jacek się upił i śpi. - No to masz wesele z głowy, obudź go może i chodźcie do gości. - Przecież śpi jak nieprzytomny, nie sądzę, że jest w stanie wstać. - Wiesz co Ula, wesele weselem, ale on nie powinien dziś tak się upić. - Czy ja wiem co to jest, może się czymś zatruł - powiedziała Ula. - Nie sądzę, to są typowe objawy upojenia alkoholowego - powiedziała fachowo Irena. Uli zrobiło się nieprzyjemnie. - To co ja mam zrobić, może sama pójdę do gości i powiem, że Jacek źle się czuje, co? - Spróbuj go najpierw obudzić, Ula. Próbowała więc, ale tyle osiągnęła, że spadł na podłogę. Musiały go z Ireną podnieść i położyć na ławę z powrotem. Zostawiły go śpiącego i poszły między gości. Brat Wiktor poprosił ją do tańca, był od niej starszy o osiem lat. Ostatnie kilkanaście lat mało przyjeżdżał do domu, mieszkał i kształcił się w Warszawie i tam się też ożenił. - Ulka, coś niewesoła jesteś, a co dopiero byłaś taka szczęśliwa, co się stało? - Nic się nie stało, ale chciałabym się bawić z Jackiem, a on się upił. - Zdarza się, musisz się przyzwyczaić, różnie będzie w małżeństwie. - A ty też się upijasz, nic Jola nie mówiła na ten temat. - Czasem wypiję trochę, tak jak dziś na przykład, ale się nie przewracam. - Wcale nie widzę różnicy teraz, czy kiedy indziej. - Bo ja tylko kieliszek, dwa wypijam i dość, zupełnie mi to wystarczy. Orkiestra przestała grać, matka Jacka poprosiła gości do stołu na gorący barszcz i bigos. Była tak zajęta, że nie miała czasu spytać co z Jackiem. Goście wołali co chwilę o wódkę i ojciec Jacka donosił nowe butelki, ale już nie oryginalne tylko bimber, który na tę okazję pędzili po kryjomu. Ulka z najbliższą rodziną siedziała razem przy jednym stole i rozmawiali zajadając. Ula była dumna ze swojej rodziny, tacy byli eleganccy i elokwentni, postanowiła, że i ona taka będzie. Nie ma sensu trzymać się tej wsi, nawet gdyby Jacek chciał, w co wątpiła, to go przekona. Wieś jest piękna, na wieś można przyjechać odpoczywać, ale żyć tu to już inna sprawa. Humor jej się poprawił, już nie miała wątpliwości czego chce w życiu. Starszy brat Jacka Emil poprosił ją do tańca. Mieszkał w Opolu z rodziną i rzadko odwiedzał rodziców. - Urszula, ale wyrosłaś, pamiętam cię takim szkrabem, a teraz taka z ciebie piękna kobieta. Ma szczęście ten Jacek, ma. - A twoja żona to nie jest ładna? - Oczywiście, że jest ładna, z brzydką bym się nie ożenił, ze mnie chyba też przystojny chłopak, nie sądzisz? - Jesteś podobny do Jacka i jak on przystojny. - Tak szybko zdecydowaliście się na ślub, wszyscy byliśmy zaskoczeni. - To Jacek tak chciał, znamy się od zawsze, kochamy od niedawna, ale już na zawsze - powiedziała Ula z pewnością siebie. - To się cieszę z takiej fajnej szwagierki - powiedział Emil i skończyli taniec. Ula przeprosiła Emila i poszła zobaczyć co z Jackiem się dzieje. Leżał na ławie, kiedy dotknęła jego głowy otworzył oczy i spytał - co mi jest, głowa mi pęka, pić mi się chce, czuję się okropnie. - Poczekaj tu spokojnie, przyniosę ci kawy, dobrze. - Dobrze, dobrze, ale wody mi też przynieść, mówił wstając z ławy. Zachwiał się i usiadł z powrotem. Ula przyniosła i kawę i wodę. Przyszła z nią mama Jacka i zaczęła mu prawić kazanie - Jacek, to nie miałeś się kiedy upić, tylko na swoim weselu, nie wstydzisz się? - Mamo, daj mi spokój, głowa mi pęka, chyba ktoś coś do wódki dodał. - Co by ci kto miał dodawać, upiłeś się i tyle, napij się tej kawy, to może ci przejdzie. Trzeba się pokazać na weselu, niektórzy goście chcą się już pożegnać, a ciebie nie ma. Jacek pił chciwie wodę, później wypił całą szklankę kawy. Za chwilę pobiegł do toalety i dopiero po dłuższej chwili wyszedł. Wyglądał znacznie lepiej, poszli więc do gości. Usiedli przy stole i Jacek pił tylko wodę, patrzył na salę, gości było już mniej. Orkiestra grała, a młodzi tańczyli zda się z jeszcze większym zapałem Za oknem szarzało, widać było zarysy drzew. Jacek patrzył na nie i uzmysłowił sobie, że jest już żonaty. Ula siedziała obok i patrzyła na niego. - Jak się czujesz - spytała. - Jakoś wytrzymam do końca wesela, ale źle się czuję. - Nie musimy tu być do końca, poproszę Irenę i odwiezie nas do domu. - Chętnie bym się położył do łóżka. Nie nadaję się już do niczego dzisiaj. Za chwilę byli gotowi do wyjścia, powiedzieli o tym rodzicom, a ci dalej zajmowali się gośćmi. Wesele trwało, ale już bez państwa młodych. Mąż Ireny również wrócił, Jacek zaraz usnął. Ula zmieniła sukienkę i zmyła makijaż, była znowu zwykłą Ulą, którą dobrze znali. - Wiecie co, ja jestem zdecydowana sprzedać to i szukać mieszkania bliżej Krakowa - powiedziała po chwili. - Nie musisz tak szybko sprzedawać - powiedziała Irena, przecież nie masz już tak dużo pracy tutaj. - Chciałabym zacząć nowe życie w nowym miejscu, szkoda czasu na czekanie. - To rób jak chcesz, my jesteśmy zmęczeni, gdzie możemy się położyć? - Dobrze, tam w pokoju jest wszystko przygotowane dla gości, ja się tylko umyję i też się położę. W domu panowała cisza, na zewnątrz życie wracało do normy. Ula położyła się obok Jacka, spał mocno. No i tak wygląda moja noc poślubna, pomyślała, ale te przed były piękne. Dzisiaj czuła się zawiedziona w swoich oczekiwaniach, Jacek spał odwrócony do niej plecami. Objęła go i poczuła ciepło, miłe ciepło. Kocham go, kocham, teraz jest mój, tylko mój. W miłym nastroju usnęła za chwilę.
* * *
Na rynku w Tuminie, tydzień przed Bożym Narodzeniem było mnóstwo ludzi, więcej jak w zwykły dzień targowy. Roman z Dorotą wybierali choinkę na święta. Nie było takiej ładnej, Dorota chciała pachnącą jodełkę. Wreszcie w innym miejscu znaleźli jodełkę, ta jej się podobała. Dorota była już w widocznej ciąży i Roman obawiał się o nią, postanowili wracać autobusem do domu. Roman szedł pierwszy i ochraniał Dorotę przed nieuważnymi pasażerami. Tylko trzy przystanki mieli do Zapola. Od przystanku szli na piechotę, śniegu nie było, tylko zimno. Droga zaniedbana i wyboista utrudniała marsz, zwłaszcza Dorocie. W końcu doszli do domu, nowa część była otynkowana, łazienka i kuchnia wykończone, resztę mieli zamiar później dopracować. Kiedy weszli do środka matka obierała ziemniaki na obiad - macie tę choinkę - spytała. - Jest mamo, Romek schował w szopie, do wigilii tam postoi. - Był tu Lawendras, pytał o Romka, coś mu się z prądem stało, a oni akurat biją świnię. Może byś tam poszedł? - A u nas jest prąd - spytał Romek jednocześnie sprawdzając, wszystko było w porządku. Romek wyszedł, Dorota się przebrała i usiadła przy stole. Powiedziała, że wszystko w porządku z dzieckiem, lekarka zaleciła ruch i dobre odżywianie. - No to obiad już gotowy, Dorotko, zaraz ci podam, a odżywiać się masz czym, tylko dużo jedz. - Nie trzeba, mamo, sama sobie wezmę, a co do jedzenia, to chciałabym jeść, ale czasem brak mi apetytu. - To ja pójdę wydoić krowę i nakarmić trzodę. Dorota z talerzem zupy usiadła przy stole pod oknem. Widziała jak drogą wracają na furmankach ludzie z jarmarku, wracał też i Romek. W domu spytała jak się skończyło naprawianie awarii. - Dobrze, ale zrobili głupstwo, zawatowali bezpieczniki grubym drutem i o mało na słup nie musiałem wchodzić. Ludzie nie mają pojęcia, że w ten sposób mogą wywołać pożar. - A zapłacili ci chociaż? - Nie. Ale obiecali kiełbasy jak już będzie gotowa. A gdzie mama, nie je obiadu z tobą? - Mama w oborze, a ja za chwilę wezmę się za prasowanie, teraz siadaj do stołu, podam ci obiad. Kiedy kończyli jeść matka wróciła z obory mówiąc, że trzeba by obornik wyrzucić. - To ja to zaraz zrobię - powiedział Romek. - Dobrze, dziecko, dla mnie to już za ciężko, a ty jak widzę lubisz pracę na gospodarce. - Tak, mamo, zawsze chciałem to robić, ale brat został na naszym gospodarstwie. Romek wyszedł, a Dorota wzięła się za prasowanie. - Wiesz co Dorotko, cieszę się, że trafiłaś na takiego porządnego męża, widać, że i o dziecko też będzie dbał. Muszę go jeszcze poprosić, aby pomógł mi narżnąć sieczki. Wyszła znowu, a Dorota prasowała nawilżone wcześniej obrusy. Romek skończył w oborze i przeglądał motor przy sieczkarni, wszystko było w porządku, więc narżnął szybko sieczki. Dorocie przy tym prasowaniu zrobiło się słabo, włożyła płaszcz i wyszła na świeże powietrze. Koło bramy drogą przechodziła jej koleżanka ze szkoły, Zosia. - Zosiu - spytała, gdzie ty się wybrałaś w taką pogodę. - Cześć Dorota, właśnie idę do sklepu, brakło nam chleba, a co u ciebie, dawno cię nie widziałam. - No to widzisz jaka jestem gruba, a dziecko ma się urodzić za dwa miesiące. - Nie jesteś aż taka gruba, ja jak byłam z moją Lucyną w ciąży to dopiero byłam gruba, ale za to dziecko ważyło aż cztery kilogramy. - To rzeczywiście duże dziecko, a jak się teraz chowa? - Dobrze, ma już prawie dwa lata i ładnie mówi. - Czemu do mnie kiedy nie wpadniesz? - Nie mam czasu, teraz też muszę lecieć, mama jej pilnuje, a przed świętami tyle roboty, do widzenia, Dorotko. - Do widzenia. Wróciła do domu, miała jeszcze koszule Romka do prasowania. Otworzyła radio, był koncert życzeń, mnie to nikt życzeń nie przyśle - pomyślała. A Włodek się tam w tej Ameryce ożenił. Jego rodzice chwalili się, że ma już samochód i dom, bo Amerykanka bogata, ale czy to prawda, to nie wiadomo. Nie ma co go wspominać, tylko dlaczego chciał mi jeszcze stamtąd zaszkodzić rozmyślała bezwiednie. Za oknem zrobiło się ciemno, dzień był krótki. Matka z Romkiem wrócili do domu. - Ty jeszcze prasujesz - spytała mama. - Tak, dużo tego jest, ale jutro mogę wyprasować resztę. Romek poszedł się wykąpać w łazience, a one dalej rozmawiały o nadchodzących Świętach.
* * *
Karolina Goraniec patrzyła nieprzychylnie na Urszulę jedzącą obiad przy stole w kuchni. Wreszcie powiedziała – ty Urszula powinnaś przekonać Jacka, żeby tu został na gospodarstwie, widocznie ci na tym nie zależy, bo dążysz do kupna tego mieszkania w Krakowie. - Mamo, ani ja, ani Jacek nie chcemy tu być na takich warunkach, jakie nam oferujecie, przecież te spłaty dla Emila i Zuzy pochłonęłyby wszystkie pieniądze jakie wzięłam za moje gospodarstwo. - Ale mielibyście wszystko po naszej śmierci, a to duże gospodarstwo. - Wolelibyśmy, aby Emil i Zuza nas spłacili, potrzeba nam pieniędzy na urządzenie tego mieszkania. - To mieszkanie kupujecie za dolary, moglibyście mieć za to samo dom. - Tak mamo, ale nie w Krakowie, sama wiesz jak tam jest wszystko drogie. - Właśnie, i po co się tak upierasz, żeby tam mieszkać. - Mnie chodzi o to, że studiuję i łatwiej mi będzie, gdy będę mieszkać blisko uczelni. No i o pracę tam łatwiej i dla mnie i dla Jacka. - E tam, to są takie wymówki, a przecież obiecywaliście tu zostać, a co z nami będzie na starość? - Trudno mamo, każdy szuka lepszego życia, ja chcę skończyć te studia, w trybie specjalnym będzie szybciej. - Pewnie, jak się tak uparłaś, to swego dopniesz, a na wnuka to się wnet nie doczekamy. - Wszystko w swoim czasie, my jesteśmy jeszcze młodzi. - To po co się żeniliście, trzeba było skończyć studia i dopiero się żenić - powiedziała teściowa nieprzychylnym tonem. - Mamo, ale my się kochamy, trudno nam było bez siebie żyć. - I co, kiedy to mieszkanie dostaniecie? - Może już niedługo, jak tylko ten blok wykończą, może w kwietniu. - Matko Boska, to przecież już za kilka tygodni, a jak my sami damy sobie radę. - Przecież to nie tak daleko, mamo, będziemy przyjeżdżać autobusem. Urszula skończyła jeść obiad, umyła naczynia i sprzątnęła kuchnię. - Mamo, czy masz jakąś pilną pracę, bo chciałabym się trochę pouczyć. - Jest sobota, Jacek wnet przyjedzie z Krakowa, to będziecie się sobą zajmować, ja sobie dam radę, ty rób co tam chcesz, powiedziała teściowa i wyszła. Ale mama jest niezadowolona - myślała Urszula. Mieszkamy tu od chwili, kiedy sprzedałam gospodarstwo. Boże, czy może być co gorszego, niż mieszkać z teściami, myślała rozkładając materiały do nauki na stole w ich małym pokoju. Zagłębiła się w czytanie, matka w kuchni coś robiła, była widocznie zła, bo zbyt hałaśliwie stawiała naczynia. Moja mamusia taka nie była, tak, ale i ona nie byłaby zadowolona z tego co zrobiłam. Trudno, muszę myśleć o sobie i żyć tak jak lubię. Chciała namówić Jacka na studiowanie, ale nie odpowiadało mu to, mówił, że szkoda czasu tracić, i tak więcej nie zarobi. Czas szybko leciał, był późny wieczór, a Jacka jeszcze nie było. Co on tam tak długo robi, tęskniła za nim, widywali się tylko raz, dwa razy w tygodniu. O dziesiątej poszła do kuchni, teściowa coś cerowała, nie mówiła nic do Urszuli. - Czy mogę zagotować wodę na maszynce - spytała Ula. - Pewnie, nie musisz się pytać - powiedziała teściowa. Ula po kolacji umyła się i poszła spać. Myślała, że więcej jest sama, niż z Jackiem, czy on ją jeszcze kocha, dlaczego nie wrócił. W końcu około jedenastej usnęła. Rano zobaczyła Jacka śpiącego na sofie, wyszła cicho do łazienki. Rodzice Jacka dawno wstali i zajmowali się obrządkiem. Ula umyła się, uczesała włosy, widziała się w lustrze, przecież była ładną, młodą kobietą, dlaczego czuje się opuszczona. Może Jacek ma tam w Krakowie kogoś, może już jej nie kocha. Wróciła do pokoju, Jacek dalej leżał na sofie, Ula zaczęła się ubierać, przecież było już późno. Nagle Jacek zerwał się i podbiegł do niej, objął ją i zaczął całować. Nie mogła go spytać co się stało, Jacek całując ją zaniósł na łóżko, Urszula zapomniała o wszelkich urazach, była szczęśliwa. Kiedy wstali, Jacek pobiegł myć się do łazienki. Spotkali się wszyscy przy stole na śniadaniu. Matka spytała - nawet nie próbujesz usprawiedliwić się dlaczego tak późno wróciłeś, co się stało? - Autobus mi uciekł, musiałem iść na pociąg, no i zrobiło się tak późno, ale w końcu jestem. Ojciec jadł w milczeniu, wiedział już od żony jakie mają plany i było mu przykro. Tyle ciężkiej harówki przez pokolenia, zawsze ziemia była w cenie, wprost się o nią bili, a teraz co – nikt nie chce na roli zostać, wszyscy uciekają do miasta, a co z nimi na starość będzie, co? Po śniadaniu wszyscy wybierali się do kościoła. Urszula w lekkim płaszczu czekała na polu na Jacka. W ogródku kwitły już żółte żonkile, była wczesna wiosna, Ula lubiła tę porę roku, w zasadzie lubiła wieś, jednak żyć tu zawsze i nie dać dzieciom szansy na inne życie nie chciała. Jacek doszedł i spytał - czy podobają ci się te wiosenne kwiaty, patrzysz na nie jak na jaki cud. - Bo są takie śliczne, świeżutkie i wyjątkowe, zima była taka długa, stęskniłam się za zielenią. - Co tam kwiatki, chodźmy już do kościoła, mama i tata pewnie już są pod kościołem. Poszli, trzymając się za ręce. Drzewa i krzaki przydrożne były jeszcze bez liści, ale widać było nabrzmiałe pączki, jedynie tarnina kwitła biało gdzie nie gdzie. - Jacek, czy nie pytałeś kiedy to nasze mieszkanie będzie gotowe ? - Byłem na budowie, już prawie gotowe, jeszcze trzeba urządzenia zainstalować, a malowanie musimy sami zrobić. - Ale kiedy dadzą nam klucze? - Muszą cały blok wykończyć, odebrać komisyjnie i dopiero dostaniemy klucze. - Wiesz, nie wiem za co my się urządzimy, wszystkie moje pieniądze poszły na to mieszkanie. - Nie martw się, powoli kupimy wszystko. - Rozmawiałam z twoją mamą o spłacie z gospodarki, ale to beznadziejna sprawa. - Pewnie, to niemożliwe dopóki rodzice żyją, później możemy to z Emilem i Zuzą sprzedać, ale to daleka przyszłość. Doszli do kościoła, msza się już rozpoczęła, ludzie śpiewali z całego serca, głośno i ładnie. Ula też z Jackiem dołączyli do chóru głosów i razem z tłumem śpiewali. Msza trwała dość długo, po niej wyszli przed kościół, tam zawsze można było porozmawiać ze znajomym, dowiedzieć się co nowego słychać na wsi. Z kościoła wyszła Dorota z Romkiem, który prowadził wózek. Był tak szczęśliwy, że to aż się rzucało w oczy, kiedy koło nich przechodził nie powiedział ani słowa. - Ula, widziałaś jaki ten Romek zarozumiały, udał, że nas nie zna. - Nie widziałam, nie interesuje mnie, chodźmy lepiej do domu. Jeszcze kupię ,,Przekrój,, w kiosku. Ale nie kupiła, bo już nie było. Szli tym samym wąwozem co kiedyś, słońce przeświecało przez bezlistne gałęzie drzew. Jacek tak jak kiedyś, całował Ulę na środku drogi. - Jacek, przestań, przecież możemy się kochać w domu do woli. - Nie tak znowu do woli, przecież rodzice są w pobliżu, nawet w naszym pokoju nie czuję się swobodnie. - Ale to już niedługo tak będzie, nasze mieszkanie jest piękne i duże, nawet wierzyć mi się nie chce, że będziemy sami. Tak rozmawiając szli powoli, powietrze pachniało wiosną, świeżą trawą. - Pięknie tu Ula - prawda? w Krakowie tak nie będzie. - Wiem, ale dla dzieci na pewno lepsza przyszłość. - Ale nie śpieszno ci do tych dzieci, prawda? - Najpierw studia, mieszkanie urządzone, pełna stabilizacja, nie tak jak u Romka - najpierw ciąża a reszta później, chociaż oni zostają na gospodarstwie. Doszli do domu, na podwórku ojciec doglądał małych prosiaczków. - Chciałem, aby trochę pobiegały na słońcu, bo ich się krzywica chwyta - powiedział. - Ładne prosiaczki, powiedziała Ula, będzie trochę grosza za nie. - A co to za pieniądze, ledwie wystarczy na długi z wesela. Poszli do domu, nie podejmując dyskusji na temat pieniędzy. W kuchni mama kończyła obiad wcześniej nastawiony do gotowania, poprosiła Ulę i Jacka o pomoc. Wkrótce gotowy posiłek czekał na stole na domowników. Jacek zawołał tatę, który jeszcze pilnował świnek, na obiad. Kiedy już siedzieli przy stole, tato powiedział - jak to miło tak całą rodziną siedzieć przy obiedzie, żeby tak jeszcze było w przyszłości i jakie wnuki z nami tu były, samo szczęście. - Tato, powiedział Jacek, wy już dość mieliście kłopotu ze swoimi dziećmi, my będziemy często przyjeżdżać do was. - Tak, będziecie przyjeżdżać, jak Emil i Zuza przyjeżdżają. Powiedziała mama i łzy kapały jej do rosołu.
* * *
Mały Tomaszek Put miał już półtora roku, gonił po podwórku za małymi kurczątkami. Żadne nie dało się złapać, więc wołał – mama, mama. Stała w pobliżu i przybiegła mówiąc - uciekł ci kurczaczek, synku i całowała go w rumiane policzki. - Ma..ma mówił płacząc i rozkładając bezradnie rączki. - Chodźmy Tomuś do kotka, o, widzisz, leży tam na murku, kiedy podeszli, kot już uciekł. Tomuś przestał interesować się kotem, znalazł duże pióro z indyka, przykładał go sobie do buzi i śmiał się, bo go łaskotało. Dorota patrzyła na niego z miłością, twarz miała uśmiechniętą i szczęśliwą. Dziecko dawało jej tyle radości, nawet sobie tego nigdy nie wyobrażała. Było późne popołudnie sierpniowe, słońce jeszcze mocno przygrzewało i było przyjemnie. Tomuś zainteresował się kupą piasku pozostałego od tynkowania domu. Usiadł na nim i bawił się sypiąc łopatką piasek do wiadereczka, śmiał się przy tym i gaworzył po swojemu. Dorota usiadła na pniu starej jabłoni, jednej z wielu wykopanych przez Romka. Były schorowane i bezużyteczne, posadzili z ojcem młode i zdrowe. Romek lubił zajmować się pracami na roli, jednakże dla pieniędzy pracował w stolarni jako elektryk. Tomuś rzucił wiadereczko i pobiegł w stronę ogródka, próbował otworzyć bramkę, udało mu się. W ogrodzie, ulubionym miejscu Doroty rosło dużo różnych kwiatów. Tomuś z zapałem chwycił za duży krzaczek astra i ciągnął mocno, nagle przewrócił się razem z nim na ziemię. Wstał szybko i miał ochotę kontynuować zabawę, ale Dorota powiedziała - Tomuś, te kwiatki mamy na ozdobę, idziemy na łąkę, tam możesz rwać do woli wszystkie kwiatki. Ale Tomuś zaczął płakać, więc dała mu jednego kwiatka do rączki i poszli na łąkę. Obok był zagon buraków, gdzie babcia obrywała liście dla świń na paszę. - Tomuś, chodźmy do babci, dasz jej kwiatuszka. Tomuś ucieszony biegł, przewracał się i podnosił, babcia wyszła mu naprzeciw. Cały czas wołał - baba, baba…Babcia podniosła go całując w policzek, Tomuś dał jej kwiatka. Za chwilę już się wyrwał z rąk babci i pobiegł między buraki, tylko głowę było widać znad liści. Rwał je, ale były duże, tylko małe kawałki trzymał w rączkach. - Popatrz mamo jaki ten Tomuś żywy, ani chwili nie posiedzi w jednym miejscu - powiedziała Dorota. - To dobrze, dziecko, widać jest zdrowy i energia go rozpiera. A Tomuś szedł dalej i dalej między buraki, zupełnie nie słuchając, co do niego babcia mówi. Dorota poszła za nim, kiedy to zobaczył, zaraz przyśpieszył i przewrócił się, podniosła go i wróciła do babci. - Mamo, on się niczego nie boi, trzeba go bardzo pilnować, aby sobie krzywdy nie zrobił. - Bo takie dziecko dopiero się uczy świata, musi wszystkiego dotknąć, spróbować, zobaczyć. Czasem się poparzy, skaleczy, albo jeszcze co gorszego go spotka. Nie można go spuszczać z oczu - powiedziała mama Doroty. Nie musisz się martwić o robotę, ja sobie dam radę ze wszystkim, przecież dobrze się czuję. A Romek też mi dużo pomaga, chociaż pracuje i ten dom wykańcza jeszcze, dobry z niego mąż, Dorotko. - Tak mamo, on jest bardzo dobry, a jak go Tomuś kocha. - Tomek tak, a ty, Dorotko? Nie odpowiedziała. bo Tomuś goniąc po trawie upadł, przycisnął rączką pszczołę i użądliła go. Zaczął płakać, więc Dorotka podniosła go i zaczęła pocieszać, babcia doradziła, aby iść do domu i przyłożyć rozkrojoną cebulę. Szła szybko, a Tomuś płakał bez przerwy. Na podwórku zobaczyła Romka, przyjechał z pracy rowerem, spytał - co się stało Tomciowi? - Pszczoła go użądliła, ręka mu spuchła, popatrz jaka czerwona. - To co zrobisz, może on jest uczulony na jad pszczoły i trzeba go wziąć do lekarza? - Nie myślę, jedna pszczoła nie może być taka niebezpieczna, zaraz mu przyłożę cebulę i nie będzie go tak bolało. Tomuś wyciągnął rączkę do taty mówiąc - tata, tata….ziazia..ziazia, Romek wziął go na ręce i mówił - nie płacz synku, mamusia zaraz coś da na rączkę i nie będzie bolało. Dorota przyniosła cebulę i przyłożyła do rączki, ale Tomuś nie chciał, więc tata zabawiał go w różny sposób. Wziął na ramiona i biegał z nim po podwórku, Tomuś śmiał się, zapomniał o bólu. Dorota patrzyła na nich z uśmiechem, Tomuś był więcej do niej podobny, ale miał też wiele cech Romka. Wszyscy go kochali, a dziadek wprost uwielbiał, sam chciał kiedyś mieć syna, no i miał teraz pięknego wnuka. - Romek, chyba dość już tej zabawy, chodźmy do domu, pewnie jesteś głodny. - Tak, jestem głodny, ale Tomuś tak się świetnie bawi, że szkoda mi przerywać tę zabawę. - Może szkoda ci przerywać i ze względu na siebie, bo widzę, że i ty się dobrze bawisz. Dorota usiadła na schodach i patrzyła na ich zabawę, Romek wymyślał co chwilę coś nowego i nie miał zamiaru kończyć zabawy. W końcu weszli do domu, Tomuś też był głodny, Dorota przygotowała wszystkim jedzenie. Tomuś sam próbował jeść z talerza, oblał się niemiłosiernie, ale był zadowolony. Dorota umyła go i położyła spać, bo był śpiący. Miała jeszcze dużo rzeczy do prania, więc włożyła je do pralki i poszła do kuchni. Akurat wrócił z pracy ojciec. - Tato, dlaczego tak późno wróciłeś - spytała Dorota. - Trzeba robić jak jest robota, za nadgodziny dobrze nam płacą, a macie tam co dobrego do jedzenia, strasznie jestem głodny, jak wilk. - Zaraz ci odgrzeję obiad, a ty się umyj, bo wyglądasz jak kominiarz, powiedziała mama Zofia. - A pewnie, rozbieraliśmy dobudówkę do fabryki, to się kurzyło okropnie, teraz jestem tak zmęczony, że nic mi się nie chce. Muszę najpierw coś zjeść, bo nie mam siły nawet się wykąpać. Obiad już stał na stole, ojciec jadł, chwaląc dobre jedzenie, poprosił o zimne piwo, miało go postawić na nogi. Dorota i Jarek postanowili wyjść na spacer, wieczór był taki piękny. Szli polną drogą między zagonami buraków i ziemniaków. Było cicho i ciepło, las ciemniał na górce, aż do horyzontu. - Ale tu ładnie, taki wiejski, letni nastrój. - Ja też to lubię, mam nadzieję, że jesteś zadowolona z życia? - Nawet sobie nie wyobrażałam, że dziecko może tak człowieka uszczęśliwić, myślę, że i ty i rodzice też są szczęśliwi. - Na pewno, powiem ci, że mam obiecaną podwyżkę, no i złożyłem podanie o talon na samochód, tylko nie mamy na tyle pieniędzy. - Wiesz co, moglibyśmy coś z gospodarki wyciągnąć, może należy hodować nutrie. - Niezły pomysł, ja po pracy przygotuję klatki i wszystko to, co potrzebne do hodowli. Szli tak powoli i zaszli już daleko od domu. Stali na pagórku, nie widzieli już wiele, bo mrok zapadł gęsty. Wracali więc z powrotem, lekki wiatr niósł od lasu świeże, pachnące powietrze. Romek obejmował Dorotę i co jakiś czas całował. Ona czuła się przy nim bezpieczna, ale serce jej nie płonęło z miłości. - O czym myślisz, kochanie - zapytał Romek. - Tak rozmyślam jak to się złożyło w moim życiu, gdyby nie ty, nigdy nie byłabym taka szczęśliwa. - I ja też, widać los kieruje naszym życiem lepiej, niż my sami. Pies, spuszczony na noc przybiegł do nich, Dorota pogłaskała go, on z radości lizał jej ręce. Wrócili do domu, ojciec już spał, mama jeszcze coś szyła. - Dorotko, upiekłam placek, to może spróbujcie przed snem, a ja już idę do łóżka, jutro muszę wstać wcześnie. Ty nie wstawaj, ja zrobię śniadanie i kanapki do roboty i Romkowi też. - Dobrze mamo, ja wezmę kawałek placka do nas i tam zjemy, dziękuję i dobranoc.
* * *
No widzisz Heniek, sami jesteśmy, a dzieci tak rzadko przyjeżdżają odkąd się wyprowadzili do Krakowa, nie wiem co to dalej będzie z nami. - Pewnie im tam dobrze, tak jak i Emilowi i Zuzi, czasem tylko wpadną jak świnie zabijemy. - Dobrze, że choć po to przyjeżdżają, a właściwie to tylko Zuzia, Jacek nie chce i Emil też, widać im dobrze. - Słuchaj Karolciu, co my zrobimy z ziemniakami, taki urodzaj, że nie można ich sprzedać, może kupimy parę prosiaczków i zużyjemy te ziemniaki? - A pewnie, kiełbasę i mięso zawsze się sprzeda, widzisz, dziś niedziela i nikt nie przyjechał. - Ty ciągle o nich, będziesz czekać i tęsknić, a oni tam żyją swoim życiem - powiedział Henryk. - Pomyśl tylko Heniek, jak my sami sobie poradzimy, na wsi ludzie zawsze żyli z dziećmi, wnukami, a my co, sami jak te sieroty - powiedziała Karolina, nie mogąc powstrzymać płaczu. - Nie płacz, ciągle płaczesz i co ci to daje, ja idę do Walentego, on ma do sprzedania prosiaki, może je kupię. - Prosiaki ci nie zastąpią dzieci i wnuków, Heniek. - Idę już, wrócę na kolacje, powiedział i odszedł. Karolina wzięła pudło do ręki i wyjęła z niego fotografie. O, to zdjęcie Zuzi ze ślubu, a to Małgosi z chrztu, wnet pójdzie do komunii, a Grześ ma pięć lat. A tu Paulinka Emila, już idzie do szkoły, jak ten czas leci, niedawno nasze dzieci były w ich wieku. Po co my tak pracowali, wykształciliśmy ich, no i mamy co mamy. Znowu zaczęła płakać, włożyła zdjęcia z powrotem do pudełka i schowała je. Trzeba krowy przewiązać w polu, bo pewnie całą trawę wyskubały. Na łące spotkała sąsiadkę, też przyszła przewiązać swoje krowy, przywitały się i ta spytała - a czemu to nie poszłaś na różaniec, Karolka? -Nie poszłam, bo myślałam, że dzieci przyjadą, ale nikt nie przyjechał. -My to mamy urwanie głowy z tymi wnukami, tyle hałasu i kłótni, ani chwili spokoju, wam to dobrze. - To ty nie lubisz swoich wnuków, Hela? - Jakbyś ich miała pięć na kupie, to też byś miała dość, wrzeszczą, biją się, ciągle głodne. Chałupa stara i ciasna, a mąż mojej Kryśki stale pijany, robi awantury, bije ją i dzieci, nie do wytrzymania takie życie. - Ale ciebie nie bije, Hela? - Gdzie tam nie, czasem to muszę spać w stodole, mówi, że mnie zabije. Helka się w końcu rozpłakała. - To ich wygoń, niech idą na swoje i będziesz mieć spokój. - Ale gdzie pójdą, z czego będą żyć, on wszystko co zarobi, to przepije, ja te dzieci żywię jak mogę. - To rzeczywiście nie ma ci czego zazdrościć, a ja tak tęsknię za moimi dziećmi i wnukami, tak bym je chciała mieć przy sobie. - Bo są daleko, gdyby były tak blisko, to by ci się odechciało, mówiła Hela płacząc. - Nie płacz już Hela, lepiej pomyśl jak temu zaradzić. - A co ja mogę zrobić, Karolciu, no co, powiedz. - Możesz przecież wezwać milicje, mogą tego pijaka zamknąć, a Kryśka mogłaby się starać o jakie mieszkanie w mieście, rząd powinien pomóc. - To się tak tylko lekko mówi, a zrobić trudno, raz, że Kryśka nie pójdzie na milicje, dwa, że nie chce iść do miasta. - No to jak się nie chce nic robić, to trzeba cierpieć, samo nic z nieba nie spadnie. Helena nie patrzyła na Karolinę, myślała - dobrze jej mówić, bogaczka taka, co ona wie o biedzie. - Pojdę już, Karolka, dzieci tam pewnie głodne, Kryśka pewnie poszła szukać tego pijaka, do widzenia. Zrobiło się późno, Karolina poprowadziła krowy do domu, mają już dość na dziś, a w stajni da im jeszcze siana. Nakarmiła trzodę i wróciła do mieszkania, Henryka jeszcze nie było, do dojenia miała czas. Usiadła przy stole i wzięła ,,przyjaciółkę,, do czytania. Po chwili wrócił Henryk, był zadowolony z kupna prosiaków. Sąsiad postawił pół litra i trochę wypili, nie mało, bo szedł chwiejnie i o mało się nie przewrócił. - Henryk, a gdzie ty dasz tych pięć prosiaków, przecież w chlewie jest już dwie świnie, spytała Karolina. - Jakoś się zrobi, nic się nie martw, mówił bełkotliwie, położył się na kanapie i usnął. Kiedy wróciła od dojenia dalej spał, zostawiła go tu i sama się umyła, przebrała i poszła spać. Rano jak zwykle wstała, poszła do obory, zrobiła obrządki i wróciła z mlekiem do domu. Henryk dalej spał, obudzę go później, myślała Karolina. Podeszła jednak bliżej i przyglądała się jego twarzy, był odwrócony do ściany. Twarz była nieruchoma, a oczy otwarte. - Henryk, Henryk - krzyczała dotykając jego głowy, jego zimnej twarzy .- Jezus Maria, on nie żyje, krzyczała. Henryk rzeczywiście nie żył. Karolina szarpała go, krzyczała - obudź się, obudź, wszystko na darmo. Nie mogła uwierzyć w to co się stało, przecież był żywy jeszcze wczoraj, teraz leży martwy i zimny. Karolina zupełnie straciła głowę, w końcu pobiegła do sąsiadów, prosząc o pomoc. Wkrótce wieść się rozeszła, że Goraniec umarł nagle, a przecież nie był taki stary, miał pięćdziesiąt sześć lat i mógł jeszcze pożyć. Pogotowie przyjechało po to tylko, aby stwierdzić jego zgon. Było dużo kłopotów z załatwieniem tych spraw ostatecznych. Dzwoniła z poczty do dzieci, były zaskoczone i wnet przyjechały do domu. Nie chciały wierzyć, że ojca nie ma już wśród żywych. Pogrzeb odbył się po pięciu dniach, dzień był deszczowy i zimny. Ludzie stali nad grobem pełnym wody, deszcz lał coraz mocniejszy, więc wszyscy odchodzili szybko, została tylko rodzina i ksiądz, który rzucił grudkę ziemi i też odszedł. Kiedy kopiec ziemi wyrósł wyżej, położyli wieńce, kwiaty i też odeszli wśród ulewy. Karolina płakała głośno, Zuza też, Emilowi i Jackowi serce ściskał żal, przecież tak im było trudno odwiedzać ojca, a teraz go już nie ma, już nigdy nie zobaczą jego zatroskanego oblicza. Ogarniał ich spóźniony żal, że tak mało mieli czasu, by z nim więcej przebywać, rozmawiać i okazać mu jak go kochają. Sumienie odzywało się i gryzło dotkliwie, niczego już nie da się odwrócić. W domu zmieniali przemoknięte ubrania i buty, nastrój smutku pogłębiał widok matki. Siedziała na kanapie, tej samej, na której zmarł ojciec i płakała. Nie chciało jej się rozmawiać, nie chciało jej się nic w ogóle. Emil i Jacek zajęli się nakarmieniem trzody, przynieśli opał i napalili w piecach w całym domu, było zimno, a chcieli pozostać jeszcze z mamą do niedzieli. Zuzanna z Urszulą przygotowały posiłek dla wszystkich. Dzieci niezbyt przejmowały się śmiercią dziadka, Małgosia znalazła jakieś stare gazety na strychu i przeglądała je. Paulinka i Grzesiu gonili po strychu aż dudniło. Emil w końcu sprowadził je na dół - słuchajcie dzieci, powiedział, dziadek umarł i już go nigdy nie zobaczycie, babcia jest smutna i należy być cicho. - To my ją trochę pocieszymy - powiedziały i pobiegły do babci. Pięcioletni Grześ wdrapał się babci na kolana i całował ją po mokrej twarzy. - Oj dzieci moje kochane, jakie wy jesteście miłe, żebyście to tak były zawsze ze mną, to nie byłoby mi tak smutno. - Babciu, babciu, ty możesz jechać z nami do Warszawy, powiedziała Małgosia, będziemy tam razem mieszkać. - Oj, dziecko kochane, co ja bym tam robiła, wy macie tylko dwa pokoje, nie ma miejsca dla mnie. Tu jest tak dużo miejsca, a ja jestem tylko sama jedna. - Babciu, powiedziała Paulina, to kup jakiegoś pieska i kotka do domu i nie będziesz tu sama. - Mamo, dzieci, chodźcie do stołu, powiedziała Zuzia, przecież jeść trzeba mimo wszystko. - Dziecko kochane, mnie chyba nic przez gardło nie przejdzie, powiedziała mama. - Co się stało, to stało, żyć musimy, powiedział Emil i zasiedli do stołu. Przed jedzeniem Emil wstał i powiedział kilka słów o ojcu, pomodlili się za jego duszę. Matka cały czas płakała, nic nie jadła, napiła się tylko herbaty i patrzyła na swoją rodzinę, którą tak rzadko widziała tu razem. - Mamo, powiedział Emil, coś trzeba zrobić z tą gospodarką, ty sobie nie dasz rady sama. - A co niby można zrobić, dziecko - spytała mama. - Może trzeba to sprzedać, póki jest w dobrej kondycji, powiedziała Zuza. - Ale co ja potem będę robić, mnie do miasta nie ciągnie, całe życie spędziłam na wsi - powiedziała mama. Lepiej jeszcze poczekajmy, zobaczę jak sobie poradzę sama, dzisiaj nie mam głowy, żeby o tym myśleć. - Połóż się mamo do łóżka teraz - powiedziała Zuza, a my się zajmiemy gospodarką, wszystko dobrze załatwimy, nie martw się o nią chociaż dzisiaj.
* * *
Romek wyczyścił klatki nutrii i dał im jedzenie do korytek. W jednej matka z młodymi nutriami prychała na niego zdenerwowana. On się cieszył na widok swojej hodowli, na pewno będzie trochę grosza kiedyś. Uprzątnął koło krów, nakarmił je i wrócił do domu. - Idę się wykąpać, Dosiu, powiedział, a potem zjadłbym coś na kolację. - Mam już wszystko gotowe, przyprowadzę Tomcia od dziadków i zjemy wszyscy razem kolację. Ich część domu była już wykończona, Romek się postarał aby było pięknie wszędzie. W dużym, gościnnym pokoju zamierzali postawić choinkę w Boże Narodzenie, a to już za dziesięć dni. Dorota znowu była w ciąży, ale nikomu tego jeszcze nie powiedziała, właśnie w Boże Narodzenie powie Romkowi. Kiedy zasiedli do stołu, Romek wziął Tomcia na kolana i razem zajadali z jednego talerza, dziecko było szczęśliwe i radosne. - Ale ty jesteś ładna, Dosia, jesteś najładniejszą dziewczyną na świecie. - Dopiero dziś to zauważyłeś, Romek, a może się tak zmieniłam - powiedziała Dorota. - Zawsze to widziałem, ale teraz cię tak kocham, może to ci też dodaje urody. Dorota podeszła do niego z tyłu, objęła za szyję i powiedziała - za miłość płacić można tylko miłością, dla mnie nie ma nic ważniejszego, a czy tylko moja uroda cię pociąga, Romek? - Ale skądże, kochanie, wszystko u ciebie mnie pociąga, a czy to ty gotowałaś ten barszczyk? - Pewnie, że ja, a czy ci smakował? - Właśnie i za to cię też kocham, jesteś moim ideałem. Tomuś niecierpliwił się, bo nikt się nim nie zajmował, wyrywał się znowu do dziadków. Dorota pozbierała naczynia i włożyła do zlewu. - To chodźmy do dziadków, bo Tomuś tam lubi się bawić. Poszli przez korytarz do kuchni dziadków. Dziadek zaraz dał Tomkowi małego, wystruganego konika, podbiegł z nim do rodziców pokazując go z dumą. - Ale masz ładnego konika - powiedział tato. Dziadek z miłością spoglądał na wnuka, gdyby mógł, to by mu nieba przychylił, a babcia pozwalała mu na wszystko. Dorota obawiała się, że może mu to w życiu zaszkodzić, ale babcia miała jeden argument - on taki mały i kochany, jeszcze się w życiu dość nacierpi, niech się teraz cieszy i bawi. On kochał wszystkich, do wszystkich się tulił i wszystkim dawał buzi, za to miał wszystko, czego zapragnął. Już mu się znudziła zabawa z konikiem, wyciągnął ręce do taty i chciał się z nim bawić. Romek wziął go na ręce i podrzucał do góry, co niezmiernie Tomka bawiło, jednak Dorota obawiała się takich wyczynów. Tomuś więc zapragnął iść na spacer, ale kiedy tato otworzył drzwi i zobaczył ciemność przestraszył się i cofnął. Podbiegł do dziadka i z nim zaczął zabawę. Romek oznajmił im nowinę - teraz jest zameldowany na wsi i ma prawo do swojej części ojcowizny, jeżeli brat mu nie odda po dobroci, to będzie się sądził. - Nawet nie mów o sądach, Romek, powiedział teść, sądy wszystko zeżrą co masz, lepiej iść na ugodę. - Przecież zawsze chciałem się godzić, a on nie chciał. Teraz potrzebuję pieniędzy na samochód, mam przecież już ten talon na, syrenkę,,. - Lepiej idź do niego i pogadaj, przecież i jemu zależy chyba, żeby miał czystą hipotekę, powiedział teść - Lepiej wyślę mu list od adwokata, on napisze, że mam prawo do swojej części, może się wtedy łatwiej dogadamy. Tomuś znudzony brakiem zainteresowania nim zaczął marudzić, Dorota wzięła go do kąpieli i położyła spać. Kiedy już usnął wróciła do kuchni i włączyła się do dyskusji na temat kupna samochodu. Tato zaproponował, że dołoży połowę pieniędzy i też będzie mógł czasem używać samochodu. W końcu Romek powiedział - jutro zacznę coś załatwiać, teraz jestem zmęczony, więc idziemy spać. Dobranoc wam, nic się nie martwcie, byle było zdrowie i mleko krowie, to będzie dobrze, zażartował i poszli z Dorotą do siebie.
* * *
Jacek, jutro wigilia, jedziemy do twojej mamy, a nic nie kupiliśmy na prezent, powiedziała Urszula. - Mama nie jest przyzwyczajona do dostawania prezentów, to tylko ty ją tak rozpieszczasz Ulka, powiedział Jacek. - Uważasz, że nie lubi tych prezentów, Jacek? - A czy ja wiem, prezenty niewiele dla niej znaczą, ona wolałaby nas mieć przy sobie. - Niestety, to nie jest możliwe, sam o tym najlepiej wiesz, dopiero za półtora roku skończę studia, a na wsi to chyba nigdy bym ich nie ukończyła. Tak, ale dla mamy to nie argument, już minęło kilka miesięcy od śmierci ojca i ona czeka na wnuka od nas, no i na nas też. Zanim nie skończę studiów, to nie mam zamiaru mieć dziecka, dla dziecka trzeba mieć czas. Poszli razem coś kupić dla mamy, Urszula wybrała ciepły sweter. - I po co ten sweter, Ula, mama chyba ma dość swetrów. - Owszem ma, ale chyba zniszczone, ten jej się przyda, a ty nie kupisz nic dla swojej mamy, Jacek? - A co mam kupić, może jakie wino i wypijemy we święta. - Ty tylko o piciu myślisz, chyba za dużo tego picia, a mamy tyle ważnych potrzeb. Przecież nawet połowy pensji mi nie oddajesz. - Nie opowiadaj Ula, przecież wszyscy piją, a ja nie jestem pijakiem, parę piw to nic złego. Doszli już do bloku, w którym mieszkali. Było to osiedle ,,Dębiny,, w Krakowie. Bloki były nowe, szare i wszystkie podobne do siebie. Na placu były piaskownice, trzepaki i gdzie nie gdzie młode drzewka, często połamane. Nie było tu zbyt miło, zwłaszcza teraz w zimie. Wiatr pomiędzy blokami wiał mocno, ich mieszkanie było na trzecim piętrze, dojechali windą. Blok miał sześć pięter, mieszkało w nim kilkaset ludzi. Jacek otworzył drzwi do mieszkania, weszli na korytarz, z którego można było wejść do trzech pokoi, kuchni i łazienki. W przedpokoju wisiało lustro i wieszak na ścianie, nad drzwiami było pomieszczenie na walizki i drobiazgi. Urszula umyła ręce w łazience i poszła zrobić coś do jedzenia w kuchni. Jacek rozłożył talerze na stole i zjedli odgrzany wczorajszy rosół z makaronem. Jacek, może dziś pojedziemy do Zapola, do twojej mamy. - Nie mam ochoty, jestem zmęczony, jutro będzie można spokojnie pojechać. - Myślałam, że trochę pomożemy mamie przed świętami jutro już od rana. - Zdążymy jeszcze, mama na pewno już dużo przygotowała, a jedzenie to dopiero w wigilię zwykle szykuje. - Wiesz, ja mam ochotę się z tobą pokochać, nigdy nie mamy czasu na to, powiedział Jacek. Ula uśmiechnęła się pytając - to znaczy, że mnie jeszcze kochasz? - A co myślałaś, mój kotku, chodź do łóżka, to się przekonasz. Rzeczywiście udowodnił, że ją mocno kocha. Na drugi dzień mieli wolne i mogli już z zapakowanymi prezentami i odświętnym ubraniem jechać do mamy. Ula popatrzyła jeszcze, czy wszystko w porządku, czy nigdzie woda nie kapie, gaz jest wyłączony i nie ma jakichś śmieci. Mieli wracać w drugi dzień świąt, gdyż zaprosili znajomych, raczej Jacka znajomych z pracy. Jacek przyjaźnił się z Markiem i jego żoną Izą. Mieli przyjść ze swoim małym synkiem Pawłem. Urszula miała w lodówce potrzebne zapasy na to przyjęcie. Wyszli w końcu, było zimno i mroźnie, niebo zachmurzone. - Zdaje się, że wnet spadnie śnieg. - A niech spadnie, będzie ładnie - powiedział Jacek i oboje się zaśmiali. Wszędzie było mnóstwo ludzi. Ledwie się wepchali do autobusu, podobno miało być ich więcej dzisiaj. Autobus ruszył, był stary i zdezelowany, hałasował niemiłosiernie. Koło Uli siedział około trzydziestoletni, przystojny mężczyzna. Patrzył na nią ukradkiem i w końcu powiedział - nie przypuszczałem, że w tak okropnych warunkach przyjdzie mi odbyć tę podróż, wie pani, ja jadę aż z Wrocławia. Myślałem, że autobusem szybciej dojadę do Starego Sącza, teraz w to wątpię. - Nic dziwnego, przecież idą święta, ludzie gremialnie podróżują. - To prawda, ale ja jestem dziennikarzem, pracuję w ,,Tygodniku Powszednim,, wysłano mnie z misją specjalną - powiedział żartobliwym tonem. Mam tam zaobserwować stare świąteczne zwyczaje i zrobić reportaż. - Naprawdę, a to ciekawa praca, chciałabym być dziennikarką, albo nauczycielką, a jestem księgową i studiuję ekonomię - powiedziała Ula. - To jeszcze nic straconego, jest pani taka młoda, dziennikarstwo można studiować po uzyskaniu magisterium. Trzeba po prostu jeszcze dwa lata poświęcić dodatkowo na studia. - Ale ja studiuję zaocznie, nie wiem czy dziennikarstwo też tak można. - Można studiować na wieczorowych studiach, w Krakowie są takie. Tak miło się z panią rozmawia, pozwoli pani, że się przedstawię - Albert Śliwa jestem, powiedział i wyciągnął rękę. Podała mu swoją - Urszula Gorańska jestem, miło mi pana poznać. - No to oficjalna strona za nami, czy można wiedzieć dokąd pani jedzie? - Nie tak daleko, w Tuminie wysiadam. - Niestety, nigdy nie słyszałem o takiej miejscowości, czy to wieś? - Nie, to miasteczko, ale ja stamtąd muszę jeszcze jechać do wsi Zapole, tam mam rodzinę. - Szkoda, że ja tam nie jadę, a może tam bym znalazł te stare zwyczaje. - Może jeszcze kolędnicy po kolędzie chodzą, a w Nowy Rok chłopcy robią ludziom psoty - powiedziała Ula. - Tak, tak, zamierają te piękne zwyczaje, ludzie się cywilizują, a na wsi to się nawet wstydzą swojej kultury - powiedział pan Albert. - Ja też jestem ze wsi, ale się tego nie wstydzę, dziś radio i telewizja, możliwość kształcenia, równają poziom kulturalny na wsi i w mieście. - Właśnie dlatego chciałem coś ocalić od zapomnienia, tam, bliżej gór ludzie są bardziej przywiązani do tradycji, mam nadzieję. Pan Albert wyciągnął z portfela swoją wizytówkę i dał Uli - gdyby pani zdecydowała się na to dziennikarstwo, to proszę się ze mną skontaktować - powiedział. - Ja jestem dopiero na trzecim roku, nie wiadomo kiedy skończę, ale bardzo dziękuję - powiedziała Ula z uśmiechem. - Pani Urszulo, jest pani taka ładna i miła, że chętnie bym się z panią jeszcze spotkał, czy może mi pani dać swój adres? Jacek przyglądał się z daleka rozmowie Uli z obcym, przystojnym mężczyzną, powoli zaczął się przepychać przez tłum w stronę Uli. Był już tak blisko, że mimo hałasu usłyszał ostatnie jego słowa, położył rękę na ramieniu Uli i powiedział głośno - Ula, zaraz wysiadamy. Ula odwróciła głowę w stronę Jacka i powiedziała - wiem, Jacku, a do pana Alberta - to jest mój mąż, Jacek. Pan Albert wstał mówiąc - Albert Śliwa jestem, dziennikarz i podali sobie ręce. Miło mi było poznać pańską żonę i pana również, szkoda, że musimy się już rozstać - powiedział pan Albert. Tak, musimy już przepychać się do drzwi, bo później nie zdążymy, straszny tu dziś tłok - powiedział Jacek. Ula podała mu rękę i uśmiechnęła się na pożegnanie, pan Albert nie mógł ukryć rozczarowania powstałą sytuacją. Ula była zadowolona, tak miło jej się rozmawiało z panem Albertem. Jacek nie był zbyt rozmowny, z trudem wysiedli w Tuminie. Ula popatrzyła w stronę okna, gdzie siedział pan Albert, pomachała mu ręką, on jednak nie patrzył w okno, rozmawiał z siedzącą obok niego dziewczyną. - Czemu, Ula nie powiedziałaś temu gogusiowi, że nie jesteś panną na wydaniu, tylko mężatką, co? - A po co miałam mówić, rozmawialiśmy o studiach, on mi obiecał pomoc w dostaniu się na dziennikarstwo. - Tak bezinteresownie ci chce pomóc, a poza tym, co ci znowu wpadło do głowy z tym dziennikarstwem, Ulka? - On mi je zasugerował, bardzo by mi to odpowiadało. - A ja bym ci wtedy też odpowiadał, ty byś była pani redaktor, a ja to kto? - Przecież zawsze ci radzę, abyś studiował, idź na chemię, przecież masz podstawy. - Nie mam ochoty męczyć się tak jak ty, mówił, rozglądając się za autobusem do Zapola. Autobus jednak nie nadjeżdżał, długo go nie było, więc Jacek zaproponował pójście na piechotę. Poszli po nierównej drodze, pokrytej zamarzniętymi grudkami ziemi. Zbliżało się już południe, zza chmur od czasu do czasu wyglądało słońce. Spotkali znajomego Jacka, z żoną i dzieckiem na ręku. Przywitali się, Jacek zapytał skąd przyjechali, czy też może mieszkają w Zapolu. Okazało się, że pracuje w Zabrzu, jako ślusarz przy kopalni, przyjechał z żoną i dzieckiem do domu, na święta. Pogadali o dawnych latach, o ciężkim życiu i czas szybko zleciał, byli już koło sprzedanego domu Uli. Popatrzyła na snujący się z komina dym i powiedziała do Jacka – popatrz, ktoś tam szykuje kolację wigilijną, a ja już nigdy nie mogę tam wrócić. - A chciałabyś tam mieszkać? - Nie o to chodzi, myślę, że już na zawsze będę tęsknić za dzieciństwem, dziś wydaje się takie piękne. Chciałabym, aby nasz dom był podobny, a ty Jacek? - No pewnie, ale najważniejsze jest dziecko, to ono dopiero tworzy prawdziwy dom. - Tak, mnie tego nie musisz mówić, ale nie czas jeszcze na nie, na pewno zdążę przed trzydziestką. Doszli pod dom Jacka i weszli do środka. Matka lepiła uszka do barszczu, wytarła ręce i przywitała się z nimi ze łzami w oczach. Powiedziała, że Emil z żoną i dziećmi ma też przyjechać, może Zuzia też przyjedzie. Zabrała się znowu do lepienia uszek do barszczu, oni zdjęli płaszcze i oferowali swoją pomoc. W domu pachniało ciastem, grzybami i świeżą choinką, ozdoby leżały na stole w pokoju. Matka ugotowała przygotowane uszka, reszta potraw też była gotowa, należało tylko odgrzać wszystko jak już wszyscy przyjadą. Ula z Jackiem zaczęli ozdabiać choinkę, matka poszła wydoić krowy i załatwić co potrzeba w gospodarstwie, aby był spokój przy wigilii. Otworzyli radio i słuchali pięknych kolęd. Zmierzch nadchodził, choinka była pięknie ustrojona, a gości nie było. Matka umyła się, zmieniła ubranie i czekała niecierpliwie na resztę rodziny, nawet nie mogła powstrzymać łez, bo już zwątpiła, że przyjadą. Jednak zaraz je otarła słysząc radosne poszczekiwanie psa. Szybko wyszła na schody witać nadchodzących gości.
* * *
Alinka urodziła się dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku, o godzinie siódmej szesnaście rano. Dorota zmęczona porodem, ale szczęśliwa, patrzyła jak położna wyciera dziecko. Alinka krzyczała głośno, buzię miała czerwoną, oczka zamknięte. Mokre włosy sterczały jej na głowie, miała ich więcej niż Tomaszek po urodzeniu. Położna przyniosła ją do Doroty i położyła obok. Wydawała jej się prześliczna, dotykała maleńkiej rączki, czerwonej buzi i patrzyła w szeroko otwarte oczka. Mówiła do niej pieszczotliwie i całowała rączkę. - No dość tego dobrego, powiedziała położna i zaniosła dziecko do innego pokoju. Dokończyła zabiegi pielęgnacyjne koło Doroty, pilnowała, aby ta nie usnęła. Po jakimś czasie przeniesiono Dorotę na wspólną salę, leżało tam czternaście położnic, dzieci były w osobnym pokoju. Dorota była bardzo wyczerpana i śpiąca, po obiedzie przyniesiono jej Alinkę do karmienia, mała nie mogła sobie poradzić z początku z ssaniem. Po kilku próbach zaczęła ssać, ale co chwilę usypiała, więc Dorota dotykała jej buzi, budziła ją, aby znowu ssała. Położna przyniosła list od Romka, przyszedł tu z Tomciem, ale nie mógł jeszcze zobaczyć ani Doroty, ani Alinki. Pisał więc, że przyjdą jutro, a on je obydwie bardzo kocha i cieszy się, że tak pomyślnie wszystko się skończyło. Dorota odpisała jak jest szczęśliwa, dobrze się czuje i kocha ich bardzo, tęskni za domem, ale dopiero za kilka dni wrócą obie do nich. Kiedy ten dzień nadszedł, w domu czekał bukiet kwiatów na stole i przygotowane mieszkanie, chociaż jeszcze nie kompletnie. Radzili sobie jakoś, Tomuś spał u dziadków do czasu wykończenia ich części domu. Pracy było dużo i już mniej czasu dla Tomusia, który poczuł się tym pokrzywdzony. Instynktownie winił Alinkę za te zmiany, tym bardziej, że ciągle widział ją na rękach mamy. Tato i dziadek w miarę wolnego czasu też go nosili na rękach i zabawiali, ale oni dużo pracowali poza domem. Uciekał do kolegi, starszego o pół roku, synka sąsiadki, Wojtka. Bawili się w piaskownicy, Dorota mogła ich widzieć przez okno, nie martwiła się o jego bezpieczeństwo. Jeżeli wychodziła z Alinką na spacer, zabierała też Tomcia. Zwykle wybierała się z wózkiem polną drogą w stronę lasu, tu było spokojnie, piękne widoki radowały jej oczy. Był już wrzesień, bardzo ładny czas wczesnej jesieni. Tomek korzystał ze swobody i buszował po zagonach buraków i ziemniaków, rosnących przy drodze. Ubrudził się okropnie, zrywał zielone kulki nasion z ziemniaków i próbował je jeść. Mama odbierała mu je, tłumacząc, że to trucizna, ale co on wiedział o truciznach, chciał wszystkiego próbować. Kiedy mu je odbierała, zaczął płakać, a gdy to nie pomogło rzucił się na ziemię i krzyczał i krzyczał. Dorota pierwszy raz widziała go w takim stanie rozdrażnienia. Nie pomagały żadne perswazje i prośby, w końcu zerwała kolbę kukurydzy i dała mu do rączki. Tomek zaciekawiony oglądał żółtą kukurydzę i w końcu zaczął ją próbować zębami. Zasmakowała mu, zaczął jeść i całkiem się uspokoił. Dorota patrzyła na lasy na wzgórzach, zaczynały lekko zmieniać kolor, jak tu pięknie i cicho, myślała. Gdyby nie żyła, nie doznałaby tego szczęścia, nigdy się nie spodziewała, że to możliwe. W głębi duszy jednak wciąż tkwiła jakaś zadra, ból tłumiony wracał we śnie i nieraz cicho jęczała w nocy. Romek zaniepokojony, budził ją, pytając jak się czuje. Przez chwilę trwała w tej trwodze, aż sobie uświadamiała z ulgą, że to tylko sen. Alusia zaczęła płakać, więc ją przewinęła. Zawołała Tomcia, aby nie odchodził daleko i usiadła na brzegu drog, karmiąc Alinkę. Tomuś podbiegł i obserwował je z zaciekawieniem i zazdrością. Znowu zaczął płakać, że on jest głodny i chce jeść. Nie pomogły tłumaczenia, więc go posadziła jedną ręką na wózku i karmiąc dalej Alinkę jechała w stronę domu. Alinka potrzebowała z pół godziny, aby się najeść. Tomek nie mógł usiedzieć spokojnie w wózku, próbował wyjść. Dom był już blisko, mama podeszła do nich i wzięła Tomka na ręce. Powiedziała, że mu da jeść i weszła domu. Dorota usiadła na pniu do rąbania drzewa i dalej karmiła Alusię. Popatrzyła na budynki gospodarcze już od lat nie otynkowane, na starą szopę, wyglądała obskurnie. Aż dziw, że dotąd nie raził jej wygląd otoczenia domu, widocznie nie czuła się właścicielką. Teraz już ma dwoje dzieci, to wszystko będzie jej, więc musi coś tu zmienić. Ale na to potrzeba pieniędzy, musi poszukać pracy, ale dopiero kiedy Alusia skończy trzy latka. We wsi było przedszkole, prowadzone przez zakonnice, więc dzieci mogą tam pójść. Zrobiło się chłodniej i Dorota weszła do domu. Przewinęła dziecko i położyła do łóżeczka, zaraz usnęło. Tomuś chciał znowu iść na spacerek, ale dał się przekonać, że na dziś wystarczy. Babci zrobiło się żal wnuczka i wzięła go ze sobą do królików. Romek nie przychodził, zwykle dorabiał na ,,fuchach,, i dziś pewnie też. Ale za chwilę w sionce słychać było jego kroki, wszedł do kuchni i pocałował Dorotę. - A gdzie dzieci? - Tomuś z babcią w stajni u królików, a Alinka śpi po spacerku. A czy coś załatwiłeś z kafelkami? - Tak, udało mi się w GS-sie, musiałem dać prezesowi w łapę, ale inaczej nie można. Jak przyjdzie transport, to sobie wybierzemy takie, jakie się nam spodobają. - Ja chciałabym takie kremowe, jasne. - Nie wiem jakie będą, ale jak chcesz ekstra, to kup w Peweksie za dolary. - Nie żartuj, skąd pieniędzy na to wziąć? - No właśnie, trzeba się cieszyć z tego co się uda zdobyć. - Ależ ja się cieszę, bardzo się cieszę, a ty chyba głodny jesteś, prawda? - Pewnie, że jestem głodny, ale tak się cieszę, że o jedzeniu zapomniałem. Dorota odgrzała zupę i postawiła na stole, Romek umył ręce i zabrał się do jedzenia. - Dosiu, a o chlebie zapomniałaś, ja tak lubię jeść zupę z chlebem. - Rzeczywiście zapomniałam, przepraszam cię, też się cieszę z tych kafelek, bo to taki rarytas nie do zdobycia w tej naszej kochanej Polsce Ludowej.
* * *
Na cmentarzu w Zapolu było jasno od świec palących się na grobach. Zaczynało zmierzchać, procesja skończyła się koło kapliczki. Ludzi było mnóstwo, miejscowi i przyjezdni chcieli odwiedzić groby bliskich we Wszystkich Świętych. Urszula z Jackiem stali przy grobowcu jej rodziców, Irena z rodziną i Wiktor już odjechali. Urszula zaproponowała podejście do grobu ojca Jacka, poszli więc między grobami. Ludzie już się rozchodzili, dzieci, nie bacząc na powagę miejsca bawiły się zniczami. Ula patrzyła na łunę światła nad cmentarzem w mroku wczesnego wieczoru. Widok zachwycał ją swą niezwykłością, wzbudzał w sercu żal za zmarłymi rodzicami. Modliła się za nich, prosiła o przebaczenie za swoje odejście z rodzinnych stron. Widocznie jej przebaczono, ten spokój ducha jaki odczuwała mógł być tego dowodem. Powiedziała rodzicom, że i ona będzie matką, tak, już trzy miesiące jest w ciąży. Kiedy doszli do grobowca ojca Jacka zastali całą rodzinę w komplecie. Postali jeszcze chwilę i poszli wszyscy do domu matki. Tam mama z Zuzanną przygotowały kolację, rozmawiali przy niej o swoich sprawach i kłopotach w pracy, o trudnościach w zaopatrzeniu w żywność i w ogóle w cokolwiek. - Widzicie dzieci, mówiła mama, czasy takie ciężkie, gdyby któreś z was tu wróciło, to i mnie byłoby lżej żyć i wam też. - A kto ma wrócić, mamo - zapytał Emil. - Jacek przecież nie zarabia wiele, a obiecywali ojcu tu zostać, no to może się zdecydujecie, moje dzieci kochane - powiedziała mama. -Mamo - powiedział Jacek, ja nigdy nie miałem zamiłowania do roli, a poza tym, to my już wrośliśmy w miasto, Urszula studiuje, nie ma o czym mówić. -No to jak wy nie chcecie tu wracać, to ja muszę jakoś sobie radzić, myślę wyjść za Staszka Kutka, on mi pomaga na roli. Od trzech lat jest wdowcem i też mu nie lekko samemu, no i co wy na to, moje dzieci kochane? - Mamo - powiedział Emil, czy to dobrze przemyślałaś, przecież on ma swoje dzieci i gospodarstwo. - On już skończył sześćdziesiąt lat, przepisze to na córkę, dostanie rentę i jakoś będziemy sobie razem radzić. A reszta dzieci jest w mieście, też nie chcieli tu być, to nie mogą mieć pretensji. - To zrób mamo jak ci lepiej, my nie możemy decydować o twoim życiu, tym bardziej, że niewiele możemy ci pomóc, ani teraz, ani w przyszłości. - Wiem, moje dzieci, wiem, ale na dziś nie widzę innego wyjścia, chyba wyjdę za Staszka. Wnuki hałasowały okropnie, nie można było dłużej rozmawiać. Rodzice zajęli się nimi, wykąpali i położyli spać. Dorośli też byli zmęczeni i poszli do swoich łóżek. Matka leżała na kanapie, nie mogąc zasnąć, myślała jak przeżyć ten trudny okres, na dzieci nie mogła liczyć. Staszek był jeszcze silnym chłopem, znali się od dziecka, z jego zmarłą żoną nawet się przyjaźniły. Długo nie mogła zasnąć, dopiero gdzieś koło północy usnęła. Wcześnie rano wstała, nakarmiła cały inwentarz żywy, napaliła w piecach, bo już się zrobiło zimno, nawet trochę śniegu napadało. Wszyscy jeszcze spali, przygotowała wszystko na śniadanie i przebrała się w nową suknię. Dziś był Dzień Zaduszny, wszyscy wybierali się na cmentarz, za oknem pojaśniało, bo zza chmur wyszło słońce. Dzieci rozbudziły się i biegały z wielkim hałasem po całym domu. Karolina tęskniła za nimi, ale ten hałas wydał jej się nieznośny, chyba na co dzień trudno byłoby wytrzymać. Urszula pomogła jej przygotować śniadanie i w końcu wszyscy zasiedli przy stole. Pod koniec Urszula oznajmiła - mam dla was nowinę, w kwietniu spodziewamy się potomka, mama będzie jeszcze raz babcią. Wszyscy przyjęli tę nowinę z entuzjazmem. Mama ze łzami w oczach uścisnęła Urszulę. - Moje dzieci kochane, tak się cieszę, że i wy będziecie mieć dziecko, tak na tę nowinę czekałam. - Tak mamo, i my cieszymy się bardzo, co prawda jeszcze nie skończyłam tych studiów, ale dziecko ważniejsze. Mam nadzieję, że mama nam pomoże, chociaż teraz to może się zmienić. - Nic by się nie zmieniło, gdybyście tu zamieszkali, bo przecież wiecie, że mnie miasto nie pociąga. - Dobrze mamo, powiedział Jacek, nie ma o czym mówić, Ula sobie poradzi. Chodźmy już na cmentarz, bo musimy wnet wracać. - To idźcie dzieci, ja pójdę później, teraz przygotuję obiad - powiedziała mama. - Pomogę ci mamo, - powiedziała Zuzia, zostanę z tobą. - Dobrze dziecko, to szybciej obiad będzie gotowy, reszta rodziny pojechała na cmentarz. Zuzanna obierała ziemniaki, po chwili powiedziała – wiesz mamo, ja się martwię o ciebie, czy ty myślisz, że jak wyjdziesz za mąż, to ci będzie lżej? - Wiesz Zuziu, ja nie mam innego wyjścia, sama nie daję rady z tą gospodarką, no i żyć samotnie nie jest łatwo. - Wiem mamo, ale jak się nie zgodzicie z charakterami, to będziesz może żałować tego kroku. - Co ja mogę dziś wiedzieć, dziecko, ale przecież znam Staszka od zawsze, to jest spokojny człowiek, lepszego nie znajdę. - Może masz rację, mamo, ale trudno się pogodzić, że już po roku zapomniałaś o tacie. -Dziecko, ja wcale nie zapomniałam, ja z konieczności muszę kogoś mieć w życiu, a wy przecież nic na to nie możecie poradzić. Teraz Zuziu ugotuj ten makaron, ja pójdę wydoić krowy, bo już wnet południe, a nie chciałabym nie być z wami jak wszyscy wrócą. - Dobrze mamo, mięso już prawie miękkie, to postawię tu na boku. A makaron w tym dużym garnku ugotować? - Tak Zuziu, dopilnuj wszystkiego, ja wnet wrócę, to nakryjemy stół do obiadu.
* * *
Piotr i Zofia Gorczyccy mieli grunt w kilku kawałkach, niektóre były daleko od domu. Teraz już nie miał takiej wartości jak kiedyś, nie dało się wyżyć tylko z gospodarki. Piotr dorabiał jako murarz i właśnie wziął trzy dni wolnego, aby w polu odrobić wiosenne prace. Zamówił w POM-ie usługę, bo to się opłacało, chociaż wcale nie było tanio. Pogoda była niezła i wszyscy starali się śpieszyć z sadzeniem ziemniaków, Dorota przebrała sadzeniaki. Już po dwóch dniach w polu było skończone, więc Ojciec i Romek wzięli się do robienia pustaków na nową dobudówkę przy stodole. Dorota koniecznie chciała wyburzyć starą szopę, ale jeszcze była potrzebna. Po podwórku biegał Tomek, bawił się z małym pieskiem, który jako szczeniaczek skądś się przyplątał. Był bardzo miły i mądry, z Tomusiem zaprzyjaźnili się tak bardzo, że ani na chwilę nie byli osobno. Tomek miał już czwarty rok, był zdrowym i silnym chłopcem, miał rumianą, okrągłą buzię, włosy ciemne, dosyć długie i żywy temperament. Bawili się teraz z Kajtkiem, Tomuś próbował jeździć na nim jak na koniu, ale piesek był za słaby i przewrócili się razem na trawę. Kajtek lizał buzię dziecka. Dorota nie pozwoliła na to, pies to pies i może przenieść jakąś chorobę. Trzymała na ręku Alinkę, która też chętnie pogłaskałaby Kajtka. - Dorotko - powiedział Romek, weź lepiej dzieci na spacer, bo te pustaki na ziemi jeszcze świeże i mogą je rozwalić. - Masz rację, wezmę tylko wózek, bo Alusia dosyć ciężka, pójdziemy może do sklepu po zakupy. - A weź mi tam papierosy, dziecko, powiedział ojciec. - Dobrze tato, ale przecież lekarz zabronił ci palić, prawda? - A co tam doktor wie, człowiek ma sobie wszystkiego odmawiać, to co by to życie było warte. - Tato, ale przecież serce ci szwankuje, a ty nie przestajesz palić i napić się też lubisz. - Wszystko szkodzi, a najwięcej to ta ciężka praca, a żyć trzeba, nie ma się co zamartwiać. Dorota nie chciała tej dyskusji beznadziejnej podtrzymywać i wybrała się do sklepu. Alę wiozła w sportowym wózeczku, Tomuś z Kajtkiem biegł drogą, ale mama wzięła go za rękę, mówiąc – Tomciu, czy chcesz wpaść pod auto, tak jak ten kotek od sąsiadki? - Nie, mamusiu, on był cały zgnieciony i nie żył, a Kajtek lata po drodze i co będzie? - O niego się nie martw, on już wie, że samochód jest niebezpieczny i ucieka jak widzi auto. Doszli tak do sklepu, gdzie ludzie czekali na dostawę chleba, nikt już jak dawniej nie piekł go w domu. Sąsiadki podziwiały ładne dzieci Doroty, że takie już duże, a tak niedawno ona była takim szkrabem, jak to czas szybko leci. Dorota zrobiła zakupy bez kolejki ze względu na małe dzieci i wyszła. Wracali tą wyboistą drogą, Dorota z trudem pchała wózek z Alinką i zakupami. Kiedy już byli koło domu, zostawiła wózek i weszła do środka. Tomuś został z babcią w ogródku, pomagał jej kopać i grabić ziemię. Alusia najadła się grysiku na mleku i przebrana usnęła w łóżeczku. Dorota przygotowała wszystko do obiadu i zostawiła na piecu, aby się powoli gotowało. Poszła do ogrodu pomóc mamie w pracy, ona jednak wolała sama się tym zająć, Dorota miała dokończyć gotowanie obiadu. Tomek cały szczęśliwy grabił z zapałem to samo miejsce ubrudzony niemiłosiernie. Dorota poszła zobaczyć, co tam się na placu dzieje. Tato i Romek pracowali wytrwale, coś tam sobie opowiadając. - I jak wam leci - spytała. - A jakoś, ale ciężko, bo wszystko rękami robimy, ale za jaką godzinę skończymy - powiedział tato. - To akurat będzie obiad gotowy, a jak długo będą schnąć te pustaki - spytała. - Ze dwa tygodnie jak będzie pogoda, no i wtedy zaczniemy stawiać tę dobudówkę, fundamenty zaczniemy kopać jeszcze dziś po obiedzie. - Tato, a jaki dach chcecie zrobić? - Taki jednospadowy i pokryje się eternitem, bo to taniej. - Zawsze to będzie lepiej wyglądać jak ta stara szopa - powiedział Jarek, zwłaszcza jak się otynkuje. - Kupiłaś mi te papierosy - spytał tato. - Tak, czy ci potrzebne teraz? - Nie, ale wnet mi się skończą. Dorota poszła do domu, Alinka spała spokojnie, w piecu się wypalało, więc dołożyła węgla. Ugotowała ryżu i zrobiła sos, myślała, że teraz będzie ładniej koło domu. Ojciec nie przywiązywał wagi do porządku i wyglądu obejścia. Ona z Romkiem chcieli mieć czysto i ładnie wszędzie, dobrze, że rodzice to akceptowali. I dobrze, że akceptowali Romka, może te przejścia z Włodkiem pozwalały docenić go lepiej i jej i rodzicom. A wnuczęta dopingowały wszystkich do wysiłku, było dla kogo się starać. Mama codziennie oddawała na skup dwadzieścia litrów mleka, reszta wystarczała im na własne potrzeby, oszczędzali dużo. Podatki i prace w polu pochłaniały dużo, nutrie już zaczynały przynosić dochód. Najważniejsza była praca zarobkowa, bez niej klepaliby biedę bez wątpienia. Sąsiedzi zazdrościli im, sami woleli wydawać na piwo i wystawać pod kioskiem, umieli tylko narzekać. Obiad był gotowy, więc Dorota zawołała wszystkich, łącznie z mamą i Tomusiem do domu. Ojciec z Romkiem nakrywali plastykiem pustaki, aby ich deszcz przypadkiem nie zniszczył. Wzięła Tomka do domu i umyła w wannie, był strasznie ubrudzony, ale też i szczęśliwy.
* * *
Madzia skończyła już miesiąc życia, Urszula patrzyła na nią, tak słodko spała. Rączki miała podniesione do góry, zwinięte w piąstki leżały koło głowy. Śliczna buzia Madzi co chwilę się zmieniała, to się uśmiechała, to się krzywiła jak do płaczu. Cały Jacek ta Madzia, myślała Urszula. A Jacek został w Krakowie, ona przyjechała do teściowej, potrzebna jej była teraz pomoc. Chciała zdać egzaminy w terminie. W pracy miała urlop macierzyński, zostawiała Madzię pod opieką teściowej i dojeżdżała do Krakowa na uczelnię, w zasadzie zaliczyła studia, miała jeszcze ostatni rok magisterski do zakończenia studiów. Teściowa wyszła za mąż, ograniczyli liczbę inwentarza i jakoś sobie radzili. Wrócą z Jackiem, jak po nią tu przyjedzie do Krakowa i przy jego pomocy dokończy te studia. Tak, tak, tylko, że Jacek tak mało się teraz nimi interesuje, późno wraca i to przeważnie pijany. Przypomniała sobie sytuację kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży, Jacek sprawił jej ogromną przykrość. Nie zapomni tej chwili do końca życia. Przyszedł późno, tęskniła i czekała, kiedy wreszcie się zjawił, przywitała go radośnie. Przytuliła się do niego i całowała go po twarzy, odsunął ją niecierpliwie i powiedział – ale się zmieniłaś Ula, wyglądasz jak niedźwiedź. Serce ją zabolało, łzy stanęły w oczach, cóż ona mogła poradzić na to, że była gruba. Przecież to jego dziecko sprawiło, że się zmieniła. Nic nie powiedziała, poszła do małego pokoju, zamknęła drzwi na klucz i płakała. Płakała długo w noc, Jacek tylko raz zapukał, powiedział, że jest głodny i chce jeść. Nie odezwała się, nie mogła mu wybaczyć tych przykrych słów. Kochała go przecież, sądziła, że i on ją kocha, jak więc mógł się tak zachować. Rozmyślania przerwał jej płacz Madzi. Przewinęła ją i zaczęła karmić piersią. Teściowa weszła do pokoju i spytała czy nie jest głodna. - Trochę jestem, ale muszę nakarmić Madzię. Babcia Karolina uśmiechnęła się i powiedziała - jak pięknie wyglądasz z tym dzieckiem, nie masz pojęcia jak się cieszę tą Madzią. - Ja też mamo, jest taka śliczna, a ma dopiero miesiąc. Całkiem do Jacka podobna, prawda? -Tak, ale dziecko się zmienia, zawsze bierze z każdego rodzica coś, tak się nią cieszę, a ty ją zabierzesz i będzie mi smutno. - Ty masz i tak dużo pracy, mamo, ale jeszcze nie raz ci ją podrzucę, przecież muszę skończyć te studia. - No pewnie, jak już tyle się namęczyłaś, to szkoda byłoby to stracić. Czy Jacek ma dziś po was przyjechać, czy może jutro? -Dziś, mamo, a jutro wyjeżdżamy, a ty przecież nie jesteś sama, to jakoś sobie bez nas poradzisz, prawda? - Tak, dziecko, ale to jest co innego niż dzieci i wnuki, ja za wami zawsze tęsknię. Madzia najedzona usnęła. - Teraz mamo mogę iść coś zjeść, Jacek powinien już tu być, chyba nic go tam nie zatrzymało. - Nie martw się, chodź do kuchni. Siedział tam przy stole mąż, Stanisław Kutek i palił papierosa. Ula nie lubiła dymu z papierosów, obawiała się też, że zaszkodzi dziecku. Nie chciała jednak robić żadnych uwag, tu nikt nie uważał palenia za szkodliwe, raczej za przyjemność. - Staszek, może coś zjesz - spytała Karolina. - Jak masz coś dobrego, to zjem, trochę już zgłodniałem od obiadu - powiedział. Urszula usiadła po drugiej stronie stołu i patrzyła jak teściowa nalewa zupy do talerzy. Ukroiła chleba i swojskiej kiełbasy, sama też usiadła do stołu, - no to jedzmy, bo jestem głodna - powiedziała. Jedli gorącą zupę, a Staszek powiedział - ale smaczna ta zupa, Karolciu, jak to dobrze, że mam ciebie, bo i wszystko inne lepiej się układa. - Tak, Staszku, mnie też się tak wydaje, a ty Ula przypatrz się, że i starym też może się szczęście przydarzyć. - To mnie może tylko cieszyć, mamo, niech wam będzie jak najlepiej. Usłyszeli, ze pies radośnie poszczekuje, to Jacek się z nim witał na podwórku. Kiedy szedł w stronę domu, zobaczyli, że się zatacza. Matka wybiegła z domu, zobaczyła Jacka wchodzącego do domu. - Jacek, co ty robisz, jesteś pijany, powiedziała z niepokojem. - Mamo kochana, ja jestem tylko wesoły, w pociągu wypiliśmy z kumplem parę piw, powiedział bełkotliwie. - Parę piw, mówisz, a wyglądasz jakbyś jeszcze z pół litra wódki wypił. - E tam, gadasz głupoty, a gdzie Ula, czego nie wita kochanego męża na progu, - Ula..Ula..krzyczał. - Jacek, ty lepiej nie wchodź do domu, tylko wstyd przynosisz, jak ja będę wyglądać przy Uli i Staszku. - Co mama mówi, głupoty mama mówi, właśnie idę, nikt mi nie będzie rozkazywał co mam robić. Odsunął matkę i wszedł do domu. Matka wolała iść do stajni, aby nie być w tej sytuacji z nim. Jacek wszedł butnie do kuchni i powiedział – jestem, Ula, jestem, a ty Staszek, co ty tu robisz w moim domu - spytał niegrzecznie. Staszek się zmieszał i popatrzył na Ulę. - Co ty Jacek, o co ci chodzi, chodź ze mną do pokoju. - A ja mam ochotę porozmawiać z tttattusiemm, co on tu robi w moim domu? - Czyś ty Jacek na głowę upadł, uspokój się i chodź ze mną do pokoju. Staszek wstał i wyszedł z domu. - Widzisz Ula, widzisz jak ucieka, jakby się odezwał, to bym mu wlał. Ula miała łzy w oczach - Jacek, znów się upiłeś, czy nie za dużo pijesz? - A gdzie tam, może mi dasz coś do picia, takie mam pragnienie. Znalazł w lodówce butelkę piwa - o, jest piwko, kochane piwko, chcesz się napić, Ula? - Ty naprawdę przebierasz miarę, zapomniałeś, że karmię dziecko, a poza tym, to bez tego piwa masz już dość. - Co ty mówisz, żoneczko, ja nie mam dość piwa, ja mam dość ciebie, aniołku, ciebie, wybełkotał i przyłożył butelkę do ust. Ula patrzyła na niego zdziwiona i zła, różnie bywało, ale dziś zupełnie stracił kontrolę nad sobą, nie chciała już dłużej dyskutować z nim i poszła do pokoju, gdzie spała Madzia. Patrzyła na dziecko i jakiś strach o swoją i jej przyszłość wstrząsnął jej ciałem. Jak ja kocham to dziecko, nigdy nikogo tak nie kochałam, nie wiem jak ją zdołam chronić przed tym strasznym światem, myślała. W tej chwili Jacek otworzył drzwi z hałasem – gdzie uciekłaś, nie chcesz mnie, nie myśl sobie, że tylko ty jesteś na świecie, bełkotał. Ty nie wiesz jakie ja mam dziewczyny, jakie dziewczynki, jak lalunie dziewczynki. Masz być grzeczna i posłuszna, bo cię puszczę kantem, masz mnie po rękach całować, że cię chciałem, wiesz ty wielka uczona, głupsza jesteś od kota, wiesz, mówił zbliżając się do niej. - Odejdź, Jacek, porozmawiamy jak wytrzeźwiejesz - powiedziała Ula. Jacek widać nabrał ochoty na kochanie, bo pchał ją w stronę łóżka. Opierała się przestraszona, alkohol buchał z jego ust smrodem, zamglone oczy były jakieś dziwne. Był tak silny, że nie mogła się wyrwać z jego rąk. Zaczęła krzyczeć, zamknął jej usta ręką - co się drzesz, suko, mam ochotę cię pi…., nie masz nic do gadania – wiesz - jak pan każe, sługa musi. Ula kopnęła go kolanem w krocze, zwinął się z bólu, puszczając ją jednocześnie. Pobiegła na dwór wołając teściowej, ta wyszła ze stajni i przybiegła do domu. - Mamo, Jacek zwariował, jest tak pijany, że boję się go, boję się o dziecko, chodź ze mną do pokoju, on tam jest. Weszły razem do pokoju, Jacek siedział na podłodze patrząc osłupiałym wzrokiem w drzwi, którymi one weszły. - Jacek, powiedziała matka, co ty wyrabiasz, oszalałeś, czy co? - Ja ją zabiję, zabiję tę sukę, co ona mi zrobiła, mówił już trochę wyraźniej. Matka podeszła do niego i próbowała go podnieść z podłogi - no chodź Jacek, chodź do drugiego pokoju i połóż się do łóżka, jak się prześpisz to porozmawiamy. Jacek ni z tego ni z owego zaczął płakać, zakrywając oczy rękami. Matka i Ula popatrzyły na siebie bez słowa. Jacek płakał i płakał, w pewnym momencie przewrócił się na podłogę i nagle usnął. - Widzisz mamo jaki on pijany, nigdy nie był taki pijany. - Widzę, przecież widzę, ale co poradzę na to. - Jak tak będzie pił, to nie wiem co z nami będzie. - Dziecko, ludzie mają jeszcze gorzej i muszą żyć, przecież on nie jest złym człowiekiem. - Może i nie jest zły, ale przez to picie jest gorszy jak diabeł. Co on mi tu nagadał, wyzywał mnie, powiedział, że ma dziewczyny lepsze niż ja, coś w tym musi być, bo późno wraca i tak mało się nami interesuje. Tak chciał dziecka, a teraz się nim nie interesuje zupełnie. - Może to chwilowe, Ula, poczekaj i zobaczysz. A czy to jego zachowanie nie ma związku z tym twoim uczeniem się, ciągle jesteś poza domem i w ogóle. - Co ty mamo mówisz, co niby miałoby mieć wspólnego? - Za mało czasu mu poświęcałaś i szukał w świecie tego, czego nie miał w domu. - Ależ mamo, powiedziała już zła Ula, jemu nic nie brakowało w domu. - A miałaś czas, żeby z nim gdzieś wyjść, zabawić się, on jest młody i chce się rozerwać, mówiła matka Jacka, sama nie wiedząc jak usprawiedliwić go w oczach Uli. - Mamo, człowiek , który się żeni musi wiedzieć, że bierze na siebie obowiązki, a nie przyjemności tylko. Ja teraz nie wiem jak sobie dam radę z nim i z dzieckiem i w ogóle. - To nie trzeba było pchać się do miasta, tu na pewno byłoby wam lżej żyć, a Jacka też miałabym na oku. - Ale co tu za przyszłość dla dzieci, żeby Jacek był w porządku, to wszystko inne mi odpowiada. Harować w polu i nic z tego nie mieć, to nie ma sensu, powiedziała Ula. - No to trudno, ja ci nic nie poradzę, mogę mu tylko powiedzieć, że źle postępuje, sama wiesz, że wam życzę dobrze, ale tu tylko Pan Bóg może pomóc. W tej chwili Madzia zapłakała, więc Ula wzięła ją na ręce, była mokra i musiała ją przewinąć. Matka zaczęła szarpać Jacka, aby go stąd wyprowadzić, otworzył oczy, był już przytomniejszy i powiedział - gdzie ja jestem, co ja tu robię na podłodze? -No właśnie, wstawaj Jacek i chodź ze mną, powiedziała mama. Jacek z trudem wstał, popatrzył na karmiącą Ulę i powiedział - co się ze mną dzieje, łeb mi pęka, chyba zwariuję, chory jestem okropnie. - Tak - powiedziała Ula, upiłeś się, narozrabiałeś i udajesz głupka. - Co ty mówisz, chyba mnie kto w łeb uderzył, boli mnie strasznie. - Chodź Jacek ze mną - powiedziała mama, położysz się w drugim pokoju. Poszedł z nią chwiejnym krokiem, a w kuchni zwymiotował do wiadra. - No widzisz, Jacek do czego to prowadzi, jak tak dalej będziesz pił, to zejdziesz na psy. Zapomniałeś, że masz żonę i dziecko, ja ci mówię, Jacek, zmień skórę, przestań pić, bo zniszczysz siebie i rodzinę. - Daj mi spokój, mamo, okropnie się czuję, Chryste Panie, chyba mi głowa pęknie.
* * *
Dorota z dalszą sąsiadką plewiły zagon burków pastewnych. Matka nie czuła się dobrze i została w domu z dziećmi. Przechodziła klimakterium i był to trudny okres i dla niej i dla bliskich. Kulpowa spytała, czy nie zamierza iść do pracy, czy lubi tak ciężko na roli pracować. - Na razie mam małe dzieci, a i Romek nieźle zarabia, to nie ma takiej potrzeby - odpowiedziała. -A u mnie to coś okropnego jak ten chłop pije, bije mnie i dzieci, co zarobię, to na wódkę odbierze - mówiła płacząc. -To idźcie do sądu, niech go ukarzą. - Wcześniej by mnie zabił, a sądy, to tylko takie gadanie, zawsze są za chłopami, choćby i zabił, a jak kobieta z rozpaczy zabije czasem, to tyle gadania po całym świecie. Dorota myślała jak to jej się szczęśliwie układa, Romek nie pije, dba o nią i dzieci i nawet z teściami umie żyć w zgodzie. A Włodek w tej Ameryce podobno sobie nie radził, widzieli go znajomi jak się wałęsa wśród bezdomnych, nawet na bilet nie ma, żeby wrócić do Polski. Nie chciała tego słuchać, nic ją nie obchodził los Włodka. Była pora obiadu, więc się wybrały do domu, aby się posilić. Szły polną drogą, na brzegach rosły zioła i Dorota zrywała macierzankę i rumianek do fartucha. Używała ich do kąpieli dzieci i na herbatkę też. - A co, chore twoje dzieci, że zioła im dajesz - spytała Kulpowa. - Nie, Kulpowa, ale to zawsze jakieś witaminy ma i jest zdrowe. - A moje dzieci takie chude, żeby chociaż chleba miały dosyć, ale dzięki Bogu są zdrowe jak rybki. W domu dzieci przybiegły do matki z okrzykami radości - mamusiu, mamusiu - gdzie byłaś tak długo, wołały. - Byłam w polu, pracowałam, tak się za wami stęskniłam, moje aniołki kochane. -Nie takie znowu aniołki - powiedziała babcia, tak tu rozrabiały, że ledwie ich upilnowałam. Miała mokrą pieluchę owiniętą wokół głowy, pachniała octem. -Wzięłabym ich w pole, ale chyba nie pozwolą mi pracować, mamo. - Dam sobie radę, nie martw się, a teraz jedzcie, mówiła stawiając na stół gorące dania. Kulpowa jadła z apetytem, takiego jedzenia w domu nie miała, poprosiła o zupę dla dzieci, dostała ją w słoiku i miała później zabrać do domu. Dorota poszła na strych rozłożyć zioła do wysuszenia, kiedy zeszła, wszyscy byli już na podwórku. Mama zdecydowała się mimo bólu głowy zabrać dzieci w pole, aby były bliżej swojej mamy. Poszli wszyscy, dzieci radośnie krzyczały, przewracały się na trawie, a Alinka co chwilę chciała na ręce do mamusi. Dorota przytulała ją i całowała po rumianej buzi. Na zagonie mama też pomagała i robota szła im dużo szybciej. Dzieci biegały między rzędami buraków, bawiły się wesoło, ale ubrania były ubrudzone ziemią straszliwie. Kulpowa opowiadała jakie ma kłopoty z niedobrą sąsiadką z powodu kur. Kłóci się, bo uważa, że jej kury robią szkodę u niej na polu, każe jej zamykać kury. - A jej kury są zamknięte, nie robią szkody - spytała mama Zofia. - Ona je pilnuje, żeby komu szkody nie robiły, ale co ma do roboty, ja nie mam czasu. - Ale nie można przecież komuś robić szkody, kury potrafią zniszczyć wszystko. Wy Kulpowa, powinniście swoje zamykać. - To by przecież zdechły z głodu, ja nie mam im co dać, a tak to se robaczków uzbierają po świcie i żyją. - Trudno, ale jak szkodę robią, to należy je zamykać, - powiedział Zofia. Kulpowa popatrzyła na nią niezbyt przyjaźnie i powiedziała – to i wy jesteście przeciwko mnie, jak człowiek biedny, to wszyscy tylko na niego i na niego…
* * *
Urszula spacerowała z piętnastomiesięczną Madzią po Plantach Krakowskich. Upał nie był już tak dotkliwy, była szósta po południu. Madzia budziła zachwyt starszych pań, przystawały i mówiły - jakie śliczne dziecko, jak ty masz na imię - pytały. Ale Madzia nie umiała jeszcze odpowiedzieć, za to Ula mówiła dumnie - to jest moja Madzia. Spacerowały tak jeszcze jakiś czas, ale Madzia zaczęła marudzić, pewnie była spragniona. Dojechały do budki z napojami i Ula kupiła szklankę napoju. Dała najpierw Madzi, ta piła i piła, widocznie była bardzo spragniona. Już nie marudziła, podskakiwała tylko wesoło i coś po swojemu gaworzyła. Urszula zdecydowała wracać do bloków, przy pomocy pasażerów wsiadła do tramwaju i już za kilka minut były pod blokiem. Wieczór się zbliżał, zrobiło się chłodniej i przyjemniej. Ula zastanawiała się, czy Jacek już wrócił. Był w domu, ale nie sam. Siedział w pokoju gościnnym przy stole z kolegą z pracy. Na stole stało pół litra wódki i szklanki z herbatą. Jacek powiedział - to mój kolega Leszek, opijamy jego awans na szefa działu, podaj jakąś zakąskę. Ula była wściekła, ale nic nie mówiła. Leszek wstał i przedstawił się - jestem Leszek Urbaniec. - Miło mi poznać pana - powiedziała tłumiąc złość. Zaraz coś przyniosę, teraz muszę zająć się Madzią - Niech się pani nie trudzi, ja zaraz wychodzę, żona i dzieci czekają, a my tu już ze trzy godziny siedzimy. Ula zajęła się Madzią, wykąpała ją, nakarmiła i położyła do łóżeczka. Usnęła szybko, widocznie spacer ją zmęczył. Panowie dalej siedzieli i pili, przyniosła zakąskę i usiadła przy stole. Pan Leszek był korpulentnym, około czterdziestki, jasnym blondynem. Zza okularów patrzyły bystro, mimo wypitych kieliszków, szare oczy. - Pani Urszulo, wiem, że obroniła pani pracę magisterską, gratuluję takiego wyczynu. - Dziękuję panu, ale to już kilka miesięcy temu, właściwie, to nie mam z tego żadnego pożytku, jestem na urlopie macierzyńskim. - Ale przecież wróci pani kiedyś do pracy i na pewno już na lepsze stanowisko, ja też studiowałem zaocznie chemię. - To wypada i panu pogratulować - powiedziała Ula. - Dziękuję, a nie wypije pani z nami kieliszeczka - zapytał. - Nie, dziękuję, nie piję wódki, ale proszę się częstować, kiełbasa jest swojska, od teściowej. - Tak, to się daje zauważyć, jest bardzo smaczna i ogóreczki też, proszę pani. - Właśnie jutro jedziemy do mamy Jacka, ma przecież dwa tygodnie urlopu, a mama bardzo się ucieszy z naszego przyjazdu. - O, to wam zazdroszczę, ja nie prędko pójdę na urlop, mam teraz tak dużo pracy. - A może pojedziesz z nami jutro do mamy, Leszek - powiedział Jacek. - Dzięki, ale żona ma swoją rodzinę na wsi i właśnie tam się jutro wybieramy, a teraz już na mnie czas - powiedział pan Leszek i pożegnał się z nimi. Jacek powiedział - wiesz, teraz to może dostanę podwyżkę, szef to mój kumpel. - Dostaniesz, dostaniesz, pewnie za to pijaństwo dostaniesz, jesteś już uzależniony od alkoholu. - Co ty opowiadasz Ula, każdy pije i nic się nie dzieje, a ty robisz z niczego problemy. Jacek nalał sobie wódki i wypił szybko. Ula zabrała butelkę i schowała do kredensu. -Widzisz, nawet sam pijesz, zastanów się w końcu do czego to cię zaprowadzi. On nic nie powiedział, wstał i poszedł do łazienki. Był tam tak długo, że zaniepokoiło to Urszulę - zapytała – co ty tam tak długo robisz? - Trochę mi niedobrze, jeszcze tu posiedzę. Kiedy wyszedł powiedziała – no widzisz, co ta wódka z tobą wyrabia. - To nie wódka, to ta świńska kiełbasa tak mnie przegoniła, a ty daj mi święty spokój - powiedział ze złością i położył się do łóżka. Ula wykąpała się i chciała napić herbaty przed snem. Otworzyła kredens i zobaczyła, że butelki nie ma, Jacek zdążył już wszystko wypić i spał w łóżku na pościeli. Ulę ogarnęła rozpacz, z nim nie można się w ogóle dogadać, dla niego tylko alkohol się liczy. Nagle Madzia zapłakała głośno, zanim Ula do niej przyszła, Jacek zawołał wściekłym głosem – ucisz ją wreszcie, ty stara krowo. Ulę coś zakłuło w sercu, ale nic nie odpowiedziała, wzięła dziecko na ręce i dała jej herbatki do picia. Nie kładła jej już do łóżeczka, tylko położyła obok siebie na tapczanie. Spała spokojnie do rana, Ula przewracała się z boku na bok, dopiero nad ranem usnęła. Madzia obudziła się wcześnie i wołała – mama, mama, papu. Wzięła ją na ręce i poszła do kuchni. W otwartych drzwiach do pokoju gościnnego zobaczyła Jacka leżącego na podłodze we własnych wymiocinach. Nowy dywan był zabrudzony, a Jacek nie dawał znaku życia. Postawiła Madzię na podłodze i podeszła do niego, dotknęła jego twarzy, była zimna i spocona. Jacek otworzył oczy, patrzył nieprzytomnie, jakby nie wiedział gdzie jest - coś ty narobił, całkiem już rozum straciłeś - powiedziała ostro. Madzia zaczęła płakać, przestraszyła się taty. Jacek powoli przytomniał, podniósł się i próbował wstać, zobaczył w jakim jest stanie i ogarnęła go złość, ale nie na siebie, tylko na Ulę. Przyszedł do kuchni i zaczął krzyczeć – jak mogłaś mnie tak zostawić, po co mam żonę, chyba po to, żeby mi w potrzebie pomogła, a ty co? Nie wiesz jak ci miałam pomóc - spytała Ula spokojnie. - Jak to jak, jak to jak, powinnaś mnie zaprowadzić do łóżka i patrzyć, czy mi się co nie dzieje złego, powinnaś.., Ula przerwała mu i powiedziała – to ty powinieneś przestać pić, a teraz idź to posprzątaj i idź się umyj, bo dziecko się ciebie boi. - Co, ja mam to posprzątać, ja?, a od czego mam żonę, co? Madzia zaczęła bardzo płakać, przestraszona jego krzykiem i widokiem. - O, nawet o dziecko nie dbasz, brudne jak nieboskie stworzenie, powiedział tryumfalnie Jacek. - Ty pilnuj lepiej siebie, jak nie posprzątasz, to nigdzie z tobą nie jadę, do żadnego Zapola. Wzięła Madzię do łazienki i tam wykąpała. Jacek umył się w zlewie, wytarł ścierką ubranie, a na żaden wyjazd do Zapola nie miał ochoty. Miał ochotę jedynie na piwo, straszną ochotę i nie namyślając się wiele szedł w stronę drzwi. W tej chwili Ula wyszła z łazienki i powiedziała ostro – Jacek, nigdzie nie pójdziesz, masz natychmiast posprzątać po sobie te rzygowiny. - A jak nie, to co mi zrobisz - spytał ironicznie się uśmiechając. - Przypomnij sobie, że to jest moje mieszkanie, za moje pieniądze i nie będziesz go niszczył. - Pewnie, wszystko jest twoje, a za czyje pieniądze żyjesz, co? - Jak to za czyje, przecież dostaję wypłatę, a ty masz obowiązek utrzymać rodzinę. - Jak mi się będzie podobało, jak będziesz pyskować, to nie dostaniesz ani grosza, jeszcze przyjdziesz do mnie żebrać o grosika, zobaczysz. Wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Ula zupełnie straciła pewność siebie, i co teraz będzie, ona do pracy nie może iść, dziecko jest za małe, jej pensja jest za mała. No i co teraz ma zrobić, jakim nicponiem okazał się ten Jacek. Madzia wyrywała się do zabawy, jednak wszędzie było brudno, włożyła ją do łóżeczka. Zdenerwowana zabrała się do sprzątania, otworzyła okno, aby wywietrzyć nieprzyjemny zapach. Po pół godzinie było czysto, zastanawiała się co z Jackiem, gdzie może być. Ale już na jego łasce nie będzie, odda dziecko do żłobka i wróci do pracy, on zresztą coraz mniej pieniędzy daje na utrzymanie. O wymarzonym dziennikarstwie musi zapomnieć. Czas upływał, a Jacek nie wracał. Zaczęła się niepokoić, może mu się co stało, muszę iść go szukać - pomyślała. Zmieniła ubranie swoje i Madzi, wzięła wózek i poszła szukać Jacka.
* * *
Jak się czujesz, Dosiu, spytał Romek. - Jakoś chyba wytrzymam - powiedziała, już niedaleko do domu. Ta nasza syrenka trochę zniszczona, ale co się dziwić, te drogi są okropne. - Widać nie jest tak źle, bo już siedem miesięcy ciąży wytrzymałam, to tę resztę mam nadzieję dotrwać. Po tej wizycie u lekarki, powinnam zażywać to żelazo i wapno, a my zapomnieliśmy je kupić w aptece. - Już jesteśmy koło domu, więc ja cię tu zostawię i wrócę się po lekarstwa do miasta. - Dobrze, tylko zapytajmy, czy czasem mama nie potrzebuje czegoś z apteki, ona nie czuje się dobrze. Weszli razem do domu, dzieci z radosnymi okrzykami rzuciły się do nich - mama, tata, macie cukierki? Ale oni zapomnieli kupić im cokolwiek, więc były rozczarowane. Romek obiecał, że zaraz kupi cukierki, bo wraca do miasta. Mama chciała aspirynę na ból głowy, dała mu pieniądze, jeszcze miał kupić bułki, bo tu rzadko były w sklepie. - Może jeszcze kupię coś na chwasty, tak ich dużo rośnie tam, gdzie ich nikt nie siał. - Dobrze, ale nie być tam długo. Romek odjechał, a dzieci chciały się z mamą bawić, ona jednak była głodna i zmęczona, poprosiła je, aby się pobawiły z Kajtkiem. Mama podała jej kwaśny kapuśniak, bo nic nie chciała, tylko kwaśne potrawy. Tomek bardzo rwał się do kolegi Wojtka, wreszcie Ula zgodziła się, a Alinka poszła z babcią do stajni, bawić się z królikami. Dorota jadła powoli, była zmęczona, gdyby nie mama, nie poradziłaby sobie z tą gospodarką i dziećmi. Praca w polu była za ciężka, wieś pomimo to pociągała ją, nie marzyła o mieście. W stajni Alinka głaskała króliki, patrzyła na brązowe nutrie, ale bała się ich, wreszcie poszły z babcią do kopca po buraki dla krów. Alinka dziwiła się wszystkiemu, chociaż przecież często chodziła z babcią i do stajni, i do kopca. W kopcu buraki zaczynały się psuć, robiło się coraz cieplej i za parę dni krowy może pójdą już na pastwisko. Alusia zobaczyła mysz, przebiegającą po słomie do dziury i spytała – babciu, co to jest, takie ładne i malutkie? -To jest mysz, ona tu mieszka i zjada buraki, pewnie jest jej wygodnie tak mieszkać. - Babciu, złap mi ją, ona jest taka śliczna. - Ona się nie da złapać, widziałaś jak szybko uciekła, tylko kot potrafi łapać myszy, on je zjada na śniadanie. Zaśpiewam ci ładną piosenkę o myszy, chcesz? - Zaśpiewaj, babciu, zaśpiewaj - prosiła Alinka. I babcia Zosia śpiewała - uciekaj myszko do dziury, bo cię tu złapie kot bury, a jak cię złapie kot bury, to cię obedrze ze skóry. Alusi podobała się piosenka, spytała – a nasz kot lubi myszy? - Tak, nasz kot łapie myszy, po to właśnie jest, inaczej one zjadłyby wszystko, po to mamy kota. - A ja lubię myszy, nie chcę, aby kot zjadł tę ładną myszkę. Wyszły z koszem pełnym buraków, wszędzie było pełno błota, Alinka z trudem wyciągała z niego stopy. Babcia postawiła kosz na ziemi i przeniosła Alinkę w suche miejsce. - Poczekaj tu, dziecko, zaraz wrócę. Wzięła koszyk i poszły razem do obory. Po drodze Ali spodobały się mlecze, pobiegła je zrywać, chociaż babcia nie pozwalała tego robić. Urwała dużego mlecza i wróciła do babci - babciu, to dla ciebie, ja cię bardzo kocham. Babcia wzruszona wzięła kwiatek, pocałowała Alinkę i powiedziała - ty mój aniołku, ty moje złotko, ja cię też bardzo kocham. - A jak mnie kochasz, babciu - tyle mnie kochasz, pokazywała rączkami. - Skarbie, kocham cię jak stąd do nieba, widzisz jak to wysoko. Alusia podniosła główkę i patrzyła na popołudniowe, kwietniowe niebo, po którym płynęły wełniste obłoki. Na schodach stała Dorota i patrzyła z uśmiechem na nie - mamo, może ja wezmę Alinkę i pójdę po Tomka, bo on dobrowolnie nie wróci prędko do domu. - Dobrze, dziecko, Alinka już się tu napatrzyła na wszystko, prawda, Aluś? Alusia nie bardzo rozumiała co babcia mówi, ale podbiegła do mamy i poszły razem w stronę domu Wojtka. Mieszkał on kilkaset metrów dalej, w nowym, jeszcze nie otynkowanym domu. Jego ojciec pracował w Nowej Hucie i raz w tygodniu był w domu. Kiedy weszły i przywitali się, Dorota oznajmiła, że przyszły po Tomka - a czy on tu nie narozrabiał za dużo - spytała. - Nie, był grzeczny i razem z Wojtkiem pilnowali dziecka, a ty kiedy się spodziewasz swojego? - Dopiero za dwa miesiące, ale nie za dobrze się czuję, wolałabym, żeby już było po wszystkim. - Dwa miesiące szybko zlecą, dobrze, że masz mamę i Romek też na miejscu, a ja to mam dopiero krzyż pański z tą trójką dzieci, a chłop w robocie daleko, no i te dwa hektary też trzeba obrobić. - Ale wszędzie ładnie zadbane, widać dajecie sobie jakoś radę - powiedziała Dorota. - Musimy, inaczej byśmy się zdziadowali całkiem, sama widzisz jak żyją niektórzy, tylko wóda i lenistwo. - Nie ma lekko, jak się co chce mieć, to trzeba się dużo przyjemności wyrzec, ale my już idziemy, dziękuję za Tomsia - powiedziała Dorota i wyszli. Na drodze spotkali Romka, wracającego syrenką z miasta. - A gdzie to byliście - spytał przystając koło nich. - Tomuś był u Wojtka, właśnie wracamy, zabierzesz nas? - Wsiadajcie, przecież one tak lubią jeździć samochodem, może jeszcze trochę tu pojeździmy wokoło, dobrze? - A pewnie, niech się ucieszą, a masz te cukierki dla nich? - Mam, mam wszystko - powiedział Roman i podał dzieciom po torebce cukierków.
* * *
Ula wiozła rocznego Grzesia we wózku, Madzia szła obok, niedawno skończyła trzy latka. Ula spieszyła się, bo było już późno, wiozła zakupy na dolnej półce wózka. W domu czekało pranie, gotowanie, prasowanie, pewnie znowu będzie do pierwszej w nocy pracować. Jacek brał nadgodziny - tak mówił i wracał koło ósmej wieczór. Czasem jej pomagał poodkurzać, wynosił pranie na strych i wieszał, a czasem siedział przed telewizorem i nic mu się nie chciało. Urszula nie mogła przestać go kochać, chociaż tyle kłopotów jej sprawiał. Był bardzo niedojrzały, pomimo swoich trzydziestu jeden lat życia. Chciał żyć lekko i przyjemnie, całą troskę o dom zrzucał na Ulę. Godziła się z tym o tyle, o ile, czasem robiła awantury, zwłaszcza kiedy wracał pijany, albo nie przyniósł wypłaty kiedy miał ochotę na duże picie. Żeby chociaż przyszedł trzeźwy, myślała wchodząc do akurat dziś czynnej windy. W mieszkaniu nie było nikogo. Szybko rozebrała dzieci z ubrań, sama poszła z zakupami do lodówki, tam umieściła żywność, a resztę położyła na właściwych miejscach. Dziś udało jej się coś kupić, dziecko na ręku to zawsze szybsza obsługa w sklepach. Dzieci się zaczęły kłócić, a raczej Madzia była niezadowolona, bo Grześ obgryzał uszy jej ukochanego misia. Wzięła Grzesia na ręce i poszła przygotowywać obiad na jutro, zawsze tak robiła, kiedy wracała, musiała go tylko odgrzać. Miała o tyle niezłą sytuację, że i przedszkole i żłobek były przy zakładzie pracy. Urszula pracowała w dziale płac, przy zakładach Odzieżowych w Krakowie. Miała szansę być kierownikiem działu, jednak te urlopy macierzyńskie przeszkadzały w awansie. Była zastępcą mężczyzny, wprawdzie bardzo doświadczonego, ale bez wyższych studiów. Reszta pracowników, to były same panie, ale jak na razie Dorota nie dążyła do awansu, za dużo miała obowiązków w domu. Nakarmiła dzieci, włożyła Grzesia do łóżeczka, gdzie podskakiwał trzymając się poręczy. Madzie wzięła lalkę i bawiła się nią spokojnie na dywanie. Ula mogła poprasować potrzebne rzeczy, włożyła do pralki brudne i pilnowała gotującego się obiadu. Jacek nie przychodził, Ula zdążyła wypłukać pranie w wannie, teraz trzeba go rozwiesić na strychu. Nie mogła zostawić dzieci samych, dopiero kiedy usnęły poszła powiesić pranie. Wróciła, usiadła przy stole i żal ścisnął jej serce. Co to za życie, Jacek tak lubił ją poniżać przy świadkach, udowadniać, że czegoś nie umie, że jest źle ubrana, że ma braki w urodzie, po prostu koszmar. Nigdy nie stanął w jej obronie, gdy ją ktoś obrażał. Czy to jest możliwe, żeby tak się zmienił, przecież ją kochał. Jak go odzyskać, myślała, nie miała sił na dbanie o siebie, ledwie się trochę umalowała, wkładała wygodne ubranie, a do fryzjera wcale nie miała czasu wyjść. Wstała i poszła do łazienki, popatrzyła na swoją twarz w lustrze jak na obcą. Starała się obiektywnie ocenić swoją urodę. Włosy miała matowe, obcięte byle jak, związane teraz w koński ogon. Twarz zmęczoną, oczy czerwone od płaczu, jednak mimo wszystko była ładna. Po dwojgu dzieciach, nadal była szczupła i zgrabna. Nie, to nie o wygląd chodzi, to z nim coś jest nie tak, myślała. To jego pijaństwo tak niszczy ich małżeństwo i rodzinę. Usłyszała, że Jacek wchodzi do mieszkania, wyszła z łazienki patrząc uważnie w jakim jest stanie. Nie wyglądał na pijanego. - Czemu tak późno przychodzisz - spytała - Mieliśmy dużo pracy z nowym produktem, musiało być wszystko zapięte na ostatni guzik, więc pracowaliśmy. - To może już będziesz teraz wcześniej wracał, czy chcesz coś zjeść, to ci odgrzeję, mówiła cała szczęśliwa z takiego zakończenia złych domysłów. - Właściwie to jadłem na stołówce, ale trochę mogę zjeść, a ty nie zjesz ze mną? - Zjem, nie miałam czasu pomyśleć o sobie, tyle mam pracy, że o jedzeniu zapomniałam. Jacek popatrzył na jej zmęczoną twarz, na ręce czerwone od prania, sprzątania i poczuł się winny. On wcale nie siedział tak długo w pracy, miał kochankę, młodą dziewczynę z laboratorium zakładowego. Już od dłuższego czasu zdradzał z nią Ulę. Ula może się czegoś domyślała, ale nie miała czasu go kontrolować. Gdyby nie jej niespodziewana druga ciąża, to pewnie by się już rozwiódł dla Kingi. Sądził, że ordynarne traktowanie zmusi Ulę do wystąpienia o rozwód, ta jednak dalej go kochała, mimo wszystko. A dziś Kinga po zwykłych kontaktach miłosnych, przy okazji rozmowy o powrocie do domu, dostała chyba szału. Zaczęła krzyczeć nie zważając na sąsiadów, że ma tego dość, nie będzie wiecznie tą drugą, nie będzie na marginesie jego życia tylko kochanką. Kinga była inżynierem, a urok Jacka i jego zabiegi zrobiły z niej jego kochankę. Krzyczała – albo natychmiast się zdecydujesz i zostajesz ze mną na zawsze, albo idź i nigdy tu nie wracaj. Patrzyła na niego z wściekłością w oczach. Nigdy jej takiej nie widział, przeraziła go i od razu zdecydował się odejść. A teraz patrzy na Ulę, jest o wiele ładniejsza od Kingi i zawsze, nawet po kłótni z powodu jego pijaństwa, kocha go, co nawet było denerwujące. Nie warto tracić takiej rodziny, lepiej zacząć inaczej żyć, tylko czy potrafi. Po skończonym posiłku czas było iść do łóżka, mimo, że Ula przytulała się do niego, nie był w stanie się kochać. Powiedział, że jest bardzo zmęczony i odwrócił się do ściany. Udawał, że śpi, Ula zaraz usnęła, była bardzo zmęczona. Po jakimś czasie Jacek ogarnięty jakimś niepokojem, wstał, nie wiedział dlaczego, ale czuł narastający gniew. Miał ochotę obudzić Ulę, dzieci, zrobić awanturę, nawet ich pobić. Podszedł do barku, gdzie Ula trzymała jakiś alkohol dla niespodzianych gości, którzy, co prawda, z powodu Jacka, niechętnie do nich wpadali. Było tam pół butelki jakiegoś kolorowego alkoholu. Jacek trzęsącymi rękami odkręcił zakrętkę i pił prosto z butelki. Wypił połowę zawartości i poczuł lekki, przyjemny zawrót głowy, odłożył butelkę i zamknął barek. Teraz już nie miał problemów z zaśnięciem. Śniło mu się, że płynie na różowym obłoku, a księżyc zbliża się do niego, pokazując wielką, uśmiechniętą twarz. Nagle ta twarz przykryła go szczelnie, aż stracił oddech. Obudził się z twarzą w poduszce, nie mogąc złapać oddechu. Podniósł głowę i zaraz odczuł wielką ulgę.
* * *
Romek z teściem Piotrem naciągali siatkę ogrodzeniową na wcześniej wmurowane słupki. Była sierpniowa sobota, już późne popołudnie , ale robota prawie skończona. Dorota z dwumiesięcznym Darkiem na ręku, przypatrywała się efektom ich pracy. - No, to teraz będzie ładnie i dużo bezpieczniej - powiedziała. - Będzie ładnie dopiero jak założymy bramę - powiedział Romek, może już jest gotowa. - Żeby tylko można pożyczyć wozu, aby ją przywieźć - powiedział ojciec. - Na pewno, całe lato pracowaliście, a teraz już i dom otynkowany i ogrodzenie gotowe, aż miło popatrzeć wkoło. - Tak, tylko, że nie było czasu nacieszyć się dzieciakami, a one rosną, a rosną, a ten Daruś, to taki już duży, że hej -powiedział ojciec. A teraz ruszamy po tę bramę, niedługo już tego dnia do roboty, a trzeba dziś skończyć. Dorota położyła śpiącego Darka do wózka, wzięła koszyki i poszła do ogródka zerwać dojrzałe pomidory, było ich bardzo dużo. Zaniosła je do spiżarni i wróciła po Darka, który płakał w wózeczku. Wzięła go na ręce i zaniosła do domu, przewinęła i nakarmiła. Jutro niedziela, to jak brama będzie już wisiała ludzie idący do kościoła zobaczą ją, a nikt nie miał we wsi takiego ogrodzenia. Ludzie byli i biedni i nie dbali o otoczenie, Dorota i Romek byli ambitni i młodzi, chcieli żyć inaczej. Tak, myślała, czas mija szybko, ona niedługo skończy trzydzieści lat, dzieci rosną, ale przecież jest szczęśliwa. Romek wrócił wcześniej, stanął w drzwiach i powiedział, że ojciec wiezie bramę i za jakie pół godziny tu będzie. Daruś już spał, Romek patrzył na niego, mówiąc, jaki on słodki, do ciebie podobny, tak go kocham, chyba najwięcej, ale Tomcia i Alusię też. - Ja nie myślę, że tak do mnie podobny, wszyscy mówią, że do ciebie, ale to nie ważne, grunt, że jest zdrowy. A ty nie jesteś głodny, Romek? - Jestem, ale poczekam na tatę, - o! popatrz, tato już wjechał na podwórko z tą bramą. Rzeczywiście tak było, Romek wybiegł na dwór, aby pomóc ojcu zdjąć ciężką bramę z wozu. Ojciec pojechał oddać wóz, a Romek też syrenką, aby go szybko przywieźć z powrotem. Dorota była po Tomka i Alusię i kiedy zobaczyła bramę, podeszła do niej z dziećmi, mówiąc – widzicie dzieci jaką ładną bramę będziemy mieli. Alusia nie mówiła nic, nie wiedziała co to jest. A Tomuś powiedział – to taka sama brama jak u pana Kosackiego, tylko jego jest taka niebieska. - Nasza będzie zielona, chcecie zieloną bramę? - Chcemy, chcemy, oboje wykrzyknęli z entuzjazmem.
* * *
Ula szła ze spuszczoną głową, patrzyła jak śnieg na chodniku rozpryskuje się pod jej stopami. Wewnątrz czuła ciężar, pustkę, ciemność. Wracała z kościoła od spowiedzi, chciała zmyć grzech, który ją przytłaczał, ale nie otrzymała rozgrzeszenia. Nie dostała, choć tak żałowała tego, co zrobiła. A zrobiła to w desperacji, w poczuciu bezsilności i strachu przed przyszłością. Jacek miał huśtawki nastrojów i zachowań. Raz był cudowny, zdawało się kochający i czuły, a raz brutalny i wrogi. W takiej miłej chwili zaszła w ciążę po raz trzeci. Może by się zdecydowała urodzić to dziecko, ale on na wiadomość o ciąży po prostu się wściekł. Powiedział, że jak urodzi to dziecko, to on odejdzie i niech się sama męczy. Nie mogła się zdecydować, ale kiedy pijany powiedział, że on jest pewny, że to nie jego dziecko, coś się w niej załamało. To ona go tak kochała pomimo wszystko, a on tak podle zarzucał jej zdradę. - Jacek, co ty opowiadasz, to jest twoje dziecko, dlaczego go nie chcesz? - Nie chcę jego i nie chcę ciebie, ty suko, nie będziesz mi tu jakichś bękartów podrzucać. Podszedł do niej, chwycił ją za szyję i powiedział – jak nie usuniesz tej ciąży, to cię uduszę, i dusił coraz mocniej. Ostatnim wysiłkiem kopnęła go w krocze i poczuła się uwolniona. Jacek kulił się i jęczał, omal wył, ona uciekła do pokoju dzieci i zamknęła drzwi na klucz. Po chwili Jacek zaczął w nie walić i krzyczeć, dzieci się pobudziły i płakały przerażone. Jacek wziął jakieś narzędzie i walił nim w drzwi, pokazały się dziury i pęknięcia. Ula szybko zadzwoniła po milicję – powiedziała, że mąż pijany chce ją i dzieci pozabijać. Nie bardzo się kwapiono przyjeżdżać, to są wasze rodzinne sprawy - powiedział dyżurny milicjant, my się w to nie wtrącamy, mamy poważne sprawy do załatwienia. - Nie słyszy pan jak on wali w drzwi, za chwilę je rozwali i nas pozabija, proszę zaraz przyjechać pod adres - i tu podała adres - krzyczała bardzo głośno przerażona. To przekonało milicjanta i powiedział - zaraz tam radiowóz przyjedzie, proszę otworzyć drzwi. - Jak ja otworzę drzwi, nie mogę, powiedzcie, że milicja, to może się przestraszy. Jacek się już nieco zmęczył, stał z ciężkim młotem w ręce, kiedy rozległ się przeraźliwy dzwonek do drzwi – otwierać, milicja. Jacek rzucił młotek i chciał uciekać przez okno, ale na dole stał wóz milicyjny i milicjant. - Proszę otwierać, bo wyważymy drzwi - ktoś krzyczał. Jacek powoli poszedł otworzyć, - czego tu chcecie w moim mieszkaniu, spytał niegrzecznie. Trzech milicjantów weszło do środka, zobaczyli rozbite drzwi, młotek leżący pod drzwiami, - co pan tu narozrabiał, spytał jeden i proszę dowód osobisty. - A co was obchodzi, co ja u siebie robię, idźcie sobie, dajcie nam spokój. Urszula usłyszała co się dzieje i otworzyła drzwi. Dzieci, przerażone stały koło niej. - To pani po nas dzwoniła – spytał jeden milicjant. - Widzicie przecież co on tu zrobił, cały czas krzyczał, że nas zabije. - Co ona mówi - powiedział już nieco wytrzeźwiony Jacek, zmyśla jakieś głupstwa, idźcie sobie, nic tu po was. - Daje pan ten dowód, czy nie - spytał milicjant. - A po co wam ten dowód, ja jestem u siebie, nikogo nie zabiłem - powiedział Jacek. - Proszę panią, czy chce pani, aby męża zabrać do izby wytrzeźwień - powiedział milicjant. - Tak, ja się boję o siebie i o dzieci, zabierzcie go. Kazali mu się ubrać i zabrali ze sobą. Ula zdenerwowana tuliła wystraszone dzieci, uspokajała je i położyła spać. Na drugi dzień rano Jacek za drzwiami grzecznie prosi, aby go wpuściła, on ją przeprasza, to było ostatni raz i nigdy już nie weźmie wódki do ust. Przyrzeka jej i dzieciom, że dziś pójdzie na odwyk, więc niech go wpuści. Ula zastanawiała się co zrobić, jeszcze jakaś nadzieja się w niej rozbudziła, dzieci ojca potrzebują, może tym razem dotrzyma słowa. Otworzyła drzwi, Jacek wszedł, objął ją i przepraszał, dzieci pamiętające wczorajszą awanturę patrzyły zaskoczone na kochających się rodziców. Jacek się umył, ogolił i pomagał Uli przygotować dzieci do przedszkola. Wyszli razem zgodnie, Jacek powiedział, że weźmie wolne w pracy i zgłosi się na odwyk, czy chce z nim iść, czy ma iść sam. - Wiesz, ja nie mam czasu, możesz to przecież sam załatwić. - Nic się Uluś nie martw, to był mój ostatni wybryk, naprawdę. Pocałował ją i odszedł, ona szybko szła z dziećmi do przedszkola. W pracy dowiedziała się, że kierownik jest w szpitalu i ona musi przejąć jego obowiązki. Próbowała się zorientować w sytuacji, ale ciągle myślała, czy Jacek poszedł do przychodni i co dalej z nimi będzie. Po południu Jacek zadzwonił, bełkotał po pijanemu, że ona z niego niewolnika nie zrobi, ma prawo mieszkać w swoim mieszkaniu i jak go nie wpuści, to przyjdzie z milicją i zobaczy, czy ma prawo mieszkać tam, gdzie jest zameldowany. Ula blada, omal nie zemdlała, nie odezwała się ani słowem, odłożyła słuchawkę. Zwolniła się z pracy do lekarza, powiedziała, że się źle czuje i poszła do przychodni dla kobiet. Po zbadaniu lekarka spytała, czy wie, że jest w ciąży. Opowiedziała, że tak i właśnie w tej sprawie przyszła, bo musi tę ciążę usunąć. - A czy usuwała już pani kiedy ciążę, spytała lekarka. -Nie, nigdy i tej bym też nie usunęła, ale mąż jest alkoholik, straszy ją i dzieci śmiercią, po prostu nie ma innego wyjścia, nie może tego dziecka też narażać na takie życie. Lekarka powiedziała, że musi zrobić badania i jeżeli potwierdzą ciążę, to za dwa tygodnie ma przyjść na zabieg. Powiedziała, że ma dwoje dzieci, jest nerwowo wykończona i chciałaby to mieć już za sobą, nie chciałaby leżeć w szpitalu. Dostała w końcu skierowanie na zabieg po wykonaniu badań za tydzień. Wyszła takim zamętem w głowie, że aż musiała usiąść na schodach. Myśl o Madzi i Grzesiu otrzeźwiła ją trochę. Nie mam innego wyjścia, taką myślą dodawała sobie odwagi. No i stało się, za kilka dni usunęła ciążę. Do domu przyjechała taksówką, dziećmi opiekowała się sąsiadka, zapłaciła jej za to. Jacek nie pokazywał się, nie wiedziała co z nim się dzieje. Nie wiedziała tego i teraz szła ze swym ciężarem sama. Ona miała załatwić z biskupem odpuszczenie tego ciężkiego grzechu, może jaki inny ksiądz da jej rozgrzeszenie. Czuła, że jest na dnie upodlenia, zdawało jej się, że nigdy się już nie podniesie, nigdy nie zazna radości. Szła do zakładu, za godzinę koniec pracy, weźmie dzieci z przedszkola i pójdzie do siebie. Nie było w niej ani odrobiny otuchy, ani kszty radości, a tyle było radości, kiedy się wprowadzili do mieszkania. W pracy dowiedziała się, że kierownik po operacji nie dojdzie już do zdrowia. Miał przerzuty i małe perspektywy przeżycia. Dla niej otwarła się nowa szansa, tylko ona miała wyższe wykształcenie, ale musiała się zapisać do partii, bez tego szkoda marzyć o lepszych zarobkach. No cóż, musi lepiej zarabiać, musi sobie sama poradzić i do partii się zapisze. Tak postanowiła i tak zrobi. Po pracy wróciła z dziećmi do mieszkania, było puste i jakieś smutne, drzwi nie były jeszcze naprawione, wyglądały okropnie. Udało jej się kupić cielęciny, wyjmowała zakupy z torby, kiedy u drzwi rozległ się dzwonek. Madzia podbiegła i bez namysłu otworzyła drzwi. Kiedy Ula znalazła się w przedpokoju, zobaczyła wchodzącego Jacka, nie wyglądał na pijanego. Madzie wołała – tata, tata przyszedł.
* * *
Tato, popatrz, jest już drugi dzień świąt, a śniegu nie ma, a mówili w radiu, że będzie padać. - Może gdzieś w górach pada, a chciałbyś Tomek, aby padało – spytał Romek. - Pewnie, nie ma co robić, mieliśmy z Wojtkiem iść na Kargusiową Górkę na sanki, a tak to co, nuda. Tomek z tatą szli od sąsiada, który miał awarię prądu w domu. Romek wszystko naprawił, były święta, to jak tu bez prądu żyć. Dostał za to kiełbasę i boczek. Obok nich biegł Kajtek i aż piszczał, czując smakowitą kiełbasę w torbie Romka, Tomek poprosił o kawałek i dał psu, ten połknął łapczywie i domagał się więcej. - Tato, daj mu jeszcze trochę tej kiełbasy - prosił Tomek. - Nie dla psa kiełbasa, w domu dostanie co innego do jedzenia. A wiesz, Tomek, myślę, że moglibyśmy obaj pojechać do Zakopanego, tam byś się mógł uczyć jeździć na nartach, z pracy należą mi się wczasy, to można wykorzystać. - To fajnie, tatusiu, ale czy nie moglibyśmy wszyscy jechać? - Niestety, nie, ktoś musi w domu zostać, a Ala i Daruś są za mali do nauki na nartach. Weszli do domu, Dorota trzymała na rękach dużego już Darka, a Alusia z dziadkiem siedzieli przy stole i rozbijali orzechy. Pachniało choinką i świętami, Romek wyjął wędliny i powiedział – to dostałem za naprawę tej awarii, chyba się przyda, co? -Jasne, że się przyda, ale to tak we święta nijak pracować - powiedział ojciec Piotr. - Przecież to wypadek, chyba należy pomagać - powiedziała Dorota. Ktoś zapukał do drzwi, była to bratowa Romka. Wyglądała na zmartwioną, nawet zapłakaną. Przywitała się i powiedziała – Romek, nie mam kogo prosić o pomoc, a ty masz samochód, to podwiózłbyś Staszka do szpitala. Wypił trochę za dużo, głowa go bolała, to sobie zażył tabletek na ból i teraz leży jak nieżywy, proszę cię, chodź szybko, pomóż mi. - Dobrze, dobrze - powiedział Romek, zaraz się ubiorę i pojedziemy. Chociaż nie za dobrze się zgadzali, ale przecież to brat - myślał Romek, wyjeżdżając samochodem ze stodoły. Staszek leżał w łóżku czerwony i nieprzytomny, charczał tylko i z trudem oddychał. Razem z sąsiadem wynieśli go do samochodu i pojechali do szpitala. Lepiej byłoby wezwać pogotowie, ale w pobliżu nie było telefonu. W szpitalu po zbadaniu okazało się, że Staszek zatruł się alkoholem i tabletkami, przepłukano mu żołądek i wrócił do przytomności. Musiał jeszcze zostać na obserwacji w szpitalu jakiś czas, Romek wrócił do domu i opowiedział jak sprawa ze Staszkiem wygląda. - Może wreszcie przejrzy na oczy i nie będzie tak chlał - powiedziała mama Zofia, przecież tam jest pięcioro dzieci, kto je wychowa jak mu się co stanie. - Gdzie tam pijakowi co przemówi do rozumu, nie wiem czy się zmieni, powiedział Romek. Był drugi dzień świąt i mama z Dorotą pięknie nakryły stół do kolacji. Kiedy już siedzieli wszyscy, łącznie z dziećmi przy nim, ojciec odmówił modlitwę, podziękował Bogu za tak wielką pomyślność dla nich, a szczególnie za udane wnuczęta. Kiedy się modlił nie mógł powstrzymać drżenia głosu, oczy zaszkliły mu się łzami. Wszyscy byli wzruszeni, a dzieci niewiele sobie robiły z uroczystego nastroju. Sięgały po słodkie kawałki ciasta, ale im zabroniono, najpierw kolacja, mówiła mamusia. Ojciec Piotr przyniósł nalewki wiśniowej i zaproponował toast za pomyślność na przyszłość. Wypili z Romkiem, mama Zofia też spróbowała, nawet Dorota wypiła pół kieliszka, okazała się ta nalewka bardzo dobra. Ojciec nie żałował jej sobie, Romek wypił jeszcze jeden kieliszek i nie pił więcej. Zaczęli śpiewać kolędy, dzieci też próbowały, nastrój był bardzo wesoły, dziadzio wziął Alusię na bary i nosił po pokoju, podrzucał do sufitu ku jej ogromnej radości. Romek widząc, że ojciec za dużo wypił i chwieje się, wziął od niego Alę i powiedział – dość na dzisiaj, co za dużo, to niezdrowo. Ala zaczęła płakać, bo jej się zabawa bardzo spodobała, ale tato powiedział koniec, to koniec. W końcu Romek z Dorotą wzięli dzieci do kąpieli, a rodzice zajęli się obrządkiem. Kiedy położyli mniejsze dzieci do łóżeczek, rozbawione nie chciały spać bez bajeczki. Tomek przyniósł książeczki z bajkami i Dorota z Romkiem na zmianę czytali im bajeczkę. Alusia słuchała, szeroko otwierała oczka, ale sen ją zmógł i za chwilę już spała mocno. Tomek znał te bajeczki na pamięć, ale słuchał do końca, kiedy rodzice wyszli też za chwilę usnął. Oni poszli do mieszkania rodziców, tam matka myła naczynia, a ojciec ręce po pracy w oborze. - Tyle roboty na te święta i już po wszystkim, powiedziała mama Zofia, nawet śladu wnet nie zostanie. - Ależ mamo, powiedział Romek, to były takie wspaniałe przeżycia, a dzieci miały tyle radości, zapamiętają na całe życie. My jesteśmy bardzo wdzięczni za wszystko, prawda, Dorotka? - Tak, we święta to się jeszcze bardziej odczuwa to, co nas łączy, a przecież tyle razem zrobiliśmy, nasze obejście jest teraz takie zadbane. A nawet dobry przykład dajemy sąsiadom, teraz wszyscy coś zmieniają przy swoich zagrodach. Tak, tak, moje dzieci, powiedział ojciec Piotr, ja wam mówię, że zgoda buduje, a wojna rujnuje, aby tak dalej, a teraz musimy iść spać, bo jutro robota jak zwykle. Dorota z Romkiem poszli do siebie, dzieci spały spokojnie. Romek objął Dorotę i powiedział – teraz mamy czas tylko dla siebie, prawda, kochanie?
* * *
Karolina patrzyła na syna Jacka ze łzami w oczach. Przyszedł ze spółdzielni przed chwilą dobrze podpity, posłała go po cukier i zapałki. Był tam ze trzy godziny, położył cukier i zapałki na stole, mówiąc – masz co chciałaś, a co tak na mnie patrzysz? - Jacek, co ty wyrabiasz, nie dbasz ani o rodzinę, ani o siebie, tylko picie ci w głowie. Wcale się nie dziwię, że Ula cię w końcu wyrzuciła, robotę też straciłeś i co dalej, zastanów się przecież nad sobą, dziecko. - Mamo, co ty mówisz, ja właśnie przez Ulę piję, ona od dawna patrzy tylko na dzieci, a ja się nie liczę wcale. - To dlaczego ją zdradzasz, ona mi mówiła, że zupełnie o nich nie dbałeś i nie dbasz. - To co ona ci mówi, to wcale nie musi być prawda, a zresztą sama wiesz, że kot przy jednej dziurze zdechnie. - O czym ty mówisz, Jacek, czy po to się żeniłeś, by latać za innymi, twój brat Emil jest takim dobrym ojcem i mężem, a ty.. - Co mi tu mama ciągle tym Emilem kłuje oczy, co mama o nim wie, poszedł daleko i ma święty spokój, a ja to co, wszyscy mnie dręczą, co mam robić, muszę pić. - Jacek, oddaj mi resztę pieniędzy, wiesz, że po śmierci Staszka nie daję sobie rady z tą gospodarką i każdy grosz się liczy. - Jakie pieniądze, wszystko wydałem na ten cukier i zapałki, powiedział ze złością Jacek. A przecież ma mama po Staszku rentę, no nie? - Co za pieniądze, parę groszy, a ty tu siedzisz, nic nie robisz, kiedy do jakiejś pracy pójdziesz? - A gdzie ja tu jaką przyzwoitą robotę znajdę, przecież nie będę się zniżał do roli magazyniera w hurtowni. - Nie płacisz też alimentów na dzieci, jak to sobie wyobrażasz? - A co mnie to obchodzi, jak chciała pokazywać fochy, to niech się teraz martwi sama o dzieci. - A co, miała jeszcze i ciebie utrzymywać, na miłość boską, zastanów się nad sobą, ja przez ciebie do grobu pójdę. Matka, płacząc poszła do stajni wydoić krowę, w tym czasie Jacek doszedł do wniosku, że to dobra okazja, aby wykorzystać sytuację. Wziął matki kożuch i poszedł do paserki go sprzedać. Dostał niedużą kwotę i wybrał się do meliny po wódkę. Miał przemożną ochotę pić, nic go od tego nie powstrzyma, kiedy już ma na wódkę. Co z tego , że sprzedał prawie nowy matki kożuch, tak go chciała mieć, sprzedała nawet jałówkę. A co tam, grunt, że jest gotówka na jakie dwie litry wódki. W melinie musiał zapłacić prawie dwa razy drożej, oburzył się, ale co miał zrobić, wszystko było zamknięte o tej porze. Jacek nie czekał, zaraz za drzwiami otworzył butelkę trzęsącymi się rękami i pił. Pił tak, jakby to była woda, wypił do dna. Szedł chwiejnie, nie wiedząc gdzie idzie, przypomniał sobie kolegę Wiktora, żona mu zmarła rok temu i mieszkał sam, z trudem odnalazł dom Wiktora i zaczął walić pięścią w drzwi. Wiktor zły, że ktoś się dobija, otworzył je, pytając – czego tu chcesz, Jacek? - Jacek pokazywał butelkę mówiąc – napijemy się, widzisz mam chlebek. - A to co innego, właź do środka, ja się też chętnie napiję, a w domu ani kropelki nie mam. W mieszkaniu było strasznie brudno, cały stół zawalony był naczyniami, Wiktor przeniósł część do miednicy i obaj usiedli na chwiejnych stołkach koło stołu. Wiktor nie czekał, tylko przytknął butelkę do ust i pił i pił. Jacek zły, wyrwał mu ją, mówiąc – co ty, zgłupiałeś, wszystko chcesz wypić. Przyłożył butelkę do ust i wypił resztę. Więcej już nie było nic do picia, zaczęli sobie opowiadać o swoich problemach. Jacek żalił się na Ulę, to przez nią nie ma mieszkania, ani pracy, to ona poszła mu psuć opinię i wyrzucili go z roboty. Szkoda, że jej nie zabił, ale jeszcze to zrobi, nie daruje jej, on ani dzieci, ani domu nie ma przez tę sukę. Gadał i płakał ledwie przytomny, aż upadł pod stół i tam usnął. Wiktor przeszukał jego kieszenie, znalazł jeszcze sto złotych, zabrał je i szedł po wódkę, ale upadł w sionce i też tam usnął. Słychać było tylko chrapanie i charczenie do nieprzytomności pijanych kumpli.
* * *
Dorota prowadziła Darka za rękę, Tomek i Alinka szli obok niej. Dziś był pierwszy dzień szkoły, Tomek, czwartoklasista dumny jak paw, szedł w nowym ubranku i myślał, czy mu się uda występ przed całą szkołą na początek roku, Alusia szła już do drugiej klasy i też była ładnie ubrana. W szkole nie było dużej sali, więc wszyscy zebrali się na placu przed szkołą, tam też odbyła się cała uroczystość rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Tomkowi występ udał się znakomicie, dostał duże brawa, był bardzo zadowolony. Później, już w swoich klasach, dostali informacje co mają jutro przynieść do szkoły. Dosyć długo to trwało, kiedy wyszli dzieci były głodne, więc Dorota wstąpiła do sklepu po zakupy. Kiedy wychodziła, zobaczyła koło sklepu Jacka, wyglądał jak włóczęga, zarośnięty i brudny. Poznał ją i szedł za nią mówiąc – a, to ty, Dorota, dawno cię nie widziałem, wyglądasz na zadowoloną. Czy ty wiesz, że to mnie zawdzięczasz takie życie jakie masz, to ja ci podarowałem Romka. Pewnie by się z Ulą ożenił, gdybym ja, dureń, jej nie wziął na swoje nieszczęście, a twoje szczęście. - Co ty wygadujesz, co ja mam z tobą wspólnego, sam za swój los odpowiadasz i ode mnie się odczep. Dorota wstydziła się iść razem z obdartym Jackiem, ludzie ich mijali i patrzyli ironicznie, tak jej się zdawało. - Co się będziemy sprzeczać - powiedział Jacek, daj mi na piwo i dam ci spokój, dobrze ? - Wyjęła z portmonetki dwadzieścia złotych i dała mu. Zabrał je szybko, mówiąc – to trochę za mało za takie szczęście, jakie mnie zawdzięczasz, jeszcze się spotkamy, cześć, i odszedł szybko w stronę sklepu. Boże święty, co ten człowiek chce ode mnie, chyba mu się od tej wódki rozum popsuł. Dzieci prosiły o lizaki, dała im i poszli w stronę domu. Dorota tak była zamyślona, że nie słyszała, co dzieci do niej mówią. W domu czekał już obiad, ugotowany przez babcię, zaraz się za niego wzięli - byli bardzo głodni. Babcia pytała jak tam było w szkole, czy się cieszą, że znowu tam pójdą. Dzieci ożywione, paplały jedno przez drugie, Dorota zamyślona nie mówiła wiele.
* * *
Urszula przywiozła dzieci na ferie zimowe do babci Karoliny, Jacek całkowicie upodlony przez pijaństwo, zdecydował się wreszcie na leczenie. Był teraz w szpitalu psychiatrycznym w Krakowie. Dzieci bardzo przeżywały pobyt u babci, podobały im się zwierzątka, jeździły na sankach, babcia jak mogła tak się nimi zajmowała, ale nie było to dla niej już takie łatwe, jednak dzieci dawały tyle radości w tej jej samotności. Nie wiedziała jak przeżyje te resztę żywota, tym obowiązkom już tu wnet nie podoła, chyba będzie musiała iść do Zuzy, do miasta. Teraz dzieci uprosiły ją, aby ich powoziła sankami po drodze, trochę było ciężko, ale dzieci się cieszyły. Zobaczyły nadjeżdżające duże sanie i prosiły babcię, aby nimi mogły jechać. Saniami jechał Franek Kurczaba, dobry znajomy Karoliny, zatrzymała go i poprosiła, aby wziął ich na sanie, bo dzieci strasznie chciałyby jechać saniami z konikiem. Franek kazał im wsiadać, nawet saneczki się zmieściły. Dzieci radośnie wykrzykiwały, kiedy sanie pędziły z górki. Karolina siedziała koło Franka - to są twoje wnuczęta, Karolka - spytał. - Tak, to są dzieci Jacka i Urszuli, przyjechały tu na ferie. - A gdzie Jacek, siedzi u ciebie dalej, a nie z żoną? - Teraz się zdecydował na leczenie, jest w szpitalu w Krakowie, ale żebyś wiedział, co ja z nim miałam, wszystko mi powynosił i wysprzedał na wódkę. Może się teraz zmieni i jakoś się pogodzą. Chodzi więcej o te dzieci, przecież potrzebują ojca. - Ale gdzie ci się pijak zmieni, jeszcze nie widziałem takiego, prędzej w rynsztoku skończy, albo zdechnie jak pies pod płotem. - W Bogu nadzieja jedynie, ale najgorsze, że ludzie to nie mają za złe tego picia, jeszcze babę winią, no to jak ma przestać pić, nikt tego za złe nie ma, tylko ci co cierpią przez wódę. -Babciu, babciu, a kto nas z powrotem odwiezie - pytały dzieci. - Nic się nie martwcie, ja was odwiozę, mam dość czasu. Teraz możemy pojechać do lasu jak chcecie. - Chcemy, chcemy, wołały ucieszone dzieci. A czy zobaczymy tam zajączka - pytała Madzia. - Jak się zdarzy, to może zobaczymy, ale i tak jest teraz w lesie pięknie, powiedział pan Franek. Dojechali do lasu, ale dalej droga była całkowicie zasypana, widać było tylko drzewa zasypane czapami śniegu i całe kopy śniegu, aż po gałęzie drzew. Dzieci zachwycały się tym widokiem, nad drzewami krążyły całe stada wron. - No to dziś las zamknięty, jak śnieg stopnieje, to będzie można tam pójść i zobaczyć dużo ciekawych rzeczy. Zawracamy do domu - dobrze, dzieci? - Zawracamy, zawracamy, a tu z drzew przy drodze śnieg leci nam za kołnierze - mówiły wcale tym nie zmartwione. Na koniec pan Franek obiecał ich i jutro też powozić sankami, podziękowały, a on wrócił do domu. Babcia dała dzieciom jeść, były bardzo głodne po tej sannie, później poszli wszyscy z babcią do obory nakarmić zwierzęta. Babcia doiła krowę i pytała, czy będą piły takie świeże mleczko, ale one nie miały ochoty. - A wiecie, mamusia jutro przyjedzie i zostanie na dwa dni, cieszycie się? - Tak, tak, krzyczały, my bardzo kochamy mamusię. - A tatusia nie kochacie? - My się boimy tatusia - powiedziała Madzia, on tak krzyczy, rozbija szklanki i mamusię nawet bije. - A was nie bije? - Babciu, przecież wiesz, że tatusia teraz nie ma, jest w szpitalu. - A chcielibyście, aby do was wrócił jak już wyzdrowieje, bo on się tam poszedł leczyć z tego złego zachowania. - My nie wiemy, babciu, to mamusia wie, ale ja bym chciała mieć dobrego tatusia - powiedziała Madzia. - I ja też, ja też - powiedział Grzesiu. - Wiecie co, dzieci, zawsze przed spaniem proście w paciorku Pana Boga, to na pewno będziecie mieć dobrego tatusia. Dzieci już mało słuchały, zajęte zabawą z królikami. Grzesiu powiedział – babciu, wiesz ja to bym chciał tu na zawsze mieszkać, ja tak lubię zwierzątka. - A ja nie, ja nie - powiedziała Madzia, w mieście mam koleżanki i tyle różnych rzeczy się dzieje, takie ładne, duże domy, tramwaje jeżdżą i auta. Zebrali jeszcze jajka z gniazda i poszli do domu. Na polu było już szaro. W sionce Urszula zdejmowała płaszcz, dzieci ucieszone podbiegły do niej z radosnymi okrzykami – mamusia przyjechała, mamusia kochana.. Ona ze łzami w oczach całowała je i ściskała, - moje szkraby kochane, jak trudno żyć bez was, nawet parę dni - mówiła. Przywitała się też z teściową i wyjmowała prezenty dla dzieci. Udało jej się kupić w Peweksie pomarańcze, czym sprawiła dzieciom niebywała frajdę. Teściowa poprosiła ją do stołu, aby coś zjadła. Opowiadała o tym, co ją tak trapiło, to jest o Jacku. Zapewniała, ze jak się sam poszedł leczyć, to na pewno się zmieni, czy Ula mogłaby mu wybaczyć przeszłość? - Mamo, dziś nie ma o czym mówić, przyjdzie czas, to się zobaczy, na razie musimy wszyscy radzić sobie z życiem. Ani tobie, ani mnie nie jest łatwo, ale nie tylko nam. Jeżeli zajdzie potrzeba, to ja cię, mamo, zabiorę do siebie, ale musisz tę gospodarkę sprzedać wcześniej, dostaniesz rentę i jakoś to będzie. - Masz rację, dziecko, co to pomoże zamartwiać się na zapas, ale mi lżej na sercu, żeś mi dała taką nadzieję. A teraz spróbujemy mojego sernika, pomóż mi Ula pokroić go dla wszystkich. - Oczywiście, mamo, my tak lubimy twój wspaniały sernik. Dzieci zaraz to udowodniły, jedząc ze smakiem babci sernik. Karolina patrzyła na nie z uśmiechem, w sercu czuła jakąś ulgę i radość.
***
Dorota patrzyła na matkę klęczącą na polu buraków, były jeszcze małe i przerywała je, aby się wzmocniły. Podeszła bliżej i powiedziała – mamo, czemu nie przyszłaś na obiad, już po drugiej. - Szkoda mi było tracić czasu, ale dobrze, że przyszłaś, okropnie jestem głodna. Tylko co z dziećmi, czy ktoś je pilnuje? - Przecież Tomek ma już dwanaście lat, a Alinka dziesięć, to popilnują takiego sześciolatka jak Grzesiu. Matka jadła z apetytem obiad, który ugotowała Dorota, chwaliła jego smak. - Widzisz Dosia jak się nauczyłaś dobrze gotować, a mówiłaś, że to takie trudne. - Teraz wiem, że jak się chce, to nie ma rzeczy niemożliwych, mamo. Mama skończyła jeść i znowu zabrała się za robotę. Dorota też się wzięła za plewienie. Praca szła o wiele szybciej, za nimi zostało już kawał zrobionego pola, kiedy zobaczyły nadbiegające z domu dzieci. Dorota wstała zdziwiona i spytała Tomka – to tato jeszcze nie wrócił, że tu jesteście. - Nie, jeszcze nie, a nam się strasznie nudzi w domu, chcieliśmy wam pomóc w polu. - Lepiej się zabawcie tam na łące pod lasem, buraki są za małe, moglibyście narobić dużo szkody. Dzieci ucieszone pobiegły w stronę łąki, za nimi biegł ich ukochany, stary Kajtek. One zabrały się znowu do pracy, rozmawiały o przyszłości dzieci, teraz to tylko nauka się liczy. Będzie trzeba je posłać do szkół, na wsi nie ma żadnych perspektyw. - No to co będzie z tą gospodarką, Dosia? - Mamo, to jeszcze tak daleko, chyba sam Pan Bóg wie, jaka nasza przyszłość, lepiej za dużo nie myśleć. Polną drogą od strony lasu ktoś szedł w ich stronę. Zatrzymał się koło dzieci i rozmawiał z nimi. Był to jakiś mężczyzna, było za daleko, żeby go rozpoznać. - Dorota, idźże tam do tych dzieci, nie wiadomo kto to jest i co chce od nich. Dorota rzuciła motykę i szybko poszła w stronę rozmawiających. Kiedy była blisko, mężczyzna odwrócił się w jej stronę. Dorota zamarła w miejscu, nogi się pod nią ugięły – to był jej kiedyś ukochany Włodek. Dorota stała zaskoczona, absolutnie niezdolna zrobić cokolwiek. - Dzień dobry, Dorota, chyba mnie poznajesz - powiedział Włodek. - Mamusiu, mamusiu, ten pan pytał, czy tu mieszkamy - powiedział Tomek. Dorota wreszcie oprzytomniała, odpowiedziała – dzień dobry, Włodek, oczywiście, że cię poznaję, nie zapomina się kogoś, kto umie taki ból zadawać, jak ty. Dzieci patrzyły na nich zdziwione, przecież ten pan był obcy, a rozmawiał z mamą jak ktoś znajomy. - Chodźcie dzieci, pewno tato już wrócił i czeka na nas - powiedziała Dorota. - Poczekaj chwilę, Dorota, muszę z tobą pomówić, po to tu przyjechałem. Na listy nie odpowiadałaś - powiedział Włodek. - Nie ma o czym rozmawiać, co było nie wróci i całe szczęście. - Dorota - powiedział Włodek, musimy porozmawiać, wiem, że popełniłem błąd, chcę się jednak wytłumaczyć, to kwestia reszty mojego życia. - Dzieci - powiedziała, idźcie do babci, ja tam zaraz wrócę, one pobiegły gdzie im kazała - Posłuchaj, Dorota - powiedział, ale nie dała mu skończyć. - Nic nie musisz tłumaczyć, jeżeli popełniłeś błąd, to ja za niego musiałam zapłacić, omal nie życiem. - Co ty mówisz, Dorota, przecież zaraz się pocieszyłaś z innym, te dzieci, a zwłaszcza ten najstarszy tego dowodem - powiedział Włodek. - Mylisz się bardzo, Romek był przypadkowym świadkiem mojego załamania, to on mnie uratował od śmierci i pozwolił uwierzyć w uczciwych ludzi. Ty nie jesteś godny, abym z tobą rozmawiała, idź swoją droga i dźwigaj ten swój podły czyn sam. I odeszła. Włodek jednak pobiegł za nią, zastawił jej drogę i powiedział – Dorota, to co mówisz jest twoją prawdą, posłuchaj i mojej. Chwycił ją za ręce i zaczął całować. Dorota chciała je wyrwać, były brudne i nie chciała jego dotyku. Jednak jakiś dziwny dreszcz przebiegł jej ciało, stała znowu zaskoczona sytuacją. Włodek trzymał ją mocno i patrzył w oczy – Dorota, kochałem cię zawsze, wtedy kiedy ten list pisałem także. Sądziłem, że nie mam innego wyjścia, nie chciałem cię łudzić nadzieją, że kiedyś będziemy razem. Wtedy wiedziałem, że nie mogę cię sprowadzić, to było trzynaście lat temu. Wracać nie miałem po co, tam nie miałem nic, jedynie szansę na przyszłość. Zrobiłem to, abyś chociaż ty mogła ułożyć sobie życie, zrobiłem to tak, abyś mnie zapomniała i nie żałowała. I skutek osiągnąłem, ale sam siebie skazałem na cierpienie. Dziś wiem też, że zadałem ci ból, większy niż sobie to wyobrażałem. Jest mi o tyle lżej, że ci to powiedziałem. Dopiero siedem lat temu założyłem rodzinę, kocham moją żonę i córkę, ale nigdy ciebie nie zapomniałem. Puścił jej ręce, mówiąc – nie musisz mi wybaczać tego, co zrobiłem, najsurowszym sędzią dla siebie jestem ja sam. Jednak cieszy mnie, że jesteś szczęśliwa i już z lekkim sercem mogę wracać z powrotem do Stanów. Żegnaj i bądź dalej szczęśliwa - powiedział i nie czekając na jej słowa, odszedł. Dorota stała, patrząc za nim, aż zniknął na drodze w lesie. Żal w sercu rozrastał się i przygniatał, dlaczego tak się stało. Myślała, że kocha Romka i jest szczęśliwa, a Włodek dziś, po tylu latach rozdrapał starą ranę, ból z nową siłą przeniknął jej duszę. Zamknęła oczy, przywołała w pamięci chwile w jaskini, dreszcz nią wstrząsnął. - O nie, nie pozwoli zniszczyć swojego szczęścia, myślała, idąc w stronę nadbiegającym ku niej dzieciom.
|
|
| Zmieniony: Poniedziałek, 10 Maj 2010 19:35 |









