| Cząstka Jej |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Zaworska-Nikoniuk Dorota | |||
| Sobota, 22 Maj 2010 17:46 | |||
|
Dorota Zaworska-Nikoniuk
Cząstka Jej Część I (s.1-136) TOC \o "1-3" \h \z \u Ja to ja PAGEREF _Toc237239527 \h Spotkanie ze współpodróżnym PAGEREF _Toc237239528 \h Przyjazd Nim Dwa PAGEREF _Toc237239529 \h Rozmowa w hotelu PAGEREF _Toc237239530 \h Dziwaczenie z Nim Jeden PAGEREF _Toc237239531 \h Słów kilka o mej matce PAGEREF _Toc237239532 \h Dzień przeciętnego życia PAGEREF _Toc237239533 \h Jadę do Nim Dwa PAGEREF _Toc237239534 \h Tolerancja w Unii Europejskiej PAGEREF _Toc237239535 \h Nie chcę, nie umiem, nie potrafię! PAGEREF _Toc237239536 \h Śmierć Miau PAGEREF _Toc237239537 \h Pora zacząć. Przedstawić się czytelnikowi i spróbować uzyskać jego sympatię. Książki nie pisze się przecież dla siebie lecz dla niego, dla czytelnika. Mam napisać to, co kupisz ty – mój czytelniku i zapewnić wydawcy komercyjny sukces, sobie zaś popularność. Konformizm w czystej postaci. Ta książka będzie inna. Dobre sobie, taki początek... Moja – znaczy inna. Może zatem lepsza? Bardziej nowatorska? Oryginalna? Awangardowa? Brzmi to jak tani chwyt reklamowy. Jednak kiedy będziesz się wgłębiał w treść powieści zauważysz, że różni się od powieści czytanych przez Ciebie do tej pory. Różni się, gdyż pisałam ją dla siebie i swych przyjaciół, nie mając w planie wydania. To w ich głowach zrodziła się myśl o wydaniu książki, zatem swe istnienie w formie drukowanej powieść zawdzięcza głównie mym przyjaciołom. Zawdzięcza ją też wszystkim tym, których spotkałam na swej drodze, mężczyznom, kobietom, przypadkowym przechodniom, postaciom odwiedzającym sny, zwierzętom, roślinom, wszystkiemu i wszystkim, którzy kształtowali mnie samą. Ja to ja. Cóż mogę napisać o sobie więcej? Czym się zajmuję? Co robię w życiu? Jak mam na imię? Trochę banalne, ale faktycznie od tego należałoby zacząć...
Jestem nauczycielką socjologii w szkole pomaturalnej, socjolożką chciałam być odkąd sięgam pamięcią; podobnie jak odkąd sięgam pamięcią – chciałam być nauczycielką. W nauczycielskiej misji odnalazłam się w pełni, dążąc do kształtowania kogoś – kto nie do końca pragnie zostać ukształtowanym – moich uczniów. Pragnę przekazać im coś – co sama znalazłam, choć według tego czegoś nie żyję, bo nie starcza mi na to czasu. Przekazać by dążyli do niezależności, indywidualizmu, tworzyli. Wpajam te zasady moim uczniom niczym niespełniona życiowo matka przelewająca swe niespełnione ambicje na córkę. Matkuję uczniom i jest to jedyna forma spełnienia, na którą mam w tej chwili ochotę. Udzielam mądrych porad wychowawczych ich rodzicom, choć nie wychowałam w życiu nikogo poza naszym kotem. Nauczycielskie teoretyzowanie. Staram się uzyskać emocjonalną stabilność, choć współistnieję w dwóch równolegle budowanych związkach z mężczyznami. W chwili obecnej jestem więc heteroseksualna, może moja seksualna orientacja uległaby zmianie gdybym spotkała równie fascynujące mnie kobiety, jak fascynujących spotykam mężczyzn? Taka dajmy na to Anka – przyjaciółka z lat dziecięcych, spotkana po latach na spotkaniu klasowym – fascynuje mnie swą kruchością i delikatnością, albo Basia, w której jest tyle łagodności i ciepła, czy ona – wiotka jak trzcina Ewa wykładająca w sali tuż obok... Czy ta kruchość, łagodność, ciepło i delikatność mogłyby rywalizować z pewnością siebie Nim Dwa, harmonią w związku z Jedynym, delikatną wonią męskiego potu, słono-kwaśnym smakiem spełnionego w ustach pożądania? Wcześniej jakoś się nad tym nie zastanawiałam, nie było kiedy, zresztą wszystkie spośród znajomych mi kobiet związały się z mężczyznami. Tak czy siak orgazm osiągam z mężczyzną. Realizuję się, a raczej usilnie się o to staram. Myślę, maluję, tworzę. Myślę o wszystkim, o czym nie miałam czasu myśleć w dzieciństwie i wczesnej młodości, wiecznie zaganiana pomiędzy szkołą, domem, kursami języka, tańca, pracą. Czego chcę, dokąd zmierzam, po co to robię? Czy nie będę niczego żałować? Maluję z doskoku, przeważnie postacie ludzkie, starając się wyrazić w ich twarzach nękające mnie rozterki i wątpliwości. Jeśli ich twarz jest twarzą moją, mam twarz podwójną, potrójną, poczwórną... Uzewnętrzniam się przez obrazy, wiersze i prozę. Piszę powieść o niezależnej kobiecie sukcesu, homoseksualnej matce spełnionej życiowo w związku z kobietą. Kobiecie, którą chciałabym być, a której styl życia różni się od mojego. W powołaną przez siebie do życia postać wpisuję swe uczucia, ukryte pragnienia, niepokoje i lęki. Wychowana w hipisowskiej komunie córka intelektualistów, różni się ode mnie – małomiasteczkowej nauczycielki z ambicjami naukowymi. Ma na imię Wiktoria. Ja nazywam się Gertruda. Czy ktoś normalny nadałby takie imię swemu dziecku z góry skazując je tym na ostracyzm? Imię zawdzięczam swej babce, Niemce z odzysku, niewiele myśląc przeforsował je mój ojciec doznający szoku, że jestem dziewczynką, matka do powiedzenia miała niewiele. Matka gastronomiczna w patriarchacie, przesadnie zależna od opinii innych, do cna zużyta przez wykonywanie żmudnych prac domowych, ogłupiającą biurową pracę i brazylijskie seriale, przesadnie skoncentrowana na własnej powierzchowności. Kiepskie korzenie rodzinne, intelektualizm z odzysku, z indywidualnością nieco stłamszoną przez tradycjonalistyczne wychowanie, na szczęście niekonsekwentne... Jednak imię mam oryginalne, sama dziwię się, że tak mi się udało. Gorzej byłoby nazywać się Ania albo Basia i do tego Kowalska albo Michalska. Ale nie, imię mam przyzwoite, nie do końca było przez rodziców przemyślane, spodziewali się chłopca, miał nazywać się Marcin, podobno jak na płód żeński byłam zbyt ruchliwa. Udało się, siusiak zdecydowanie nie chciał mi wyrosnąć! Przyszłam na świat jako krzepka, tłusta, łysa, pomarszczona, czerwona i hałaśliwa dziewczynka i nic z tego poza płcią nie pozostało we mnie do dziś. Gertruda. Gertrudzia. Gertrudka. Trudka. Imię w dzieciństwie wpędzało mnie w kompleksy, później nie zwracałam na nie uwagi, dziś podoba mi się. Imię jak imię, a że trochę bardziej oryginalne? Może przez to pasujemy do siebie. Ja ekscentryczka o introwertycznym usposobieniu i ono – mało popularne imię przodkini-babci. Wolałabym imię staroindiańskie, odzwierciedlające mój indywidualizm, takie jak Żyjąca w biegu albo Czcząca wodę. Ja to Ja. W książce rzadko go używam. Imię mi niepotrzebne, bo do czego służyć ma imię w powieści? Miałabym pisać: mówi Kornel do Gertrudy, albo Gertruda do Szymona. A czytelnikowi pozostawałoby wówczas zliczanie ile razy słowo Szymon i Gertruda pada na jednej stronie tekstu, nadużywane do obrzydzenia. Będę pisać o sobie w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Ja to ja. Tak mi łatwiej, mówię o sobie, opisuję przeżycia, uzewnętrzniam emocje, taki swoisty Gertrudzi ekshibicjonizm psychiczny. Big-Sister dla intelektualistów. Nie wiem jak przyjmą go moi dorastający uczniowie ani koledzy i koleżanki z pokoju nauczycielskiego. Pewnie negatywnie, są tradycjonalistami o zachowawczym podejściu do świata. Nauczyciele starają się za wszelką cenę żyć w zgodzie z normami moralnymi, nie zastanawiając się nad ich rodowodem ani sensem, tego samego uczą swych uczniów. Jednak to czy zyskam aprobatę, czy dezaprobatę swego środowiska wydaje mi się dziś mało istotne. Mam tylko nadzieję, że nie zostanę oskarżona o demoralizację nieletnich, choć to przyniosłoby rozgłos moim powieściom – wpisując je skutecznie w historię literatury. Nauczycielka poliandryczna demoralizatorka... Chcę mówić, nie ukrywam swych przemyśleń, filozofii życia i uczuć. Może me przemyślenia skłonią kogoś do refleksji? Przydadzą się do czegoś czy po coś? Przeżywam jak kobieta, myślę jak kobieta, czuję jak kobieta, piszę jak kobieta, żyję normalnie – jak większość mężczyzn. Mieszanka androgyniczna czy transwestytyczna? Opisuję przeżycia z kobiecej perspektywy, wyrażam swój gniew, płacz, ból, rozkosz, wściekłość, to czego doświadcza większość kobiet i do czego często boją się przyznać same przed sobą. Nie staram się być bardziej kobieca udając kogoś kim nie jestem, nie próbuję być mniej kobieca gdyż jestem kobietą. Maluję się kiedy chcę zrobić sobie makijaż, gdy nie odczuwam takiej potrzeby nie ruszam kosmetyków, noszę sukienki, spódnice i spodnie, czasem nawet jednocześnie. Bywam zła, rozdrażniona, agresywna, wściekła, liryczna, delikatna, sentymentalna zależnie od sytuacji. Wszystkie te uczucia są kobiece bo należą do kobiety, którą jestem ja sama. Nie chcę rezygnować ani z bezpieczeństwa i stabilizacji jaką daje stały związek ani z dreszczy miłosnego spełniania w ramionach mężczyzny nie-męża. Upodabnia to mój styl życia raczej do stylu życia mężczyzny niż do stylu życia kobiety nadwrażliwej i niemonogamicznej. Nie potrafię żyć w monogamii, w związku poliandrycznym niszczy mnie nadwrażliwość, kocham ich obu, brakuje mi siebie dla mnie. Stawia mnie to w gorszej pozycji niż każdego z nich z osobna... Kobieta wyzwalająca się fizycznie z konwenansów, choć wplątana psychicznie w konwenanse po same uszy, zbyt otwarta na monogamię, zbyt wrażliwa na poliandrię. To ja, Gertruda. Ona – Wiktoria ma zdecydowanie lepiej, od lat żyje z kobietą – żoną i wspólnie wychowują córkę, namiętność nie rozprasza jej lecz inspiruje, z mężczyznami współpracuje a nie ich uwodzi, jej rodzice są z niej dumni a nie wstydzą się jej dziwactwa. Jest tym wszystkim czym chciałabym być i czym nie jestem. Utożsamiam się z nią, bohaterką mej powieści, będąc żoną i kochanką mężczyzn; na żonę nadaję się średnio, choć jestem mężatką; na kochankę nie nadaję wcale, choć jestem kochanką. W tym swoim nadawaniu się średnim, nie nadawaniu się, emocjonalnej schizofrenii i średniej gatunkowo twórczości żyję – na przekór wszystkim – w poczuciu szczęścia wypełniającego mnie i rozsadzającego wewnętrznie. Nie nadaję się na matkę, brakuje mi cierpliwości i dobrego wzorca. Wychowanie w rodzinie dysfunkcjonalnej zniechęciło mnie do macierzyństwa, brakuje mi cierpliwości by wychować kogoś na w pełni wartościowego człowieka. Istotę, która w przyszłości wniesie w ten świat coś nowego, jakąś ideę, albo chociaż przedmiot, lub... Czy ja wiem? Może choć jedną niepowtarzalną myśl. Dążenie do pozostawienia po sobie czegoś niepowtarzalnego przybiera u mnie postać obsesji. Na pełnię samorealizacji zapewne zabraknie mi życia, umrę jako Gertruda niezrealizowana lub zrealizowana częściowo bo jeśli uda mi się osiągnąć pełnię samorealizacji w jednej dziedzinie z miejsca wymyślę sobie następną, kolejną, bardziej mnie fascynującą. Poza powieścią o Wiktorii piszę drobne formy literackie, takie niby-eseje do rubryki „Refleksje kobiety” w piśmie średnio ambitnym. Refleksje kobiety. Jestem kobietą żyjącą w sposób na tyle specyficzny, że nie powinnam wypowiadać się w imieniu innych kobiet. Jednak to mnie zaproponowano współpracę uznając, że to ja mam coś do przekazania innym kobietom i płacąc mi za to przekazywanie w sumie całkiem nieźle. Przyjemne z pożytecznym. Ja przekazuje to, co chcę przekazać i dostaję za to pieniądze, oni mają swój esej i swoją rubrykę, podobno cieszącą się całkiem dużą popularnością wśród czytelniczek. Gdyby równie dużą popularnością cieszyły się moje lekcje! Piszę też eseje do jednego z pism filozoficznych, propagujących teksty feministyczne. Zupełnie nie rozumiem dlaczego uznano mnie za reprezentantkę ideologii feministycznej, skoro moje poglądy skłaniają się raczej ku emancypacji niż radykalnemu feminizmowi. Może to próba poruszania treści związanych z ideologią w sposób łagodny? Może jestem bardziej zachowawcza niż inne twórczynie? Może to z racji socjologicznego wykształcenia albo heteroseksualności? Czy pismo równie chętnie drukowałoby moje teksty gdybym poruszała w nim tematy uznane za drażliwe? Trzeba będzie spróbować... Dodatkowo piszę doktorat, choć biorąc pod uwagę nakład czasu i energii mogłabym powiedzieć, że piszę go przede wszystkim. Jednak odgrywa w mym życiu mniejszą rolę niż proza, wiersze i obrazy. Badam w nim to, co straci na aktualności zanim skończę swe badania – zdrowienie z uzależnienia chemicznego. Dziś gdy kończę badania moi podopieczni zapewne wspominają nasze spotkania przy trzeciej butelce dynksu. Nielicznym uda się wygrać walkę o życie. Po co mi doktorat w szkole pomaturalnej? Liczę na to, że nowy przedrostek przed nazwiskiem umożliwi mi pozostanie w mej belferskiej pracy... Ukochanej do bólu, uprawianej do obrzydzenia, w warunkach godnych politowania. Zawodu nauczyciela nie wykonuje się przecież dla pieniędzy, wykonuje się go z potrzeby serca a nie potrzeby żołądka. Praca w dwóch miejscach jednocześnie pozwala mi zaspokoić również potrzeby bardziej żołądkowe. Upodabnia jednak mój styl życia do stylu życia mężczyzny, skutecznie zniechęcając do przyjaźni ze mną ich żony, zajęte opieką nad potomstwem i gospodarstwem domowym. Niezależna kobieta sukcesu częściej budzi lęk wśród kobiet, niż wśród mężczyzn... Mężczyźni. Jedyny pomaga mi stworzyć dom, którego zabrakło mi w dzieciństwie, Nim Dwa – nabrać refleksji i dystansu wobec otaczającego świata (kompensując, nie/kompensując ojca), kontakt ze współpodróżnym pozwala zrozumieć samą siebie. Jest jeszcze Miau – drobny, czarny kot-intelektualista nie opuszczający mnie na krok, gdy tylko jestem w domu i trącający nosem w łydkę gdy ośmielam się wyjąć dłoń z jego sierści. Brakuje kobiety. Kobiety przyjaciółki, może nawet kochanki? Żyję jak mężczyzna, rozdarta pomiędzy dwoma etatami, pisaniem doktoratu, literatury, malowaniem, miłością do Jedynego i Nim Dwa, mój styl życia nie zawsze budzi aprobatę kobiet. Koleżanki mające rodziny na taki tryb życia nie mają siły, czasu a często i ochoty. Jestem zatem samotna, choć raczej z wyboru niż splotu życiowych okoliczności. Wolę towarzystwo książek i obrazów niż ludzi. Jestem nietowarzyska – ludzie w przeważającej większości drażnią mnie swą koncentracją na sprawach przyziemnych. Zarobić, kupić, zjeść, wymienić na nowsze, jakich nikt nie ma, wyrzucić nie do końca zużyte. Unikam licytacji kto co ma, co mam ja, co mają inni, nie jest mi do niczego potrzebna. Skupiam się na wnętrzu a nie na zewnętrzności. Konsumpcjonizm życia przeraża mnie, podobnie jak bieda; w dążeniu do godnego życia staram się nie popadać w jedno ani w drugie. Żyć w sposób świadomy, zastanawiając się co chcę w życiu osiągnąć i dążąc do osiągania zamierzeń. Mam kilku bliskich przyjaciół, życzliwych mi, złośliwych wobec otoczenia, przeintelektualizowanych twórców czego się da. Wolących być niż mieć, choć nie-fanatycznie, skłaniających się ku umiarkowanym dobrom materialnym, nie-materialistów dążących do godziwego życia, rozrzuconych po kraju introwertyków pochłoniętych własną twórczością, nieco zarozumiałych, niedostosowanych do reguł rządzących we współczesnym świecie; patrzących na świat z nutką ironii i opisujących go z sarkazmem podobnym do mojego. Niedostosowanie samotnej z wyboru intelektualistki, nie-konsumentki, szukającej samej siebie. Kiedy zaczęłam szukać siebie? Chyba wówczas – tej zimowej, mroźnej nocy, kilka dni przed nastaniem końca wieku, kiedy samotna podróżowałam brudnym podmiejskim autobusem po postindustrialnym mieście... Nigdy nie myślałam, że poznam kogoś interesującego w tak banalnym miejscu. Sam sposób poznania nie był zły, jednak niewłaściwe wydało mi się samo miejsce. Miejski brudny autobus, toczący się zakorkowaną ulicą. Było w nim jednak coś. To coś zapowiadało życiowy przełom. Mające nadejść wydarzenie zmieniające moje postrzeganie rzeczywistości. A może tak działała na mnie świadomość zbliżającego się końca wieku i jednoczesne oddalenie od domu? Rzeczywistość zdawała się mało interesująca. Stojący tłumnie pasażerowie patrzyli na siebie agresywnie. Ich twarze ściągał grymas niezadowolenia z życia i poczucia obowiązku sprostania niezbyt odpowiadającym im normom moralnym. Zdawali się jednak niezdolni do zmiany swego żywota. Ciężko byłoby dziś ustalić przyczynę ich tłumionej agresji. Przypuszczam, że wywoływały ją przypadkowe zetknięcia ciał. Ciał wpadających na siebie wzajemnie podczas zakrętów i naruszających indywidualną granicę intymności. Ciał obijających się o oblodzoną szybę, na której mróz niedbale namalował zygzakowate szlaki. Mając do wyboru otarcie swego opatulonego do granic niemożliwości ciała o tak samo opatulone ciało nieznanego mi osobnika, albo metalowy pręt i okno, postanawiam wybrać to drugie. Dotyk obcego – nieznanego mi człowieka naruszyłby me intymne granice. Czynność tą rezerwuję dla przyjaciół bądź kochanka. Przytulam się do pręta. Staram się odwrócić swą uwagę od ludzkiej masy i skoncentrować ją na obserwacji oblodzonej drogi. W takiej chwili jak ta najbardziej boję się samochodowej kraksy. Kraksy jednoczącej me tkanki z tkankami bezpłciowego tłumu. Koszmarną wizję przerywa cichy, ciepły głos: - Obiecaj, że nigdy nie staniesz się taka jak oni. Odwracam się. Głos. Do kogo należy? Odziany w zieloną kurtkę, ciemnowłosy mężczyzna w niewielkich okularach uśmiecha się ciepło. - Niemożliwe by wiedział o czym myślę i w zasadzie dlaczego mam składać jakiekolwiek obietnicę temu współpasażerowi? - zastanawiam się. Nie wiedząc czemu odpowiadam: - Nie, nie stanę się taka jak oni. Przecież ty już o tym wiesz. Dlaczego odpowiedziałam na tak niekonwencjonalną zaczepkę? Dziś myśląc o tej sytuacji, mającej miejsce zaledwie przed dwoma laty nie potrafię tego powiedzieć. Może marzę o współbyciu z kimś podobnym do mnie? Przyglądam się nieznajomej postaci i czekam na dalszy rozwój wypadków. Jest wysoki i barczysty. Mój ideał mężczyzny. Ideał mężczyzny kobiety, która dzikie zwierzęta może pokonać sama, a mięso kupić w przydrożnym supermarkecie. Współpasażer ma ciemne oczy. Życzliwym uśmiechem wzbudza zaufanie. A może jest psychopatycznym mordercą albo gwałcicielem poszukującym ofiar w autobusie? – daje o sobie znać moje paranoiczno-obsesyjne usposobienie. Nie wygląda jednak na kryminalistę. Jeśli już to na poszukiwacza. Słowo poszukiwacz, które przychodzi mi do głowy znów wywołuje natłok myśli. Może szuka przygód? Nie, ja nie nadaję się do kilkudniowej znajomości erotycznej. Angażuję się, szukam porozumienia, duchowej bliskości. Niech to szlag! Patrzy na mnie, pewnie zaraz się odezwie... - Nie bój się, szukam tylko kogoś innego niż wszyscy. Kogoś z kim mógłbym porozmawiać – tłumaczy wywołując w mojej głowie swoisty atak paniki. Wie o czym myślę? Może on jest tylko wytworem mojej wyobraźni? Zwariowałam dążąc do doskonalenia umysłu? Przeładował mi się mózg i mam wizje? Trafię do szpitala psychiatrycznego? Spróbuję odpowiedzieć. O tak! To dobry sposób. Okaże się, że jego nie ma, a ja mówię do siebie. - Dlaczego uważasz, że jestem inna i jaki punkt odniesienia przyjmujemy? Zamiast odpowiedzieć uśmiecha się. Dotykając mojego policzka wzbudza niezdrowe zainteresowanie przyglądających się nam współpasażerów. Swym dotykiem wprawia mnie w zakłopotanie. Nie jestem przyzwyczajona do poufałych zachowań ze strony nieznajomych mi osób. Mężczyźni obawiają się mnie i zachowują nieśmiało. Zachowanie to jednak odpowiada mi aż nadto. Widać pozostaje tylko kwestią braku przyzwyczajenia. Mam ochotę przytulić się do jego masywnej klatki piersiowej. Możliwe jest, że dotyk taki wzbudziłby nie poczucie bezpieczeństwa lecz seksualne pożądanie. Postanawiam nie ryzykować, przynajmniej jeszcze nie teraz, gdy chwilowe poczucie bliskości nader szybko okazać się może złudą. - Popatrz na siebie. Uważasz, że przypominasz tamtych ludzi? Stwierdza nazbyt głośno, obrzucony piorunującym wzrokiem kobiety w różowym berecie i białej znoszonej kurtce. Beżowe włosy stanowią kontrast dla jej ciemnej karnacji, spalone trwałą kosmyki dumnie sterczą spod opadającego na czoło beretu, jaskrawo zielony makijaż wyraźnie nie pasuje kolorystycznie do różowego nakrycia głowy. W jej postaci wszystko zdaje się do siebie niepasować. Wygląd do ubrania, ubranie do figury, rysy twarzy do makijażu, spojrzenie do sytuacji. Patrzę na nią. Czy faktycznie różnię się od niej? Jestem młodsza, mam bardziej wyraziste spojrzenie, nadmiar energii; ale to jedyne cechy jakie mógł dostrzec znając mnie od dziesięciu minut. - A czym różnię się według ciebie? Zdanie to wypowiadam wolno, przeciągle, z nutką refleksji, zastanawiając jednocześnie jak ma na imię. - Maciek – przedstawia się (cholera! zaczynam się bać znów to imię, prześladuje mnie czy co?) – Ty jesteś żywa, a oni nie wiedzą, że są martwi – wyjaśnia spokojnie. No tak! Pewnie niezrealizowany poeta, muzyk, filozof albo mistyk z głową w chmurach. Powinnam od razu uciec tam, gdzie rośnie przysłowiowy pieprz, zanim zdążę się zakochać. I dowiem się później, że jest narkomanem, alkoholikiem, hazardzistą albo ma przynajmniej schizofrenię. Myślę w miarę racjonalnie, lecz jakoś nie kwapię się do ucieczki. Maciek sprawia wrażenie interesującego. Jeżeli spławię go szybko nie będę miała żalu do siebie, że znów uciekłam przed czymś, co mogło okazać się interesujące. - Ja też jestem martwa – oznajmiam chwytając się pręta. Autobus hamuje gwałtownie. Czyżby kierowca nie lubił kłamców? I jak na to zareagujesz Panie Intelektualisto? Dlaczego to robię? Przecież równie silnie obawiam się uczuć, jak ich pragnę. Czyżbym sądziła, że pozostanie w mej skorupie chroni mnie przed zranieniem? - Kłamiesz! Wysiadam z Tobą! Nie tylko nie to! Kręcąc się nerwowo spoglądam na twarze pasażerów. Może któryś z nich mnie uratuje, jeśli mój nowy towarzysz faktycznie okaże się kryminalistą? Twarze wydają się pozbawione emocji. Bezmyślne. Żyją jak żyją, chodzą do nudnej pracy, karmią szarawe potomstwo, rozmawiają o zakupach, narzekają na swój los. - Faktycznie martwi – myślę zastanawiając się nas sensem jego wypowiedzi. Dziwne. Mimo kłębiących się w mej głowie myśli o mogących mnie spotkać zagrożeniach (przypominających akcję z policyjnej audycji 997), obecność Maćka zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Oczekuję na kolejny ruch z jego strony, choć koleje rzeczy wskazywałyby na to, iż ruch ten należy do mnie. I znów patrzę na jego twarz. Oczy już znam, ma niewielki regularny nos, ładne usta i kilkudniowy zarost. W zasadzie, używając potocznego języka mogłabym powiedzieć: facet w moim typie. Czy i ja jestem w jego typie? Czemu on się tak zachowuje? Próbuje zawrzeć bliższą znajomość? Wybrał dziwny sposób! Odgrywa starannie wyreżyserowany spektakl? Uda mi się ten spektakl zepsuć swym zachowaniem? Istnieje odpowiednia reakcja publiczności? Nie chce mi się wysilać, myśleć. Żałuję, że nie poznaliśmy się, gdy byłam bardziej odprężona i zrelaksowana. Może w wakacje wypadłabym korzystniej? Głupkowata teza. Co mnie w końcu obchodzi to, co on sobie o mnie pomyśli? Wysiadam. - Hej! – mówię i staram się przepchnąć przez kłębowisko ludzkich ciał, zdających się rozpychać tym bardziej, im skuteczniej staram się przejść. Idę początkowo powoli. Raz po raz częstowana jestem przez współpodróżnych kuksańcem w brzuch. Jak na martwych wydają się pełni wigoru. Wokół roztacza się odór wylanych w nadmiarze perfum i naftaliny. Zimowe płaszcze. Śmierdzący tłum nie reaguje na moje nieśmiałe przepraszam. Każdy z nich – ściśniętych „nazbyt żywych” przesuwa się szukając własnego szczątka podłogi i uchwytu. Nie tolerują zmian. Maciek nie idzie za mną. Czuję lekki żal. Przyzwyczaiłam się do posiadacza zielonej kurtki. Zbieg okoliczności. Znów to imię – Maciek. Nosił je przedwcześnie zmarły hipis-narkoman, mój eks. I ja miałam je nosić. Tak żywotny i ekspansywny w ruchach mógł być tylko płód męski, sądziła moja matka, nim okazałam się płodem żeńskim. Hm, gdzie on się podział? – zastanawiam się. Kończę pokonywać nadmiernie zagęszczoną przestrzeń schodzę ze schodów by zamiast naftaliny wdychać dolatujący zapach mrozu. - Mówiłem, że wysiądę z Tobą! – dobiega z tyłu. - Jak pachnie mróz? – witam go. - Pachnie świeżością, wilgocią, nieprzystępnością... Skąd bierze się we mnie tęsknota za tego typu porozumieniem? Tęsknota istniejąca w dzieciństwie, a później stłumiona przez pragmatyzm? Czy jeśli wracam do pragnień o zespoleniu – nie tyle cielesnym, co duchowym, starzeję się? Czy zespolenia fizycznego mam pod dostatkiem? Wolałabym zwyczajnie pożądać go, pragnąć dotyku sfer intymnych, namiętnych pocałunków składanych na mych piersiach, zubożonych o przelotne czułe muśnięcia warg. Obawiam się przemijającej bliskości; skojarzeń sytuacji z miejscami; dotyku z ciepłem dłoni; poszukiwania cząstki Jego w każdym napotkanym przechodniu... - Dlaczego zapach mrozu kojarzy się z nieprzystępnością? – zastanawiam się. Raczej głośno myślę, niż oczekuję odpowiedzi. - Nie można posiąść tego, co wydaje się zbyt zimne i piękne zarazem w swej lodowatości. Rozgrzana lodowatość roztopi się tracąc pierwotne piękno, posiadanie jej odbierze fascynację tym, co niezdobyte... – kontynuuje – Chodź na kawę. Kilka metrów stąd jest ładny pub. Widzisz tam na rogu... Obok sklepu z odzieżą sportową – dodaje. Nie pasuje do niego pub. Pub nie pasuje też do mnie, ani do całej sytuacji towarzyszącej naszemu wzajemnemu poznaniu się. A jednak idziemy przez zaśnieżony chodnik. Do pubu... Mgła sprawia, że neon widniejący nad tym, co jest wskazanym przez Maćka pubem wygląda na zawieszony w próżni. Reklamowana przezeń nazwa „Afrodyta” wywołuje raczej skojarzenie z niemieckim porno-klubem, niż miejscem w którym moglibyśmy porozmawiać. Blask seledynowego światła odbija się w jego okularach. Przyglądam się im. Korekcyjne szkła przypominają mydlane bańki z dzieciństwa. Czy to wszystko uleci niczym mydlana bańka? Zaglądam w jego oczy. Tak właśnie. Nie patrzę. Zaglądam. Jakbym szukała czegoś, co zgubiłam niedawno. Cząstki samej siebie. Oczy. Są najciekawszym elementem męskiej twarzy, pozwalają domyślać się cech osobowości. W swym spojrzeniu jestem nieco namolna. Ucieka wzrokiem. Palcem lewej ręki wskazuje wejście do pubu. - To idziemy? – pyta ponownie. - Jasne! – mówię. Uchylam drzwi i wchodzimy do środka. Wnętrze lokalu zupełnie nie pasuje do jego nazwy. Zbyt dużo rzeczy nie pasuje do siebie tego wieczoru. Czyżbym składała puzzle z klocków Lego? - Usiądź – stara się zdjąć mi płaszcz. Szarpię się z nim. To mój płaszcz! Sama zdecyduję czy go zdejmę i gdzie powieszę! Zdejmuję i przewieszam przez oparcie sąsiedniego krzesła. - Chcę grzane wino – mówię – Płacę za siebie. - Przesadzasz, ale w porządku. Podchodzi do barmana i przynosisz dwa gliniane kubeczki wina. Obejmuję mój kubek dłońmi, próbując sprowokować Maćka aby na mych dłoniach położył swoje. Wino jest słabo przyprawione, przydałby się odrobina rumu... Ale mamy, co mamy... - Cieplej Ci? - To zależy w jakim sensie... Przynajmniej przestałam patrzeć na ciebie niczym na psychopatycznego mordercę, mającego w zamierzeniu zabić mnie, poćwiartować i skonsumować w sosie z ekologicznie wyhodowanych warzyw – cedzę przez zęby popijając wino. - Dlaczego boisz się mężczyzn? Jesteś sama? Natrętne pytanie. Cóż mam odpowiedzieć? Poszukuje szczerości czy potwierdzenia swej błędnej hipotezy? Nie, nie jestem sama, wręcz przeciwnie. Odkąd pamiętam było wokół mnie zbyt wielu mężczyzn, pojawiających się w najmniej oczekiwanych momentach i fascynujących mnie na tyle, że trudno było mi wybrać jednego. „Jedyny” został wybrany. Jednak obok świata tworzonego przez naszą przenikającą się wzajemność jest jeszcze „Ten Drugi”. - Nie, choć czasem chciałabym poczuć jak to jest. - Chcesz? Opowiem Ci. Wstajesz rano z łóżka i zastanawiasz się jak przeżyć dzień, w którym nikt nie pragnie twego dotyku, spojrzenia, słowa. Masz ochotę przytulić się do nieznajomych kobiet, aby poczuć zapach ich skóry. Poczuć bliskość drugiego człowieka... - Przestań. Chyba nie chcę słuchać – przerywam. Jego słowa zaczynają pobudzać mą erotyczną wyobraźnię. Nie jestem w stanie i tak zrozumieć tych pragnień. Nie pamiętam kiedy byłam sama. Obok mnie przeważnie był mężczyzna. Początkowo jako przedmiot młodzieńczej fascynacji, później nie tylko. Upływ czasu wzbogacał relacje. Jak on to robi? – myślę. Czy możliwe jest aby nie miał partnerki? Czy potrafilibyśmy się porozumieć? Co powiedziałby „Ten Jedyny” i „Ten Drugi”? Jak zareagowałby na trzecią pozycję w uczuciowej hierarchii? Po co się nad tym zastanawiam? Jeszcze mi mało? Czuję jak wypalam się emocjonalnie. Chcę przeżywać uczucia, wspierać, dawać siebie, kochać... Tak, aby żaden z nich nie czuł się pokrzywdzony. Zaczyna brakować siebie dla mnie. Żyję jak schizofreniczka. Świadomość dokonania wyboru przeraża mnie. Chcę być z tym, z kim aktualnie przebywam, przebywając z jednym zastanawiam się, co dzieje się z tym, który czeka... Monogamia zabiera mi tlen, poligamia mnie niszczy. Dotyk, pocałunek, powolne odkrywanie poszczególnych fragmentów ciała, smakowanie i wąchanie skóry, ukojenie napiętej intymności. Czy miałabym nie poczuć tego nigdy więcej? Nigdy po raz pierwszy? - Chciałem tylko opowiedzieć, abyś nie musiała sprawdzać – zaznacza, przekładając nieco nerwowym ruchem palec przez płomień dopalającej się świeczki. - Dlaczego zatem nie zwiążesz się z kimś, jeśli brak tego kogoś tak ci przeszkadza? - Próbuję, lecz po pewnym czasie przychodzi rutyna. Marazm. Zniechęcenie. Czuję jakbym gnił od wewnątrz, umierał. A ja chcę żyć. Może za bardzo... Rozumiem. Mnie też nuży długotrwałe przebywanie z jednym człowiekiem. Stały kontakt z indywiduami ludzkimi, pozwala poznać różnorodność osobowości, wielorakość perspektyw postrzegania. Opinie dopełniają się wzajemnie. Jednak potrzebuję pewnej stałości, bezpieczeństwa, dłoni podającej kubek z kawą. Człowieka akceptującego me poranne chandry, zespoły napięć przedmiesiączkowych, wzmożone potrzeby seksualne podczas owulacji. Przystani, do której wpłynę niczym jacht strudzony długotrwałym rejsem. Przystani, z której nie wypłynę zbyt szybko rozkoszując się keją w porcie. - A wolne związki? - Szukałaś kiedyś pełnego zjednoczenia umysłów i zespolenia ciał z kimś, nie pozwalając przekroczyć granic psychicznej intymności? – spod okularów zerka na moją twarz. - W zasadzie szukam ciągle, właśnie w tym sęk. Boję się, że znajdę i zburzy to moje poczucie kontroli nad sobą, pragmatyzm, opanowanie, by okazać się złudzeniem. Odejdzie burząc mą równowagę. Pozostawi wszystko to, co było wcześniej, takim, jakim nie było nigdy przedtem. Też mi dialog nieznajomych w barze! Zupełnie jak przeintelektualizowane dialogi z późnych filmów Woody Allena. Tyle, że w scenerii raczej przypominającej komedie Stanisława Barei. Może nawet „Poszukiwany, poszukiwana”? Nie, sądząc po składni mego ostatniego zdania to raczej „Rejs”. Napiłabym się jeszcze wina. Powiedzieć mu o tym, czy wstać i podejść do barmana? Jak się zachować? Przynieść także jemu, czy nie… Zerkam na kubek sąsiadujący z moim – jest prawie pusty. Mam szansę na dolewkę. - Zwiąż się ze mną – rzuca przez ramię – Jesteś sama? – ponawia pytanie. Nie czekając na odpowiedź dodaje: - Wyglądasz jakbyś była. Chodzi o zachowanie – poprawia obserwując mój niepokój – a nie wygląd zewnętrzny. - Jestem z Nim i jeszcze z Nim Drugim. - A... Nimm 2 jak cukierki – upewnia się. - Tak, ale znacznie mniej słodkie. - Z aspartamem? - Nie, produkowane w ciężkich czasach, gdy cukier był na kartki. - Hm, zależy Ci na kimś? Dobre pytanie. Tylko na kim? - Raczej tak – odpowiadam – Raczej… Idiotyczne słowo, co? Czy życiem może rządzić „raczej” wskazujące na przypadkowość? - Przypadkowość pozwala odkrywać w sobie pasję, poszukiwać tworząc sens tego, co jest życiem. Spróbuj więc brać to, co niesie ze sobą. Nie zawsze trzeba planować, opracowywać strategię, dążyć powoli do celu. Lecz co oznacza „raczej” zależy? Sądząc po ruchu ust, skupionych, lekko rozwartych z wysuniętą górną wargą oczekuje ode mnie równie wyważonej odpowiedzi. Wyraźnie poszukuje słów pobudzających umysł do intelektualnej refleksji. Czuję w głowie pustkę. Praca nad doktoratem, zmiana klimatu i postindustrialny miejski krajobraz wyczerpują mnie. Co mam odpowiedzieć? - Zależy mi na bliskości, stabilizacji, bezpieczeństwie, rozmowie, dotyku… – wyliczam. - Jego czy Jego? - Obu. Mam nadzieję, że nie robisz badań do pracy naukowej? - Nie. Interesują mnie ludzie. - Zawodowo? – próbuję ustalić kim jest. - W pewnym sensie. Denerwuję się nie mogąc go poznać, przeniknąć, przewidzieć. Intuicja umożliwia mi wczuwanie się w psychikę innych, drążenie jej i przewidywanie ciągu następujących po sobie zachowań. Wielokrotnie wykorzystywałam tę umiejętność do własnych celów. Jako nastolatka ćwiczyłam ją na tym, co kilka lat później stało się miało mężczyznami. Infantylne próby dowartościowania się miały istotny walor edukacyjny – pozyskanie umiejętności drążenia innych. - Pracujesz? - Tak, jestem psychologiem-teoretykiem. - A konkretnie? – nie daję za wygraną. - Katedra Psychologii w miejscowym Uniwersytecie. Uspokoiłaś się trochę? Przecież psycholog nie może być psychopatycznym mordercą, nawet jeśli korzysta z dobrodziejstw biofilnej żywności aby zachować mądrość i urodę – uśmiecha się znowu. Lubię odwzajemniać czyjś uśmiech. Rzadko śmieję się pierwsza. Nigdy nie uśmiecham sztucznie. Sztuczność wygięcia warg w półokrągły łuk rozpoznałby w mym przypadku nawet niedowidzący, wygląda na eksponowanie opuchlizny powstałej w wyniku zapalenia dziąseł. Kiedy kogoś lubię uśmiecham się ustami i wzrokiem. Szeroko otwieram oczy, a w ich kącikach tworzą się wgłębienia. Oczy nabierają blasku, policzki różowieją i unoszą się ku górze, przydając mej twarzy pucołowatości. Jego uśmiech jest podobny. Wspólny, szczery, jednoczy nas wzbudzając bliskość. Pozwala rozkoszować się poczuciem zrozumienia. Czyni cieplejszymi rysy twarzy, nadając jej zdrowy, odprężony wygląd. Człowiek potrafiący śmiać się całym ciałem emanuje wewnętrznym ciepłem i łagodnością, przyciągając niczym magnes osobniki kochające życie. - Chyba nigdy nie czytałeś horrorów! Mordercą zazwyczaj jest osoba budząca sympatię oraz zaufanie czytelnika. Później okazuje się istotą głęboko nieszczęśliwą, skrzywdzoną w dzieciństwie... No proszę jeszcze nawet pamiętam niektóre treści – myślę i mówię dalej zmieniając wątek: - Dawno, dawno temu w baśniowej krainie zwanej biurem, w której najpiękniejsza księżniczka w przeciągu tygodnia zamieniała się w ropuchę (jej królewicz zapił się w godzinach pracy – oddając tym samym hołd Ustawie o Wychowaniu w Trzeźwości i Przeciwdziałaniu Alkoholizmowi) siedziała sobie (czytając w szufladzie biurka tandetne horrory) łabędzica zamieniona w brzydkie kaczątko. Epizod życiowy, jak i zainteresowanie wspomnianą lekturą – tłumaczę. - Opowiedz jeszcze – prosi. - O horrorach…? - Nie, o krainie zwanej biurem, a raczej łabędzicy w niej pływającej. - To była kraina łez. Kraina przegranego życia wielu ludzkich istnień. Na czele tej krainy stał nieporadny miś sfrustrowany tym, że nie może być groźnym niedźwiedziem. Postanowił jednak niedźwiedzia udawać, choć długotrwale udawanie nużyło leniwego jegomościa. - Nie zmieniaj tematu, miało być o łabędzicy i o jej metamorfozie odwrotnej niż w baśni Andersena – ucina, nie pozwalając mi tym samym na emocjonalną ucieczkę – Łabędzie nie szukają schronienia w zanieczyszczonej wodzie i nie dają się przemienić w brzydkie kaczątka. - Sama nie wiem skąd przybyła łabędzica. Czy faktycznie nią była? Czy też tylko tak jej się zdawało? Mierziła ją bylejakość, bezmyślność, udawanie, pozory, obłuda. Stworzyła świat alternatywny wobec świata istniejącego realnie. Jej światem była wiedza. Wiedza dawała możliwość rozwoju. Samodoskonalenie nadawało spojrzeniu pewną ostrość, wyrazistość, ta zaś ochraniała przed bylejakością, lecz uniemożliwiała przystosowanie. Przystosowanie byłoby akceptacją normalności. Normalność była byle jaka. - I po odrzuceniu bylejakości łabędzica znalazła się w jej otoczeniu? - Tak. Wierzyła w moc rozumu. Szukając własnego miejsca na ziemi pozbawiona została układów z ludźmi mogącymi zapewnić jej życie w innej krainie. - Problemy z utrzymaniem? Teraz, gdy dla odmiany ja staram się dostosować do stworzonego przez współpodróżnego klimatu rozmowy przesyconej pierwiastkiem tajemniczości, on kieruje rozmowę na tory realizmu. Czyżbyśmy mieli dyskutować jak Oni – współpasażerowie autobusu, do których w złożonej jemu obietnicy mam się nie upodabniać? - Nadal tam pracujesz? – dopytuje dalej. - Nie, choć było to jedno z ciekawszych doświadczeń w mym życiu. Napiłabym się jeszcze wina, gdybyś je zamówił. Rysuję palcem na szklance kółka, by zwrócić uwagę na swą dłoń. Podobno z dłoni człowieka można dużo wyczytać, choć jakoś tego nie umiem. - Zamówię wino jeśli będziesz mówić dalej. Kim ty do licha jesteś, żeby stawiać mi warunki? Mężczyznom często towarzyszy przekonania, że mają prawo komentować walory cielesne i intelektualne znajomych im kobiet. Jakby sami byli doskonali! Doprowadzają mnie tym do szału. Zachowuję się wtedy tak, aby poszło im w przysłowiowe pięty. - Będę kontynuować, jeśli dostanę wino. No! Teraz przynajmniej zachowałam się jak przystało, choć raczej na pijaczkę niż feministkę. Widać długotrwałe obcowanie z alkoholikami czegoś mnie nauczyło. - Pół kubka za pół opowieści – proponuje kompromis. Rozglądamy się oboje za barmanem, rozbawieni pierwszą próbą sił. Testuję go niczym mydło. Będzie bronił swych racji, czy jak wspomniane mydło zrobi się oślizły? Lubię mężczyzn wrażliwych i delikatnych androgynicznych lub żeńskich, nie cierpię jednak mężczyzn bezrozumnie podporządkowujących się mej woli. - Gdybym została w tej krainie, nie byłabym tym, kim dziś jestem. Zabiłaby mnie własna frustracja, życie obok miernoty. Łabędź w krainie miernoty traci pióra, usychają mu skrzydła, a skóra przybiera szarą barwę. Łabędzicy udało się odlecieć. Starczyło jej sił, by wznieść się do góry. Kiwa głową. Swym psychologicznym wykształceniem wzbudza mój niepokój. Czy jego potakiwanie to efekt wyćwiczonych umiejętności interpersonalnych, czy rozumiesz mnie naprawdę? - Przecież podawałaś się w autobusie za sfrustrowaną panią domu! – wypomina mi kłamstwo. Ton jego głosu nie wyraża gniewu. Jest raczej rozbawiony moją nieudolną próbą oszustwa. A ja? I tak zachowałam się szczerze. Częściej przedstawiam się jako Kasia pracująca w supermarkecie, a w dalszej części dialogu udaję „słodką idiotkę”. Napotkani mężczyźni puszą się wówczas niczym przysłowiowe pawie, udając bardziej inteligentnych niż są w rzeczywistości. Używają nierozumianych przez siebie słów. Zabawa gwarantowana. Nie jestem w zabawie tej osamotniona. Podobnej oddawała się Simone de Beauvoir, udając w miejskich barach prostytutkę. Była jednak bardziej nieudolna w tej roli niż ja jako Kasia – ekspedientka. - Chciałam Cię spławić. Poza tym była to półprawda (jeżeli Boy-Żeleński mógł pisać o półdziewicach, ja mogę mówić półprawdy). Teraz twoja kolej. Ja oddam się rozkoszy popijania wina… Na słowa oddam się rozkoszy, spogląda na mnie i charakterystycznie się uśmiecha. Kobiety rzadko wyrażają erotyczne zainteresowanie w sposób tak bezpośredni. Wysyłają niejednoznaczne sygnały. Subtelnie patrzą w oczy, delikatnie kołyszą biodrami, gestykulują trzymając dłonie na poziomie piersi, przypadkiem kładą dłoń na ramieniu. Sygnały erotycznego zainteresowania. Jakby tkwiła w nich jakaś ambiwalencja. Pragnienie zwabienia mężczyzny w celu miłosnych igraszek i możliwość odczytania sygnałów jako splotu przyjacielskich gestów... - Ostatecznie to ty chciałeś porozmawiać – dodaję. - Tak, to prawda – wpatruje się w drewniany blat stolika – Zawsze jednak, w takiej chwili, przeważnie, albo raczej prawie zawsze… – plącze się lub próbuje znaleźć w pamięci jakieś słowo mogące posłużyć do opisu sytuacji – Mam pewne obawy, ze zepsuję coś…, albo powiem nie to, co bym chciał – zaczyna. - Wolisz rozmawiać o zapachu mrozu niż o sobie? - Zdecydowanie tak. - Długo tu mieszkasz? - Od kilku lat. Pochodzę z małego miasteczka w północno-wschodniej części kraju. Krainy może nie odchodów, lecz ludzkiej małostkowości, drobiazgowości, ciemnoty, której specyfiki nie dostrzegałem, dopóki tu nie przyjechałem. - Mały chłopczyk ujrzał wielki świat? – pytam złośliwie. - Tak i przekonał się, że nie może wrócić. Czasami zazdroszczę ludziom prostoty ich rozumowania, pewnego uporządkowania życia, braku poszukiwań. Poszukuję czegoś nieznanego, co istnieje lecz w postaci i miejscu nieznanej lub niedostępnej mi. Wciąż szukam, dlatego życie zawsze wydaje się niepełne, nie mogę jednak znaleźć – uderza ręką o rękę. Gestykulując sprawia wrażenie jakby zamierzał wyrwać sobie palce. Wydajez mi się teraz bardzo bliski. Wieczne poszukiwanie, dążenie do odnalezienia tego co lepsze, chwilowe zadowolenie z tego co zdobyte nakazuje mi żyć w nieustannym biegu. Poszukiwanie pobudza wyobraźnię, podnosi ciśnienie, przyspiesza rytm serca… Puk! Puk! Znaleźć, gonić, dążyć. Poszukiwanie wiedzy, pasji do jej zdobywania, zmysłowej rozkoszy, duchowej bliskości ze stworzeniem podobnym (lustrzanym odbiciem?) mnie samej. Równoczesne dążenie do wielu rzeczy męczy niedoskonałością w ich osiąganiu. Pasja tworzenia i chęć zdobywania wiedzy – zaburza relacje z mężczyznami. Brakuje energii na duchową bliskość, bez której więź intymna momentalnie zamienia się w prozaiczne rżnięcie, wywołując uczucie emocjonalnego niedosytu. Koncentracja na tworzeniu więzi nuży monotonią, której nie jest w stanie zlikwidować najlepszy seks. Zostaje poczucie niespełnienia, pustki. Czy gdybym odeszła od stałego partnera i związała się na stałe z Nim Dwa zniknęłoby? A gdybym zrezygnowała z Nim Dwa na rzecz bliskości ze stałym partnerem, czułabym większe spełnienie? Co stałoby się gdybym uległa fascynacji Twą osobą, mój współtowarzyszu autobusowej podróży uciekający z prowincji ku wielkiemu światu? Czy gdybym spotkała kogoś fascynującego mnie swą osobowością, drugiego poszukiwacza, poprzestałabym na monogamii? Gdybym spotkała kogoś? Tylko kogo? I czy nadmiar życia w symbiozie z obiektem tak intensywnych uczuć nie spowodowałoby mego zaduszenia ich oparami? - Czy wiesz czego poszukujesz? – wracam myślami i słowem do naszego stolika. - Nie, do końca nie wiem. Skonkretyzowanie mych poszukiwań wymagałoby wiedzy o ich możliwych rezultatach. - Zakładasz, że nie jesteśmy w stanie szukać skutecznie czegoś, co do istnienia czego brakuje nam pewności? - Tak właśnie. - Ale czy wówczas odnalezienie pozostaje możliwe do osiągnięcia i po czym je poznać? Skoro tak łatwo przeoczyć w nieświadomości? Jego koncepcja wywołuje moje zdumienie, jest odmienna od mych przemyśleń. - Może po euforii towarzyszącej przypadkowemu osiągnięciu czynności pozornie prowadzącej do innej. Czynności będącej jedynie ogniwem – wyraźnie ożywiony poprawia kosmyk włosów. Ten gest znamienny jest raczej kobiecie niż mężczyźnie. Kobieta jednak wykonałaby go inaczej, przeczesując czuprynę dłonią i przez palce odrzucając do tyłu miękkie kosmyki. Pamiętam niekonwencjonalną reakcję jednego z moich kolegów, odczytującego kiedyś taki sygnał jako zachęcający do seksualnego zespolenia. Może powinnam wykonać podobny? W twym wypadku gest ten nie ma na celu prowokacji, wyraża raczej skupienie. Bez celu zerkam na zegarek. Nie śpieszę się, bo nie mam dokąd się śpieszyć. W hotelu nie czeka na mnie nikt. Portierka poszła już spać, łóżko poraża przesadną pustką – Nim Dwa przyjedzie pojutrze. Jedynie myśl o ciepłej kąpieli wydaje się optymistyczna. Samotna kąpiel w mroźną noc. Nie do końca jest tym czego pragnę po ciężkim dniu. - Śpieszysz się? - W zasadzie nie. Wybiła północ. Siedzimy w tym pubie prawie sześć godzin. Zamawiamy kolejne porcje grzanego wina, a ja nie czuję się nawet lekko podcięta. Jak zareagowałby Nim Dwa na to spotkanie? Jest zazdrosny, choć starannie zazdrość swą ukrywa. Powolne odcinanie emocjonalnej pępowiny pozwala mi spoglądać na mężczyzn. Mężczyzn innych niż On. Nim Dwa. Kilka lat temu zafascynował mnie tak, że przestałam dostrzegać nie tylko ich, lecz cały otaczający mnie świat. Jego zazdrość przeraża mnie. Jedyny rzadko ją uzewnętrznia. Czasem mam wrażenie, że swą szczerością sprawiam mu ból. Obiecałam, choć bardziej sobie niż Jemu, że nasz związek nie będzie oparty na kłamstwie. Nawet jeśli prawdomówność poranić miałaby nas wzajemnie. I trwamy w tym. Kochając się i drapiąc. Drapiąc się i kochając. Oswoiłam się z myślą, że może tej nocy splata swe ciało z innym ciałem. Ciałem nie moim. Nie potrafiłabym być z kimś, kto kłamie. Kłamstwo niszczy bliskość. Wierność zabija pożądanie. Prawidłowość znana z autopsji, czy z filmu Andrzeja Żuławskiego? Pamiętasz Czytelniku fabułę? Ona – Mąż – On Drugi i pożądanie. Bajka bez morału. To wierność zniszczyła małżeńską miłość, zdrada zapewne pozwoliłaby ją zachować. Kino moralnego niepokoju? Czy kino obalające podwójną moralność? Nim Dwa. Nie akceptuję jego zazdrości. Nie potrafię jednak odejść – już ani jeszcze. Jako stała partnerka nie jestem wierna. Jeśli jestem niewierna czynię to zatem dla dobra mego małżeństwa. Piękna teza. Proszę o oklaski. - Dlaczego nerwowo zerkasz na zegarek? - Może wynika to z pędu, w którym ostatnio żyję. To, że siedzę i rozmawiam z Tobą wydaje mi się nierzeczywiste. - Masz jakieś plany na kolejne dni? Nie jesteś z tego miasta – stwierdza bębniąc palcami prawej ręki o blat stołu . - Moje miasto jest mniej industrialne. Mniejsze. Bardziej przytulne. Plany? Skorzystam z biblioteki, a pojutrze wrócę z Nim Dwa do domu. - Przyjeżdża żeby odebrać Cię i odwieźć do Tego Jedynego? - Będzie załatwiał swoje sprawy – tłumaczę. Myślę o swej przesadnej szczerości. Niepotrzebnej? Współpodróżny podoba mi się. Gdybym nie wdawała się w szczegóły dotyczące mojego życia miałabym szansę odnaleźć w nim to coś, czego szukam w nich obu? Może spróbowalibyśmy wspólnie osiągnąć psychiczno-cielesne zjednoczenie. Gdyby, gdybym, gdybyś! Ot takie sobie niepotrzebne nikomu gdybanie! Tę partię gry przegrałam na starcie. Co o tym zadecydowało? Brak rozwagi? Nadmierne rozpychanie się pionków na poszarzałej nieco papierowej planszy? Przedwczesne ukazanie układu talii kart współgraczowi-współpasażerowi? - Wracając do rozważanej przez nas koncepcji poznania odczuwam euforię. Może to oznaczać nadzieję na odnalezienie. Nadzieja może jednak wynikać ze zmęczenia spowodowanego brakiem przystanku – zauważam – Przeproszę Cię na chwilę. Skorzystam z toalety, a potem pójdę. Jeśli chciałbyś mnie odprowadzić… – zniżam głos nieśmiało – zrób to. Przeraża mnie myśl o zmianie mojego na pozór uporządkowanego życia. Uporządkowanie zdaje się dawać mi poczucie bezpieczeństwa, choć nuży marazmem, rutyną i prostotą. Na znużenie nie potrafię znaleźć lekarstwa. Nim Dwa zdający się początkowo lekarstwem na rutynę pogmatwał codzienność. Uczucie pojawiło się niepotrzebnie. Wtargnęło niczym nieproszony gość zostawiający błotniste ślady na świeżo wypranej wykładzinie. Odtrącaliśmy je oboje. W tym staliśmy się zgodni. Moje poczucie fascynacji jego intelektem okazało się być równe poczuciu Jego zazdrości. Zazdrości o mężczyzn, której nie umiem zaakceptować. Nie przewidziałam jej, nie zaplanowałam – nie mając doświadczenia w relacjach poligamicznych. Męczy mnie. On zaś obawia się tego, że znajdę kogoś, kto zdoła zafascynować mnie bardziej. Inaczej. Głębiej. Okaże się sprawniejszy seksualnie (Obrzydliwe słowo „sprawniejszy” brzmi jak żywcem wyjęte z poradnika metodycznego zucha. Zuchu! Chcesz zdobyć sprawność w tym zakresie? Ćwicz chłopie! Doskonal się! Używaj rozkoszy!). Nie, nie chodzi tu o sprawność seksualną, szukając zaspokojenia cielesnego uwiodłabym kogokolwiek. Słowa działają na mnie silniej niż dotyk. Mądrość jest afrodyzjakiem silniejszym niż ostrygi. Pragnienie zespolenia niszczy jednak zazdrość. Zazdrość Nim Dwa. Uczucie przygniecione jej ciężarem dogasa, niczym płomień świecy niepotrzebnie polewany strumieniem wody. Obecność Drugiego sprawia, że brakuje mi poczucia stabilizacji. Pragnienie stabilizacji w mym poszukiwaniu równe jest nienawiści w znalezieniu. Nie potrafię wybrać pomiędzy Nimi. Staję się coraz bardziej zła, że wplątałam się w tę sytuację. Rozterki współczesnej prawie trzydziestolatki. Myśli kłębią mi się w głowie. Uderzają jedna o drugą niczym chmury płynące po niebie przed zbliżającym się deszczem. Szukając toalety, napotykam znużony wzrok barmana. Nadszedł czas końca. Pora rozejść się do domów i zapomnieć o spotkaniu. On nie pragnie zapomnienia, tak samo jak ja. Nakłada płaszcz i wstaje pytając: - Już idziemy? - Tak, już pora. Idziemy w stronę hotelu. Milczymy, poszukując jedności nie w słowach, lecz w ich braku. Stąpamy, krok po kroku. Obserwuję neony industrialnego miasta. Patrzę na bloki od których echem odbija się odgłos naszych kroków. Nie mogłabym tu mieszkać. Zbyt mało jezior, zieleni drzew, zapachu trawy. Zbyt duży gwar, warkot, smród spalin. A jednak w tym mieście wyczuwam energię wlewającą życiowe siły w kosmicznego przybysza. Widać hotel. Podchodzę szybko do schodów wysłanych zieloną sztuczną trawą. Przesuwam ręką po balustradzie. Współpasażer wciska mi w nią zwykłą kartkę zwiniętą w rulon. Odchodzi równie niespodziewanie jak się pojawił. W recepcji biorę klucz. Chronię zwitek papieru, niczym pustelnik ostatnią butelkę wody. Pustelnik, dlaczego akurat On? Numer telefonu... Tylko tyle. Aż tyle. Rozbieram się i kładę. Chcę być sama. Budzi mnie hotelowy telefon. Brrrr!!! Brrrr!!! Brrrr!!! Zimno tu i smutno. Podnoszę głowę z poduszki. Ręką chwytam słuchawkę. Telefon zamienia się w tej chwili w mojego największego wroga. Budzi mnie ze snu. - Dzień dobry. Recepcja. Jakiś pan pyta, czy może do Pani wejść – tłumaczy głos. - Tak, oczywiście. Niech wejdzie – pozwalam, choć chcę być sama. Czyżby On – Maciek? Słyszę niepewne pukanie. Pukanie znamienne dla Nim Dwa. Nie wyrażam radości na jego widok: - Coś się stało? - Tęskniłem, chciałem przyjechać wcześniej. Twój mąż prosił żebyś już wróciła. Przytul mnie – zalewa mnie potokiem słów. Stoję na środku pokoju w aseksualnych kapciach, granatowej piżamce w misie, z lekkim kacem. Grzane wino odbija mi się obrzydliwie. Wyglądam jak przestraszone dziecko, które zgubiło się w biegnącym przed siebie wielkomiejskim tłumie, nie jak Twoja kochanka, Jego zaś żona. - Kochaj mnie – mówi i klękając wtula usta w mój brzuch. Wyczuwam jego bezbronność, psychiczną kruchość, delikatność, bezradność. Przełamaliśmy niegdyś dzielący nas dystans, przecząc wpisanemu w każde z nas rozsądkowi. Udawaliśmy przed sobą, że to tylko seks. Tylko seks nigdy nie był tylko seksem. Taką rolę odgrywał wyłącznie w naszych zamierzeniach. Kochałam Go znacznie wcześniej nim odważył się dotknąć mych ust. Myślę co zrobić z jego bezbronnością, mym brakiem ochoty i myślami krążącymi wokół stolika w pubie. - Poczekaj! Nie wiem jeszcze, czego chcę. Dopiero wstałam. Wezmę prysznic a Ty bądź tak miły i zrób nam mocną kawę. Dobrze? – próbuję odsunąć go delikatnie, by znów nie zamknął się w sobie. Prysznic, prysznic, prysznic!!! – woła coś w mej głowie, niczym namolny kibic domagający się gola od sportowców ulubionej drużyny. Chronię się pod ciepłym strumieniem płynącej wody. Jej krople rozbijają się o moje nagie ramiona. Krople... Drobne, a tak intensywne, że gotowe odcisnąć na skórze siniaki. Ożywia mnie to spadanie kropel. Wyzwala z porannego letargu. Wychylam ku nim usta. Łapię i wypluwam, tak aby płynęły po ciele wraz z pozostałymi. Zabawa w karpia. Całuję krople zamiast jego ramion. Pragnę na języku kropli wody, zamiast kwaśnego smaku spełnionego w ustach pożądania. Uspokaja mnie gorąco pary, podczas gdy Ty czekasz na mój dotyk. Czuję jak moja bezbronność w starciu z żywiołem nadaje mi jego siłę. Siłę tą wchłaniam pożądliwie, by starczyła na długie lata. Łapię życiodajną moc stając się nią. Staję się mocą, energią, dzikością. Zamykam oczy. Zanurzam twarz. Oddaję wodzie włosy i ręce. Podnoszę je ku górze. Czczę wodę. - Co robisz tak długo i z ilu chcesz łyżeczek? – dobiega z oddali. - Czczę wodę, z dwóch łyżeczek – bulgoczę spod prysznica. - Przynieść Ci żel, żebyś mogła czcić wodę z mydlinami? - Nie, nie chcę żelu, ale przyjdź – w pośpiechu sięgam po szczoteczkę i pastę do zębów. Nienawidzę jak dotyka mnie nim umyję zęby. Zbyt szybki ruch szczoteczki podrażnia moje dziąsła, w płynącą wodę spada kropla krwi. Wypluwam ją powoli. Krew i woda – połączenie życiodajne. Płód przebywający w łonie kobiety żyje w środowisku wodnym, a ciało jego zawiera krew. Czerpię moc z wody, choć poczucie mocy zakłóca smak mięty. Patrzę jak wchodzi i staje nago w drzwiach. Nim Dwa – kochanek. - Chcę czcić wodę z tobą. Pokaż mi jak to robić. Zanurzam w wodzie jego rękę. Powoli od koniuszków palców, przechodzę do nadgarstków i łokci, wolno podążając ku ramieniu. Zwiększam strumień. Nasłuchuję, czy spływająca po nim woda wydaje dźwięk podobny do tego, który wydaje spływając po mnie. Dźwięk jest inny. Głośniejszy, mniej chlupoczący. Różny, tak jak różna od mojej pozostaje jego skóra. Nieco grubsza, bardziej szorstka. Dłońmi zamykam mu oczy i delikatnie przesuwam pod prysznic. Niewidomego, bezbronnego niczym noworodek. Wtulam się w jego ramiona, zakładając na nie ręce. Woda wpływa pomiędzy nasze ciała, rozchlapując się pomiędzy mym łonem a jego brzuchem. Zamykam oczy. Tkwimy tak, blisko siebie. Nadzy, ślepi, ciepli, mokrzy. Czciciele wody. - Czujesz moc? – pytam. - Nie wiem, zostaw, nie analizuj, dobrze mi, wsłuchajmy się w to – gani mnie niczym dziecko. Zapomina, że nie potrafię nie analizować wczuwania się! Czysta moc. Trwamy tak przez chwilę. Pragnę być coraz bliżej. Bliżej i bliżej w tym podobno bezemocjonalnym związku seksualnym, by doświadczając spełnienia, odczuwać najsilniej ową bezemocjonalność. Słowo kochanek nie pasuje tu coraz bardziej. Nie było trafne od samego początku. Nie pragnęła bym fizycznego zbliżenia z mężczyzną, na którym mi nie zależy. Głupie, tradycjonalistyczne wychowanie! Kiedyś postaram się to zmienić. Bliskość czy kawa? Jednak kawa. Zakręcam kurek. Ociekając wodą pędzimy do pokoju. U! Ślisko! Mokro! Przebrzydły lentex, stół zbyt blisko drzwi, przewrócone w pośpiechu krzesło... Łóżko, mokra pościel, mokre ciało... Nie, jednak bliskość – myślę. - To ile łyżeczek? Bydlak! Bydlak! Bydlak! Bydlak! – w mej głowie przesuwa się słowotok. - Dwie – odpowiadam szukając ręcznika. - Wrócimy wieczorem. Jeśli wyjedziemy po szesnastej, na noc wrócisz do domu – tłumaczy obserwując me gimnastyczne wyczyny z ręcznikiem. - Zostań tak – prosi niespodziewanie. Podaje mi szklankę kawy i smaruje dżemem kanapkę (o, zrobił zakupy!) – Zostań, tak rzadko mam okazję patrzeć na twe nagie ciało. Zostaję tak. Byśmy jedząc i pijąc wymieniali spojrzenia, niczym dwójka przedszkolaków bawiących się pod czujnym okiem wychowawczyni. Gdyby był tu kominek, mielibyśmy gotowy scenariusz do romansu. A tak? Mamy mokre łóżko, dwie nagie postacie, świeży chleb z dżemem i mocną czarną kawę. Nic mniej, nic więcej! Jemy powoli. Przeżuwam kęs za kęsem, popijam gorącym płynem, gdy niespodziewanie pada pytanie. - Co robiłaś wczoraj? Patrzę jak końcem języka oblizuje dżem spływający po palcach. Nie mogę zdecydować czy chcę powiedzieć co robiłam. Wiem, że będzie czuł się odtrącony, choć nic się pomiędzy nami nie zmieniło. Czuję jak rozpada się łącząca nas więź. Miłość? Pożądanie? Przyjaźń? Dlaczego tak się dzieje? Może to jego zazdrość wywołana znaczącą różnicą wieku? Moje psychiczne zasklepianie się w sobie, powodujące, że chwil takich jak ta jest coraz mniej? A może kryzys męskości, o którym pisze Zbyszko Melosik? Strach silnego mężczyzny przed silną kobietą? Strach silnego mężczyzny przed tym, że kobieta okaże się jeszcze silniejsza? Nim Dwa. Nie spodziewał się mej siły. Ukrywałam ją chcąc zainteresować go swą osobą. Uzewnętrznię się później, gdy zacznie mu już na mnie zależeć – myślałam. Klasyczna damska strategia. Stereotypowe zachowanie samicy. Jednak połknął haczyk niczym spragniona pożywienia ryba. Z rozmysłem zwodziłam go ciałem, gdyż cielesnego zbliżenia okazał się spragniony najbardziej. Gdybym przynajmniej kochała się z nim, wówczas wykazałabym uczciwość w tej grze, nierównej na starcie. To nie było w mym stylu. Permanentnie łamałam granice jego psychicznej intymności. Powoli odkrywałam intymność fizyczną, by z czasem uzewnętrznić osobowość. - Spotkałam w autobusie człowieka, z którym dobrze mi się rozmawiało. Poszłam z nim do pubu o nazwie „Afrodyta”, aby upajać się smakiem grzanego wina – mówię. Wiem, że go ranię. Jak wygląda zraniony? Czy jak motyle, którym w dzieciństwie obrywaliśmy skrzydła, by nie mogły latać? Jak my. Szare, niezdolne do uniesienia się ponad ziemią człekokształtne istoty. Zrobi zbolałą minę? Może raczej gniewną? Wrogą? Przytulam go i ranię. Odrzucam i szukam. Kocham – nie znosząc za to, że kochać umiem. Odchodzę, pełna strachu, że odejdzie pierwszy i będę musiała nauczyć się żyć bez niego. - Po co to mówisz? – mina nie wyraża niczego poza zwykłą rezygnacją – Nie potrafisz po prostu być ze mną? Teraz, w tej chwili. Przy kawie i dżemie. W tym pokoju i pościeli. - W pościeli – zauważam, czując jak zbliża się do mnie, palcem dotykając ust. Zamyka je, jakby obawiał się tego, co powiem dalej. Przytrzymuje usta dłonią, którą liżę sugestywnie końcem języka. Sięgam ustami po palec, gryzę go lekko i wciągam. Widziałam taką scenę w pornofilmie, ciekawa jestem czy będzie reagował jak grający w nim aktor. Przez chwilę ssę jego kciuk. Oczy zaczynają mu błyszczeć (Imitacja seksu oralnego na wskazującym placu? Też mi jest się czym podniecać). Z imitacji postanawiam przejść jednak do realizmu, bo jakiż byłby inaczej sens rozpoczynania? Lubię go tak pieścić, czując zapach i smak. Ocieram policzek o napiętą delikatność skóry. Z ocierania prawie kociego przejdę zatem do muskania, tak by delikatności tej nie uszkodzić. Rozkoszuję się widokiem naprężenia, które jak zawsze pacnie mnie zaraz po nosie. Łup! Łap! I znów jak w przypadku palca... Góra – dół, dół – góra i w bok. Lubię prowadzić w tańcu. Lubię patrzeć na niego. W chwili takiej jak ta, ledwo widoczne zmarszczki na czole znikają, policzki różowieją, rozchyla wilgotne usta. W jego spojrzeniu staram się ujrzeć mą twarz. Nie dostrzegam jej jednak. Może to i lepiej! Sądzę, że widok byłby komiczny. Odrzucam jednak intymny dotyk mnie samej. Nie chcę ani więcej, ani dalej, ani też bliżej. - Jest dobrze, tak wystarczy. - Wystarczy tak? – pyta. - Tak, tak wystarczy – odpowiadam. Staram się oddalać, oddalać, oddalać. Jakby pragnienie nauczenia się życia bez jego obecności było we mnie silniejsze niż pożądanie. Instynktownie przygotowuję się na to, że odejdzie. Skąd bierze się ta świadomość? Może tkwi we mnie lub w nim? Może wyznaczają ją koleje losu? Może przekonanie, że trójkąt się nie uda wyniosłam z moralizatorskich filmów, kończących się zawsze tragicznie? A Żuławski? W jego filmie wierność niszczy miłość, nie niewierność. Albo miłosne batalie kilku znanych par? Oddalam się. Nie chcę cierpieć, lecz cierpimy oboje przez moje oddalanie się. Wspólna kąpiel czcicieli wody uświadomiła mi, kim nadal dla mnie jest i jak wiele znaczy w moim życiu jego obecność. Zbyt wiele. Nie chcę takiego zbliżenia pomiędzy nami. Niekonsekwentnie szukam go w innych. - Ostatnio nie chcesz się kochać, co się dzieje? - Nie pytaj, zobacz jak dobrze – słyszę swój głos. Nie pyta. Patrzy. Widzi. Odpręża się. Ubiera. Wzrokiem szuka mego ubrania. Znajduje przewieszone niedbale przez oparcie fotela, by wskazać je ruchem tęczówek, a potem podać. Ubranie pachnie tytoniowym dymem przywołującym wspomnienie wieczoru spędzonego w pubie ze współpasażerem. Podnoszę poszczególne części garderoby, zastanawiając się, które z elementów mego ciała w nie włożyć. Przygląda się jak walczę z każdym z nich. Wychodzi, a ja zaczynam pragnąć jego bliskości. Nim Dwa. Zawsze przychodzi i wychodzi bez słowa uprzedzenia. To stały rytuał gry manifestujący jego niezależność. Pozwalam na to. Dokładnie wiem kiedy wyjdzie, i kiedy wróci. Czasem wydaje mi się, że czerpię moc nie tylko z żywiołów, ale i z mężczyzn. A może on jest żywiołem, któremu ja odbieram moc? – myślę. Odpowiadam sobie po cichu – Nonsens. Moc mam w sobie. Jestem mocą.
Czerpię moc ze swej twórczości. Twórczość nadaje mi moc. Jednak pisana w pośpiechu praca doktorska odbiera mi radość płynąca z procesu tworzenia. Chore wydaje się zajmowanie się od prawie dwóch lat jednolitą tematyką. Tempo zaś zużywa cały wolny czas. Któż mówi o samorealizacji poprzez pisanie doktoratu i czy to możliwe? W tym tempie raczej osiągnę cel na drodze do samorealizacji i w miarę stabilne życie materialne. Pragnę więcej. Pisać powieści, dramaty, wiersze. Próbuję malować. Wciąż więcej i więcej. Poznawać rozmaitość myśli, różnorodność dyscyplin naukowych, upajać się poezją, wdychać zapachy. Dążeniu do poznania towarzyszy niedosyt. Nieokiełznanie. Nienasycenie. Zmęczenie. Jak długo tak można? Jak długo będę umiała? Czy umrę niespełniona? Uparcie wracają myśli o Maćku, spotkaniu z Nim Dwa, tęsknocie za Tym Jedynym. A jeśli wyjadę i nie spotkam go więcej? Szkoda mi niewidzialnej nici, zbliżającej nas ku sobie bardziej niż przypadkowy seks, który nie pasowałby do scenerii... Chcesz tajemniczości przybyszu? Na tym polegać ma nasza gra? Odpiszę. Wyślę mu wiersz. Który wiersz wybrać? A jeśli prześlę erotyk? Czy sprowokuję go do szukania mnie czy bliskości ze mną? Przeglądam notes – z pisaną prozą nie rozstaję się. Przypisuję jej znacznie większą wartość niż pracy naukowej. Wierzę, że ona zostanie, gdy zdezaktualizują się wyniki badań, a zdrowiejący z nałogu „pijacy” opuszczą mityng, by obalić kolejną flaszkę. Nie będę pisarką jak Wirginia Woolf czy filozofką jak Simone de Beauvoir, nie dane być mi kolejną Manuelą Gretkowską. Jednak przeglądając pisaną przez kobiety prozę odczuwam przymus pisania. Wyraźnie brakuje kobiecej literatury. Skłania to wielu wydawców do gorliwego promowania niektórych z nas wyłącznie z racji posiadania pochwy. Pochwą nie da się wypełnić zaistniałej na rynku wydawniczym luki. A może to właśnie się teraz sprzedaje? Moda na „pochwiarstwo”, a nie promowanie przemyśleń kobiet? Fabuła: on, ona, dzieci, dom, ten trzeci. Morał: zostawiła trzeciego w imię miłości do dzieci. Albo wersja młodzieżowa – współczesna polska Bridget Jones. Ładna, wykształcona, infantylna, szukająca miłości! Powieść o prawomyślnym przesłaniu. Przeznaczeniem kobiety jest małżeństwo lub macierzyństwo, no ewentualnie kochaństwo (od kochanki), byle nie intelektualizm czy filozofowanie. Kobiecość odarta z przemyśleń. Zamiast pakować walizki kartka po kartce wertuję wiersze. Podejmuję nagłą decyzję – zostaję. Postanawiam pozostać sama ze sobą. Będzie mi jednak brakować Jedynego i Nim Dwa. Muszę pomyśleć z dala od domu. Chciałabym spotkać się też ze współpasażerem. Wykręcam numer Maćka i mówię do słuchawki: - Zostaję jeszcze kilka dni. Siadam na środku pokoju i zaczynam pisać… Pustelnicy
W pościeli oceanie, szukamy swych ciał, powoli przestając odróżniać granicę wzajemnego jestestwa. Spragnieni uścisków niczym pustelnik kropli wody, Wchodzimy do strumienia płynącego ku spełnieniu. Szukam w odbiciu kropli potu z twej twarzy, konturów swoich krągłości: piersi i bioder, świadoma Twego zachwytu i ich niedoskonałości, upatrując w blasku oczu potwierdzenia tego, że zostaniesz do rana lecz jednak nie dłużej.
Pustynny piasek przelotnych muśnięć warg, górnych czy dolnych – to w tej minucie bez znaczenia, drobinami ziarenek przetacza elektryzujące iskierki wywołane zetknięciem Twego ognia – z Mą wilgocią, Mej kruchości – z Twą siłą.
Końcem języka rysuję na twym brzuchu kontur drogi mający prowadzić przez strumień. Obrysowując trasy różnej długości, jak przypadkowa autostopowiczka pozwalam wybrać ci tą, której szukasz, choć ręką daję znak przystanku, byśmy nie zabłądzili w zbyt ciemnych zaroślach, nadchodzącej za oknem nocy, obdarowującej nas niepowtarzalnym urokiem szukania źródła.
Tylko, co mam zrobić z tym wierszem? Zadzwonić i wyrecytować? Byłoby zbyt prozaicznie. Wysłać? Nie ma dokąd. Skoro jednak zasugerowałam mu, że zostaję (licząc na to, że zacznie szukać mnie ponownie), może przyjdzie – wie przecież w którym hotelu mieszkam. No tak! I zapewne napotka Nim Dwa, wraz z jego skrzywdzoną miną i mnie dręczoną poczuciem winy, że go wplątałam w tę całą sytuację. Ciekawe, dlaczego po prostu nie powiedziałam, że chcę się z nim spotkać? Starałam się dostosować do reguł tej gry, czy uciec przez bliskością? Lecz z drugiej strony, czy gdyby bliskość ta przerażała mnie zostałabym w tym postindustrialnym mieście wyraźnie prowokując go do poszukiwań? Miasto-masa-maszyna, maszyna-masa-miasto, miasto-miasto-miasto. Jak można w nim żyć? Czuję pył w nosie i ustach. Przez gardło przechodzą tysiące drobnych igieł. Włosy stają się sztywne i poszarzałe. Cóż takiego jest w tym brudnym miejskim dziwolągu, że tak kochają jego specyfikę moi przyjaciele? A jednak to „coś” wyczuwalnym staje się od razu po przyjeździe, nie pozwalając się nazwać i sklasyfikować. Może ludzka życzliwość? Energia płynąca z metalowo-betonowych budowli? Porozumienie? Gwara wskazująca na wysokie poczucie regionalnej tożsamości? Prostolinijność i brak obłudy napotkanych osób? Próby klasyfikacji zakłóca dźwięk telefonu. Podnoszę słuchawkę oczekując głosu współpodróżnego, lecz słyszę jedynie pytanie Tego Drugiego. - Jesteś już gotowa? - Gotowa, na co? - Nie wygłupiaj się! Po południu jedziemy, a teraz chciałbym żebyś poszła ze mną do miasta. Muszę… – tłumacząc co, po co, dlaczego zalewa mnie potokiem słów. - Chcę jeszcze tu zostać – zauważam. - Przecież chciałaś jechać do domu – wyraźnie go zirytowałam. - Wiem, przepraszam! Przyjedź jeszcze przed wyjazdem, zostanę – odkładam słuchawkę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się naprawdę głupio. Znów go zraniłam. Ja albo Ona – zazdrość, która niszczy nie tyle mnie ile jego. Zabiera tlen bardziej niż industrialny pył, narusza przestrzeń niczym tradycyjne małżeństwo, przeszkadza tworzyć wprowadzając w głowie raz po raz zamęt i chaos. Myśli ulatują nie przelane na papier. Kręcimy się na karuzeli, Ja – Jedyny – Nim Dwa i Ona nieodłączna dniem i nocą. Chciałam nauczyć go z nią żyć z zazdrością, tak jak nauczyłam się Ja i Jedyny. Zaprzyjaźnić się z nią. Nie byłam w tym konsekwentna. Unikam ćwiczeń doskonalących walkę z nią... Przeglądam stare wiersze. Wyjmuję ten napisany do Nim Dwa przed trzema laty. Czytam linijka, po linijce...
Bezemocjonalna – emocjonalność
Spoglądając, przez okienną szybę szukam w śnieżnej zamieci konturów Twej postaci, narysowanych wysoko tuż obok rysów drzew Wyobrażam sobie sylwetkę wyłaniającą się zza leśnej drogi, by zapukać w drzwi mojego domu, którego aury strzeże znudzony kot.
Otwieram ci nieco powoli, ospale,
przejmując od kota spokojną energię, choć drżący ton głosu zdradził me oczekiwanie
Plączę się w powitaniu. Cóż mam powiedzieć? gdy Witaj to zbyt mało, a Bądź wciąż zbyt wiele Dzień dobry nic tu nie znaczy, Hej wielokrotnie powielane – nie pozwala zachować świeżości spotkania.
Podaję rękę, zwyczajnie nie mówiąc nic, byś nie wyczuł we mnie pragnienia wtulenia ciała w miękkość twego dotyku. Zatrzymuję spojrzenie na subtelnie przeplecionych srebrzystymi nićmi kosmykach włosów
Na kartce z wierszem widnieją plamy atramentu. Plamy te mają niebywałą zdolność rozlewania się. Kiedyś, gdy jego zazdrość zniszczy naszą bezemocjonalną emocjonalność, plamy te pochłoną wiersz. Na razie jednak pozwalam mu zwiedzać świat wraz ze mną. Wiersz turysta.
I znów dzwonek. Brr, wrr! Czyżby ktoś celowo zakłócał mój spokój? Sięgam po słuchawkę telefonu. Jestem tak zła, że wrzeszczę w nią: - Halo – ton mojego głosu wyraźnie mówi spadaj. - Pójdziesz ze mną na spacer skoro zostajesz? – słyszę głos współpasażera. - Tak, przyjdź po mnie, będę cały czas w hotelu – mówię i odkładam słuchawkę. Nie udaję miłej ani sympatycznej. Nie chce mi się udawać. Nigdy mi się nie chciało. Aluzje bliskich genetycznie mi osób, że udawać powinnam budzą mój śmiech. Jako kobieta powinnam być miła i odgrywać rolę maskotki znajomych mężczyzn. Tylko czy oni są mili i wyglądają ładnie wówczas, gdy ja jestem zmęczona? Z jakiej racji miałabym zaspokajać potrzeby innych a nie własne? Może z racji mej płci biologicznej? Mam jajniki, macicę i pochwę zatem wyzbyć się powinnam indywidualizmu i niezależności? Czysty absurd.
Próbuję znów pisać. Jeden z literackich kwartalników zamówił u mnie esej. Mam napisać o szczęściu współczesnej kobiety. Redaktorka zgodziła się nawet na dopisek Z perspektywy feministki. Grzebię się z tym esejem drugi miesiąc, uwikłana w specyficzną relację emocjonalną. Może zanim przyjedzie Nim Dwa uda mi się stworzyć kolejny fragment.
Jestem szczęśliwa, choć żyję w sposób niekonwencjonalny. Czy konwencjonalnie zapewniłoby mi szczęście? Czy moje koleżanki z lat dziecinnych są szczęśliwe? Spotykanym po latach z którymi łączy mnie więź bliższa niż pośpiesznie odpowiadane dzień dobry, zawsze zadaję to samo pytanie: Czy ułożyłaś swe życie, tak by być w nim szczęśliwą? Często napotykam ich cielęcy wzrok przesuwający się po mej sylwetce niczym po postaci przybysza z kosmosu. Czyżby moje pytanie było trudne? Z zainteresowaniem słucham odpowiedzi, rzadko słysząc zdecydowane – Tak, częściej – Nie wiem lub Nie. Staram się rozumieć i szanować każdy wybór, o ile towarzyszy mu planowość, nie przypadkowość. Tą jednak sugerują odpowiedzi najczęściej. Odpowiedzi takie budząc mą irytację. Kobiety żyjące w sposób przypadkowy niszczą poprzez swój sposób życia wieloletnie osiągnięcia emancypantek. Czy po to emancypantki przez wiek walczyły o swe prawa, aby teraz o czyimś życiu decydowały społeczne naciski, instytucje, przykazania? Albo przypadkowa ciąża? Tak jak o życiu królika, psa, kota i rybek w akwarium?
- Cieszę się, że jesteś – słyszę nad sobą ciepły głos Nim Dwa, który wszedł niepostrzeżenie niczym kot skradający się za myszą w ciemnej piwnicy. Zagląda mi przez ramię czytając fragment ostatniego zdania – Ale czy dlatego nie jedziesz ze mną? - Pewnie też. Mówiłam już – zaczynam. Nie cholera! Chyba nie mówiłam i przyjechał dowiedzieć się o co chodzi. - Chcę pobyć sama ze sobą, pomyśleć, pozwiedzać… Wróć sam ja zostanę parę dni. Zresztą przecież i tak miałeś przyjechać – tłumaczę, patrząc mu w oczy. Uśmiecha się z pewną rezygnacją kiwając głową, by zauważyć po chwili - Dobrze, ale zadzwoń do domu, bo miałem cię przywieźć a jak wrócisz przyjedź do mnie. - Tak. Załatwiłeś wszystko? – pytam bardziej z grzeczności niż z zainteresowania. - Prawie, nie mam cierpliwości, biurokracja mnie wykańcza. Pół dnia biegam odsyłany od pokoju do pokoju przez mało kompetentne panie. A ty nadal tu sobie siedzisz i piszesz? – i nie czekając na odpowiedź dodaje – I masz rację, pisz jak najwięcej i nie zapomnij wydać jak skończysz. Muszę lecieć, wciąż brakuje mi czasu. Zaszedłem jednak obawiając się, że coś się stało. Ale jeśli wszystko dobrze biegnę dalej. No już, nie lubię takich pożegnań. Cześć. Odsuwa mnie, gdy próbuję się przytulić do niego. Jakby momentem tego fizycznego dystansu chciał się uchronić przed uczuciem. Beznamiętna namiętność. Obraca się. Kładzie dłoń na klamce i naciska ją powoli. Czy zbyt gwałtowny dotyk zburzyłby nić bliskości rozciągającą się między nami? Nić delikatną niczym pajęcza sieć utkana w pośpiechu pożądania. Otwiera drzwi. Pozwala zamknąć się im samoistnie. Słyszę kroki dobiegające coraz ciszej z ciągnącego się w nieskończoność ciemnego korytarza. Wracam do swych przemyśleń nad kobiecą szczęśliwością.
Podczas spacerów obserwuję dziewczynki, nastolatki, dorosłe kobiety i stare babcie myśląc zawsze o mej matce, babce i teściowej. Mam większy wpływ na swój los niż pokolenia kobiet żyjące przede mną, a zarazem mniejszy niż te mające przyjść na świat już po mej śmierci. Niezależność materialna umożliwia mi wybór orientacji seksualnej, partnera/partnerki lub jego/jej braku, zaś wykształcenie umożliwia zaplanowanie kariery zawodowej, choć samicze uprzedzenie warunkuje brak aprobaty dla tego słowa. Rozum dostarcza propozycji jak wykorzystać niezależność, intelekt utrudnia społeczne przystosowanie, charyzma pozwala dominować nad otoczeniem. Podobnie mogłyby ułożyć swe życie znajome kobiety żyjące w dzisiejszych czasach, gdyby nie ulegały presji sprostania społecznym oczekiwaniom. Nie podoba mi się to co napisałam. Wyrzucam kartkę i wychodzę do miasta. Nieznane zakątki dają cień nadziei, że zdołam zabłądzić, zgubić się i znaleźć. Najgorszym, co może mi się przydarzyć jest dokładne rozpoznanie każdego napotkanego miejsca, któremu od razu zaczyna brakować tajemniczości i magii. Gdybym tak mogła zmieniać miejsce swego pobytu zabierając Miłego, rzeczy, tożsamość i zawodową pozycję osiągnęłabym pełnię swoich marzeń. Nie mam jednak prawa wyrywać go z budowanego pieczołowicie świata, tak jak ogrodnik nie ma prawa przesadzać rośliny puszczającej pędy. Świadomość przemierzania tego, co niezdobyte sprawia, że w ciągu kilkunastu minut jestem gotowa do wyjścia. Ryzyko kontrolowane. Znam adres kilkudniowego pobytu, mam telefon komórkowy i pieniądze na taksówkę. I znów ten kręty korytarz. Nachalna portierka zatrzymuje mnie pytaniem: - Czy tatuś Panią znalazł? Mam ochotę odpowiedzieć jej, że znalazł mnie owszem, ale kompleks Elektry (choć nieco spóźniony i przeterminowany). Lekko ośnieżone schody pokryte sztuczną trawą. Deja vu. To już było. Było. Było. Nie pamiętam jednak, kiedy i gdzie. Portierka. Dlaczego nazywa Nim Dwa mym ojcem? Próbuje przypomnieć mi o konwenansach? Jako kobieta mieszkająca samotnie w hotelu nie powinnam przyprowadzać do pokoju mężczyzn. Mężczyźni. Od pewnego czasu otoczona jestem głównie nimi. Większość mych kolegów, znajomych i przyjaciół posiada genitalia znamienne tej płci. Zupełny brak logiki. Głoszona ideologia wskazywałaby raczej na odwrotny stan rzeczy. Konieczność budowania związków siostrzanych, poszukiwania specyficznej „kobiecej więzi”, koleżeńskiego wsparcia. Jednak albo otacza mnie zbyt mało zdolnych ku temu kobiet, albo też zbyt wielu androginicznych, twórczych mężczyzn. Brakuje przyjaciółki, z którą mogłabym porozmawiać tak, jak czyniłam to w szczenięcych latach. Żyję jak mężczyzna, co znacznie utrudnia mój kontakt z kobietami. Wykazuję brak zainteresowania sprawami uznanymi za kobiece. Dyskusje na temat rodziny i dzieci nie dotyczą mnie. Nowinki kosmetyczne nudzą. Moda wydaje się przemijająca i niepotrzebnie obciążająca budżet. Czynności domowe wykonuję z konieczności, ale po cóż mam o nich rozprawiać? Przestrzeń w której żyję wypełnia nauka, intelektualizm, twórczość, a te sfery zdominowane są przez mężczyzn. Znajome kobiety wycofują się z nich po narodzinach dziecka. Pewnie dlatego, że moi koledzy nie pomagają swym żonom. Przykro mi, że tak się dzieje. Nie zmienia to faktu, iż z mężczyznami znajduję wspólne tematy do częściej niż z ich żonami. Instytucjonalizacja macierzyństwa przypisuje wykonywanie większość obowiązków wypływających z niego kobiecie. Gospodyni domowa cieszy się mniejszym prestiżem społecznym niż kobieta pracująca. Pracodawca wciąż podnosi poprzeczkę, czyniąc w ten sposób z mych znajomych swoiste „cyborgi”. Jak zatem miałyby znaleźć czas na dyskusję, czytanie, czy przemyślenia? - Witaj! – mówi współpasażer. Nie zauważyłam go. - Dokąd idziemy? – pyta, wręczając mi długą czerwoną różę. Chciałoby się powiedzieć – Masz babo placek! ale to takie seksistowskie powiedzenie. Nie dość, że utwierdza w przekonaniu, że to właśnie kobieta jest od lepienia placka, to jeszcze to słowo „baba”... Powiem prościej. Nie, raczej pomyślę... Cholera! Po co mi ten kwiat? Odbiło mu? “Harlequinów” się naczytał czy co? I co ja mam teraz z nim zrobić? Wrócić do hotelu i wstawić do wody, by obrzydlistwo nie zwiędło? A może nosić by zwiędło? To się pokłuję a jemu będzie przykro. I mam go może postrzegać jako rycerza na białym koniu a sama pełnić rolę białogłowy? Nie lubię ciętych kwiatów, są drogie i niepraktyczne. Więdnąc przypominają o przemijaniu. Dlaczego nie przyniósł bananów lub winogron jak mój partner? Wreszcie wymyślam. - Wiesz co, zanieśmy kwiat portierce – mówię. - Dlaczego jej? – pyta. - Bo ja nie lubię kwiatów, więdną, mają kolce, trzeba im zmieniać wodę, nie można ich zjeść. Są nie tylko nieprzydatne ale i kłopotliwe – wyjaśniam – Wolałabym dostać pieczonego kurczaka, owoce albo ser. I znów słyszę śmiech. Ciepły, głośny. Wypełnia całą powierzchnię ciała. Przenikający przez ciemnozieloną kurtkę, by zbijać jej puch w małe odkładające się na szwach ruloniki. Dzisiaj ubrał czapkę, która zasłoniła mu oczy. Podobnie jak przydługa grzywka zasłania jego czoło i górną część brwi. Usta z kolei opatulił szalikiem. Przypomina egipską mumię, tylko że w odróżnieniu od niej ma czerwone, zmarznięte policzki. Policzki są szorstkie w dotyku, a skóra na nich dobrze napięta, choć widoczne stają się zasinienia naczynek krwionośnych. Dotykam ręką tej skóry. Dotykam niby przypadkiem, by sprawdzić czy zmarznięta. - A może – zaczyna rozbawiony – Posiedzimy u ciebie w pokoju? Jest zimno. Moglibyśmy wstawić kwiat o ile masz wazon. Przystaję. Kiwam głową na znak zgody. Czemu to robię? Mam ochotę spacerować. Obawiam się, że stracę możliwość rozmowy z Maćkiem? Podoba mi się forma „my”. Gdyby mężczyźni wiedzieli w jaki sposób używanie takiej formy wpływa na kobiety, znacznie częściej stosowaliby ją w wypowiedziach. „My” zakłada bliskość, bycie bardziej razem niż osobno, przyjaźń, wspólnotę. Pójdźmy, zróbmy, weźmy, podejdźmy, chodźmy, zbliżmy się, bądźmy, przemyślmy, posłuchajmy, porozmawiajmy. Kłębowisko myśli. Staram się socjolingwistycznymi rozważaniami zagłuszyć mój niepokój i niepewność. Zapraszam go do pokoju (a raczej przystaję na jego wproszenie się). Wczoraj wydał mi się tak bliski. Czy nie odbierze zaproszenia jako przyzwolenia na intymną więź? Jeśli ja sprowokuję go do niej nabierając ochoty? A Nim Dwa i jego zazdrość? Ten Jedyny, który trzeciego mężczyzny mego życia mógłby już nie stolerować? Co wówczas stałoby się z mym „emocjonalnym rozdwojeniem”? Czy zmieniłoby się w „roztrojenie”? Czy raczej rozstrojenie emocjonalne? I znów te schody, schody, schody, którymi wspinamy się do góry i wzrok portierki. A niech tam – myślę. Daję jej różę i wyjaśniam konfidencjonalnym szeptem: - Wie pani, tato przywiózł mego brata... Wpatruję się w zdumiony wyraz twarzy i lekko rozchylone wargi portierki. Nie mówi dziękuję. O dobrych manierach zdała się zapomnieć. Przynajmniej w tej kwestii stałyśmy się do siebie podobne... - Nigdy jeszcze nie dałem róży hotelowej portierce – szepcze mi do ucha współpodróżny. - Ty dałeś ją mnie, nie jej – stwierdzam przypominając kolejność zdarzeń. - Tak, prawda. Dlaczego nie wyjechałaś? Ciekawe co chciałby usłyszeć? Melodramatyczną opowieść o miłości od pierwszego wejrzenia? Równie idiotyczną tezę o bliskości intelektualnej? Opowieść o poszukiwaniu? Prawdę? Co mam odpowiedzieć? - Odpowiedz szczerze – kończy. I znów zdaje się wiedzieć, o czym myślę... Może ma intuicję lub wykształcił w sobie zdolność przewidywania kobiecych reakcji. Pewnie jako psycholog naczytał się idiotycznych poradników o Marsjanach i Wenusjankach lub płci mózgu. Poradników nie tyle ilustrujących wyimaginowane różnice między płciami, co stereotypowe ich postrzeganie. Psychologia dla tłumu – powiedziałby z pewnością Le Born, zafascynowany popularnością takiego infantylnego, pseudonaukowego dzieła. Równie fascynujące jak artykuł zamieszczony w ostatnim numerze miesięcznika „Cosmopolitan”. “Sprawdź jaki ma kształt penisa, a przekonasz się jakie posiada cechy charakteru”. Opis nie przystawał ani do Jedynego ani do Nim Dwa. - Chciałam odpocząć. Skoncentrować się na tym, co dzieje się we mnie. Popisać. Spotkać się z tobą – odpowiadam najzupełniej prawdziwie – Niewiele mam wspólnego z kobietą, której szukasz. Wsłuchuję się w swe słowa. Podziwiam siebie za to, jak parszywie kłamię. Nie rośnie mi jednak nos Pinokia, widać wystrugana zostałam z drewna innej jakości. Nie potrafię wyrażać uczuć. Moi partnerzy wywodzili się z kręgu najbliższych przyjaciół. Oszczędziłam sobie tym rozczarowań i porażek. Metodę polecam. Równie mało oryginalna jak romantyczna, za to bezpieczna i niezwykle efektywna. - Ta kobieta nie istnieje, choć wciąż jej szukam. Stanowi teraz tylko literacką fikcję. Gdyby fikcja stała się rzeczywistością utraciłaby magnetyzm i możliwość przypisywanie jej cech idealnych. - Nie szukasz odpowiednika kobiety lecz udoskonalasz formy fikcji. Pochłonięty poszukiwaniem przestaniesz skłaniać się ku realizmowi – odcinam się, zabawiając w złośliwe alter-ego. - Wydaje mi się, że upraszczasz sprawę. Ty z kolei uciekasz od normalności w twórczość – wyjaśnia – Pełnia życia nie w każdym przypadku polega na tworzeniu. Zapominasz o tworzeniu ludzi, wytwarzaniu przedmiotów, których używasz… Poza tym im takie życie zapewnia poczucie szczęścia, tak jak tobie i mnie jego poszukiwanie. Dlaczego brzydzisz się tak bardzo normalności? - Nie normalności, tylko zawartej w niej bylejakości, tandety – mówiąc to czuję jak przesuwa ręką po mych włosach. Odrzuca leżące na ramionach pejsy ku tyłowi, starając się założyć je za ucho. Kiedyś czytałam, że takie ułożenie kosmyków świadczy o uległości właścicielki. Ruchem głowy niweczę potencjalny fryzjerski talent. Nie mógłby mnie zwyczajnie pogłaskać? Zmysłowo, niczym futerko rozgrzanego na słońcu kota? Albo ciepło, niewinnie jak policzek dziecka? Czy choćby erotycznie, niczym wiatr przenikający usta w upalny dzień? Lub prostacko, po pośladkach, jak w tandetnym erotycznym filmie. Staram się mówić dalej. Dotyk jednak zawsze mnie rozpraszał. Włosy są niemniej intymną częścią mnie samej niż nogi. Odrzucając gładkie zaczesanie włosów odrzucam pokorę. Spinając włosy szukam wyciszenia, chwilowej stabilizacji i przystanku. Obcinając i zmieniając kolor wyrażam początek wewnętrznej zmiany. - Wydaje mi się, że tylko twórczość chroni przed bylejakością. Dopóki tworzę myślę, póki myślę to się rozwijam... No pięknie! Znów odbiegamy od zasadniczego tematu naszej rozmowy, może ku niemu właśnie wracając. - Ale mówiąc o szczęśliwości musisz przecież brać pod uwagę, że wielu ludzi to właśnie normalność czyni takimi – odpowiada pośpiesznie. - Czy martwy może odczuwać szczęście? – nawiązuję do rozmowy rozpoczętej przez niego w autobusie. - Jeśli szczęściem jest dla niego dopasowanie do innych martwych to tak. W tym sęk i niemożność przerwania tego procesu. Bycie martwym jest mało skomplikowane, nie wymaga zmagań, myślenia, pokonywania trudów. Nie podlega krytyce społecznej lecz aprobacie. Można przy tym odczuwać stany doczesnej szczęśliwości płynące z prostych przyjemności. Moment! Teraz ta logika zaczyna pasować do poglądów epikurejczyków, doszukujących się szczęścia w drobnych przyjemnościach i niwelowaniu zbyt wybujałych potrzeb. Próbuję dowiedzieć się, co rozumie pod terminem „proste przyjemności”. - Przyjemność konsumpcji, seksu, oglądania telewizji – nadal dotyka mi włosów – lubię długie włosy. - Więc zapuść własne! Moja złośliwość często denerwuje mnie samą. Znajomych zraża do dalszych kontaktów. Irytuje mnie jednak w tej chwili dotyk. Może mam lekkiego kaca, albo przeraziło mnie me zbliżanie się ku Maćkowi i dzisiejsze oddalanie od Nim Dwa. Może obawiam się bliskości? Tym bardziej, że pochłonięty dyskusją zaczyna przysuwać się do mnie coraz bliżej, lub chce przysunąć się, więc udaje pochłoniętego dyskusją. Trzyma dłoń na oparciu tapczanu przy którym siedzę. Sprawia tym samym wrażenie jakby obejmował mnie samą. Kolejną strategią będzie pewnie zsuwanie dłoni. Przyglądam się jego dłoniom. Masywne palce. Gruba skóra. Czyste paznokcie. - Czasem jednak zazdroszczę tym, którzy potrafią tak żyć – kontynuuje. - Zazdrościsz komuś bezmyślności? - Bezmyślność jest prostsza niż zastanawianie się nad wszystkim. Jest też pożądana w życiu publicznym i życiu codziennym. Bezmyślni przytakiwacze łatwiej pokonują szczeble pokrętnej drabiny zwanej życiem. Zdejmuje rękę z oparcia tapczanu i patrzy jak przytakuję z uśmiechem. Przytakuję niczym uczniowie podczas pierwszych zajęć, gdy nie wiadomo, czego spodziewać się po nauczycielu. Oboje przytakujemy i trwamy łączeni przekonaniem, że nie zmienilibyśmy nigdy naszego życia na życie przytakiwacza. Jestem mrówką mieszkającą na drzewie. Skazuje mnie to na osamotnienie. Nudzą mnie ludzie, dialogi, codzienne sprawy. Literatura denerwuje swą prostotą lub prymitywizmem. Zdania wydają się proste i nieprzemyślane, brakuje im przesłania i jednolitości. Filmy irytują uproszczonym postrzeganiem rzeczywistości. Nauka porusza sprawy wielokrotnie zbadane, trudno odkryć coś nowego. A jednak w samotni odnajduje szczęście większe niż przytakiwacze w stadzie. - Czy zamieniłbyś swoje życie na życie w bezmyślności? - Nie – głośne, pełne oburzenia. Przyznaję, że to właśnie chciałam usłyszeć. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę złączeni nie tylko podobnym spojrzeniem na świat, ale i wspólnotą zainteresowań. Lubi jazz – zupełnie jak ja. Interesuje go psychologia rodzaju. Czytamy podobną literaturę. Jak ja szuka ideału. Co dalej? Pożegnanie trwające zbyt długo. Pytanie zadawane przy schodach, by rozstać się trochę później. Tym razem to ja wkładam w jego dłoń numer telefonu. Szczęk zamka i słabnące w głębi korytarza kroki. To było, było, było… Deja vu.
Zostaję jeszcze dzień. Załatwiam sprawy związane z otwarciem przewodu doktorskiego na miejscowym uniwersytecie. Wbrew mym obawom, dzięki pomocy miejscowych przyjaciół wychodzi to wyjątkowo sprawnie. Projektuję nową książkę. Nie mogę doczekać się finalizacji pracy doktorskiej. Badani przeze mnie alkoholicy dzielą czas na czas picia i czas zdrowienia. Ja dzielę czas na przed jej ukończeniem i wyobrażaniem sobie tego, co będzie po. Wolność. Wolność od tematu. Zajmowanie się od dwóch lat tym samym tematem doprowadza mnie do szewskiej (czemu szewskiej?) pasji. Znajomi piszą kilka książek na raz. Logika nakazuje jednak koncentrację na celu mającym zapewnić godziwy byt. Ot, taka sobie proza twórczego życia myślącej (lub mniej bezmyślnej) mrówki siedzącej na drzewie. - Wróciłaś do mnie – radośnie zauważa Jedyny, gdy otwieram drzwi domu. Ton jego głosu wyraźnie wskazuje na to, że nie przewidywał innego scenariusza. - Zawsze wracam – stwierdzam. Staram się sprawiedliwie rozdzielić uczucia pomiędzy Jedynego a ocierającego się o me nogi czarnego kota. Puchaty futrzak o literackim imieniu napręża grzbiet, podsuwa mi do głaskania tłusty zadek zakończony ogonem ułożonym w znak zapytania. Zdaje się jednocześnie pytać mnie jak było i rywalizować o me względy. Zimny trącający kostkę wilgotny nos i umieszczone na trójkątnej główce zmrużone żółto-zielone ślepia mówią: - To ja jestem ważniejszy niż on, głaszcz mnie, mnie. Głaszczę to dostojne zwierzę, towarzyszące nam co dnia od lat ośmiu, przechodzące kolejne metamorfozy, by z psotnego nieopierzonego czworonoga o uszach nietoperza przemienić się w dostojnego, hedonistę zajmującego się swymi własnymi sprawami. Hedonistę przypominającego mądrą sowę. Koci grzbiet pulsuje pod dotykiem, niczym kobiece łono pod napierającą męskością darzonego uczuciem człowieka. Wygina się w rozmaite formy wgłębień i wypukłości. Kocia głowa unosi się ku górze. Wąsy porusza nieznaczny podmuch powietrza, a z zakończonego guzikowatym nosem rozwartego pyszczka wydobywa się roszczeniowo-pretensjonalne: - Miau. - Miau – odpowiadam, aby zwierzę nie obraziło się i nie obgryzło jednego z mych najnowszych butów. Gniew koci jest bardziej niebezpieczny od irytacji Miłego. Miły cieszy się także. Masywne ramiona obejmują mnie. Ręce zakończone dużymi dłońmi o szerokim rozstawie palców oplatają me plecy. Przyciska mnie do intensywnie owłosionej klatki piersiowej tak mocno, że nie mam wątpliwości, kto odgrywa w mym życiu najważniejszą rolę. Odruchowo całuję powierzchnię ciała znajdującą się na poziomie mych ust. Odwracam tym samym uwagę właściciela powierzchni od tego, że obie ręce zanurzam w kociej sierści... - Chyba tęskniłam – raczej pytam niż wyznaję. - Nie byłem sam – słyszę. Czuję lekkie rozczarowanie, którego nie wypada mi okazywać. Liberalny związek. Liberalny styl życia. Nie potrafię zaakceptować ograniczenia mej niezależności (niezależnie od kosztów, które to nieograniczenie spowodować może), tak jak nie potrafię udawać i kłamać. Muszę walczyć sama ze swą zazdrością o jego uczucie. Może walczę ze swymi obawami, że przytłoczony mą osobą wybierze kobietę, której droga życiowa będzie mniej rozwidlona? Kiedyś żyłam w przekonaniu, że jeśli będę go kochać inni mężczyźni nie będą mi potrzebni. Odejdę, gdy kochać przestanę. Prosta logika drobnomieszczańskiej panieneczki wychowanej w zbyt tradycjonalistycznej rodzinie! Kocham nadal. Odejść nie mam zamiaru. Zdefiniować zdrady nie umiem. Czymże jest wierność? Ograniczaniem własnych potrzeb, by później żałować, że nie przeżyło się czegoś, co mogło okazać się piękne i odczuwać frustrację? Takim przeformułowaniem sobie idei swego związku, by żałować braku przeżycia lecz frustracji tej nie odczuwać? Spróbować przeżyć i dręczyć się poczuciem winy wobec partnera? Nie spróbować? Poszukiwać w sobie winy i odpowiedzialnością obarczać siebie? Doszukiwać się winy w partnerze i odpowiedzialnością obarczać jego? Dlaczego za normę uchodzi wierność a nie niewierność? Czy dlatego, że taki pogląd trwa w naszej kulturze przez wieki? We własnym związku tworzymy własne normy odpowiadające mnie i jemu. A jednak pojawia się czasem ukłucie zazdrości. Jakie znaczenie ma jego „nie byłem sam”, gdy jest szczęśliwy, a nie sfrustrowany tym, że chciał być z kimś, z kim nie był ze względu na mnie? Wspiera mnie, opiekuje mną kiedy jestem chora. Jest nam ze sobą dobrze. Jakie znaczenie będzie miało “nie byłem sam” za lat kilkadziesiąt? Wtedy, gdy seks straci dla nas znaczenie? Odrzucam lęk przed zdradą. Boję się frustracji. Frustracja doprowadza związki do rozpadu, przyczynia się do przemocy, hamuje potencjał. Sfrustrowani ludzie warczą na siebie niczym rozjuszone, wygłodzone psy. Przestarzałe i nieadekwatne w stosunku do ludzkich potrzeb normy moralne rodzą podwójną moralność. Jestem moralna pojedynczo i dlatego jestem dziwaczką. „Dziwactwo” wrastało we mnie stopniowo. Stopniowo wrastało też w Jedynego. A my pielęgnowaliśmy je dumni z racji dziwaczenia, niczym ogrodnik rzadką, egzotyczną roślinę. Początkowo dziwactwo wrastało bardziej we mnie niż w niego. Może tu było bardziej widoczne? Może gleba była bardziej żyzna a warunki sprzyjające rozwojowi? Niezależnie od przyczyn „dziwactwo” czuło się goszczone nader hojnie. Było hołubione jak rzadki dar. Dziwne dziecko informowali rodziców przechodnie. Inna jakaś uczennica potwierdzali pedagodzy. Ciągle czytać, chyba ci odbiło denerwowali się koledzy ze studiów. A swoista „zakaźność” mego dziwactwa wywoływała infekcję w nim. Kiełkujące dziwactwo natrafiło na grunt żyzny, podlewany strumieniem mej aprobaty, przemieszanej z pożądaniem fascynacji. Zdziwaczenie i ekscentryzm afrodyzjakami roku! (Pakowane w paczki, sprzedawane w gramach, dostępne wyłącznie na oryginalne, różowe recepty dla wybranych pacjentów!). Towar dla snobów! Odjazd! Odlot! Serwus! Super! Nasze różniło się od sprzedawanego w aptekach towaru przypisywanego przez lekarzy. Wymykało się kontroli, przerażało brakiem ogłady i niemożnością okiełznania. Nieudane próby przywrócenia nas społeczeństwu, słowa, słowa, słowa... „musicie...”, „popatrzcie na innych...”, „spróbujcie choć...”, „a inni...”. Niepotrzebne. Bez rezultatu. Cóż więc zrobić? - Otoczyć dzikusów opieką, dać wsparcie, nakarmić krupnikiem niczym Grochola feministkę. Zobaczą jak pięknie, to się zmienią. I znów brak rezultatu. Zostaje desperacja. Odrzucenie – ukarajmy, niech radzą sobie sami! Wszystkie podjęte próby okazały się nieskuteczne. Fascynacja wzajemnym dziwaczeniem wzrastała. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułam na sobie jego wzrok. Jak długo mnie obserwował? Nie pamiętam pierwszej rozmowy. Był w mym otoczeniu odkąd sięgam pamięcią. Raz żył, raz egzystował. Odbiegał od innych znanych mi mężczyzn. Żyliśmy osobno do dnia, w którym nasze drogi splótł dźwięk tłuczonego szkła. Pamiętam ten dzień. Zima. Spadająca szyba i głos, który mówił: - Nie jesteś Alicją. Nie byłam nią. Brakowało mi infantylizmu i dziecięcej naiwności. Znalazłam się jednak po drugiej stronie lustra. Towarzyszył mi. Opatrywał moje poranione odłamkami szkła ciało. Na ciele brakuje blizn. Blizny wchłonęła skóra, jak ja jego, a on mnie. Stworzyliśmy z ciał symbiotyczną masę. Tworzyliśmy ją zbyt nagle i często, by starczało sił na cokolwiek innego. Jakbyśmy starali się scementować to, co pozwoliło nam odnaleźć się w tłumie pędzącym naprzód niczym królikowi znaleźć królową. Nie byłam Alicją. Z czasem nauczyć musiałam się odrębności. W każdym z nas symbioza wyzwoliła cechy właściwe drugiemu. Ja zyskałam znamienny mu spokój, opanowanie, pogodę ducha. On zaś większy indywidualizm, niezależność i dzikość. Wychowaliśmy się wzajemnie. Przystosowaliśmy tak, by umożliwiło to nam współistnienie. Żal mi czasem utraconej wówczas dzikości, podobnie jak żal mi utraconego przez niego opanowania. Z krainy wspomnień wracam do przedpokoju. Dialog. Kot ociera się o me nogi. - Ja na pewno tęskniłam – odpowiadam po chwili – Tęskniłam za tobą, kotem, domem, i sama nie wiem czym jeszcze. Przemieniam się na moment w sentymentalną kochankę (żonę?). Chwilowo dosyć mam swej niezależności, aby ogrzać się i szukać jej znowu nudząc marazmem i monotonią własnego sentymentalizmu. Moje pierwsze ja pozostaje z Jedynym, drugie tęskni za Nim Dwa, trzecie pojawiające się z znienacka myśli o współpodróżnym, czwarte planuje, następne ucieka od wszystkich w samotnię. Jego drugie Ja “nie było same”, pierwsze tęskniło, trzecie trąci autyzmem w zachowaniach. Cóż powiedziałby o nas znajomy psychiatra? - Schizofrenia, rozdwojenie osobowości, roztrojenie... Osobowość prawidłowa jest uporządkowana, dostrzega czarne i białe plamy, nie widząc odcieni szarości. Wszystko co nie wydaje się konwencjonalne jest uznawane za nienormalne, normalne są tylko normy. Czy wszystkie? Doradca małżeński zapewne zarzuciłby nam brak dojrzałości i zachęcił do „poszukiwania odmiany w naszym związku” (choć odmiany tu nie brakuje). - Dobrze mi, dobrze – dodaje, a ja przytulam się mocniej. Obejmujesz mnie inaczej niż znajomi mi mężczyźni. Tak jakby chciał ochronić przed światem, w którym funkcjonuję lepiej niż on. Nie potrzebuję ochrony gotowa nie tylko stawiać czoła złu, lecz walczyć z nim, zaklinać. Ten sposób dotyku pozostał mu z czasów, gdy poznał mnie przed laty, bardziej jako dziecko, niż kobietę. - Jestem Karampukiem – mówiłam nawiązując do powieści Jerzego Kerna o niesfornym króliku wyczarowanym przez Mistrza Matkoojca. I tak, przechodząc przez rozbite lustro, zamiast zostać Alicją stałam się królikiem zmieniającym Maga. A może to Mag odkrywał powoli swe oblicze przestając obawiać się odrzucenia? W ewolucji Karampuk został Magiem, a Mag nie zamierzał zostać Karampukiem. - Mam pomysł, rozpakujmy walizki, weźmy szampana i chodźmy do wanny – proponuje jakby umówił się z Nim Dwa na powielanie wydarzeń. Znów prysznic, wanna, kąpiel. Wszystko to przypomina mi o Nim Dwa. Czy kochając się w sposób identyczny z tobą uraziłabym jego? Czy ciebie? Przystaję na propozycję. Wyrzucam z walizki ubrania, segreguję je i wrzucam do pralki. Piżama w misie kojarzy mi się z przedwczesnym porankiem, garsonka z polaru z wieczorem spędzonym w Afrodycie, dzianina z nieudaną wizytą u znajomych, satynowy granatowy szlafrok z samotnią mego pisania. Reszty nie nosiłam – wrzucę do szafy. Ubrania brudne na lewo do pralki, czyste na prawo do szafy. Panie na lewo, panowie na prawo, przewodnik po środku, (jakby panowie w życiu nie widzieli cycków, a panie męskiego przyrodzenia), przewodnik nie może zdecydować się, którą tożsamość wybrać. A zatem droga wolna... Pralka zajęta sobą, konsumuje brud z mych ciuchów. Mniam, mniam, mniam, uh, łuł... Wchodzimy wolną drogą do nieskażonej mydliniastą pianą wody. Stawiamy szampana na brzegu wanny. Scena niczym z romansu. Skład personalny jakby nie ten sam. Czyżby pisanie romansów było moim przeznaczeniem? Pijemy szampana. Spijam z twych ramion i piersi krople płynu. - Brakuje mi muzyki, zaraz wrócę, nie rozpychaj się tak – mówi. Wychodzi z wanny, po chwili rozlega się saksofon. Płyta Garbarka. Zamykam oczy. Widzę niebo przetkane chmurami. Płyną w rytm muzyki. Ścieżka. Przystanek autobusowy. Brakuje tęczy. Kiedy zaczynam malować ją w wyobraźni, wyczuwam w okolicach mego brzucha znajomą owłosioną łydkę. Słyszę: - Ale teraz jesteśmy razem. Jesteśmy. Czasem blisko, innym razem zbyt daleko, osobno. Zwłaszcza, gdy ja zbliżam się do Nim Dwa, a Jedyny do swej Przyjaciółki. „Model alternatywny małżeństwa” – określił nasz związek mój znajomy, pochłonięty zgłębianiem tajników funkcjonowania szkolnictwa alternatywnego w Europie Zachodniej. Czy model ten upowszechni się i spopularyzuje równie szybko i skutecznie, co wspomniane szkoły? - Nie chlap! – pluska na mnie wodą. Odkręcam czerwony kurek parząc się w dłoń. Oparzenie wygląda paskudnie. Chłodzę je. Para wodna dusi mnie niczym stabilizacja, a twardy wrzynający się w pośladki korek przypomina o społecznych oczekiwaniach wobec kobiet. Byleby nie było im zbyt wygodnie. Byle dążenie do wygody zdusić. Przypomnieć o naturalnym powołaniu. Obciążyć odpowiedzialnością za losy innych. Co się stanie, jeśli będą miały czas myśleć? A jeśli okaże się, że wolą udział w polityce, niż robienie prania politykom? Albo tworzenie prawideł nauki zamiast podporządkowanie się tym prawidłom? Albo seks nie reprodukcję? Wyjmuję korek. Staram się zapomnieć o miejscu, które przydzielono mi w społeczności, niczym siedzenie w zatłoczonym autobusie. Dziękuję! Nie skorzystam. Wybiorę sama. Proszę się nie krępować i zająć miejsce samodzielnie. Ja postoję! Początkowe lata naszego związku. Odwiedziny rodzinnego Zoo. Próby zreformowania niereformowalnego. - Gę, gę, gę – gęgała moja matka odwiedzająca nas przed laty. - Ko, ko, ko – wtórowała teściowa. - Me, me, me – włączają się tatusiowie. - Ia, ia, ia – babcia ze strony ojca. Odwiedziny Zoo u dzieci. Największe zainteresowanie budził w nich podział prac domowych w naszym związku, choć zainteresowanie to niewiele miało wspólnego z promowaniem idei równouprawnienia płci. Podjęli próbę uświadomienia nam, że mamy teraz gęgać, kokać, meczeć, i iać wraz z nimi. Normalnymi... Odwiedziny Zoo u dzieci zakończyły się niepowodzeniem. Zapewne obiektem zainteresowania Zoo stał się kolejny związek, bardziej podatny na manipulację, perswazję, wpływy z zewnątrz. Socjalizacja do roli żony i męża... - I znów chlapiesz! - Nie chlapię. Wanna jest mała. Nie chcę siedzieć na korku, a poza tym zaczyna być mi zimno. Wyjdźmy już – proszę. Pity solidnymi łykami szampan sprawia, że świat zaczyna wirować przed oczyma. W inspirowanym jazzem pejzażu widzę tęczę. Fiolet. Róż. Granat. Czerwień. Pomarańcz. Żółć. Tęcza zmienia się w pianę. Powstałe w pianie bańki łypią na mnie zielonymi oczami. Jego oczami. Lubię oczy brązowe i ciemną karnację skóry. Jednak podoba mi się u niego jej jasny odcień, podobnie jak zieleń oczu. Imponuje partnerski stosunek do kobiet. Ośli upór doprowadza do histerii. Nieśpieszny i czuły sposób zmysłowej miłości. Czy tak samo kocha się ze swą Przyjaciółką? Czy całuje jej piersi tak jak moje? Podobnie dotyka brzucha i łona? Całuje mocniej czy słabiej? Przy pocałunku wysuwa język? Mówi czy raczej milczy? Jest mu lepiej? Gorzej? - Wychodzimy – dyscyplinuje mnie. Wychodzi pierwszy i podaje mi ręcznik. Otulam nim swe ciało. Wycieram je powoli, z szacunkiem. Delikatnym ruchem rąk wklepuję w skórę krem i balsam. Przygotowuję się do snu. Szampan wypity zbyt szybko spowodował, że odczuwam zmęczenie bardziej niż zwykle. Obserwuję go. Kładzie się obok mnie, sięga po książkę. Obracam się na bok. Kładę głowę na jego ramieniu, ręką dotykam brzucha. Bardziej czuję go, niż rozumiem. Nie myślę o nim mój mąż. Nie posiadam nikogo, do nikogo nie przynależę. Trwam obok ciebie. Zasypiam.
Nie śni mi się jednak ani działacz, ani obowiązki, ani też konieczność skruchy – jak Marcinowi Świetlickiemu. Śni mi się stara, pomarszczona kobieta. Wraca z lasu do domu. Niesie duży bukiet polnych kwiatów. Przyciska je do piersi niczym swe nowo narodzone dziecko, pieszczotliwie dotyka płatków, które z każdym jej dotykiem unoszą się do góry, by opadać lekko po jego ustaniu. Kołysze je wówczas wiatr. Żółte polne kwiaty. Spotykam ją na polnej drodze. Moja twarz różni się od jej twarzy. Brakuje w niej widocznych oznak zmęczenia, zmarszczek wywołanych upływem czasu i piętnem życia. W policzkach mam dołeczki, nie bruzdy. Blask oczu wyraża zainteresowanie światem, nie pogodzenie z nim. Różni nas nie tylko wiek, lecz doświadczenia i zapewne przemyślenia. Aby je poznać podchodzę. Ona jednak przyspiesza swój krok, a zmarszczki na twarzy stają się bardziej widoczne. - Nie uciekaj – wołam – nie uciekaj, zostań, chcę porozmawiać o twym życiu, o życiu kobiet! Dlaczego wciąż interesuje mnie ten temat? Może jako kobieta ciekawa jestem, czy mój styl życia zapewni mi życie, o jakim marzę? Lub zastanawiam się, czy mogę dokonać lepszego wyboru, by cieszyć się pełnią życia? Może kieruje mną ciekawość. Jak wyglądało życie kobiet przed kilkunastu laty? Motywów z pewnością jest wiele. - Zostań! – krzyczę głośno. Idę za nią. Szybki krok zmieniam na powolny bieg. Bieg przez ukwieconą drogę. - Zostań, poczekaj proszę! Kobieta zatrzymuje się. Na jej twarzy widzę grymas. Zdaje się nim mówić, że nie ma nic do powiedzenia. Bo o czym tu mówić? Z niedowierzaniem i zdziwieniem pyta cicho: - Porozmawiać? Ze mną? Po co? - Tak, z tobą – odpowiadam – Chcę przekonać się, czy mój wybór jest słuszny! - Wybór? – podnosi na mnie wzrok – Ach! Wybór, wybór... Każda decyzja jest słuszna, o ile z niego wynika, nie z przypadku. - A twoje życie? Nie powinnam zadawać tego pytania. Różni nas tak wiele. Wiek, wykształcenie, pozycja zawodowa, środowisko zamieszkania. O wyborze można mówić w moim przypadku, lecz czy w jej? - Jestem prostą, wiejską kobietą. Moim życiem zawsze rządził przypadek. Takie jak ja zastanawiają się nad swym życiem dopiero, gdy zbliża się kres ich dni – mówi z lekko kurpiowskim akcentem. - Czy czujesz się spełniona? – znów to pytanie. - Nie czuję się niespełniona, to i tak więcej niż mogłabym od życia wymagać – mówi. Chciałabym umrzeć spełniona. Spełnienie nadałoby sens memu, mniej lub bardziej zaplątanemu, życiu. Teraz znajduję je w tworzeniu i miłości do mężczyzn. Kiedyś odnajdę w czymś jeszcze? Czy nie odczuwanie niespełnienia to wszystko, co mogło spotkać ją w życiu? – zastanawiam. Trącam Miłego w ramię. - Śpisz? - Uhm, już nie, ła moje ramie zupełnie zdrętwiało – nietypowa poduszka wydaje z siebie znajomy głos. - Śniła mi się kobieta – zaczynam. - Tak, to może powinnaś spróbować z kobietą – odwraca się na drugi bok. Nie zrozumiał mych intencji. Myślał, że szukam jego przyzwolenia. Ech.. – to jego psychoterapeutyczne wykształcenie. Własna psychoterapia zmieniła go zupełnie. Wychowany przez dominującą matkę i podporządkowanego jej ojca wydawał się przesadnie uległy. Jego spokój, uległość i zamknięcie w sobie stanowiły niezłą przeciwwagę dla mej niezależności i nonkonformizmu. Psychoterapia starannie zniszczyła pedagogiczne wysiłki jego matki mające na celu wychowanie go raczej na podporządkowaną maskotkę niż niezależną istotę. Po niej on przypominać zaczął mnie z tamtego okresu, a ja stałam się spokojniejsza i bardziej stonowana. Znajomi uważają, że ja zrobiłam z niego dziwaka, on zaś częściowo mnie „uczłowieczył”. Fascynująca interpretacja zdarzeń, niewiele przystająca do rzeczywistości. Nie mogę zasnąć. Wstać i pisać? Nie mogę przemóc zmęczenia. Kiedy pracuję zbyt dużo nie mogę spać. Artyści cierpiący na bezsenność tworzą w nocy. A ja? Przewracam się, owijam, zawijam, zrzucam depczącego kota i patrzę w sufit. Liczenie baranów nie skutkuje. Koncentruję się na tym aby nie pomylić kolejności, i przyspieszyć samą czynność liczenia... Raz, dwa, trzy – i szybciej, szybciej, szybciej, bo ile można liczyć... Cztery, pięć, sześć – zwolnić, zwolnić, bo nie zasnę. Zasypiam. Mylę się. Przeskakuję do 133...
Tym razem kobieta pozwala mi wejść. Zaprasza do domu. - Pani wejdzie, wejdzie pani – wskazuje ręką drzwi. Dom z czerwonej cegły. Zawsze chciałam mieć podobny. Mały dom z dala od miejskiego zgiełku, ludzi, w otoczony ogrodem. Samotnia pisania. - Wejdzie pani! – powtarza – Nie ma co patrzeć, ruina taka – macha ręką – Nie to co, wy teraz w mieście. A ja nie umiałabym tam żyć. Za szybko jakoś. Wszyscy biegną i z sąsiadami pomówić się nie da... Jej twarz zdaje się dziś mniej poszarzała. Senny obraz powoli traci ostrość, niczym film robiony starą kamerą. - Co pani robiła w młodości? – interesuję się. - No jak wszystkie, za mąż wyszłam, pracowałam na roli z dziećmi i mężem. Jak on umarł, no to trochę w chłodni. Zimno było, reumatyzm dopadł i odeszłam. Dzieci na swoje poszły, trochę pomagają, ale niewiele. Wyjechały do miasta. To ja zbiorę, grzyby, jagody. Nie jest źle. Kwiaty sprzedam i jakoś jest. Chce pani kwiaty, albo grzyby? – mówi szybko. Czyżby obawiała się, że próba sprzedaży zrazi mnie do dalszej rozmowy? Kupuję kwiaty, choć nie lubię kwiatów, grzyby choć robaczywe. Jedynie jagody do czegoś się przydadzą. - Gdybym jednak miała ułożyć swe życie od nowa – chowa wręczone pieniądze do puszki stojącej na zniszczonym kredensie z dębowego drzewa – To bym skończyła więcej szkół, lżej pracowała. Za mąż bym inaczej wyszła, dzieci lepiej wychowała. No i może na starość pieniądze odkładała, żeby ciężarem dla nikogo nie być – tłumaczy – A ty miastowa? – zmienia formę. - Miastowa – powtarzam za nią, bo chyba tak to można najkrócej wyjaśnić. Obok kredensu stoi stary fotel. Ma aksamitne obicia w kolorze burgunda. Leżą na nim kolorowe poduszki i zmięta gazeta. Oparcie fotela jest poszarpane kocimi pazurami. O jest i kot. Czarno-biały pręgus z puszystym ogonem, odsuwa się nieufnie i zajmuje miejsce pod stołem. - Masz pracę i rodzinę? – kobieta zadaje kolejne pytanie. Nie czekając na odpowiedź wyjaśnia: - Nie ma znaczenia, na starość i tak każdy jest sam. Dlaczego nie myślałam o tym wcześniej? Tak mało człowiek zastanawia się nad swym życiem, pozwalając by inni je układali. Nie pozwól, ty nie pozwól, nie... – podnosi głos rozpływający po lesie się echem. A jeśli ta kobieta jest mną żyjącą przed laty, a ja jej kolejnym wcieleniem?
Budzi mnie światło, łaskotanie Jedynego w policzek i głos: - Wstawaj śpiochu. Jest południe, dzwoniła twoja matka i On. Wstawaj. Idziemy do kuchni na śniadanie. Jestem już tak głodny, że nie mogę czekać. Noga za nogą wlokę się do kuchni. Rano jestem zupełnie nieprzytomna. Nie chcę z nikim rozmawiać. Telefony, telefony, telefony... Dzwoniąca matka. Dzwoniący Nim Dwa. Matka udaje, że się martwi, bo wypada martwić się o córkę, Nim Dwa zapewne martwi się faktycznie, częściej traktując mnie jak córkę, niż jak kobietę. Jedyny nalewa kawę pytając o to jak było? Opowiadamy co wydarzyło się w minionych dniach. Opowiadam jak najlepszemu przyjacielowi. Zawsze był mym przyjacielem. Kochankiem z przerwami. Jakie znaczenie ma teraz to, że nie był sam i noce spędzone z Nim Dwa? Dowiaduję się co robił, co czytał, kiedy przyjechała Ona. Pokazuję wiersz napisany w pociągu. Czyta celebrując słowa, niczym spożywaną po raz pierwszy, wyszukaną potrawę przyrządzoną przez znakomitego kucharza,.
Pragmatycy
Nie wierzę w horoskopy, a jednak Twój czytam w gazecie porzuconej na rogu ulicy Spoglądam na okładkę, by dostrzec czas potencjalnego przeznaczenia, w które również nie wierzę.
Właśnie wtedy przed kilkoma dniami, godzinami, minutami, sekundami mieliśmy spleść swe ciała, w objęciach ciesząc się do woli dotykiem, smakiem, zapachem skóry Nieoczekiwaną jednością tego co od dawna było nieuchronne w naszym dojrzałym „oczekiwanym nieoczekiwaniu” i co starogreccy poeci dumnie nazwaliby miłością
Racjonalni, pragmatycy XXI wieku w jej istnienie nie wierzymy wspólnie, Oglądamy się jednak za naszymi postaciami znikającymi w szarym korytarzu spragnieni nieokreślonej siły przeżywania życia, lecz przestraszeni płynącą z niej mocą zdającą się zdławić nasz racjonalizm, pragmatyzm, niedowierzanie.
Czekam pełna niepokoju, niczym na recenzję surowego krytyka. Jedyny ogląda kartkę papieru. Czyta kilkakrotnie, powoli i na głos. - Pasuje do Ciebie – ocenia – Choć wydaje się zbyt liryczny. Jest w nim uległość, jakiej nie znam. Pisałaś zmęczona? Przyznaję pisałam. Liryka i pragnienie bliskości nie musi wiązać się z uległością. Może wynikać z wzajemnego dopełniania się wyzwalającego w obu stronach moc, siłę, uczucie. Nie wierzę w związki idealne. Wierzę w uczucia wyzwalające i zabierające życiową energię. Nie nadaję się na klasyczną wersję żony. Nie nadaję się też na nieklasyczną wersję współczesnej kochanki. Jednak jesteśmy tu. Jemy, pijemy i rozmawiamy przekonani, że jest nam razem dobrze. Rzadko widzę radość na twarzach par żyjących wspólnie przez lat kilkanaście. Częściej obserwuję przytłoczenie drugą osobą. Jedyny. Daję mu wolność, o której zawsze marzył. Korzysta z niej niczym ptak. Przelatuje nad miastem, by cieszyć się pejzażem i wracać do gniazda. Czasem latamy wspólnie. Łączymy się, rozłączamy, dziobiemy i przytulamy. Dziś nie dołączamy do innych ptaków. Unosimy się samotnie. Krążymy nad miastem, upajając się jego pejzażem, starając się opóźnić moment, gdy nasze stopy poczują ziemię. Lot zakłócają mi powracające myśli o kobiecie. Szukam w niej matczynego wsparcia, rozmowy, bliskości. Matkę odwiedzę jutro. Tej nocy nie śni mi się kobieta. Pomimo to postanawiam pójść. Pójść do mojej matki. Idę jak zwykle z lekkim oporem. Wspinam się po wysokich schodach lekko obdrapanej klatki. Rozglądam się z ciekawością, szukając w tej niepozornej budowli z betonowej płyty jakiegoś elementu mojej przeszłości . Nie dostrzegam jednak takiego. Może istniał tylko w wyobraźni niesfornego dziecka? Jak szybko potrafiłam zapomnieć, odciąć się od tego, co niegdyś było całym moim światem? Nie pamiętam nawet kiedy popadłam w takie zobojętnienie. Odczuwam jednak pewien rodzaj zazdrości wobec tych, dla których matka stanowi autorytet, ostoję bezpieczeństwa, przyjaciółkę, źródło wzniosłych uczuć. Jak w wierszu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którego uczyłam się w szkole: Ona pierwsza pokazała mi księżyc i pierwszy śnieg za oknem, (...) a czarna suknia matki szumiała jak Morze Czarne Nie pamiętam wiersza w całości, tak jak zdarza mi się zapominać o Jej istnieniu. Nie pokazała mi przecież ani księżyca, ani nawet śniegu za oknem... Poezja była dla Niej zbyt abstrakcyjna, za mało istotna wobec problemów całej naszej rodziny. „Normalność” nie pozwalała ubrać czarnej sukni, bo kolor ten świadczy o żałobie. Księżyc i pierwszy śnieg za oknem zobaczyłam sama, a czarną suknię założyłam na znak protestu przeciwko „normalności”. I choć okres buntu mija, w każdym z nas zostają jego szczątkowe ślady. “Coś” jednak decyduje o tym, że idę po tych wysokich schodach. Czy to poczucie obowiązku, powinności czy potrzeba rozmowy z Nią? Pukam delikatnie. Szczęk otwieranego w pośpiechu masywnego zamka zdradza Jej oczekiwanie na mnie. - Cześć! Miło Cię widzieć – powtarzam wyuczoną, niezmienioną od lat formułkę. - No wreszcie! Moja córeczka mnie odwiedziła – odpowiada. Obie czujemy się bezpiecznie w tej powierzchownej, niezmiennie sztucznej relacji interpersonalnej. Przeczuwam kolejny etap rozmowy. Gotowa jestem przejść do drugiego aktu. Starannie wyćwiczony spektakl. Teraz będzie propozycja poczęstunku. Od jedzenia muszę się wymigać, nie mam odwagi powiedzieć Jej, że kompletnie nie umie gotować. Rola żony i matki, którą przyjęła i sumiennie odgrywała nigdy nie odpowiadała Jej aspiracjom. A jednak miała zbyt mało siły, by przeciwstawić się presji społecznych oczekiwań. Wielokrotnie opowiadała mi o epizodycznej pracy modelki i otaczających ją mężczyznach, czasem kilku jednocześnie. Pamiętam Jej oczy podczas tych opowiadań. Były inne, błyszczące, pełne życia. Nie widziałam Jej takiej nigdy wcześniej i nigdy później.
Akt drugi sprowadza mnie do rzeczywistości. - Co zjesz? – pyta z nadzieją. Jak dzisiaj wybrnę z tej niezręcznej sytuacji? Już wiem. Powiem, że już jadłam. - Dziękuje jadłam w pracy, po drodze kupiłam drożdżówki i zjadłam je w przerwie pomiędzy zajęciami, ale jeśli możesz to zrób mi mocną kawę – kłamię na poczekaniu. Jestem głodna. Wracając zajdę do wietnamskiego baru na kurczaka z ananasem. Przygotowuje kawę. Jest nieco nieco zgarbiona. Starzeje się, jest jednak piękna. Uroda dojrzałej kobiety. Stąpa w stronę kuchni. Koncentracja na własnej powierzchowności (przy wyraźnym zaniedbaniu sfery intelektu) doprowadziła do nadmiernej wstydliwości przed starzeniem się. Wstydzi się znajomych z lat młodzieńczych, ucieka od nich pełna kompleksów, że nie wygląda jak rumiana osiemnastolatka, choć to oni prezentują się przy niej niczym „upiór z opery”. Matka starzejąca się. Mam ochotę ją przytulić, kruchą i delikatną by wesprzeć w przemijaniu i jednocześnie trzepnąć w ucho by wydobyć ze skorupy zgorzknienia. - Zjedz coś – prosi – Znowu schudłaś i zmizerniałaś. Nie wiem sama jak ona na mnie patrzy, bo właśnie zauważyłam u siebie coś dokładnie przeciwnego. Utyłam i wyglądam coraz lepiej. Jednak Matka ma żal, że wyprowadziłam się zbyt wcześnie. Próbuje sugerować, że tu, w domu rodzinnym byłoby mi lepiej. Być może tak. Gdyby nadopiekuńczością nie pozbawiała mnie życiodajnego tlenu, zaś objawami neurastenii nie doprowadzała do gwałtownych zmian nastroju. Jem, udając zadowolenie ze spożywania spieczonego na wiór kurczaka – „żarcia dla kosmitów”, jak zauważyła przed laty moja ówczesna wielka miłość. „Kosmiczny kurczak”, odgryzany drobnymi kęsami, mimo że przeżuwany powoli, nie daje się przełknąć. Dusi niczym matczyne uczucie. Tym razem antidotum stanowi sok z czarnej porzeczki, a nie silne męskie ramiona. Może niezależność przychodzi wraz z wiekiem? Patrzy jak powoli męczę kawałek wysuszonego mięsa ratując się popijanym płynem. Stroskana pyta, czy mi smakuje. - Wiesz, ja inaczej przyprawiam – odpowiadam brzydząc się własnym kłamstwem, jednocześnie ćwicząc w asertywności. Psychicznie przygotowujemy się do aktu trzeciego. Pragnąc porozumienia, a nie jego namiastki, nie potrafimy przełamać dzielącej nas bariery lęku. Lęku przed bliskością. W takich chwilach patrzę na nią i czuję, że łącząca nas niegdyś więź emocjonalna nie do końca została jeszcze zniszczona. Wydaje mi się wówczas, że nawet potrafię za nią tęsknić. Zapominam jednak o Niej zamykając drzwi rodzinnego domu. Intelektualna dominacja pozwala obserwować próby manipulacji moim indywiduum. Zajmowana pozycja psychoanalityczki-amatorki fascynuje mnie. Czasem mam poczucie winy z powodu własnego cynizmu, będącego być może rodzajem mechanizmu obronnego, co czyni mnie – badaczkę, potencjalnym przedmiotem zainteresowań psychoanalityka. Uśmiecham się do niej. Uśmiech ten pokryć ma zakłopotanie wynikające z tego, iż pogrążona we własnych myślach znowu jej nie słuchałam. Ja córka uśmiechnięta. Daje się nabrać pozorom zainteresowania. Rozmawiam z nią o treściach pewnie mi obcych, choć na razie nie znanych mi, więc nie mogę stwierdzić tego do końca. Uroda w miarę klasycznej blondynki pozwala na szybkie ukrycie stanu odrealnienia (zgodnie ze stereotypem nie oddaje się głębszym rozważaniom, tępo przysłuchując rozmówcy). Nie do końca wiem gdzie teraz jestem. - I wiesz ona jest w twoim wieku – kładzie nacisk na słowo „twoim” – a to już trzecie. No ale mąż dobrze zarabia, to ona siedzi w domu – kontynuuje zerkając spod okularów na moją reakcję – Nie, ty nie myśl sobie, że ja cię namawiam! Jesteśmy dumni z ciebie, ale tak tylko mówię żebyś wiedziała. Wiem, choć nadal nie mam pojęcia, o kim rozmawiamy. Czuję jednak, że przez ten monolog wypełnia swe macierzyńskie powołanie. Staraj się wspomnieć o istnieniu klasycznej oferty ról socjalizacyjnych (gdybym zdążyła o niej zapomnieć). Jej postawa zawsze wydawała mi się niekonsekwentna. Przez większość czasu czułam, że presja podjęcia (potem zaś starannego wypełniania) roli żony zniszczyła jej radość życia. Eksponowany uśmiech, zabawa w dom, kabareton rodzinnych spotkań, nieco nudnawa stabilna praca zawodowa – wyznaczyły koleje losów znamienne modelowej kobiecości. Ja nie widziałam satysfakcji z ich przebiegu. Ona satysfakcję tą dobrze udawała. „Mistyka kobiecości” jak powiedziałaby Betty Friedan, albo prościej, bardziej krajowo, za Sławomirą Walczewską „gastronomia macierzyństwa”... Tyle starań... W odpowiedzi? Pech. Porażka. Pisarka. Nauczycielka. Wykładowczyni. Feministka. Dostrzegam w jej oczach błysk nadziei. Może uda się wypełnić moralny obowiązek ukazania mi tradycyjnej roli, której ja jednak pomimo wszystko nie wybiorę. Zapewne postrzega to jako swój bunt przeciw światu, a raczej temu, co przyjęte w nim kulturowe normy zrobiły z jej życiem. Normy, którym nie umiała się przeciwstawić. Widzi we mnie ucieleśnienie dawnych marzeń – buntowniczkę. Nigdy jednak za buntowniczkę się nie uważałam. Bunt wymaga walki, energii, tłumaczenia innym swej ideologii. A ja? Jestem leniwa, egoistyczna i skoncentrowana na sobie. Nie chcę dzielić się swym czasem. Dobrze mi i już. - Ja nie popieram jej starań o wymianę mieszkania. On się zamęczy w tym OZOS-ie, ale się nie zmieszczą tak liczną rodziną w mieszkaniu. To jego matka zaproponowała, żeby nie kupowali i się zamienili. Ona da im swoje pięciopokojowe a pójdzie do ich klitki – rozpiera ją energia i duma, że tak dobrze zna życie. Czyje? O kogo chodzi w tej rozmowie? O sprawy jakiejś dwójki ludzi? Moje niedostosowanie do norm społecznych? Jej dostosowanie do nich? Znowu udaję, że słucham. Rozglądam się po pokoju. Dostrzegam na jednej z półek zdjęcia całej naszej rodziny, oprawione w kiczowate, plastikowe ramki. Stanowią wiarygodne namacalne symptomy Jej spełnienia. Spełnienia żony i matki. Rodzinna idylla. Na jednym ze zdjęć siostra. Kolejne przedstawia wizerunki jej pociech (muszę przyznać naprawdę udanych). W moim odczuciu brakuje tu fotografii Jedynego, jeśli już musiała umieścić moją. Widać (partner? kochanek? mąż?) nie pasuje do stereotypu kobiety sukcesu. Jest i ojciec. Na dole ramki umieściła jego stare zdjęcia. Ma na nim nieobecne oczy sugerujące, iż rzeczywistość go nie dotyczy. Jest daleko na planecie niedostępnej ludzkim spojrzeniom. Niebyt w bycie. Czyżbym odziedziczyła to po nim?
Obok na półce stoi jej zdjęcie. Matka w latach młodości. Niezwykle piękna, pulchna w odniesieniu do współczesnych standardów urody, narcystycznie uśmiechnięta dziewczyna o średnio inteligentnym wyrazie twarzy w stroju kąpielowym i słomianym kapeluszu promienieje szczęściem. Zdaje się wołać o oklaski, tłumy reporterów, pielgrzymki wielbicieli. Zakochana w swej powierzchowności, niestety pozbawiona większych walorów wewnętrznych. Matka wyrzuca i chowa zdjęcia robione współcześnie. Przypominam sobie propozycję Julii Kristevy, by ze starych zdjęć matek, spróbować odczytać ich przeżycia. I dalsze słowa autorki „obwiniajcie swych ojców, nie matki”. Tylko za co obwiniać mam ojca? Gdyby tylko na to pozwolił zniszczyłaby jego życie, jak zniszczyła własne. Dostrzega mój wzrok. Zmienia temat. - Piękne nieprawdaż? Taka kiedyś byłam ładna. Jak szłam po plaży wszyscy mężczyźni się za mną oglądali. Jak się któryś nie obejrzał myślałam, że jest głupi albo chory. Tylu za mną biegało, oświadczało się. Twój ojciec tak się przyczepił, że musiałam za niego wyjść. A teraz? Co zostało z mojej urody? Obwisła skóra i zmarszczki. Ech starość... – wzdycha. Eksponując zmarszczki koncentruje mą uwagę na swej twarzy. Twarzy zniszczonej piętnem codzienności. Faktycznie, była piękna przyjmując ówczesne kryteria kobiecej urody. Tylko czym jest uroda, skoro przemija tak szybko? I właściwie po co koncentrować na niej tyle wysiłku? Gdyby swą energię spożytkowała na rozwój umysłu, być może byłaby kimś wybitnym. Jej frustracja wówczas by nie istniała, zastąpiłaby ją pasją tworzenia. - Uważam, że zbyt dużo uwagi przywiązujesz do własnej powierzchowności i życia innych ludzi – odpowiadam szczerze. Zapominam, że miałam być dzisiaj miła. - Przecież ty też przywiązujesz! – odburkuje w odpowiedzi. Tak to prawda. Niewątpliwie ma rację. Lubię nowe ubrania i dobre kosmetyki, nigdy jednak nie pozwoliłabym, aby koncentracja na wyglądzie odrywała mnie od doskonalenia umysłu. Mężczyzn lubię także. Ich „oglądanie się” deprymuje mnie. Wolę relacje przyjacielskie, podszyte odrobiną uwalniającej się powoli energii seksualnej. Albo takie zwykłe, przyjazne ciepło, rozmowę, dotyk dłoni... Nie zrozumie tego także. Damsko-męska przyjaźń, albo nawet przyjacielska fizyczna bliskość obok stałego związku przekracza Jej myślowe horyzonty. Czasem byłoby łatwiej gdyby przekraczała też i moje...
Matka. Patrząc na nią cieszę się, że udało mi się zachować właściwe proporcje pomiędzy dbałością o własną powierzchowność a rozwój osobowości. Nie obawiam się fizycznych znamion upływu czasu, zmarszczek, wiotczejących piersi, mniej jędrnej skóry, lecz przeraża mnie perspektywa utraty potencjału intelektualnego. No tak! Zamiast brzydnącą frustratką stanę się frustratką otępiałą! Piękna mnie czeka perspektywa! Tylko czym będę wówczas różnić się od niej? Czuję, że mówi do mnie. Nie słyszę słów, uciekając myślami czytam je z ruchu warg (nie wie o tej umiejętności). - A ty, którą wolisz? - Jak to którą? - No, Stefanię czy Wirginię! – Zaczyna podnosić głos. Niecierpliwi ją oczekiwanie na odpowiedź. - Ja nie oglądam seriali – niepokoi mnie taka gwałtowna zmiana tonu głosu. - Jak można tak nic nie oglądać? Odrealnisz się od świata. Zdziczejesz! W sumie już jesteś jakaś dzika. Może się zakochałaś? – przygląda się badawczo. Szuka w miarę racjonalnego wytłumaczenia mojego, niezmiennego zresztą od lat, zachowania. Odrealnię? Zdziczeję? Zakochałam? Zastanawiam się, o czym w ogóle mówi. Dzika i odrealniona byłam odkąd pamiętam, żyjąc w mini-świecie swych książek, stworzonym przez siebie i dla siebie. Czy seriale mają przywrócić mnie ku realizmowi? I cóż realistycznego jest w ich fasadowej wręcz powierzchowności? Analizuje cudze losy nie mając pojęcia, co dzieje się wokół niej. To jest ta jej realność, a moje odrealnienie? Przypomina mi się opis psychiki typowej odbiorczyni telenowel i wpływ zawartego w nich przekazu na percepcję rzeczywistości. Schematyzm myślowy w analizie cudzych uczuć. O tak! Ja jestem typ trzeci bohaterki – kobieta sukcesu. Powinnam być samotna, nieszczęśliwie zakochana a energię przelewać na pracę. No i wszystko jasne! - Nie, nie zakochałam się i nie zamierzam również zdziczeć, po prostu mam mało czasu – wyjaśniam chcąc ją uspokoić. Matka przyjmuje wyjaśnienie. Mało czasu, to pasuje do dalszej konstrukcji myślowej. Wszystko można tym wytłumaczyć: ograniczoną częstotliwość wizyt w rodzinnym domu, niechęć do telenowel, niekonwencjonalne zachowanie i brak apetytu. Tyle, że teraz czeka mnie swoista tyrada dobrych rad. - Jak chcesz robić karierę – odgryza się, pejoratywnie kładąc nacisk na słowo kariera. Nie zamierzam robić żadnej kariery. Chcę się rozwijać, czytać, poszukiwać nowych prawd, szukać, błądzić i znajdować to, co odnalazło już wielu. Uczyniło to jednak inaczej, w sposób swoisty dla siebie a nie dla mnie. Rozglądam się wokół. Czuję, że nie pasuję do jej świata, tak jak i ona nie pasuje do mojego. To wzajemnie poczucie „niepasowania” zdaje się jednoczyć nas, posiadające wspólne geny i przodków. Jak mogłam wyrosnąć w Jej domu i stać się, kim jestem? Jak ona mogła spłodzić coś takiego jak ja? Nić podobieństwa pomiędzy nami nader silnie widoczna zewnętrznie, praktycznie nie istnieje na płaszczyźnie wewnętrznej. Matka. Porównuję w myślach jej ciało z moim. Mam podobną figurę, znacznie większe piersi, grubsze usta, węższą talię i bardziej rozłożyste biodra. Włosy także mam podobne, nie upinam ich w tandetne spinki. Nadanie ich bujności regularnego kształtu źle wpływa na moje poczucie niezależności. Nadaje twarzy wyraz podporządkowania. Brakuje mi jednak znamiennego dla niej infantylizmu, skrępowania zewnętrznymi nakazami, powierzchownej emocjonalności, słabości charakteru skrytej pod maską kobiecego ciepła. Tak wiem, to nie jest wina Matki. Długotrwały proces wychowania ukształtował jej charakter. Pomimo pozornego przystosowania do stadnego życia nienawidzi mężczyzn, choć skrzętnie to ukrywa. Pamiętam Jej próby uświadomienia mnie w tym, co uznała za „interesujące dla dorastającej panienki”, wywołując tym moje skryte porównania Jej kiepskiej wiedzy teoretycznej z mą nieco rzetelniejszą praktyczną. Była równie przejęta jak ja rozbawiona. Czasem zastanawiam się, czy ją i ojca łączyła kiedykolwiek więź seksualna? Pewnie tak, bo ostatecznie przyszłam na świat. Jednak jego żywiołowość, spontaniczność, elastyczność zdają się zupełnie nie pasować do image'u jaki sobie stworzyła. Image'u Księżniczki oczekującej na mdłego Księcia z wiązką róż, na białym rumaku biorącego ją w ramiona by wprowadzić w krainę rozkoszy. Romantyzm w wyobraźni mieszczucha. Germane Geer nazwałaby ją zapewne „kobiecym eunuchem”. Swe skłonności do kiczowatego romantyzmu skrywała pod kotarą pragmatycznej gospodyni domowej. Tak jak ja skrywam je pod maską wyzwolenia, nie czekając jednak na ciapowatego księcia, lecz intelektualistę, dającego nadzieję na znalezienie wspólnych płaszczyzn rozwoju osobowości. Nie lubi takich mężczyzn, równie mocno jak ja ich poszukuję.
Skąd wzięła się taka, jaka jest? Czasem staram się zrozumieć jej życie. Analizuję losy niezbyt dokładnie znając przebieg okresu dzieciństwa. Wieloletnia neurastenia, lekomania i choroby somatyczne doprowadziły do wypełniania luk pamięci konfabulacjami. Była najmłodsza z trójki rodzeństwa. Z pewnym niesmakiem opowiadała mi historię babci, kobiety zamężnej z pewnym bezpłodnym konduktorem, a zarazem matki trójki dzieci różnych ojców. Jej ojcem był miejscowy aktor, dziwak i zamknięty w sobie ekscentryk (cóż, pewnie z miejsca odczułabym charakterystyczne przyciąganie). Widać babcia była namiętną kobietą niezbyt liczącą się z opinią społeczną, niestety takiej jej nie pamiętam. Swe potomstwo babka wychowała samotnie. Owdowiała przedwcześnie, jak wiele kobiet w czasie trwania wojny. Psycholog zdiagnozowałby mą matkę jako dziewczynę wychowaną w niepełnej rodzinie, przypisując tej przyczynie wszystkie występujące zaburzenia. Babcię zapewne nazwałby kobietą rozwiązłą, choć była osobą mocno wierzącą, zdecydowanie rozgraniczała sprawy zmysłów i wiary. A może nauczała rozkoszy w ramach miłosierdzia bliźniego? Oburzenie matki zachowaniem mej babci zdaje się być równe mojemu szacunkowi oraz fascynacji przodkinią. Miała silną matkę, która kierując dowolnie swym seksualizmem urodziła trójkę dzieci. Tylu właśnie pragnęła. Utrzymała je i samodzielnie wychowała. Niekonwencjonalny model kobiecości przełomu XIX i XX wieku.
- Nad czym myślisz? Znów to samo pytanie. Zadawali mi je przez lata kolejni partnerzy. Nie istnieje chyba poprawna odpowiedź, lecz odpowiedź pożądana przez samego zadającego. Spróbuję udzielić jej odpowiedzi, zobaczymy, co się stanie. - Myślałam o babci i twoim dzieciństwie, może mi opowiesz? – zachęcam, ciekawa sposobu, w który zmienia się wersja. - Nie ma o czym, przecież to był ciężki okres. Samotna matka, trójka dzieci, utrzymywała się szyjąc ubrania i wynajmując pokój lokatorom – matka akcentuje męską formę – Pierwsze z nas – chłopiec zmarło. My jednak przeżyłyśmy. Trochę pomagałyśmy prowadzić dom i szyć, a potem wybuchła wojna i zrobiło się naprawdę ciężko. Zrezygnowałam ze szkoły, kilka lat po jej zakończeniu nadrabiałam zaległości, ucząc się w kilku klasach jednocześnie. Przed maturą uzupełniałam braki, pomagał mi Tata, Józek przynosił książki, Kazik uczył fizyki a Zenek... – nie chce mi się słuchać co robił Zenek. Zastanawiam się tylko jak przy nikłych zasobach swej inteligencji potrafiła tak manipulować mężczyznami. Gdyby jeszcze odziedziczyła temperament seksualny po babci, wówczas może potrafiłabym to zrozumieć. A tak? Strategia życiowa „oskubywanie samców”. Ładnie! A takie przyzwoite korzenie! Może jednak patrząc na babcię – samotną matkę z dwójką dzieci, tego właśnie się przy niej nauczyła? Tak jak ja niechęci do nadmiernej zależności od drugiej osoby (zwłaszcza odmiennej płci). Mężczyzn matka zawsze przytłaczała swą osobą. W młodości dominując wraz z wiekiem wymuszając opiekę wyimaginowanymi chorobami. Nie lubię kobiet wegetujących, choć wegetację tą wymusza dominujący układ ról społecznych. Kobiet żyjących by rodzić dzieci, karmić je, prać, prasować, spać i sprzątać; by w końcu, w obawie przed samotnością, uzależniać członków rodziny od swej opieki. Czemu ma służyć przesadna gloryfikacja macierzyństwa gastronomicznego lub niespotykany w żadnym cywilizowanym kraju pomnik Matki-Polki, jak nie uświadomieniu kobiecie, że jej życiowym zadaniem jest opieka, obsługa innych i cierpiętnictwo? Dlaczego brakuje wizerunku kobiet szczęśliwych, zmysłowych, rozbudzonych erotycznie? A jeśli prezentuje się taki, to dotyczy on osób młodych oraz niezamężnych. Powszechnie wiadomo, że to Matka-Polka wypacza osobowość swych dzieci. Nie pozwala im na niezbędne kształtowaniu własnego Ja oddalenie. Wtłoczona przez patriarchat w system swoistej moralności moralności, więc przygniata swą chorą potrzebą miłości dzieci. Czyni istoty bezkształtne z mężów, będących również ofiarami patriarchatu. Przejawiany za pomocą infantylnych dowcipów (o teściowych, żonach, seksie) bunt podtrzymuje patriarchat służąc rozładowaniu negatywnej energii mogącej w przeciwnym razie służyć jego stłumieniu. Dostrzegam u Niej syndrom opuszczonej Matki-Polki. - Potem Karol pomógł załatwić pracę. Ja już wyszłam za tatę. Was jeszcze nie było, bo w sumie to nie chciałam mieć dzieci i zakopać się w pieluchach. Potem były naciski rodziny, sąsiadów... – to już słyszałam setki razy. Niechętnie wraca do rozmowy o swej matce. Ja nie mówię o swojej nigdy. Jest zbyt szara, zwyczajna, nijaka, niezrealizowana. Zbyt krucha w swym zgorzknieniu. Nie lubię negatywnej energii, jaką wytwarza wokół siebie. Niestabilności emocjonalnej. Przejmowania się błahostkami. W odróżnieniu od niej moją karmę stanowi radość, szukanie bliskości z ludźmi, erotyczna namiętność i intelektualne poszukiwanie. Niektóre z tych cech miała zanim wyszła za mąż i urodziła nas, by zaspokoić potrzeby rodziny i sąsiadów. Matka żyjąca w zgodzie z konwenansem.
- Nie chciałaś nas mieć? – pytam z nadzieją na to, że uzewnętrzni się choć na moment. - Jak już byłyście to chciałam. Fajne są takie małe dzieci. Jak laleczki. Później, dorastając przestają być takie sympatyczne – wyjaśnia obserwując z zaciekawieniem grymas powstający na mej twarzy. Nie sądzę, że próbuje mnie sprowokować swą wypowiedzią. Raczej uzewnętrznia infantylizm i niedojrzałość znamienny tym kobietom, które traktują wychowanie nowej istoty ludzkiej jak zabawę lalkami. Do tego jesteśmy starannie przyuczane idealizowanym obrazem macierzyństwa prezentowanym w książkach, podręcznikach, reklamie. O takim też wymiarze macierzyństwa mówimy sobie wzajemnie, przekonane że negatywne instynkty wobec dziecka tkwiące w matce są nieprawidłowe lub patologiczne. Erica Jong napisała kiedyś „Powiedz kobiecie w ciąży, co czeka ją po urodzeniu dziecka a rzuci się do wody z najbliższego mostu”. Pamiętam jak mocno początkowo zaszokował mnie ten cytat. Być może dlatego, że pisała go wówczas matka kilkunastoletniej córki. - A tata? Pytam w zasadzie nie wiadomo po co. I tak nie zamierzam słuchać odpowiedzi. Wciąż zastanawiam się, co tak naprawdę robią razem, skoro zupełnie do siebie nie pasują. Czy kiedyś kogoś kochała? Czy potrafiła zatracić się w zmysłowej rozkoszy do zawrotów głowy? Czy spotkała kiedyś kogoś, kto czuł tak jak ona? A może nie czuła nic poza swoją pragmatycznością i racjonalizmem, a one uczyniły ją tym, kim jest? Istotą beznamiętną, mało emocjonalną, udającą namiętność powierzchownymi damsko-męskimi kontaktami i teatralną wręcz emocjonalnością. Skąd wzięło się we mnie nieustanne poszukiwanie namiętności, dążenie do cielesnej rozkoszy, przełamywania własnych granic czy eksperymentowania, skoro dziewczynkę wprowadza w świat norm kobiecych matka? Czyżby miała zbyt mały wpływ na moją tożsamość lub też przerażenie wynikające z poczucia tego, że mogę stać się taka jak ona wywoływały tą konieczność?
Matka nie była chyba taka od początku. Na starych zdjęciach wygląda zmysłowo. Może zniszczyło Ją nadmierne uleganie konwenansom? Nadużywanie tabletek uspokajających? Albo przekonanie o nierozerwalności małżeństwa? Czasem mam wrażenie, że nadużywała tabletek, aby stłumić w sobie ogromną energię seksualną wynikającą z pożądania mężczyzn innych niż ojciec. Sądzę też, iż gdyby mógł przewidzieć konsekwencję jej postępowania nie miałby nic przeciwko seksualnej konkurencji. Tutaj też różnimy się od siebie. Może moje poglądy ukształtowała obserwacja jej życia i poczucie tego, że moje musi być inne? - Często się o Ciebie martwię. Zapewne bardziej niż tata – znowu próbuje rywalizować o moje względy degradując ojca – Ty nawet nie wyobrażasz sobie, jak matka potrafi martwić się o córkę. Mogłabyś chociaż zadzwonić żeby powiedzieć jak się czujesz. A tak? Po nocach nie śpię, bo martwię się o twój stan zdrowia i wyniki badań miałaś porobić. Nie wiem jak ty w ogóle żyjesz – kontynuuje. - Nic mi nie jest, nie martw się – zaczynam się złościć. - Jak będziesz miała dzieci, to przekonasz się jak to jest – tłumaczy. - Nie wiem, czy będę je miała – odpowiadam spokojnie, nieco mentorskim tonem. Zawsze żeby ukryć zdenerwowanie przybieram nauczycielską barwę głosu, czynię to również jak jestem zmęczona. - Tylko tak ci się wydaje. Ja w twoim wieku też nie myślałam o dzieciach, ale później wszyscy znajomi je mieli a nam mówili, że jesteśmy bezpłodni, a więc… Tak, setki razy mówiła mi co znaczy to „więc”. „Więc” zniszczyło jej życie. „Więc” pozbawiło ją marzeń, pragnień, indywidualności, czyniąc w zamian istotą uspołecznioną. Martwi się o mnie. To jej martwienie się stanowi rodzaj „więc”. „Więc” tak się martwiła, bo matka powinna martwić się o swe dzieci, gdy dzieje się coś złego. W mym życiu nie dzieje się nic złego. Jednak ona uważa, że się dzieje. Śni o tym nocami. Wielokrotnie opowiada mi swój sen. Leżę jako zziębnięte, przemoczone niemowlę w starym wózku. Nie ma pieluch żeby mnie przewinąć, kołderki żeby okryć, ubranek by ochronić przed zimnem. Szuka kogoś, kto by jej je dał. Co oznacza taki sen? Ma poczucie macierzyńskiego niespełnienia związanego z moim zachowaniem? Nie jestem psychoanalitykiem żeby analizować senne koszmary. Też dręczy mnie jeden. Podobny. Śnię, że mieszkam w jej domu. Nie mam swojego pokoju, książek i „Jego” (jak go nazywa). Dziwna zbieżność. Nie potrafił dać mi wsparcia. Obraca je w poczucie winy. Nieustannie nim manipuluje. Gdyby wsłuchała się w swe zdania... “Jestem winna, ponieważ zachorowałam”. Mam się uporać ze swym stanem, zadzwonić do Niej, po czym pocieszyć żeby się nie martwiła. Nie zaproponuje mi jednak pomocy („mam przecież Jego”), lecz będzie się przejmować, opowiadać wszystkim wokół o mej wyimaginowanej chorobie. Zostanie bohaterką „reality show”. „Więc” martwi się o córkę jak przystało na matkę... Czerpie życiową siłę z nieszczęścia, smutku, rozpaczy. Zarzuca wszystkim zadowolonym z życia brak wrażliwości. Matka cierpiętnica.
- I jak jego ojciec? Domyślam się, że chodzi o mojego partnera. Nie lubię słowa Jego, zakłada formę bezosobową, ignorowanie obecności w moim życiu. Wolałabym aby używała imienia lub mówiła o nim jak ja Ten Jedyny (o istnieniu Nim Dwa nie ma pojęcia). Do dziś nie wiem, czym zawinił w jej mniemaniu Jedyny? Chyba tym, że wolę mieszkać z nim nie z nią. - Żyje i ma się całkiem dobrze. - Jest w domu? – pyta z nadzieją, że jednak cudze nieszczęście dostarczy jej tematów do rozmów z tą częścią rodziny, która jeszcze ją odwiedza lub której nie wstydzi się w swym starzeniu. - Nie. W szpitalu. - I to ma być dobrze! Jest poważnie chory! A ty tak nic nie robisz – tłumaczy. Przez moment mam ochotę odpowiedzieć, że robię – martwię się. Jak wyzdrowieje poinformuje mnie, a ja obarczę go odpowiedzialnością za swój niepokój. Daruję sobie jednak złośliwość. Córka niezłośliwa. Cóż uczyniło ją taką? Niegdyś rumianą, zmysłową, zadufaną w sobie dziewczynę z kapeluszem, uśmiechającą się ze stojącej na półce fotografii. Kobiecość-kobieca wraz z całym jej infantylizmem? Aż chciałoby się zrzucić winę na patriarchat i jego wytwór – socjalizację kobiecej kobiety. Zapewne tak było. To, „więc” stanowiło twór patriarchatu. “Więc” wypadało mieć męża, dzieci, partnera seksualnego, gotować obiady, modlić się, sprzątać, prać, chodzić do teściów, zrezygnować z przyjemności by zaspokajać potrzeby innych. Wychowywać nas, hodować, karmić, ubierać. Stara się ze mną rozmawiać o „więc”. Jako kobieta (żona?) „powinnam” zapewne martwić się o teścia. Nie zamierzam. Niepokoję się o partnera i siebie. W tym natłoku codziennych spraw kolejne... Jeśli on zajmie się rodzicami, mnie przypadnie większa część domowych obowiązków, a zaczęłam pisać nową książkę... - A ty zapewne wymyślasz nową książkę, poza tym nic już cię nie obchodzi? Nawet rodzina? Siostra? A ona tak chce się z tobą spotkać. Mówi, że oboje jesteście jacyś dziwni. Nie dzwonicie, nie przychodzicie nawet na święta – mówi marszcząc brwi. Wyraża w ten sposób gniew. Wygląda na to, że znowu rozmawiamy o rodzinie. Czy faktycznie nie obchodzi mnie zupełnie? Biografia własnej matki. Zachęciła mnie do niej sama. Pamiętam tę rozmowę. - Wujek powiedział, że takie piękne listy piszę, to pewnie mogłabym też pisać książki. Mam nawet pewien pomysł opiszę swe życie – stwierdziła z dumą. Oczekiwała aprobaty. - Książkę bardzo trudno jest napisać, a poza tym skąd weźmiesz pieniądze na jej wydanie? – odradzam. Wyobrażam sobie tę powieść! Skrzyżowanie fabuły telenoweli i tandetnego romansu, adresowaną do „kobiecych eunuchów”. Pomysł jednak rozważam. - Babcia pisze książkę – śmieje się siostrzeniec. - Zapewne będzie interesująca – odpowiadam. Śmiejemy się wspólnie. Ten wspólny śmiech nas jednoczy. Mnie dojrzałą, choć młodą jeszcze kobietę i jego, postrzelonego nastolatka z wypryskami na skórze. Matka jest w kuchni, przygotowuje herbatę. Słysząc nasz śmiech wybiega z niej. Jest wyraźnie wytrącona z równowagi. Jak możemy tak śmiać się w jej domu. Radość przecież pozbawia ją życiodajnego tlenu, „umartwiania się”? - Przyjdziesz na święta? – pyta. - Nie obchodzimy świąt. - Nie możesz nie obchodzić! Ja cię tak nie wychowałam. Wyjeżdżacie? A może się rozwodzicie? W naszej rodzinie nigdy nie było rozwodów. Pytaniem rozpoczyna kolejny akt. Dowiem się z niego, jak mnie wychowała, ile trudu włożyła w ten proces, ile energii straciła, kim zatem być powinnam, a kim nie jestem. Wychowanie. Brakło w nim celowości, konsekwencji, autorytetu. Nie miała go sama. Była sztuczna, powierzchowna, schematyczna, skoncentrowana na tym, co powiedzą inni. Matka konformistyczna. Życie przez pryzmat spojrzenia innych doprowadziło ją do utraty swego ja. Strażnicy moralności wytykali każde odstępstwo od norm. Zabili tym jej uśmiech. - Nie lubię tej całej gorączki świątecznych przygotowań, krzątaniny, objadania się przy stole – wyjaśniam. - A kto lubi? Myślisz, że ja lubię? Trzeba i już. Zawsze było Boże Narodzenie. Młoda jesteś i nie znasz życia – zbywa mnie stałym sloganem. Ona zbyt dokładnie przyswoiła sobie zasady nim rządzące. Zasad tych nie potrafiła potraktować wybiórczo, nie znajdując spełnienia w żadnej adresowanej do kobiet. Ciekawe, czemu nie szukała ich w ofercie przypisanych mężczyźnie lub nie tworzyła kompilacji własnych. Była zbyt słaba czy za mało inteligentna? Chyba jednak słaba. Inteligencję zniszczyła rutyna sprzątania, prania, gotowania. Na rozszerzanie horyzontów zabrakło jej czasu. Jestem córką matki, której życie zniszczył patriarchat. Czyżby to właśnie ukształtowało mą tożsamość, sugerując tym samym, że śmierć jej indywiduum pozwalała narodzić się mojemu Ja? Stawiałoby to mnie w pozycji pasożyta, którym przecież być nie chcę, zaś ją w pozycji męczennicy, w czym upatrywałaby źródła samorealizacji. Fuj! Parszywa teza! Wolę przyjąć, że swą tożsamość zawdzięczam obserwacji prawidłowości zachodzących w świecie i studiom literatury. Może, jak pisze Angelika Alitii jestem dzieckiem słabej matki. Przeciwstawienie się „więc” strażników moralności wymaga kobiecej siły, niestłumionej dzikości, możliwej do wydobycia ze mnie, lecz czy z Niej? I czyż nie żałowałabym swej energii na podjęcie próby uratowania Jej, skoro wyraźnie nie chce dać się uratować? A może jednak jest szczęśliwa? Jest we mnie zbyt wiele ambiwalentnych uczuć. Może jest to żal? Żal o jej słabość, bezradność i konformizm.
Czuję, że moja wizyta w domu matki powinna już dobiec końca. Wycofuję się z tej dyskusji i żegnam. - Być może tak ci się wydaje, choć ja uważam, że znam. Czasem nie poznaję sama siebie. Znów ta cholerna asertywność, wówczas kiedy mam ochotę czymś rzucić. Zapewne tym obrzydliwym bluszczem, który od lat wisi w przedpokoju, wyraźnie mając ochotę oplątać mnie i udusić. Kiedyś się go bałam. W sumie jego życie powinno dobiec już końca. - Niestety muszę już iść, mam jeszcze sporo pracy – tłumaczę. Wiem jednak, że owa „ważna praca” to najnowsza książka Manueli Gretkowskiej, którą właśnie niosę w torebce. - No skoro już musisz nie będę cię zatrzymywać! Wyczuwam w jej głosie sporo żalu, że przychodzę tak rzadko i wychodzę tak szybko. Mam jednak poczucie dobrze wypełnionej powinności – wizytę zaliczyłam. Męczy mnie jednak ta powierzchowność kontaktu. Niedowierzanie, że w jej wnętrzu może naprawdę nie być nic poza tą powierzchownością. Czuję lęk, że któraś z nas odejdzie nie spełniając się we wzajemnym poznaniu. Nie potrafię jednak otworzyć się przed nią. Ona nie chce słuchać tego, co jest we mnie, obawiając się utraty swej idyllicznej wizji drobnomieszczańskiej szczęśliwości. Skoro musi naprawdę tak zostać... A może kiedyś zmieni to czas lub jakieś gwałtowne wydarzenie pozwoli przeinaczyć się tej fasadowości w normalne ludzkie uzewnętrznienie? Powoli zakładam na nogi buty. Siadam na bordowej, nieco zadeptanej wykładzinie. Liczę na to, że zatrzyma mnie słowem lub gestem. Gestem w którym drzemie jakaś tajemniczość, siła, dzikość skrywana przez lata. Nie czyni tego jednak. Wpatruje się w me buty. Zapewne zaraz powie mi, że mogłam ubrać się inaczej, bardziej elegancko, kobieco. Z wieszaka zdejmuję płaszcz. Powoli wkładam ręce w rękawy. Zakładam rękawiczki a przez ramię przewieszam torbę. Nie stara się mnie zatrzymać. - Cześć, pozdrów Tatę, może wpadnę przed Nowym Rokiem – mówię. Kiwa głową wyrażając aprobatę. Wiem, że będzie czekać i tęsknić za kolejną wizytą. Otwiera drzwi i pozwala mi wyjść na obdrapaną klatkę. Zamyka. Słyszę szczęk zamka. Zaczynam szybko biec po schodach. Ktoś znów ukradł żarówkę a ja boję się ciemnych klatek schodowych. „Więc” to wszystko? Czyżby znowu śnić miała mi się kobieta starająca się przekazać mi to, czego nie potrafiła przekazać ona? Matka? Kobieta nie śni mi się jednak. Może amatorska psychoanaliza przyniosła zamierzone rezultaty? Tej nocy znów śpię nie wiele. Budzi mnie księżyc, którego promienie łaskoczą nasze ciała. Dłuższy sięga Jedynemu do nosa, wywołując tym głośne kichnięcie. Krótszy liże mą brodawkę sutkową, ta twardnieje pod wpływem dotyku. Delikatne muśnięcia promyka przypominają język uczącego się pieszczot kochanka. Rozkoszuję się tą chwilą. Odkrywam kołdrę z brzucha i łona. Czekam na dotyk bardziej intymny, wyrafinowany, erotyczny. Trwam w oczekiwaniu. Wyobrażając sobie jego posmak, pozwalam promykowi schodzić nieco niżej, by oświetlać mój brzuch. W jego krągłości odbija się światło, uwydatniające pod czujnym spojrzeniem nocy krągłości ukrywane za dnia. Przeciągam się niedbale. Pełna nadziei na pocałunek odchylam głowę do tyłu. Ruchem oczu wskazuję wilgotniejącą partię ciała, lecz niedoświadczony kochanek-promyk czerwienieje. Znika i chowa się za słońcem. Rozchylając nogi witam kolejny świt i dłoń przebudzonego Jedynego niespiesznie rozchylenie to kontemplującą. Ledwie wyczuwalne pulsowanie zakłóca pytaniem: - To pełnia? - Tak, pełnia – odpowiadam – Nikt podczas niej nie powinien być sam. Czcimy więc pełnię, wspólnie. Łącząc się i rozłączając witamy nadchodzący świt. Zasypiam wraz z nastaniem świtu pełna nadziei na ponowne ujrzenie kochanka-promyka. Tym razem budzi mnie krzyk babci karcącej wnuczkę. - Nie wolno! Nie można! Ubrudziłaś się! Dostaniesz! - Rany, czy ci ludzie nigdy się nie uspokoją? – mówię do podnoszącego się z łóżka Miłego. I bez jego odpowiedzi wiem, jak nikłe mam szanse na ciszę w tej – jak wydawałoby się, leśnej głuszy. Mieszkamy na specyficznym osiedlu. Bloki położone w lesie zamieszkują głównie przedstawiciele nowej klasy posiadającej (bynajmniej nie potencjał intelektualny). Kobiety-żony-matki najwyraźniej nie pracują, pozostając na utrzymaniu mężów-ojców, pochłania je opieka nad potomstwem i celebrowanie konsumpcyjnego stylu życia. Dzieci przejmują system wartości rodziców. W stojącej pod mym oknem piaskownicy licytują się, które z nich ma więcej droższych i oryginalnych zabawek. Nad całokształtem ich nieskomplikowanego życia czuwa zbierający datki na kolejny kościół młody ksiądz proboszcz. Życie toczy się z dnia na dzień, pozbawione głębszego sensu, celowości, przemyśleń. Nie pozbawione jednak hałaśliwości, udawactwa, fasady. - Oberwiesz! Zobaczysz oberwiesz, bachorze jeden! Matka ci dupę złoi, że nie usiądziesz! – krzyczy dalej babcia. Cóż takiego zrobiła dziewczynka? Podchodzę do okna, by dostrzec drobną jasnowłosą istotę ubraną w sztywno wykrochmaloną sukienkę z różowej koronki. Na sukience widnieją błotniste plamy. Dziewczynka najwyraźniej chciała się po prostu dobrze bawić. Dziewczynka ozdoba tandetnego osiedla. Wielokrotnie skarcona zapomni o własnej żywotności, ekspresyjności i chęci do zabawy. Normalnie żyjąca rodzina, mająca normalne kłopoty. - Nie mamy szans – odpowiada Jedyny – To część ich życia. - Co oni w nim widzą? Jaki właściwie to ma sens? Czy może być przyjemne? – drążę temat. Coś w tym musi być, skoro tylu ludzi wybiera właśnie taki styl życia. Mieszkańcy osiedla, Ona, moja matka, kobieta ze snu, Nim Dwa, któremu związek ze mną wydaje się swoistą odskocznią od realizmu. - Spróbujmy na dzień lub dwa, jeśli chcesz się przekonać – proponuje on, sprawiając wrażenie nieco zirytowanego mymi pytaniami. - Jeśli ułożysz plan. - Plan, jaki plan? - Normalnego dnia. Chciałabym się przekonać, w jaki sposób wygląda dzień osób żyjących inaczej niż my. Dzień przeciętnego człowieka, który nie musi przemieszczać się w pośpiechu taksówką, by zdążyć z jednej pracy do drugiej, nie próbuję pisać nocami, unosić się nad miastem, oglądać z drzewa własnego mrowiska, kochać się z promykiem księżyca, targany namiętnością między różnymi osobnikami. - Szkoda czasu, nie będzie ci się podobało! Mój pomysł wywołuje w nim niechęć. Ma nadzieję na to, że z niego zrezygnuję. - Wynudzisz się, zobaczysz – stara się mnie ostrzec. - Ale chcę spróbować! Opiszę to w swojej książce. - Dobrze. Będzie to najnudniejszy z jej rozdziałów. Kto dzisiaj chcę czytać o realizmie życia? Ludzie tego nie kupią. Szukają bodźców urozmaicających realizm. Krwawych historii, łzawych romansów, erotyki. Czegoś, co dostarczy im wzruszeń i pozwoli zapomnieć o tym, kim są naprawdę. Jeśli zamierzasz żyć z pisz powieści erotyczne, lub przynajmniej poprawne ideologicznie. Choćby martyrologia bohaterów stanu wojennego, albo nawrócenie kobiety, która pełnię szczęścia osiąga przez macierzyństwo, lub czy ja wiem... Wiemy, że w mym przypadku pisanie takich książek nie jest możliwe. Pisarstwu powinna towarzyszyć ideologia. Przesłanie zgodne z wyznawanym w życiu systemem wartości. Nie rozumiem postawy osób, które w swych książkach opisują dajmy na to walkę kobiety o własne prawa, przemycając przesłanie emancypacyjne; w kolejnej zaś tworzą postać istoty uległej, podporządkowanej mężowi, krytykując wspomnianą ideologię emancypacyjną. Czytelnik traktowany jest tu jak osobnik z deficytem intelektu. Autor manipuluje nim niczym kukiełką w teatrze. Układam plan dnia. Śniadanie, pranie, prasowanie, zakupy w supermarkecie, sprzątanie, obiad, oglądanie telewizji, kolacja, sen. - To teraz śniadanie – stwierdzam. Próba zrobienia kanapek kończy się rozcięciem palca. Rano jestem nieprzytomna (klasyczny niedociśnieniowiec), kojarzę dopiero po drugiej kawie. Oblepiam zakrwawiony paluch plastrem znalezionym w apteczce i wstawiam kawę, by oszczędzić kolejne palce. - Skończyłeś czytać nowego Giddensa? – zaczynam rozmowę – Ten rozdział o kształtowaniu tożsamości poprzez cielesność... - Stop! – krzyczy Jedyny – To ma być rozmowa przy śniadaniu? - To wymyśl inny temat. - Ty wymyśl, kobiety częściej zaczynają rozmowę! – nie wiem, czemu posługuje się tak schematycznym sposobem myślenia. Ale przynajmniej zaczynamy się kłócić. Normalna małżeńska kłótnia. Dobrze, sam tego chciałeś... - I ciocia powiedziała, że suknia ślubna mojej siostry musi być biała, bo inny kolor sukni przynosi pecha, ale stryjeczna siostra ze strony matki miała różową, podobną do tej, którą widziałam w katalogu. Ta z katalogu była droga. Ale tańszą widziałyśmy w sklepie. Tyle, że do takiego fasonu mogą być kłopoty z butami. Bo ciężko kupić dziś niebieskie buty. Zwłaszcza takie na wysokim obcasie. Ona jest mała, a jej narzeczony wysoki. To jeśli nie znajdziemy butów nie kupimy też sukni, a wtedy będzie musiała założyć białą. Patrzę jak ziewa. Jak można wysłuchiwać takich dialogów codziennie? A idea ślubu? Przysięgać jakiemuś panu urzędnikowi świeckiemu lub kościelnemu, że nasze życie będzie takie lub inne? Czy wspomniani panowie (panie) składają podobne przyrzeczenie nam? Jeśli nie, to jakim prawem ingerować mają w intymne życie dwojga ludzi? Bliscy namawiają młodych ludzi do ślubu w znudzeniu licząc na rozrywkę. Na weselu można się najeść, napić, potańczyć. Coś się dzieje. Jest o czym rozmawiać z sąsiadami. Kontynuacja tradycji przynosi odpowiednie finansowe zyski. - Powiedz, co o tym sądzisz? A może powinniśmy jeść w milczeniu. Nie odzywać się do siebie, jak większość znudzonych sobą małżeństw? Albo też rozdzielać obowiązki kłócąc się o ich wykonanie? Może Jedyny jako patriarchalny Pan Wieprz powinien wytyczać mi zadania do wykonania na dziś? Może ja, jako dominująca żona powinnam krzyczeć, że zarabia zbyt mało? Zwyczajne życie. Piorę, wieszam, prasuję. Jestem znużona, zmęczona i zniechęcona. Nawet perspektywa wyjścia do sklepu wydaje się niezwykle atrakcyjna. Czy tradycjonaliści sami próbowali żyć w proponowany przez siebie sposób? I tak miałby wyglądać każdy dzień? Nie słyszę własnych myśli. - Może przynajmniej zadzwonię do przyjaciela? - Którego? - No tego z postindustrialnego miasta! - Nonsens. Któż spośród ludzi żyjących w ten sposób ma takich przyjaciół? W pośpiechu szykuję się do wyjścia. Zakładam buty i kurtkę. Do torby wkładam portfel i parasolkę. Zamykam drzwi. Biegniemy do autobusu. Obserwuję wsiadających pasażerów. Na przystanku oddzielającym podmiejski bazar od schroniska dla bezdomnych wsiadają starzy ludzie. W myślach nazywam ich „pokoleniem ryneczku”. Przychodzą na niego gnani nie chęcią zakupów, lecz rozmowy, znalezienia przyjaźni, przełamania samotności. Na twarzy jednych odmalowuje się frustracja i nienawiść do tych, którym w ich mniemaniu lepiej: młodszych, bogatszych czy lepiej ubranych. Taka właśnie starsza pani przechodzi obok mnie. Szturcha Jedynego łokciem, siada mu prawie na kolana. I już mam zamiar wstać by ustąpić jej miejsca, gdy zaczyna krzyczeć, wymierzając tym razem mnie solidnego kuksańca. - A panieneczka to co? W okno gapi się, trzyma za rękę i migdali a starzy stoją. Cholera nie wstanę, niech sobie stoi. Skoro mnie tak nazwała, nie ma mowy. Zakładam nogę na nogę i patrzę dalej w okno. Alergicznie pokasłuję. Jedyny, korzystając z pojawiających się w prasie wzmiankach o SARS przejmuje inicjatywę. - Przepraszam – mówi – Siostra źle się czuje odkąd wróciliśmy z Chin. - Paskudztwo! Paskudztwo, ta młodzież teraz – wykrzykuje częstując mnie ponownie kuksańcem. Odkąd to jestem młodzieżą? Od kiedy również paskudztwem? Rozglądam się nadal. Kolejną grupę stanowią starcy chorzy, zagubieni i samotni. Ci nie są agresywni. Taka jest rynkowiczka stojąca nieco dalej. Ma spięte w kok długie włosy. Przerzedził je upływ czasu, odciskający swe piętno na szczupłej, zmarszczonej twarzy. Moją uwagę przyciągają jej oczy. Oczy pozbawione nadziei na zmianę swego losu. Niegdyś były zielone, teraz bardziej szare, matowe, półprzytomne. Oczy przykryte opuchniętymi powiekami. Ust nie ściąga grymas gniewu. Dolną wargę wchłonęły bezzębne dziąsła całujące niegdyś kochanka lub męża. Przygarbiona postać trzyma metalową rączkę umocowanej na czwórkołowym wózku torby. Raz po raz przechyla się na boki. Autobus szarpie. Niemal równocześnie podnosimy się z siedzenia, gestem zachęcając by usiadła. Wyimaginowany SARS widać nie wydaje się jej groźny, bo korzysta z zaproszenia. Podobnie jak korzysta z braku zaproszenia dziadek w typie sportowca. Siada obok staruszki. - A po ile dziś kury były? – pyta, choć nie wiadomo kogo. - Pięć za kilogram – odpowiada głos z tłumu. - Drogo, a jajka? – żali się pan dalej. - Chyba trzydzieści groszy – dalej ten głos. - Nie. Trzydzieści jeden! Co też pani?! – prostuje cenę inny. I zaraz po nim rozlegają się kolejne: - Co też opowiada?! Trzydzieści dwa albo trzy! - Drożeją przed Świętami, jak wszystko! - A my z tych emerytur i rent, to co mamy kupić? – retorycznie pyta głos piąty, należący do kobiety. - Celowo tyle dają, byśmy poumierali szybciej – żali się wszystkim wokół krzepki dziadek i dodaje – A cielęcina była? - Była, a jakże – wtóruje głos piąty – Żeberka po osiem, nóżki po piątaku, szynka osiemnaście. Zupełnie nie dla nas. Jedzą ci, co rządzą! – krzyczy ktoś w tłumie. Siedząca obok staruszka przysuwa się do okna. Wyraźnie obawia się krzyku. Poprawia wielokrotnie cerowane granatowe rękawiczki z dzianiny.
Dyskusja, której potrzeba skłoniła ich do autobusowej podróży, dzieli rozmówców na dwa obozy. Reprezentanci pierwszego wspominają minione czasy. - Bo przed wojną było inaczej. Szanowało się człowieka, ideały były i wartości, teraz pieniądze tylko światem rządzą – słychać w tle. - Jak nie masz pieniędzy, zdychasz na ulicy – teraz nieco bliżej. - Babo jak tak można narzekać! Zobacz masz wolność! – krzyczy szowinistycznie zorientowany jegomość z lewej strony – A jak my na froncie walczyli, wy baby w ciepełku z dzieciami siadali! I też źle wam było! W głowie się miesza, kiedyś wiadomo było kto rządzi, kto mówi i walczy! – prowadzi wykład dalej. - Aj, aj, ajajaj, tylko jak wojny nie ma to chłop herbaty nie umi zrobić, kartofel obrać, dogodzić kobiecie też nie – broni swego honoru stojąca obok kobieta. - Ha, ha, ha! Ale dobrze mu gada – śmieją się inne stojące w tłumie. Kombatant szowinista milknie. - A pamiętacie tą staruszkę, co sprzedawała kartofle na stoisku przy kwiatach? – dochodzi ze środkowej części pojazdu. - Ano, była taka! Tanio miała i my na zimę z synem brali – informuje kolejna babcia. - No to ona umarła w zeszłym tygodniu. My już od niej kartofli nie kupim – kontynuuje. - Jak? Jak? Na co? Umarła? Niech no nie gada? – wypowiedź wyraźnie wzbudza zainteresowanie przeplatane wzburzeniem. - Na serce podobno, lekarze za późno przyjechali. Widać za mało z tych kartofel miała. Ot i umarła – wyjaśnia motyw śmierci ta, która temat kobiety od kartofli zaproponowała. - Co wy tak gadacie na tych lekarzy! Nie wszyscy tylko na pieniądze patrzą – rzeczowo wyjaśnia kolejna pani po sześćdziesiątce – Mój syn jest lekarzem i wnuczka będzie – mówi z dumą. - Też mi! Baba lekarzem – nie daje za wygraną kombatant. - A teraz są inne czasy! – zakrzykują go kobiety. - Żadnych zasad w nich nie ma, baba lekarz! Do kuchni, dzieci komu nie ma rodzić – i znów jegomość. - Panie! Uważaj co mówisz! A może z ciebie to już nie mężczyzna, bez tej, no jak jej tam... Viagry – słychać inny męski głos. I śmiech, znów śmiech! Wesoły, wypełniający cały pojazd. Śmiech zagłuszający stację radiową, którą włączył kierowca, by umilić sobie wykonywaną pracę. Śmieją się nie tylko rynkowicze, ale i inni pasażerowie wsiadający na kolejnych przystankach. Uśmiechamy się i my. Tylko ona, siedząca na zwolnionym przez nas miejscu babcia, jest skupiona, zamyślona, melancholijna. Widać nie zamierza uczestniczyć w tej wymianie myśli. Nie wsiadła do autobusu z potrzeby rozmowy, lecz z konieczności pokonania odległości, jazdy dokądś. Pragnie odizolować się od otoczenia, stać się niewidzialną. Czy ma wiele wspólnego z kobietą odwiedzającą me sny? I tak i nie. Pogodzona z losem, lecz niezbyt z niego zadowolona; żyjąca w krainie niedostępnej rynkowiczom, nie w wiosce; w ciemnogranatowych rękawiczkach, z koszem owoców nie z naręczem kwiatów. Może ja po prostu lubię stare kobiety? Są, jak pisał Różewicz, solą tej ziemi. Może szukam słów niewypowiedzianych przez mą matkę? Swego odbicia za lat kilkadziesiąt? Bojąc się, że tak jak owi rynkowicze wsiadać będę do autobusu, by porozmawiać o cenach jajek. Skoro i tak na starość każdy jest sam... Czy tworzenie uchroni mnie przed rynkowiczostwem? Jak długo będę w stanie to robić?
Wysiadamy przeciskając się przez tłum. Szczęśliwym trafem, niezbyt zgnieceni docieramy do sklepu. - Weź koszyk – mówię do Jedynego dając mu złotówkę. - Masz listę zakupów? – pyta wlokąc koszyk za sobą. - Tak. Wchodzimy przez rozsuwane drzwi. Noga za nogą, wleczemy się okrężnymi ruchami jak glista w jelicie cienkim, by uciec przed osobnikami promującymi towary. - Pan Zrób To Sam proszony do kasy numer dwa! – beznamiętny głos krzyczy z megafonu. Ciekawa praca! Nie dość, że pan robi to sobie sam, to jeszcze za to płacą – myślę. Rozglądam się na boki. Podnoszę głowę niczym żyrafa starając się dostrzec miejsce gdzie mężczyzna robi to sam, sposób, pozycję w jakiej to robi. Zerkam na kasę numer dwa. Jednak On nie nadchodzi. Szkoda. Może mielibyśmy szansę zrobić to razem? Albo wspólnie stworzyć wiersz noszący tytuł “Epitafium dla Onanisty”, ewentualnie również ekshibicjonisty, jeśli robi to publicznie w sklepie. - Zobacz jaką ciekawą ma posadę! – nie wytrzymuje Jedyny – Choć ja wolę z tobą. Dziękuję mu pocałunkiem tuż obok półki z ogórkami. Jakież falliczne podziękowanie. Czule dotykam główki warzywa, i wkładam je do koszyka. Przechodzimy teraz w stronę działu z pieczywem. Głos z megafonu traci nagle zainteresowanie onanistą i proponuje klientom kawę jednej z uznanych firm. - Za jedyne cztery złote, przez ostatnie pięć minut! Kilku posiadaczy wypchanych po brzegi wózków zaczyna biec, aby zdążyć po wspomniany produkt, inni natomiast ignorują komunikat. Kilkuletni malec płacze pod koszykiem ze słodyczami: - Mama, gdzie mama? Ja chcę do mamy! Mama! Mama! Zgubiłem się! Do mamy! Ekspedientka z działu warzyw odprowadza malca do informacji. Wrzucając do koszyka ciastka wykreślamy je z listy zakupów i szybkim krokiem udajemy się po kosmetyki. Miłego zatrzymuje teraz dziewczyna, długonoga, rudowłosa piękność ubrana w królicze futerko. Namawia go do kupna szamponu dla panów o nazwie popularnego męskiego magazynu, starając się od razu sprzedać wodę toaletową, golarkę elektryczną, ręczniki, odżywkę i majtki stringi (męskie!), które mnie interesują najbardziej. - Nie, dziękuję ta firma jest seksistowska, podobnie jak magazyn – odpowiadam króliczej panience, rozpoznając w niej jedną z mych zdolniejszych uczennic. Chętnie obejrzałabym promującego towary pana w przebraniu kota, szczura, albo przynajmniej karalucha polecającego podpaski (zwłaszcza w stringach króliczej firmy). Wkładam do koszyka produkty. Zastanawiam się nad każdym z nich, by nie popaść w konsumeryzm ani ascezę. Wystarczy. Odmawiam panu proponującemu mi umycie głowy szamponem trzykrotnie zwiększającym objętość włosów (czyżby nie zauważył, że nie będzie widać mi twarzy?), pani polecającej pieluszki dla mojego bobasa (jakiego bobasa?), tworowi w przebraniu kosmity starającemu się sprzedać mi (naturalnej blondynce) hebanowo czarną farbę do włosów. Teraz mleczne. Pchamy wózek w stronę zamrażarek. Równocześnie przyglądamy się mijanym parom. W mlecznym dominuje typ „szczęśliwej rodzinki”, mamusia, tatuś, pociechy, babcie, dziadkowie i krewni ze strony stryjecznego szwagra prababki. - Zostaw, cholero mała, zostaw, cholero! Będziesz to żarł? – krzyczy na kilkulatka mamusia. - Przestań wrzeszczeć, lepiej mu tłumacz! – broni malca spokojnym tonem głosu tatuś. - Nie wszystko, co polecają w telewizji jest zdrowe – wyjaśnia mentorskim tonem proponowanym przez psychologów amatorów. - Ale ja chcę! Chcę! Kup mi! – krzyczy synek tupiąc nogami i okłada ojca pięściami. - I masz swe bezstresowe metody wychowawcze, pacanie jeden! – triumfuje żona. Wypakowuje wrzucane przez dziecko przedmioty z koszyka i odkłada je na półkę. Szczęśliwa rodzinka odchodzi dalej. Zbliża się kolejna, kilkupokoleniowa. Takie lubię obserwować najbardziej. Kłótnie są częstsze, poziom frustracji wyższy a symbiozy równy niechęci ukrywanej pod sztucznym uśmiechem. Starsza i młodsza kobieta, najwyraźniej babcia i matka prowadzą przodem trójkę dzieci. Dlaczego to kobiety zawsze obarczone są wychowywaniem dzieci podczas gdy wielu mężczyzn uważa siebie za istoty stworzone do wyższych celów? Średnie dziecko kopie młodsze, zaś najstarsze kopie średnie, tylko biedny malec nie ma kogo kopnąć. Zaczyna płakać skupiając na sobie uwagę dyskutujących mężczyzn. - Uciszcie je! Uciszcie już! Że też porozmawiać na poważne tematy nie można – poucza żonę młodszy. Widać ma wyższe aspiracje życiowe, niż słuchanie krzyku własnych dzieci. Od tego ma żonę, aby je uciszała... - Nie tak uciszasz! Nie tak! Źle to robisz! – wyjaśnia starszy – To trzeba rozdzielić je... Pokazuje jak trzeba rozdzielić maluchy. Rezultatu. Jednak zasugerował żonie, że nie umie uspokoić potomstwa. - Słodki bobas, słodki! – zachwyca się wrzeszczącym malcem Kaczor Donald podchodzący z dużą puszką jogurtu „wyłącznie dla naszych milusińskich” – Słodki bobas lubi jogurt, prawda? Auuuuu! – no teraz bobas również sobie kogoś kopnął. Przestaje płakać. Ja żałuję, że nie był to dziadek. Do pękatego koszyka wrzucam zgrzewkę mleka i jogurtu. W pośpiechu nie zwracam uwagi na smaki. - Dość tego! – krzyczę Miłemu do ucha – Dość, uciekamy! - Przecież lubisz robić zakupy kochanie! – odpowiada nazbyt głośno. Mam ochotę podążyć za przykładem słodkiego bobasa... Idę jednak w stronę ryb. Od Pana Makreli kupuję wielką makrelę, śledzie i pstrąga, dostając gratis dwie puszki tuńczyka. Ignoruję dowcip stojących z tyłu nastolatków (Czym różni się kobieta od ryby?). Niestety do działu z pieczywem nie mogę się szybko dostać. Przypominam sobie opis supermarketu i rozkład towarów mający działać na podświadomość tak, by klient kupił jak najwięcej. Faktycznie. Na poziomie serca leżą produkty najdroższe, tańsze niżej, nad samą podłogą zaś te, które są najbardziej atrakcyjne dla dzieci. W przejściach stoją kosze z promocyjnymi towarami mające spowolnić ruch. Idziemy powoli. Wpadam na pana, który najwyraźniej zrobił to już sam i to po wielokroć, bo ciągnie się noga za nogą do kasy numer dwa. Jakby doznany orgazm wyciągnął z niego resztki życiowej energii. Przyglądam się postaci, rozumiejąc już czemu biedak został skazany na masturbację. Myśli zagłusza megafon: - Przecena pończoch, cztery złote za kilogram, ostatnie pięć minut! - Jakie tanie! – krzyczą wcielenia Britney Spears i rodzime Shakiry, pędząc ku promocyjnym koszom. Z zainteresowaniem podchodzę do jednego z nich. Pończochy są pojedyncze i różnokolorowe. Wyjaśniam to ekspedientce. - No tak, ale są tanie! – słyszę w odpowiedzi – To nie muszą być od pary! Tanie... Jakby niska cena usprawiedliwiała jeszcze niższy intelekt! Tanie pończochy dla ludzi o promocyjnych cenach rozumu. Rozumu w drugim gatunku. Trochę wybrakowanego, ale jeszcze całkiem nadającego się do użytku konsumenta. Dokładając do koszyka chleb i bułki wpadam na swą Eks Sympatię z początkowych klas szkoły średniej (jeden z bardziej tanich wyborów). Eks chwyta mnie za ramię. - To moje ramię i moja ręka! – odburkuję w powitaniu. - Zawsze byłaś dziwna, ale ładna – słyszę w odpowiedzi – Wtedy byliśmy zbyt młodzi, to może nadrobimy zaległości i spotkamy się gdzieś w hotelu? – proponuje. No tak, jestem zbyt dziwna, żeby ze mną rozmawiać, co nie przeszkadzałoby mu we wspomnianym nadrabianiu zaległości. Ale palant! – myślę. W sumie zawsze był palantem. Przed laty zostawiłam go dla pewnego fascynującego hippisa, teraz zostawiam z podobnie infantylnym wyrazem twarzy z drożdżową bułką w dłoni. Zaległości intelektualnych widać nie nadrobił... - Za co go zostawiłaś? – pyta z zainteresowaniem Jedyny. - Cóż... Uważał, że Gombrowicz to zielarz leczący moją matkę! – wyjaśniam. Zazdroszczę mężczyznom podejścia do sfery seksualizmu. Gdyby pożądanie budzili we mnie partnerzy nieodpowiadający mi intelektualnie, nie zaplątywałabym się w powikłane relacje emocjonalno-seksualne z rozkoszą oddając rozpuście cielesnej. A tak? Kto mi to zrobił? Ewolucja chroniąca mnie przed zmiksowaniem genów z byle patafianem czy socjalizacja na dziewczynkę? Eks ma żonę. Drobna kobieta w zaawansowanej ciąży patrzy na mnie smętnym wzrokiem, jakby obawiała się, że skorzystam z jego propozycji. Od naszych wspólnych znajomych słyszałam, że bije ją regularnie. Wspomniany nieżyjący już dziś hipis nawet nie wie ile mu zawdzięczam. Nie wie tego też Gombrowicz. Jeszcze tylko kilkumetrowa kolejka i uff... płacimy! Otrzymujemy przy kasie dziwne znaczki z pszczółką. Wyrzucam je do kosza na śmieci. - Czekaj, czekaj! – biegnie za mną palant – Organizujemy w przyszłym miesiącu spotkanie klasowe, przyjdziesz? - Tak, może przyjdę, zostaw wiadomość u moich rodziców! – nie chcę podawać numeru telefonu – Masz do nich numer? – upewniam się. - Mam! – odpowiada. Zadzwoni. Pewnie się ucieszą. Lubili go znacznie bardziej niż Jedynego. Mieli nadzieję na to, że przy kimś takim mam szansę stać się taka jak oni. Czuję się znużona, ospała i ciężka. Towarzyszy mi przekonanie o beznadziejności takiego życia. Życia konsumpcyjnego, rozmnażaczego i wypróżniaczego. Huśtając rękoma wypchane tobołki idziemy w milczeniu na przystanek. Domyślam się triumfu Miłego po zetknięciu ze wspomnianym palantem. Często denerwują mnie jego znajomi. Wydają mi się zbyt zwykli, codzienni, przeciętni. A tu taki Eks…
Na przystanku stajemy obok kilkunastoosobowej grupki młodzieży, wyraźnie zdenerwowanej zbliżającym się egzaminem maturalnym. Nieopodal nas rozlegają się głosy. - Oszalałaś??? Mam opracowania. Co lektury mam czytać? - Kuć stek bzdur? Ściągi porobię. - Oglądam na wideo! - Jakoś przeleci! – deklarują kolejni potencjalni wtórni analfabeci. Połowa z nich dostanie się na studia. Wiedza nie wydaje im się wartością – wnioskuję z naszywki na plecaku jednego z nich: „Szkoła jest jak WC, chodzę, bo muszę”. Czy napis ten w zamierzeniu autora odzwierciedla faktycznie niechęć do wiedzy, czy do systemu edukacji? Zastanawiam się. Przedyskutuję to z moimi uczniami podczas najbliższych zajęć. Wsiadam do autobusu. Trzymając się metalowego pręta, nogami trzymam należące do mnie tobołki. Tymczasem młodzi ludzie zajmują wolne miejsca. Są bardziej dostosowani do praw rządzących życiem w tłocznych środkach miejskiej komunikacji. - I co ćwirnąłeś ją? – wykazuje zainteresowanie jeden. - No a jak! Trzy razy! Głupia pipka jeszcze chciała – odpowiada główny bohater swoistej przygody obdarzony życzliwymi uśmiechami stojących nieopodal koleżanek. I jak w tej sytuacji mówić o kobiecej solidarności? On zostaje bohaterem, bo ćwirnął „jakąś pipkę”. Ona zaś postrzegana jest jako „głupia pipka”, bo ćwirnąć się dała. Co wolno mężczyźnie, nie tobie kobieto! Kobieca solidarność? W społeczeństwie, w którym małoletnie dziewczęta robiąc maślane oczy słuchają opowieści o „ćwirnieciu głupiej pindy” i prezentują przed narratorem drugorzędowe cechy płciowe w nadziei na bycie ćwirniętą lub w poczuciu wyższości nad wspomnianą pindą? - Jutro ja ją wypróbuję – kończy dialog pierwszy, nagrodzony aprobatą wpatrującego się weń samiczego tłumu, który za kilka lat zjednoczy wspólne narzekanie na swych mężów, przerywane raz po raz chlipaniem, śmiechem i mieszaniem zupy. - A ty lalka umówisz się ze mną, co? – zawadiacko uśmiecha się do jednej z koleżanek „Ćwirek”. Lalka oblana czerwonym rumieńcem wyraża aprobatę skinieniem głowy. Hm! Chciałabym posłuchać dialogu jutro, ale nie wydaje mi się to możliwe. - Gdzie pójdziemy? – pyta ona, subtelnie dotykając uchwytu plecaka. - To może do kina, a potem na lody? – tworzy plan spotkania małomiasteczkowy macho, akcentując wyraz lody w takt salw śmiechu stojących maturzystów (mających zapewne o „jedzeniu lodów” pojęcie analogiczne jak kot domowy o gotowaniu rosołu). Cieszy mnie liberalizacja seksualnych obyczajów wśród młodzieży. Gloryfikacja kultu dziewictwa doprowadza do licznych patologii. Przyczynia się do stosowania przemocy wobec kobiet i złego traktowania nieślubnych dzieci. Ale żeby kult dziewictwa zastępować bezrozumnym kultem rozsiewania spermy? I to jeszcze w dobie AIDS? I gdzie tu logika umiaru? - Właściwy Polakom brak proporcji, choć lepsze już może czasy ćwirkacze niż purytańskie. Gdyby jeszcze mężczyzn nauczyć szacunku do dających im rozkosz kobiet – mówię Jedynemu na ucho. - Przecież oni nie szanują samych siebie jako mężczyzn – stwierdza w odpowiedzi. Nie zgadzam się z nim. „Ćwirkający macho” ma wysokie mniemanie o sobie. Czyżby z racji sprawnych ruchów kopulacyjnych? Przecież z szympansem nie ma co rywalizować... Albo z waleniem... Przynajmniej w kwestii rozmiaru. Trudno mi pojąć co skłania kobiety do umawiania się z kimś takim. Uzależnianie poczucia własnej wartości od związku z mężczyzną? Poszukiwanie ciepła? Zmysłowej rozkoszy? Próba znalezienia sponsora? Instynkt macierzyński? Brak szacunku do siebie? Rozglądam się w niedowierzaniu, że wszystkim uczestnikom tworzonej chwilowo grupy odpowiada filozofia „macho-ćwirka”. Mą uwagę przyciąga stojąca nieopodal para. Dziewczyna w czarnym, prosto skrojonym krótkim płaszczu i spodniach o rozszerzanych nogawkach, którą dowcipy kolegi zdają się raczej deprymować niż bawić. Ucieka spojrzeniem w stronę ozdabiających szybę plakatów. Swym spojrzeniem wyraża pogardę. Obrzydzenie daje jednak upust socjologicznemu zainteresowaniu. Nieśmiałość, a może raczej brak przekonania, że warto zniechęca do wypowiedzi. Trzymający ją za rękę chłopak mówi coś tak cicho, że nie jestem w stanie usłyszeć jego słów. Szarpiący kierowca zmusza go do przełożenia reklamówki do drugiej ręki, bo jedną ręką chłopak przytrzymuje dziewczynę. Wypadający z torby burak, przetacza się przez autobus, by zatrzymać przed „ćwirkaczem”. Burak. Inteligencja rzeczy martwych. Nic dodać nic ująć.
- Gramy dalej? – pyta mnie Jedyny. - Oczywiście – odpowiadam. Zakładam gumowe rękawiczki o zapachu wielokrotnie płukanej i używanej prezerwatywy, by sprzątnąć łazienkę. Szur! Szur! Szur! – buntuje się przeciw chemikaliom wanna, a ja serwując jej niezbyt delikatny, za to solidnie żrący peeling, obmyślam kolejny rozdział pracy doktorskiej. Na szczęście już ostatni. Pogłębię badania o analizę losów i procesu zdrowienia uzależnionych. Staram się ustalić, które z faz wykorzystam gdy do drzwi puka matka Jedynego, a moja teściowa. Korpulentna, dominująca, nadmiernie ekspansywna kobieta po sześćdziesiątce. - Nie ma nas! Nie ma! – sugeruję by nie otwierał. Robię to zbyt głośno. Z korytarza dobiega: - Przecież słyszę, że jesteście! My tylko na chwilę! Miły podchodzi do drzwi. Robi minę pekińczyka cierpiącego na kilkutygodniowe zaparcie, który właśnie zdecydował się wypróżnić. Ja zamykam drzwi łazienki na kluczyk. Udaję, że myję i biegnę spóźniona do pracy. Szur! Szur! – piszczy bateria na wannie, wyraźnie sugerując mi, że posuwiste ruchy w dół i górę nie odpowiadają jej. - Idiotka! – ubliżam baterii. Przypominam sobie me odczucia podczas wspomnianych ruchów i analizuję objawy pierwszej fazy uzależnienia: picie okazjonalne, coraz częstsze unikanie rozmów o alkoholu, picie samotne na imprezach, picie pomiędzy kolejkami. Co dalej? Cholera nie pamiętam. Szur! Szur! Szur! - Wyjdź już! Jak twój doktorat? – dobiega pytanie teściowej w rytmie słów „kiedy będziesz miała bachora”? Wiem, wygląda to na obsesję paranoiczki o tendencjach antymacierzyńskich i antyrodzinnych, lecz w obsesję tą (o ile czytelniku tak nazwałbyś ją w swej diagnozie) wpędziło mnie same środowisko. Podobne pytania słyszę przeciętnie kilka razy dziennie. Słyszą je też moje koleżanki, zamężne i nieposiadające potomstwa. Wygląda na to, że pytań mogłabym uniknąć, żyjąc w konkubinacie lub związku homoseksualnym. Widać heteroseksualna mężatka skazana jest na macierzyństwo. Mój pęd do samorozwoju uznany jest za anomalię gdyż wyparł instynkt macierzyński (o ile ten istniał kiedykolwiek). Moi koledzy są w opinii społecznej normalniejsi, bo jeśli rezygnują z rodziny i dzieci czynią to motywowani potrzebą samorozwoju. Logika społeczeństwa seksistowskiego. Pytanie o doktorat ma jednak swój cel. Teściowie sądzą, że normalność odwlekamy na później, na moment, gdy zapewnimy sobie zawodową stabilizację. Nie rozumiem co skłania ich do takiego wniosku. - Kiedy obrona? – rozlega się ponownie. - Niedługo! Dziękuję. Promotor jest ze mnie bardzo zadowolony – odkrzykuję kurtuazyjne, skoncentrowana na baterii na wannie. Baterię szoruję, by wyładować złość, że ktoś zakłócił mój spokój. Sprzątanie. W ten sposób marnuje talent większość kobiet, którym społeczeństwo wmawia, że ważniejsza od samorozwoju jest czysta, lśniąca podłoga. Pranie pachnące świeżą łąką. Naczynia, w których mogą przejrzeć zmęczoną twarz. Starannie wydepilowane pachy i gładkie dłonie.
Poszli... Wyszli! Hura! Hura! Otwieram drzwi łazienki. Jakie są dalsze objawy uzależnienia? Ach, prawda: zwiększanie dawek, izolacja od otoczenia, zaniedbywanie codziennych spraw. Jestem uzależniona od tworzenia. To najbardziej pasjonujący i najmniej szkodliwy rodzaj nałogu. - W zasadzie skończyłam – informuję Jedynego. Sięgam po telefon i wysyłam wiadomość do Nim Dwa. Piszę tylko dwa słowa: „Pragnę cię”. Zapewniam sobie nimi odpowiedź najszybszą z możliwych. Karuzela, karuzela, karuzela marzeń, Karuzela, karuzela, karuzela zdarzeń, Karuzela, karuzela, karuzela pragnień Dobiega w tle głos Kory. Karuzela. Zupełnie jak we mnie. Tak jak teraz. Czy szukanie sensu w najdrobniejszej czynności i analiza swego życia jest symptomem dojrzewania? Czy również przemijania? Nie łatwiej byłoby żyć we własnym mrowisku? Tylko, że raz spojrzałam na mrowisko z drzewa. Nic nie jest od tej pory takie samo. Telefon piszczy. Podnoszę go i czytam: „Jutro wyjeżdżam na tydzień, dziś pracuję nad nowym projektem, ja też”. Inicjał jego imienia. Równie potrzebny jak numer centrali wyświetlający się przy każdej otrzymanej wiadomości. Tyle miałam, tyle miałam, tyle mi zostało, tyle miałam, tyle miałam, tyle mi upadło Licytuje piosenkarka dalej. Wiem, że jeszcze nie upadło. Przeczuwam rychły koniec. Staram się nie zastanawiać gdzie i w jakim celu jedzie. Staram się o to równie nieudolnie jak nieudolnie staram się zapewnić siebie, że nie kocham go, lecz wyłącznie pragnę.
Włączam telewizor. Korzystam z okazji, że Jedyny przygotowuje obiad. Zagłuszam myśli. Kanał pierwszy nadaje serial komediowy. Serial jest pozbawiony sensu lecz przeplatają go nagrane salwy śmiechu. Na wypadek gdyby odbiorca okazał się zbyt głupi, by zrozumieć dowcipne (zdaniem autora scenariusza) riposty, lub na wypadek gdyby serial okazał się za mało górnolotny, by widz miał ochotę roześmiać się. A tak? Śmiej się telewidzu! Wiesz gdzie i kiedy! Tu. Teraz. Zupełnie jak w doświadczeniu Pawłowa, tylko zamiast dźwięku dzwonka słychać „śmiech puszki”. Widzowi brakuje poczucia humoru. A twórcy serialu polotu. Kanał drugi: komedia romantyczna, ulubiony gatunek filmowy mojej mamy. Powtarzalna fabuła. Mydłkowaty facet (koniecznie bogaty), poznaje kobietę (koniecznie piękną) o mało inteligentnym wyrazie twarzy i długich lśniących blond lokach i podbija jej serce. Ona – mająca początkowo negatywne doświadczenia, topnieje pod dotykiem jego czułych palców (sceny erotyczne niewskazane, seks będzie po ślubie), przyjmuję pierścionek zaręczynowy i mówi głośno „tak”. Padają sobie w objęcia. Kobieta zmienia się, łagodnieje, rezygnuje ze swych ambicji, by zająć dziećmi (jego, nie listonosza), a on zarabia na rodzinę. This is the end. Koniec, bo i co ma być dalej? Sceny, w których trud i rutyna dnia codziennego zabija łączące ich uczucie? Ujęcie przedwcześnie wiotczejących piersi jej i zażywającego Viagrę jego? Zmarszczek? Kłótni o zmarnowane życie? Nie! Kochani, to jest be! Telewizja pokazuje to, co ładne. Nie wierzę w takie szczęście. Nie takie zakończenie dostrzegam w realnym życiu. Może brakuje mi przekonania o zadowoleniu z rutyny? Może, dlatego, iż o pięknie takiego życia dyskutują wyłącznie mężczyźni lub zdominowane przez nich żony. Może moje właściwości osobowe odpowiadają męskim? Żyję jak mężczyzna i jest to styl życia znacznie przyjemniejszy. Włączam kolejny kanał telewizji, tym razem niepubliczny. Film pełen przemocy. Jest tu kopanie, bicie i duszenie. O! Nawet gwałt! Jednak by zobaczyć parę splecioną w objęciach, czy kawałek żeńskich pośladków (o męskich nie ma mowy) poczekać muszę kilka godzin. Będąc średnio uzdolnionym dzieckiem, instruktaż taki nauczyłby mnie zamordować, nie zdołałabym jednak nauczyć się miłości. Bałabym się przy tym mężczyzn. Pstryk! Wiadomości. Korupcja policji. Fałszowanie list wyborczych przez członków ugrupowania politycznego. Znaleziony martwy noworodek. Moją uwagę pochłania ostania wiadomość. Pejoratywny ton głosu spikerki. Ona już oceniła ją – wyrodną matkę. Chciała pewnie utrzymać posadę. Może sama ma dzieci i górę wziął tu instynkt, a nie próba zrozumienia, w jak różnej (zapewne) od „wyrodnej matki” znajduje się sytuacji? Po co ładnie ubrana i zadbana spikerka, mająca w razie potrzeby pieniądze na pozbycie się płodu (lub jego zatrzymanie) miałaby podejmować tak drażliwy temat (mogący pozbawić ją możliwości zarabiania tych pieniędzy)? Ryzyko jest zbyt duże. „Wyrodnej matki” nie da się uratować. Okaże się „wiatropylna”. Ciążę ukryła przed otoczeniem. Nikt nie domyślał się niczego. W razie potrzeby wszyscy by pomogli. Mogła oddać do adopcji... I poinformować o tym sąsiadów pytających o maleństwo. Sukces towarzyski gwarantowany! O debacie nad ustawą antyaborcyjną czy edukacją seksualną nie mam co marzyć. Wydarzenia zdają się nie mieć związku. Rozumiem spikerkę. Jako kobieta musi mieć pracę, pieniądze i pozycję społeczną. Uchroni ją to przed sytuacją, w jakiej znalazła się kobieta porzucająca swe dziecko... Kilka dni temu byłam na prześwietleniu, płatnym oczywiście, choć służba zdrowia była publiczna. Rozumiem, takie czasy! Ubrana, umalowana i uczesana. Potraktowano mnie zupełnie inaczej niż inną kobietę. Kobietę w zniszczonej kurtce i butach. Płaciła przecież tą samą kwotę! Innymi zdaje się pieniędzmi. Tak były inne. Ja pracowałam na nie godzinę. Ona pracowała kilka dni. Pstryk kanał kolejny. Muzyka, a raczej hip-hop. Młody człowiek o wyglądzie gangstera śpiewa o lali, której zaraz „wsadzi”, lecz nie mówi, co i gdzie. Pstryk – dalej, program telewizji muzycznej nadający polskie teledyski. Oglądam przez chwilę, gdyż wydają się ciekawe.
- Jedzenie stygnie! – woła mnie z kuchni Jedyny. Wyłączam telewizor i idę do kuchni. - Rezygnujesz? – pyta nakładając mi ryż, rybę i surówkę. Kiwam głową. Rezygnuję. Ocalę choć wieczór tego normalnego, przeciętnego dnia. Wracamy w dyskusji do Giddensa. Wieczór wykorzystam na pisanie. Celebruję ceremonię jedzenia, delektując się smakiem świeżo usmażonej morskiej ryby. Ostatnio jadłam taką nad morzem. Latem. Latem ryba smakowała inaczej. Wolnością od codziennych spraw, przygodą, ucieczką od ludzi i nawarstwiających się zobowiązań, których nadmiar utrudnia wykonanie. Ta ma smak domu, ciepła, porozumienia, wstępu do bliskości nie tyle fizycznej, co duchowej. - Czy istnieje niezależność udomowiona? – zmieniam temat z cielesności w ujęciu Gidenssa. - Sądzę, że tak. Jeśli wzajemnie akceptują ja domownicy, co stanowi naczelną zasadę funkcjonowania ich domostwa. Hipisi żyli w komunach. Komuny były ich domem, a jednak doświadczali w nich wolności. Byli zarówno wolni i niezależni, niezależni i udomowieni w rozumieniu takim, w jakim udomowienia szukamy. - Ale większości ludzi udomowienie kojarzy się ze zniewoleniem i przyjęciem sztywnych reguł obyczajowych? - Tak, dlatego szukając bezpieczeństwa płynącego z udomowienia popadają w zniewolenie – raczej stwierdza, niż zastanawia się. Sięga po dokładkę ryżu, a ja rzucam się na surówkę. - Marchewka z białą kapustą, moja ulubiona – szepczę łakomie, niezdolna do poskromienia swego łakomstwa. Propagowanie diet zarówno w realnym jak i medialnym życiu działa na mnie zupełnie odwrotnie. Oglądając zdjęcia nadmiernie wychudzonych modelek staram się ich nie przypominać. Przeglądając kaloryczne potrawy polecane w kuchni polskiej przez ubrane w fartuszek żony-gosposie tracę apetyt. Wyrażam tym swój stosunek do reguł kulturowych. Do pełni szczęścia brakuje tylko kawy. Parzę ją, dziękuję za obiad i uciekam do swej samotni. Samotnia ma pomarańczowe ściany, mające w zamyśle ułatwiać koncentrację, kilka metrów kwadratowych, biblioteczkę z książkami, dwa biurka. Na jednym z nich śpi kot. Na drugim stoi komputer. Samotnia chroni mnie przed otoczeniem, umożliwia pisanie i czytanie. Brak intymności zawsze wydawał się trudniejszy do zniesienia, niż brak ludzi, których nie zawszę potrzebuję. Próbuję skonstruować kwestionariusz wywiadu dla moich kochanych pijaków. Dzwoni Nim Dwa z propozycją: – To może przyjedziesz, choć na moment pożegnać się? Przez chwilę zastanawiam się, co zrobić. Wstaję od komputera. Zakładam buty, całuję Jedynego w policzek. - Wrócę za kilka godzin – mówię i wybiegam z domu. I to ma być dzień przeciętnego życia normalnej kobiety? Taksówka podjeżdża po chwili. Kierowca postanawiając uprzyjemnić mi czas rozmową, nie pozwala uciec od klimatu dzisiejszego dnia. Dlaczego taksówkarze czują się zobowiązani zabawiać gości swymi przemyśleniami dotyczącymi życia politycznego? Lekko łysiejący podstarzały osobnik w szarym swetrze i takich sztruksowych spodniach zaczyna monolog. Raz po raz zerka w lusterko i sprawdza czy go słucham. - Siły nie mam już tak jeździć, ale czasy coraz cięższe. Jak do tej unii wejdziemy i ceny u nas z Europą zrównają, to chleb kosztować będzie kilka euro, to będzie z piętnaście złoty. Ten głupi naród tak się zapalił do tej Unii, że nie wie jaka bieda go czeka. I tyle jeździć będziemy, że ze zmęczenia to wypadek który jeszcze spowoduje. No nie! Konwersacja z pasażerem w czasie jazdy powinna być zakazana. Facet gada głupoty zmuszając mnie do słuchania, ja nie mogę odpowiadać, bo wówczas przygląda mi się w lusterku i faktycznie może spowodować wypadek. Czemu sądzi, że jego przemyślenia są na tyle ciekawe, iż powinien za wszelką cenę podzielić się nimi z innymi? Dlaczego często czynią tak ludzie najgłupsi, a nie ci, których refleksje faktycznie zasługują na upowszechnienie? Na przystankach autobusowych czasem spotykam mego sąsiada. Przez całą drogę do centrum opowiada mi szczegóły z życia swych wnuków. Wspomnianych wnuków nie znam, ich przeżycia mnie nie interesują. Starszy ( skądinąd nawet sympatyczny) pan opowieściami o ich losach zanudza nawet ekspedientki w osiedlowym sklepie. Czy zastanawiał się kiedyś, podobnie jak wiozący mnie taksówkarz nad tym, czy jego opowieść interesuje kogokolwiek poza nim samym? Nie pomaga mój znudzony wyraz twarzy, brak komunikatów zwrotnych, ani nawet discman, który w zamierzeniu odgrodzić miał mnie od świata. Kogo obchodzi niechęć słuchacza, gdy pragnie upajać się własną opowieścią! (Dlatego proszę, drogi czytelniku zastanawiaj się nad tym nim podejmiesz jakiś temat, bo wielu ludzi zamiast cię słuchać woli pomyśleć, patrzeć w okno lub skupić się na wewnętrznym doświadczeniu, zwłaszcza, jeśli jako taksówkarz pragniesz nauczać polityki). Specyfika historii naszego kraju zapoczątkowała interesującą sytuację społeczną. Każdy zna się niemal na wszystkim. Pani w sklepie poucza mnie jak wychowywać dzieci, choć sama ich nie ma. Listonosz krytykuje projekt mego wnętrza, jednak listy niedbale wrzuca do skrzynek nie zwracając uwagi na to do kogo są adresowane. Fryzjerka dyskutuje o reformie oświaty, robiąc na mej głowie fryzurę podobną do efektów wspomnianej reformy. Nauczyciel, by dorobić sprzedaje podgniłe ziemniaki – ba! skąd ma się znać na ziemniakach? Emeryt naucza lekarza medycyny. Technolog żywienia wykłada marketing w pobliskiej szkole. Elastyczność jest słowem modnym, podobnie jak kreatywność, branie losu w swe ręce i umiejętność przekwalifikowania się. Cechy te ponoć świadczą o dobrym przystosowaniu do współczesnych realiów. Taksówkarz przekwalifikowuje się najwyraźniej na polityka, bo ciągnie monolog dalej: - Jakbym tym krajem rządził to wszystko by było na miejscu. Fabryk by nie zamykali, nauczyciele lepiej by uczyli, zamiast w prywatnych szkołach dorabiać, a Unii figę z makiem bym pokazał – demonstruje jak figę by pokazał. Całe szczęście dojeżdżamy pod dom Nim Dwa. Spoglądam na zegarek, monolog trwał piętnaście minut, licznik wskazuje piętnaście złotych. Złotówka za minutę wypowiedzi. Bez taryfy ulgowej. Irytacja narosła we mnie tak gwałtownie, że muszę się przejść, aby nie zacząć bez powodu wyładowywać jej na przyjacielu.
Chwila spaceru po betonowym osiedlu z nielicznymi zieleńcami przywraca mnie do równowagi na tyle, że zapukać mogę do drzwi Nim Dwa. Teraz oddziela nas już tylko ciche puk, puk. Nim Dwa staje w drzwiach. A ja? Dokładnie wiem jak się zachowa. Urażony mą decyzją podjętą w postindustrialnym mieście będzie udawał, że za mną nie tęsknił. Wyraz jego twarzy zdradza jednak kolejno wszystkie emocje. Oczekiwanie – lekki smutek oczu, radość – kąciki ust nieśmiało unoszące się ku górze, pożądanie – błysk oczu, niepewność – zagryzanie wargi, pragnienie pieszczot całe ciało. Czytam z niego tak, jak dziecko czyta z mapy, która nie wydaje się trudna. Teraz zapyta mnie kiedy wróciłam, by przekonać się, że przyjechałam od razu... Nieskomplikowana relacja wyłącznie seksualna… - Jesteś. Dawno wróciłaś? - Nie, kilka dni temu, trochę pisałam – wyjaśniam nie mam ochoty opowiadać przebiegu każdego dnia. Bo cóż miałabym powiedzieć w tej chwili? O współpodróżnego byłby zazdrosny, w swym udawanym braku zaborczości; pokazać teksty lub wiersze? – tym dzielić się nie chcę; podzielić przemyśleniami – a jeśli różnica doświadczeń sprawi, że wydadzą się prymitywne? Nie, lepiej nie. Odwracam myśl. Zawraca w połowie drogi z mego mózgu do twego. Ja zaś tworzę myśl nową. Tej zawrócić nie pozwolę. Odwracam jego uwagę, kieruję wzrok na stół i podnoszę projekt. - Nowy? - Tak, pracuję nad nim miesiąc, a jeszcze sporo przede mną. Nie pobrałem dokładnych pomiarów, muszę zrobić je ponownie żeby skończyć. Termin mi się kończy. Gdybyś mogła jechać ze mną, bylibyśmy sami, choć kilka dni – mówi gładząc mą dłoń. Rozdziela palce jakby chciał policzyć, czy nie brakuje żadnego z nich. Powoli przechodzi ku ramieniu. Jego uwagę pochłania ramiączko od stanika, które wystaje spod bluzki. Odciąga je i puszcza, lekko strzela nim w moje ramię, niczym psotny chłopczyk procą wykradzioną ojcu. A może raczej jak ojciec, w którym została dziecięca chęć psoty, strzela z procy wykradzionej synowi. Syn-Ojciec. Ojciec? Przypominam sobie słowa portierki – Tatuś pani szukał. Tatuś? Nie przypomina mego ojca, choć faktycznie mógłby nim być. Ma syna w moim wieku, który nie wie o moim istnieniu. Próby uświadomienia pozbawione byłyby celowości. Nie zamierzam zastępować mu matki, a Nim Dwa żony. Znacznie trudniej było jej dzielić z nim te wszystkie lata, gdy nie miał pieniędzy i wychowywać dziecko, niż mnie – trzydziestolatce zająć noce. Konkurencja osoby nowej, młodej, powiew świeżości z tym, co przeżyte, co powoli staje się rutyną i trąci stagnacją – nierówna była już na starcie. Nie mam wyrzutów sumienia z powodu mej obecności w jego na pozór uporządkowanym życiu. Jeżeli pozwolił mi zająć w nim istotne miejsce – szukał kogoś. Gdyby nie znalazł mnie, w jego życiu i tak byłaby inna kobieta. Ona faktycznie mogłaby zburzyć to, co budował przez lata. Ja nie próbuję burzyć, lecz wypełniać lukę, która powstała w życiu moim i jego. Oddawać się miłości namiętnej obok miłości przyjacielskiej w stałym związku. Może to nawet lepiej, że to właśnie ja pojawiłam się w jego życiu? I to właśnie on pojawił się w moim? Jedyny czuje respekt przed samotnymi mężczyznami pojawiającymi się w moim otoczeniu. Coś jednak zmienia się między mną a Nim Dwa, choć ja to dostrzegam, on zdaje się nie zauważać. Czy namiętność we mnie wygasa szybciej niż w nim? Tęsknie za nim jak za dawno niewidzianym przyjacielem, z którym mam ochotę spędzić noc na rozmowie, nie na czułych pocałunkach. On chce namiętność tą kontynuować, spragniony jej bardziej niż ja. Obawia się, że nie dosięgnie go więcej. Kontynuuję więc i ja. Wciąż jeszcze lubię czuć go w sobie, przebywać, rozmawiać, patrzeć. Nie potrafię okiełznać zmysłów tak, by nie czynić krzywdy relacji przyjacielskiej. Czuję jak ramiączko staje się coraz dłuższe, a skóra na ramieniu bardziej wrażliwa na dotyk. - Zdejmij bluzkę, bym mógł sięgnąć po resztę – prosi przechodząc do rozpinania guzików, jakby ma odpowiedź była teraz najmniej istotna. Zdejmuję. Rozpinam guziki. Zmienia się wyraz jego twarzy – z nieśmiałości na zdobywczość. Obawiam się tej zdobywczości. Czuję się usidlona, może raczej osaczona? Nabieram ochoty na to, by być znów z nim. W piersiach odczuwam znajome ciepło, sutki twardnieją mi pod dotykiem, stają się wrażliwsze niż przed minutą. Delikatne pulsowanie przenika dolną, wilgotniejącą część ciała. Chciałabym mieć mniejszy temperament, zbliżony do temperamentu innych kobiet. Mój rozprasza mnie, dekoncentruje, odrywa od codziennych czynności, czasem męczy swym nasileniem. I ta niedostosowana do temperamentu psychika! Gdybym była mniej empatyczna, wrażliwa i nie angażowała się psychicznie w mężczyzn, mogłabym temperament ten konstruktywnie wykorzystać – dając rozkosz sobie i innym. A tak? Sama nie wiem, co z nim robić. Przelać na pracę, naukę? Nie zawsze się udaje. Chciałam rozmawiać a nie kochać się. Jednak dotyk sprawił, że me ciało zdaje się odrywać od umysłu, dążąc do jak najszybszego wchłonięcia jego ciała... Całuję go w usta. Całuję inaczej niż zazwyczaj. Bardziej natarczywie, nachalnie, zaborczo. Staram się zespolić jak najgłębiej. Odpowiada mi tym samym. Dostosowuje do narzuconego rytmu. - Naprawdę, chcesz w ten sposób? – pyta. - Naprawdę chcę w ten sposób – odpowiadam. Cholera, czy jest w tym coś dziwnego? Czy delikatna konstrukcja psychiczna ma przeczyć temu, że mam ochotę nie tyle kochać się z nim, co wykonywać czynności bardziej prozaiczne: pieprzyć się, łomotać lub rżnąć. Do bólu lub upadłego. Czy uczucie między nami ma to wykluczać? Albo zrealizować mam się z kim innym, obcym i obojętnym mi emocjonalnie żeby zaspokoić swe fantazje i pragnienia. Nonsens. Propozycję jednak przyjmuje. Zaskoczenie podnieca go. Pospiesznie pozbywa się mych rajstop i bielizny. Odrzuca spódnicę do góry. - Hm! Tak właśnie – mruczę do ucha nieco skrępowanej postaci, która zagłębia się częścią siebie w intymną część mnie. O tak! Szybciej! Mocniej! Głębiej! Coraz bardziej mi się podoba. Może w ten sposób próbuję zburzyć ostatni zniewalający mnie bastion kultury (kobieta pragnie podobno powoli, delikatnie i spokojnie)? Może udowadniam sobie drzemiącą w tym stwierdzeniu nieprawdę? Nie znam jeszcze motywu bo i nie czas na analizę motywów, lecz na poczucie zwierzęcego, nieucywilizowanego pożądania. Bez oprawy i klimatu. Pożądania znajdującego ujście na rozłożonym projekcie nowej budowli. Szybkie ruchy początkowo sprawiają mi delikatny ból, w którym znajduję przyjemność, a później spełnienie. Śmiesznie muszę wyglądać leżąc na tym stole. Oddalając się od mego ciała zaraz to zauważy. Ja odczuwam rozbawienie już teraz. Widzę jego jeszcze nieobecne oczy, roztrzepane włosy, półrozpiętą koszulę, i spodnie zwisające wraz z bokserkami w okolicach kolan. Naprawdę mi się podoba! Z Jedynym kocham się tak czasem. Z Nim Dwa jakoś nigdy nie próbowałam, obawiając się reakcji. I znów ta bariera wieku lub jej sztuczne wyolbrzymianie w mym umyśle. Założyłam z góry, że jego pokolenie cechuje nieco większa pruderia i tradycjonalizm w podejściu do seksu. Może jednak się pomyliłam? - Podobało mi się – śmieje się zadowolony, odwzajemniając mój uśmiech. I raczej prosi niż pyta – A może byśmy mogli tak częściej? - Nie chcę nic zakładać – odpowiadam. Momentami układ hormonalny próbuje dominować nad mym życiem. Mogę jedynie starać się, aby mu to nie wychodziło. I staram się z całych sił. Z dzisiejszej rozpraszającej mnie ochoty na seks wyraźnie odczytuję, że mam owulację. Za kilka dni temperament spadnie i będzie mi łatwiej pisać, choć potencjał intelektualny będzie nieco mniejszy. Za kilkanaście zaczną puchnąć piersi i nogi. Ucieknę wówczas od nich obu w obawie przed dotykiem. Później obudzi mnie ból brzucha i stanę się nieco ospała. W książkach czytam, że kobietą wcale nie rządzą zmiany hormonalne. Pogląd o hormonalnych uwarunkowaniach zachowania kobiet uchodzi za koncepcję naturalistyczną. Pomimo tego zgadzam się z nim. Obserwacja samej siebie zdaje się to potwierdzać. Mogę nie dać się zdominować zmianom hormonalnym, lecz nie mogę ich nie zauważać. Nie zamierzam czepiać się do współpracowników i bliskich z powodu zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Nie mogę jednak nie zauważyć swych opuchniętych nóg uniemożliwiających mi zapięcie kozaków. Idiotyzmem byłoby też zmuszanie się do seksu w tym czasie a unikanie go w takich dniach jak dzisiejszy, kiedy potrzebuję seksu najbardziej. Nie oznacza to, że gdybym nie była z Nim Jeden czy Nim Dwa szukałabym obojętnego mi emocjonalnie partnera do spółkowania. - Moglibyśmy częściej – mówię jednak po chwili, powtarzając jego pytanie. Nie wnika w motywy zmiany tej decyzji. Opowiada, że zawsze lubił eksperymenty, jednak żona nie pragnęła ich. Dlaczego kiedy wiąże się ze sobą dwójka ludzi żyjących w stałych związkach pojawiają się między nimi niechciane rozmowy o ich życiowych partnerach? Pamiętam nasze pierwsze zbliżenie. Pomyślałam wtedy, że on dotyka mnie inaczej niż Jedyny. Ciekawe czy i ja dotykałam jego inaczej niż żona? W jego głosie słyszę żal. Żonie nie zależy na zbliżeniu tak jak jemu. Mam ochotę wrzeszczeć. Jak to wygląda z perspektywy kobiety? Mężczyzna żeni się, robi dzieci, zrzuca większość obowiązków domowych na kobietę, wykazując zdziwienie, że nie zachowuje się ona wieczorem w łóżku jak gwiazda filmów porno. No i sam realizuje się w tym zakresie gdzie indziej. Przynosi żonie pieniądze. Jego rola życiowa została spełniona. Role kobiece zdają się wzajemnie sobie przeczyć. - Chciałeś mieć mój miły dobry seks i otwartą na eksperymenty żonę? Nie trzeba było decydować się na dziecko i dom – wypominam niekonsekwencję. - W twoim przypadku ideologia zdaje się silniejsza niż związek ze mną – zmienia temat. - Niż związek z każdym innym również! - Czemu tak jest? W myślach staram się zebrać argumenty. - Mężczyźni przychodzą i odchodzą. Ci, którzy wydawali mi się ważni przed kilku laty, bez których obecności nie potrafiłam wyobrazić sobie własnego życia są dziś nieistotni. A życie toczy się dalej... – myślę o spotkanym w sklepie Eks – Podobnie jest z dziećmi. Nawet gdybym je miała kiedyś odejdą realizując swe cele. Moje cele zaś pozostać mogłyby niezrealizowane. Macierzyństwo pochłania mnóstwo energii. Stałe i pewne jest tylko to, co jest we mnie. Dobre dla mnie to, co służy mi długoterminowo, zapewnia niezależność, samodzielność. Nie zabiera nadmiaru życiowych sił i energii – tłumaczę. Zastanawiam się, czy dosyć jasno. Zmiany. Jak łatwo przychodzi mi akceptacja zmian. Z nastroju lirycznego przechodzę do fizycznego zbliżenia, ze zbliżenia fizycznego do dyskursu niemal filozoficznego, z poszukiwania bliskości do ucieczki od bliskich, z delikatnych pieszczot do prozaicznego rżnięcia. - Ale nie wydaje ci się, że żyjesz obok życia? - Zależy jak zdefiniujesz życie, tylko od tego – odcinam się. Czy moje życie przebiega obok życia, bo mniej w nim z życia konsumenckiego? Czy życie matki wstającej o piątej rano, by przygotować śniadanie, obudzić domowników, zjeść, ubrać się, umalować, odwieźć dzieci do przedszkola, pójść do pracy, wykonać ją, zabrać dzieci z przedszkola, ugotować obiad, podać go, zjeść, pozmywać, posprzątać mieszkanie, odrobić z dziećmi lekcje, obejrzeć telewizję, uprać i uprasować jest lepsze niż moje? Czy życie mężczyzny, który biega z jednej pracy do drugiej by zdobyć jak najwięcej dóbr materialnych, otoczyć przedmiotami wzbudzającymi zazdrość innych swą żonę i dzieci ma być bardziej realne? No, jeśli realnością i prawdziwością nazywamy marazm i rutynę życia, zaś brakiem prawdziwości i realizmu tworzenie tego, co nowe – wówczas żyje obok życia, ciesząc się z tego. - Sam nie wiem, czy gdybym kilkadziesiąt lat temu myślał tak jak myślę dziś, nie ułożyłbym swego życia inaczej. Twoja droga jest świadoma. Jak to możliwe, że uniknęłaś powielania schematu i przypadkowości nim doszłaś do swych przemyśleń? Interesujące pytanie. Przemyślenia pojawiły się niedawno. Gdyby koleje mych losów toczyły się inaczej, dziś refleksja nic by nie dała, wybór byłby już poza mym zasięgiem. Schematy zachowań wdrukowywane człowiekowi od najmłodszych lat jego życia służą wtłoczeniu go w tryby tzw. prawdziwego życia, nim zdolny stanie się do refleksji. - Jestem głodna – nie mam ochoty na dyskusję. Za to znów nabieram na seks. - To idę zrobić jakieś kanapki, a ty się czymś zajmij – odpowiada przez ramię. Idzie do kuchni. Wycieram stół z plam pozostałych po tym, co było przed momentem naszą jednością. Wyciągam kartkę. Zaczynam pisać.
Masy tłuszcza Bezkształtnej masy tłum obserwowany z piedestału wyżyn braku nijakości, brzydzi swą bylejakością i brakiem indywidualizmu budzi lęk, że stopię się z nim wciągnięta przez gliniaste masy błoto
Szarości nijakość – opakowana w plastik człowieczeństwa patrzy na mnie z wyższości pogardą znamienną pokoleniu oceniającemu wartość poezji w kategorii zniszczonych butów jej twórcy I tym mamy być – by widz spektaklu nie nadał nam miana dziwaków? Masy tłuszczą – tłuszczą masy?
Z piedestału wyżyn braku nijakości bezkształtny tłum obserwuję nieśmiało, Myślę o poezji – nienapisanej, sztuce – niewystawionej obrazach – nienamalowanych, powieściach – nieskończonych, by jeść i wydalać, spać i budzić się do życia w pogoni za tempem, którego umiera duch poezji.
Z bylejakości tłumem bezkształtnej masy, wznoszę powoli jego pomnik na cmentarzu kładąc na nim książki rozpoczęte przez pisarza w wytchnienia chwili Przewiązuję je wstążką czarną i odchodzę stąd na piedestał wyżyn swego indywidualizmu
Odkładam pióro. Staram się nie przywiązywać do przedmiotów. Nie wychodzi mi to w przypadku piór i książek. Przywiązując się do przedmiotów nie mogę być wolna. Wolna od obaw, że mogę stracić coś cennego. Dopóki mam wykształcenie i energię pozwalające mi zarobić na konieczne do życia rzeczy, nie muszę obawiać się utraty wolności. Zniecierpliwiona długą nieobecnością Nim Dwa, idę do kuchni. W tym mieszkaniu (które wynajął podobno na biuro, bo mam nadzieję, że nie „na mnie”) czuję się nieswojo. Jest zbyt ascetyczne. Poza łóżkiem, biurkiem, i stołem brakuje tu mebli i przedmiotów tworzących atmosferę ciepła. Białe ściany i drewniane meble sprzyjają twórczości, nie odrywają uwagi od projektów. Wchodzę z przydługiego przedpokoju do kuchni. Przyglądam się jak przygotowuje kanapki. - W domu też robisz jedzenie? - Nie, w domu nie. Tylko sobie tutaj i czasem dla ciebie – mówi. Zamiast cieszyć się z wyróżnienia znów myślę o jego żonie. Traktuje mnie lepiej niż ją, choć to ona daje mu z siebie więcej niż ja. Bo cóż ja mogę dać? Fizyczną bliskość? Seksualną rozkosz? Ciepło i bliskość, którego obawiam się bardziej niż pragnę? Końcem paznokcia podważam ogórek. Pod opuszkami palców czuję szorstką i wilgotną skórkę. Gładzę plasterek ogórka z oddaniem i namaszczeniem tak wielkim, jak przed momentem gładziłam jego intymność. Miąższ ogórka rozpada się w drobne zielone pestki. Rozpadam się podobnie gdy on jest obok. Zbity na kromce chleba ser wydaje się bardziej zielony niż żółty. W tej ułożonej z elementów jedzenia abstrakcyjnej kompozycji brakuje mi czerwieni. Przeżuwając kompozycję wyobrażam sobie cząstki chleba złączone ze śliną i wpadające do żołądka. Puff – sunie chleb przez przełyk, lekko podrażniając gardło. Czyżbym znowu się przeziębiła? Nie – ta zima jest zdecydowanie za długa. Pragnę wiosny! Marcowe słońce bardziej przypomina zimę. Mroźne powietrze zniechęca do spacerów, niemniej niż betonowe osiedle, na którym się znajdujemy. Zresztą moja ochota na spacer nie zmieniłaby niczego.
Nim Dwa unika przebywania ze mną w miejscach publicznych, obawiając się, że „ktoś” (tylko kto?) może mnie wziąć za jego kochankę (?), którą, nota bene przecież jestem. Mógłby stracić dom, żonę, syna. Rozumiem to. Jednak to unikanie przyjacielskiej nawet bliskości sprawia mi przykrość. Im natomiast – potencjalnie mającym zobaczyć nas ktosiom faktycznie nasuwa na myśl zawikłanie naszych wzajemnych relacji. Dystans z jakim mnie wita nawet niezbyt bacznemu obserwatorowi wydaje się nienaturalny u osoby tak ciepłej, przyjacielskiej i emocjonalnej. Pamiętam reakcję kelnerki w jednej z dworcowych restauracji. Zdziwiona zapytała nas jedzących przesolone gołąbki: - A co Państwo tak daleko od siebie siedzą. Pierwszy raz widzę, żeby ktoś tak siedział przy jedzeniu. I jego konsternację. Relację seksualną zachodzącą pomiędzy mężczyzną mającym żonę a kobietą mającą męża zauważyłby w tym wypadku nawet ślepiec. Teraz jednak on pragnie być blisko. Czuje się bezpiecznie w schronieniu zbyt ascetycznej jak na miejsce schadzek kawalerki. A ja? Z bliskością mam coraz większe problemy. Konieczność utrzymywania dystansu w codziennych relacjach, burzy bliskość na gruncie prywatnym. Odzwyczajam się, że mogę być bliżej, później z kolei mam problemy z powrotem do bliskości intymnej... Przed kilkudziesięcioma laty taki dystans pomiędzy mężczyzną a kobietą był uznany za naturalny. Moja babcia nie odważyła się przez pierwszych pięć lat swego małżeństwa powiedzieć o dziadku inaczej niż Pan-Mąż. Nie przeszkadzało jej to spółkować z nim przez otwór wycięty w nocnej koszuli (tak nakazywała przyzwoitość). Nie przeszkadzało jej to również doznawać rozkoszy w ramionach kochanków. Szacunek nie miał w tym przypadku nic wspólnego z monogamią. Gdyby miał – mojej matki nie byłoby na świecie. Możliwość zwracania się do męża po imieniu zyskała babka po narodzinach swego pierwszego dziecka. Nie było ono jednak dzieckiem jej męża. Czy odczuwała swą niższość wobec męża-mężczyzny, gdyż była kobietą? Czy on postrzegał ją jako mniej wartościową od siebie z tego powodu? Może nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Dystans.
Pamiętam jak na początku naszej znajomości upiłam się wraz z Nim Dwa w jednym z podmiejskich barów. Zaczął mnie całować. Sprowokowanie go do pocałunków było eksperymentem. Chciałam się przekonać czy potrafi zapomnieć, wyłączyć się, zaryzykować. Pragnienie zbliżenia było silniejsze niż lęk przed utratą stabilizacji. Eksperyment okrutny ze strony osoby nie mającej aż tak wiele do stracenia. - Lubię patrzeć jak jesz – zaznacza – Chcesz jeszcze? - Zaczynasz mnie karmić. To daje do myślenia. - Wiesz, gdybym nie miał żony zrobiłbym ci dziecko – dodaje chyba całkiem serio. O nie! Ratunku! Czyżbym miała już z tego związku uciekać? Proszę, jeszcze nie teraz, kiedy dostarcza mi energii i sił do życia! Niech to będzie wyłącznie głupi żart! - Kochaj się ze mną! – proponuję i dodaję na wypadek gdyby nie zrozumiał – Nie rozmawiaj po prostu się kochaj a potem oboje pojedziemy do swych domów. Czym prędzej. Zanim zacznę żałować, że nie możemy razem zjeść śniadania. Zanim zacznę nieuchronnie tęsknić za Jedynym i prowadzić amatorską psychoterapię (zmniejszając poczucie winy Nim Dwa z powodu kolejnego kłamstwa o nagłym projekcie – tak bardzo pilnym w mniemaniu domowników). - Weź pod uwagę, że nie jestem królikiem! Tak biorę. Problem w tym, że ja chyba nim się akurat staję. Skąd to skojarzenie z królikami? Widziałam kiedyś króliczy seks. Trwał parę sekund. Jednak pan królik starał się dzielnie zaspokoić panią królicę. Który mężczyzna potrafi tak starać się o kobietę! Przebywając ze sobą zaczynamy się kłócić. Każde z nas stara się przejąć władzę, podporządkowując sobie to drugie. Słabość okazuje to, które tęskni i pragnie bardziej. Dzisiaj będę to z pewnością ja. Fascynuje mnie jego silna osobowość. Jednak on próbuje mnie zdominować. Walczę o swe terytorium gotowa użyć kłów, pazurów i słów, by później lękać się obrażeń wyrządzonych na jego ciele i opatrywać je swym ciepłem. Jem w milczeniu. Patrzę na jego ciało. Czoło zaczynają pokrywać drobne zmarszczki. Zmarszczki znamienne osobie, której życie wypełnia ciężka praca. W kącikach oczu powstają zmarszczki. Są podniesione ku górze, z czego wnioskuję, że sprawia mu ona satysfakcję. Włosy przy skroniach zaczyna przyprószać siwizna. Są jak płatki śniegu, wolno osypujące choinkę stojącą w przydrożnym lesie. Siwizna dodaje tajemniczości i niepowtarzalności. Skóra zachowuje jędrność nie mniejszą niż moja, choć zdaję się grubsza i ciemniejszej barwy. Błyszczące oczy ciekawe świata niczym oczy kilkulatka, nadają jego twarzy wyraz znamienny raczej psotnemu chłopcu niż dojrzałemu, czy może nawet już starzejącemu się mężczyźnie. Powaga mężczyzny? Wielu moich kolegów opowiada o najbardziej banalnych czynnościach wykonywanych w pracy tak, jakby były one najważniejszym odkryciem bieżącego stulecia. Zmuszają mnie i inne z mych koleżanek (wykonujących często czynności znacznie bardziej twórcze) do słuchania. Czyżby mężczyźni czekali na wyraz podziwu w oczach kobiet? Kobiety wykonują swą pracę inaczej. Przyzwyczajone są godzić ze sobą wiele sprzecznych ról, robią różne rzeczy niejako przy okazji, choć są w ich wykonywaniu nie mniej efektywne. Nie oczekują podziwu, oklasków i ślepego uwielbienia. Tak jest i w naszym przypadku. Nim Dwa potrafi godzinami rozprawiać o swych projektach, wykładach z architektury i czyni to w taki sposób, żeby moje osiągnięcia wydawały się mniej istotne, mniej poważne, zasługujące na mniejszą uwagę. Denerwuje mnie ta cecha, choć mniej niż denerwuje mnie ona u moich kolegów. Projekty, projekty, projekty... Nudzi mnie słuchanie o nich, przynajmniej w tym momencie. Patrzę nadal na jego ciało. Zastanawiam się nad sposobem mogącym poruszyć niektóre z jego elementów. Może powinnam położyć się na kuchennym stole okładając plasterkami jedzenia, by zachęcić go do jedzenia sushi z nie-dziewicy? Albo przybrać pozycję wisząco-eksponującą genitalia? Czule całować po ramionach? Czy też raczej w przypływie namiętności pokąsać je z miną wampa? Może pogłaskać i posłuchać o tych projektach, które nie interesują mnie kompletnie? Wybieram to ostatnie, choć mam ochotę na pierwszą ze wspomnianych ewentualności. - Na długo wyjeżdżasz żeby dokończyć ten projekt? W zasadzie co się stało z tymi pomiarami? - Znów na tydzień. Mogłabyś pojechać ze mną – proponuje bez krzty nadziei w głosie. - Nie, nie mogłabym i tak nie starcza mi na nic czasu – tłumaczę spokojnie. Coraz częściej jestem zła na siebie, że zaplątałam się w tą relację. Zamiast skończyć powieść czy obraz żyję z dwoma mężczyznami wysłuchując zarzutów, że brakuje mi czasu i sił dla każdego z nich. Współczesna kobieta rozdwojona.
Spoglądam na zegarek. Wiem, że Jedyny czeka. Zaczyna się z pewnością niepokoić, że coś mi się stało. Mam ochotę zostać z Nim Dwa i z Jedynym. Postanawiam jechać do domu. - Naprawdę nie mogę. Nie patrz tak! Muszę skończyć książkę, obraz, mam masę zajęć – wyjaśniam i szykuję się raczej do ucieczki niż wyjazdu – Odwieziesz mnie do domu czy zamawiać taksówkę? - Nie trzeba, już chcesz jechać? - Tak, chciałabym – mówię. Dopinam guziki bluzki i spinam włosy. - To idziemy – bierze mnie za rękę. Wiem, że puści moją dłoń, gdy tylko wyjdziemy z klatki schodowej. Obawia się sąsiedzkich plotek. Gdybym miała żyć w ten sposób, byłabym samotna. On żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia przed przesadnym zainteresowaniem „życzliwych” sąsiadów. Wścibstwo męczy go zapewne bardziej niż mnie. Sprawia jednak, że czuję się nieswojo, jakbym robiła coś niewłaściwego. Mimo, że to co dzieje się pomiędzy nami uważam za jak najbardziej właściwe. I znów te głupie normy... Wsiadam do samochodu. Zapinam się pasem tak mocno, że nie mogę oddychać. Odczuwam lęk przed jazdą, choć Nim Dwa jeździ dość dobrze. Taka jakaś nieuzasadniona kolejna obsesja, do kompletu mego paranoiczno-obsesyjnego usposobienia. - Nie mam ochoty mówić. Słuchać też nie. Zaczynam być zmęczona – informuję tonem zbyt dyrektywnym, zamiast wyjaśnić przyczyny zmęczenia. Przyczyny zmęczenia? Może to pełnia w nocy i czułe muśnięcia kochanka-księżyca lub miłosne zespolenie z Nim Dwa zabrały mi energię? Sama nie wiem. Wolę milczeć. Poznawać smak milczenia, rozkoszować się nim, niczym bukietem dobrego czerwonego winna, pochodzącego ze znanej francuskiej winnicy. Milczę nie obawiając się milczenia. Nie staram wypełnić luki w wypowiedzi treścią nieważną w przekazie i formie. Milczenie jest bardziej konstruktywne niż natłok niepotrzebnie wypowiedzianych słów, nieskładnych, nieznaczących nic w informacyjnym chaosie. Milczymy wspólnie. Wpatruję się w przemierzaną czerń szosy otoczonej betonowymi wysokimi budowlami z wysokości których istota ludzka wygląda jak biegnąca przed siebie mrówka. Uspokaja mnie to wpatrywanie się w drogę. Uspokaja i usypia. Zamykam oczy. Wyobrażam sobie pustą przestrzeń, pozbawioną betonowych budowli, drzew, samochodów i ludzi. Droga! Tylko droga. Pusta, cicha droga! Otwieram oczy dopiero na osiedlu. Całuję go na dobranoc i wysiadam. Nadal milczę. Wchodzę do klatki. Biegnę po schodach coraz intensywniej czuję na mym ciele jego zapach. Ciekawe czy Jedynemu nie przeszkadza kiedy wracam pachnącNim Dwa? Kiedyś czułam się z tym niezręcznie, jak podawany sobie z rąk do rąk przedmiot. Uczucie to znikło równie szybko, jak się pojawiło. Ustąpiło miejsca poczuciu wewnętrznej wolności, której zamienić nie potrafię na poczucie bezpieczeństwa czy stabilizacji...
- Już jestem – mówię do Miłego – Jestem i strasznie chcę mi się spać. Obejmuję go ramionami, po czym zamykam się w łazience. Biorę prysznic. Idę spać. Przy pomocy kołdry staram się odgrodzić od Jedynego i świata. Z puchowej kołdry i dużej poduszki buduję granicę mego jestestwa. Czekam na przychodzącą we śnie kobietę. Nie przychodzi jednak, ani tej nocy, ani też przez wiele następnych. Tolerancja w Unii Europejskiej I znów wstaje dzień. Taki sam jak wiele dni poprzednich i dni następnych – mających nadejść tuż po nim. Nie różni ich nic. Nic – poza porannym wschodem słońca i jego wieczornym zachodem. Nic poza twarzami ludzi mijanych gdzieś po drodze i dziwacznymi telefonami od mniej lub bardziej bliskich osób roszczących sobie nie wiedzieć, czemu prawo do rozmowy ze mną lub Miłym. Tylko codzienne czynności wykonuję raz po raz szybciej i bardziej niedbale. Cóż jeszcze różni ten dzień od innych? Przesłanie wiersza napisanego pod wpływem nagłego impulsu? Fragment niedokończonej książki? Pracy doktorskiej zbliżającej mnie ku tak zwanemu finałowi, na widok której coraz bardziej zaczyna mnie mdlić? Zalewam wodą kawę, a potem niosę ją do pokoju. Parzę się w palce. Stawiam filiżankę z czarnym, lekko parującym płynem przy biurku i włączam komputer pełna nadziei, że jakiś e-mail, choćby z reklamą, oderwie mnie od pisania. Początkowo temat uzależnień wydawał mi się interesujący, podobnie jak i mojemu promotorowi. W trakcie leczenia uzależnieni przypominają jednak sekciarzy, potrafiących rozmawiać jedynie na tematy picia i zdrowienia. Obserwuję w nich symptom uzależnienia od terapii i pojawia się we mnie dylemat natury moralnej, opisać ten symptom, czy zaniechać tego? Jeśli opiszę, jak wielu z nich czytając tego typu wyniki badań załamie się i zrezygnuje ze zdrowienia? Jeśli nie opiszę, czy nie zafałszuje tym samym badań naukowych? Postanawiam jednak pominąć go milczeniem i przystępuje do zliczania danych z ankiet. Kreska w rubryce dolnej, kreska w rubryce górnej. I pionowo. I poziomo. Do przodu, do tyłu i w takt Mozarta. Panie proszą Panów. Panowie uciekają przestraszeni natarczywością Pań. I po to było mi wyzwolenie, żeby mężczyźni teraz obawiali się mnie? I w górę kreska, pięć kresek to krzyżyk, dziesięć kresek dwa krzyżyki, po pięćdziesiątym upływają trzy godziny. To ma być rodzaj samorealizacji? Ślęczenie przez półtora prawie roku nad jednorodną tematyką, kiedy czasu brakuje mi na czytanie książek, malowanie obrazów, a życie upływa na spotkaniach z Nim Jeden, Nim Dwa, spisywaniu losów pijaków, i prowadzeniu zajęć dydaktycznych. Kreska, krzyżyk, kreska, kółko, trójkąt, toaleta dla panów. Jeszcze tylko kilka tygodni, to już ostatni rozdział. Liczę krzyżyki, niczym dziecko przebywające w szkole życia. Kreska, kropka, kółko, krzyżyk, krzyżyk, kółko, kreska, kropka. O jest i setka! Lecz wyłącznie kresek... O właśnie może setka? Robota dla imbecyla ale liczyć „przy setce” sztuki nie pijących alkoholików. Nie chyba nie wypada. Podziwiam upór z jakim alkoholicy dążą do celu, nota bene równy mojemu uporowi, żeby zapewnić sobie lepszy byt. Żyć na poziomie godnym człowieka i tworzyć. Nie znoszę biedy, a raczej upokorzenia z niej płynącego. Upokorzenia odczuwalnego podczas proszenia o pieniądze, pomoc, cokolwiek. Nie znoszę układów, na pieniądze, znajomości, seks, lizusostwo, prawienie komplementów, wymienne świadczenie podejrzanych usługowych transakcji. Nie wchodzę w nie, podobnie jak odrzuca je Miły, wspierając w tym mnie i będąc wspieranym przeze mnie. Sto pięćdziesiąt osiem... I kreska, kółko, krzyżyk... Jak w ubikacji na dworcu. Nadchodzi popołudnie. Pora ubrać się i wyjść, nieść kaganek (kaganiec?) oświaty. Jeszcze tylko kanapka złapana w biegu, pyszna, z majonezem i ogórkiem. Zawsze śpiesząc się czymś się zachlapię. Łyk kawy i teczka z recenzjami uczniów. - Taksówka czy autobus? – pyta Miły. - Taksówka! – odpowiadam nieco za głośno. Pakuję torebkę: lista z ocenami, teczka z pracami, portfel, parasolka, szminka (choć raz klasycznie jak stereotypowa baba), paczka prezerwatyw z bieżnikiem (choć raz klasycznie jak stereotypowy facet). Tylko po co mi one? Przecież Nim Dwa wyjechał. No ale mam! Jak przystało na kobietę wyzwoloną. Wyzwoloną – tylko z czego? I przez kogo? Zbiegam po schodach. Po chwili przyjeżdża samochód, wsiadając mierzę wzrokiem taksówkarza (znów przekwalifikowujący się na polityka?), jak okaże się później niezbyt dobrze zrozumiał moje zamiary. - A pani to gdzie i czy sama pani tak jedzie? – pyta na dzień dobry. -Na szczęście sama – wyjaśniam, zerkając czy nie przesunął licznika i mając nadzieję zniechęcić go do kontynuowania dalszej rozmowy. - A gdzie mąż i dzieci? – wyraźnie stara się ją podtrzymać. Patrzę w okno udając, że nie słyszę lecz dobiega mnie po chwili: - Nie należy się przejmować. Młoda jest pani, to jeszcze pani znajdzie i na dzieci ma czas, nawet na kilkoro. Ja się też późno ożeniłem ze swoją Basią, a już piątkę mamy. A kto wie co będzie dalej... Jaką niespodziankę los da. Ciekawe, czy oglądał dekalog Kieślowskiego i pamięta ten film o zabójstwie taksówkarza! Czy ja mam tak wyjątkowego pecha, czy ta grupa zawodowa nawiązywanie konwersacji, a raczej monologu ze zniechęconym klientem, zmuszonym korzystać z jej usług ma w swym taksówkarskim regulaminie? Czego facet ode mnie chce? Wsiadam, płacę, nie brudzę, nie śmierdzę, niech więc skoncentruje się na sobie i da mi spokój! - Bo niebrzydka panienka raczej, a i pewnie studiuje to i lepiej dzieci wychowa na inteligentniejsze. A amator to się na pewno znajdzie – jak nie będzie zbyt wybredna, i cudów od życia nie będzie oczekiwała. Moja Basia na przykład to też długo czekała, dobrze jej się trafiło, dobre życie ma teraz, w domku sobie siedzi, dzieciaczki wychowuje, telewizję ogląda i ma ubrania i futro z karakułów. Jednak powinnam zrobić prawo jazdy! Mam problem z opanowaniem kierunków (zapewne to jakaś wyróżniona w medycynie wada), no i nie mogę zmotywować się by siedzieć na kursie i uczyć się budowy silnika spalinowego. Na opowieść o Basi i futrze z karakułów nie reaguje. Cóż, przynajmniej zakochany mąż i ojciec... - Co nie znaczy, że ja tylko ze żoną, bo jak się klientka ładna, i chętna na małe co nieco trafi, to przyznam nie wzgardzę a i zapłaty za kurs nie biorę. Nie chyba jednak nie tak bardzo zakochany – myślę i postanawiam zmienić linię. W tej zatrudnili chyba samych kretynów. Taksówkarz przygląda mi się badawczo we wstecznym lusterku. Czuję się nieswojo, choć nie podejrzewam aby próbował na mnie napadać. Wyjmuję jedną z prac i zaczynam sprawdzać. Odmienne formy pożycia w związku intymnym świadczą o silnych zaburzeniach psychicznych, mogących doprowadzić nawet do skłonności przestępczych – czytam i zastanawiam się o co autorce chodzi. Dalej jednak wyjaśnia, że o wyuzdanie seksualne czyli wspólnotę partnerów w małżeństwach grupowych. Kto ich wychowuje, skąd takie poglądy? […] tych ludzi nie powinno się jednak karać dotkliwie, gdyż są – jak wspomniałam – chorzy, można ich leczyć i nawracać – pisze dalej uczennica. Odkładam pracę. Co ja mam teraz postawić? Miała za zadanie wyrazić swoją opinię dotyczącą książki jednego z mych znajomych poświęconej różnym formom małżeństwa i rodziny. Wyraziła własne zdanie, język poprawny, książkę przeczytała, i masz…, zdanie wyraziła. - A to wszystko panienka napisała? – kierowca niestety przypomina sobie o mojej obecności – A ja tam nie lubię pisać, a czytać to też nie lubię, bo i po co? W telewizji nie ma co oglądać? Dużo jest teraz na kablówce. Tyle filmów, że nie wiadomo co wybierać. I po co to czytanie? Mój kolega studia skończył a jednego dzieciaka i żony utrzymać nie umie. Taki z niego inżynier od maszyn jakiś, czy coś. A jakie jego żona ma życie? Sama na dom zarabia i pracować musi… Nie odpowiadam. Staram się nie słuchać. Chowam pracę pani nawracającej dewiantów i wyjmuję następną. Zaczynam czytać […] ciężko mi powiedzieć, czy ustosunkować się do książki gdyż nie rozumiem jak autorzy poruszyć mogli taką tematykę. To chyba jakaś fantastyka mająca niewiele wspólnego z rzeczywistością. Rany! Kogo ja uczę??? I następna praca, tym razem przepisana na komputerze […] nawet mi się podobają te nowe formy życia rodzinnego, gdyż mogą urozmaicać i ubarwiać życie parterów. Może należałoby propagować te wzorce i u nas, mniej byłoby frustracji i marazmu […]. Wreszcie! Spoglądam na kierowcę. Rusza ustami – chyba coś mówi. Nie zadaję sobie trudu słuchania. Marzę o wspólnym domu z Jedynym, Nim Dwa i jeszcze jedną kobietą. Chciałabym kiedyś spróbować żyć w takiej wspólnocie. Zapewne byłoby nam łatwiej. Od początku ze wszystkim co dzieje się w naszym życiu zmuszeni jesteśmy radzić sobie sami. Normalne otoczenie odrzuciło nas za nienormalność, my zaś normalność odrzuciliśmy nie umiejąc odnaleźć w niej sensu. Czy gdybym otrzymywała wsparcie ze strony innych niż Miły osób, równie szybko przywiązywałabym się do przyjaciół mężczyzn i myślała o stworzeniu wspólnoty komunowej, z której „wyciągaliby mnie, nawracali i leczyli jako dewiantkę” moi uczniowie? Praca kolejna. Napisana na pożółkłym papierze zbyt mocno przyciskanym długopisem, co świadczy o wyjątkowym uporze i przywiązaniu do zastanego porządku rzeczy jej autora […] gdyby tradycyjna rodzina nie traciła na wartości, nie byłoby takich patologii jak komuny. Rozwiązłość wynika z braku poszanowania tradycji. Sam wychowałem się w rodzinie wielodzietnej, alkoholowej jednak z zasadami – zwierza się autor. Moralność rodem z Koziej Wólki! Ten kiszony ogórek uważa wyraźnie, że lepiej pić i bić, ale w poszanowaniu tradycji. Jak mam z nimi rozmawiać, co mówić? Czuję się jak Kondrat w „Dniu Świra”, mój system wartości tak odbiega od systemu wartości mych uczniów, że nie mam już z nimi o czym rozmawiać. Za oknem ciągnie się sznurek samochodów, będących dla ich posiadaczy środkiem komunikacji, przedłużeniem męskości, bądź sposobem na podkreślenie prestiżu. Hm... a może sposobem na uniknięcie rozmowy z taksówkarzami? - Zaraz dojedziemy. Mówiłem – znajdzie panienka, się nie martwi. A szuka panienka tego męża? – zwraca się namolny kierowca. Uśmiecham się do niego eksponując nowe plomby (promocja na materiały dentystyczne) i odpowiadam: - Od kilku tygodni jestem wdową. Uff! – wreszcie się zamknął. Nie powinnam się tak zachowywać. Miał w sumie dobre intencje, chciał mnie wesprzeć w szukaniu męża. Jego horyzonty myślowe nie podsunęły mu innej przyczyny mego zamyślenia. Nie odczuwam jednak wyrzutów sumienia, raczej rodzaj złośliwej satysfakcji, i obrzydzenie w stosunku do kogoś przelatującego w zamian za kurs podchmielone klientki, podczas gdy w domu czeka Basia i jej karakuły. Powoli wybieram kolejną recenzję. Wydaje się nawet zajmująca: […] proponowanie w społeczeństwie kilkunastu modeli życia rodzinnego zdaję się korzystne, aby każdy wybrał ten odpowiadający jemu najbardziej. Książka uczy tolerancji i otwartego spojrzenia na rozmaitość form życia kulturowego... Autorka prezentuje stanowisko różniące się od poprzednich. W domu sprawdziłam tych prac kilkadziesiąt. Zaledwie kilkanaście osób pisało o tolerancji i poszanowaniu odmienności, reszta pragnęła resocjalizować i nawracać. Nie wystawiłam ocen. Co mam zrobić? Prosiłam o opinie. Dostałam to czego chciałam. Tak sądzą, myślą i już! Oddać prace i porozmawiać z nimi? Ocenić wiedzę, czy przemyślenia? Czy wreszcie pryzmat, przez który patrzę mogę uznać za obiektywny? Czarne, białe, szare, krzyżyk, kółko, kropka? Korek powoli się zmniejsza, rękawem przecieram szybę. Zza szyby obserwuję świat. Niezupełnie rozumiem rządzące nim prawidłowości. Czuję się coraz bardziej wyobcowana. Obserwuję rzeczywistość, w której żyję z perspektywy nieco innej niż większość ludzi. Perspektywa subiektywna. Tak jak subiektywna będzie zawsze ocena tych prac, niezależnie od tego jak bym starała się obiektywnie je ocenić. Patrzę na świat inaczej niż spogląda na niego większość znanych mi osób, mam wrażenie niedopasowania do większości ludzi, lecz kocham życie i mą perspektywę spoglądania. - Ile płacę? – spoglądam na licznik. Kierowca podaje sumę. Tępawo patrzy w mą wypchaną pracami torbę. Wyciągam z niej banknot. Wciskam mu do ręki. Wysiadam zbyt głośno zamykając drzwi.
- O jest, już jest, przyjechała wreszcie! - Ale to nie znaczy, że sprawdziła! - Coś ty, miała sprawdzić, to sprawdziła – dobiegają mnie głosy za plecami. Staram się je zignorować. Proszę portierkę o klucz od sali. Rzuca mi go jak zwykle na blat oddzielający szklane granice jej przestrzeni od drewnianych granic przestrzeni naszej. Przestrzeni nauczycieli i uczniów. - Dziękuję – mówię. Próbuję przejść przez schody, co wydaje się nie lada wyczynem. Raz po raz zatrzymuje mnie uczeń, któremu bardzo się śpieszy i nie ma czasu dostosowywać się do terminu moich zajęć. Co ja tam będę jemu – uczniowi wyznaczać granice? Pełen anarchizm. - To co dostałam? – pyta mnie dziewczyna, która rozmawiała na schodach z koleżanką gdy wchodziłam do budynku. - Nie pamiętam kim Pani jest. Zapraszam na zajęcia – stwierdzam. Wchodzę do sali. Szukam jej pracy. Wyjmuję ją i podaję wskazując na błędy. - Ja przecież zawsze miałam piątki z polskiego – informuje mnie zgorszona uczennica, gdy staram się wytłumaczyć błędy zrobione w recenzji – Pani się nie zna! Ta praca wszystkim się z rodziny podobała! Staram się nie dać ponieść emocjom, zastanawiając się kim są ci „wszyscy”? - Ale tu brakuje argumentacji tezy, którą pani postawiła – wyjaśniam cierpliwie. - Oj tam brakuje, przecież przepisałam w tej recenzji argumenty z różnych książek. Sama nawet nie wszystkie zrozumiałam, takie były skomplikowane. A ta książka! Jest taka nieprzyzwoita, że nie powinno się jej zadawać! Kto to widział, żeby takie rzeczy w tych kulturach robili – uzasadnia, wyraźnie próbując negocjować. - Wstępujemy do Unii Europejskiej. Niezbędne jest szerzenie tolerancji wobec przedstawicieli innych kultur – próbuję z nią dyskutować. - No to przecież ja nie chcę źle! Ja im chcę pomóc, żeby zrozumieli, że nie można tak żyć – wyjaśnia. Mogłam jednak postawić jej dwójkę – myślę. - Wrócimy do tego tematu na zajęciach, muszę z wami porozmawiać – odpowiadam. Wychodzi obrażona. Zbyt głośno zatrzaskuje drzwi. Przyjmuję następną. Tym razem dążącą do nawracania zboczeńców. Skąd w nich tyle altruizmu i miłości bliźniego!? - Dlaczego napisała Pani, że ludzie żyjący w parach homoseksualnych są dewiantami? – nieco zirytowana pytam po przejrzeniu jej pracy. - A kim są, skoro to niezgodne z naturą? – odpowiada zbita z tropu dziewczyna. Przyglądam się jej bacznie. Ma włosy spięte w warkocz, małe okularki, czarny sweter i ciemne spodnie, przez ramię przewieszony plecak, robi wrażanie intelektualistki. Może da się z nią podyskutować? - Przecież wśród zwierząt w naturze też występuje homoseksualizm a w starożytności uważano go za orientację równie wartościową jak heteroseksualizm – próbuję argumentować, odpierając atak naturalistki. - Gdyby to było naturalne homoseksualiści mogliby płodzić potomstwo – wyjaśnia. - Czy nie uważa Pani, że Pani stan wiedzy na ten temat jest zbyt mały, aby wydawać tego typu sądy wartościujące? Nie! Pewnie uważa, że jest wystarczająco oczytana żeby oceniać innych, skąd w nich taki poziom zarozumialstwa? - Mam wystarczająco dużą wiedzę! Rozmawialiśmy na ten temat w szkole średniej na lekcjach biologii, przysposobienia do życia w rodzinie i religii – odpowiada nieco poirytowana moim podejrzeniem o brak kompetencji. Kim jest nauczyciel, żeby mówić innym co mają sądzić i jak mają żyć? Pani od biologii ukształtowała ich poglądy, a więc poglądy te są słuszne i już! Tylko skąd bierze się w tej pani brak wątpliwości i przekonanie o swej wszechwiedzy – uprawniającej do nauczania innych jak mają myśleć? Czy to nauczyciele są zbyt bezkrytyczni? Czy ja jestem zbyt samokrytyczna? Czarne i białe, białe i czarne, dobro i zło, zło i dobro, bez stanów pośrednich, pozbawione odcieni szarości. My wiemy jak mamy żyć! Nauczmy innych, koniec, kropka, przecież na tym polega zawód nauczyciela... Przez chwilę mam ochotę powiedzieć jej żeby sobie poszła. Dyskusja staje się niemożliwa, gdy ktoś nie potrafi argumentować. Poza tym wiem, że rozmowa tu nic nie zmieni. Nie jestem w stanie zmienić w przeciągu kilkunastu godzin dydaktycznych efektów warunkowania, któremu podlegali przez kilkanaście lat swego życia. Może jednak uda mi się zasiać ziarnko wątpliwości, by któryś z moich znajomych za kilka lat zebrał na innych zajęciach jego plon? A jeśli podczas zajęć zaproponuję dyskusję, czy ci nieliczni, którzy pisali o szacunku i tolerancji wobec drugiego człowieka będą mieli odwagę bronić swych poglądów? Czy wycofają się do swej przestrzeni przemyśleń? Dopóki intelektualiści będą wycofywać się z życia w głąb siebie, jednostki prostsze, mniej skomplikowane – manipulować będą światopoglądem innych. Im nie będzie szkoda ani sił, ani czasu... - Porozmawiamy za chwilę na zajęciach. Teraz muszę wyjść do pokoju nauczycielskiego, przygotować materiały i rozebrać się.
Chcę przez chwilę zostać sama. Lubię swoją pracę, lubię pisać i uczyć. Jednak reforma systemu edukacji uczyniła z tego co w założeniu miało stać się wszechnicą wolnej myśli, edukacyjną hurtownię. Hurtownię, przez którą przewijają się rzesze bezmyślnych momentami osobników ludzkich, wybierających swój zawód z przypadku. Dyskurs, wymiana poglądów, twórcze refleksje stają się utrudnione. Szkoda mi tych, którzy faktycznie przyszli tu pełni nadziei na odkrywanie nowych prawd, wymianę poglądów, czy refleksji z wykładowcą. Nie mogą odnaleźć się ani w grupie rówieśników ani w naszej – zabieganych nauczycieli. Coraz częściej czuję się w pracy osaczona. Natłok staje się komponentem codzienności. Zagubieni w nim uczniowie chcąc porozmawiać podchodzą do nas w toaletach, na schodach, w pubach. Nie mają czasu czekać. Czasem pracują, czasem mają kłopoty finansowe. Staram się obsługiwać ich jak najsprawniej i uciekać przed poczuciem osaczenia, bycia obserwowaną. Koniecznością bycia dobrze zorganizowaną, sprawną i dyspozycyjną. W epoce ścigaczy nie ma miejsca na refleksję, niedyspozycję, czy zwyczajne zmęczenie... Wieszam płaszcz do szafy. Rozpakowuję korespondencję przyniesioną przez sekretarkę. O! Interesujące szkolenie! Pojechałabym, owszem, tylko kto je sfinansuje? Na kiedy przełożę zajęcia, skoro terminarz mam ustalony na rok z góry? Nie, nie mam szans! Jest i zaproszenie na wręczenie dyplomów. Na kiedy? Na piątek i wysłane dzisiaj? Dobre sobie – zajęcia na ten dzień ustalone pół roku wcześniej... Książka w dużej, wypchanej, żółtej kopercie. Odpakowuję i przeglądam kartka po kartce. Zza drzwi dobiegają głosy: - Nie dość, że przychodzą na parę godzin w tygodniu, to jeszcze się zamykają a my tu czekamy! - Siedzą w prywatnych szkołach! Wiesz ile mają forsy? Twoim starym to się nawet po nocach nie śni! - A jak książkę taka jedna napisała to widzisz jaki samochód kupiła? BMW teraz jeździ. Czuję się jak w kosmosie... O kim oni mówią? O Grocholi? Chmielowskiej? Helen Fielding? - Nie mów za ten skrypt? - No, jak jej honorarium zapłacili to co ty myślisz! – ekscytuje się własną iluzją dziewczyna. - To może by tu uczyć... – planuje druga. - No coś ty! Chciałabyś się tak całe życie uczyć jak frajerka? Teraz przynajmniej dowiaduję się kim jestem – bogatą frajerką. Dla uczniów wizja ciągłej nauki jest nie do zniesienia, nawet w zamian za możliwość jeżdżenia BMW.
Siedzę przez moment sama. Celebruję tę chwilę. Nie wiem kiedy zdarzy się następna. Dobiegające zza moich drzwi słowa zlewają się w zdania. Zdania zlewają się w szum tła, który odbija się echem od ścian zbyt pustego jak na to miejsce pokoju. Pustota pokoju niepasująca do tego miejsca pozwala mi odzyskać psychiczną równowagę pomiędzy zajęciami wypełnionymi nie tyle refleksją, co szumem, gwarem i odtwórczym omawianiem podręcznika. Innowacje dydaktycznie nie cieszą się zbytnią popularnością. Parzę kolejną kawę. Nie przywiązuję tym razem wagi do ceremonialności parzenia. Piję ją w plastikowym kubku kupionym od supermarketowej Rusałki. Kubeczek pasuje do tego świata. Plastikowe tworzywo i hurtowa ilość – przypominają mi o mym powołaniu... Telefon, znów ten dźwięk, dzwoni Nim Dwa. - Jeszcze jestem, przyjedziesz? - Nie mogę, nie dziś, będę zbyt późno. - Trudno - odkłada słuchawkę nieco rozżalony. Nie ma mnie ani dla niego, ani dla Miłego, nie ma mnie też ostatnio dla siebie. Czasu dla siebie zaczyna mi brakować najbardziej. Kilka dni temu zaczęłam malować nowy obraz – Don Kichota walczącego z wiatrakami. Don Kichot ma zamiast głowy mapę, a zamiast rąk petardy. Może uda mi się go dzisiaj skończyć? Teraz jednak słucham dobiegających mnie komentarzy na temat mojej obiektywności-subiektywności, życzliwości-braku zrozumienia, lepszym ocenianiu kobiet-gorszym ocenianiu kobiet, fajności-niefajności, bogactwie-ubóstwie. Komentujący moje zachowania uczniowie wchodzą do sali. Do rozpoczęcia lekcji mam jeszcze godzinę. Wyciągam z torby dyskietkę, by kropkować i kreskować trwających w abstynencji pijaków. Przez pół roku nie opuściłam żadnego z mityngów, to teraz mogę pić bezkarnie przez resztę swojego życia. Zanim popadnę w uzależnienie stanę się uzdrowiona. Włączam komputer i sprawdzam pocztę. O wypchana skrzynka! Trzeba by sprawdzić. Katalog nowości jednego z wydawnictw, nie ma niczego, co byłoby mi potrzebne, dwa zawiadomienia o tej samej konferencji, fragment prozy przesłanej mi przez mą mieszkającą w Niemczech przyjaciółkę, i e-mail od współpodróżnego. „Śnieg nie pachnie lecz topnieje, kiedy przyjedziesz?” Kiedy przyjadę? Nie wiem czy przyjadę, na razie nie odpiszę. Zapach śniegu powoli przegrywa z prozą codzienności, dobrym seksem i zazdrością Nim Dwa, której staram się nie dostrzegać. Z kółkiem, kreską i krzyżykiem. Przeliczanie badań to najbardziej monotonna czynność w całej mej twórczości. Przy kresce trzysta pięćdziesiątej wpada na moment – by zostać pół godziny moja koleżanka – współpracowniczka, równie jak ja pochłonięta swymi badaniami, choć żyjąca w sposób nieco bardziej tradycyjny. Patrząc na rozłożone ankiety pyta nieśmiało: - Co będziesz robiła kiedy skończysz pisać? Dobre pytanie! - Zacznę się samorealizować i uwolnię od tematu – zaznaczam. Patrzę na zdziwiony wyraz jej twarzy i przechodzę szybko z tematu Ja do tematu Ty. Ostatecznie większość ludzi woli mówić niż słuchać, a forma pytania o czyjeś plany, po udzieleniu odpowiedzi na pytanie o plany moje jest społecznie uznana za pozostającą w tzw. dobrym tonie. - A ty? - Ja wyjdę za mąż. Może urodzę dziecko. Kupię mieszkanie i wreszcie będę mogła pożyć normalnie jak człowiek, bez tych książek, badań i wszystkiego – wyznaje moja koleżanka-współpracowniczka tonem infantylnej czterolatki. Uwidaczniająca się w jej osobowości cecha – namolność, nie daje mi zbiec myślami w najciemniejszy zakątek pokoju: - No powiedz co będziesz robiła? Skoro tak ci na tym zależy proszę bardzo – myślę i wyjaśniam: - Skończę obraz, napiszę powieść, zmienię obszar zainteresowań i kochanka. Może też mieszkanie... Nie, tym razem przesadziłaś – czytam w jej przerażonych oczach. Oczach wyrażających zaniepokojenie, troskę i zgorszenie zarazem. Czuję się nieswojo. Może faktycznie przesadziłam? Jeżeli oczekiwała szczerego wyznania, którego szczerości nie jest w stanie przyjąć nie powinna była o nie prosić. Patrzę jak z zakłopotaną miną pije sok ze szklanki. Zostawia na jej obrzeżu ślady krwistej pomadki. Krew. Czy krew w mniemaniu kobiet wyzwalać ma męskie pożądanie? A jeśli tak czy pożądanie te będzie pożądaniem seksu, czy kobiecej krwi? Ślad rozciąga się łukiem na szkle,wywołując wrażenie brudu tego, co zdaje się nieskazitelne. Brudu naiwności, że życie jest proste, czy brudu zakłamania przed przyznaniem się do marazmu tkwiącego w jego prostocie? Ja z kolei sączę kawę, tym razem celebrując tą czynność przesadnie. Łyk po łyku mieszam w ustach ciepły płyn ze śliną. Ceremonialnością próbuję ukryć znudzenie rozmową. Dlaczego nie powiem jej żeby sobie poszła, czekając aż sama zorientuje się, że wizyta jej nie należy w mym odczuciu do zbyt pożądanych? Może to świadomość, że to ona dołączy za parę miesięcy do Pań mówiących innym jak żyć, a ja pozostanę w tym pokoju – z szeregiem planów zbyt napiętych i nierealnych w stosunku do wymiaru czasu, którym dysponuję. W nadziei na zmianę intelektualnej miernoty w stworzenia pełne intelektualizmu, wraz z narastającą zazdrością ze strony Nim Dwa, codziennością z Jedynym i swym brakiem uporządkowania skrywanym pod maską racjonalizmu i pedanterii. Obracam rękę i patrząc na zegarek zbyt dużymi łykami dopijam kawę. Zrozumie czy nie? - A, spieszysz się na zajęcia... – słyszę jej głos pełna nadziei, że stworzyłam pretekst do wyjścia z mego pokoju. - Tak właśnie! Uff... Jak to dobrze. Pójdzie sobie i zostawi mnie samą na moment. Mam całe dwadzieścia minut. Może nie zakłóci ich kilkanaście telefonów i szturm uczniów mających bardzo ważne sprawy. Sprawy, które mnie jakoś wydają się mniej istotne. Może dlatego, że odwracają mą uwagę od tworzenia? Zagląda sekretarka. Przynosi mi tajemniczą kopertę z zaproszeniem i wychodzi. Rozrywam ją. Wyjmuję zaproszenie na spotkanie klasowe absolwentów szkoły średniej. Jechać – nie jechać? Iść – nie iść? A może pójdę, co mi tam? Może pójdę, tylko po co? O czym będę rozmawiać z nimi? O czym oni będą rozmawiać ze mną? Z drugiej strony warto byłoby popatrzeć co wyrosło ze znajomej zgrai dzieciaków. Jednak dzień. Cały dzień. Tyle czasu. Mogłabym poczytać albo skończyć obraz. Hm... I znowu głosy dobiegające mnie zza drzwi. - Brak ocen??? Pojebało ją chyba! - Cicho, a może tam jest? - No i co! Niech sobie będzie i słucha! Myśli, że mam czas bzdury jakieś czytać! - Ciszej, bo jeszcze się na tobie odegra. Słyszę głosy? Nie, to chyba nie jest początek schizofrenii? Choć może emocjonalnej? Jedyny, Nim Dwa... Z kim ja jestem tak naprawdę? Na kim mi zależy? Karuzela myśli. A może mnie naprawdę pojebało? Pióro, gdzie jest moje pióro?
Niepomyślność
Myśl powstaje w mej głowie za myślą, w umyśliku kłębiąc się nie po mej myśli. Niepomyślnie? czy raczej pomyślnie lecz nie według mnie? lecz według kogoś?- komu sprzyja w pomyślności
Pomyślność jedni odnajdują w niepomyślności drugich, za brak pomyślności obwiniają trzecich, aby zrzucić z siebie odpowiedzialność za swą niepomyślność niczym niemodną odzież. Pierwszym…
Nie ma pierwszych, ani drugich. Na moim biurku stoi telefon, nieprzerwanym sygnałem daje znać o swej obecności, odbierz mnie, odbierz. Czym jest moja twórczość wobec bardzo ważnych codziennych spraw? Wobec szarej rzeczywistości? Odbieram. Słucham o problemach Pani, która nie ma czasu napisać recenzji. Przekładam jej termin i odkładam słuchawkę. Patrzę na zegarek, mniejsza wskazówka znajduję się na jedynce, większa na dziewiątce co oznacza, że jest już trzynasta czterdzieści pięć i czas na lekcje. Pośpiesznie wrzucam materiały do torebki. Zamykam pokój na klucz i biegnę przez korytarz na zajęcia. Właściwie mogłabym równie dobrze iść na nie powoli i tak się nie spieszę. Jednak lepiej sprawiać wrażenie mocno zajętej „bardzo ważnymi sprawami”. W dobie konsumeryzmu człowiek chcąc być poważnie traktowanym powinien mieć garnitur (żeńska odmiana garsonka), podchodzić aby się przywitać i podawać rękę (co wykorzystują już nawet przedstawiciele handlowi), ciągle się spieszyć (nawet jeśli nie spieszy się nigdzie). Udaję zatem pośpiech. Równie dobrze mogłabym wlec nogę za nogą, gdyż w rzeczywistości nie śpieszę się w tym momencie nigdzie. Jednak powolne powłóczenie nogami mogłoby przyczynić się do tego, że albo nie będę traktowana w środowisku poważnie albo też ktoś z miejsca obarczy mnie dodatkowymi zadaniami uznając, że mam ich za mało – skoro się nie śpieszę, a inni mają ich zbyt dużo – skoro biegną (choć nie muszą). Oto cała skomplikowana polityka człowieka sukcesu, którym nie zamierzam się stać. Sprawianie wrażenia kobiety sukcesu zdecydowanie się opłaca. Panie i panowie! Robię bardzo ważne rzeczy! Tylko co w nich jest ważnego? Jeśli pielęgniarka czy lekarz zaniedbają swoją pracę umrze człowiek. Jeśli swoją pracę zaniedbam ja – uczniowie nauczą się z książki kilku stron mniej, co wydaje się nie mieć znaczenia, gdyż i tak mało z opanowanych treści zostanie im w pamięci do przyszłego roku. A jeśli pomylę się licząc alkoholików trwających w abstynencji? Przecież nim skończę ich zliczać i tak część trwających w abstynencji (według przedstawionych przeze mnie wyników badań) będzie już żłopać „Byka” pod pierwszym lepszym monopolowym. Coraz częściej żałuję, że nie wybrałam czegoś innego. Jeśli zostałabym filozofką moje poglądy przetrwałyby przez lata. Może nawet ludzie odkrywaliby ich aktualność przez całe wieki? A tak? Myśli dezaktualizują się, przemijają. Jednak w tym przemijaniu jest też coś twórczego. Doświadczenia zdobyte w ciągu życia przeradzają się w przemyślenia, przemyślenia w wewnętrzny spokój pewności poznania, poznanie w dążenie do odkrywania czegoś nowego wymagającego poznania. W niektórych spośród starszych kobiet wyczuwam mądrość. Mądrość poznania i przemijania zarazem. Wciąż czekam na pojawiającą się w mych snach kobietę, która przekaże mi swe przemyślenia. Powie to, co chciałabym usłyszeć od swej matki i czego nigdy nie usłyszę...
Wchodzę do sali. Patrzę na znajome twarze uczniów, przez chwilę rozmawiają jeszcze o swych problemach, nie zwracając na mnie uwagi, gdy wypakowuję swe rzeczy z torebki. Staram się podsłuchać te rozmowy, wejść w ich tok rozumowania, poznać sposób postrzegania świata, lecz poznanie to zakłóca pojawiające się w mej głowie reminiscencja z nocy z Nim Dwa. Jak wyglądałoby moje życie gdybym go nie spotkała? Czy wówczas tkwiłabym w związku monogamicznym, dusząc się w nim i umierając z dnia na dzień z braku tlenu? Czy w tych duszących oparach znalazłabym stabilizację i bezpieczeństwo pozwalające cieszyć się pełnią życia z Jedynym? Czy moje uczennice będą miały kiedyś podobne problemy? Na razie nic na to nie wskazuje. Dobiegają mnie strzępki rozmów o ich codziennym życiu: podwyżce czynszu, niekonwencjonalnym zachowaniu jednego ze znanych mi nauczycieli, problemach finansowych, mężczyznach, przyjaciołach, rodzicach i planach na przyszłość. Staram się cofnąć w myślach o dziesięć lat. Tyle lat dzieli mnie od nich – moich uczniów. Niby nie tak wiele, a jednak bardzo wiele. Moje plany były podobne. Prozaiczne. Realne. Własne mieszkanie. Pieniądze na jedzenie. Praca. Brakowało w nich refleksji. Dokąd zmierzam? Co chcę osiągnąć? Kim będę się stawać? Żeby mieć czas na przemyślenia trzeba jednak mieć co jeść i gdzie spać. Realizm. Czy byłam wówczas tym, kim oni są teraz? - Dzień dobry! Witam Państwa! Mam nadzieję, że możemy już zacząć – powtarzam wciąż to samo wyuczone powitanie. Nie czekając na odpowiedź dodaję – Dzisiaj zmienimy przedmiot naszych rozważań. Mieliśmy rozmawiać na temat samorealizacji poprzez twórczość, tymczasem porozmawiamy o tolerancji wobec odmienności kulturowych. O tym także mieliśmy rozmawiać tylko nieco później. Recenzje napisane przez Państwa uświadomiły mi, że ten temat jest znacznie ważniejszy niż problem związany z samorealizacją. Patrzą na mnie. Mam wrażenie, że nie rozumieją zupełnie do czego zmierzam. Podchodzę do tablicy. W punktach piszę zagadnienia do dyskusji. Uczniowie przepisują je. Zawsze przepisują. Starają się przenieść dokładnie litery ułożone w słowa i słowa ułożone w zdania z zielonej tablicy do zeszytów w kratkę. Czy zastanawiają się nad sensem przepisywanych zdań? A gdybym napisała np. DUPA jak w „Ferdydurke” Gombrowicza? Czy kaligrafowali by w swych zeszytach z namaszczeniem słowo D-U-P-A? Albo jakieś inne, równie absurdalne słowa? Gdybym kazała nauczyć się na pamięć książki? Zrobiliby to? Czy któryś z nich zapytałby mnie wreszcie, po co mają się jej uczyć? - Dlaczego Państwo przepisujecie to, co piszę na tablicy? Z czego wnioskujecie, że będzie wam to potrzebne? – nie wytrzymuję. - Zawsze w szkole jest tak, że jak nauczyciel pisze na tablicy, to trzeba przepisywać – wyjaśnia jedna z dziewcząt. - A czy nikt z Państwa nie zastanawia się nad sensem tego co przepisujecie? - Nie. Kiedy skończy Pani pisać będzie czas na dyskusję, a nie na pisanie. Gdyby okazało się, że mamy przepisywać musielibyśmy na przerwie, a przerwy są krótkie – dodaje chłopiec, a raczej młody mężczyzna. - I nie dla nas tylko dla nauczycieli! – dobiega z tylnej ławki. Swoista logika wskazująca nie tyle na ich brak intelektu, ile na to, że intelekt ten zabija warunkowanie jakiemu poddawani byli przez lata szkoły podstawowej, gimnazjum i średniej. - Przerwy są dla was. To po pierwsze. Po drugie, chciałabym żebyśmy określili, czym jest tolerancja i jaką rolę odgrywa w życiu człowieka. - Tolerancja to postawa społeczna lub wartość przejawiająca się w… – odczytuje definicję ze skryptu dziewczyna – Akceptacji cudzych poglądów lub postępowania wówczas gdy nie zgadzają się one z naszymi… – kontynuuje – Może być negatywna i pozytywna, a z negatywną mamy do czynienia, gdy nie reagujemy na czyjeś zachowanie... - Nie mieliście Państwo uczyć się jeszcze o tolerancji lecz spróbować podać własne określenie tego terminu – przerywam jej wypowiedź. Pewnie teraz czuje się urażona. Przyniosła książkę, co więcej kupiła ją – mimo, że nie kazałam. Przeczytała kilka tematów naprzód i stara się wygrać w konkurencji „kto jest najbardziej pilny”. Pewnie w szkole średniej zajmowała w niej pierwsze miejsce. Prymuska. Świadectwo z czerwonym paskiem. Ulubienica Pani Jadzi, wychowawczyni I A, duma tatusia i przedmiot realizacji niespełnionych marzeń matki i cioci. W przyszłości gospodarna żona i rozsądna matka, nauczająca odmieńców z różnych kultur jak żyć... - A swoimi słowami... – dodaje i wycofuje się. Pewnie żałuje, że zabrała głos. Czekam i czekam. Patrzę na tłum. Nerwowo wertuje kartki w zeszytach. Wsłuchuję się w dźwięk obracanego, a raczej gniecionego papieru. Każda spośród utkwionych w zeszycie par oczu zdaje się prosić „tylko nie ja”, „nie pytaj mnie”, „nie ruszaj”. A ja? Czuję się jak Żyd współpracujący w Oświęcimiu z Kapo i mający przyprowadzić swych żydowskich braci do trzynastego bloku. Staram się modulować barwą głosu tak, aby ocieplić nasze wzajemne relacje i zachęcić uczniów do wymiany poglądów. Wreszcie odzywa się nieśmiało jeden z mężczyzn: - Z tolerancją mamy do czynienia wówczas jeśli akceptujemy kogoś za to jakim jest, choć nam nie pasuję jego sposób zachowania. I taką postawę powinniśmy szerzyć w społeczeństwie. Tymczasem nasze społeczeństwo jest nietolerancyjne. - Czy mógłby Pan rozwinąć tę tezę – proszę. - Nauczyciele są nietolerancyjni wobec młodzieży. Nie pozwalają na noszenie długich włosów chłopcom i niektórych ubrań, tępią nas za poglądy – kontynuuje chłopak. - Tak, tak, albo jak dziewczyna z chłopakiem chodzi… - No, albo jak spotykasz nauczyciela w pubie i się nie ukłonisz... - No a jak się nie nauczysz, to później masz przechlapane. - A jak… – rozlega się ze wszystkich stron. W zasadzie nie spodziewałam się niczego innego. Wszelkie dyskusje z uczniami kończą się na narzekaniu na nauczycieli. Czyżby tylu krzywd doznali podczas kilkunastu lat tradycyjnej edukacji, że porozumienie między nami – stojącymi za biurkiem wykładowcami i nimi – siedzącymi w ławkach nie było już możliwe? Czy krzywd tych nie wyolbrzymiają? Plac boju. My i oni. Oni i my. Kat i ofiara. Ofiary i kat. Gnębiony i gnębieni. Zwycięzcy i przegrani. Ich perspektywa postrzegania, moja perspektywa postrzegania. Dialog! Dialog! Szukam dialogu! - Nie obarczajcie Państwo winą za całe zło tego świata nauczycieli. Wydarzenia w toruńskiej szkole wskazują, że nauczyciel także staje się często ofiarą swoich uczniów. O nauczycielach będziemy jeszcze rozmawiać. Powróćmy teraz do samej problematyki tolerancji. - Tolerować możemy czyjś czyn, nawet jeśli nam nie odpowiada, ale nie wyrządza zła innym – nieśmiało zaczyna kobieta uczesana w gęsto spleciony warkocz. Obniżając ton głosu mówi – Wówczas mamy do czynienia z tolerancją pozytywną. A jeśli czyn wyrządza zło a my tolerujemy go z wygodnictwa, chęci zysku lub lenistwa mamy do czynienia z tolerancją negatywną. - Tak, dobrze. Jak się Państwu wydaje, dlaczego poruszamy ten temat właśnie dzisiaj? - To ma związek z naszymi recenzjami? – próbuje upewnić się ktoś z tyłu. - Uznała nas Pani za mało tolerancyjnych? – dopytują inni. - Ale dlaczego? – zastanawia się ktoś w trzeciej ławce od ściany. - To przez to, co napisaliśmy o książce – domyśla się dziewczyna z jasnym warkoczem, która przed chwilą omawiała zagadnienie mniej lub bardziej swoimi słowami. - To prawda, że jeśli ktoś wykazuje nietolerancję wobec nas, my możemy być nietolerancyjni wobec niego? – wyraźnie szuka usprawiedliwienia swej postawy krótko ostrzyżony blondyn w typie nordyckim. - Naprawdę osoby tolerancyjne są bardziej szczęśliwe? – znów dopytuje mnie ktoś. - I czy faktycznie są one ładniejsze? Zaraz! Moment! Skąd oni mają takie informacje? – zastanawiam się. Ich wiedza nie wynika z samodzielnych przemyśleń. - Czy Państwo przerabialiście taką tematykę? - Tak, w szkole średniej na etyce, i… - To dlaczego tak surowo niektórzy z was ocenili przedstawicieli innych kultur? – pytam. - To miały być nasze poglądy i nie miały wywierać wpływu na ocenę – wyjaśnia nordycki blondyn. Pozostała część grupy nie próbuje się odzywać. Faktycznie sama jestem sobie winna. Recenzja miała zawierać osobiste przemyślenia, więc zawiera. Nie mam oceniać poglądów, lecz wiedzę i sposób argumentacji. - Brakuje Państwu umiejętności argumentowania. Nie możecie mówić, że czyjaś kultura jest nienormalna, a jej przedstawiciele są dewiantami... - To może poprawimy te recenzje – pośpiesznie dodaje dziewczyna w czarnym golfie i okularach – A Pani powie nam, co mamy napisać. Nie przystaję na propozycję. Czuję narastającą złość tych „humanistów”, którzy chcą nawracać dewiantów. Inni patrzą na mnie życzliwie – pokazałam tym nietolerancyjnym! Tylko co pokazałam? Triumfują w swej nietolerancji dla nietolerancji innych i tolerancji wobec mniejszości etnicznych. Proponuję im ćwiczenie umiejętności argumentowania własnego stanowiska. Typowe z podręcznika. Mają przekonać kolegów z klasy aby życzliwie przyjęli przedstawicieli kultury romskiej. Zaczyna się praca w grupach. Czekam na jej wyniki. Zastanawiam się nad ocenami końcowymi.
Przerywa mi sygnał telefonu. Przyszedł SMS od Nim Dwa „Przyjedź, proszę musimy koniecznie porozmawiać, coś się stało”. Kurczę, stało się, co się stało? Co mogło się stać? Omawiamy wnioski z ćwiczenia. Okazuje się, że wszyscy spośród moich uczniów przekonali kolegów z klasy, że przedstawiciele mniejszości romskiej zasługują na szacunek i zrozumienie. Stawiam im plusy za dobrze wykonane ćwiczenie i zadaje pracę domową. Mają przeprowadzić wywiad z Romami na temat postrzegania przez nich polskiej tolerancji... Żegnamy się i już mamy się rozejść, gdy podchodzą do mnie dwie dziewczyny. Jedna z nich mówi: - Dziękujemy za te zajęcia! Dziękujemy! Moi rodzice pochodzą z Nigerii i w szkole często dokuczano mi z powodu koloru skóry. Druga wyjaśnia mi, że jest odmiennej (odmiennej od czyjej?) orientacji seksualnej. Zapraszam je na prowadzone zajęcia fakultatywne i pośpiesznie wracam do swego pokoju. Przerwa przed identycznym scenariuszem zajęć z kolejną grupą.
Wykręcam numer Nim Dwa. - Hej, co się stało? – pytam - Moja żona, chyba się domyśla. Przyjedź! Musimy porozmawiać! Mam ochotę pogryźć słuchawkę. Powinnam uciec gdzie przysłowiowy pieprz rośnie a nie angażować się w to emocjonalnie. - Słuchaj. To może ja nie powinnam więcej przyjeżdżać – nie zastanawiam się wyraźnie nad możliwością realizacji propozycji. - Przyjedź – mówi i odkłada słuchawkę. Przyjadę, wiedząc, że nie mam prawa przyjeżdżać. Podobnie jak nie mam prawa niczego do niego czuć, bo ma żonę (tylko, że ja też mam męża). I co z tego? Czy mam rezygnować z Jedynego z tak prozaicznego powodu, że zależy mi na kimś jeszcze? Czy żona Nim Dwa miałaby odejść od niego tylko dlatego, że on jest również ze mną? Nonsens. Przecież jest szczęśliwy. Myślę o czarnowłosej przyjaciółce Miłego. Jej obecność sprawia mu radość. Zatem dobrze, że jest przy nim. Czy gdybym straciła Nim Dwa, albo nie poznałabym go, starałaby się zniszczyć tę relację? Sama nie wiem. Kółko, krzyżyk, kropka... Pijak, pijak, abstynent – zupełnie jak w wyliczance dla dzieci, choć słowa są inne. Prowadzenie zajęć dydaktycznych rozprasza mnie gdy piszę. Twórczość naukowa i literacka nie pozwala w pełni skoncentrować się na dydaktyce. Coraz częściej czuję się jakbym oglądała kilka kanałów telewizji jednocześnie... Program pierwszy nadaje relację ze spotkania z Nim Dwa. Program drugi reminiscencje ze związku z Jedynym. Program telewizji niepublicznej – sposób pisania pracy doktorskiej. Trzeci nakazuje mi pisać powieść. Czwarty – kolejna książka, tym razem skrypt. Program piąty prezentuje techniki malarstwa. Szósty – dydaktyka w jednej szkole. Siódmy – dydaktyka w innej szkole. Ósmy powieść. Przy dziewiątym oblegają mnie znajomi. Przełączam pośpiesznie kanały. Szybciej! Szybciej! Zdążyć! Współpodróżny pyta mnie o to jak pachnie śnieg. Czy ja jeszcze dostrzegam zmiany pór roku? Kropka, kreska, kreska... Pijak, pijaczka... Pełne równouprawnienie płci. Znowu dzwoni telefon. Tym razem sekretarka. Prosi mnie żebym zeszła po dokumenty związane z moją pracą doktorską, której bronię w postindustrialnym mieście. Szybciej! Szybciej! Szybciej! Nie nadaję się do wyścigu szczurów. Chcę kochać, myśleć, pisać. Chcę czuć zapach śniegu i woń ciepłej ziemi w upalne dni. Po zajęciach z kolejną grupą „bardzo tolerancyjnych uczniów” żegnam się ze współpracownikami, umawiam się z przyjaciółką i wsiadam do zamówionej wcześniej taksówki mającej zawieźć mnie do Nim Dwa. I znów odstąpić muszę od swych planów zliczania „moich pijaków”. Nie chcę, nie umiem, nie potrafię! Tym razem taksówkarz wydaje się małomówny. Może to moje milczenie wymusza na nim tę małomówność. Po grzecznościowym powitaniu on zajmuje się patrzeniem w drogę, ja zaś patrzeniem w okno. Stojące tuż przy drodze drzewa zdają się zamazywać w brunatno białe plamy. Płatki śniegu spadają na ich bezlistne gałęzie. Budynki zyskują utraconą dawno świeżość i zdają się lżejszymi niż są w rzeczywistości. Ludzie potykają się raz po raz na śliskiej powierzchni oblodzonych chodników przypominając tancerzy baletu. Przymrozek. Otulam się puchatym szalikiem, którego miękkość przypomina mi dotyk jego palców. We wspomnieniach wtulam się w nie, muskając ustami jeden za drugim. Bezemocjonalny związek seksualny... Imitujące palce frędzle szalika drażnią mój nos, z którego wydobywa się głośne kichnięcie, prowokujące taksówkarza do zbyt głośnego: - Na zdrowie. - Dziękuję – odpowiadam. Nie rozumiem dlaczego miałabym kichać po to, aby cieszyć się zdrowiem. Ponownie odwracam głowę w stronę okna. Z prawej strony dostrzegam sznur samochodów. Stoją w bliskiej odległości i cierpliwie czekają na swoją kolejkę. Korek o tej porze dnia? Nie zdarza się to zbyt często, lecz gwałtowny przymrozek skłonił ludzi do poruszania się ciepłymi samochodami. Nieco znudzony kierowca ciemnozielonego opla przygląda mi się zza szyby, tuż przed nią stoi piesek z ruchomą głową. - Hau, hau, hau! Ugryzę cię, ugryzę – zdaje się szczekać. Ugryzę? Ale w sumie za co? Nie przepadam za psami, choć sama miałam ich w swym życiu kilka. Zdecydowanie wolę dostojne, niezależnie i tajemnicze koty. Uśmiecham się do kierowcy, mimo, że nie lubię ani opli, ani psów i wyobrażam sobie z jaką rozkoszą ukręciłabym łepek tej przebrzydłej maskotce. Kierowca opla odwraca wzrok. Z tylnego siedzenia bacznie przygląda mi się mała dziewczynka. Ile może mieć lat? Trzy, może cztery, nie więcej. Uśmiecha się szczerbatym uśmiechem, dumna z powodu wymiany dwóch mlecznych zębów na zęby stałe. Jasne, długie loki wpadają jej do oczu. Ma zielony szalik i zieloną czapkę w różowo-żółte misie. Koloru płaszcza (bądź kurtki) nie widzę, siedzi za nisko (pewnie w foteliku przeznaczonym do transportu dzieci). Ręką pociera lewe oczko. Jest śpiąca. Dziewczynka, dziecko? Może ma to sens? Czy byłabym w stanie dawać z siebie aż tyle? Tuż za zielonym oplem obok drogowskazu zatrzymuje się granatowy polonez. Siedzą w nim dwie młode kobiety. Zapewne koleżanki spieszące się po pracy do swych domów lub zaoczne studentki podążające na wykłady. Przesuwam głowę na prawo. Żółty maluch z którego dobiega głośna muzyka nieznanego mi zespołu zajeżdża drogę fioletowej skodzie. Piip! Piiiiiiiiiiiip! – trąbi jednocześnie maluch i skoda a kierowcy wymachują groźnie rękami. - Okropnie się dzisiaj po mieście jeździ, przymroziło i tylko stłuczki i awantury – komentuje taksówkarz. Brak odpowiedzi skutecznie zniechęca go do dalszej dyskusji, włącza wiec radio. - Zapadł wyrok w sprawie uczniów znęcających się nad nauczycielem w toruńskiej szkole – słyszę głos spikera. Zainteresowana szczegółami związanymi z wyrokiem i procesem zamieniam się w słuch – Skazani zostali oni na karę sześciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu. Poszkodowany nauczyciel zaakceptował wyrok. Podkreślił, że kara ma mieć charakter wyłącznie pedagogiczny i nie może być zbyt surowa – mówi dziennikarz prowadzący wieczorny kącik informacyjny. Tak, kara nie może być zbyt surowa. Uczniowie znęcający się nad nauczycielem i nagrywający poniżające go sceny podczas lekcji zostali skazani na sześć miesięcy w zawieszeniu. Ale plastyczka z Gdańska, która wyrzeźbiła krzyż z męskimi jądrami skazana została na sześć miesięcy robót na cele społeczne. Nauczyciela można zatem poniżać. Obrażać uczucia religijne nie. Wolność sztuki, wolność wypowiedzi, wolność dyskursu. Sztuka nigdy nie była wolna od ideologii, polityki, religii, układów. A ja naiwnie myślałam, że wolność uzyskam dzięki twórczości literackiej. Tymczasem muszę uważać na każde napisane słowo, każdy namalowany obraz, każdą myśl przelaną na papier. Do wykonywania robót publicznych lub prac na cele społeczne średnio się nadaję. Jako nauczycielce bezkarnie można założyć mi na głowę kosz na śmieci! W zeszły wtorek prowadziłam zajęcia dla nauczycieli gimnazjum. Zajęcia doskonalące z pedeutologii. Oglądaliśmy na nich „Dzień Świra” Marka Koterskiego. Przypominam sobie ich reakcje. Ci, którzy pracowali w zawodzie krótko – uznali postać Miauczyńskiego za przerysowaną. Zaśmiewali się do rozpuku oglądając drastyczne sceny. Pracujący w zawodzie nieco dłużej wykazali mniejsze poczucie humoru. Jakby dokonywali refleksji nad sobą. Jakby chcieli odpowiedzieć sobie na pytanie – Czy ja już tak wyglądam, czy jeszcze nie? Ale Miauczyński nie miał na głowie kosza na śmieci... - A widzi Pani! Dobrze gówniarzom! Tak, dobrze im tak! – komentuje taksówkarz. Nie wytrzymuje stania w korku i mego milczenia. Kocham milczeć. Odróżnia mnie to od mych koleżanek i przyjaciółek, stając się niejednokrotnie źródłem zdziwienia znajomych mężczyzn. Potrafię milczeć przez kilka minut, godzin a nawet kilka dni. Skupiam się na otoczeniu, analizuję je, opisuję. Jedyny milczy równie często. Wspólnie potrafimy milczeć całe dnie. Nim Dwa z kolei lubi mówić, choć jest raczej osobą introwertyczną niż ekstrawertykiem. Jego potrzeba mówienia wynika prawdopodobnie z charakteru pracy, którą wykonuje. Kilkunastogodzinne ślęczenie nad projektami budynków w zbyt ciasnej kawalerce czyni go samotnym. Życie rodzinne uczy przesadnego gadulstwa, denerwującego mnie, innym razem podniecającego. Ludzie żyjący w rodzinie mówią dużo, głośno i są z reguły hałaśliwi. - Gdzie moje kluczyki?!!! - Nie idź tam bo się przewrócisz!!!! - Jedziemy spakuj kanapki! - Czemu jeszcze nie spakowane walizki? Życie rodzinne przeraża mnie swą hałaśliwością i koniecznością uporządkowania niszczącego poczucie wewnętrznej wolności. Nie można pisać, trzeba zrobić obiad. Nie można czytać, trzeba wyjść z dzieckiem na spacer. Nie można się kochać, bo ciąża jest zagrożona. Nie można wyjść, bo trzeba z kimś zostawić dzieci. Kiedyś przerażała mnie perspektywa pracy zawodowej, tego że każdy z moich dni przez lat kilkadziesiąt aż do emerytury będzie wyglądał tak samo. Jednak na szczęście wykonuję wolny zawód. Nadal patrzę na małą, szczerbatą dziewczynkę. Pragnę odnaleźć swe korzenie czy szukam następczyni? - I tak oto mamy przymrozek! Horoskop astrologiczny dla wszystkich znaków wodnych jest dziś mało optymistyczny. Lepszy dzień będą miały znaki ognia i znaki ziemi – informuje znów głos spikera. Dziewczynka siedząca w samochodzie raz po raz chowa się za tylną szybę i gwałtownie wynurza głowę, jakby chciała powiedzieć - A kuku! Mam cię! Mam cię! Może robię błąd angażując tyle sił i energii we współbycie z mężczyznami? Może powinnam zrezygnować z nich obojga i wychowywać córkę? Czy wtedy pozwoliłabym jej być sobą? Czy też tworzyła miniaturę samej siebie? Samochód gwałtownie szarpie i przesuwa się do przodu. Korek zaczyna się zmniejszać. Kobiety w Polonezie przejeżdżają tuż obok nas, znikając w śnieżnobiałej zamieci. Za ich przykładem podążamy i my. Dziewczynka macha mi ręką i tak kończą się me przemyślenia na temat potencjalnej możliwości zostania kobietą-matką. Czerwone światła zatrzymują nas jeszcze obok McRaka – drugiego z moich ulubionych miejsc (obok supermarketów). Tu zawsze dzieje się coś interesującego i śmiesznego zarazem. Czasem biega duży McRak w stroju bardziej odpowiednim dla Schwarzennegera będącego w dziesiątym miesiącu ciąży, który z racji swego stanu przeszedł operacje zmiany płci u chirurga nie posiadającego w tym zakresie licencji. W niczym nie przypomina smakowitej potrawy. Innym razem na czerwonej, plastikowej zjeżdżalni rozkłada swe racice McKrowa, której urwał się kawałek ogona. Krowę opatrzono plakietką informującą wszem i wobec, że jej mięso pochodzi z polskiej ubojni. Biegające obok McCiastko ma w założeniu symbolizować wieprza hodowanego na polskich obierkach, od polskich ziemniaków, wyhodowanych na polskim nawozie naturalnym, wyprodukowanym w polskim chlewie. Dziś jednak mróz zniechęcił do wyjścia nawet McRaka, McKrowę i McCiastko, toteż plastikowa czerwona zjeżdżalnia przypomina raczej muchomora rozplaskanego pod butem Guliwera niż miejsce dziecięcych zabaw. Światło zmienia się na zielone. Kolor nadziei daje pojazdowi przyzwolenie na dalszą jazdę tą ośnieżoną ulicą. Nadzieja na co? Czy jest jeszcze we mnie i w nim? Nadzieja na to, że będzie jak dawniej. Wszystko ma początek i kres. Lepszy lub gorszy, smutny bądź wesoły, szybszy lub bardziej powolny. Wszystko! Tylko, że ja nie chcę! Nie umiem! Jeszcze teraz nie potrafię! Jedziemy jeszcze przez chwilę a ja w skupieniu słucham horoskopu Pana-Ryby, czytanego monotonnym głosem radiowego spikera: - Ryby zwykle niezdecydowane i niestabilne emocjonalnie będą musiały dokonać dziś ważnego wyboru mogącego zaważyć na ich dalszym życiu. Życiowego wyboru? Nie wierzę w horoskopy. Sposób ich formułowania pozwala na swobodną interpretację odbiorcy. Zdają się pasować do każdego wydarzenia zachodzącego w danym dniu. Samochód gwałtownie hamuje. Patrząc przed siebie widzę znajome miejskie osiedle, na którym znajduje się mieszkanie, a raczej miejsce pracy Nim Dwa. - Szesnaście dwadzieścia – taksówkarz nieco schrypniętym głosem wycenia swą pracę, zużycie samochodu, paliwa, oleju i sama nie wiem czego jeszcze. Wyjmuję z torebki dwudziestozłotowy banknot. - Reszty nie trzeba – mówię.
Niepokój. Ten niepokój towarzyszył mi przez cały czas od chwili kiedy zadzwonił Nim Dwa. Niepokój którego starałam się nie dostrzegać pochłonięta obserwacją otoczenia. Teraz jednak zaczynam się pocić niczym uczniak przed ważnym egzaminem, ręce drżą mi jak starej babci, rytm serca nieznacznie się przyspiesza. Denerwuje mnie mój stan a zdenerwowanie to jeszcze wzmaga jego objawy. Przez moment mam ochotę rzucić torebkę, uciec sprzed jego drzwi, schować głowę w piasek niczym struś, choć piasku tu nie ma. Jest śnieg. A więc schować głowę w śnieg niczym mors i nie wracać nigdy więcej na to betonowe zaniedbane osiedle. Uciec w pracę, naukę i seks, rozkoszować się monogamią w związku z Jedynym. Nim Dwa jednak na to nie zasługuje. Nie potrafiłabym się tak zachować, przypominając sobie dotyk jego dłoni, ust, zapach potu i skóry – nieco szorstkiej, ocierającej się o me piersi i twarz. Splot tego co nas łączy – dzieląc zarazem. Co zbliża nas ku sobie, by po miłosnym spełnieniu nakazywać ucieczkę w osamotnienie; po ucieczce w osamotnienie popychając nas na powrót ku sobie. Pamiętam jego pierwsze spojrzenie na mnie siedzącą w rogu kinowej sali, dotyk włosów splątanych wiatrem i zapach odgarniających je dłoni. Pamiętam też oczekiwanie na spełnienie tego, co tliło się w nas od momentu wzajemnego poznania. Jego nieśmiałość (niepotrzebną zupełnie), niepokój, i niezdecydowanie skłaniające mnie do przejmowania inicjatywy. Skupienie na mym ciele i niedowierzanie odbijające się na twarzy. Skupienie zwracające mą uwagę na pojawiające się na czole zmarszczki budzące pewien dystans, szacunek i nieśmiałość. Wszystko to przypominam sobie naciskając dzwonek domofonu. Wchodzę schodami na górę, by zapukać zbyt głośno jak na tę porę dnia. Otwiera mi nieco zdenerwowany. W ręku trzyma kieliszek koniaku, na który tym razem jest w jego przypadku zbyt wcześnie. - Cześć! Czy coś się stało? Miałeś przecież wyjechać? – staram się słowotokiem odwrócić uwagę od mojego niepokoju. Wiem, że oczekuje mego wsparcia a nie zdenerwowania. Obejmuje mnie ramionami. Jego ciało jest przesadnie usztywnione, jakby obawiał się mej zbyt gwałtownej reakcji lub nie pragnął dotyku, który sam przecież w tym momencie zainicjował. - Miałem, ale chciałem jeszcze zostać, przemyśleć parę spraw... Moja żona była tu wczoraj i sąsiedzi spytali ją, czy mamy dorosłą córkę. Nie wiedziała o co chodzi i wreszcie zapytała mnie wprost, czy do mnie tu ktoś przyjeżdża. Odpowiedziałem, że tak. Poczuła się urażona, i stwierdziła, że nie jest gotowa do takiej zmiany i musi wszystko przemyśleć... Sama nie wiem, co powiedzieć. - Jeśli chcesz wyjdę i nie wrócę. Zostawię w nas wspomnienia... Te, które były i są dobre – proponuję. Nie wiem jak zamierzam zrealizować swą propozycję. Mam wrażenie, że ja to zaczęłam, ja również powinnam zakończyć. Łatwo powiedzieć... Teraz nie mam pewności czy potrafię odejść, nie zobaczyć i nie dotknąć go nigdy więcej. I tak szukał? Szukał, to prawda. Czy gdyby nie spotkał mnie tu i teraz na tym dębowym, przybrudzonym parkiecie stałaby inna kobieta? Czy ona podobnie jak ja proponowałaby, że odejdzie choć byłaby to ostatnia rzecz na którą miałaby ochotę? - Nie chcę żebyś odchodziła! Dużo myślałem zanim zadzwoniłem. Zostanę tu, w tym mieszkaniu, koncentrując się na pracy... – tłumaczy. Po raz pierwszy (jeśli nie w życiu to na pewno w dniu dzisiejszym) zaczynam się naprawdę bać. - Nie chcę zmieniać twego życia! To bez sensu! Ja będę z Jedynym. A ty? Będziesz sam? Nie znaczy to, że nie będę z tobą, ale nie tak na co dzień… – plączę się. - Ale ja chcę je zmienić! Chciałem je zmienić zanim Cię poznałem! Ty nie masz na to żadnego wpływu! Po prostu wreszcie po kilkunastu latach zacząłem się zastanawiać nad tym, czego naprawdę chcę – mówi powoli rozważając każde słowo. - To nie ma sensu… – zaczynam. - Nie przerywaj mi proszę! To co się stało pozwoliło mi tylko przyspieszyć decyzję. Nie miałem odwagi podjąć tej rozmowy z rodziną, ale gdybyś nie pojawiła się w moim życiu decyzja i tak zostałaby podjęta. Po co wynajmowałbym to mieszkanie? Po co starałbym się kupić następne? Zrozum, że twoje pojawienie się w moim życiu nie ma z tym związku... – tłumaczy mi jak rozkapryszonemu dziecku, pełnemu obaw, że zaraz dostanie klapsa z powodu zabawki, którą zepsuło przez nieuwagę. Tyle, że to nie zabawa. Staram się uwierzyć w to, o czym mówisz. Chcę w to wierzyć! I znów stało się coś, czego nie zaplanowałam, nie przewidziałam, nie rozważyłam w swym irracjonalnym pozornym racjonalizmie. - Dlaczego zadzwoniłeś? - Chciałem Cię prosić żebyś została ze mną na noc. Ta decyzja jest zbyt ważna. Nie chcę być sam, byłoby mi zbyt ciężko. Tylko do jutra. Jutro i tak muszę jechać, proszę… – dodaje cicho. Zastanawiam się czy zostać. Czy Miły zaakceptuje takie rozwiązanie, choć tymczasowe i miejmy nadzieję jednorazowe? Decydując się na pozostawienie sobie wzajemnie wolności w pewnych sferach niektórych rzeczy nie przemyśleliśmy. O choćby takich sytuacji jak ta. Dopadającego mnie coraz częściej poczucia zazdrości o inne niż ja kobiety. Złośliwych komentarzy znajomych i podejmowanych przez nich prób ratowania naszego związku (tylko przed czym?). Nic nie jest tylko czarne czy białe. I cóż mam odpowiedzieć mój przyjacielu lub kochanku? Kochanku a może jednak przyjacielu? Pogratulować tego, że starasz się odnaleźć sam siebie na tym rozwidleniu życiowych dróg? Odczuwać rodzaj solidarności z twą rodziną? Zaproponować abyś został i żył jak do tej pory? Nie mówię nic. Myślę o moich nie zliczonych ankietach. Myślę o Jedynym czekającym na mnie w domu, o jutrzejszych zajęciach w prywatnej szkole, niedokończonym obrazie i rozpoczętej powieści. Myślę i pożądam. Pożądam i myślę. Zaczynam go pragnąć tu i teraz. Nie za chwilę, nie za pięć minut... Może to te delikatne objęcia ramion lub nieobecny wzrok? Wspomnienie chwil spędzonych razem? Albo jeszcze inne, nieznane mi rzeczy pobudzają mnie i dekoncentrują? I cóż mam teraz napisać? Zamiast monologu o przyjaźni, wsparciu, miłości – opisać zwyczajny, prozaiczny akt naszego seksualnego spełnienia? Taki jaki miał miejsce w istocie? Było w nim coś niepowtarzalnego, poczucie zjednoczenia myśli i ciał. Przekonanie, że kończy się teraz nasza bezemocjonalność, ustępując miejsca niezaplanowanej emocjonalności, lub że emocjonalność tą – odrzucaną przez lata – wreszcie mogę wyrazić? Wystarczyła sama świadomość, samo przekonanie niewyrażone słowami, nieubrane w potok myśli, w zdania. Przekonania istniejące w nas, w tym mieszkaniu, kawalerce, na tym stole. Stół zdawał się nie wytrzymywać pod naporem mego ciała. Chwiał się raz w lewo, raz w prawo przy każdym ruchu zbliżającym nas ku sobie. Chwiał się jak nigdy dotąd i nigdy później. Czy gdybym wówczas powiedziała mu to, co powiedzieć chciałam, co zdawało się zbyt banalne, zbyt nie na miejscu byłoby mi dziś lepiej? Nie. Nie sądzę. Słowa wydawały się nam obojgu nie potrzebne. A jednak stół wytrzymał. Za dębowym parkiecie powstało znamię od jego rozkołysanych nóg, znamię podobne do śladu pocałunków, które on pozostawił na mej szyi. - Nie zostanę, nie mogę. Nie chcę dawać ci namiastki domu ze mną, skoro chcesz zburzyć swój dom – mówię mu do ucha. Przygarniam go sobą i obejmuję tak mocno jak tylko to możliwe. Nie mówi nic. Nie wiem czy zaakceptował moją decyzję, czy nie chce rozpraszać się rozmową. Przestrzeń, chmury, wodospad. Dlaczego wodospad? Widziałam wodospad. Wielki, ulokowany pośród górskich skał, z wodą nieskazitelnie błękitną i kamieniami – zbyt wygładzonymi siłą płynącą z wody. A może ta woda była biała, tylko odbijały się w niej szaro-niebieskie kłębiaste chmury? Dość, że wodospad wypełniał całą przestrzeń mej głowy. Nad nim unosiły się niczym letnie motyle nad łąką w upalny dzień, małe kolorowe szkiełka. Mieniły się wszystkimi barwami tęczy. Jednak tęczy nie było co psuło plastykę całej kompozycji. - Odwieziesz mnie? – pytam ulokowana w przestrzeni pomiędzy wodospadem jeszcze, a chwiejącym się stołem już. - Pojedziesz już teraz? – jego głos odbija się echem od pustej ściany. - Nie, jeszcze nie teraz. Muszę zadzwonić – nie czekając na przyzwolenie ani odpowiedź, ani też na jakąkolwiek inną reakcję biorę telefon i wykręcam numer do domu. Nikt nie odpowiada. Miły najwyraźniej gdzieś wyszedł. Kot zdaje się w tej kwestii bezużyteczny. Śpieszę się do pustego domu, mojego domu, bezpiecznego, bez przepływającego wodospadu. - Od dawna o tym myślisz? – zakładam niedbale wyjątkowo wymiętą bluzkę i szybko zapinam w niej guziki. - Od kilku lat. Moje życie potoczyło się zbyt szybko. Ułożyłem je tak jak wszyscy zanim zastanowiłem się, co naprawdę chcę robić. Potem czułem się odpowiedzialny za rodzinę, którą stworzyłem. Nie zastanawiałem się czy może być inaczej. Później zacząłem się zastanawiać i szukać choć bardziej siebie niż kogoś. No a potem pojawiłaś się Ty. Nie! Nie przejmuj się! To nie twe przemyślenia zmieniły mnie, raczej zachęciły do refleksji nad tym czy tego właśnie chciałem… – opowiada uciekając wzrokiem, jakby wstydził się mówić. Czuję się nieswojo. Wiem, że nie mam prawa oceniać twej decyzji. Koleje życia uchroniły mnie przed przypadkowością. Gdybym była kilkanaście lat starsza, mniej świadoma siebie, bardziej podatna na wpływy zewnętrzne – może wówczas też podjęłabym decyzję, że chcę być wolna i sama? Któż to wie. Może podjęłabym ją już jako czyjaś żona albo matka? Może potrzeba przeżycia reszty swych dni zgodnie ze swą własną wolą byłaby silniejsza niż poczucie odpowiedzialności za kogoś? Jak postąpiłabym będąc na jego miejscu? Jeśli jednak mogę teraz zrobić cokolwiek to zostać tu i słuchać. Nie komentując, nie pytając, nie oceniając. Pozwolić mówić Nim Dwa. Pozwalam więc i słucham, choć monolog przerywa SMS otrzymany od Miłego - Gdzie jesteś? Szukam cię w pracy ale już wyszłaś? Kiedy wrócisz? Odpisuję szybko – Przepraszam, stało się coś ważnego, jestem u Nim Dwa, wrócę przed północą, nie czekaj.
Mówi... Opowiada o swej młodości, kobietach, małżeństwie, synu, pracy. Mówi o marazmie codziennego życia, w którym zapomniał zupełnie kim chciał być. Przerażeniu odczuwalnym, gdy z marazmu tego zdał sobie sprawę. Opowiada o pragnieniu porzucenia rutyny, poczuciu winy pojawiającym się po tym pragnieniu, miłości do rodziny, żonie nie rozumiejącej jego uczuć (która czuje się zapewne jak porzucony mebel). I znów o poczuciu winy, o konieczności wyboru pomiędzy własnym szczęściem i szczęściem innych. O poczuciu, że nikt nie zwróci mu życia a chce jeszcze czegoś w nim doświadczyć. - Chciałbym uchronić cię przed takimi odczuciami, doświadczeniami i koniecznością wyboru – kończy monolog. - Nie wiem czy jesteś w stanie to zrobić. Chronić. Ciągle chronić. Chroni mnie jak kobietę czy jak córkę? - Być może ja ułożę swe życie zupełnie inaczej. A potem będę żałować, że czegoś nie zrobiłam albo, że coś zrobiłam – zauważam. I wiem, że ta świadomość nie pozwala mi oceniać jego decyzji ani decyzji mojego ojca (i znów to porównanie). - Ale ty planujesz swoje życie w momencie, w którym już wiesz czego chcesz. - Wiem czego chcę dzisiaj. Temu dzisiaj podporządkowuję swe życie. Nie wiem czego będę chciała za kilka lub kilkanaście lat. Nie wykluczam, że decyzje podjęte przeze mnie dzisiaj zniweczą możliwość osiągnięcia tego. Na pewne rzeczy może już być zbyt późno – tłumaczę, patrząc na jego twarz. Podnosi oczy ku górze. Drapie się w brodę. Robi to zawsze, kiedy nie wie co odpowiedzieć... - Czasem przerasta mnie twój poziom dojrzałości. Jest nieadekwatny do wieku. Jesteś tak młoda, że chciałbym ochraniać cię, objaśniać ci świat, tymczasem sam coraz częściej nie wiem co ci odpowiedzieć... Objaśniać świat? Czy świat w ogóle daje się objaśnić? I co chciałby mi mówić? To jest drzewo, to jest kwiat, to jest roślina, to jest noga, ręka, usta, penis. Syndrom nauczyciela u architekta! Co ja chciałabym teraz usłyszeć? To, że jestem dla niego kimś ważnym? To, że dzieje się między nami coś, co ma jakieś znaczenie? Albo to, że nie będę musiała chować się przed jego żoną, synem i sąsiadami... Czy prawidłowa komunikacja oznacza mówienie innym tego co chcieliby usłyszeć? Czy ja mówię to, co chciałbyś usłyszeć właśnie ode mnie? Co chciałbyś usłyszeć teraz? Mam powiedzieć, „cieszę się, że jesteś wolny”, albo „martwi mnie twe odejście od rodziny”, albo „zostanę tu przy tobie dzisiejszej nocy i przez wiele innych”. Może lepiej byłoby gdybym powiedziała oklepane przebrzmiałe dwa słowa, których nadużywałam przez cały okres szczenięco-młodzieńczy? Wytarte. Prymitywne. Zawsze będą tylko słowami. Dlaczego chciałby żebym została? Chce rozmowy? Ciepła? Seksu? Dotyku? Towarzystwa? Przyjaźni? Czemu nie chcę zostać? Martwi mnie reakcja Miłego? Stos nie zliczonych ankiet? Brak kosmetyczki z przyborami do makijażu? Świeżego ubrania? Pragnę uciec od uczuć? Obawiam psychicznego zbliżenia? Chyba kierują mną wszystkie z tych motywów. Czerń i biel, kółko i krzyżyk, dąb i stół, wodospad i błękit nieba. Zostaję jeszcze przez jakiś czas, godzinę, może dwie. Zostaję mimo nieznajomości motywu, który skłonił mnie do pozostania. Wtulam głowę w jego ramiona. Słyszę dźwięk wydawany przez kawałki gradu rozbijające się o parapet. Pam, pam, pam, pam! Co stałoby się gdybym została tu z nim w tej ciasnej kawalerce? Kiedy znudzilibyśmy się sobą i zaczęli nienawidzić? A może ta bezemocjonalna emocjonalność nie przeszłaby w znudzenie, lecz w spełnienie jakiego żadne z nas nie będzie w stanie osiągnąć z kim innym? Może tracimy coś oboje przez naszą nieuwagę. Przez lęk przed byciem razem? Przekonanie o tym, że udać się nie może? Przywiązanie do konwencji? Ile jeszcze pytań pozostawię bez odpowiedzi? Znowu zaczynam go pragnąć. Może z powodu bliskości psychicznej, której obawiałam się doświadczyć wcześniej lub z powodu długotrwałego siedzenia nad książkami, albo owulacyjnej fazy cyklu miesiączkowego. Staram się nie okazywać pożądania, aby nie poczuł się traktowany niepoważnie, użytkowo. Z trudem przychodzi mi ukryć wyraz oczu, gesty które robię zdradzają me pragnienie dotyku... - Nie chcę byś mnie chronił. Nie chcę byś patrzył na mnie jak na córkę. Traktuj mnie jak kobietę, jak kochankę, przyjaciółkę, sam wybierz jak kogo. Nie potrzebuję ochrony lecz przyjaźni. - Patrzę na ciebie jak na przyjaciółkę. Przyjaciół się chroni, pomaga im, nie pozwala by działa się im krzywda. To zakłada sama idea przyjaźni – zaznacza tym razem szorstko i zdecydowanie. Po chwili przybierasz cieplejszą barwę głosu. - A więc zostań i daj mi szansę. Piłem – nie mogę cię odwieźć – szepcze. Zostaję, choć nie miałam zostać.
Czego oczekuję? Wodospadu, chmur, chwiejnego stołu rysującego dębowy parkiet, ciepła lub zaspokojenia ciekawości jak by było gdyby (tylko gdyby co?)? Wysyłam kolejnego SMS-a do Miłego – Przepraszam, zostaję, wrócę jutro i podchodzę do barku aby nalać sobie koniak. Sączę powoli. On proponuje grę w słowa. Też mi propozycja zabawy na wspólną noc! Domyślam się jednak czemu ta zabawa ma służyć. Zapewne próbuje mnie w ten sposób o coś spytać (tylko o co?). Dobrze. Wchodzę w to. To tylko gra. Zabawa, gra... - To teraz ja a potem ty – proponuje. Zgadzam się. - Powiedz pierwsze słowo. - Wolność – słyszę i po chwili zastanowienia odpowiadam: - Twórczość, przestrzeń, pieniądze. - Pieniądze? – powtarza zdziwiony i wymienia – Samotność, podróż, miłość. - Miłość? – tym razem ja nie rozumiem. - Wolna miłość – dopowiada. - Ach tak – akceptuję i wybieram następne słowo – życie. - Krew, zdrowie, apetyt – brzmi odpowiedź – teraz ty. Tak, teraz ja, dobrze niech mu będzie... - Twórczość, samorealizacja, seks. - Seks – podbiera mi słowo zgłaszając propozycję. - Bliskość, rozkosz, spełnienie – zauważam. - Życie, wolność, uczucie – słyszę. Porównuję nasze odpowiedzi i ogarnia mnie przerażenie – Chyba nie wybrałeś wolności dla seksu i nie utożsamiasz go wyłącznie z uczuciem? - Nie, to tylko gra. Uczucie – pada następna propozycja. - Wiersz, zbliżenie, wodospad – i znów wodospad, skąd wzięło się szkło? - Dojrzałość, zbliżenie, kompromis – zgłasza swe kategorie odpowiedzi. - Dojrzałość – tym razem proponuję ja. - Stagnacja, przemijanie, refleksja – mówi sięgając po kieliszek – No teraz ty. - Wybór, spokój, odpowiedzialność – cholera, ale odpowiedzialność za kogo? Dlaczego nasuwa mi się to słowo? On zgłasza kolejne. Te, którego się spodziewałam: - Przyszłość. Przyszłość... Co kojarzy mi się z przyszłością? Już wiem: - Twórczość, miłość, refleksja. - Wolność, miłość, praca – dodaje i stwierdza żartobliwie – No to plany na przyszłość mamy podobne. - Zróbmy coś innego – proponuję. Kolejne wprowadzane przez niego słowa będą pewnie dotyczyły obszarów zbyt intymnych dla mnie. Obszarów, którymi nie chcę się dzielić ani z nim, ani z Miłym, ani z nikim innym. Czuję, że on pragnie zbliżenia, lecz tym razem nie fizycznego. Świadomość tego, że mogę wkrótce stać się najbliższą mu osobą, gdy żona i syn poczują się urażeni jego odejściem, przeraża mnie nadmiarem... No właśnie – nadmiarem odpowiedzialności. - Choć pokaże ci mój nowy projekt – ruchem głowy wskazuje na półkę. Zdejmuje z niej kawał brystolu zwiniętego w rulon. Rozkłada go na kanapie i zaczyna opowiadać z fascynacją tak wielką, jakby co najmniej napisał nowy wiersz lub artykuł. Słucham. Staram się zrobić na nim wrażenie zafascynowanej tym, czego kompletnie nie rozumiem i jednocześnie na tyle inteligentnej żeby nie wyczuł tego, że nie mam pojęcia o czym mówi. - Tu będzie okno a tu drzwi – pokazuje jakieś kreski widniejące na zamazanej białej powierzchni – Oni jednak chcą obok nich zrobić wejście do solarium. Wyobrażasz sobie, robić solarium w domu? Mój klient jest ekscentryczny – wyjaśnia i tłumaczy dalej – Proponowałem mu, żeby solarium zaprojektować w podpiwniczeniu domu, a nie na jego górnym piętrze. Nie wziął pod uwagę moich sugestii – wyraźnie oburza go taki brak zaufania klientów. - A dlaczego solarium powinno być w podpiwniczeniu? – nie rozumiem różnicy pomiędzy planowaniem solarium w piwnicy i na piętrze. - Jak to dlaczego? Słucham. Tym razem o solarium, drzwiach, oknach, piwnicy, garażu. Parametrach części górnej i dolnej, zastanawiam się czy mogłabym zajmować się czymś takim. Nie, raczej nie. Za mało w tym twórczości. Tworzę teorię i kształtuję ludzkie umysły. On tworzy domy i kształtuje okna. - Jestem głodna, chodźmy zrobić coś do zjedzenia – mówię. Idę do kuchni. Otwieram lodówkę. Jest prawie pusta, jeśli nie liczyć puszki sardynek, dżemu, masła i bułek. Ciekawe jak poradzi sobie sam, przyzwyczajony do wykonywania wokół niego czynności obsługowych? Pytam o to, choć nie czas na to ani nie miejsce. Słyszę w odpowiedzi, że nie wie, ale sobie poradzi. Robię kanapki z tego, co nazwałabym resztkami jedzenia. Pochłaniam je żarłocznie, zastanawiam się czy Miły już śpi, co robił przed snem, gdzie leży kot i co powiem im jutro rano. Jemy w milczeniu. Nieprzyzwyczajeni do wspólnego jedzenia i nie próbujący się do tego przyzwyczajać. Popijamy koniak, a dębowa podłoga zaczyna kręcić się wokół mnie. Nie ma wodospadu, wody, chmur. Jest ogień, tylko ogień. We mnie i w nim. Ogień mogący równie szybko przerodzić się w miłosne spełnienie jak w gwałtowną, bynajmniej nie miłosną, kłótnię. Czuję jak przechodzi przez palce mych stóp. Parzy je lekko. Na palcach pojawiają się niewielkie zaróżowione bąble. Ogień dociera od nóg ku dolnej części brzucha. Obawiam się go. Staram się ukryć pożądanie. Nie dając sobie przyzwolenia na zaspokojenie pożądania, szybko mogę się stać agresywna wobec jego obiektu. Nie chcę tej agresji, obawiam się jej i odrzucam. Nie mam pomysłu co moglibyśmy robić razem, jeśli nie będziemy kochać się, jeść ani rozmawiać. Nie jestem w stanie skoncentrować uwagi na rozmowie, ile zaś mogę jeść? Seks. Temperamentem zapewne starałby się mi dorównać, uczyniłoby go to jutro niezdolnym do jakiejkolwiek aktywności. Może po prostu przytulić się do niego i w mroku nocy oczekiwać nastania kolejnego dnia? Jeśli zostanę tu z nim, jedząc, pijąc, kąpiąc się, śpiąc w jego łóżku, by wspólnie zjeść śniadanie, czy nie stworzę mu tym samym namiastki domu a sama nie zdradzę (po raz pierwszy chyba) Miłego? - Umyję się i położę – stwierdzam podejmując decyzję – Pożycz jakiejś podkoszulki i daj mi ręcznik. Pożyczasz i dajesz. W podkoszulce wyglądam jak mrówka, która przebrała się za słonia na bal karnawałowy odbywający się w remizie strażackiej. Ręcznik pachnie męską wodą po goleniu. Brakuje mi rzeczy, mego łóżka, mej piżamy, książki, kremu do rąk i czerwonego budzika z którym przyjaźnię się od lat, i który wraz ze mną jeździ po kraju. Budzik-podróżnik. Kładę się i natychmiast zasypiam. Czekam we śnie na kobietę. Szukam jej i przywołuję. Idę drogą po której stąpała. Zbieram zboża i polne kwiaty. Niestety znów się nie pojawia. Rano ubieram się nim on wstaje i wychodzę jakbym uciekała przed czymś, co nie zamierza mnie gonić. Zamykam drzwi, jednocześnie dzwoniąc po taksówkę. Budzi się od szczęku zamka. Macha mi ręką przez okno. Nie zamierza mnie zatrzymywać, ani o nic pytać. Jest szósta trzydzieści.
Tym razem taksówka przyjeżdża szybciej niż zwykle. Nie ma jeszcze korków. Po kilkunastu minutach staję w drzwiach własnego domu. Wytrącona z równowagi, przestraszona decyzją Nim Dwa, zmęczona nadmiarem wydarzeń, niepewna reakcji Miłego... - Hej! Jestem na ciebie zły – mówi, gdy budzę go pocałunkiem – Odezwałaś się za późno, szukałem cię u rodziców i w pracy, czekałem z kolacją, bo miałaś przyjechać. Kolacja wystygła. Ja znów czekałem i wtedy dostałem SMS-a, że nie wrócisz. Co się właściwie stało? - Odszedł od żony. Chciał być wolny. Podobno nie ma to żadnego związku ze mną – czuję, że muszę dodać to zdanie. Zaczynam mieć jakieś głupie poczucie winy. - O kurczę! Nie wiem co powiedzieć – Miły obejmuje mnie ramieniem – Nie przejmuj się. Pewnie wszystko będzie dobrze. Chodź zrobię nam kawę. Sporo kosztuje go to opanowanie. Znam go na tyle długo, aby wiedzieć, że opracował tej nocy opracował cały plan rozmowy. Przemyślał wszystkie argumenty, przewidział moje odpowiedzi i wyreżyserował minę, za pomocą której będzie udawał obrażonego, by pozwolić się przepraszać. Teraz stało się coś, czego nie przewidzieliśmy oboje. Chce dać mi wsparcie. - Rozmawiamy o tym? – dodaje przygotowując kawę. - Nie, nie mówmy o tym. Nie mówimy ani tego poranka, ani południa, popołudnia i wieczoru. Nie mówimy też przez kilka następnych. A ja usilnie staram się aby nic się nie zmieniło w mojej relacji z Nim Dwa. Nie jest to zresztą trudne. Jego potrzeba wolności i odkrywania tego, co dzieje się w nim jest na tyle silna, że początkowo rezygnuje nawet ze spotkań ze mną. Czym są jednak tygodnie, skoro wykorzystane zbyt intensywnie zlepiają się w jeden dzień? Czym są dni, skoro napięte do granic niemożliwości zlewają się w godzinę? Godziny zaś w minuty umykające niczym torpedy na cyferblacie zegarów? Czym jest seksualne zespolenie bez bliskości zamieniającej słowa wydobywające się z jego ust w puch dmuchawca rozwianego podmuchem letniego wiatru? Myślę o nim zdecydowanie częściej niż myśleć bym chciała. Pragnę go bardziej niż pragnąć umiem kogokolwiek. Tęsknię za każdym spojrzeniem, by mieć pretensje do samej siebie o tą tęsknotę. Uciekać od myśli, że nie potrafię wybrać. Rozproszona w swej namiętności staram się skoncentrować na pracy, aby nurzając się w niej nie mieć siły na uczucia. Tylko poczucia winy wydobyć z siebie nie umiem (choć zapewne spodziewasz się tego czytelniku spragniony morału, lub nie liczysz na to czytelniku od morału stroniący). Czuję się jakbym pomogła mu odzyskać skrzydła nadwątlone przez koleje losu... Pokazuję drogę biegnącą w dole. Towarzyszę mu w locie unosząc się obok choć przed chwilą byłam częścią tego lotu. Nigdy nie powiem tego, co i tak nadużywane. Tego, co czuję w swej bezemocjonalnej emocjonalności. - Z kim ty właściwie jesteś, tak do końca, gdybyś musiała wybrać? – pyta któregoś ranka Miły. Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Jestem sama ze sobą, jestem pochłonięta swą pasją tworzenia. Zdradzam was obu z każdą napotkaną kartką papieru. Zdradzam z każdym niedokończonym płótnem. Z piórem z którego płyną krople łez szczęścia i smutku, rozkoszy i bólu, niespełnienia i przesycenia próbą samorealizacji. Żalem, że nie zdołam spełnić się do końca, bo nie starczy mi czasu lub sił. Czasem zazdroszczę tym, którzy pracują w sklepach lub kawiarniach albo kopią rowy przy drodze, że zrealizują się w swym życiu (uważając za źródło tej samorealizacji szczęśliwe życie rodzinne lub zakup ładnego mieszkania). Innym razem nienawidzę ich i brzydzę się nimi za przesadne celebrowanie codzienności. Być może moja zazdrość i poczucie niesmaku bierze się stąd, że nie zrealizuje się nigdy do końca. Umrę w poczuciu niespełnienia obok Jedynego, Nim Dwa (lub kogoś kto zajmie kiedyś ich miejsce), a może w samotności? Umrę odrzucona przez ludzi za swe zdziwaczenie i bezceremonialność... - Wybieram siebie. - Siebie? – powtarza Miły. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. - Tak siebie i swój mózg. Rozmowa kończy się tak samo nagle, jak się zaczęła. Ostatnio coraz częściej tracę pewność siebie, uwikłana w swe rozdwojenie emocjonalne, prace, zbyt szybkie tempo życia. Żyję w dziobaczym kraju przy którym kurnik zdaje się porażać tolerancją i elastycznością (zadziobać tego, kto wydaje się lepszy), z niezaspokojoną potrzebą tworzenia. Codziennie patrzę jak cierpi mój kot, dzień po dniu przegrywając podjętą przez nas i weterynarza walkę o życie. Wzmaga tym samym drzemiące gdzieś w mej podświadomości pokłady lęku przed śmiercią. Nieuniknioną. Nieuchronną. Śmierć jest coraz bliżej... Obserwuję ją zbliżającą się ku niemu. Czuję jej tajemniczy chłód. Patrzę na mokrą od kroplówki przerzedzoną kocią sierść. Widzę zielone ślepia, w których ciekawość życia powoli wygasa, zastępuje ją rezygnacja i zniechęcenie, a może oczekiwanie. Podnoszę tą oczekującą na to, czego sama się obawiam, wyniszczoną chorobą kruszynę niczym roślinę usychającą z braku wody, przytulam ją do swej piersi i cieszę, że to jeszcze nie dziś. Jeszcze żyje. Jest. Trwa. Pomóc mu umrzeć? Czy sztucznie utrzymywać przy życiu, na które nie ma już szans? Odeszły wraz z rozpoznaniem ciężkiej niewydolności wątroby i nerek. Obrzydliwe choróbska wyżerały od wewnątrz lecz bezobjawowo tą pełną radości życia istotę. Miau dziś po raz pierwszy nie ucieszył się z mego powrotu. Może ma mi za złe, że wychodzę by żyć życiem kolejnego dnia, podczas gdy on leży, cierpi i nie może odejść, faszerowany przez nas tonami leków? A ja? Ucieszyłam się, ja egoistka, że jeszcze jest z nami – dzień dłużej, że miauczy kiedy wróciłam. Żyje. Cieszę się, że żyje. Jednocześnie mam nadzieję, że umrze sam – uwalniając nas od podjęcia decyzji o eutanazji. Kiedyś myślałam, że najgorszym co mogłoby nas spotkać jest podjęcie decyzji o uśpieniu go. Dziś wiem, że znacznie gorsza jest świadomość, że cierpi a ja na to pozwalam. Jednak pozwalam jeszcze dziś, łudząc się że może nie cierpi jeszcze mocno, lub że pojawi się dobra wróżka, która rozwiąże problem za mnie. Pozwoli mi uciec nie tyle od odpowiedzialności co od bólu... - Pogłaskaj go – mówi Miły – Pogłaskaj, czekał na ciebie pół dnia, nawet podniósł główkę! Nawet, nawet, nawet... Głaskam zatem, najdelikatniej jakbym obawiała się, że mój dotyk sprawi mu ból. Wiem, że nie sprawia mu ani bólu ani przyjemności. Może jedynie uspokaja go trochę. Opieka nad nim wypełnia większą część naszych dni. Prawie zapomniałam o Nim Dwa, niedokończonej powieści, pracy doktorskiej, rozpoczętym obrazie. Żyję planując dietę, karmiąc, wysadzając. Czynności te przerywa raz po raz wizyta u weterynarza i konieczność odpytywania roszczeniowo nastawionych uczniów – koniec semestru. Na chore dziecko mogłabym przynajmniej wziąć zwolnienie. Gdy zachorował mój kot muszę uciekać z pracy żeby jechać z nim do weterynarza. I to ma być logika! Ta sytuacja zdaje się umacniać mój związek z Miłym. Obserwuję go. Nosi Miau na rękach, wysadza go, gotuje rosół z ryby, i podaje małymi porcjami – łyżeczka po łyżeczce. Ściera mocz ze swych ulubionych butów. Udaje, że nie czuje jego woni roztaczającej się po całym domu. Stara się pomóc mi, jemu, nam. Pozornie nie zmieniło się nic. W rzeczywistości zmieniło się prawie wszystko. Inaczej wygląda każda doba. Różni się każda część dnia. W nocy przytulamy się do siebie w pozycji embrionalnej, budzeni raz po raz cichym miau dobiegającym z łazienki. Rano obawiamy się do niej wejść i wchodzimy jednocześnie pełni nadziei na pojawienie się dobrej wróżki, która przyjść nie zamierza (najwyraźniej zapiła w barze sąsiadującym z naszym blokiem a teraz oddaje się cielesnym rozkoszom z wydłużonym nosem Pinokia gdzieś na lepkich od kurzu i brudu schodach). Zamiast wróżki widzę kolejne mokre plamy, opuchnięte łapki i nieobecne oczy Miau. Nie chce już nawet do mnie podejść. Kilka dni temu obiecałam, że nie pozwolę mu cierpieć i jak się teraz z tego wywiązuję? Myję się, maluje, ubieram i uciekam, z niepokojem myśląc, że zaraz napadnie mnie tabun uczniów, a każdy z nich będzie czegoś ode mnie chciał. Nauczyciel ma mieć siłę, czas i poświęcać uwagę. Ma być Robocopem bez problemów domowych, stanów wyczerpania, chorób, i zespołu napięć przedmiesiączkowcych. W przyszłym tygodniu idę na spotkanie absolwentów ogólniaka, może uda mi się odpocząć od cierpiącego spojrzenia Miau, który ma nikłe szanse, że dożyje przyszłego tygodnia. Nie... Wiem przecież, że nie dożyje.
Miau. Zdominował nasze życie, tematy rozmów, przemyślenia. Konieczność opieki nad nim spowodowała reorganizację wnętrza, doby, planów życiowych. Czy jak wrócę z pracy będzie jeszcze żył? Może umiera teraz? Czy umiera, gdy ja kogoś odpytuję? Odpytuję, choć nie powinnam pytać. Nie słucham odpowiedzi. Ale co miałabym powiedzieć? Nie chcę pana pytać, bo mam kłopoty w domu. A co kogo to obchodzi? Nie chcę umacniać stereotypu, że kobiety zbyt koncentrują się na życiu rodzinnym, a za mało na pracy. A mężczyźni nie. Czyżby? Miły chodzi równie zdekoncentrowany. Ciekawe czy on myśli o tym o czym ja. Dzisiaj on pielęgnuje Miau. Jego kolej na wizytę u weterynarza, podawanie pokarmu, sprzątanie, wysadzanie. Może Miau umrze przy nim? Numer, klawiatura, głos Miłego i to pytanie na które znam odpowiedź: - Jak Miau? - Coraz gorzej, wymiotuje i puchnie. - Zjadł? - Nie. Już nie może jeść, za to wymiotuje żółcią. - A weterynarz? - Powiedział, żeby poczekać jeszcze trzy dni a potem... - Cholera! Jak to? Co potem? Nie słucham głosu Miłego. Sama wiem co potem. Na co mam czekać. Może odejdzie sam i nie będziemy musieli w tym uczestniczyć. - Przyjedź po mnie – proszę ciepły głos w słuchawce. - Dobrze, będę – odpowiada głos – Tylko zakręcę wodę i wytrę wannę. Nie wolno mu już pić, jak pije zatruwa się mocznikiem. Odkładam słuchawkę. Znów ktoś puka. Staram się otworzyć i funkcjonować normalnie. Przecież to tylko kot – tłumaczę czemuś we mnie i nie wiedzieć czemu zaczynam się trząść. Robi mi się zimno. Jest mi zimno, bo jestem głodna. Ciągle. Podobnie jak miau. I podobnie jak on nie mogę jeść. W domu nie wolno jeść. Miau jest wciąż głodny, piszczy jak czuje jedzenie, którego nie wolno mu podać. W sumie dlaczego nie wolno? I tak umiera, więc już mu nic nie zaszkodzi. No ale może cierpieć jak się naje. Funkcjonuję jak automat. Profesjonalny automat przystosowany do wydawania hamburgerów po wrzuceniu pieniędzy. Nie mam ochoty rozmawiać z ludźmi. Jestem zmęczona, uczniowie mnie drażnią, nie odbieram telefonów od Nim Dwa (wysłałam mu SMS-a, że odezwę się jak wszystko wróci do normy). Sprawdzam prace zaliczeniowe. Czekam na Jedynego. Wystawiam oceny. Sporo czwórek, trochę piątek, przewaga trójek, rozkład jak w populacji. Przepisuję oceny na listy, które zawieszam na drzwiach pokoju nauczycielskiego. Dowód mej popołudniowej bytności w tym miejscu. Przychodzi Miły i zaprasza mnie na obiad do greckiej restauracji. Wspaniale! Wreszcie spróbuję coś zjeść nie odczuwając poczucia winy, że jem i nie słysząc przeraźliwego miauczenia kogoś, komu jeść nie wolno. Zamykam drzwi i wychodzimy. Za mną biegną uczniowie. Pytają mnie o coś, jakby przypomnieli sobie gwałtownie, że mają o coś mnie zapytać tylko dlatego, że zobaczyli jak idę przez korytarz. Nie mogli tego zrobić, gdy siedziałam w pokoju? Udaję, że nie słyszę. Miły obejmuje mnie ramieniem i po raz pierwszy od kilku dni zaczynam czuć się bezpiecznie, choć jestem skrajnie wyczerpana. Żyję tak, jakbym opiekowała się noworodkiem, tyle że w tym przypadku nie obchodzi to zupełnie nikogo. Przytulam się i milczę. W milczeniu przechodzimy przez miasto. Patrzę na biegnących gdzieś ludzi, mijane domy, drzewa. Zachwycam się każdym napotkanym psem i kotem – ciesząc się z tego, że są i żyją. I tak dochodzimy do restauracji, lekko klepiąc drzwi, szukamy wolnego stolika. Stolika oddalonego od ludzi.
Oboje staramy się celebrować tą chwilę, chwilę normalności w tej nienormalnej sytuacji, trwającej zaledwie kilka dni a wyczerpującej nas tak, jakby ciągnęła się przez lata. Miły zagłębia się w kartę, której ja nie potrzebuję. I tak przecież zjem to co zwykle. Podglądam ludzi, przez chwilę zazdroszcząc im normalności. A gdybym tak miała chore dziecko? Jak żyją ludzie którzy mają chore dzieci? Co będzie kiedy zaczną się starzeć nasi rodzice? Jak wtedy damy sobie radę? Natłok myśli. Staram się odpędzać je od siebie oglądając wystrój wnętrza. Na freskach zdobiących ściany widnieją spleceni w miłosnych uściskach mężczyźni. Piękne! Ciekawe jak to się stało, że w tym mieście, którego mieszkańcy cierpią na homofobię – nikt jeszcze nie oblał fresków czerwoną farbą? Obok wiszą czerwono-zielone wachlarze ze słomy, dobrane kolorystycznie do słomianych serwetek przykrywających stoły i drewnianych słoików na przyprawy. Sól, pieprz, papryka, chili. Chili, papryka, pieprz, sól. - A do picia? – dobiega mnie głos Miłego. - Wodę mineralną z gazem, ale bez lodu i cytryny. Kelnerka odchodzi. Celebrujemy chwilę, w której wszystko zdaje się takie jak dawniej. Zaczynam tęsknić za końcem tej całej sytuacji, jakimkolwiek. Rozmawiamy o artykule, który mam napisać na konferencję, nowej książce Fukuyamy czytanej przez Miłego, planach dotyczących urlopu (morze versus góry). Wszystkim na czym nie jesteśmy w stanie skupić uwagi, a wszystko po to aby nie rozmawiać o tym, o czym naprawdę myślimy. Wreszcie tabu milczenia przerywa Miły mówiąc: - Jeśli nie umrze sam będziemy musieli go uśpić. - Nie wiem czy jestem w stanie. Zabrać go z domu, pojechać do weterynarza i patrzeć jak robi mu zastrzyk, po którym on się nie obudzi... To zbyt trudne – tłumaczę i czuję się jak obrzydły tchórz a raczej tchórzyca. To w zasadzie mój kot. Jestem niezależną, dorosłą kobietą, lawirującą uczuciowo pomiędzy mężem i kochankiem, zarabiającą znacznie powyżej średniej obowiązującej w tym mieście. Tymczasem próbuję schować głowę w piasek niczym struś i w dodatku zwiesić się na mężczyźnie. Obrzydliwe! Wiem jednak, że do tego aby pojechać z Miau skłoniłoby mnie długotrwałe patrzenie na jego cierpienie. Czy jednak mam pozwolić mu cierpieć aby patrząc na cierpienie łatwiej byłoby mi podjąć taką decyzję? To z kolei zbyt okrutne. - To ja go zabiorę jeśli podejmiemy decyzję, że tak będzie lepiej. Nie musisz jechać – odpowiada Miły. - Nie chcę zrzucać na ciebie odpowiedzialności – oponuję pełna nadziei, że uda mi się ją zrzucić. I że usłyszę ponownie, że nie muszę jechać. - Łatwiej będzie mi samemu niż z tobą – mówi Miły. Kończymy temat. Skupiamy się na jedzeniu przyniesionym przez kelnerkę. Tym razem nawet takiemu żarłokowi (żarłoczce?) porcja wydaje się olbrzymia (chyba żołądek mi się skurczył). Jem. Wmuszam w siebie kęs po kęsie. Nie wiem kiedy zjem znów bez przesadnego pośpiechu, nie w łazience i bez drapiącego w jej drzwi zgłodniałego Miau. Jem w normalnych warunkach. Jem przy stole nakrytym przyzwoitą zastawą. Popijam drobnymi łykami wodę mineralną. Zapomniałam jakie to przyjemne jeść wspólnie, nieśpiesznie, bez poczucia winy, że obok jest ktoś tak bardzo głodny. Miły też je powoli. Oboje staramy się odwlec powrót do domu, choć wiemy, że odwlekanie go nie zmieni sytuacji w której się znaleźliśmy. Powraca myśl o eutanazji. Prościej byłoby zostawić decyzję losowi. Jeść, bawić się, i żyć zostawiając czyjeś cierpienie za zamkniętymi na zasuwkę drzwiami domu. Moglibyśmy wyjechać i wrócić za parę dni, gdy Miau już nie będzie. Przeczekać... Okrucieństwo! Skazałabym Miau na dni cierpienia. W imię czego? Altruizmu i miłosierdzia? Czy raczej unikania odpowiedzialności? Myślę o Miłym. O obrazie, który pozostanie mu przed oczyma. O bólu. Jest mi zwyczajnie głupio, a poczucie głupowatości ukrywam przeżuwając frytki, niczym krowa trawę. Frytki jedna po drugiej znikają z talerza, podobnie jak przysmażone mięso i surówka. Obok naszego stolika stoją jacyś ludzie niecierpliwie czekając na wolne miejsca. Czas myśleć o powrocie do domu. Płacimy i powoli idziemy na autobus. Przypominamy w swym spowolniałym tempie dwójkę schorowanych emerytów a nie młodych ludzi, współmieszkających z chorym kotkiem (nienawidzę terminu właściciele kotka).
Od progu domu wita mnie Miau. Wspina się do góry po mych najlepszych spodniach, by stamtąd przejść na ramiona. Nigdy tego nie robił. Pal licho te spodnie, kupię inne. Daje mi całusy i trąca nosem, jakby czekał na mnie i obawiał się, że nie doczeka mojego powrotu. Biorę go na ręce i przez chwilę noszę po domu. Waży dwa kilo. Jest chudy i lekki jak mały kociak. Żałośnie popiskuje, ocierając się o moją twarz, pachnie lekami i moczem, futerko zaczynają pokrywać strupy. Zachowuje się jakby się żegnał. Siadam w łazience przy jego posłaniu i przez dobrą godzinę przytulamy się do siebie. On patrzy mi w oczy, ja dziękuję mu za dziewięć lat spędzonych razem. Przychodzi do nas Miły, którego Miau woła piszczeniem. Stoimy teraz we trójkę. Przytulamy się do siebie. Miau zakłada nam raz po raz łapki na ramiona. Staram się nie płakać aby nie zakłócać mu tych chwil. W momencie, gdy zaczynają lecieć mi łzy on szturcha mnie nosem i zdaje się mówić: - Nie płacz, no co ty? Zawsze mnie tak pocieszał gdy widział, że płaczę. Resztę wieczoru spędzamy razem. Po kilku godzinach Miau układa się zmęczony do snu. My również kładziemy się spać pełni nadziei, że Miau nie obudzi się ze snu. Dobra wróżka jednak znów pije i ma nas dokładnie w tym miejscu, w którym wszystkie dobre wróżki mają nonkonformistów, mających w nosie bale u Kopciuszka i Królową Śniegu. Jacy ludzie takie wróżki... Śpię niespokojnie. Tym razem śnią mi się wszystkie możliwe katastrofy, od samochodowych po lotnicze. Miły krzyczy przez sen i macha ręką, być może na ten samolot z mego snu, który się rozbił przed lotniskiem. Budzę go powoli, potrząsając wymachującą ręką. Zrywa się ze słowami AAAAAAAAAAA do pozycji siedzącej. Siadam i ja, biorę go za rękę i głaskam po niej delikatnie. Muszę wstać. Boję się wejść do łazienki, słyszę jak coś w niej spada. Wstajemy razem. Przed wejściem zapalamy światło. Miau siedzi w zlewie, próbował zejść z pralki do kuwety i nie starczyło mu sił, aby z niej wrócić. Wymiotuje i patrzy na nas z nadzieją, że położymy go na posłaniu. Kładziemy i wracamy do pokoju. Żadne z nas nie może już zasnąć. Gdyby nie zajęcia jutrzejszego dnia zapewne wypiłabym koniak, który stoi w barku, przynajmniej mogłabym usnąć. Jestem coraz bardziej zmęczona. Leżymy i rozmawiamy o czymś, co nie ma ani specjalnego sensu ani znaczenia dla nas, powoli godząc się z odchodzeniem Miau. Coraz częściej dopadają mnie dreszcze, Miłego też. Przeziębiliśmy się? Czy tak działa na nas współmieszkanie z umierającym kotem? Odzywa się we mnie atawistyczny lęk przed śmiercią, przed tym że zobaczę jak umiera Miau. Przed tym, że nie będzie mnie przy nim, jeśli mnie zawoła, a może będę mu potrzebna. Wreszcie przed tym, że będzie cierpiał, bał się a ja nie będę miała wpływu na to co się z nim dzieje. A może to lęk przed tym, że sama kiedyś umrę? Robię się niespokojna. Mam ochotę wstać i oddać się wirującemu tańcowi. Rytualnemu, zabierającemu siły, by spożytkować gdzieś nadaktywność fizyczną. Owijam się pledem z polaru i zaczynam kręcić wkoło, podczas gdy Miły spokojnie zasypia, a Miau chwilowo nie piszczy. Trwa to chwilę, po której kładę się i na chwilę wyciszona zasypiam.
Wstaję zdecydowanie zbyt późno, zwłaszcza że za godzinę mam zajęcia w jednej z prywatnych szkół. Pośpiesznie przygotowuję się do wyjścia i zamawiam taksówkę. Żegnam się z Miau. Zastanawiam się, czy jak wrócę to go jeszcze zobaczę. On zdaje się wsłuchiwać w siebie. Nie zwraca na mnie uwagi. Ma nieobecne oczy, które wyraźnie widzą coś na pustej ścianie pokrytej niebieską glazurą. Pewnie halucynuje zatruty mocznikiem. Drapię go leciutko za uchem i wybiegam. Zbyt mocno trzaskam drzwiami. I znów mam nadzieję, że ktoś (tylko nie wiem czy Miły czy Wróżka-Pijaczka) rozwiąże problem za mnie. Czy zamiast dać mi złoty pantofelek, którego nie potrzebuję mogłaby zabrać spokojnie i bezboleśnie mojego kota? Czy mógłby zrobić to Miły? Hm... marzenia... Jadąc taksówką odwołuję przez komórkę lekcję angielskiego. I znów jest mi głupio! Nie mogę się skoncentrować, nie mam czasu żeby się przygotować, nie mamy pieniędzy (weterynarz). Nauczycielka nie obraża się, proponuje wsparcie, gdyby było nam potrzebne (od razu mi lepiej, bo bałam się że ją stracimy). Wysyłam SMS-a do Nim Dwa, że jeszcze się nie pozbierałam, że tęsknię (choć kłamię, nie jestem w stanie tęsknić) i że zadzwonię jak mi przejdzie. Dzwonię do mamy składając życzenia z okazji imienin. Potem do szkoły, że się spóźnię, bo jest korek na drodze. Taksówkarz milczy. Cóż mu pozostało skoro przez cały czas rozmawiam przez komórkę albo wysyłam SMS-y. Wyciągam z torby jogurt, który błyskawicznie pochłaniam. Prowadząc zajęcia myślę o Miau, Miłym i o tym co dzieje się w domu. Nie dzwonię...
Po osiemnastej przyjeżdża po mnie Miły. Wracamy do domu. Miau żyje. Wyraża nikłe zadowolenie na nasz widok. Przytulam go i zabieram owiniętego kocem do pokoju. Zasypia mi na rękach, nie ma siły piszczeć. Oglądam gazety leżące przy łóżku nie chcąc zakłócać jego snu. Miły zmienia mu posłanie. Znów się zmoczył... - On cierpi coraz bardziej – mówi – To dłużej nie ma sensu, jutro z nim pojadę. Nie pytam dokąd. Po co miałabym pytać? Karmię Miau saszetką karmy dla kotów, daję mu pić. Wyraża zainteresowanie, pije łapczywie rozlewając wodę, próbuje jeść lecz znów wymiotuje żółcią. Zasypia na kocu. Pijemy koniak, którym nie możemy się upić. Oglądamy teledyski na jakimś kanale muzycznym. Spełniają swój cel, podobnie jak spełnia go koniak. Szumi w uszach. Zasypiamy. Rano kąpię się obserwując Miau. Zachowuje się jakby nas nie poznawał lub obraził się, że przez nasze tony leków nie może odejść. Wpatruje się w jeden punkt na ścianie. Nie protestuje gdy Miły wkłada go do koszyka. Wszyscy troje wiemy, iż nie wróci. Cieszę się, że nie muszę jechać. Wykonuję zaległe telefony służbowe w różnych „niecierpiących zwłoki sprawach”, które miałam załatwić pół roku temu. Czy Miau jeszcze jest? Czy już zasnął? Wraca Miły. Wrócił sam. Przyniósł pusty koszyk. Spytać nie spytać? Zmienić temat? Poczekać jak on się zachowa? Jednak pytam. Opowiada, słowo po słowie. Miau nie cierpiał. I niech jakiś idiota powie mi, że eutanazja to zabójstwo i tchórzostwo!
|
|||
| Zmieniony: Poniedziałek, 24 Maj 2010 10:06 |










