| Cząstka Jej |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Zaworska-Nikoniuk Dorota | |||
| Sobota, 22 Maj 2010 17:49 | |||
|
Dorota Zaworska-Nikoniuk
Cząstka Jej Część II (s. 136-262) Co się stało z naszą klasą? PAGEREF _Toc237239538 \h Pojawia się i ojciec-tylko po co? PAGEREF _Toc237239539 \h Jak się ma pijak do pijaczki? PAGEREF _Toc237239540 \h Refleksja w dniu trzydziestych urodzin PAGEREF _Toc237239541 \h Taki sobie nadmorski kurort PAGEREF _Toc237239542 \h Jak to teoria do praktyki się miała PAGEREF _Toc237239543 \h Po co mi to wszystko? PAGEREF _Toc237239544 \h
Jednak przyszłam na spotkanie klasowe. Pretensjonalnie nakryte stoły uginające się pod półmiskami z wszelkim dobrem. Jak to w drogiej restauracji. Nie planowałam, że przyjdę. W ostatniej chwili zmieniłam decyzję. Co chciałam osiągnąć? Zapomnieć o Miau? Uciec przed Nim Jeden? Nim Dwa? Przed sobą samą? Bardziej prozaicznie? Najeść się, napić, zabawić (byle nie z Eks łażącym za mną krok w krok i zakładającym zapewne, że dostanie to czego nie dostał niegdyś)? Mniej prozaicznie? Zobaczyć co zostało z dziecięcych marzeń? Poszukać małych dziewczynek w znajomych mi dorosłych kobietach? Spłodzić wiersz na sofie, której tu zabrakło? Odnaleźć dziecko w sobie? Na te pytania, drogi czytelniku, nie umiem udzielić odpowiedzi ani tobie ani też sobie... Udaję, że się cieszę ze spotkania z tymi ludźmi niewidzianymi od lat. Jeśli przez lata nie odczuwałam ich braku, dlaczego miałabym czuć teraz radość? Czuję, zatem nie muszę udawać. Uśmiecham się nie półgębkiem ale pełnym, życzliwym uśmiechem. Księżycowatym łukiem uśmiechu, z dołkami w pucołowatych policzkach. Witam w ten sposób Basię prymuskę, choć początkowo ledwo ją poznaję. Wygląda poważnie, zbyt poważnie jak na swoje niespełna trzydzieści lat. Ma przesuszoną skórę, zniszczone włosy, zmęczoną życiem twarz. Obiecałam sobie nie patrzeć na ludzi przez pryzmat ich wyglądu, to takie paskudne i niefeministyczne, jednak czynię to i w dodatku nie mogę powstrzymać się od porównywania jej ze sobą, choć na pierwszy rzut oka widzę, że wypadnę aż nazbyt korzystnie. Basia – zawsze otoczona gronem adoratorów, uśmiechnięta, o łagodnym kobiecym usposobieniu wydawała się zbyt dojrzała jak na swe lata. Miała też niezwykły dar zapamiętywania zawiłych wzorów matematycznych i przyswajania przedmiotów ścisłych. Dar niepojęty dla mnie i innych. Pewnie jest dziś informatyczką – myślę i aż język świerzbi mnie aby ją o to spytać. Spytać, ale jak? Przecież nie spytam „kim jesteś”, albo „gdzie pracujesz”, w zasadzie co się mówi w takiej sytuacji? Poczekam. Jeśli odezwie się pierwsza, może zręczniej będzie mi się odezwać. Będę mogła wówczas kontynuować podjęty prze nią temat, zamiast inicjować rozmowę. - Ładnie wyglądasz. Masz dobrą figurę, pewnie nie masz dzieci albo masz już duże? – Basia lustruje mnie wzrokiem. Przestaję mieć poczucie winy spowodowane porównywaniem zmian zachodzących w jej zewnętrznym wizerunku ze zmianami zachodzących w moim. Znowu ta cholerna cielesność! - Nie mam – odpowiadam. No i nadal nie mamy tematu do rozmowy. - Ale jesteś z kimś? – upewnia się, że ze mną niby wszystko w porządku. Mam ochotę powiedzieć, że i owszem z przystojnym dobermanem, bo odkryłam w sobie pęd do zoofilii... Jestem z kimś. Też mi coś! Co za głupie pytanie, jak na spotkanie po latach. Z drugiej strony ja nie chciałam podobnie głupiego pytania zadać pierwsza. Mam za swoje. - Jesteś z... – tu pada imię mojego Eks sprzed lat, z którym (niestety faktycznie) byłam kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. - Tak – dodaje nie czekając na moją odpowiedź – Tak, od razu widać, że wasza miłość przetrwała! On tak przy tobie się kręci! Kręci się? Faktycznie łazi za mną. Niech go szlag! Ciekawe, czy nadal nie wie kto to Gombrowicz i rżnie wszystko co nie ucieka na drzewo... - A co u ciebie? – pytam, choć ona nadal nie wie co u mnie. Zakłada, że wie, bo właśnie sobie wymyśliła, zanim zdążyłam się odezwać. Jaki sens ma uzewnętrznianie się skoro ludzie i tak widzą mnie taką jaką sobie wymyślą, a nie taką jaka jestem naprawdę? - Dobrze, chwilowo zrezygnowałam z pracy. Mam dwójkę dzieci – mówi. - A gdzie pracowałaś? - W sklepie – odpowiada ona. - Jak to w sklepie? - No tak. Po maturze poszłam do spożywczego – kontynuuje – Tata zmarł trzeba było pomóc matce zarabiać. Po kilku latach pojawiły się dzieci i na kształcenie zabrakło mi już czasu. Ale co tam. Jest jak jest! Zobacz, ktoś nas obserwuje. Czekaj! To chyba Ela... Ela? Faktycznie ona. Niegdyś zwariowana hipiska z głową pełną ekscentrycznych pomysłów, czytająca poezję Ginsberga i pisząca dramaty inspirowane twórczością Witkacego. Dziś stoi przed nami ubrana w klasyczny granatowy kostium i ciemne szpilki, krótko ostrzyżona, atrakcyjna kobieta sukcesu. Kim jest naprawdę? Uśmiecham się. Wskazuję ręką butelkę czerwonego wina i stojące na stole kieliszki. - Masz ochotę na lampkę? – pytam. - To ty? – słyszę. Pytanie na które odpowiedzieć można jednoznacznie, nawet gdy nie chodzi jej o mnie, tylko o kogoś innego. - Tak to ja! - Też masz business? – pyta. - Dlaczego też? - Mam wytwórnię płyt – tłumaczy – Właściwie to mój mąż ją ma, ale ja w niej pracuję. Odziedziczyliśmy po jego rodzicach. Dochodowa inwestycja! A ty co robisz? Dobrze wyglądasz, chyba się nie przemęczasz – klepie mnie po ramieniu. - Pracuję. Nawet sporo. Uczę w szkole pomaturalnej, kończę doktorat i dorabiam w kilku miejscach – tłumaczę. - Oświata? Szkoły? Doktorat? Upadłaś na głowę!? Z twoimi zdolnościami mogłabyś szybko zarabiać duże pieniądze! Dajmy na to w ubezpieczeniach, albo... – wymyśla mi inne zajęcia Ela. - Albo u mnie w banku – dodaje pojawiający się skądś mój Eks – Jestem dyrektorem działu kredytów – chwali się wyraźnie zachwyconej jego osiągnięciami Eli. I po co ja tu przyszłam? Dowiedzieć się, że się zmarnowałam bo robię to co lubię? Albo, że „odbiło mi” bo zarabiam mniej od średniej krajowej? Ela wpatruje się w górne guziki koszuli Eks. Wyraźnie widać, że albo ma ochotę na rozkręcenie „koszulowego businessu” obok hurtowni płyt, albo jej płytowy mąż-wydawca nie zaspokaja jej potrzeb. Eks dla odmiany wpatruje się w mój dekolt. Nie chodzi mu raczej o plany otwarcia sklepu z bielizną ani biżuterią. Udaje, że ogląda wiszący na mej szyi bursztyn w srebrze. Próbuję wprawić go w zakłopotanie. Wyciągając mu z ręki bursztyn pytam: - I jak twoja żona? Już urodziła? Ostatnio jak się widzieliśmy była w zaawansowanej ciąży. Masz synka czy córkę? - Córkę, już drugą – mówi. Udało się. Jest zakłopotany. Jakby fakt, że został po raz drugi ojcem wpędził go w poczucie winy spowodowane tym, że wyraźnie ma ochotę pójść z kimś do łóżka. Zwłaszcza gdybym tym kimś była ja... Gratuluję mu, że to córka. Mali chłopcy nieestetycznie oddają mocz a przy tym mają wieczną erekcję. - Masz dzieci? – pyta Eks przez ciekawość. - Nie – odpowiadam – Choć do przedwczoraj miałam kota – rewanżuję się. Myślę o Miau. O tym jak budził się głodny, jak się cieszył gdy przychodziłam do domu, jak obrażony udawał, że mnie nie widzi gdy wracałam z podróży, jak wydeptywał z nas choroby, jak mruczał ułożony na brzuchu Miłego. Miau... Czy codzienne obcowanie z dzieckiem byłoby równie fascynujące? - Też mam koty – słyszę obok. Pojawia się Anka, moja przyjaciółka z okresu wczesnodziecięcego. Plastyczka. Rozdzieliły nas nie tyle koleje życiowej drogi, ile konflikt pomiędzy naszymi ówczesnymi mężczyznami. Z poprzednich związków nie zostało nic poza zerwaną, a tak dobrze zapowiadającą się, przyjaźnią. Odciągam ją delikatnie za ramię, aby spytać może zbyt nachalnie: - Co u ciebie? Słucham o jej twórczości, wystawie rzeźby, obrazach umieszczonych w galerii, nowym mężu (tym razem profesorze), stadninie koni, którą właśnie rozbudowuje i niewielkiej wiejskiej chacie, którą kupiła aby uciec od cywilizacji. Pojawia się między nami dawna bliskość. Zbliża się powoli, małymi kroczkami, niczym wiosna po zbyt długiej zimie. Bliskość jak niegdyś, gdy wychowywałyśmy się nawzajem, nierozumiane przez otoczenie. Ona – indywidualistka, pod maską grzecznego dziecka przeżywająca emocjonalne opuszczenie przez rodziców. Ja – zbuntowana, zbyt agresywnie wyrażająca własne uczucia, odrzucająca otoczenie za jego fasadowość, brzydząca się udawactwem i sztucznością. Anka. Staram się uchwycić zmiany jakie w niej zaszły. Wydaje się bardziej zdecydowana, pewna siebie, śmiała. Może nawet odważna? Nie utraciła jednak wrażliwości i ciepłego sposobu bycia. Opowiadam jej o pracy doktorskiej, powieści, mężczyznach, których kocham. Mówię jej o Miau. O potrzebie skupienia się na tym, co jest wewnątrz mnie, o obrazach niedokończonych, lęku, że umrę w niespełnieniu. Wreszcie mogę rozmawiać. Rozmawiać zamiast podtrzymywać towarzyską konwersację. Bezsensowną w formie i treści. - Zmieniam się – mówię – Skupiam się na sobie, analizuje czynności, wydarzenia, uczucia, przemyślenia, zachowania. Wyciszam się. Czyżbym przekwitała? – widzę, że moje pytanie ją rozbawiło. Uśmiecha się. - Jeśli tak, to ja chyba też. Wkraczamy w trzydziestkę, przechodzimy kryzys znamienny kobietom w tym wieku – dalej się śmieje – Ja mam dwudziestoletnią córkę – zauważa – No wiesz, z poprzedniego małżeństwa mego obecnego męża. Ma na imię Izyda, dobrze się rozumiemy.
- A one znów razem! Proszę! Jak za starych dobrych lat. Chodź, zatańczymy – niczym spod ziemi wyrasta Eks. Zgadzam się. Może przez sentyment? Trudno stwierdzić jednoznacznie. Dziś raczej nie miałby u mnie szans. Obserwuję go. Zapuścił wąsy (z którymi wygląda jak aktor z dawnego NRD-owskiego filmu), utył, zmężniał, ma masywne ramiona i umięśnione ręce, kąciki ust nieco pożółkłe (zapewne pali), mimiczne zmarszczki-śmieszki przy oczach, nos jakby ten sam (ciekawe czy rozmiar nosa faktycznie świadczy o rozmiarze penisa... Jeśli tak czyżby penis mu nie urósł? E... lepiej nie sprawdzać), policzki zaróżowione jak niegdyś (zapewne od alkoholu), nieco zrośnięte czarne brwi, długie rzęsy. Fizycznie jest atrakcyjny, nie sposób nie zauważyć. Wyrosłam już jednak z etapu dowartościowywania się poprzez randki z przystojnymi mężczyznami. Wyczuwam jego spojrzenie na moim dekolcie i dłonie w dole pleców. On próbuje zbliżyć się do mnie, a ja brutalnie rozwiewam jego nadzieje na „upolowanie” czegoś na tę noc. - Nie próbuj. Nic z tego nie będzie – informuję bez ogródek. - Przecież nie o to mi chodziło! Choć gdybyś ty chciała nie miałbym nic przeciwko. Jesteś zajęta? - Zajęta to może być linia telefoniczna. W tradycyjnym rozumieniu tego słowa można tak to ująć. Zajęta. Jednak nie o to chodzi – wyjaśniam. Należy mu się odrobina szacunku, ostatecznie płacił kiedyś za bilety do kina i lody. I w końcu to Eks... - A o co? - Jeśli nie o to ci chodziło, to nie ma znaczenia. Po co mamy drążyć ten temat? Porozmawiajmy lepiej o tym co u ciebie. - Chciałbym wiedzieć. - Nie kocham cię. To już wiesz. - I przeszkadzałoby ci to? I po co o to pyta? „To” być może nie, lecz to, że go nie pragnę z pewnością. Brakuje iskry przeskakującej ze spojrzenia mego do spojrzenia jego, uczucia mrowienia w dole brzucha, charakterystycznego pobudzenia, pojawiającego się uczucia radości zmieszanej ze lękiem przed odrzuceniem, i lekkiej wilgotności o wyczuwalnym przeze mnie zapachu. Jeśli powiem mu to, czy zniszczę jego ego? Czy jednak mam kłamać, aby ego nie legło w gruzach? To jednak Eks! - Przeszkadza – odpowiadam. Chcąc pokonać zapadającą między nami ciszę proszę: - Opowiedz jak wygląda twe życie – i myślę nad infantylizmem zadanego mu pytania. Co może na nie odpowiedzieć? Kiedy się ożenił? Ile ma dzieci i jakiej płci? Gdzie pracuje? Ile zarabia? Czy ma mieszkanie? Czy ma samochód? Czy ma kochankę? Idiotyczne! Co powie mi to o nim jako o człowieku? Ale jeśli spytałabym go jaką ma filozofię życia, czy byłoby to pytanie, na które można udzielić sensownej odpowiedzi na spotkaniu klasowym? I czy każdy człowiek musi mieć filozofię życia? I wreszcie czy spotkania klasowe miałyby służyć wyrażaniu jakiejkolwiek filozofii?, nie zaś celom rozrywkowym. Zjeść, napić się, potańczyć, może coś wybzykać, zapomnieć o problemach, ponarzekać, dowartościować się, porównać z innymi, powspominać. Skoro już żona dała wychodne, a teściowa zgodziła zająć dziećmi... Opowiada dokładnie to, co spodziewałam się usłyszeć. Mówi o żonie, dzieciach, zarobkach, pracy, mieszkaniu, samochodzie. Pytam, gdzie w tym wszystkim jest on? Nie rozumie pytania, albo nie chce na nie odpowiedzieć. Wczuwam się w rytm jego kroków i daję prowadzić w takt muzyki. Na moment przytulam się, kładąc mu głowę na ramieniu, nie po to jednak aby coś wskrzesić czy zacząć na nowo, lecz po to by poczuć ciepło i bliskość, której zaczyna mi brakować. Chyba zrozumiał. Uśmiecha się i mówi do mnie. Nie próbuje nawiązać relacji innego typu. Tańczymy tak do momentu, kiedy nieco już podchmielony didżej zmienia muzykę na coś, co przypomina mi hip-hop. Rezygnuję z tańca. Aż tak spragniona bliskości, ani aż tak zdesperowana aby bawić się przy czymś takim nie jestem.
Interesuje mnie bufet z jedzeniem, a zwłaszcza stół sałatkowy. Lubię sałatki, ale nie umiem ich robić. Nakładam. Najpierw tą z ziemniaków i kiszonych ogórków z twarogiem, potem inną z serem feta, pomidorem i ogórkiem, na końcu słodką z pomarańczy, ananasów, bananów i brzoskwiń. Zaczynam jeść, gdy spotykam kogoś, kto przypomina mi Mariusza – byłego partnera Anki. Witam się, zamieniam parę grzecznościowych słów i przysuwam do grupki rozmawiających osób. Mariusz. Nigdy go nie lubiłam, nie sądzę, że polubić uda mi się po latach... - Utyła, ale to ona! – obserwuje kogoś wyraźnie grupka. - Podobno niecały miesiąc temu urodziła. Nawet nie chciała dziś przyjść. - Jak na miesiąc po porodzie to wygląda nieźle! – to stojący nieopodal Krzyś nauczyciel. Ale nie podejdą. Pewnie czekają na to, aż osoba ta podejdzie do nich. Dowiaduję się, że chodzi o mnie. Głosy milkną, gdy zbliżam się ku plotkującej grupie. Nie usiłuję nawet się dowiedzieć, co urodziłam, kiedy, z kim i skąd im się to wzięło. Zapycham się sałatką, popijam drinkiem z colą i wzrokiem szukam Anki, która rozmawia z Mariuszem. Mnie wyraźnie szuka Eks, a Anka posyła mi wymowne spojrzenia sugerując abym wybawiła ją od konieczności rozmowy z jej podchmielonym byłym/obecnym adoratorem. Anka i Mariusz. Krzyś nauczyciel podchodzi życząc mi smacznego. Dziękuję i uśmiecham się do niego, w końcu to belfer, więc „swój człowiek” i do tego uważa, że wyglądam nieźle. Kiedyś miałam do niego słabość, ale chodził wówczas z Elą, a ja z pewnym przeuroczym hipisem-narkomanem, naśladującym Hendrixa na koncertach w okolicznych wsiach. Hendrix nie Hendrix, ale zawsze gwiazdor! Związek z gwiazdorem podnosił moją pozycję socjometryczną w subkulturowym środowisku i zapewniał stały dostęp do marihuany (choć z nią pokłóciłyśmy się i rozstałyśmy bezpowrotnie). Marihuana z hipisem rozstać się nie chciała, zapewne dlatego uczyniłam to ja. Hipisa pokochały inne – marihuanopodobne. Żyli niedługo (mam nadzieję, że szczęśliwie), kochając się w obłokach nadrzeczywistości, z której wspólnie spadli lub zeskoczyli. I tak z gwiazdora została mokra plama. Ja czułam się osamotniona, a Krzyś (wówczas jeszcze prymus-kujon a nie belfer) poznawał budowę anatomiczną Eli. - Polecam sałatkę na słodko – mówię do Krzysia belfra, po to żeby coś powiedzieć. - Słyszałem, że pracujesz w oświacie – zagaduje znad talerza. - Można tak to nazwać – przeżuwam ogórek. - Też lubisz uczyć? – tym razem on, znad widelca z brzoskwinią. - Lubię uczyć, lubię tworzyć, myśleć i badać – kwituję. - Pracujesz w szkole – domyśla się. - Pomaturalnej, nawet w dwóch równocześnie – odpowiadam. - Nie przeszkadza to twojej rodzinie? – wyraźnie jest zdumiony. - Nie mam rodziny – zaznaczam. - Jak to? Jesteś samotną matką? - Nie jestem matką w ogóle, skąd to przypuszczenie? – teraz przyglądamy się badawczo sobie nawzajem. Krzyś wygląda na nauczyciela. Ma wyraz twarzy pewnego siebie intelektualisty, więc nie jest naukowcem, gdyby był przybierałby miny poszukujące, zakłopotane. Nic nie byłoby dla niego zbyt jasne, przejrzyste i pewne. Ubiór raczej niedbale zestawiony, ale w dobrym gatunku sugeruje, że nie jest przedstawicielem handlowym ani akwizytorem, gdyż w tym przypadku nosiłby odzież starannie dobraną (choć tandetnej marki) uszytą z niegniotącego się plastiku. Dłonie wypielęgnowane bardziej niż moje. Nie pracuje fizycznie w tym wypadku byłyby zniszczone, pomarszczone lub przybrudzone ziemią. - Sam nie wiem, słyszałem chyba gdzieś od kogoś... Wiesz jak to jest z plotkami – nienaturalnie i gwałtownie zaczyna się śmiać. Cóż mu pozostało w takiej sytuacji? Gdybym się w niej znalazła zrobiłabym podobnie. Spoglądając przez ramię napotykam błagalne spojrzenie Anki, do której coraz bardziej przytula się Mariusz. Podchodzę do niej opuszczając Krzysia, przepraszam Mariusza i odciągam Ankę pod pretekstem konieczności rozwiązania bardzo ważnej sprawy. Jej powagę podkreślam wskazując na telefon komórkowy, wyjęty przeze mnie w celu bliżej nieokreślonym. - Dzięki – odpowiada. Stajemy w rogu sali tuż obok zafascynowanego hip-hopem didżeja, obserwujemy tańczący tłum. Nie mam ochoty przyłączać się do tłumu. W tej falującej masie ludzkich ciał odkrywam nowych współbywalców szkolnej rzeczywistości. Komponent pierwszy: Żaneta. Prymuska, raczej kujon niż osoba wykazująca jakiekolwiek zdolności. Biografia? Skończona pomaturalna szkoła medyczna, pracownik socjalny, żona i przykładna matka czwórki dzieci: dwóch chłopców, dwie dziewczynki. Status finansowy? Niezbyt dobry: ciasne mieszkanie, stary samochód. Mąż stolarz. Komponent drugi: Marek. Syn prywaciarza, niegdyś bożyszcze infantylnych drugoklasistek, posiadacz firmowych dżinsów i wieży stereo (co częściowo tłumaczyło to zainteresowanie), obecnie producent butów w firmie odziedziczonej po ojcu. Stan cywilny: kawaler – otoczony wianuszkiem kobiet. Komponent trzeci: Małgosia-donosicielka. Niegdyś pełnoetatowa pomocnica wychowawczyni sprawdzająca tarcze i buty na zmianę. Dziś absolwentka jednej z tych prywatnych uczelni, na których raczej kupuje się dyplom płacąc czesne, niż zdobywa go poszerzając wiedzę i własne horyzonty. Z zawodu kosmetyczka, żona i matka dwójki podrośniętych już dzieci. Komponent czwarty: Piotr. Ukończył podobno studia politechniczne. Nie pracuje jednak w zawodzie. Założył firmę produkującą klej do mebli. Właściciel domu z ogrodem i dwóch samochodów. Ma żonę, dziecko i psa jamnika. Muzyka powoli cichnie, widać Anka wywarła piorunujące wrażenie na panu didżeju, gdyż wkłada do odtwarzacza CD przyniesioną przez nią płytę. Dobiegają z niej dźwięki jednej z piosenek Jacka Kaczmarskiego. - A teraz piosenka dla absolwentów, którzy spotkali się po latach – informuje niepotrzebnie głos przez mikrofon. „Co się stało z naszą klasą, pyta Adam w TelAwiwie, ciężko sprostać takim czasom, ciężko w ogóle żyć uczciwie” Słowa pasują, choć są tylko słowami. Czy ktoś z nich chciał wówczas zostać tym, kim jest w dniu dzisiejszym? Czy są szczęśliwi, że zostali tym kim są? Czy takie były ich plany i marzenia? Czy chcieliby zmienić w swoim życiu coś, czego zmienić nie mogą? – myślę i pytam o to Ankę. - Nie wiem, musiałabyś spytać o to każdego z osobna. Nie przewiduję jednak, że udzielą ci jakieś sensownej odpowiedzi – zaznacza – Miałam jednak nadzieję, że ta piosenka skłoni ich do przemyśleń. Pamiętasz, kiedyś jak nie byłyśmy już dziećmi ale nie byłyśmy również jeszcze dorosłe umówiłyśmy się na dworcu w określonym dniu i miesiącu żeby zobaczyć, co się z nami stało i porozmawiać o tym czy dzieje się to, czego chciałyśmy. - Nie pamiętam kiedy miało to nastąpić, ale pamiętam, że tak było – mówię. - Zostało jeszcze dwadzieścia lat – przypomina. Pewnie. Przyjdę. Notuję dzień, miesiąc, rok i godzinę. Obiecuję sobie, że nie zapomnę, niezależnie od tempa życia, napiętych terminów czy zachodzących wydarzeń. Mam nadzieję, że spotkamy się wcześniej lub odnowimy naszą przyjaźń. Szkoda mi przyjaźni zerwanych pod wpływem impulsów. Związków, które rozpadły się przez wydarzenia zupełnie nieistotne. Niemożliwych wówczas do okiełznania emocji, przez które odsunęli się ode mnie bliscy mi ludzie. Może to było potrzebne abym nabrała dystansu do otaczającej mnie rzeczywistości? Anka jest spokojniejsza, bardziej refleksyjna, dojrzała. Efekt uboczny związku w którym żyje, czy upływu czasu zmieniającego nas w istoty bardziej rozumne, stonowane hormonalnie? Myślę o Nim Dwa. O jego spokoju, tak niegdyś dla mnie niezrozumiałym, którego sama teraz nabieram. O pozornej powolności umożliwiającej mu wykonanie większości życiowych planów, mniej gwałtownie wyrażanego entuzjazmu, nie mniej przeżywanej radości życia. Znów za nim tęsknie. Z drugiej strony coraz lepiej i bezpieczniej czuję się żyjąc tylko z Jedynym. Czy wywołuje to chwilowo zaburzone poczucie bezpieczeństwa związane z nazbyt szybkim tempem życia i tęsknotą za Miau? Może to gwałtowny spadek temperamentu spowodowany wiosennym przesileniem? Odezwę się. Odezwę. Jeszcze nie dziś, lecz wkrótce. Przyglądam się swym współuczniom sprzed kilkunastu lat. Czuję, że tu nie pasuję. Poczucie niepasowania towarzyszy mi niemal codziennie. Nie pasuję do wymagań jakie stawia przede mną etos nauczyciela, nie pasuję do życia w stadzie, nie pasuję do realiów codzienności, nie umiem rozmawiać z ludźmi. Jestem szczęśliwa w swoim odrealnionym świecie. - Mam poczucie niepasowania – wyjaśniam przyglądającej się Ance. - Ja też – wyznaje cicho, jakby jeszcze miała ochotę pasować gdzieś lub do kogoś – A niech to! Przecież nigdy do nich nie pasowałyśmy. Sądzisz, że upływ czasu miałby zniwelować różnicę pomiędzy nami a nimi? - Nie sądzę – dolewam nam wina. Przy winie „rozmowy o życiu” zyskują pewną dozę intymności i intelektualizmu... - Popatrz kto wchodzi! - To Marta? - Wydaje się, że ona. Patrzę. Widzę kobietę ubraną w strój safari i kowbojski kapelusz. Ma jasnoplatynowe, rozpuszczone długie włosy i wyrazisty ciemnobrązowy makijaż, który wyostrza rysy twarzy, nieco rozmyte jak to u naturalnej blondynki. Na jej torbie widnieje logo jednej ze znanych w mieście szkół językowych. - Zapewne silnie identyfikuje się z wykonywaną pracą – mówię. - To jej szkoła, jest anglistką – wyjaśnia Anka. Podchodzimy się przywitać. - Miło was widzieć. W zasadzie przyszłam tylko na chwilę. Zjeść coś, przywitać się, zobaczyć jak się bawicie. Mam jutro ostatni stopień egzaminu państwowego z angielskiego... Same rozumiecie... – faktycznie nie traci czasu, sięgając pośpiesznie po kanapkę i kawę. - Rozumiemy, aż za bardzo – kiwamy głowami niczym uczniowie lizusy. - Nie mam nawet czasu żeby poznać jakiegoś faceta, ale w sumie samej jest mi nieźle. Zajmijcie się Agnieszką. Marta wskazuje na smętną dziewczynę stojącą przy stole, która w niczym nie przypomina Agnieszki znanej nam sprzed lat. - Rozwodzi się. Mąż chce zabrać jej dzieci, do tego jedno jest niepełnosprawne. Staram się jej pomóc, nadal się przyjaźnimy, niestety niezbyt mi ta pomoc wychodzi. Żyjemy w różnych światach. No pa! Pędzę przywitać się i do domu – mówiąc to Marta znika równie szybko jak i się pojawiła. - Podchodzimy? - Myślę, że tak – odpowiadam zadającej pytanie Ance. Przemieszczamy się w stronę Agnieszki. Skulona, zaniedbana, z podkrążonymi oczyma, trzyma w ręku talerz. Je sernik na zimno. Przypominam sobie wesołą dziewczynę sprzed lat, zarażającą nas wszystkich optymizmem i dzielnie podającą ściągawki z matmy podczas matury. Była wtedy w widocznej już ciąży, z której bardzo się cieszyła. Po egzaminach na studia planowała małżeństwo z jednym z naszych starszych kolegów Przemkiem. Studiował towaroznawstwo, czy coś w tym stylu. - Hej! Co słychać i jak sernik? – robię z siebie idiotkę, przynajmniej jeśli u niej słychać to, co widać... - Ostatnio nie najlepiej. Rozwodzę się. Przemek chcę zabrać dzieci. Nie mam pracy, nie utrzymam ich, zwłaszcza młodszego, jest po porażeniu mózgowym, wymaga rehabilitacji. Na moment nie mogę spuścić go z oczu – wyjaśnia zbyt szybko. Jakby chciała uciec od tematu a jednocześnie poruszyć go – A u was? - Dziękujemy, w porządku – odpowiadamy prawie chórem. W sytuacji takiej jak ta zawsze czuję się niezręcznie. Jako socjolog mogłabym jakoś pomóc... Tylko jak, skoro od momentu ukończenia studiów, zajmuję się teorią o praktyce nie mając zielonego pojęcia. Ba! Nie znam nawet placówek ani uregulowań prawnych zajmujących się wspieraniem kobiet z tego typu problemami (przynajmniej poza organizacjami feministycznymi). Daję więc adres kontaktowy jednej z nich. Czuję się jak akwizytorka, choć nie wiem czemu. Agnieszka wyraźnie się czegoś obawia. Może tego, że zaczniemy wypytywać ją o egzaminy na studia, które chciała zdawać mimo zaawansowanej wówczas ciąży lub pytań o to czy je ukończyła, o małżeństwo i chorobę dziecka. Chce przyjemnie spędzić czas a nie rozmawiać o swych osobistych problemach. W dodatku rozmawiać z kimś kogo widzi raz na dziesięć lat... W każdym bądź razie po serniku przychodzi kolej na smakowicie wyglądający pleśniak z truskawkowym podkładem, górną warstwą z czekolady i apetyczną bitą pianą na górze, który wszystkie trzy nakładamy sobie na talerz. Jestem wyjątkowo wygłodzona. Przez ostatnie tygodnie jadłam niewiele, nadrabiam zaległości w jedzeniu za kilka dni. W zatrważającym tempie pochłaniam wszystko to, co napotkam w zasięgu oczu i rąk (najwyżej towarzystwo posądzi mnie o bulimię). Po zjedzeniu pleśniaka przychodzi kolej na makowiec. Anka patrzy z niedowierzaniem. - Nie będzie cię mdliło? – pyta. Tego zagwarantować nie mogę. Na razie jednak mnie nie mdli. Nalewamy sobie i Agnieszce drinki. - A niech to! Wypiję! – mówi Agnieszka, jakby wbrew swej sytuacji postanowiła zrobić sobie przyjemność. I pije. Jednego za drugim, potem pije wino, i znów drinka. I zaczyna tańczyć z Mariuszem. Zakłada mu ręce na ramiona i przytula ostentacyjnie, jakby mogła tym kogoś jeszcze zaszokować. - Niech tańczy, przynajmniej teraz w tym momencie jest szczęśliwa – zauważam. Anka jest innego zdania. - Odciągnijmy ją! Upije ją, przeleci i narobi jej jeszcze większych problemów. - Daj spokój! – uspokajam ją – Jest dorosła, to jej sprawa z kim śpi. Może jej tego brakuje. Może, może, może... Nikt nie dał mi prawa do ingerowania w życie innych dorosłych osób. Mariusz odczepia się od Anki. Możemy spokojnie rozmawiać. Niestety Eks nie chce zostawić mnie w spokoju. Staram się nie zachowywać zbyt brutalnie. Zawsze starałam się traktować przyjaźnie mężczyzn z którymi się rozstawałam, nawet jeśli związki nie układały się dobrze. Było, minęło, teraz jest co innego i z kim innym. Odrobina szacunku należy się komuś, choćby z racji tego, że kiedyś był ze mną. Wypytuję go o żonę i dzieci. Staram tym samym zniechęcić go do bliższej relacji, jednak przez cały czas mą głowę zaprząta pytanie: Czy on ją faktycznie bije? Czy była to plotka puszczona w chwili kłótni przez naszych wspólnych znajomych? A może pokłócili się przy nich a oni dopisali dalszą część małżeńskiego scenariusza? I dlaczego mnie to tak nurtuje? Szkoda mi jej? Dzieci? Obawiam się, że gdyby nie hipis-narkoman byłabym na jej miejscu? Czy jeśli mnie traktował dobrze, może inną kobietę traktować źle? Może jest zbyt prymitywny, żeby uznać swe zachowanie za niewłaściwe skoro dobrze zarabia? Eks opowiada spokojnie, rzeczowo, jakby mówienie o rodzinie sprawiało mu przyjemność. Słucham o narodzinach syna i córki, o pierwszych słowach wypowiedzianych przez dzieci, ich ulubionych zabawkach, uzdolnieniach, czasie który spędzają wspólnie. Jednak temat żony jakoś nie pada. - A twoja żona? Jaka ona jest? – dopytuję niczym wścibska przekupka. - Sam nie wiem. Czasem mam wrażenie, że interesują ją tylko pieniądze które przynoszę. I że chciała mieć kogoś kto zrobi jej i utrzyma dzieci. - Dlaczego tak myślisz? – i znów ja. - Nie rozmawia ze mną, nie pyta mnie o nic, nawet ze mną nie śpi – wyjaśnia Eks. Robi mi się go zwyczajnie szkoda, choć jeszcze przed chwilą uważałam go za kata a nie ofiarę. Czyżby zagubił się jak Nim Dwa? Odnajdzie się po latach, wkraczając w wiek średni? I znów analogia. I znów Nim Dwa – pojawia się w myślach, wspomnieniach, obrazach. Chciałabym żeby nasza wzajemna relacja przerodziła się w miarę bezboleśnie w długotrwałą przyjaźń. Przyjaźń uwalniającą mnie z emocjonalnej schizofrenii, lecz nie ze współbycia z nim, obok niego. Może teraz gdy odszedł od żony zechcę związać się na stałe z jakąś kobietą... Tylko jak ona zareagowałaby na naszą przyjaźń? - Gdyby nie dzieci już dawno bym odszedł – wyznaje Eks – A jak twój muzyk? - Nie jestem już z muzykiem, nie byłam z nim zbyt długo. - Jego też zostawiłaś? – a jednak ma do mnie trochę żalu. - Nie raczej on mnie. Najpierw dla narkotyków, później próbował nauczyć się latać. Poniósł klęskę. Eks blednie i mówi cicho: - Przepraszam. - Nie szkodzi. Już zdążyło mi przejść – kłamię na poczekaniu. Do dzisiaj mam lęk wysokości i obraz rozplaskanego na chodniku hipisa, gdy tylko muszę wejść gdzieś wyżej. Co tam, obraz jak obraz, a że trochę bardziej drastyczny? Niejeden malarz byłby zachwycony, taka Frida Kahlo na przykład zrobiłaby z tego właściwy użytek... A ja? Przestałam jeździć w góry... - Wiesz, on pasował do ciebie bardziej niż ja – pod wpływem alkoholu wyraźnie zbiera mu się na szczerość, której się nie spodziewałam. Dolewa nam wina. - Nadal się przyjaźnicie? – pyta. Patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem. Żadna z nas nie odpowiada na to pytanie. Mariusz wychodzi podtrzymując pijaną Agnieszkę. Jednak rokowania mej przyjaciółki nie sprawdzą się. Agnieszka jest zbyt pijana nawet na najbardziej byle jaki seks, którego Mariusz aż tak spragniony nie jest. Ela tańczy w kącie sali przytulając się do Krzysia-nauczyciela, Małgosia rozmawia z Markiem najwyraźniej nie zamierzając sprawdzać mu dziś ani tarczy ani kapci, Marta macha nam na pożegnanie ręką i biegnie w stronę taksówki. Spotkanie jak spotkanie.
Za to my z Anką jesteśmy coraz mniej zainteresowane otoczeniem, za to coraz bardziej zajęte sobą. Rozmawiamy. Czy to tylko chęć kontynuowania konwersacji z nią, czy nadzieja na kontynuację przyjaźni? Może ujawniające się powoli skłonności biseksualne? Zawsze lubiłam kobiety. Dłonie kobiet wydawały mi się delikatniejsze niż dłonie mężczyzn. Skóra bardziej aksamitna, gładsza, bardziej napięta w zgięciach palców. Sylwetka bardziej kształtna, zaopatrzona w te wszystkie subtelne krągłości, których brakuje mężczyznom. Piersi z dużymi, ciężkimi brodawkami, zdolne do wykarmienia nowej istoty; biodra o ruchach falistych, rytmicznie poruszające się jakby w takt muzyki, wcięcie w talii nadające sylwetce dostojeństwa i powagi. Długie włosy unoszone podmuchem wiatru, których kosmyki, gdy wiatr zawieje otaczają usta przyklejając się do ust tych miąższu. Mniejszą twarz, zdolną zmieścić się w mej zamkniętej dłoni lub przytulić do dłoni rozwarcia. Wyraziste oczy i ich blask podkreślony makijażem. Kruche ramiona. Wiotkie, smukłe nogi gładkie jak skóra niemowlęcia, nieskażone puchem włosków. Zarys pleców podczas siedzenia i widoczne na nim wypukłe łopatki i wzgórki, prowadzące do krągłych pośladków, łukowato wygiętych w lewo. Pośladków przechodzących w podpierające je nogi, rozłożone na trawie, jednak zbyt pruderyjne w swym nieznacznym rozchyleniu abym próbowała wślizgnąć między nie dłoń. Patrzę w skupieniu śledząc ruchy jej warg. Zastanawiam się, czy patrzę na nią tak, jak mężczyzna patrzy na kobietę? Czy jak kobieta patrzy na inne kobiety? Czy mogłabym teraz pocałować ją namiętnie w usta, delikatnie wsuwając język aby poczuć podniebienie i łaskotać je swym pocałunkiem. I co czułabym wówczas? Czy skłonna byłabym kontynuować miłosne pieszczoty? Czy też okazałoby się, że obserwacja kobiecego piękna nie czyni mnie jeszcze istotą skłonną do wspólnego przeżywania erotycznej rozkoszy? A jeśli to nowe doświadczenie nie spodobało by się mi a spodobałoby się jej? Co wówczas? I co ja, do cholery, zrobiłam dla siebie przez prawie trzydzieści lat! Skoro nie jestem pewna nawet własnej orientacji seksualnej? Może jestem biseksualna? Albo homoseksualna? Lub jednak heteroseksualna? Życie z kobietą byłoby lepsze? Gorsze? Inne? Opowiadam się za równouprawnieniem rodzaju dostrzegając rodzajowe różnice. Które wynikają z socjalizacji i wychowani? Jak to zbadać, zgłębić, sprawdzić? Co ma do tego mój doktorat? Kropka, kreska, pijak, pijak, pijak, abstynent, pijak, abstynent. I kolejny drink. Mój świat zaczyna się coraz bardziej kręcić. Myśli ulatują, przerwane nagle, ku temu, co w percepcji nie-ateisty figuruje jako niebo, w mej zaś jako niebieska przestrzeń. - Chyba się upiłyśmy – zauważa cicho Anka – Czy wrócimy do nich? Równie dobrze ja mogłabym zadać to pytanie, choć ona zadała je jako pierwsza. Zatem ja mam podjąć decyzję. Wracamy. Nie wracamy. Ciekawe, czy ma pojęcie o czym myślałam w minutach naszego wspólnego milczenia-współmilczenia. Milczenie różni się od działania koniecznością myślenia o czymkolwiek. Jednak działam też myśląc, a często milcząc. Decyzja. Konieczność podejmowania decyzji i ponoszenia jej konsekwencji jest czasem niewygodna, zwłaszcza gdy wirowanie świata utrudnia myślenie. - Wracamy albo idziemy do miasta. Nie czuję się najlepiej w tym miejscu – odpowiadam. - A tam w tłumie, wśród nich? - Sama nie wiem. Obserwuję, porównuję, analizuję... Jak zwykle. - Jak zwykle – przeciągle powtarza za mną, jakby była w tym „jak zwykle” jakaś niezwykła refleksja i dodaje – Mdli mnie. Chyba się upiłam, ciekawe czy się pożygam. Cóż liczę na to, że tak. Opis kobiecych wymiocin mógłby pochłonąć wyrafinowanego czytelnika o odmiennych upodobaniach. Mógłby śledzić z uwagą, ich gęstość, kolor, objętość, zawartość składników pokarmowych. Ba! Mógłby nawet powielić los Anki, gdyby dajmy na to jadł czytając fragment powieści... To byłoby godne Witkacego. Niestety Anka nie wymiotuje, co czyni powieść bardziej wyważoną. Trudno, taki los pisarza.... - Wracamy – decyduje Anka po chwili – Więcej nie piję – dodaje – Zygmuś się wkurzy jak wrócę pijana. - Ma na imię Zygmuś? Twój mąż? – zaczyna mnie to interesować. - Nie mąż. Mówię o moim psie. Nie znosi pijanych, obgryza im łydki – wyjaśnia mi. - A mąż? – ale jestem wścibska. Cóż chcę sobie udowodnić słuchając odpowiedzi? Że ona jest zajęta? Że jest szczęśliwa? Że jednak pomimo różnicy wieku byłoby mi dobrze z Nim Dwa? - Dobrze się rozumiemy, też maluje, był w zasadzie moim nauczycielem, wiesz, zawsze miałam kompleks Goliota – śmieje się – Nie zawsze jednak znajduję wspólne tematy do rozmów z jego przyjaciółmi. Oni mają już wnuki, dyskutują na tematy tak mi odległe... Mam wrażenie, że sama zbliżam się do pięćdziesiątki. Patrzę na wszystko z dystansu, ze spokojem, stonowaniem. Zmieniam poglądy na to co istotne, a co nie. To, co dawniej było ważne wydaje mi się nic nie znaczącą błahostką... To, co było mniej istotne wydaje się dla odmiany ważne... - Na przykład? - Inspiracja i szczęście są ważniejsze od wierności i monotonii. Przyznaję jej rację. Czasem w monotonii wykonywanych czynności znajduje się inspirację dla twórczości. Celebrowanie czynności, skupianie na nich, zaklinanie ich, medytowanie nad nimi. - Co jeszcze? - Cieszę się z drobiazgów. Szukam w nich siły. Nie denerwuję się jednak błahostkami. Są składnikami życia. - To co jest błahostką dla ciebie może być podstawą życia kogo innego, i odwrotnie – spoglądam na zegarek, ot tak, dla samego spoglądania. Nie spieszę się dziś nigdzie. Nie mogę jednak uwolnić się od nawyku ciągłego spoglądania na zegarek. Kiedyś kupię dom na wsi i będę żyć zgodnie z rytmem natury. Wyrzucę wówczas wszystkie zegarki i pozwolę stapiać się dniom i nocom w jedność. - Istotne jest poczucie szczęścia. Poczucie realizacji samego siebie. Odczuwania tego, co jest we mnie i w nim, brak koncentracji na czynnościach niezbędnych do życia, lecz nie sprawiających przyjemności. Wiesz – ścisza głos – Poprzednie małżeństwo Bogdana rozpadło się, gdyż oparte było wyłącznie na wykonywaniu codziennych czynności niezbędnych do egzystencji. On chciał tworzyć, a jego żona chciała celebrować dom. - Nie lubię jak ktoś obgaduje poprzednią żonę. Mężczyzna najpierw robi kobiecie dziecko, a później uważa, że jest nudna z tą jej koncentracją na rodzinie i pracach domowych. On sam czuje się wtłoczony w zabijającą go rutynę. Mężczyzna może uciec, lecz co ma zrobić kobieta? Jeśli zostawi męża i dziecko aby tworzyć będzie uznana za wyrodną matkę i sukę. Jeśli zrobi to mężczyzna uznany zostanie za artystę, którego żona tłamsiła nie rozumiejąc jego potrzeby tworzenia – wyjaśniam to Ance. - Nie myślałam w ten sposób, ale jest w tym pewna logika i konsekwencja – przytakuje – Czasem mam wrażenie, że Bogdan traktuje moją twórczość jako formę spędzania przeze mnie czasu wolnego, a swoją jako zawód. A przecież oboje żyjemy z malarstwa. W przyszłym miesiącu robię wystawę. To już druga, przyjdziesz? – zaprasza – To wystawa pejzażu zimowego, akwarela. Miałam pomysł na inną, lecz inna by się nie sprzedała. I tak środowisko artystyczne uważa, że swą pozycję zawdzięczam Bogdanowi. Nigdy nie prosiłam go aby cokolwiek mi załatwił. Ale mamy to samo nazwisko. Może ono coś faktycznie ułatwia... - I znów mi uciekłyście! – wyrasta spod ziemi mój Eks. Nie tyle nawet nie proszony co nie chciany. Sentyment lub poczucie przyzwoitości (zawsze to Eks...) nie pozwala mi powiedzieć, aby się odczepił i wyniósł z naszego kawałka przestrzeni. W duchu liczę na to, że uczyni to Anka. Jest jednak zbyt pochłonięta przemyśleniami, zbyt pijana, albo uznaje to za moją prywatną sprawę (to przecież MÓJ Eks...). W każdym bądź razie podobnie jak i niestety zresztą ja, pozwala zakłócać nasz spokój. Zachowanie z gruntu niefeministyczne! Co mam zrobić waszym zdaniem siostry feministki? Tupnąć nogą i powiedzieć mu: Chcemy porozmawiać na osobności, zostaw nas w spokoju; czy bardziej radykalnie: Spadaj facet i zajmij się sobą; może nawet: Pilnuj swego nosa? Zapewne tak bym postapiła, gdyby był to ktoś obcy, lecz to jednak Eks... Durny sentymentalizm! Mój sentymentalizm i jej obojętność pozwala mu mówić: - Chodźcie zaraz rozpocznie się część z dedykacjami i dalsza część dyskoteki, no i wniosą pieczone prosię. - Pieczone prosię – ożywia się Anka – To idziemy. Jednak na to aby pójść samodzielnie wypiła zbyt dużo. Fascynujące połączenie niezachwianych procesów myślowych ze stanem upojenia. Pozwala prowadzić się memu Eks niczym grzeczna dziewczynka. Perspektywa spożycia kawałka pieczonego prosiaka wydaje się jej pociągająca. Mnie również. Idziemy na salę. Anka opiera się na ramieniu Eks, ja trzymam ją z drugiej strony pod ramię. A w samym środku idzie z nami on: Eks. Sprawia wrażenie zadowolonego ze swej uprzywilejowanej pozycji lub mającego nadzieję na coś więcej (może już zobojętniał na to kiedy, gdzie i z kim). Ciągniemy się noga za nogą by zająć gdzieś miejsca, gdy niczym grzyby po deszczu wyrastają nowo przybyłe osoby, torujące nam drogę do stolika. Witają się kolejno z Anką, ze mną, i z Eks lub ze mną, z Anką i z Eks. Pamiętają aby mężczyznę powitać ostatniego. Nie pamiętają często, że kobiecie również wypadałoby podać dłoń zamiast ją obśliniać. Zestaw I. Witają nas uprzejmie. Kogo my tu mamy? Stefan – postać niegdyś szara i nijaka, nie wyróżniająca się z tłumu; dziś zapewne pracownik umysłowy lub intelektualista. Przyznaję, wywiera na mnie wrażenie... Może nie piorunujące, lecz jednak. Ciemne włosy (skąd u mnie ta słabość do czarnowłosych mężczyzn, skoro zarówno Nim Jeden i Nim Dwa to szatyni?), wąska twarz znamienna intelektualiście, mocno zarysowane kości policzkowe, ciemnobrązowe oczy. Brakuje okularów, które sugerowałyby, że dużo czyta lub sam pisze (idiotyczny tok rozumowania – sama ich nie noszę). Ma ciepły uśmiech. W szkole jakoś nie zwróciłam na niego uwagi. Był zbyt zamknięty w sobie i nieśmiały w porównaniu z przyciągającym uwagę swymi zachowaniami (żenującymi zresztą z perspektywy) Eks lub gwiazdorskim Hipisem udającym Hendrixa. Dziś chętnie naprawiłabym ten błąd. Patrzę na jego rękę. Czy ma obrączkę? Ma! I co z tego? Czy potrzebny mi trzeci partner, skoro nawet dla Jedynego nie mam czasu? Jako drugi podchodzi Tomasz. Niegdyś nieuk i kombinator, teraz opalony mięśniak, ze złotym łańcuchem na szyi i charakterystyczną sterydową budową. Nie, lepiej nie wchodzić w żadne bliższe kontakty! I wreszcie Mariolka. Nie mogę jej sobie przypomnieć. Była taka przeciętna. Przeciętne oceny, przeciętne zachowanie, nijaki wygląd, nie znane mi zainteresowania, długie jasne warkocze, przysadzista budowa ciała, rodzina – przeciętni pracownicy umysłowi. Zmieniła się. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Zamiast dawnej nieśmiałej Mariolki spogląda na mnie pewna siebie blondynka. Blondynka z wyrazistym makijażem, ubrana w krótką sukienkę w kolorze burgunda, o nogach przyciągających spojrzenia większości mężczyzn siedzących na sali. Przynajmniej zewnętrznie zwalczyła przeciętność. Zestaw I odchodzi. Zastępuje go kolejny, dwudaniowy. Panie i Panowie! Podano do stołu – Marek i Kinga. O! Jeszcze najwyraźniej są razem! Ile to już lat? Czternaście! Prawie się nie zmienili. Kinga jak to Kinga ciemnowłosa, smukła dziewczyna o ciemnej karnacji i zielonych oczach. Marek jak to Marek – jasnowłosy, o zielonych oczach. Ken i Barbie. Barbie i Ken. Idealne dopełnienie. Ciekawe kim są dziś? Nie rozmawiamy. Naszym chwilowo realizowanym celem stać się ma przecież doprowadzenie Anki w jakieś spokojne, w miarę bezpieczne miejsce, najlepiej znajdujące się w pobliżu pieczonego prosiaka. - Oto atrakcja wieczoru na spotkaniu absolwentów! Panie i Panowie! Uczniowie i uczennice! – dobiega głos Przemka, jednego z organizatorów balu, niegdyś klasowego błazna (dziś sama nie wiem kogo) – Oto kelnerzy wniosą gwiazdę wieczoru, pieczone prosię, i nie jest to żaden z naszych nie lubianych nauczycieli. - Ale dupek, co? – szepcze mi do ucha Mariusz, który znalazł się tuż przy Ance. - Nie mniejszy niż ty sam! – szepcze mi Anka na ucho i dodaje – Jak trochę mi przejdzie, spadamy. Zgadzam się z nią. Mam nadzieję, że w tym „trochę” stanowiącym tu zapewne kryterium czasowe, zdołam pogadać ze Stefanem. Nie wiem tylko po co. Jednak Mariusz przydaje się do pokrojenia i nałożenia kawałka prosiaka, który znika w przyspieszonym tempie z naszych talerzy, trafiając powoli do żołądka. Dobre! Ciekawe, kiedy wreszcie przestanę się rzucać na jedzenie, dobijając do swej wagi sprzed choroby Miau? Po kilkunastu minutach faktycznie rozpoczyna się koncert dedykacji prowadzony przez Przemka. Dawni znajomi, przyjaciele, a może i kochankowie piszą do siebie wzajemnie głupowate wierszyki w stylu: „Od Szproteczki – dawnej przyjaciółeczki dla kochanego Irusia Marcepanusia” lub „Dla najładniejszej dziewczyny z II a od dawnego cichego adoratora”.
Co ja tutaj robię? Nudzę się coraz bardziej. Może nie mam nastroju, może nie umiem już się bawić bo stałam zbyt ponura. Wszystko wydaje się jakieś infantylne, pozbawione sensu, hałaśliwe. Wolałabym w spokoju porozmawiać z ludźmi, którzy zdają się interesujący, a znajomość z nimi godna odnowienia. Gwar jest jednak tak duży, że ciężko usłyszeć własne myśli. Jedna ze znajomych mi szkolnych par przytula się do siebie, inne próbują rozmawiać, kilka nieźle podciętych osób popija stojącą na stole wódkę, zagryzając prosiakiem. Kiedy prowadzący ogłasza białe tango podchodzę do Stefana, by poprosić go do tańca. Wydaje się tym nieco zdziwiony, co stara się ukryć. Zdradza go nerwowe marszczenie brwi. - No dobrze, zaskoczyłaś mnie – wyjaśnia wreszcie. - Dlaczego? - Sam chciałem to zrobić, ale siedziałyście na dworze z Anką i Mariuszem. - Mariusza tam nie było – prostuję. - A jak miał na imię ten twój? - Eks? - Tak. - Właśnie Eks. - Yhm... Zastanawiam się czym zajmuje się Stefan, kiedy on odzywa się pierwszy. - Co robisz? Tak ogólnie, w życiu, nie teraz? - Uczę i pracuję naukowo. Trochę piszę, trochę maluję – wyjaśniam. - To podobnie jak i ja. Tyle że ja głównie pracuję naukowo. Trochę uczę, nie piszę i nie maluję –opowiada. - Jaki kierunek skończyłeś? - Weterynarię. Weterynarz, znajomy weterynarz... Dlaczego nie spotkałam go wcześniej, gdy jeszcze żył Miau? Co on mógłby zrobić więcej? Przecież nie jest cudotwórcą lecz weterynarzem. Staram się zapomnieć o Miau... I nie wychodzi mi to, tym bardziej, im bardziej się staram. - Jakim gatunkiem zwierząt się zajmujesz? I słyszę to, czego się obawiałam. - Kotami i psami. Piszę doktorat o nowotworach u kotów. - Kilka dni temu umarł mój kot, porozmawiajmy o czymś innym. Robię się smutna mówiąc o kotach. Rozmawiamy o jego rodzinie. Jakby rodzina i praca były jedynymi tematami, na które wypada rozmawiać po latach. Tematu zastępczego numer dwa, którym jest sukces finansowy poruszać nie wypada. Oboje pracujemy w oświacie. Ma żonę. Ona również pisze doktorat tyle, że na temat psiej nosówki. Ma też trzyletnią córkę, którą zajmuje się głównie teściowa. Oni niestety mają mało czasu. Prowadzą gabinet weterynaryjny na pobliskim osiedlu, nastawiony głównie na szczepienia psów i kotów. - Praca od świtu do nocy – wyjaśnia – A do tego wszystkiego dochodzą studenci – tłumaczy. Kiedy nadchodzi moja kolej nie opowiadam o rodzinie. Nie mówię ani o Miłym, ani o Nim Dwa, ani o Miau. Mówię o mojej powieści i obrazach, których nie mam czasu skończyć. Mówię i mówię, gdy Stefan dla żartu, który postanawiam potraktować serio prosi: - Ujmij tam mnie, nigdy jeszcze nie byłem bohaterem powieści. Byłbym sławny a może nawet nieśmiertelny... Potakująco kiwam głową. Zabieram jego wizytówkę, na wypadek gdybym miała kolejnego kota bądź psa, albo na wypadek gdybym znalazła czas by pogadać przy kawie. Wracam do stolika nieco zmęczona tańcem. Chowam wizytówkę do przewieszonej przez ramię torebki i sięgam po stojące na stole wino. - No, bo teraz będziemy prowadzić ciebie – śmieje się Eks. - Może i dobrze by mi zrobiło, gdybym się upiła. Przysiadają się Marek i Kinga. Marek jest informatykiem, tworzy oprogramowanie komputerowe; za to Kinga prowadzi biuro matrymonialne o malowniczej nazwie Dwa Serca. Dowiaduję się przy okazji, że są współsponsorami imprezy. - Może którąś z Was z kimś zapoznać? – reklamuje swą działalność Kinga. Ja kiwam przecząco głową, Mariusz i Eks dopytują się o oferty przyjaźni erotycznej, przy okazji chwaląc podbojami seksualnymi przed wyraźnie zniesmaczoną Anką. Anka bierze wizytówkę Biura na wypadek „gdyby z mężem ułożyło się coś nie tak”. Mariusz i Kinga mają dziesięcioletniego syna, który chodzi do szkoły muzycznej i uczy się grać na klarnecie. Mają też dom i dwa samochody. Mieć. Mieć. Mieć. Kto ma co. Kto co ma. To wszystko czego można się dowiedzieć na klasowym spotkaniu. Podchodzi Agnieszka. Daje mi swój numer telefonu (gdybym zetknęła się z placówką zajmującą się problemami kobiet). Spogląda smutno na Marka i Kingę. Kiedyś gdy była jeszcze z Przemkiem przyjaźnili się z nimi. Teraz Agnieszka i Przemek zajęci walką o opiekę nad dziećmi nie utrzymują już kontaktów z nikim. Podobnie jak zajęcia własnym biznesem Marek i Kinga. Dziękuję za numer telefonu. Chowam go tuż obok wizytówki Stefana weterynarza i namolnie wciskanej przez Kingę wizytówki biura matrymonialnego. Agnieszka nie chce rozmawiać. Boi się, że znajomi z dawnych lat zaczną namolnie pytać o przyczynę jej podkrążonych oczu. Ci jednak udają, że ich nie widzą. Ja również. I jestem w tym tak samo żałosna, jak żałośni bywają sąsiedzi maltretowanych kobiet, którzy informują: Ja nic nie widziałem, panie władzo, to była taka spokojna rodzina... Czy gdyby nie powiedziała mi o przyczynie swych podkrążonych oczu, usiłowałabym jej dociec, zajęta sobą, przemyśleniami, swym przeintelektualizowaniem... Szczerze mówiąc, wątpię. Przy Agnieszce kręci się Krzyś nauczyciel. Czyżby wykonywany zawód czynił go wrażliwym na cudze cierpienie? Czy teoria od praktyki różni się tym, że ja to cierpienie mogłabym jedynie zdefiniować, ustalić kryteria, zbadać i opisać, zaproponować wnioski prognostyczne, uciekając od odpowiedzialności za wyniki ich realizacji? Łatwiej jest proponować definicje bezdomności, niż pomagać bezdomnym. Mieszkającym na śmietnikach, stygmatyzowanym – nie tyle własnym zapachem, co nietolerancją wobec tego, co nie jest normalnością lub jest nie-normalnością. Krzyś pyta Agnieszkę jak może jej pomóc. Wreszcie ktoś zadaje to pytanie i do tego tym kimś jest mężczyzna... Nie ma co! Belfer to jednak swój człowiek! Anka czuje się lepiej i namawia mnie do wyjścia. Zaczyna się nudzić. Tęskni za Zygmusiem i Bogdanem, który pewnie pochłonięty pasją twórczą zapomniał wypuścić Zygmusia na wieczorne siku. Ja również mam dosyć. Tej całej batalii ludzkich spojrzeń, grzecznościowych rozmów, hałaśliwej muzyki. Nie mam ochoty wracać do domu. Dom bez Miau jest pusty i smutny, zmienię w nim wszystko co kojarzy mi się z Miau...
Wychodzimy bez pożegnania by nie przepychać się przez tańczący i wsiadamy do zamówionych wcześniej taksówek. Anka chce jechać do domu i wyprowadzić na spacer Zygmusia. Ja jadę do Nim Dwa. Upewniam się telefonicznie, czy jest w swojej kawalerce. - Jestem, przyjedź. Tylko za moment, obudziłaś mnie – słyszę narzekanie zamiast radości. Czego się właściwie spodziewam? Też mi niespodzianka! Zwalić się do kogoś nie widzianego od ponad dwóch miesięcy o drugiej nad ranem. Do tego w stanie niezbyt nadającym się do użycia, zwłaszcza z perspektywy erotycznej. Nim Dwa cieszy się jednak na mój widok. Świadczy o tym uśmiech na jego twarzy i iskierki pojawiające się w kącikach oczu. Wysyłam SMS-a Miłemu, że jestem cała, zdrowa i bezpieczna a przy tym zostanę dzisiejszej nocy z Nim Dwa. - Wiadomość doręczona pod numer... – informuje mnie raport doręczenia. Miły nie spał? Może czekał? Może nie chciał być sam? Może przeżywa śmierć Miau? Myję się i kładę spać. Nim Dwa grzecznie ustępuje mi swego łóżka, sam lokuje się na dmuchanym materacu. Jak się okazuje nieco później, staje się to końcem jednej relacji, i początkiem innej. Zapowiedzią udanej przyjaźni. Rano rozmawiamy. Opowiadam co robiłam przez okres, w którym się nie widzieliśmy. On opowiada mi także. Mówi o nowym projekcie, książce, którą czyta, namolnym kliencie. Nie porusza tematu kobiet. Czyżby w jego życiu pojawiła się kobieta? Czy jest teraz tak skupiony na swych przemyśleniach, że nie potrzebuje kobiecego ciepła, ani uczuć czy seksu? Nie pytam. Jem śniadanie, popijam kawę i czekam, aż wyjaśni mi to sam. On nie próbuję tego wyjaśniać. Z czego ma się tłumaczyć? Z tego, że nie próbuje pójść ze mną do łóżka, tylko traktuje mnie jak przyjaciółkę? Może nie jak przyjaciółkę, tylko jak córkę, którą zawsze chciał mieć? Czuję jednak, że ta noc i ten początek dnia rozpoczął pomiędzy nami coś nowego, nieuchronnego. Koniec i początek zarazem. Moja decyzja czy chcę tego końca i początku nie ma tu najmniejszego znaczenia. Decyzję podjął najwyraźniej za nas dwoje. Pozostaje mi zatem zaakceptować ją lub wycofać się. Opuścić jego dom, zamknąć za sobą drzwi i nie wracać nigdy więcej. Akceptuję. Nie chcę niszczyć tej pozaseksualnej więzi, która nas łączy. Akceptuję nawet z pewnym zadowoleniem z tego, że uwolnię się wreszcie od swej emocjonalnej schizofrenii koncentrując na przeżywaniu miłości z Jedynym i pełna nadziei, Jedyny i Nim Dwa zaprzyjaźnią się ze sobą. Nim Dwa jako przyjaciel nie-kochanek? Jednak pragnę go i kocham. Rezygnacja ze wspólnej bliskości sprawia mi trudność. Mam ochotę przytulać się do niego, obejmować, całować, pieścić... Czuć na sobie jego ciężar, rozchylać się i pulsować dla niego, pod nim... Czy potrzeba ta ustąpi w miarę jej niezaspokajania? Czy zdolni jesteśmy przezwyciężyć pożądanie, by duchowo wsłuchać się w siebie? Sprawdzić, co łączy nas naprawdę? Rozmawiać słowami powstałymi z myśli intelektualnych, nie zakłóconych myślami o seksie? Nie wytrzymuję i pytam wreszcie: - Dlaczego tak? Obejmuje mnie ramieniem i wyjaśnia: - Na razie chcę być sam, zupełnie sam. Aby być z kimś muszę dojść do tego czego chcę i kim jestem. Chciałbym jednak aby relacja pomiędzy nami się utrzymała, tyle że w nieco zmienionej formie. Zmienionej być może na razie, może już na zawsze... Mnie też na początku będzie trudno. - Jest ktoś inny? – pytam jak klasyczna samica, postrzegająca świat przez prymitywizm relacji damsko-męskich i głupio jest mi z tym, że o to pytam. Nie zniosłabym rywalizacji o mężczyznę. - Nie, jeśli miałby być ktoś na stałe, z pewnością byłabyś to ty – uspokaja mnie i przeraża swymi słowami (Ciekawe połączenie, nie ma co!) – Ja szukam siebie. Siebie. A nie architekta, męża, ojca, kochanka – mówi spokojnie, powoli, rzeczowo. Słowa odrywają się od siebie niczym dojrzałe jabłka. Spadają z drzewa na ziemię po zbyt silnym huraganie życia... Przyglądam mu się ukradkiem, jak przyglądałam się wtedy w kinie, gdy jeszcze się nie znaliśmy. Podnoszę wzrok na jego twarz, gdy on koncentruje swe spojrzenie na projekcie o którym mówi. Zmarszczki wydają się mniej widoczne. Skóra twarzy napięta jak u dwudziestokilkulatka. Oczy nabierają blasku, a kąciki ust unoszą ku górze. Młodnieje. Pięknieje. Najwyraźniej znajduje to, czego szuka. Przemienia się w ptaka. Unosi skrzydła ku górze by poderwać do lotu nad jasnobłękitnym stawem. Szybuje jednak samotnie, upajając się samotnością. Przez moment obserwuję go z komina domu. Nie podlatuję jednak onieśmielona pięknem i lekkością jego lotu. Podziwiam tkwiącą w nim wolność. Zostawiam na drzewie piórko ze swego ogona, licząc na to, że nie powoli mu ono zapomnieć o mnie w tym samotnym locie. Może łudzę się nadzieją, że moja obecność pomogła mu w metamorfozie w samego siebie? Czy tego szukaliśmy i szukamy w sobie wzajemnie? Patrzę przez chwilę na lot. Odfruwam do własnego gniazda ulokowanego na drugim końcu betonowej dżungli. Światło wschodzącego dnia rozprasza mój wzrok. - Siedemnaście złoty proszę – uświadamia, że już czas wysiąść z taksówki. Czy zrobię prawo jazdy zanim uduszę któregoś z namolnych taksówkarzy komentujących wydarzenia społeczno-kulturalne? Pojawia się i ojciec-tylko po co? Miły podsuwa mi myśl, że związkiem z Nim Dwa kompensuję sobie zerwaną a może raczej nie istniejącą relację z ojcem. Dochodzi do tego doszukując się analogii w mych snach o starej kobiecie rozmawiającej ze mną o swym życiu. Kobieta jego zdaniem symbolizuję pragnienie odnowienia więzi z matką. Ufając jego psychoterapeutycznemu wykształceniu przyjmuję argument. Interpretacja tego typu wskazuje na inspirację Freudem. W teorię Freuda jakoś nie wierzę odkąd cieszę się, że mam pochwę a nie penisa, i odkąd z pochwy tej potrafię zrobić właściwy użytek. Nie wnikając w to, czy doświadczam w przeważającej mierze orgazmu łechtaczkowego, waginalnego, czy analnego. Rozkosz jest rozkoszą i dobrze wpływa na mą psychikę, włosy i cerę! Zresztą przyjmując argumenty Freuda musiałabym cofnąć się do fazy edypalnej i dojść do tego czy nie stłumiono we mnie pożądania do ojca, bądź też czy ojciec swym zachowaniem nie wypaczył mego ego. Freudowi nie ufam. Na jego teorie zbyt duży wpływ wywarły własne problemy seksualne. Z niejaką fascynacją śledzę poglądy Karen Horney i Nancy Chodrow, choć pierwsza postrzega dla odmiany wszystko zbyt neurotycznie, a z teorią drugiej można by również polemizować. Wydaje się trafna, lecz nie wiadomo czy logiki jej argumentów nie przyćmiło dążenie do obalenia psychoanalizy w wydaniu Zygmusia... Ostatnio próbuję świadomie doświadczać swego życia i poszukiwać własnej tożsamości. Staram się rozumieć i przeżywać wszystkie wydarzenia mające miejsce w mym życiu, określić kim jestem, czego chcę dalej, co zamierzam swym istnieniem wnieść w świat (poza górą odpadków i śmieci, na pozostawienie której skazuje mnie moja człowiekowatość). Szukając swej tożsamości dbam też o to aby moja człowiekowatość nie przekształciła się w człowieczkowatość – coś śmiesznego, żałosnego z natury, nie wnoszącego nic ani nikogo we wszechświat. Mój ojciec. Ojciec? Co on ma do Nim Dwa? Pomiędzy mną a Nim Dwa nie ma aż takiej różnicy wieku jak między mną a mym ojcem. Stabilizacja, odpowiedzialność, rutyniarskość Nim Dwa zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Dają coś co faktycznie dziecko spodziewa się znaleźć u ojca. Czy nie są to cechy, których kobieta szuka u mężczyzny niezależnie od jego wieku? Cechy, których brakuje mi u Miłego i u siebie samej? Ojciec? Był a jakby go nie było. Fizyczne istnienie i brak rozwodu rodziców nie pozwalają mi wpisać w rubrykę zatytułowaną ojciec prostszego określenia jego roli w moim życiu – ojciec nieobecny. Nieobecny nie z powodu złych intencji. Raczej prób ucieczki od tego, co nie pasowało mu zupełnie: dziecięcej hałaśliwości, domowych obowiązków, rutyny codziennego życia, ucieczki w pracę, w zarabianie pieniędzy, w opiekę nad chorą matką. Być może robił to samo, co robiłabym ja będąc na jego miejscu, gdybym popadła w przesadną rodzinność i rutyniarskość z niszczącym mnie emocjonalnie partnerem? Ojciec: byt w niebycie. Człowiek porządny, pracowity, inaczej dookreślić go nie potrafię. Urodził się w zamożnej, wykształconej rodzinie z tradycjami mieszczańskimi. Jego wychowana w dworku szlacheckim matka skończyła pensję dla dobrze urodzonych panien. Uczyła się na niej szycia, gotowania i zarządzania służbą. Wiedza ta okazała się nader przydatna, służby nie zabrakło jej przez prawie całe dalsze życie. Rozporządzała nie tylko majątkiem lecz i kucharką, ogrodnikiem, praczką i dwoma guwernantkami w podpoznańskim majątku. Czwórką własnych dzieci zajmowała się w niedzielne popołudnia, widując je też czasem podczas cotygodniowych obiadów. Jej dzień wypełniało nadzorowanie pracy służby i czytanie klasyki literackiej. Sporo podróżowała wraz z mężem, znanym w środowisku medycznym doktorem leczącym gruźlicę. Jak przystało na osobę należycie dbającą o siebie dziś, w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat ma się dobrze, czasem nawet lepiej niż ja... Dziadka słabo pamiętam. Zmarł na wylew w miejscowym szpitalu gdy rozpoczęłam szkołę podstawową. Poświęcił całe życie na udoskonalanie pracy nad leczeniem gruźlicy, miał doktorat z medycyny, i przeogromną, zajmującą cały salon bibliotekę, której szalenie mu zazdrościłam. Cieszył się tak wielkim szacunkiem polskiego środowiska medycznego, że do dzisiaj każdy bardziej zaawansowany wiekiem lekarz, do którego zgłoszę się z jakąkolwiek dolegliwością, odczytując pierwszy człon mojego nazwiska pyta mnie o powiązania z tym doktorem, który założył sanatorium dla gruźlików. (Tak panie i panowie, to ja! Tylko dlaczego nikt z was nie pyta, czy to ja jestem autorką tych książek?) Z tej całkiem niezłej genetycznie mieszanki zrodził się, jako drugie w kolejności z czworga dzieci mój tatuś. Pomimo wojny wychowany był w atmosferze mieszczańsko-szlacheckiego dobrobytu, w przeważającej mierze przez guwernantki. Chłopak rosły i krnąbrny. W dzieciństwie należał do grona miejscowych chuliganów, choć drzewo genealogiczne predysponowało go raczej do zostania bawidamkiem podstarzałych szlachcianek, przedstawiających mu swe wyfiokowane córki. Nauka przychodziła mu bez trudu, jednak nie interesowała mego ojca zupełnie. Wolał miejscowe dziewczyny z prostych domów i psoty utrudniające życie ich ojcom. Może chciał uniknąć wychowywania własnych dzieci przez guwernantki lub kierowały nim motywy bardziej przyziemne, nie lubił nabłyszczanych koafiur prezentowanych mu kolejno córek koleżanek babki? W każdym bądź razie z przyczyn nie znanych nikomu do dziś zadurzył się w mej matce – ubogiej córce samotnej matki. Popełnił tym samym wielkie faux-pas w sferach towarzyskich. Trudno dziś pojąc, co było przyczyną tak nagłego zauroczenia mego ojca. Z całokształtu jego zachowań można sądzić, że głównym motywem tej miłości był brak akceptacji kandydatki na żonę przez rodziców. Szczęśliwym trafem i przy pomocy znajomości dziadka ojcu udało się ukończyć studia wyższe i zdobyć tytuł magistra inżyniera „od maszyn rolniczych”. Czemu wybrał maszyny rolnicze? To również pozostaje niejasne. Z maszynami rolniczymi miał on bowiem tyle wspólnego, ile wspólnego ma żaba z mrówką. Widział je i już! Magister inżynier ćwiczył się w miłosnych podbojach do znudzonego serca mej matki-modelki. Prawdopodobnie urzekła go uroda lub stado mężczyzn składających hołdy zachęcało ojca do samczej rywalizacji. Dość, że konkurencja została pokonana a para stanęła na ślubnym kobiercu, by po opuszczeniu go przekonać się, że nie łączy jej nic poza wzajemną niechęcią, mieszkaniem, samochodem i wspólnym potomstwem, któremu stworzyć pragnie szczęśliwą rodzinę... Nie przypominam sobie kłótni pomiędzy nim a matką. O kłótni można mówić gdy istnieją emocje. Pomiędzy nimi nie było emocji, było znudzenie, marazm, i niechęć. - Gdybym nie wyszła za ciebie byłabym bogata – wielokrotnie mawiała moja matka. - Nie trzeba było wychodzić – odpowiadał On-ojciec. - To po coś się przyczepił? – i znów Ona. - Sam się teraz zastanawiam – On-ojciec. Bezemocjonalne rozmowy pozornie przypominające kłótnie, rozpoczynały się i urywały co dnia. Nie dawały nadziei ani na zmianę, ani na rozwód. Życie jak życie. Ona odbiera dzieci z przedszkola i zajmuje się domem. On zarabia. Ktoś przygotowuje święta, przychodzą znajomi. Bez kłótni, wrzasków i bijatyk. Bezemocjonalna rodzina niepatologiczna. Nie było pomiędzy nimi rytuałów stanowiących fundament związku, brakowało rozmów nie związanych ze wspólnym mieszkaniem, nie mieli wspólnych zainteresowań. Mieli zbyt mało by szczęśliwie współistnieć i zbyt dużo by spokojnie się rozwieść. Ojciec kochał matkę przez chwilę. Matka nie kochała ojca nigdy, chciała jednak wyjść za mąż za kogoś dobrze urodzonego i w miarę przyzwoicie sytuowanego. Ustawić się przy mężczyźnie. Rodzina ojca nie zaakceptowała jej nigdy, postrzegając jako prostaczkę czyhającą na jej majątek, roztrwoniony zresztą w znacznej mierze poprzez tryb życia. Ona zgorzknienie za tą niekceptację przelała na męża. W miarę normalna polska rodzina dysfunkcjonalna.
Jedliśmy o różnych porach, nawet gdy wszyscy wspólnie przebywali w domu. Każdy robił to co chciał, nikt nie zwracał zbytniej uwagi na pozostałych. My z siostrą budowałyśmy świat dzieci, o którym dorośli nie mieli pojęcia. Oni dorośli – ojciec i matka udawali, że tworzą rodzinę. Starali się aby do naszego świata, świata dzieci, nie przeniknęło coś, co wskazywać mogłoby na inność życia naszej rodziny od sytuacji rodzin pozostałych. Rodzin naszych rówieśników. Łączyła ich jednak niedzielna kawa wypijana rano, parzona bez filtra, pełna czarnych fusów, przypominających muł ich życia. Rozmowy przy kawie były rutynowe. Jednak zawsze były to rozmowy... Nadzieja na współbycie lub rozwód... - Zaparzę Ci kawę – zaczynał On-ojciec. - No to zrób – zgadzała się wreszcie na coś matka. - Nie odłożymy na nowy samochód – informował On-ojciec. - Co z ciebie za mężczyzna? Na dom nie potrafisz zarobić, gdybym wyszła za... – imię wymieniane przez matkę zmieniało się co tydzień. - Nikt ci nie kazał za mnie wychodzić – odpowiadał. Wszystko wracało do normy. W filiżankach ubywało kawy podobnie jak w nich ubywało emocji. Ojciec i matka.
On-ojciec. Miał hobby i zainteresowania, którym poświęcał każdą wolną chwilę. Rzeźbił w drewnie, fotografował, sklejał modele samochodów, żeglował, czytał. Uciekał w ten sposób przed bezemocjonalnością i marazmem. Wydawał mi się wówczas mądrzejszy niż matka. Nie dostrzegałam, że przyziemność jej życia wynika z izolowania się jego od życia domowego. Pomimo niechęci do ojca, wypływającej po części z ogólnej niechęci do mężczyzn, matka ustawiała go w roli autorytetu. Ojciec był tym do którego należało pójść po poradę, po wiedzę, po mądrość. Matka zdawała się wiedzy nie mieć. Spytajcie ojca – odpowiadała nam dzieciom na każde zadawane pytanie. Pytałyśmy go zatem, pytałyśmy o wszystko: wszechświat, niebo, ziemię, chmury, ogień, drzewa. Jeśli był w domu odpowiadał – niezależnie od tego czy znał odpowiedź, czy wymyślał odpowiedź nieprawdziwą. Ojciec kojarzył mi się z tym, który wie i rozwija się. Matka z tą, która gotuje, sprząta i krzyczy. Typowa rodzina patriarchalna. Gdyby gotował i sprzątał on, wiedzę posiedliby po połowie? Łączyło ich niewiele. Pozostał jednak z matką – budując z inną kobietą nieformalne domostwo i płodząc nieślubną córkę, nazywającą go wujkiem. On-wujek dołożył należytych starań aby uratować resztę ze swego zmarnowanego życia. A może było mu wygodnie w tym specyficznym trójkącie lub poczucie przyzwoitości nie pozwalało opuścić żony i dzieci, które w przypadkowości i pośpiechu sprowadził na świat? Była to większa część jego wkładu w nasze istnienie, przynajmniej nie licząc roli żywiciela. Do dziś zastanawiam się co czuje Ona-kobieta, o której niechętnie mówi ma matka i córka, o istnieniu której nawet matka nie wie. Dziewczynka wychowywana bez tej namiastki ojca, jaką miałyśmy my z siostrą. Dziewczynka wychowana bez substytutu mężczyzny. Podobno nazywa się Ewelina. Jest szczęśliwą, samotną (z wyboru?) matką, dwuletniej dziewczynki. Pokolenie kobiet bez mężczyzn. Nie przeceniam roli mego ojca w zaistnieniu tego pokolenia, sądzę że jest ona niewielka.
Ojciec żywiciel. Dorastałam w przekonaniu, że pieniądze to rzecz zdobywana przez mężczyzn, mimo że matka pracowała zawodowo, a jej udział w budżecie domowym równy był udziałowi ojca. W przekonaniu tym utwierdzali mnie krewni, kuzyni i babcie. Zarobkowanie ojca uznawali za rzecz naturalną, zarobkowanie matki za rzecz wstydliwą – wskazującą raczej na ojcowską nieudolność niż macierzyńską zaradność. - To dlatego, że twoja matka pracuje – tłumaczyła każde niedociągnięcie w przestrzeni domowej matka ojca, a moja babcia. - Muszę pracować, mąż nie jest w stanie nas utrzymać – kłóciła się z nią matka. Wytykając ojcu tym samym, niejako przy okazji jego nieudolność. Kończyła monologiem jak by miała gdyby wyszła za... O pieniądzach zarabianych przez ojca dużo się mówiło. Dochody matki? Jakieś tam były, stanowiły temat tabu. Matka była jedyna pracującą kobietą w rodzinie mego ojca. Przypuszczam, że jej pracę traktował jako najwyższe źródło swej życiowej porażki, przyzwyczajony raczej do kobiet zarządzających majątkiem niż kobiet prowadzących dom. Wypłatę ojca inkasowała moja matka, jego zaś żona. Szybko, zaraz po wypłacie. Rozbiła to pewnie po to aby pieniądze nie dostały się Jej-kobiecie, której istnienie stanowiło temat tabu, i o istnieniu której my – dzieci wiedziałyśmy doskonale. Czy ta kobieta otrzymywała minimalne choć wsparcie? Jak radziła sobie sama z córkę? Czy faktycznie samotne macierzyństwo było jej wyborem? Nie wiem. Mam gdzieś siostrę lecz nie wolno mi o tym wiedzieć. Szkoda! Matka była strażniczką domowego budżetu. Miała pieniądze, wydzielała jedzenie, dawała zabawki, miała władzę. Jeśli czegoś brakowało nam lub jej, winą obarczała ojca fajtłapę. Matriarchat domowy w patriarchacie.
Ojciec nieobecny duchem. Trudno powiedzieć, czy brakowało mi go w dzieciństwie. Fizycznie zdawał się początkowo być. Przystojny, czarnowłosy mężczyzna w dżinsowych spodniach i ciemnobrązowej skórzanej marynarce o marzycielskim spojrzeniu. Czasem szedł obok mnie zapatrzony w dal, póki nie dręczyłam go przesadnie pytaniami. - Tata, skąd się biorą chmury? - Z pary wodnej – mówił patrząc w dal. - A para wodna? Brak reakcji, niebyt w bycie. - A para wodna skąd się bierze? – krzyczę głośno. Był, należał mi się, ten spacer, ta godzina. - Z wody - A woda? Woda? Jak powstaje woda? Mama mówiła, że wiesz kto produkuje wodę. Nie odpowiedział, nie słyszał, czy nie umiał? Nie zdecydował się być ze mną, choć pozornie był. Może myślał o niej o kobiecie? O swej córce? O przestrzeni. Szłam zniechęcona do dalszych pytań. Nie ma co mówić, jeśli nikt nie słucha. Uczyłam się wsłuchiwać w siebie. Patrzyłam tam gdzie on. Patrzyłam w dal. Może gdybym zobaczyła to samo w tym samym momencie, zrozumiałabym jego a on mnie? Postanowiłam, że kiedyś będę mądra. Znacznie mądrzejsza niż on. I sama znajdę odpowiedź na każde pytanie. Będę też niezależna aby nigdy nie obwiniać nikogo za brak pieniędzy. Ojciec. Niebyt w bycie.
Raz wyszedł ku nam i światu. Pokłócili się z matką i ta zdecydowała się wyjechać w delegację, chcąc odpocząć, udowodnić jemu, że nie da sobie rady z nami-dziećmi, dokształcić się albo z wszystkich tych powodów na raz. Początkowo nie wyobrażałam sobie pozostania z nim w domu. To matka odprowadzała nas do przedszkola i szkoły, robiła jedzenie, sprzątała. Czułam, że nie potrafię poradzić sobie sama i z niepokojem czekałam na jej wyjazd. Nie stało się nic. O dziwo, atmosfera w domu bardzo się poprawiła (podobna panowała gdy nie było jego). Ojciec przygotowywał nam kanapki, budził nas, odprowadzał do szkoły, zabierał na spacery, odrabiał lekcje, robił obiady i oglądał telewizję. Po raz pierwszy czułam, że naprawdę jest z nami. Powrót matki przywrócił nas do rzeczywistości. Nikt nie interesował się niczym i nikim. Wszystko przebiegało sprawnie i bez zakłóceń. Wzorzec znudzonego sobą, normalnego małżeństwa monogamicznego.
Nieobecność duchem szybko dopełniła nieobecność ciałem. - Zmarł dziadek – wytłumaczyła nam mama – Ojciec musi zaopiekować się waszą babcią, będzie u niej mieszkał i czasami nocował – wyjaśniła. - Ale przecież babcia dobrze sobie radzi sama! – i jak zwykle wyrwałam się ja, z tą swoją logiką. - Długo tak będzie? – pyta siostra. - Tak długo jak będzie trzeba – mama wyglądała wreszcie na zadowoloną. Może wreszcie się rozwiodą – myślałam. Jednak nie rozwiedli się. Po śmierci dziadka ojciec spędzał większość czasu u swej matki, żwawej, krzepkiej staruszki, którą ponoć się opiekował. Podobnie jak opiekował się matką nieślubnego dziecka, o istnieniu której nie wiemy. Matka wydawała się zadowolona, miała mieszkanie, pieniądze i poczucie władzy nad swą wizją nas-dzieci. Wizją, która odbiegała od rzeczywistości aż tak, że stanowiła jej dokładne przeciwieństwo. Od tej pory eliminowała ojca dzień po dniu. On zaś zdawał się z tego stanu rzeczy zadowolony. Nie musiał brać rozwodu, podejmować decyzji, wymyślać pretekstów swej nieobecności w domu. Miał wówczas dwa domy i trzy światy. Popołudniowy. Świat z nią, mą matką. Świat ten sprowadzał się do wspólnych obiadów, kończących się kłótniami o drobne czynności. - Spóźniłeś się, zupa wystygła! – krzyczy Ona-matka. - Nie mocno, mogę zjeść letnią! – On-ojciec. - Letnia nie ma żadnej wartości – ona. - To podgrzeję! – on. - Nie będę ci podgrzewać, tylko dlatego, że się spóźniłeś! – ona. - Sam chciałem podgrzać, nie będę z wami jadł! – on. I jedliśmy wspólnie. Jedliśmy jak prawdziwa rodzina, przy prawdziwym domowym stole kuchennym, który chwiał się na nogach, niczym małżeństwo mych rodziców. Tworzyli jeden wspólny rytuał. Rytuał kłótni przy kuchennym stole. Towarzyszył im przy wspólnych obiadach i toksycznością scalał nie mogące się rozpaść małżeństwo. Wieczorny. Wieczorny świat z babcią był dla ojca światem spokojnym. Światem powrotu do dzieciństwa. Mnie zaś przypominał czas spędzony z ojcem, gdy matka wyjechała w delegację. Babka chciała pokazać, że ona, moja matka jest osobą ojca niegodną, gotowała zatem synowi ulubione potrawy, zachęcając go do czytania i odpoczynku. Kiedyś poszłam do niego, żeby podpisał mi ocenę w dzienniczku, o której nie wiedziała matka. Pamiętam duży przestronny pokój, był pięknie urządzony... Stał w nim kolorowy telewizor, na nocnym stoliku leżały książki i gazety. Pomyślałam wtedy, że mama nie czyta książek i gazet. Zastanawiałam się dlaczego. Porównywałam też naszego starego, psującego się czarno-białego „Beryla” do tego nowego, kolorowego zachodniego cudeńka. Na okrągłym stoliku stała mała wiklinowa lampka i kosz pełen owoców i cukierków. A przecież brakuje nam pieniędzy – myślałam. - Babcia kupuje, ja nie miałbym za co – wyjaśnił ojciec. - Co robisz jak tu jesteś? – byłam ciekawa jego życia bez nas. - Dużo czytam – pokazał mi książkę. - Mama nigdy nie czyta – sama nie wiem czemu zaczęłam porównywać. - Mama nie lubi – wytłumaczył. Czułam, że nie do końca o to chodzi – Poczęstuj się bananami – dodał, widząc, że łakomie przyglądam się owocom. Nie wzięłam. Miałam swój dom i swój honor... - Przyszłam po podpis – wskazuję tróję, którą obiecałam poprawić... - Nie ma sprawy – podpisuje. - Masz video? – nie wytrzymałam. -To babci, jak chcesz możemy tu oglądać – i znów tłumaczył się, jakby czegoś się wstydził. Nie zdecydowałam się. Robiło się późno. Wiedziałam, że mama będzie się martwić. Myślałam o jego życiu tu – u babki i naszym życiu tam – w domu ich a raczej naszym i matki. Pełnym problemów, kłótni, kłopotów finansowych i krzyku. Zastanawiałam się, co skłoniło go do tego, że w ogóle do nas jeszcze przychodził? Zazdrościłam, że ma taką fajną metę. Moje przemyślenia były typowymi przemyśleniami dziecka. Nie zastanawiałam się jakoś dokąd uciec ma moja matka. Mężczyźni się ulatniają. Kobiety trwają w kieracie lub zostają wyrodnymi matkami... I świat nocny. Świat z kobietą, o której nie wolno nam było rozmawiać, niczym dziecku przebywać w nocnym klubie. Tego świata byłam ciekawa najbardziej. Czy znalazł w jej ramionach upojenie? Dlaczego nie odszedł do niej na stałe? Czy chciał żyć z kimkolwiek w stałym związku? Czy Ona potrafiła kochać go tak, jak nie potrafiła moja matka? Jak czuła się dziewczynka-siostra, której nie wolno mi było mieć?
Ojciec stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. Poszukiwał swych pasji, których zaniechał gdy byłyśmy małe i wraz z matką starał się stworzyć nam namiastkę domu. Świat pierwszy zamieniał się miejscami z drugim i trzecim. Stawał się światem ostatnim, gdy przybywało problemów w rodzinie. Matka popadła w depresję, potem w neurastenię i hipochondrię. Straciła zainteresowanie nami, ojcem i domem. Siostra założyła rodzinę. Mieszkała wraz z mężem z matką, ja związałam się z Jedynym. Ojciec z pozycji wycofującej przeszedł do dominacji. Odsunął matkę w cień, pozwalając jej wlec się za sobą noga za nogą, realizował swoje projekty, przeprowadzał zamierzenia. Jego ekspansja przytłoczyła matkę, przyzwyczajoną do domowej dominacji, zbiegła się z przejściem na emeryturę i moją przeprowadzką. Początkowo starała się zatrzymać mnie szlochami i szantażem, potem chorobą, wreszcie zmusiła ojca do ponownego wprowadzenia się. Babcia, choć coraz starsza doznała cudownej poprawy sił witalnych, przynajmniej na tyle żeby poradzić sobie sama. Kobieta ojca przeprowadziła się do Anglii, zabierając mą nieznaną siostrę i siostrzenicę. Splątane losy nieudanego małżeństwa, pozornie monogamicznego...
Ojciec nieobecny. Był jakby go nie było. Razem z matką było im zapewne gorzej niż osobno, żyć osobno nie zdecydowali się. Sądziłam, że czekają z podjęciem decyzji o rozwodzie na nasze usamodzielnienie się, po jego nastąpieniu konflikty między nimi stały się rzadsze, zastąpiło je zrozumienie w stagnacji i marazmie. Zaczęli żyć tak zgodnie jak nie żyli nigdy dotąd. Życie rodzinne nie było ich przeznaczeniem. Wybrali je jednak. Podobno wyboru nie żałują. Czasem widuję ojca, podobnie jak widuję matkę. Ojciec stara się nawiązać kontakt, teraz, gdy mnie kontakt ten nie jest już w zasadzie potrzebny. Może stara się naprawić to, co zniszczył w przeszłości? Od kilkunastu lat rozpoczyna każdą rozmowę tak samo: Co dobrego u ciebie? Jeśli słyszy wiadomość mniej pomyślną ucieka. Ucieka, jak uciekł niegdyś, gdy był nam najbardziej potrzebny. Wieść dobra wzmaga zainteresowanie i lawinę pytań, przypominających zainteresowanie pracownika Urzędu Skarbowego nieuczciwym podatnikiem: Gdzie? Jak? Po co? Dlaczego? I na co? a nie zainteresowanie ojca córką. Pojawia się. Pojawia. Jest. Pyta. Tylko po co?
Każdej soboty powtarza się ten sam scenariusz. Dziewiąta dziesięć – telefon od ojca. Zbyt wczesny, wytrącający mnie ze snu. - Dzień dobry. Co dobrego u ciebie? – On-ojciec. - Czy co tydzień musi spotykać mnie coś dobrego? – ja w roli córki. - W młodości zawsze spotyka – On-ojciec starzejący się. - Skończyłam siódmy rozdział, został ostatni – wyjaśniam. - Tak, to dobra wiadomość – ocenia On-ojciec – Jak go napisałaś? - Najpierw długopisem, potem piórem, a teraz przepisuję na komputerze – ja córka niepokorna. - To kiedy się bronisz? – On-ojciec oczekujący na sukces - Za miesiąc złożę pracę, wtedy ustalą termin – córka cierpliwa. - Gdzie to będzie? – dopytuje. Mówię mu gdzie, podobnie jak co tydzień, od pół roku. Zapomina lub nie zwraca uwagi co odpowiadam. - Ach! Tak! No tam! A poza tym co dobrego? - Chcę kupić samochód – dalej ja. - Jaki? - Jeszcze nie wiem, pewnie mały i dosyć tani. - Ale marka? – On w roli ojca doradcy. - Jakaś polska. - Polskie są niedobre – ojciec pouczający. - Nie mam na inny. - To nie kupuj – ojciec karcący – Gdzie zamierzasz kupić, na giełdzie? - Z komisu albo poszukam po znajomych – zaczynam rundę trzecią. - Kiedy będziesz kupować? – On-ojciec zainteresowany. - Jak skończę pracę, skseruję, oprawię i zobaczę ile zostanie pieniędzy – ja córka cierpliwa. - Pokaż jak kupisz, a poza tym co słychać? I tak mija pół godziny. Co może być słychać w ciągu tygodnia? Umarł Miau. Byłam na spotkaniu klasowym. Nie kochałam się od miesiąca z Nim Dwa, który chyba postanowił odejść. Raz sprzątnęłam mieszkanie, kilkadziesiąt zjadłam coś w biegu, napisałam kilkanaście kartek, przeprowadziłam dwadzieścia kilka godzin lekcyjnych, pokłóciłam się w pokoju nauczycielskim o ciężarną uczennicę, którą wychowawczyni chciała wyrzucić, by nie stała się złym przykładem (podobno uczennica nie wychowawczyni). O czym mam opowiadać Jemu-ojcu? I po co? Przepyta mnie niczym uczniaka w szkole, nie zaproponuje mi nic konkretnego i zadzwoni po tygodniu. Pyta jak ja niegdyś pytałam jego o chmury, morze, wodę, deszcz. Ojciec odpytujący.
Kontynuuje swe dawne pasje, których nie zdołała w nim zniszczyć matka. Jest żeglarzem. Od początku wiosny do końca jesieni, ubrany w granatowo-białą koszulkę i białe spodnie, szybuje pod wiatr na Omedze, dodającej mu skrzydeł. Świat pasji i odrealnienia. Jego świat. Przyjaźni się z podobnymi sobie – wykształconymi, pełnymi pasji emerytami chętnie uciekającymi od starzejących się żon w wodny świat. Dyskutują o łodziach, regatach, mistrzostwach olimpijskich, wspólnie pomagają sobie dbać o łodzie. Malują je, szlifują, pieszczą zmarszczonymi dłońmi pokiereszowanymi nieco przez trudy codziennego życia. Czasem piją piwo i śpiewają szanty. Niektórzy zapraszają do wspólnego biesiadowania dzieci i wnuki. Opowiadają sobie o nich wzajemnie. W środowisku żeglarzy syn widziany jest lepiej niż córka. Ojciec ma jednak wnuki, z których żaden nie chce kontynuować jego pasji. Z oddaniem przyucza cudze dzieci. - Trzymaj zgodnie z kierunkiem wiatru! – krzyczy do przeciągających liny maluchów. - Ciężko – odpowiadają maluchy. - Żeglarstwa trzeba się uczyć od dziecka! Z fascynacją kiwają głowami. Cieszy się na przystani autorytetem, który w rodzinnym domu utracił bezpowrotnie. Ojciec żeglarz.
W czym przypomina Nim Dwa? Wizualnie w niczym. Osobowościowo stanowi jego przeciwieństwo. Może jedynie fakt, że jestem dziewczynką wychowaną w domu ojca nieobecnego wpłynął na moje zainteresowanie dużo starszym mężczyzną? A może ludzka obyczajowość nakazuje postrzegać związek pomiędzy młodszą kobietą a starszym partnerem przez pryzmat teorii Freuda? Czy gdybym była homoseksualna i żyła ze starszą kobietą też ktoś powiedziałby, że kompensuję sobie zerwaną więź z matką? Wiek temu związek pomiędzy wkraczającą w kobiecość dziewczyną a dojrzałym mężczyznom stanowił normę. Wtedy za patologię uznano by mój związek z Miłym, równolatkiem. Teraz romans (?) z Nim Dwa uchodzi za coś nienormalnego. W opinii społecznej nie ma prawa być mym kochankiem, może być jedynie ojcem. Przypominam sobie słowa portierki: Tatuś Panią znalazł? A przecież wiedziała, że Nim Dwa nie jest mym ojcem. I słowa sąsiadów Nim Dwa pytających jego żonę o ich córkę, czyli podobno mnie. Czy Nim Dwa będzie mym przyjacielem, nie będąc kochankiem? Czy jeśli wychowywałabym się w normalnym, stabilnym domu, wówczas bylibyśmy razem? Czy zwróciłabym na niego uwagę? Jeśli moje dzieciństwo przyczyniło się do związku z Nim Dwa to cieszę się, że wyglądało w ten a nie inny sposób.
Wychodzę ze swego pokoju. Miły ogląda jakiś thriller nadawany w telewizji publicznej, zatem pochodzący sprzed ładnych kilkunastu lat. Zaczepia mnie pytaniem: - Pisałaś doktorat? - Nie, pisałam powieść – odpowiadam i zajmuję miejsce na drugiej stronie pluszowej kwiecistej kanapy – Myślałam o ojcu. - Jutro sobota, pewnie zadzwoni – dodaje Miły i podaje mi kanapkę z tuńczykiem. Rozmawiamy przez chwilę, potem kładziemy się spać. O dziewiątej piętnaście podnoszę słuchawkę i słyszę: - Dzień dobry! Co dobrego słychać? – dzwoni On-ojciec. - Śpię, miałam jeszcze kilkanaście minut – wkurzam się. - Śpieszę się, zaczynamy sezon żeglarski – wyjaśnia. - Miałeś zmienić przystań – ja córka zainteresowana. - Tak,ale nie zmieniam – On-ojciec żeglarz. - Nie wykupił was ten biznesmen, który miał zrobić restaurację? – pytam choć mnie to nie obchodzi. - Od przyszłego roku. Chcesz jechać? – dopytuje On-ojciec pozornie troskliwy. - Nie mam czasu, muszę pisać doktorat. - To kiedy obrona? - Mówiłam w zeszłym tygodniu – ja córka zbuntowana. - Zaprosisz na togowanie? – On oczekujący na sukces. - Jeśli chcesz jechać! – wcale nie mam ochoty żeby jechał. Wyraża zainteresowanie moim doktoratem, ale jak brakowało mi pieniędzy na ksero ankiet, pożyczyłam ich od promotora, bo on kupił właśnie nowe żagle. - Za daleko – On-ojciec leniwy – A poza tym co dobrego? - Pomyliłam się w obliczeniach i liczę od początku moich pijaków – bierze mnie na szczerość. - Jakie to ma znaczenie? Ci co nie pili już pewnie piją – odpowiada zupełnie logicznie. - Ale wówczas nie pili. - I jak samochód kupiłaś? – On-ojciec zainteresowany. - Nie, na razie nie mam za co – ja córka uboga. - Jak za wszystko kupujecie książki – ojciec karcący. Nie mam ochoty rozmawiać na ten temat. Zmieniam go na inny - I jak żaglówka po zimie? Trafiłam w sedno, przez dziesięć minut słucham monologu na temat stanu technicznego żaglówki, warunków panujących na przystani, podwyżce obowiązujących tam cen, braku zasad panujących wśród młodych żeglarzy. Nie muszę odpowiadać – wystarczy mu, że słucham. Mówi On. Ojciec rozmowny. Kończy krótkim: - No to cześć - i odkłada słuchawkę. On Ojciec dzwoniący do córki. Sobota. Pierwsza wolna sobota w tym roku. Zazwyczaj w soboty dorabiam wykładami w prywatnych szkołach. Zarabiam pieniądze na doktorat, mój doktorat moja sprawa... Siadam przy biurku i analizuję wyniki badań. Ciepły szlafrok z polaru zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa, którego nie zapewnił mi On Ojciec i które zapewnia mi Nim Dwa. Czytam wspomnienia alkoholików. Czytam o ich dzieciństwie, rodzinie, pierwszych doświadczeniach szkolnych. Niczym nie różnią się od fragmentów mej biografii. Mogłabym być zatem alkoholiczką. Jestem nauczycielką. Śmieszne zrządzenie losu. Czy któryś z nich zamierzał zostać alkoholikiem? Plany na przyszłość – alkoholik. Pewnie nie. Ja chciałam być nauczycielką od dziecka. W dzieciństwie sadzałam na podłodze lalki, równo w rzędzie jedna za drugą, by przy pomocy kredy i tablicy wyjaśniać im świat. Wychowanie behawioralne pełne porażek. Maszyna zamieniająca uczniów w kształtne, identyczne parówki. Mówiłam im o wszystkim o drzewach, wszechświecie, wodzie i ogniu, śniegu, powietrzu. Odpowiadałam na wszystkie wyimaginowane pytania. Odpowiadałam cierpliwie, wytrwale, spokojnie, w sposób jakiego sama nigdy nie doświadczyłam. Słuchały dzielnie, z zapałem. Tak jak ja słuchałam wspomnień alkoholików. Co je łączy? Co różnicuje? Konkluzja. Wniosek. Łyk Kawy. Dyktafon. Długopis. Pióro.
Ojciec Pana Pierwszego. Pił i bił matkę, był robotnikiem budowlanym a matka gospodynią domową. Pan pierwszy – krótki staż abstynencji, dzieciaty, żonaty. Przyrzekał sobie i innym, że pić nie będzie. Wypił na dyskotece w wieku lat siedemnastu, od tej pory pił regularnie, początkowo w weekendy, potem codziennie. Poznał dziewczynę, zakochał się, zrobił dziecko, ożenił. Narodziny syna czcił z kumplami na melinie przez dwa miesiące. Syna więcej nie zobaczył. Żona odeszła i zabrała dziecko. Zdemolował jej dom, dostał wyrok w zawieszeniu, porzucił pracę i pił dalej. Okradł rodziców, potem podpalił dom żony żeby „zemścić się na gadzinie”, siedział trzy lata. W więzieniu terapeuta zachęcił go do leczenia. Leczy się. Pan Drugi – wywodzi się z pełnej rodziny, matka była księgową a ojciec prawnikiem. Po alkohol sięgali rzadko, niemal odświętnie. W nałóg „wciągnęli go” jak mawiał kumple z pracy. Jest malarzem pokojowym, nigdy nie miał głowy do nauki, lubi swoją pracę. Pił przez rok niemal codziennie, ma dziewczynę i córkę. Nie akceptuje jej, bo to córka a nie syn. Córka cierpi na zespół Downa, wstydzi się jej i nie zamierza wiązać z jej matką. Znajdzie sobie żonę, która urodzi mu „normalne dziecko”, jak tylko przestanie pić. Uważa, że kontroluje picie. Na terapii jest po raz pierwszy. Pan trzeci. Ojciec pił wraz z matką. Piła babka, matka i teściowa. Pił dziadek, teść, i brat. Co miał więc robić? Pije z nimi i ze swą żoną. Nie pamięta kiedy zaczął, jakoś tak w podstawówce. Drugi raz na terapii.
Szukam biografii jakiejś kobiety. Przeglądam stosy leżących na stole wywiadów, przeszukuje kasety dyktafonowe, pstrykam klawiszami i słucham jak dyktafon przewija taśmę w przód i tył. Jest! Mam! Wanda. Pamiętam ją, namawiałam na wywiad prawie miesiąc, nie chciała się zgodzić. Jest nauczycielką w wiejskiej szkole podstawowej. Ma dwie córki. Nie piję już od siedmiu lat, mimo to czasem przychodzi na terapię. Jej matka była fryzjerką w podwarszawskiej wsi, miała swój zakład, w którym pomagała mała Wanda. Mówili o niej Wanda-tasiemka, taka była chuda. Dzieci śmiały się z niej, przezywały, kopały, tylko matka była dla niej dobra. Ojciec nie interesował się rodziną. Czuła się tak, jakby był w ich życiu nieobecny. Był policjantem i bardzo kochał swą pracę. Matka z ojcem nie kochali się nigdy. Wandzie brakowało ich miłości. Postanowiła, że jej „wandziowe życie” będzie inne. Jednak nie miała powodzenia u chłopców, była zbyt chuda. W szkole poznała dojrzałego mężczyznę, woźnego, rozwodnika z trójką dzieci, miała z nim romans. Leon przynosił na spotkania alkohol. Po alkoholu czuła jak rozkwita, czuła się piękna. Szybko zaszła z Leonem w ciążę. I piła. Piła coraz więcej. Odszedł jak urodziła się pierwsza córka. Wanda została sama, a raczej w towarzystwie flaszki. Podjęła leczenie, wszyto jej esperal. Wrócił Leon. Nie piła trzy lata. Zaszła z nim w kolejną ciążę. Urodziła się córka. Mała miała kłopoty z płucami. Wanda zaczęła pić. Leon odszedł do innej. Gdy matka wystąpiła o ograniczenie praw rodzicielskich Wanda zaczęła się leczyć. Od siedmiu lat uczestniczy w terapii. Co różni picie kobiet od picia mężczyzn? Kobiety piją, bo szukają akceptacji. Mężczyźni, bo czują się bardziej męscy po alkoholu. Dla jednych i drugich kończy się to żałośnie. Taka Iza przykładowo. Dziewczyna w moim wieku. Przypominam sobie tę rozmowę. Odsłuchuję jej fragmenty. - Witaj Izo! Robię badania do pracy naukowej, chciałabym abyś opowiedziała mi o sobie – mówię ja-badaczka. - Jesteś w moim wieku. Sądzisz, że mogłabyś być na moim miejscu, a ja na twoim? – Iza zachowuje się nietypowo. Zazwyczaj rozmówcy prosili o uszczegółowione pytania, na które mieli odpowiedzieć i domagali się zapewnień o anonimowości. Iza ma długi czarny warkocz, zielone oczy, piętnastoletni staż picia, dwuletni niepicia, dwóch synów, męża i przyjaciela (kochanka). - Gdyby moje losy potoczyły się inaczej, zapewne... - Ale się nie potoczyły. Jesteś dzieckiem z dobrej, normalnej rodziny? – bardziej oskarża mnie, niż pyta Iza. Nie chcę opowiadać jej o moim życiu, choć zmuszam ją aby ona opowiedziała mi o życiu swoim. Gra nie do końca uczciwa. Antymoralność badaczki jakościowej. Przekonuję ją, że w mojej rodzinie wszystko było w porządku. - Tak, miałam szczęśliwe dzieciństwo. - A ja nie – mówi Iza. - Opowiedz mi o rodzicach – prośba standardowa. - O matce. Ojciec nie mieszkał z nami – wyjaśnia i zaczyna – Moja mama była krawcową. Pracowała w szwalni pod Rzeszowem. Prosta, przyzwoita kobieta, nie miała czasu na nawiązywanie kontaktów z mężczyznami i szukanie męża. Zresztą zawsze bardzo dbała o reputację, była taka, trochę starej daty, nie jak ja – Iza śmieje się pokazując śnieżnobiałe zęby, niebywałe u alkoholiczki – Mama zajmowała się głównie pracą, jej matka, a moja babcia nie miała zawodu, mama od najmłodszych lat utrzymywała rodzinę. Dziadka nie pamiętam, zginął na wojnie. Ojciec był dobrze sytuowanym żonatym człowiekiem. Przyszedł szyć garnitur na sylwestra albo na jakąś inną okazję, tam poznał mamę, która zadurzyła się w nim. Początkowo narobił jej nadziei na wspólne życie. Potem okazało się, że woli swą żonę i dzieci. A mama była już w ciąży ze mną. Pierwszy mężczyzna, pierwsze dziecko, nie było w jej życiu więcej mężczyzn i dzieci... - Któreś z twoich rodziców piło? - Nie sądzę. Mama na pewno nie. Ojca nie znam. Zrobił dziecko i ewakuował się – mówi cicho, jakby wstyd było jej zachowania ojca, a może łatwowierności matki. - Kiedy zaczęłaś pić? - W piątej klasie podstawówki, z kolegami na biwaku. Mama w domu zabraniała mi wszystkiego, kazała się tylko uczyć... Nawet na prywatki nie mogłam chodzić... Pojechałam na ten biwak. Nie wiem co jej się stało, że mnie puściła. Graliśmy tam z chłopakami w butelkę i piliśmy jabcoka. Grałaś kiedyś w butelkę i piłaś jabcoka? Iza wyraźnie oczekuje ode mnie zwierzeń. Pragnie kobiecej rozmowy, a nie traktowania jej jak przedmiotu badań... - W butelkę nie grałam. Jabcoka piłam, też chyba w podstawówce. - No i tam wypiłam. Potem piłam w weekendy, w domu. Na złość mej pruderyjnej matce i ojcu, który się mną nie interesował. Chciałam być pijaczką. Buntowałam się pijąc. Przewijam kasetę i odsłuchuję fragment: „Chciałam być pijaczką”. „Chciałam być pijaczką”. Chciała. Iza swój alkoholizm zaplanowała i z premedytacją ku niemu podążała. Córka pruderyjnej matki i nieobecnego ojca. Jak ja. Tyle, że gdy ja opowiadałam zabawkom o ogniu przygotowując się do zawodu nauczycielki, ona wdrażała się w rolę pijaczki. Czy mogłabym być dziś na jej miejscu a ona na miejscu moim? Znów przewijam i słyszę Izę: - Jacek imponuje mi, jest starszy o przeszło dwadzieścia lat. Ma żonę i dzieci. Spotykamy się w weekendy, wie o mojej chorobie, nigdy nie pije przy mnie. Daje mi to, czego nie daje mi mąż. Kupuje ubrania, obsypuje prezentami, rozmawia. Czuję się przy nim kimś innym. Kimś wyjątkowym, zapominam o nałogu, terapii, obowiązkach. Miałaś kiedyś kochanka? – Iza lubi pytać, ja nie lubię odpowiadać i dalej ona – Takie jak ty nie mają. - A mąż? - Mąż to mąż. Przyzwoity człowiek, daje na dom, opiekuje się dziećmi. Nie wie, że starsze nie jest jego. Ale co tam, pewna pochodzenia dziecka jest tylko matka... W zamian ma to, czego potrzebuje. Seks, rozmowę, ciepło. Cieszy się, że chodzę na terapię. Cierpiał jak piłam. Uważał, że to przez niego, że on robił coś nie tak. - A robił? - W sumie nie. Ale namówił mnie na takie normalne życie. Dom, dzieci, obiad na stole. I znowu zaczęłam pić, choć nie piłam dwa lata. Nie piłam od momentu gdy go poznałam. Nie wytrzymałam marazmu. Nudnej codzienności. Mam kochanka żeby nie pić. Urozmaica mi życie. Inaczej nie wytrzymałabym i zaczęła pić znowu. Wyłączam nagranie. Iza zaplanowała swój alkoholizm. Pije, gdyż przytłacza ją rola matki i żony, a jako środek profilaktyczny znalazła sobie kochanka. Jej biografia jest interesująca. Przez kilka lat pracowała w agencji towarzyskiej, traktując to jako źródło samorealizacji. Ma zawód, ukończyła studia, jest magistrem technologii żywienia. Izę pamiętam lepiej niż pozostałe kobiety. Może dlatego, że zadawała mi więcej pytań, niż ja zadawałam jej. Na większość z nich odpowiadała sama. Przyczyna alkoholizmu wczesnego? Zaplanowanie. Późnego? Żonostwo i Macierzyństwo. Terapia? Seks z kochankiem.
Uzależnione kobiety nie chcą opowiadać o swej chorobie. Boją się, wstydzą, zamykają w sobie. Rzadko szukają pomocy. Ponad dwa miesiące szukałam dziesięciu kobiet, aby udzieliły mi wywiadu. Nakłonienie do rozmowy czterdziestu mężczyzn zajęło mi zaledwie dwa dni... Terapeutka z Ośrodka wyjaśniła mi to krótko: - Mężczyzna alkoholik postrzegany jest jako chory, kobieta jako dziwka prostytuująca się za alkohol i zaniedbująca dzieci. Nie wiem, czy któraś udzieli w ogóle wywiadu. Pomagała mi jednak szukać. Dzięki niej poznałam Młodą, zwaną również Lalką. Lalka była najmłodsza w grupie. Miała zaledwie dwadzieścia lat, piła trzy lata, leczyła się już dwa. Jest wokalistką znanej w Polsce rockowej kapeli muzycznej. Nie pije lecz pali jointy. Odpala jednego od drugiego, częstując każdego kto wchodził, jakoś nikt nie korzystał z jej uprzejmości. Włączam taśmę i słucham. - Chcesz jointa? – Lalka. - Nie, dzięki - Ja. - Piszesz magisterkę? – Lalka. - Doktorat. - Już? Jesteś za młoda – przygląda mi się badawczo a po chwili krzyczy – Hurra!!!!!!!! Kobiety górą! Lalka opowiada mi o dzieciństwie. Śpiewa – odkąd pamięta. Jej ojciec jest znanym w środowisku muzycznym gitarzystą rockowym, matka komponuje muzykę. Żadne z nich nie jest uzależnione. W rodzinnym domu panował twórczy, luźny klimat. Pieniędzy nigdy nie brakowało. Młoda jako kilkuletni berbeć śpiewała z ojcem w chórkach i jeździła z rodzicami w trasy koncertowe. Potem chodziła do szkoły muzycznej. Grała na gitarze jak ojciec, choć ją pociągała bardziej gra na perkusji. Czuła się akceptowana i kochana. Gdy ukończyła piętnaście lat założyła własny zespół. - W pół roku byliśmy na szczycie – opowiada – Pierwsza płyta, kilkanaście fanklubów, dwa koncerty dziennie. Istne szaleństwo! Nie wytrzymywałam napięcia, tempa, popularności. Fani szarpali mnie na koncertach, koledzy z zespołu kazali dawać z siebie więcej, na prywatność nie było czasu, szkołę przerwałam. Zabójcze życie. Przestałam wytrzymywać, zaczęłam pić. Najpierw trochę, dla odprężenia przed koncertem: dwa piwka; po koncercie kilka drinków; winko przed snem. Dawało energię. Muzycy z zespołu robili tak od lat. Nie miałam pojęcia, że większość z nich była uzależniona. Zresztą krzyczeli na mnie, że piję. - Sami też pili? – wtrącam. - Ale uważali, że ja jestem młoda. Gorzej sobie radzę, że to za wcześnie. - A rodzice? - Ojciec jeździł w trasy ze swoją kapelą. Mama komponowała. Nie mieli pojęcia, że mam jakieś problemy. Cieszyli się, że podążam ich śladem i mam talent. Poznałam... Nie, imię nie ważne, lepiej wytnij. Poznałam zatem... Był starszy o kilkanaście lat, też pił. Przyłączył się do zespołu gdy szukaliśmy perkusisty. Zamieszkaliśmy razem. Do domu wiecznie przychodzili goście jacyś muzycy. Do rana trwały rozmowy, próby, kłótnie. Sporo się piło, paliło jointy. Od jointów nie mogę się odzwyczaić. Terapeuta mówi, że jak palę to cała terapia antyalkoholowa nie ma szans, bo i tak wiecznie chodzę odurzona... - Kiedy zorientowałaś się, że pijesz za dużo? - Jak zaczęłam upijać się przed koncertami. Kiedyś na koncercie byłam tak pijana, że nie mogłam śpiewać. Puścili playback, ja przewróciłam się na scenie, nasz perkusista a mój mężczyzna odwiózł mnie do szpitala. Tam padło słowo odwyk. Tak słyszałam. Mnie urwał się film. Chwila przerwy. Słychać tylko szum dyktafonowej kasety. Młoda oglądała dalszą część kwestionariusza, chce przeczytać pytania nim zdecyduje się odpowiedzieć. Kaszlę. Kaszel nagrany na taśmie. Zbyt dużo dymu. Odzwyczaiłam się od zapachu marihuany. - To twoja pierwsza próba leczenia? - Nie, trzecia czy czwarta, na każdej jestem kilka dni. Nie mogę pozwolić sobie na dłuższą terapię. Jeśli teraz stracę czas na leczenie, przestanę nagrywać płyty, wypadnę z rynku. Nie będę miała po co wracać na scenę. Zawsze chciałam śpiewać, nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Ciągle mam nadzieję, że jakoś mi się uda. Tylko, że na koncertach większość muzyków pije, a ja nie potrafię odmawiać. Wszystko to jest zbyt świeże. Chcę tworzyć, rozwijać się, pisać teksty, komponować... Brakuje mi muzyki. - Nie boisz się, że wracając na scenę zaczniesz pić i przestaniesz tworzyć ? – tego pytania nie było w kwestionariuszu. Nie przewidziałam, że przyjdzie mi badać młodociane gwiazdy rocka. - Bardziej boje się, że uczestnicząc w terapii nie będę miała czasu tworzyć. A jeśli zespół znajdzie nową wokalistkę? Za parę lat nie będę miała szans. Może uda mi się jakoś przetrwać parę lat, podleczyć się. Pewnie uważasz, że mi kompletnie odbiło? – patrzy na mnie spod słonecznych okularów. Po co jej ciemne szkła w pomieszczeniu? Czy to jej image gwiazdy rocka? - Nie oceniam cię. To twoje życie. - Gdyby to było tylko moje życie nie zaczęłabym pić. Przeraża mnie tłum, fani biegający za mną, dziennikarze nie dający mi spokoju, brak prywatności. Mój ojciec jest muzykiem. Jednak dopóki obiektem ich zainteresowania był on a nie ja, nie zdawałam sobie sprawy jakie to straszne. Wyłączam dyktafon. Teraz, gdy analizuję jej wypowiedź Młoda pewnie już pije. Jej wielbiciele doprowadzają ją do powolnej śmierci. Przyczyna picia? Zbyt duża popularność? Nieumiejętność radzenia sobie ze stresem? Uwarunkowania kulturowe? Tempo życia podobne do mojego. Czemu jedni uzależniają się, a inni nie? Czytam szereg teorii na ten temat. A to o czynnikach genetycznych, a to o uwarunkowaniach wewnątrzwydzielniczych, predyspozycjach psychogennych. Znam je wszystkie. I co mi z tego? Każda z nich pasować może do Młodej. Młoda pije, bo żyje zbyt szybko. Pamiętam Stefka. Pił, bo żył zbyt wolno.
Stefek alkoholik. Poznałam go pod odwykiem. Myślał, że czekam na terapię. Drobny zalękniony, trzydziestokilkuletni mężczyzna, z ciemnym zarostem, tuż po dwumiesięcznym ciągu alkoholowym. Początkowo zdenerwował mnie swą namolnością i bacznym przyglądaniem się, później okazał się sympatyczny i spragniony bliskości. Był maklerem giełdowym. Kupował akcje. Przynajmniej początkowo. Grał też na giełdzie. Jego życiowy partner – Tomasz – specjalizował się w farmacji, zakładał małą aptekę na podmiejskim osiedlu. Rodzice nie zaakceptowali wyboru Stefana. Jego ojciec był wojskowym, matka gospodynią domową – tradycyjna rodzina patriarchalna. Oczekiwali, że syn ustatkuje się, ożeni, spłodzi wnuki. On oczekiwał, że ojciec przestanie pić i znęcać się nad matką. Włączam wspomnienia Stefka. - Pamiętam dzieciństwo jako wielki koszmar. Ojciec przychodził w nocy pijany i brał się do bicia matki. Jak byłem zupełnie mały, chowałem się w szafie. Potem próbowałem jej bronić i obrywałem bardziej niż ona. Kilka razy ojciec pobił mnie tak, że nie chodziłem do szkoły. Matka usprawiedliwiała mnie, tłumaczyła wychowawczyni, że jestem chory. Załatwiała jakieś zwolnienia lekarskie. - Nie próbowała odejść od męża, albo szukać pomocy? - Dokąd miała pójść? Mieszkanie mieliśmy służbowe, a matka nie miała pracy – Stefek opowiada dalej, choć mówienie o dzieciństwie przychodzi mu z trudem. Poci się, głos mu drży, zaczyna się jąkać. Nerwowo ściska w dłoni papierosa, popiół spada, parzy palce – Cholera! Do dziś mi trudno o tym mówić... - Nie mów, jeśli nie masz ochoty – informuję od razu. Mam jednak nadzieję na to, że będzie mówił, a on wyraźnie odczuwa potrzebę mówienia. - Ojciec był wysoko postawiony. Bardzo wysoko. Nikt nie uwierzyłby matce. Zresztą wmówił jej, że bije nas dla naszego dobra. Bił ją za niegospodarność, bił gdy nie posprzątała, bił jak wypił. Ona wierzyła, że ojciec bije nas za coś. On bił, bo był alkoholikiem. Obiecałem sobie, że nigdy nie wypiję. - Kiedy wypiłeś? - Jak akcje, które kupowałem zaczęły tracić na wartości. Kupowałem inne, znów straciły. Wyrzucili mnie z pracy. Do tego w pracy dowiedzieli się, że mieszkam z przyjacielem. Sam nie wiem, czy chodziło o akcje, czy o mojego przyjaciela. Polacy mają homofobię. Jak wróciłem po tym jak mnie wyrzucili, sięgnąłem po alkohol. Najpierw kieliszek, potem drugi, trzeci... Piłem miesiąc. - A twój partner? - Na początku starał się pomóc, nakłaniał mnie do leczenia. Potem ja piłem coraz więcej a on tracił nadzieję, że wszystko wróci do normy. Pożyczałem od niego pieniędzy, więcej i więcej, bo nie miałem za co pić. Wytrzymał dwa lata. Zostałem sam. Tęsknie za nim... Przez chwilę zastanawiam się nad słowami Stefana. Mężczyźni – partnerzy alkoholików lub alkoholiczek zachowują się w sposób zdrowszy niż kobiety – partnerki pijących mężczyzn. Próbują pomóc a gdy to nie przynosi skutku odchodzą. Kobiety trwają w patologicznych związkach z alkoholikami, pozwalając się bić, gwałcić i krzywdzić dzieci. I wszystko to czynią z miłości. Co skłania je do tej decyzji? Jakie pranie mózgu przechodzą? Nierozerwalność małżeństwa, niezależnie od tego jakie ono jest... Kto zwróci im zmarnowane życie? Kto zwróci dzieciństwo synom i córkom? - Jak myślisz, wróci do ciebie, jak nie będziesz pił? – może nie powinnam o to pytać. - Nie sądzę. To wszystko trwało zbyt długo. Ile można czekać i mieć nadzieję?
Pstryk. Zerwana taśma. Czekanie. Nadzieja. Czas płynący nieubłaganie. Czas z którym ścigam się od lat. On zwycięża. Upływa. Ja zostaję w tyle. Analizuję cudze losy nie mając czasu, aby zastanowić się nad własnym życiem. Czy mam zacząć pić, by zwolnić i zastanowić nad sobą? Przewartościować swój świat. Tworzę średnio interesujące mnie tworzywo, by móc ustabilizować się i tworzyć. Stefka lubię wyjątkowo. Do dziś utrzymujemy ze sobą kontakt. Zaprasza mnie na rocznice trzeźwości. Ja pomagam mu szukać nowego partnera. Przemoc. Krzyk. Lęk. Ten motyw pojawia się w wypowiedziach alkoholików często. Najczarniejszy obraz przemocy nakreślił mi Sławek. Zaburzony w zachowaniach trzydziestodwuletni mężczyzna po zawodówce. Jego ojciec był leśniczym, matka prowadziła dom. Pili oboje, co roku rodziło się kolejne dziecko. Co rok to prorok, a z każdym rokiem-prorokiem coraz większa rozpacz i biega. I picie ojca i matki. - Było nas dwanaścioro – słucham z kasety – A z każdym kolejnym dzieckiem była też coraz większa bieda. Rodzice nigdy się nie zabezpieczali, nie myśleli o tym albo nie umieli. Czy ja wiem? Kłócili się bez przerwy. Początkowo pił tylko ojciec. Po każdym dziecku coraz bardziej pił, zaczynała też matka. I awantury były coraz większe. Ojciec co wieczór przychodził pijany, krzyczał do matki, że jest kurwa, i połowa bachorów nie jest jego. Nigdy nie nazwał nas inaczej niż „jej bachory”. Jakby nie miał w tym udziału. Płacić na „jej bachory” nie zamierzał. Pił coraz więcej. Bił nas czym popadnie i gdzie popadnie. Najczęściej kablem, czasem pasem, matkę ganiał z pogrzebaczem, nas czasem z grabiami lub siekierą. Jak urodziła się najmłodsza siostra, dwunasta, powiedziałem, że ją musimy kochać najbardziej, bo będzie najdłużej cierpiała w tym domu. Nas – chłopców tylko bił, z siostrami jak mówił „zabawiał się”. Baba , mówił, i tak do tego jest i do bachorów. Natalia była trzecia z kolei. Piękna dziewczyna. Wyróżniała się dojrzałością, matkowała nam jak piła matka, zajmowała się domem i ojcem, jak był pijany. Otruła się tabletkami gdy miała szesnaście lat. Otruła się po tym jak ją zgwałcił i nazwał kurwą. Zaczynam wpadać w niepokój. Nieuzasadniony. W pokoju obok siedzi Miły. Dom – oaza spokoju – zapewnia mi bezpieczeństwo, lecz tak działa na mnie smętny głos Sławka, jego opowieść o rodzinie a raczej piekle rodzinnego życia. Chciał mówić. Zalewał mnie potokiem słów, wypowiadanych nerwowo, zbyt szybko, nieskładnie. Drżał a ja drżałam wraz z nim. Trzęsłam się jak galareta słuchając jego wspomnień, choć jako badaczka powinnam zapewnić mu bezpieczeństwo. - Kiedyś rozbił mi głowę – opowiada dalej Sławek – Krew się lała po wszystkim, szyć trzeba było, mama chciała wezwać pogotowie ale on najwyraźniej się przestraszył i postanowił zszyć mi sam. Wziął zardzewiałą krawiecką igłę i zaczął szukać nici a mnie udało się uciec do sąsiadów. Przygarnęli mnie. Zamknęli drzwi przed ojcem. On stukał w nie siekierą i krzyczał, że odrąbie mi łeb a sąsiada zabije. Matka stała za nim i starała się go uspokoić, choć też pijana była. Krzyczała „Juruś, ty daj spokój, wykrwawi się przecież!” A on, bo ojcu Jurek było na imię, że jak jeden bękart zdechnie to morda mniej do wykarmienia. I tak nas nie karmił. Każdy zjadł to co skradł. O zrymowało mi się! – stara się być dowcipny. I znów zatrzymuję. Przewijam. Spisuję cytaty. Drżą mi ręce. Spisuje. Wyłączam. Czy można wychować się w takim domu i żyć normalnie? Normalnie zasypiać, budzić się, kochać? Pomimo całej dysfunkcjonalności mej pozornie funkcjonalnej rodziny, czuję się jak szczęściara. Nikt mnie nie bił i nie zgwałcił. Mogło być lepiej. Mogło i gorzej. Zaczyna mnie suszyć. Idę do kuchni zaparzyć herbatę. Parzę. Przynoszę. Stawiam. I dalej Sławek. - Głodny byłem wiecznie. Jak kradłem bił nas jeszcze bardziej. Bał się, że ktoś się domyśli że on pije. Sąsiedzi nie musieli się domyślać, bo oni wiedzieli. Bali się ingerować. Z ojca był kawał chłopa, nawet jak pił, i do tego był agresywny. Jak ktoś mu coś powiedział zaraz gonił z grabiami. Matka też piła, chociaż albo karmiła, albo była w ciąży, jakoś jej to nie przeszkadzało. Ale nigdy na nas ręki nie podniosła. Bronić się raczej starała. Nie dawała rady. Wiedziała, że ojciec gwałci siostry. Wiedziała czemu Natalka się otruła. Płakała i piła. Jednak nie odeszła. Kiedyś spytałem: Mamuś, czemu ty nie odejdziesz od niego z nami? A ona tylko się uśmiechnęła i odpowiedziała „A gdzie ja was zabiorę. Nie ma gdzie iść”. Potem mówiła o ślubie, że ma ślub i przysięgała, to nie może. - Jak wspominasz jeszcze matkę? – tym razem słyszę swój głos. - Drobna. Zawsze w ciąży albo karmiła. Pobita i pijana. Liczyłem, że nam pomoże. Nie umiała. Zabił ją jak miałem dwadzieścia lat. Zakatował. Powiedział, że spadła ze schodów. Zamknęli go. Odetchnęliśmy z ulga. Wtedy okazało się, że siostra jest z nim w ciąży. Przestępstwo nie było zgłoszone, nie było więc gwałtu. Nie mogła usunąć. Znalazła lekarza, który jej pomógł. Jak dobrze, że są tacy lekarze. Pomógł. Odetchnęła z ulga. Nie musiała rodzić dziecka, którego by nienawidziła. - Kiedy zacząłeś pić? – każde pytanie, które mam zadać wydaje się w tej sytuacji prymitywne i do tego nie na miejscu. Co mogło skłonić go żeby sięgnąć po alkohol? - Jak dowiedziałem się, że zabił mamę. Nie zrobiłem nic żeby go powstrzymać. Czułem się winny. Byłem obok, niedaleko. Słyszałem krzyk. Ona broniła mnie w dzieciństwie przed ojcem, ja nie potrafiłem obronić jej... Piłem dwa miesiące. Chciałem się zapić. Myślałem, że jestem takim samym zwierzęciem jak on. Myślałem, że nie mogę być lepszy. Zgniłe drzewo nie zrodzi dobrych owoców. Czułem się bestią, zwierzęciem. Nie potrafiłem obronić matki. Czemu nie zabiłem go póki była pora? Też tego żałuję. Nie mogę mu o tym powiedzieć. Na terapii ma nauczyć się wybaczać. Jego ojciec żyje. Mam nadzieję, że nie wybaczy mu nigdy. Zwierzoczłekopijakoojciec. Czy faktycznie alkohol uczynił go takim? Agresor reprodukcyjny, niezabezpieczony kopulator. Czemu nie zabił go, póki była pora? Jak się czuje mając te same geny? Wybielacz Ace do genów. Nie, nie polewaj, panie Ace, wybielacz je niszczy. Niech niszczy. Wyżera. Do mięsa. Do kości...
Przemocy doznawała i Pani Krysia. Samotna matka czwórki dzieci. Miesiąc temu odeszła od męża alkoholika, który przez trzydzieści lat robił z niej worek treningowy, choć piła z nim. Ma pięćdziesiąt lat, wygląda na osiemdziesiąt, jest alkoholiczka, córką alkoholika, żoną alkoholika. Wyszła za mąż mając siedemnaście lat, by uciec z domu ojca alkoholika. Ojciec, pomimo że pił był człowiekiem wykształconym, znanym w środowisku nauczycielem fizyki. O dom raczej dbał. Jednak atmosfera między nim i matką była napięta. Krystyna po maturze poznała Zenka. Nie lubił jej rodziców. Oni nie lubili jego. Istna sielanka. Obraziła się na rodziców, że nie akceptują jej partnera. Zaszła planowo w nieplanowaną ciążę, aby pozwolili jej wyjść z za Zenka a mąż. Urodziło się pierwsze dziecko – syn. Zenek dostał pracę na kopalni. Pani Krysia chętnie wspomina ten okres. Pstryk – zmieniam taśmę. Słucham i spisuję. - To był najszczęśliwszy okres w moim życiu. Ja wychowywałam syna, mąż pracował i na dom przynosił niemało. Wkrótce byłam w drugiej ciąży. Urodziła się córka. Z pieniędzmi jeszcze było nie najgorzej. Ale kopalnia zaczęła upadać. Coraz mniej płacili. Nam urodził się syn. I wtedy zaczęły się problemy. Zenek przychodził coraz częściej pijany. Dużo mówiło się o redukcji etatów. Ze zdenerwowania pokrzykiwał na dzieci. Potem zaczął mnie bić. Mówił, że dzieci są za głośno, że ja za dużo wydaję. Coraz częściej wychodził z domu. Mówił, że tu nie ma z kim pić. Bił mnie jak wracał pijany. Nie chciałam, żeby wychodził to zaczęłam pić z nim. Kiedyś po pijanemu zrobiliśmy kolejne dziecko. Urodziło się z porażeniem mózgowym. Bił mnie za to, że takie dziecko mu urodziłam. Jak z nim piłam to mnie nie bił. Wyrzucili go z kopalni. Żyliśmy z opieki społecznej. - Pani mąż nadal pije? – wiem, że Krystyna od dwóch lat chodzi na terapię. - Pije i bije mnie nadal. - To jak się Pani udawało mieszkać z nim i nie pić? - Za to, że nie piję mnie bił – odpowiada rezolutnie. - A dzieci? - Teraz bije tylko najmłodszą córkę. Ona ma cztery lata. Wymaga leczenia, na które nikt nie ma pieniędzy. Dawniej mąż mógł bić żonę za to, że była leniwa i nieposłuszna. Dziś mąż-alkoholik bije za to, że żona nie chce z nim pić. Mężczyzna od pijącej żony odchodzi, kobieta trwa przy mężu alkoholiku i realizuje się przez cierpiętnictwo. Policja nie interesuje się awanturami domowymi. Kościół uczy o nierozerwalności małżeństwa. Dzieci cierpią w milczeniu. Spora grupa z nich w okresie dojrzewania sięga po alkohol i powiela kulturowe wzorce...
Staram się analizować cytaty, zdanie po zdaniu. Dzielę wypowiedzi na części, z każdej z nich tworzę jeden podrozdział. Podrozdział o ludzkich cierpieniach, potokach wylanych łez, siniakach odciśniętych na skórze. Morze wódki, strumienie jabcoka, ocean denaturatu. Zmarnowane życia ludzkie, które dzieli pochodzenie, status materialny, warunki życia, a łączą procenty, cierpienie i strach. Miesiąc temu dostałam od alkoholika nauczyciela książkę o jego drodze do trzeźwości. Rozpoznałam w nim przyjaciela mego ojca, którego jako dziecko darzyłam szacunkiem i sympatią. Wiecznie wesołego Pana Waleriana. Miał duży sad nieopodal naszego ogrodu, pozwalał dzieciom z sąsiadujących domków zrywać w nim owoce. Zawsze miał czas aby z nami porozmawiać, pośmiać się, powygłupiać. Żałowałam wtedy, że nie jest mym ojcem. Nie zdawałam sobie sprawy, ze wesoły Pan Walerian cierpi, gnije i umiera gdy trzeźwieje. „Cierpiałem wśród ludzi” – czytam w pierwszych wersach podarowanej mi książki – „Cierpiałem by umrzeć, unieść się i przeistoczyć w nowego siebie. Niezależnego od butelki. Poszukującego miłości”. Spotkałam go na jednym z mityngów. Barczysty, ciemnowłosy mężczyzna, nienaturalnie – jak na alkoholika spokojny i refleksyjny. Od razu przyciągnął moją uwagę. Mówił dużo, z rozmysłem, zastanawiał się nad każdym zdaniem, co odróżniało go od skupionych tu mężczyzn i kobiet. Po spotkaniu podeszłam. Nie poznał mnie. Podarował mi książkę, udzielił wywiadu i życzył wielu zawodowych sukcesów. Los człowieka. I znów analizuję. Doktorat. Obiecałam sobie i Jedynemu skończyć pracę do lata. Myślę, że mu mnie brakuje. Nie próbuje jednak rywalizować, bo i z czym miałby rywalizować? Z kawałkiem papieru? Tęsknię za nim. Tęsknię za Nim Dwa. Tęsknię za sobą. Czytam cudze życiorysy, na własne życie nie starcza mi czasu...
Co napisałabym gdybym miała udzielić wywiadu sobie? Jestem córką nadopiekuńczej, neurotycznej lekomanki. Ojca nieobecnego. Żoną Miłego. Byłą kochanką, obecną przyjaciółką Nim Dwa. Twórczynią. Nauczycielką. Feministką. Piję przeciętnie dwa piwa, butelkę wina, sześćdziesiąt kaw i około stu herbat miesięcznie. Kocham się co drugi dzień. Z doskoku piszę powieść. Za ludźmi nie przepadam. Nie liczę kalorii. Nie mam czasu ich liczyć, ledwo go starcza żeby zjeść, nie palę. Na polską Bridget Jones się nie nadaję. Oryginał wydaje mi się infantylny, trzydziestoletni Bobas Jones. Nie cierpię z powodu braku dziecka, nie wiem czy zamierzam się kiedykolwiek na nie zdecydować, nie zamierzam rezygnować z niczego. Żyję zbyt szybko na potencjalną matkę. Lubię kobiety. Fascynują mnie, choć jestem raczej heteroseksualna. Piszę powieść, której pewnie nie zdecyduję się wydać. I wiersze średnio dobre. Od czytania siadają mi oczy. Pewnie będę wkrótce nosić okulary. Mam minimalną liczbę koleżanek i maksymalna liczbę książek, rozrzuconych wszędzie tam, gdzie jeszcze się mieszczą. Raczej nie jestem kłótliwa. Nie pozwalam robić sobie krzywdy. Nie daję się wykorzystywać. Staram się uczyć myśleć i czuć. Maluję. Nie umiem śpiewać. Nic dodać, nic ująć. Obrzydlistwo! Refleksja w dniu trzydziestych urodzin Dziś mam urodziny. Trzydzieste. Nie znoszę urodzin. Nie ma to związku z tym ile mam lat. Po prostu nie cierpię świąt, zwłaszcza takich, które w jakiś sposób dotyczą mnie. Nie dość, że od rana jacyś ludzie budzą mnie telefonami, to jeszcze przez dom przewalają mi się tabuny gości, zmuszając mnie jako solenizantkę do ich obsługi. Przynoszą prezenty, które rozdaję komu sie da, by nie zagracały mej przestrzeni. Zamykam się w domu i próbuję pisać, lecz od pisania wciąż odrywają mnie telefony. Matka. Ojciec. Babcia. Ciotka. Siostra. Każdy życzy mi jak najlepiej. Rutynowo. Zdrowia. Szczęścia. Pomyślności. Stu lat. Uniwersalna hierarchia wartości przydatnych każdemu. W dalszej kolejności życzą mi: dziecka, którego nie planuję; pieniędzy, o które nie zabiegam; domku z ogródkiem, którego mieć nie chcę; pociechy z męża, jakby mąż miał być pocieszny. Twórczej weny nie życzy mi nikt. Bo i po co? W prezencie od Miłego dostaję płytę, od Nim Dwa „Słownik poprawnej polszczyzny”, od siebie dzień wolnego. Z tego prezentu cieszę się najbardziej. Zamykam drzwi i zaczynam pisać zamówiony tekst dla czasopisma literackiego. Temat luźny: Refleksje trzydziestolatki. Co mogę napisać o sobie? Pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy to Bieg.
Biegnę. Nadal biegnę. Za czymś, dokądś, po coś, a może dla samej przyjemności biegu, choć nie bezmyślnej gonitwy. Bieg uniemożliwia stagnację, dając jednocześnie poczucie pełnej kontroli – panowania nad własnym życiem. Można tworzyć w nim myśli, choć płynące zbyt szybko, nieco chaotyczne i poplątane. Kiedyś je uporządkuję, opiszę, ułożę lub o nich zapomnę, zniszczę, wyrzucę. A może ten bieg jest ucieczką przed pałętającą się w mej głowie koniecznością dokonania refleksji nad własnym życiem? Życiem, którym przestają targać rozważania czy żyć jak wszyscy tak zwani normalni ludzie, czy też wybrać nieprzewidywalność, dzikość i wieczny bieg, lecz nie gonitwę... W biegu jem, śpię, tworzę, poznaję ludzi, obserwuję mężczyzn. Mój bieg jest powolny. Przypomina trucht, nie formę wyczynową. Wyczyn jest domeną biegaczy konsumpcyjnych. A jednak łączy nas cecha wspólna, znamienna gatunkowi ludzkiemu – ten nasz bieg. Przewrotność natury ludzkiej czy może raczej wytwór kultury? To co miało stanowić indywiduum mojego istnienia upodabnia mnie do ścigaczy. Biegnę aby żyć, lecz nie chcę żyć w sposób w jaki żyje większość ludzi. Nie szukam stabilizacji, nie chcę stagnacji, we mdłym marazmie nie znajduje poczucia bezpieczeństwa, nie usiłuje mieć na własność drugiego człowieka a dziecięcy infantylizm uruchamia we mnie pokłady lęku przed utratą potencjału, starzeniem się i śmiercią. Dzieci będące dla innych symbolem przedłużenia ich egzystencji, a więc życia wywołują we mnie olbrzymi lęk przed śmiercią własnej twórczości. Mnie tym samym. Drugi człowiek? On jeden, drugi, trzeci, kilku łącznie? Wciąż chciałabym aby żył tak jak ja biegł ze mną, poszukiwał, współistniał, nieustannie tworzył, zmieniał, pytał, błądził by odnaleźć prawdę w sobie. Pech chce, że albo trafiam na ścigaczy, albo „podłoże na biegaczy” nudząc się szybko jego „urabianiem”. „Urabiając”, żyję w poczuciu, że kogoś krzywdzę bo dążąc do tego aby biec ze mną wyzbywa się siebie. I nawet jeśli nie jest tak faktycznie, jeżeli szukał właśnie mnie, żył ze świadomością pragnienia powolnego truchtowego biegu w poszukiwaniu tego, co jest w nim i niechęci do gonitwy nie zmienia to moich odczuć. Sądzę, że są one negatywną konsekwencja tradycyjnego wychowania, drzemiącym gdzieś głęboko we mnie przekonaniem o nierozłączności poczucia kobiecości z domem, ciepłem, stabilizacją, macierzyństwem. Pracuję nad ich rozpoznaniem lecz wyzbyć się do końca nie potrafię. Wracają niczym namolny, zgłodniały, wychudzony, złośliwy komar. Staram się nie obwiniać nikogo za te niechciane pokłady, powstałe we mnie dzięki systematycznej pracy moich rodziców, starających się z całych sił zrobić ze mnie, to co powinno być dziewczynką, by później stać się kobietą. Dawno wybrałam własne szczęście, choć sytuacja ta dodatkowo nasiliła mój lęk przed macierzyństwem. Boję się podobnego dysonansu pomiędzy moim systemem wartości a systemem wartości ewentualnego potomstwa. Uważałabym swe życie za zmarnowane rezygnując z pisania na jego rzecz, by w końcu wychować ścigacza i prowincjonalną kurę domową. Ba! Gdybym w perspektywie miała feministyczną pisarkę lub naukowczynię... ale mimo wszystko wolę wybrać siebie. Pewne przed niepewnością, odkryte przed niezbadanym. Wciąż uważam, że On prędzej czy później pójdzie sobie, więc może to raczej intuicja niż konsekwencje wychowawcze. Wolałabym to później, teraz jestem zbyt rozkojarzona i pochłonięta tym co robię żeby szukać. Może nawet żeby utrzymać coś, co zdaje się znajdować samo; nie do końca chciane, a może właśnie w nieświadomości tego chciejstwa poszukiwane, zaś wywołujące lęk przed tym, iż nie jest tym, czym być się zdaje? Porażka nie mieści się w mojej skłonności do pedanterii i perfekcjonizmu. Powracają wspomnienia, że tamto „coś” nie było jednak pomyłką. Co z tego, skoro nieuchronność losu czy może przeznaczenie nie pozwoliły na kontynuację. Z trudem staram się nie zakląć. Kiedy ból przeradza się z bezsilności w skłonność do przeklinania – oznacza to, że wszystko jest już dobrze. Kiedy skłonność do przeklinania w wypatrywanie czegoś analogicznego jest nawet rewelacyjnie...
- Telefon do Ciebie – krzyczy z pokoju Miły. - Piszę! Miałeś mówić, że mnie nie ma – wrzeszczę tak głośno, że niezależnie od tego kto dzwoni powinien się rozłączyć. - Nie mam pojęcia kto. Jakiś Maciek. Mówił, że to ważne... - Nie znam żadnego Maćka – wkurzona krzyczę do słuchawki. - Hej! Śniegu nie ma, stopniał, nie pachnie... Kiedy przyjedziesz? – łagodny głos współpodróżnego sprawia, że cały mój gniew ulatuje w niebyt. - W przyszłym miesiącu bronię pracy doktorskiej. Przyjadę wcześniej, spotkamy się jeśli chcesz – odpowiadam współpodróżnemu. - Mam udawać, że nie wiem, że masz urodziny? - Tak, jeśli możesz bardzo cię o to proszę. - Brakuje mi ciebie, choć prawie cię nie znam – odpowiada. Nie składa mi życzeń. - Obiecuję, że tym razem się spotkamy. Przepraszam, wciąż się spieszę, też chciałabym z tobą porozmawiać – wyjaśniam. Umawiamy się dwa dni przed obroną. Żegnam się. Odkładam słuchawkę. Wyczuwam zazdrość Miłego. Może przyzwyczaił się do mnie monogamicznej? - To tylko znajomy. Mówiłam ci o nim – tłumaczę się, nie wiedząc z czego i zamykam w pokoju, wracając do pisania. Współpodróżny wkomponował mi się w tekst idealnie. Przypomina hipisa-narkomana. Wypatrywanie czegoś analogicznego. Czy to zdanie nie jest przydługie?, przeintelektualizowane?, zbyt ciężkie. Jeśli pociągnę ten wątek... Mężczyźni, mężczyźni. Piszę. Długimi zdaniami, nie odrywając się od pisania i starając odizolować od otaczającego mnie świata...
[...] Nie lubię biegać sama. Może to moje odwieczne zaburzenia orientacji w terenie wywołują poczucie, że się zgubię? Albo stadna natura odziedziczona po przodkach nie zniszczona do końca przez superego? A może bardziej prozaicznie – energia seksualna, nakazująca szukać samca? Ale przecież nie chodzi tylko o tą energię. Samowystarczalność człowieka przy różnorodności dóbr z seks-shopu mogłaby okazać się konkurencyjna. Seks pozbawiony jakichkolwiek emocji poza czystą rozkoszą, interesujące, zwłaszcza na początku... Co dalej? Subtelny dotyk gumy? Delikatne otarcie policzkiem o rozgrzany plastik dmuchanej lalki? Dłoń przesuwająca się obok korka, by wypuścić powietrze? Taka wizja romantyzmu we dwoje odpowiadałaby postmodernistom, hamburgerowa miłość, fastsex bez ryzyka chorób zakaźnych, niepożądanej ciąży. Epoka uczuciowej lodowcowości nie została stworzona dla biegnących truchtem. Trucht pozostawia czas na emocje, dreptowaty bieg chodnikiem pozwala przypomnieć sobie zapach. Wspomnienia drażnią powonienie wywołując potrzebę powtórki. Bieg psuje jednak nadmierne rozkoszowanie się wspomnieniami, nie pozwalające stopić w jedność z nowym, drugim bytem. Biegnąc po trawie czuję jej kosmyki, ocierają się o moje buty, obcasy wgniatają się w ziemię drążąc w piasku rysy racjonalności. Zapadam się w malutkie dołki, grożą mi złamaniem nogi i przypominają o racjonalności. A może ostrzegają przed nadmierną jednością tych, których do biegu pcha dążenie do niezależności i indywidualizmu, a te wydrążone dołki to symbol potknięć innych przemierzających drogę? Ilu było ich przed nami, ilu będzie za nami? Dwójki, trójki pogrążonych w namiętności biegaczy, których żywot wypełnia pasja tworzenia, wizja uczuciowej doskonałości, drapieżnej rozkoszy i nieuchronnego przemijania uczuć. Przyczyna czy skutek biegu? Nie raczej skutek, o przyczynach było na początku... Biegnę więc dalej, często sama, rzadziej dołącza się przypadkowy przechodzień. Infantylna wręcz ufność w pozornej nieufności a może poszukiwanie psychicznej bliskości z drugim człowiekiem, wywołują zbyt szybkie przywiązanie. Co mi po nim, skoro przechodzień zawsze okaże się przechodniem na nieznanej trasie? Początkowo biegniemy razem. Dla niego trasa stanowi odskocznię od codzienności stadnej egzystencji, zaś dla mnie przemierzanie jej stanowi sens życia. Mijamy domy, pola, łąki, drzewa. Mijamy – pogrążeni w myślach, każde w swoich, zastanawiając się o czym myśli to drugie. Potrzebuję towarzystwa aby choć czasami czuć się rozumianą. On potrzebuje odmiany, żeby nie zwariować z powodu rutyny i marazmu. Oboje przeczuwamy od początku szybki kres wspólnego biegu. Czuję się szczęśliwa, że mnie nie dotyczy wybór pomiędzy sobą a „normalnością”. Patrzę na „normalność” w jego wydaniu, tak do niego nie pasującą, w tym przypadku zdaje się być za późno. Źle czy dobrze, że nauczył się biec przy mnie? Potraktuje bieg jak przygodę lub będzie mu znacznie trudniej niż przed jego rozpoczęciem[...].
W zasadzie dlaczego piszę o Nim Dwa? Czemu uważam, że wywieram wpływ na jego życie? Myślę o nim. Tęsknie. Jednak nie dzwonię. Czekam aż zadzwoni pierwszy. Czasem dzwoni. Dziś przyniósł mi prezent. Złożył życzenia. Wypił kawę. Zjadł ciasto. Wyszedł. Kochanek-Przyjaciel. Przyjaciel. To miało być o mnie. Tylko o mnie. Moje przemyślenia. Normalność...
[....] Nie pozwoliłam wchłonąć się normalności, choć normalność i po mnie wysunęła swoje macki. Cóż jej z tego? Parę zerwanych więzi, utrata znajomych, kilka formalno-prawnych kwitów, mniej lub bardziej niepotrzebne przedmioty, poczucie odmienności dające życiową siłą. To nikłe koszty, biorąc pod uwagę to, co miałam do stracenia. Siebie. Kim byłabym wówczas, gdybym uległa fascynacji wyciągniętych macek? Sfrustrowaną żoną i matką gromady infantylnych dzieci, powstałych z płodów, poczętych przy zgaszonym świetle w pozycji klasycznej przedniej? Ubezwłasnowolnioną utrzymanką jakiegoś mniej lub bardziej porządnego gościa? Kobietą sukcesu padającą wieczorami z nóg w pogoni za materialnym sukcesem? Może wybrałabym którąś z opcji rozpropagowanych społecznie, a potem uciekła z powolnym biegaczem lub też trwała w niej bez świadomości pustki? Ale czy brak świadomości pustki potrafiłby zapewnić szczęście? Może i tak. Całkiem mądrzy ludzie próbują „normalności”. Często staram się pokazać im inną drogę, co umożliwia wykonywany przeze mnie zawód, nie zawsze wiem, po co to robię. Czy chodzi tu o świadomość wyboru konwencjonalności bądź niekonwencjonalności? Czy o egoistyczne dążenie do znalezienia się wśród podobnych sobie? Co jest konwencją, skoro pokazuje ją osoba niekonwencjonalna, dla której konwencją jest owa niekonwencjonalność? Starając się wyjść z tych rozważań za konwencję uznaję normę (choć z mojej perspektywy większość z nich jest nienormalnych), niekonwencjonalność może być przeciwieństwem konwencjonalności albo zlepkiem składowych części konwencjonalności oraz niekonwencjonalności [...].
Chce mi się pić. Zawsze gdy piszę, odczuwam pragnienie, jakby moje nienasycenie płynem, przypominało o nienasyceniu własną twórczością. Nigdy nie poświęcam jej tyle czasu, ile poświęcić bym chciała. Rozpraszają mnie codzienne czynności, które wykonać muszę, a na wykonanie których szkoda mi czasu. Twórczość utrudnia praca zawodowa. Ostatnio wyczerpuje mnie do tego stopnia, że ciężko mi zbudować zdanie. Zdania. Myśli. Słowa. Idę do kuchni. Biorę szklankę mleka i stawiam ją tuż obok komputera. Popijam małymi łykami. Naciskam klawisz. E jak egoizm. Egoizm?
[...] Egoizm biegnąc truchtem mam wpisany w naturę. Dążąc do własnej szczęśliwości odrzucam normę bycia podobną. Rezygnuję tym samym z chęci przypodobania się ogółowi, który szybko odrzuca mnie (z wzajemnością), bo budzę w nim lęk lub zazdrość. Zazdrość zdaje się być tu uczuciem pozytywnym. Świadczy o dążeniu do niekonwencjonalności przy konwencjonalnej postawie życiowej, po części wynika zapewne z tchórzostwa. Tchórzostwo zaś z ludzkiego dążenia do bezpieczeństwa, komfortu, godziwej egzystencji. Moja egzystencja jest godziwa, pomimo, że nie mogę być tchórzem, narażona na akcentowanie swej odmienności lub też ochronę odmienności przed wpływami z zewnątrz. Zawsze zabawnym wydawał mi się fakt swoistego nawracania mnie na „dobrą drogę”. Dobrą dla kogo? Co oznacza słowo „dobrą”, skoro dla mnie mogłaby okazać się złą? Skąd bierze się lęk przed biegaczami? Z nieuświadomionych pragnień bycia jednym z nich, a może też z nadmiernego przywiązania do tego co proste, jasne, klarowne. Pewnie z obu tych powodów... A może inne rozwiązanie? Zmiana koncepcji wychowawczej i celowe kształtowanie osobowości biegaczej? Tylko czy nasze rodzime drogi nie okazałyby się zbyt pokrętne a ścieżki zbyt wąskie na przyjęcie zbiorowości złożonej z ludzkich indywiduów? Tak stałoby się zapewne. Ktoś na początku musiałby je przebudować, poszerzyć, zmodernizować. A gdyby tak się stało, biegłabym obok całego tłumu podobnych sobie, choć nie takich samych. Pewnie nawet wystarczyłoby nam rozgałęzień drogi. Na mojej stanąłby znów ktoś idący lub powolnie biegnący w tą samą stronę. Uśmiechnęłabym się do niego. On zapewne odpowiedziałby tym samym, być może okazałby się tym odważniejszym? Powiedział parę słów, zdań, zwrotów grzecznościowych, lub rozpoczął dyskusję wypowiadając refleksję zbliżone do moich. Poczułabym wtedy bliskość i jedność z nim? Czy ograbienie z indywidualizmu? Po pewnym etapie podejmowania prób dostosowania się do otaczającego świata, budujemy w sobie akceptację własnej inności, upodobanie jej, ukochanie, poczucie bycia ponadto, przyglądania się ludziom z pozycji obserwatora. Niektórzy, może ci bardziej wybitni, odczuwać mogą nawet pogardę wynosząc się na piedestał. Wskazywałoby to na fakt, że powolne biegactwo stanowi rodzaj buntu przed zanikiem indywidualizmu i niezależności. Pewnie tak jest w istocie. Nie ma dwóch takich samych indywiduów. Sama niezależność prowadząca do zbuntowania bez indywidualizmu nie byłaby twórcza. Tak jak twórczym nie może być anarchizm, choć stanowi podłoże do budowy czegoś nowego [...].
Tym razem słyszę ciche pukanie do drzwi. - Otwórz – krzyczę, by przekonać się, że Jedynego nie ma już w domu. Otwieram więc sama. Widzę młodego mężczyznę, w sztucznym czarnym garniturze, niegdyś białej koszuli i ciemnobrązowym krawacie nachlapanym w czerwono-brunatną krateczkę. W ręku trzyma coś udającego męski skórzany neseser i sportową fioletową ortalionową torbę z supermarketu. Równie tanią, jak niepewną. Nierozsądna jakość za rozsądną cenę, adekwatną niestety, do jakości. Nie mam wątpliwości. W drzwiach stoi akwizytor, który zapewne spróbuje sprzedać mi miotełki do kurzu albo lep na mole. - Dzień dobry. Nazywam się Karol Rewert – podaje mi rękę. - Nie chcę nic kupić – odpowiadam cofając w głąb domu i przygotowując do zamknięcia drzwi. - Nie zamierzam nic sprzedawać. Pragnę tylko zaprezentować Szanownej Pani towary naszej firmy „PlastiMol”. - Plasti-co? – nazwa kojarzy mi się z plastikiem na mole. - „PlastiMol” – odpowiada z dumą w głosie Karol Rewert. W uśmiechu pokazuje szereg białych zębów spomiędzy których wystają resztki spożytej w pośpiechu bułki z makiem. Ziarnka maku na białym szkliwie zębów są równie niechlujne jak prezentowane towary „Plasti-coś”. Czy firma wyprodukowała również jego strój służbowy? - Mamy nożyki do cięcia wszystkiego. Siedem sztuk, do których dołączone są łyżki biwakowe i termosy do ciepłych i zimnych napojów, opracowane według najnowszych technologii europejskich. - Co oznacza wszystkiego – czepiam się do słówek. Nie lubię uogólnień. - Tną drewno, metal, stal, skórę – od razu widać, że dobrze opanował broszurkę dostarczoną na akwizytorskim kursie. - Tną też ciało? – pytam z zainteresowaniem. - Nie próbowałem, ale tną wszystko! - A zatrzymują krwawienie po rozcięciu skóry? – z zaciekawienia błyszczą mi oczy. - Nie wiem – najwyraźniej zbiłam go z tropu. Na kursie nie uczyli postępowania z klientką-psychopatką. - A nie niszczą się kiedy przecina się ludzkie mięso? - Nie, raczej nie – jest wyraźnie zakłopotany. - A czy dobrze filetują je od kości? – z trudem staram się zachować powagę. - Nie próbowaliśmy. W zasadzie ja już muszę iść – cofa się, pakuje nożyk. Na pożegnanie nie podaje mi ręki. Zupełny brak ogłady. Poszedł. Mogę wracać do pisania.
Osada dla biegaczy. Pomysł z osadą wydaje mi się dobry. Kto miałby w niej mieszkać? Kobiety, mężczyźni, dzieci.
[...] Mogłabym też stworzyć swoistą enklawę powolnych biegaczy, kobiet i mężczyzn, dorosłych i dzieci, żyjących w symbiozie, twórczych, niezależnych, niezdolnych do agresji, wolnych od modyfikowania swych stanów świadomości. Tak. Niewielka osada samych indywiduów mieszkających we własnych domach mogłaby być ciekawa, zwłaszcza jeśli nie naruszaliby wzajemnie granic własnej prywatności, a spotykali wówczas gdy tego zapragną. Pełna akceptacja indywidualnych zachowań. Przyjęcie, iż wartością każdego z nas są właśnie różnice. Różnice nadające charakterystyczny rys naszej osobowości, choć łączą nas jako aglomerację wspólne cele i pragnienia. Zasady funkcjonowania takiej osady dostosowane byłyby do potrzeb mieszkańców i modyfikowane w miarę jej rozrostu. Taka osada odmieńców zapewne budziłaby zainteresowanie reporterów – czatujących w pobliskich krzakach na choćby jeden przejaw dewiacji, mający wykazać wyższość normy nad niekonwencjonalnością. Tym samym utwierdzić szerokie masy w przekonaniu, że to co tradycyjne góruje nad tym, co nowatorskie. Dewiacji tu jednak nie zastaną. Jest ona obca skupisku indywiduów skoncentrowanych na własnych przemyśleniach, poszukiwaniu sensu i koncepcji egzystencji [...].
A rodzina? Może jednak rozważyć w tym tekście życie w rodzinie. Tekst miał być w założeniu adresowany do kobiet w moim wieku. Chwilowo nie mogę zebrać myśli. Kręcę się po domu to tu, to tam. Wychodzę do sklepu. Przygotowuję obiad. Dzwonię do Miłego, żeby sprawdzić gdzie jest, kiedy wyszedł i kiedy wróci. Jest w pracy. Pracuje na zmiany. Nigdy nie pamiętam kiedy. Jem sama, pośpiesznie, byle jak. Nie lubię samotnego jedzenia. Jest w nim jakiś chłód, bezemocjonalność, obojętność. Nawet najlepsze potrawy nie smakują mi tak, jak te spożywane z kimś. Pustka. Brak domu. Jeśli dom to kameralny. Jeśli rodzina małodzietna i małopokoleniowa. Raczej rodzina z wyboru niż biologiczna. Mam negatywne doświadczenia z rodziną biologiczną. Nie mogę na nią liczyć. Przyjaciele są zawsze.
[...] Ciekawe czy mogłabym spróbować biegactwa rodzinnego? Nie, to chyba niemożliwe. Ludzkie dążenie do przebywania w stadzie zawsze pozostawało w mym przekonaniu niewyjaśnioną zagadką. Obrzydliwe spotkania rodzinne, pełne właściwie obcych sobie, przekrzykujących się ludzi. Stada przewijających się wujków i cioć, którzy chcąc wydawać się rodzicom mili za wszelką cenę starali się mnie pocałować. Głupkowate rozmowy mające na celu wykazanie innym wyższość jednej rodziny nad inną. Stosy marnotrawionego jedzenia, którymi później karmiłam okoliczne koty mieszkające pod śmietnikiem. Idylliczna wizja drobnomieszczańskiej szczęśliwości, w której z racji tak zwanej dorosłości na szczęście nie muszę uczestniczyć. Nie, biegactwo rodzinne jest zupełnie nie do przyjęcia! Rodzina kojarzy mi się z czymś hałaśliwym, utrzymywanym sztucznie, pełnym nieprzyjemnych obowiązków i niepotrzebnych ograniczeń. Mini-więzienie dla ludzi o osobowości psa. Jeśli już, to partnerstwo niekonwencjonalne, choć raczej z kimś podobnym sobie, niż przypadkowym przechodniem spotkanym na drodze [...].
I znów dzwonek telefonu. Od lat pracuję w domu o stałej popołudniowej porze. Jednak większość ludzi nie szanuje pracy twórczej. Rodzinie, sąsiadom i współpracownikom wydaje się, że skoro nie siedzę przez osiem godzin dziennie przy biurku w urzędzie to znaczy, że nie robię nic. „Pisze, coś tam sobie pisze!” To nic takiego. Można odebrać, załatwić, zrobić i pisać dalej. Nienormowany czas pracy pozwala na to. Tylko, że po czwartym telefonie i trzeciej wizycie akwizytora, zabierających mi łącznie jakieś trzy godziny ze złości nie napiszę już nic... Nie odbieram. Nie ma mnie, choć jestem. Ktoś kto nie pracuje twórczo raczej nie będzie w stanie tego zrozumieć. Nie odbierasz, przecież byłaś? – słyszę z ust ich ludzi normalnych, nie tracących czasu na „głupoty-tworzenie”. Pisałam – odpowiadam. Pisałam. A pisałaś? – ton głosu wyraża coś na kształt politowania dla ludzkiej głupoty, skrywanej pod płaszczykiem zrozumienia. Gdybym robiła coś, w ich mniemaniu, ważnego. Zakupy, obiad, karmiła dziecko mogłabym nie odbierać. A ja tylko pisałam. Nienormalne zachowanie kobiece. Piszący mężczyzna wzbudzałby szacunek. Nie wolno mu przeszkadzać! To pisarz! Tym razem odbieram. Mam urodziny. Ktoś chce złożyć życzenia. Solenizant powinien być, nawet jeśli ma ochotę schować się pod kanapę. Odbieram. Dzwoni Anka. - Hej! – mówi Anka. - Hej! – odpowiadam. - Mam jutro wernisaż. Przyjdziesz? O dwudziestej na Zamku. - Przyjdę – odpowiadam. - Co robisz? – pyta dalej. - Piszę coś na kształt eseju do „Literatury i My” – mówię do słuchawki. - Tematyczny? - Tak, ale temat mogłam wybrać sama. Rubryka „Refleksje kobiety”. - Nie lubię tego pisma, a ty? - Ma duży nakład. Liczę na to, że pomoże mi zaistnieć – jestem przesadnie szczera. - Tak, na moją wystawę wybrali średnie obrazy. Ale to pierwszy poważniejszy wernisaż – zwierza się ona – No to nie przeszkadzam. Sama nie lubię kiedy przerywa mi się pracę. Przeważnie nie odbieram jak maluję. - Ja też, ale mam urodziny – w zasadzie po co się przyznaję? - A lubisz życzenia? - Nie znoszę! Nie składaj! – proszę ją z nadzieją, że zrozumie. - W porządku. To do jutra. Szybko kończy rozmowę. Anka – przyjaciółka plastyczka. Niezwykła inteligencja, talent, uroda... Gdybym mogła te cechy znaleźć u jednego mężczyzny... Kobieta?
[...] A może spróbować biec z kobietą? Wspólne doświadczenia wynikające z życia w społeczności patriarchalnej dostarczyłyby nam wielu tematów do rozmów. No dobrze, i co dalej? Bliskość innej kobiety być może zdołałaby chwilowo skompensować brak mężczyzny. Ale i tak byłaby to w moim przypadku jedynie forma kompensacji... Czy nie dołączyłaby się tu rywalizacja o względy napotkanych osobników męskich? W sumie ich sferą cielesną jestem w stanie się podzielić, lecz sferą emocjonalną dzielę się nader niechętnie. To jakaś ambiwalencja. Pragnienie wyłączności emocjonalnej przy całkiem niezłym treningu w darzeniu uczuciem kilku mężczyzn jednocześnie. Z drugiej strony wspólnota samczyków byłaby całkiem dobrym rozwiązaniem. Zajęci swoim światem nie naruszaliby mojej przestrzeni. Wolałabym jednak enklawę osadniczą lecz nie komunę, lub bieg w towarzystwie osób zróżnicowanych płciowo [...].
Znowu chce mi się pić. Wstaję i idę do kuchni. Fuj! Cały zlew zmywania. Coraz trudniej mi pogodzić myślenie, pisanie, malowanie i wykonywanie nudnych codziennych domowych czynności. Domowe czynności rozpraszają mnie. Wydają się zbyt przyziemne żeby zawracać sobie nimi głowę. Moje myśli pochłaniają mnie do tego stopnia, że nie mogę skoncentrować się na zmywaniu – przeważnie coś tłukę. Przeliczam cenę zmywarki na ceny paczek z książkami zamówionych w internetowej księgarni. Pozmywam. Jakoś nie lubię papierowych talerzy, trącą bylejakością, fast-foodem. Wyglądam przez okno. Niebo zaczyna zaciągać się chmurami. Zaraz spadnie deszcz. Deszcz. Zabieram pranie z balkonu. Parzę kolejną kawę i wracam do pisania. Bieg. Zaczyna mi się podobać. Może opisać swój tryb życia? Otoczenie? Nie, lepiej jedno i drugie!
[...] Na razie jednak biegnę samotnie, nasłuchuję szumu jezior, obserwuję targane wiatrem drzewa. Przechylają swe rozwidlone gałęzie raz w lewo, innym razem na prawo, chcą tym samym odstraszyć przechodnia i pokłonić się nisko do samej ściółki przypadkowemu biegaczowi. Wieczorami rozgniewane podmuchem wiatru powoli zrzucają liście, przykrywając nimi drogę. Kiedy nastanie świt ktoś rozgarnie liście butami, torując sobie własną, niepowtarzalną ścieżkę życia... Chmury tańczą na niebie unoszącą się skondensowaną parą, śnieżnobiałe lub brudnoszare, rozgniewane nijakością otaczającego świata. Z wyraźnym obrzydzeniem za słońce. Cóż może je tutaj brzydzić? Przystaję, rozglądam się dookoła. Domy, samochody, sklep, piaskownica, plac zabaw – niby tak jak wszędzie, ale w powietrzu czuć tandetę, bylejakość, niedbałość rodem z supermarketów. Osiedle jakich wiele lecz ta bylejakość nie pasuje do pięknego leśnego krajobrazu. Ludzki towar z „TIP-em” tanie i pewne, tylko dziś, zaraz, za chwilę, za pół ceny, ostatnie pięć minut... Pokolenie konsumentów nastawione na pomnażanie dóbr i rozmnażanie się. Średnio inteligentne lecz nie upośledzone, posiadające trochę materialnych rzeczy, więc nie ubogie, wyhodowane bez znamion niekonwencjonalności i tak samo hodujące swe dzieci – hałaśliwe, niepiękne istoty, choć nie rażące przesadną szpetotą. Zapewne zastanawiają się nad sensem naszej egzystencji, tak jak my nad sensem ich egzystencji. Niespecjalnie dziwi mnie reakcja chmur, czasami także próbuję się schować, uciec z dala od zgiełku do leśnej głuszy, byleby dalej od tzw. „normalnych” ludzi, byle bliżej roślin oraz zwierząt. Słońce obejmuje chmury pozwalając im schronić się za sobą, wysuwa się naprzód; podobnie jak mężczyzna chowający kobietę za plecami w sytuacji zagrożenia. Ufa własnej sile. Czule pieści promykami zielonożółte liście. Pogodne, przyjazne, życzliwe zarówno mi jak i ścigaczom. Może to, co uważamy za przejaw pogody, to nazbyt silne słoneczne promieniowanie jest przejawem buntu przed pokoleniem konsumentów niszczących środowisko tonami zużytych plastikowych butelek, woreczków, opakowań? Skąd wzięła się moja niechęć do konsumentów skoro sama wyrastałam w ich społeczności? Może wywołuje ją potykanie się w lesie o porozrzucane puste butelki? Może ich hałaśliwość przypominająca wszem i wobec o tym do kogo należy świat lub moja niechęć do agresywnego stylu życia? Gdyby udało się stworzyć osadę powolnych biegaczy... Wtedy wyzwolilibyśmy się od konieczności współbytowania z nimi. Marzenia biegacza przystającego [...].
Biegacz przystający? Podoba mi się to określenie. Czy ja mam ostatnio czas na to, żeby przystawać? Litery zaczynają mi skakać przed oczami. Patrzę na wygaszacz ekranu komputera. Rybki pływają spokojnie, leniwie, w takt grającej muzyki. Równie naturalne jak naturalnie malinowa jest pita przeze mnie herbata. A jednak robi mi się zimno, mimo wiosny. Może moja alergia daje o sobie znów znać? Niechęć do urodzin. Urodziłam się to prawda, raz i na zawsze, będę żyć dopóki nie umrę. Nie zrobiłam w tym dniu nic wielkiego, przynajmniej nie pamiętam. Wszyscy, którzy składają życzenia mnie, powinni składać je mej matce, męczącej się trzydzieści lat temu na sali porodowej. Kobieta rodzi, dziecko zbiera laury, mężczyzna opija narodziny dziecka i gdzie tu logika? Kobieta zbiera laury, dziecko opija swe narodziny, mężczyzna rodzi? Też nie pasuje. Jak wyglądałby świat gdyby to mężczyźni rodzili dzieci. Czy więcej byłoby żłobków? Czy cofano by dotacje na poradnie laktacyjne? Czy środki antykoncepcyjne byłby płatne? Dziecko się rodzi, kobieta pije, mężczyzna zbiera laury? Też niedobrze. Rybki w akwarium. Kobiety w naszym społeczeństwie przypominają akwariowe ryby. Powinnam się cieszyć, że nie urodziłam się w Egipcie, przynajmniej mam łechtaczkę i mogę się uczyć. Po co komu poradnia laktacyjna?! Zamiast niej można byłoby wprowadzić dotacje na samochody dla przedstawicieli rządu? Dom. Patrzę na ściany. Niebo i słońce.
[...] Czasem chowam się przed nimi jak słońce za chmurami nocy, rolę chmur spełnia mój dom. Niebieskie i żółte ściany symbolizować miały w zamyśle słońce i niebo, upamiętniając tym początek oraz koniec dnia. Otwarte przestrzenie – zacierać granicę pomiędzy dniem a nocą. Noc wydaje się jednak ciekawsza, kusi ciszą, błyszczy gwiazdami, uspokaja ciemnością, otula bezruchem. Może lepiej byłoby biec w nocy? Wstawać gdy inni kładą się spać, a kłaść się spać gdy wstają. Rozwiązanie genialne zwłaszcza w okresie letnio-wakacyjnym, swoista profilaktyka bylejakości. Dorosłość wymaga niestety obecności dziennego światła i nie pomogą tu najlepsze żarówki wkręcone do lamp [...].
Dorosłość. Pamiętam jak wspólnie z hipisem chcieliśmy żyć w nocy. Wychodziliśmy z domu późnym wieczorem i spacerowaliśmy nocą. To był okres końca komuny. Spotykaliśmy na swej drodze różnych ludzi: życiowych rozbitków, meneli, poszukujących, bezdomnych. Rozmawialiśmy z nimi i wtedy poznałam reguły rządzące życiem innych ludzi, żyjących życiem jednego dnia. Dziś spałeś, jadłeś, nikt cię nie skrzywdził, dali na flaszkę – jesteś szczęśliwy. Jutra nie ma, bo i po co? Hipis postanowił też zbadać prawa rządzące tłumem, mieliśmy ustawić się w kolejce po coś i zobaczyć, co będzie się działo. Stanęliśmy pod kioskiem „Ruch-u”, tworząc prawdziwy ogonek, on z przodu, ja z tyłu, po chwili podszedł ktoś. Wyjaśniłam, że stoimy w kolejce po sznurowadła, bo wycofują je ze sprzedaży a wiązanych butów nie będą już produkować, tylko sprowadzą na przylepce. Nic bardziej kretyńskiego nie przyszło mi do głowy. Po kilkunastu minutach po sznurowadła stała już kilkunastoosobowa kolejka, czekając aż otworzą kiosk, zajęliśmy kolejkę i uciekliśmy. Dalsze losy sznurowadeł są mi nieznane. Dziś i tak mam buty na przylepce – w biegu nakłada się je szybciej. Żyję w dzień.
[...] Poruszam się w dzień, dzieląc go na części: najmniej przyjemną – rano, przyjemniejszą – południe, całkiem przyjemną – popołudnie, wspaniałą – wieczór. Rankiem bieg jest najszybszy, lecz rutynowy. Budzik brutalnie dzwoni, przenosząc mnie ze stanu błogiego rozleniwienia do obrzydliwego realizmu pospiesznie wykonywanych czynności. Zegarek solidaryzuje się z budzikiem sugerując, że na to co miłe przyjdzie czas potem. Czasem wbrew ich złośliwości postanawiam zamienić owo potem w prozaiczne teraz przy wydatnej pomocy współbiegacza, by później w myślach dziękować temu, kto wymyślił usługę radio-taxi. Przypominający sport wyczynowy bieg do taksówki wzbudza mało twórcze rozważania kierowcy dotyczące „kobiecej natury”. Samochód przemierzając nieco zakorkowane ulice przenosi mnie do świata młodzieży, która, przynajmniej teoretycznie łaknie wiedzy. Lekko nieprzytomna zmuszona do nienaturalnej dla mnie porannej aktywności intelektualnej przez pierwszą godzinę mam ochotę odesłać ich w przysłowiową cholerę i wypić kolejną kawę albo chociaż rozsiąść się wygodnie w ostatniej ławce, by powoli rozbudzać swój umysł. Niestety, teraz to ja jestem tą, która ma być aktywna. O ironio losu! No dobrze już, spróbuję... Po kilku minutach towarzystwo zaczyna mówić, początkowo refleksja nasycona jest pewną porannością, później poziom dyskusji wzrasta. Najbardziej męczy o tej porze dnia konieczność samokontroli wynikająca ze świadomości, że jest się obserwowaną. Sama pamiętam z czasów szkolnych wszechogarniającą nas radość, wynikającą z założenia przez nauczyciela przybrudzonego pastą do zębów krawata lub z tego, że jakaś kobieta rozmazała sobie makijaż. Pozycja obserwatora zdawała się być tu zdecydowanie ciekawszą, niż pozycja obserwowanego. Ale przecież ja także obserwuję ich – uczniów. Przyglądam się bacznie, przysłuchuję rozmowom, choć inaczej niż oni przyglądają się mnie. Pokolenie współczesnych X, niedobitki Y, Z jak na lekarstwo... Usterka transformacji a ja pełnić mam rolę majstra? Tylko w stosunku do kogo? Są lepiej przystosowani do realiów współczesnego świata niż ja sama. Wielu z nich zajmie czołowe miejsca na mecie szczurzego wyścigu. Może wyłonię wśród tego tłumu potencjalnych kandydatów na powolnych biegaczy, by za jakiś czas pokazać im rozwidlenia dróg? Tak upływa i południe... Jest ono najbardziej twórczą porą dnia, zamykam się w pokoju, chcę być sama, pisać. Intymne przemyślenia przekształcam teraz w słowa, te zaś w zdania a następnie w strony. Zamieniam je w zadrukowane pliki kartek, z których nieliczne dotrwają do wieczora a reszta polegnie w pobliskim kartonowym śmietniku. Poprawki do poprawek, wersje kolejnych wersji... Obrzydliwe dążenie do perfekcji męczy mnie samą...[...].
Dzwonek domofonu. Miły wraca z pracy. Cieszę się, choć wolałabym żeby wrócił jak skończę pisać. W samotności pisze się lepiej, teraz muszę na moment opuścić ją, wyjść, otworzyć, przywitać się, dając mu namiastkę domu. Niedomowa kobieta udomowiona. Jednak przyzwyczaił się. Wita mnie od progu: - Skoczyć kupić coś do jedzenia, czy wychodziłaś? - Wychodziłam, ale mógłbyś skoczyć – przyznaję. - To idę do sklepu, też coś chcesz? - Colę – odpowiadam, choć wiem, że nie powinnam jej pić. - Light? - Tak i może jeszcze jakieś owoce. Zabiera siatkę i wychodzi. Czekam aż wróci. Nie chcę siadać do pisania, skoro zaraz musiałabym je przerwać. Wraca. Robimy kolację, po której znów siadam do pisania. Przygląda się co robię. Piszę zatem o nim, aby nie poczuł się urażony i by podkreślić jego rolę w mym życiu.
[...] Czasem wieczorem puka On-współbiegacz, sprawdzając co robię, daje mi do zrozumienia, że znowu siedzi sam. Moje myśli, książki i pisanie pochłaniają mnie do tego stopnia, że niewiele zostaje mi czasu, energii i chęci na współbycie z kimkolwiek, nie umiem jednak być sama. W zasadzie przystosował się do mojej izolacji, nie stara jej zakłócać, pozwala mi wychodzić kiedy zechcę i chować się wówczas gdy zechcę. Sam zachowuje się podobnie. Odpowiada mi to, do tej pory głównym problemem w relacjach ze współbiegaczami była zazdrość, nie o mężczyzn lecz o niemożność dotarcia do mojego świata. A może o to, iż ktoś inny zajmuje w nim wyższą pozycję?[...]
Kładzie mi rękę na ramieniu, drugą czuję na nodze, rywalizuje z komputem o moje względy. - Długo jeszcze będziesz pisała? - Nie, krótko – odpowiadam, bo dotyk sprawia mi przyjemność – Już kończę. Dłoń sięga wyżej. I jak mam dojść do konkluzji swojego biegu, skoro najchętniej doszłabym do czegoś innego? - Przyjdziesz do mnie? - Zaraz, ostatnich parę zdań – mówię, jednak nie odsuwam jego rąk.
[...] Tak upływają dni, miesiące, godziny. Może za kilka lat spojrzę w lustro i poczuję upływ czasu a mój bieg stanie się jeszcze wolniejszy lub znudzę się nim całkowicie, by zamienić na powolny chód? Na razie jednak biegnę, zamyślona nad sensem biegu, samotna – choć nie sama. Mijam domy, drzewa, rośliny, zwalniam przed przejeżdżającymi samochodami, by przyspieszyć przed niepożądanym przechodniem. Staram się czuć zapach, rozkoszować smakiem, przyjmować i oddawać dotyk, przeżywać rozkosz, uciekać przed zimnem. Biec ze świadomością spełniania się w tej czynności i świadomością możliwości zaprzestania jej, zmiany rozwidlenia drogi lub też zgłębienia jej. Dokonując wyboru tego, co zdaje się być najlepszym, umożliwiającym realizowanie się, osiąganie pełni człowieczeństwa. W biegu rozwijam się, dojrzewam, zmieniam, modyfikuję, Zmęczona zaś przystaję, zwalniam, zasypiam aby wypocząć, wstać i odnaleźć nowe rozwidlenie drogi. Czerpię z niego energię do życia, choć zapewne po rozpoznaniu dróg, mój bieg straci atrakcyjność, by ustąpić miejsca niepoznawalnemu. [...]
- Jesteś pewna, że chcesz dalej pisać? – pyta. - Jestem – odpowiadam – Ale zostań tak. - Jaki sens będzie miało to co napiszesz? - Sens, o właśnie! – brakuje pytania o sens. Czuję w dole brzucha ciepło rozprzestrzeniające się na całe ciało.
[...] Czasem przypominam sobie twoje pytanie o to, jaki sens ma bieg, skoro wcale nie musi prowadzić do celu? Dlaczego sens miałby mieć cel, jeśli jego osiągnięcie zniweczyłoby przyjemność płynącą z biegu? Celem biegu jest czerpanie sensu z jego przyjemności, tak pojęty cel jest zaledwie pośrednim efektem wykonywanej czynności. Zbyt wielu ludzi dąży obecnie do osiągnięcia celu, tracąc sens samego rozkoszowania się przemierzaniem, smakowaniem, dotykaniem czy wąchaniem lecz czy w takiej sytuacji odnajdują faktycznie przyjemność w osiągnięciu celu? Czy osiągnięcie celu zapoczątkowuje lawinę planowania innych? Moim celem jest odnajdywanie radości w przemierzaniu, choć lubię późniejsze formy gratyfikacji bardziej niż ich brak. Bogactwo przemierzania, wartościowe w pozornym braku swej celowości, będące samo w sobie celem stanowiącym o sensie biegu. Bez oczekiwania splendoru, tłumu, wymuszonych oklasków, przyciężkawych medali. Bez mety. Bieg dla przyjemności biegu, będący sensem egzystencji. Życie w nieustannym przemierzaniu dróg. [...]
Ciepło. Bezpiecznie. Zdejmuję sukienkę i siadam na biurku. Bieg. Pięknie uwieńczony celem. Do przodu, do tyłu, na boki. Blisko. Bliżej. Najbliżej. Przytulam się. Odtulam. Archiwizuję tekst. Drukuję go i czytam. Nie jestem pewna czy nadaje się na refleksje trzydziestolatki. Chętnie porozmawiałabym z kimś na jego temat, niestety nikt z mych przyjaciół nie pisze prozy ani poezji. Zostaje zatem samokrytycyzm, tylko jak odnieść się z dystansem do cząstki własnego życia. Czytam zdanie po zdaniu, nanoszę poprawki, kreślę, wyrzucam akapit, poprawki do poprawek, dążenie do perfekcji... Zmęczona kładę się spać. Trzydzieste urodziny mijają spokojnie.
Rano przesyłam e-mailem „Bieg” do miesięcznika „Literatura i My” czekając z niepokojem na opinię redaktor naczelnej. Opinia przychodzi wieczorem, mój tekst został zakwalifikowany do druku, choć konieczna jest korekta pewnych fragmentów. Fragmentu o próbie biegu z kobietą, wspólnotach siostrzanych, konsumeryźmie. Przesłano mi wersję „Biegu” po proponowanych zmianach redaktorskich. Mówiąc subtelnie, mój tekst został złagodzony. Redakcja pyta mnie w liście, czy zgadzam się na takie skróty. Zgadzam się. Co mi do cholery innego zostało?
Wieczorem idę na wernisaż Anki. Skarży się, że muzeum zgodziło się wystawić jedynie jej pejzaże. Inne obrazy krytyk sztuki pracujący w muzeum odrzucił, bulwersowałyby podobno opinię publiczną... - Co było na tych obrazach? – pytam Ankę. - Moje nastroje, przemyślenia, emocje – wymienia. - Jak argumentował? - Powiedział, że nie mam pozycji Fridy Kahlo, aby się za mnie narażał.
Twórczość i sztuka wolna od cenzury. Ona nie ma pozycji Fridy Kahlo żeby wystawić jej obrazy. Ja nie jestem Simone de Beauvoir żeby wydać moje teksty. Nieznalska skazana na roboty publiczne... Na początku wiosny dopada mnie przesilenie. Oprawiam pracę i wysyłam ją przesyłką lotniczą do industrialnego miasta. Czekam na obronę, nie mam siły ani uczyć się, ani też denerwować. Korzystając z majowego weekendu postanawiam wyjechać nad morze. Początkowo z Nim Dwa, jednak zajęty jest nowym projektem albo nie chce zaczynać wszystkiego od początku. Staram się zrozumieć. Później z Miłym – nie chce ze mną jechać. Rozumiem, choć się nie staram. Wygląda na to, że będę zmuszona wyjechać samotnie. Ta perspektywa zdaję się już mniej atrakcyjna. Nadmorska plaża bez wieczornych spacerów przy zachodzie słońca, seksu w morskich falach i długich spacerów staję się mniej atrakcyjna, niż jest zazwyczaj. Nie pamiętam też kiedy ostatnio urządziłam sobie samotne wakacje. Może zatem pora zacząć?
Pakuję rzeczy. Nie będzie przy mnie mężczyzny co sprawia, że mieszczą się w jedną małą torbę. Rezygnuje z kosmetyków do makijażu, przewiewnych sukienek, butów na obcasie, biorę ciemnozielony dres z polaru i parę koszulek. Jeszcze tylko książki, pióro, papier – tym razem walizka się dopina. Makijaż – maska sztuczności, pod którą się chowam, starając przybrać postać bardziej atrakcyjną niż jest w rzeczywistości. Postać cieplejszą, chłodniejszą, bardziej zdystansowaną, wyzwoloną, niezależną. Kosmetyczna wizualizacja kłamstwa. Na górę torby pakuję a raczej upycham żółty żeglarski sztormiak – prezent od ojca. Z jego kieszeni wypada zwinięta kartka papieru. Rozwijam ją – wiersz. Mój wiersz. Czytam powoli. Obojętność
Udajemy obojętność wobec własnych postaci, choć szukamy swej fizycznej bliskości Przykrywając jej potrzebę naprężonymi skrzydłami codziennych „bardzo ważnych spraw”, by nie pokazać sobie wzajemnie, że najważniejszą z nich jesteśmy teraz my dwoje. Unikamy rozmowy ze sobą, obawiając się, że zniszczy ona niewidzialną nić bliskości pomiędzy nami lub nie do końca przekonani jesteśmy o jej istnieniu. Sztucznie połączeni ze sobą milionami błahostek, które wymyślamy – aby choć na chwilę zbliżyć się do siebie. Zniecierpliwieni w swej nieśmiałości oczekiwania na nienadchodzący wciąż krok tej drugiej strony naprzód – popadamy w przygnębienie przeplatane atakami histerycznego śmiechu, budującego poczucie jedności nas samych z odkrytym na nowo pięknem przyrody.
Dziś wiersz wydaje się nieco infantylny. Przypomina mi o Nim Dwa. Fascynacja drugim człowiekiem sprawia, że staję się zbyt sentymentalna, tracąc gdzieś swój pragmatyzm. Sentymentalizm i emocjonalność kobiet jest często źródłem ich zniewolenia. Podporządkowanie się komuś w imię miłości, miłosny altruizm, brak egoizmu, obiekt miłosnych wzruszeń wykorzysta, jeśli tylko mu się na to pozwoli. Człowiek jest tylko człowiekiem. Altruista staje się ofiarą czasów w których żyje, postacią niemal wiktymną. Altruizm bezzwrotny wiktymny. Wrzucam kartkę do szuflady biurka. Czy marny wiersz zasługuje na uwiecznienie? Jako wiersz zasługuje na szacunek, jako marny na zniszczenie. A jeśli to, co ja uznaję za marne nie jest marnością? Ocena samej siebie zawsze trąci subiektywizmem. Jestem subiektywna, mój chwilowy narcyzm, zamienia się w przekonanie o własnej beznadziejności, rozsądkiem pokrywam kompleksy, przypadkowość zmieniam w planowość.
Wykręcam numer Nim Dwa. Odbiera nieco przestraszony. - Słucham, tu biuro architektoniczne..... – podaje nazwisko, chcąc tym wzbudzić zaufanie rozmówcy. - Hej! Tu ja z mojego mieszkania – dostosowuję swą wypowiedź do zaproponowanego przez niego powitania. - Cześć. Przestraszyłaś mnie, czekam na klienta, jestem spięty. - Brzmi jak wypowiedź prostytutki – zauważam. Śmieje się. Gdyby nie miał poczucia humoru dawno obraziłby się na mnie. - Wyjeżdżam. Jadę sama – mówię mu, jakbym zamierzała się tłumaczyć, że skoro nie jedzie On ani Miły nie będzie przy mnie żadnego mężczyzny. - Myślisz, że to będzie przyjemne? - Nie wiem, ale zapewne twórcze – ostatnio nadużywam słowa twórczość jakbym miała kompleksy, że tworzę za mało. - Może kogoś poznasz. Rozpoznaję w jego głosie zazdrość, ukrywaną pod płaszczykiem tolerancji. Nie chce być ze mną, jednak nie chce też abym ja była z kim innym. Mówię mu, to co chciałby usłyszeć, chociaż nie wiem czy to, co mówię jest prawdą. - Nie poznam. Będę sama i będę myśleć o tobie. Robi wrażenie usatysfakcjonowanego. Spisuje adres pensjonatu, w którym się zatrzymam i proponuje: - Może dojadę, jeśli chcesz? - Tak chcę! – odpowiadam, choć wcale nie wiem czy chcę. Oswoiłam się z myślą że będę sama i perspektywa ta zaczęła mi się podobać. Znam go na tyle, że wiem, iż powiedział to tylko po to, by nie zastąpił go ktoś inny leżący przy mnie. Jeśli będę czekała na niego nie poznam nikogo. Tęsknię za nim, jednak brak zbliżeń fizycznych zakłóca psychiczną bliskość. Zaczynamy grać w grę, w którą graliśmy na początku znajomości. Grę „Tu nie chodzi o seks”. Jednak chodzi. Wciąż jeszcze...
Miły pomaga mi dopiąć torbę i odwozi na dworzec. Stajemy w kolejce do kasy. Kasjerka z trudem radzi sobie z obsługą komputera, a za nami ustawia się ogonek. Obserwuję podróżnych wyjeżdżających i powracających. Ci, którzy wyjeżdżają są spokojniejsi, reagują mniej neurotycznie na tłok, jakby myśl o urlopie likwidowała całą agresję. Kolejka jak kolejka. Kasa jak kasa. Powracający reagują nerwowo, najwyraźniej nie mają ochoty brać się znów do wykonywania codziennych obowiązków. Komentują tłok, pokrzykują na kasjerkę i siebie nawzajem. Za nami ustawia się wycieczka nastolatków, współczująco spoglądam na młode wychowawczynie, najwyraźniej jeszcze nie wiedzą w co się wpakowały. Pewnie uczennice albo studentki. Wolałabym zbierać truskawki na jakiejś plantacji... - Jeden pracowniczy, druga klasa, do......... – podaję miejscowość kasjerce. - Przez? - Przez......... – znów wymieniam miejscowość, tyle, że tym razem większą. - Ojejku! Znowu się zawiesił! Dali nam najgorsze graty, ciągle się zawieszają – tłumaczy się kasjerka nie mogąc wypisać biletu. I zwraca do osób stojących w kolejce – Może ktoś z państwa zna się na komputerach? - Pomóż jej, bo nie pojadę – szantażuję Miłego. - To by mi nawet odpowiadało – twierdzi, ale wchodzi za drzwi kasy. Kasjerka robi wrażenie zadowolonej i infantylnym tonem szczebiocze coś do niego, raz po raz wskazuje na komputer. Nie wiem czym bardziej mnie denerwuje... Tym, że stara się sprawiać wrażenie głupszej niż jest w rzeczywistości, czy tym, że wdzięczy się do Miłego ignorując moją obecność. Próba odwieszenia komputera zostaje uwieńczona sukcesem, kupuję swój bilet i biegnę na peron. Do odjazdu pociągu zostało zaledwie pięć minut. I znów nie kupuję owoców.
Szukam pustego przedziału, otwierając drzwi kilku kolejnych. Znajduję puste, brudne i zadymione albo takie, w których ktoś siedzi. Te też będą brudne i zadymione tyle, że dopiero za kilka godzin. Po co pasażer ma dbać o dobro publiczne? Przecież to nie jego. Polska. Mieszkam w Polsce. Dbać o państwowe? To obywatelowi pasażerowi kojarzy się z komunizmem, a on – Rodak – za komuny sikający w pieluchę z komuną walczy tnąc siedzenia w pociągu. Polityczna ideologia wandalizmu. Dosiadam się do przedziału dla niepalących, w którym siedzą dwie dziewczyny. W zasadzie bezpieczniej byłoby gdybym dosiadła się do jakieś rodziny, albo grupy mieszanej, ale z drugiej strony – tak mogę przynajmniej liczyć na kobiecą solidarność. Dziewczyny rozmawiają, a ja podsłuchuję. Czy z podsłuchiwactwem jest jak z podglądactwem? Mężczyźni lubią obserwować kobiety lub oglądać akty seksualnego spełnienia, są wzrokowcami, cielesność ich pobudza. Ja lubię podsłuchiwać ludzkie rozmowy, opisuję je, przetwarzam, jestem podsłuchiwaczką... - Dał ci pierścionek? – ona pierwsza, patrząc na rękę koleżanki. - Tak dał – koleżanka do jej pierwszej. - I wzięłaś? – ona pierwsza. - Wzięłam, zobacz, jaki ładny – wyciąga rękę i demonstruje pierścionek na serdecznym palcu. - Zaręczynowy? – i znów ona pierwsza. - On tak uważa – tłumaczy dziewczyna z pierścionkiem koleżance. - A jak jest? - Nie! No coś ty? Zaręczyny zerwę, ale tak mi się pierścionek podobał – wyjaśnia. - A facet? - On jest beznadziejny, kiwnę go przy najbliższej okazji. Śmieją się obie. - A ty, masz kogoś? – tym razem ta od pierścionka pyta swą koleżankę. - Nie i nie chcę – odpowiada ta bez pierścionka. - Dlaczego? - Po co mi stały facet? Mogę jeszcze przebierać i używać życia – mówi bez ogródek. Pokolenie kobiet niezależnych... Początkowo czuję lekkie oszołomienie. Później przypominam sobie wypowiedzi Macho-Ćwirkacza. Jacy chłopcy takie dziewczęta, jacy mężczyźni takie kobiety...
Wysiadam na dworcu w nadmorskiej miejscowości, w której mam przesiąść się na kolejny pociąg. Podróżnych wita tu głos z megafonu: - Podróżny! Pamiętaj! Na dworcu nie jesteś bezpieczny! Bzdręk! Złodziejem może być każdy, niewinnie wyglądający staruszek, emerytka z małą torebkę, kobieta z dzieckiem. Bzdręk! Pamiętaj! Złodzieje są dobrymi psychologami. Bzdręk! Okraść może cię każdy, to złodziej pilnuje ciebie, nie ty jego. Bzdręk! Zdania oddziela zgrzytliwy dźwięk tępego noża przesuwanego po metalowym talerzu. Robi mi się nieprzyjemnie. Z niepokojem spoglądam na bagaż, traktując każdą staruszkę jako potencjalną złodziejkę, a mężczyznę jak gwałciciela. Megafon zamontowano zgodnie z wytycznymi programu profilaktycznego „Bezpieczne miasto”. Tylko czy po takim komunikacie współpodróżni pomogą znieść kobiecie-matce wózek z małym dzieckiem? Jakie będzie ich zaufanie do psychologów? Kiedyś psychologiem był człowiek po studiach, dziś z megafonu dowiaduję się, że każdy złodziej jest psychologiem. Ale jeśli terapeuta dziecięcy okazuje się pedofilem, czego można się spodziewać?
Dworzec jak dworzec. Betonowe, szare podziemie przypomina mi grobowiec, po którym niczym cmentarni grabarze biegają ludzie obładowani większymi i mniejszymi tobołami. W przejściu podziemnym ktoś żebrze o pieniądze na bułkę, inny gra na harmonijce, bezdomni rozpijają kolejną butelkę denaturatu. Obok drobni sklepikarze sprzedają ciepłe kanapki, świeże drożdżówki, gazety, pamiątki, zabawki, perfumy. Z szacunkiem traktują każdego, kto ma pieniądze. Ten kto ich nie ma skazany zostaje na wygrzebywanie resztek z plastikowych tacek leżących w okolicznych śmietnikach. Zakąska pod denaturat. Jaki alkohol taka zakąska. Kilku narkomanów podpiera ściany. Zbierają pieniądze – podobno na lekarstwa dla dzieci z chorobą nowotworową. W przypadku takich wolontariuszy los dzieci zdaje się podróżnych nie obchodzić. Przyspieszają kroku. I znów obserwuję. Żyję pod szklanym kloszem. Jestem wykształconą, niezależną kobietą, o średnim statusie finansowym. Pobyt na dworcach, podróże pociągami i autobusami uczłowieczają mnie. Widzę jak żyją inni – obok mnie. Wiem, że jeśli kiedyś kupię samochód tego widoku będzie mi szkoda najbardziej. Odrealnienie samochodowe.
Przechodząc na peron kupuje ciepłą kanapkę numer trzy – wegetariańska z sosem czosnkowym. Czy ktoś zjadł ją kiedyś tak, by nie upaskudzić się sosem? Na peronie tłoczy się ciżba, biegają raz po raz do toru pierwszego i drugiego, każdy z nich chce zająć miejsce siedzące. Zajmą je ci, którzy mają najlepszy refleks. Na miejsce siedzące nie mam szans, podobnie jak kobieta z dziecięcym wózkiem, schorowana babcia i pan na wózku inwalidzkim; zostanę w tyle. Jeśli mam zachowywać się w ten sposób po to aby usiąść, wolę postać. Pociąg nadjeżdża – tłum rzuca się do przodu. Młodzi dżentelmeni ubrani w kreszowe dresy i srebrne cienkie łańcuchy pchają się do drzwi, odpychając kobiety, dzieci i staruszkę. Dresiarze z dyskontów. równie tani, za tanią cenę, jak i rozsądnej nijakości. Siadam na podłodze wagonu i delikatnie kołysana ruchami pociągu przymykam oczy. Taniec, kolejowy taniec. Łup! Łup! Łup! Jazda pociągiem uspokaja mnie i wprawia w błogostan, drzewa za szybą przesuwają się wzdłuż torów, domy biegną tuż za nimi, nieśpiesznie powolnie. Łup! Łup! Łup!
Wysiadam w nadmorskim kurorcie. Stawiam walizkę na chodniku, by ciągnąć ją na kółkach w stronę pensjonatu. Panuje tu straszny gwar i podmiejska nieśpieszność, turyści przechadzają się pasażami wzdłuż sklepików i licznych budek z jedzeniem, oglądają wszystko, kupują niewiele. Rodzice rzadziej ganią dzieci, bardziej życzliwie podchodzą do wynikających z dziecięcej natury psot. Mieszkańcy miasteczka starają zarobić na wszystkim, wynajmują kwatery w domach, prowadzą sezonowe bary z jedzeniem, ich dzieci sprzedają na plaży orzeszki i samodzielnie wykonane latawce, starsi chłopcy urządzają pokazy tańca ulicznego, młodsi przebrani za Gumisie za opłatą fotografują się z dziećmi. I choć to miasto rybackie, poza sezonem prawie nie przynoszące dochodów, wyraźnie widać, że bezrobocie tu nie istnieje. Mieszkańcy pracują ciężko i uczciwie zarabiając na czym się da. Nadmorska kraina w niczym nie przypomina krainy 1000 jezior i 160 000 bezrobotnych w znacznej mierze z wygody i wyboru. - Daleko jeszcze do pensjonatu Rybitwa? – pytam skaczącego obok Gumisia. - To tuż za rogiem, po lewej – Gumiś wskazuję ręką duży dom z czerwonej cegły. - Dziękuję – odpowiadam. - Proszę i miłego pobytu – on na to. Niespotykana ludziom Gumisiowa życzliwość. Idę droga wskazaną przez Gumisiowego stwora i po chwili wchodzę do pensjonatu. Rozglądam się, jest większy niż przypuszczałam. Niedobrze, może być w nim głośno. Melduję się w recepcji, dostaję klucz od pokoju, karnet na saunę i basen. Uff... nie może być lepiej. Pokój numer siedem, szczęśliwa liczba. Pokój jak to hotelowy pokój. Kanapa, łóżko, jakieś szafki, czysta łazienka z wyposażeniem. Rozpakowuję się i na moment kładę. Pociągi mnie zawsze usypiały.
Dryyyyńńń, dryyyyńńń.... Budzą mnie telefony. W dodatku trzy pod rząd. Miły z pretensjami, że nie zadzwoniłam i się martwił; Nim Dwa z wyrzutem, że nie wysłałam SMS-a i się denerwował; rodzice z wyrzutem, że nie odpowiedziałam na SMS-a i się boją. Spoglądam na zegarek. Od mego przyjazdu minęły zaledwie trzy godziny... Moi kochani, neurotyczni zamartwiacze! Przebieram się i idę na basen. Pływanie mnie odpręża i relaksuje. Wodny świat spokoju. Mój świat. W szatni dla kobiet została naklejona reklama telefonii komórkowej „Zaraża przez dotyk”. Reklama denerwuje mnie, wzbudza nietolerancję i lęk przed chorymi. Fotografuję ją, może przydać się do napisania artykułu. Mała dziewczynka, którą mama ubiera w czepek patrzy na mnie zdziwiona. - Po co robisz zdjęcie podłogi? – pyta. - Chodzi mi tylko o naklejkę – wyjaśniam jej. Ona zwierza się, że też zbiera naklejki tyle, że z Teletubisiami i ma ich już dwanaście. Nie chcę jednak wymienić Teletubisia na zdjęcie podłogi. Ubieram czepek w przebieralni obok, starając upchnąć pod niego włosy. Nie chcą się zmieścić, po chwili udaje mi się, lecz ja wyglądam jak hipopotam z naciągniętą na głowę za ciasną prezerwatywą. Przynajmniej uniknę zalotów sportowców, przygotowujących się tu do mistrzostw świata. Nie wiem jaki iloraz intelektu mają przyszli olimpijczycy, ale sportowcy, których przyszło mi uczyć nie najwyższy. Jeszcze tylko natrysk i wchodzę do basenu. Woda i błękit uspokajają mnie, idyllę zakłóca nieco zapach chloru. Zanurzam się powoli, choć woda jest bardzo ciepła. Poruszam leniwie rękoma, potem nogami, wreszcie przyspieszam i płynę – szybko, płynnie, zdecydowanie, jakby finał był tuż, tuż. Pływanie przypomina seks. I jak on dodaje mi energii. Kładę się na plecy pozwalając unieść wodzie, poddaję się jej tak, jak nie poddaję żadnemu mężczyźnie, zatapiam się w tym uczuciu, relaksuję. Błogostan, błękit... Gdybym wierzyła w bóstwo, raj przypominałby ciepły basen, bez chloru z kontrolowaną roślinnością. Taki seks z solidnym zabezpieczeniem... Po dwóch godzinach mam dość. Nogi stają się nieco gumowate, zaczynam tracić w nich czucie. Wychodzę wciągając się na drabinkę, spłukuję, i idę do przebieralni. Znajoma dziewczynka podchodzi i daje mi kartę z Teletubisiem. Przemyślała sprawę i szkoda jej mnie. Mam zatem fotografię podłogi i jednego Teletubisia. Ona ma jedenaście Teletubisiów, dobre serce i dwa blond kucyki. Dziewczynka? Dziecko? Następczyni?
Wracając do pokoju wykupuje posiłki. Nie opłaca się to zupełnie. Mam jednak dosyć koncentracji na przyziemnych czynnościach, przynajmniej przez tych parę dni. Cóż, mam geny leniwca. Rodzina mego taty zawsze miała służbę, jednak nikt nie pracował jako nauczyciel. Piszę, tworzę, uczę, maluję – jestem pracowita inaczej. Nie nadaję się ani na żonę, ani na matkę, nadaję się na siebie. Płacę, przepłacam trzy paczki z książkami. W pokoju wyjmuję notes i pióro, próbuję pisać, jednak nie wychodzi mi to kompletnie – worzę konstrukcje grafomańskie. Czuję jak napięcie i zmęczenie wylewają się ze mnie niczym woda z wodospadu. Pozwalam sobie na zmęczenie i na odpoczynek – teraz mogę, proszę, zapraszam. Jestem apodyktyczna wobec własnego organizmu, na zmęczenie pozwalam sobie wówczas, gdy mam czas na odpoczynek, w przeciwnym wypadku odrzucam je. Na chorobę, gdy mam parę dni wolnego, inaczej ignoruję ją. Cecha współczesnego biegacza – bezsensowne przekonanie, że mogę planować coś, czego zaplanować się nie da. Zaplanowałam odpoczynek, na który jestem zbyt zmęczona. Zasypiam w ubraniu.
Przed kolacją budzi mnie dobiegający z korytarza hałas. Wychylam się zza drzwi. Niemieccy emeryci idą na kolację, są uśmiechnięci i zrelaksowani. Zazdroszczę im. Emeryci w Polsce rzadko mogą pozwolić sobie na to, żeby wyjechać gdziekolwiek. Przed wyjazdem spotkałam pod osiedlową apteką starą kobietę, prosiła przechodniów o dwa złote na leki, bo zabrakło jej pieniędzy na wykupienie recept, choć całe życie ciężko pracowała. Po co zajmować się emerytami? Są niepotrzebni, zużyć, wyrzucić, wymienić na nowszy model. Kapitalizm w rodzimym wydaniu. Człowiek jest tylko człowiekiem? Czy aż człowiekiem? Emeryt niemiecki aż człowiekiem. Polski emeryt? Kto by tam zajmował się emerytami... Boję się starości, biedy, upokorzenia. - Guten Tag Fraulein! – wita mnie uśmiechnięty starszy pan w słomianym kapeluszu i z leżakiem w dłoni. - Frau – poprawiam go nie wiedząc po co – Guten Tag! – odpowiadam pozdrowieniem i zamykam drzwi. Wygląda na to, że przynajmniej będę mogła poćwiczyć tu niemiecki. Rozczesuję włosy splątane nadmorskim wiatrem, biorę książkę do plecaka, zamykam drzwi i schodzę na kolację. Jem zbyt szybko, jakbym odpoczywając również musiała się spieszyć, spieszyć by odpocząć. Odpocząć lepiej, staranniej, najbardziej perfekcyjnie jak umiem...
Po kolacji idę nad morze, jest spokojne. Fale odbijają się leniwie o brzeg, raz po raz mocząc nabrzeżny piasek. Na piasku tworzą się dołki i górki, pomiędzy które wpływają krople wody, niczym miłosny napój pieszczący wklęsłości i wypukłości kobiecego łona. Piasek wydaje mi się szorstki, jego drobinki wraz z każdą wodną falą, dostają się pomiędzy palce mych stóp. Stopy zostawiają na mokrym brzegu ślady, namacalne dowody mego istnienia, mej bytności w tym miejscu, mego myślenia o nim (tylko którym?), mego odrealnienia, zapatrzenia w morze. Idę przed siebie smagana podmuchami wiatru owiewającego me odsłonięte ciało i czuję się tak silna, wolna i niezależna jak nie czułam się nigdy wcześniej. Idę pod wiatr bez celu i sensu. Idę aby odczuwać rozkosz chodzenia, nie wiedząc gdzie, ani kiedy dojdę. Dochodząc tam, gdzie dojść nie planowałam. Ciesząc się z tego, że doszłam w to miejsce nie znane mi wcześniej odkrywam jego uroki. Wydmy są tu większe niż wcześniej, brzeg węższy, nad widocznym w oddali rybackim kutrem unoszą się rybitwy. Fruwają stadnie, nie jak ja samotnie, choć żyjąc w stadzie zbyt licznym. Raz po raz spotykam przechodnia, jak ja rozkoszującego się nadmorskim klimatem. Nadmorscy ludzie nie przypominają ludzi miejskich ani małomiasteczkowych. Każdy zdaje się być skoncentrowany na sobie i swych przemyśleniach. Idę, brzeg staje się szerszy, wydmy są mniejsze, fale pieszczą brzeg spokojniej, delikatniej. W oddali całują się dwie kobiety. Oddalam się aby im nie przeszkadzać, choć mam ochotę raczej przyłączyć się niż oddalić. Co mówi kobieta na ucho innej kobiecie, gdy ich ciała się łączą? Czy to samo co mężczyzna mówi kobiecie lub kobieta mężczyźnie? Poskramiam naturę podsłuchiwaczki. Miłość kobiety do kobiety fascynuje mnie. Może dlatego, że takiej miłości nie znam? Może mój heteroseksualizm jest wyuczony? Idąc dalej napotykam drewniane schody prowadzące w górę. Różnica poziomów jest tu tak widoczna, że pejzaż przypomina górski. Wchodzę schodami wzwyż i widzę tabliczkę: Rezerwat przyrody. Kiedy ostatnio byłam w jakimś rezerwacie? Chyba w Białowieży w puszczy, z tatą, jak jeszcze był choć trochę obecny. Obok słyszę głos. - Co to za roślina? – głos należy do małego chłopca. - Nie wiem, spytaj matkę, jest biologiem, pewnie się na tym zna – ten głos z kolei należy do ojca chłopca. - Mamo, co to za roślina? – malec nie daje za wygraną. - To synku jest.... – tłumaczy cierpliwie małemu matka. Nie pamiętam nazwy rośliny. Domyślam się jednak, że malec w przyszłości będzie postrzegał swą matkę jako eksperta od roślin, a nie domowego kocmołucha... Nie odróżniam roślin w rezerwacie, potrafiłam podać ich nazwy przed dwunastu laty, gdy przygotowywałam się do egzaminów wstępnych na biologię. W ostatniej chwili zrezygnowałam z niej na rzecz socjologii. Czy gdybym była biologiem uznałabym kobietę za ssaka zdolnego urodzić i wykarmić młode, jak sugerują podręczniki do nauki przedmiotu? Głaskam liść jednej z roślin i znajduję na nim biedronkę. Wchodzi na wskazujący palec mej dłoni, ufna i pełna nadziei, że nie zgniotę jej jednym ruchem palca. Biedronka trójkropka. W dzieciństwie wierzyłam, że biedronka ma tyle kropek ile lat, i że przyniesie mi szczęście. Dziś nie oczekuję szczęścia od biedronek, wiedząc, że będę go miała tyle, ile sama jestem w stanie sobie dać. Dorosłość pragmatyczna. Przyglądamy się sobie nawzajem – ja i biedronka. Biedronka z dłoni przechodzi mi na nogę, czyniąc z niej most, prowadzący ją z powrotem do liścia. Zwiedza mnie tak jak ja zwiedzam rezerwat, w którym mieszka. - O mama biedronecka – znów słyszę za sobą głos malca – Pogłascę, pogłascę – malec dotyka biedronki. Dotyka głascąc zbyt mocno. Z biedlonki trójkropki zostaje brunatna jednokropka na palcu malca. Życie kończy się równie niespodziewanie jak się zaczyna. Gdybym wierzyła, że nade mną jest coś, co czuwa, byłoby mi łatwiej. Ale jak mam w to wierzyć? Najpierw człowiek uczy się antropologii i biologii, poznając małpę-przodka, później każą mu wierzyć w historię Adama i Ewy. Ja wybieram biologię i antropologię - Cemu się ta biedlonecka taka dziwna zlobiła? – pyta malec wyraźnie skonsternowanych rodziców – Mama! Cemu biedlonecka dziwna, nie leci, lubi mnie? - Tak, biedroneczka cię lubi – wyjaśnia dziecku tata. - Ale ona nie leci – denerwuje się malec. - Ciepło jest, to sobie usiadła. Tobie też jest ciepło, zdejmijmy sweterek – matka chłopca nie wiedząc co robić, zdejmuje chłopcu sweterek ze zwłokami biedronki trójkropki i usuwa je ukradkiem. Czy można kilkulatkowi powiedzieć, że zabił biedronkę? - O już sobie poleciała ta twoja biedroneczka – pokazuje sweterek synowi i usiłuje go założyć. - Po co swetelek? Psecies ciepło – odpowiada rezolutnie nieświadomy swej zbrodni malec. Mijam rodzinę i idę dalej. Nie spotykam żadnych zwierząt, widzę bujną roślinność. Zrywam dmuchawiec i rozdmuchuję go. Patrzę jak śnieżnobiałe płatki unoszą się i opadają ze skarpy wprost w nadmorską otchłań. Widzę latarnie morską, na którą mam ochotę wejść – niestety jest czynna tylko do piętnastej. Ktoś pracuje i po piętnastej wraca do domu. Życie prywatne oddzielone od życia zawodowego – niedościgniony ideał, niemożliwy do osiągnięcia w zawodzie nauczycielki. Co robiłabym mając prywatne życie? Może częściej oglądałabym nadmorski piasek i dawała wolność płatkom dmuchawców; skoro sztywne programy szkolne nakazują mi zniewalać mych uczniów. Po niebie sunie latawiec unosi go podmuch wiatru – wolny od ograniczeń. Uczniowie latawce. Z rezerwatu krętą drogą schodzę w dół, by z powrotem znaleźć się nad morzem. Zbieram muszle rozrzucone przez fale na piasku. Małe biało-brunatne muszelki, mieszkanko skorupiaczej rodziny jednodzietnej i jednopokoleniowej. W sezonie turystycznym nie będzie tu ani jednej muszli. Wyzbierają je turyści spragnieni zapachu jodu, rozgrzanego piasku i morskiej świeżości. Patrzę na młodą kobietę, stoi tuż za mną, w nosidełku trzyma mała dziewczynkę, tak jak niegdyś w tym lub innym miejscu trzymała ją jej matka. Matriarchalna więź międzykobieca. Kobieta zbiera muszle i pokazuje je małej. - Widzisz córciu to muszelki. Jak będziesz większa zrobimy z nich naszyjnik – mówi. Mała radośnie gaworzy a daną jej do ręki muszlę stara się z miejsca włożyć do buzi. - Nie, tak nie wolno córciu, bo się udławisz. Kobieta zabiera małej muszlę i chowa ją do szmacianego woreczka. Muszla, nieodłączny atrybut kobiecości, pachnąca wolnością, pulsująca, świeża. Wkładam ją do kieszeni i odchodzę wpatrzona w matkę i córkę. Na niebie pojawiają się chmury. Pora wracać. Wracam zatem brzegiem morza. Przyspieszam nieco kroku i biegnę, z sensem i celem, radując czynnością biegu, rozkładam ręce do lotu lecz nadmorski wiatr nie chce porwać mnie ku górze. Zamykam oczy, pędzę przed siebie wśród fal zostawiając ślady na piasku. Jestem wolna! Jestem siłą! Jestem mocą! Energią! W oddali słyszę uderzenie pioruna, szybciej, prędzej, do celu, do domu...
Dobiegam i wbiegam do pokoju, biorę szybki prysznic. Otulam się kołdrą i układam do snu, rzadko zdarza mi się leżeć w łóżku samej. Wtulam twarz w pościel pachnącą świeżością, nieco sztywną, wykrochmaloną, wsłuchuje się w siebie i w nadchodzący sen. Za oknem pada deszcz, a jego strumienie są tak silne, że przypominają odgłos prysznica. Burza, deszcz, ciepło... W taką noc poznałam Nim Dwa. Przypominam sobie jego pytanie: - Kto przychodzi do kina w taką pogodę? I rozłożony nad moją głową czarny parasol, niczym skrzydła latawca. Zamykam oczy. Leśna droga, znana mi wcześniej. Biegający po niej kot ociera się o moje nogi (Oj! Jak brakuje mi Miau!), głaskam go wzdłuż grzbietu, a on pręży ogon. - Ci, ci, ci. Chodź! Mam jeść – szuka kota żeński głos. Rozglądam się, jestem w wiejskiej izbie kobiety z mego snu. - No masz koteczku! – woła dalej – Pojedz koteczku – dostrzega mnie stojącą w rogu izby i mówi – A tak, to znowu ty. Nadal chcesz porozmawiać? U mnie nic się nie zmieniło! - Kochałaś kiedyś mężczyznę? – pytam ją. Zbyt często myślę ostatnio o Nim Dwa. - Kto to kiedyś na to patrzał – mówi – Kochałam nie kochałam... Czasu nie było nad głupotami się zastanawiać. Każda w pewnym wieku wychodziła za mąż. Z kimś się spotykałam, oświadczył się, to i kochałam. Dzieci urodziłam, to musiałam kochać. Coś nie tak? – patrzy na mnie spod pomarszczonych powiek. - Sama czasem nie wiem – odpowiadam. - Masz wybór, wybierz – radzi życzliwie. - Kogo? – łatwo jej powiedzieć. - Siebie – mówi myjąc drewniany blat stołu. - A ty, czy ty wybrałaś siebie? Uśmiecha się, częstuje ciepłym wiejskim mlekiem i mówi - Pij. Ja nie miałam wyboru. Musiałam żyć tak, jak żyły wszystkie. Nie miałam szkół. Ciężko pracowałam – zamyśla się. Pokazuje mi zdjęcia stojące na kominku i mówi: - To córki, mam córki, trzy córki, ich życie jest inne niż moje. Przyglądam się zdjęciom. - Podobne – mówię, wiedząc, że nic nie sprawia takiej przyjemności matce jak zapewnienie, iż jej dzieci są do niej podobne. Poszukiwanie dawnej siebie w swych następczyniach... - Podobne. Ich życie jest łatwiejsze. Moje takie nie było – pociera ręką oko. - A jakie było? - Każdy dzień taki sam. Wstawaliśmy o piątej, krowy wydoić, świnie oporządzić i kury, zebrać. co ziemia zrodziła, dziećmi się zająć, domem, jedzeniem i tak do późnej nocy. Mąż dobry był, nie bił, pomagał, pracowity był. Może i kochałam – wraca do tematu – Może i cały czas kocham – zamyśla się. - A córki? - Córki rodziły się. Aż dziwne, że tylko trzy były. Może dlatego, że ja nie najzdrowsza jestem. Serce chore miałam. Małe, piękne, najcudowniejsze, pod sercem je nosiłam i starałam przekazać wszystko, co tylko przekazać umiałam. Ale one są dziś mądrzejsze ode mnie. Przynajmniej tak myślą. Myślą, że książki je życia nauczą – rozkłada słoneczniki stojące w dzbanie. - Odwiedzają cię? – zaczynam żałować tego pytania nim kończę je wypowiadać. Jej smętny wzrok zawiera odpowiedź. Spuszcza głowę, kiwa nią w lewo i w prawo. Córka. Jeśli urodzę kiedyś córkę, a ona wyprowadzi się, zajmując się swym życiem na tyle mocno, że zapomni o mym istnieniu, czy nie żal będzie mi wówczas energii włożonej w jej wychowanie? Czy minionych lat nie potraktuję jak straconych i czy nie znienawidzę jej, za jej życie, siłę, młodość? Szukam odpowiedzi lecz nie znajduję jej ani w sobie, ani w książkach. Znajduje ją w niej. W jej oczach patrzących na zdjęcie. W dłoni przecierającej ramkę. W delikatności z jaką odstawia fotografię na kominek. Nie żałuje, nie jest jednak mną. Ja mam wybór, nie wiem jednak co wybrać. Ona wyboru nie miała, przyjęła swe życie z pogodą i optymizmem. Życie jak życie. - Rzadko – odpowiada jednak. Przytulam ją, kruchą, starzejącą się, delikatną, pogodzoną ze światem i sobą. Tak inną od mej matki.
Kobieta odchodzi wraz z nastaniem świtu. Wstaję wraz z nim. Przez chwilę próbuje pisać, ale znów mi to nie wychodzi. Tym razem tworzę konstrukcję przeintelektualizowane, w których styl pisarstwa przytłacza fabułę. Próbuje skończyć powieść, nad którą pracuje od dwóch lat, powieść o samej sobie. Uprawiam literacki ekshibicjonizm, obnażam się przed czytelnikiem, uprawiam seks na jego oczach, powolnie zrzucam maskę, uzewnętrzniając intymne przeżycia. Jestem kobietą i piszę jak kobieta. Opisuje swój świat, świat kobiety prawie trzydziestoletniej. Kobiecość współczesna. Czym różni się od kobiecości, prostej, dawnej, innej? Czy jestem kolejnym wcieleniem kobiety z mego snu? Jeśli urodziłabym się kilkadziesiąt lat wcześniej, czy żyłabym jak ona? Czy byłoby to życie lepsze? Życie gorsze? Życie inne? Co czułabym wówczas?
Na moim oknie usiadł ptak. Pełen nadziei, że go nakarmię stuka dziobkiem o szybę. Mam tylko bułkę, ale mogę się nią podzielić. Czy poczęstować ptaka drożdżówką z serem? Robię kawę, dwie łyżeczki granulowanego, brązowego proszku zalewam wrzątkiem, pieni się. Ptak przekrzywia głowę w lewo, otwieram okno lecz nie ucieka, przygląda mi się z zaciekawieniem. - Kim jesteś kobieto? – zdają się pytać jego oczy. - Kim jesteś ptaku? – odpowiadam spojrzeniem – Ptasiek. Czy jesteś Ptaśkiem? Kruszę na dłoń drobiny bułki, w drugiej dłoni trzymam kawę. Ptak podskakuje ku mej dłoni i wyjada z niej okruszki bułki. Czuję lekki dotyk jego dzioba. Łykam kawę a on przechyla głowę i bierze kęs bułki. I raz jeszcze, i znów. Nasze wspólne ludzko-ptasie śniadanie. Gdy na dłoni zostaje resztka okruchów sera ptak zaczyna niecierpliwie machać skrzydłami. Dopijam ostatni łyk kawy i schylam się by sięgnąć po bułkę i rozkruszyć ją ponownie na dłoni. Skrzydła trzepoczą coraz gwałtowniej, aż wreszcie ptak wzbija się ku górze. Kim jestem? Kobietą, której los nie pozwolił zapomnieć jak wygląda morze, jak pachnie wiatr, smakuje owoc, mimo życia w wiecznym pośpiechu. Po ptasio-ludzkim śniadaniu jestem głodna, zamykam pokój i schodzę na dół do restauracji. - Guten Tag! – witam radośnie niemieckiego emeryta. - Dżeń dobry – odpowiada uprzejmie. Polsko-niemiecka wymiana powitania. Nie ma wolnego stolika, rozglądam się po sali i przysiadam do dwóch samotnych kobiet. Matka i córka. Jedzą powoli w milczeniu, nie odzywając się do siebie ani do mnie. Młodsza nakłada na swój talerz wszystko co zdaje się być dietetyczne: odtłuszczony jogurt, dietetyczne płatki, sucharki, twaróg light, choć przypomina szkielet obciągnięty ludzką skórą. Starsza, pomimo wyraźnej nadwagi gustuje w jajkach na bekonie posypanych szczypiorem, białym pieczywie z grubą warstwą masła i herbacie z taką zawartością cukru, że przestał się już w niej rozpuszczać, tworząc mętny osad na dnie szklanki. Co je różni? Chęć podobania się mężczyznom pierwszej i wolność od tego drugiej? Czy upodobanie do zdrowego stylu życia pierwszej i niezdrowego stylu życia drugiej? Przyglądają mi się. Życzę im smacznego idąc po mleczną zupę stojącą na szwedzkim stole. Owsianka. Zjadam ją pośpiesznie, obserwując matkę i córkę. Córka ma najwyraźniej dosyć milczenia. - Mamo, ale pojedźmy wieczorem do Zoo – prosi znad twarożku. - Mało masz zwierząt w domu? – odpowiada matka przełykając jajko. - Ale to są inne zwierzęta, takich nie można hodować w domu – córka łykając twarożek. -A tam! Płacić za oglądanie zwierząt! Lepiej kupmy kosmetyki – matka nie zgadza się na wizytę w Zoo. - Nie chcę kosmetyków! Nie są mi potrzebne – denerwuje się córka. -Oj, przydałby ci się do zakrycia tych wychudzonych kości policzkowych – wytyka matka córce. - To ty jesteś gruba jak hipopotam – mówi córka. - To nie musimy jechać do Zoo. Już widziałaś hipopotama – matka kończy jajecznicę. Córka się śmieje. Żeńsko-żeńskie porozumienie. Wstają od stołu, wstaję i ja. Przed wyjściem z restauracji zabieram kiść winogron, żeby zabrać ją ze sobą na plażę.
I znów plaża. I brzeg i fale rozbijające się o stopy. Idę bez celu i sensu. Obserwuję otoczenie. Ludzie wystawiają twarze ku promieniom nadmorskiego słońca, spragnieni jego ciepła i wiosennej opalenizny. Niczym koty leniwie grzeją swe ciała. Ciała młode i starsze, chudsze i grubsze, gładkie i pomarszczone, niepowtarzalnie piękne w swej inności. Naprzeciwko mnie idzie para starszych ludzi. Mężczyzna i kobieta. On – drobny, siwy mężczyzna o licznych zmarszczkach, czule obejmuję kobietę – starą babcię w przerzedzonym siwym koku. Pokazuje jej pływające w morzu łabędzie. Ona głaszcze go dłonią po spoconych siwych skroniach, patrzy mu w oczy tak, jak potrafi patrzeć na mężczyznę przed pierwszym zespoleniem ciał zakochana kobieta. Czy uczucie połączyło ich tu, na tej plaży? Czy przed laty? Uśmiecham się do nich, nie podchodzę, nie chcę przeszkadzać. Mężczyzna odzywa się pierwszy: - Patrzy pani, to nasza plaża, poznaliśmy się tu sześćdziesiąt lat temu, wtedy też tak siedzieliśmy... Nie zmieniło się tu nic, nic nie zmieniło się też między nami... Nie wiem co powiedzieć uśmiecham się znów. Miłość? Przywiązanie? Przyjaźń? Pogodzenie z losem? Słowa przesuwają się w mych myślach, niczym na karuzeli. Karuzela myśli. - Tak, tak! – dodaje kobieta – Wszystko toczyło się tak szybko, przywiązywaliśmy wagę do spraw mało ważnych by po latach przekonać się, że najważniejsze jest to, co jest w nas, nas samych. Nie podejmuję rozmowy. Mam wrażenie, że powiedzieli mi dokładnie tyle ile powiedzieć chcieli. Recepta na życie? Recepta na miłość? Patrzę na nich z oddali. Kobieta całuje mężczyznę, namiętnie, zmysłowo, ze zmysłowością taką, o jaką nikt nie podejrzewałby prawie osiemdziesięcioletniej kobiety. Czy osiemdziesięcioletnie kobiety kochają się z mężczyznami? Otacza mnie zalew seksu nastolatków i ludzi młodych, wciska się wszędzie tam, gdzie mam i nie mam ochoty go oglądać, dominuje w mojej książce, pomija się jednak temat seksu ludzi starszych. Co czują? W jakiej pozycji lubią się kochać? Jak wyglądają nago podczas zbliżenia? Wiadomo tylko, że istnieje Viagra. Piasek, fale, stopy, przechodzi para młodych ludzi. Mężczyzna niesie na plecach małego chłopca, kobieta wiezie w wózku szczerbatą, rudowłosą dziewczynkę. Planują wziąć kredyt na mieszkanie. - A jeśli twoi rodzice nam nie dołożą? – martwi się mężczyzna. - To będziemy musieli wziąć więcej – kobieta. - Nie spłacimy, nie damy rady – liczy w pamięci on, poprawiając chłopcu lewy but. - Musimy, nie mamy wyboru – mówi znad wózka ona. Dziewczynka wesoło macha czapką, chłopiec stara się zrzucić na siostrę prawy sandał, jednak nie wychodzi mu to, mieszkaniowe problemy przytłaczają rodziców. Czy kiedyś wspólnie stwierdzą, że najistotniejsze jest to, co łączy ich dwoje? Czy proza życia sprawi, że będą się budzić samotnie lub przy kimś innym? Bieda zabija miłość. Rutyna niszczy seks. Wchodzę głębiej. Brodzę po łydki w falach, woda wydaje mi się strasznie zimna. Majowe słońce, choć stara się jak umie, nie było w stanie jeszcze nagrzać chłodnego i wyniosłego Bałtyku. Morze budzi mój podziw i szacunek, jest w nim coś dostojnego, jakaś nieprzystępność, nieprzewidywalność... Żywioły mnie fascynują, ich moc daje życiową energię. Moc wody. Czciciele wody (gdzie jesteś Nim Dwa? co robisz Jedyny?). Dziewczyna i chłopak czczą wodę wraz ze mną. Drobna nastolatka w jasnoróżowej bluzce i startych błękitnych dżinsowych spodniach, trzyma za rękę nieco starszego partnera. Ciemnowłosy, wysoki, pryszczaty chłopak w grubym granatowym polarze skacze po falach, ochlapując ją raz po raz. - Nie chlap – śmieje się dziewczyna, choć mam wrażenie, że chlapanie to sprawia jej przyjemność. - Nie chlapię mocno, tylko tak dla zabawy, żebyś wiedziała, że byliśmy nad morzem – tłumaczy jej wystawiając twarz do słońca. - Fajnie tu, no nie? – śmieje się znów dziewczyna – Mówiłeś już rodzicom? - O czym miałem im powiedzieć? – jest zmieszany i zdziwiony. - Rozmawialiśmy przecież o tym. No, o ciąży! – dziewczyna śmieje się radośnie. - Sami niedługo zobaczą, po co im mamy mówić – proponuje chłopak. - Uważaj, bo się przeziębię, jak będziesz chlapał! – i znów dziewczyna. - Dobra, już przestaję – dodaje on, puszcza jej rękę i odbiega na brzeg. Dzieci mają dzieci. Przedwcześnie utracona młodość, przedwczesna dojrzałość... Wydają się zadowoleni. Tylko czy ich zadowolenie nie wynika z braku wyobraźni? Czy nadmorski spacer za parę miesięcy nie zamieni się w dyskusję o spłacie kredytu i kłótnie o brak pieniędzy na pieluchy? Czy wspólnie przyjadą tu za lat sześćdziesiąt, by trzymać się w tym samym miejscu za ręce? Szanse mają niewielkie, statystyki rozpadu nastoletnich związków są przerażające. Walka o przetrwanie... Zakładam sweter. Nadmorski wiatr daje o sobie znać, nie unosi mnie jednak, choć niecierpliwie wymachuję rękami. Gdybym zdołała wzlecieć, jutro jadłabym śniadanie z mym przyjacielem-Ptaśkiem, tylko czy znalazłby się ktoś, kto podzieliłby się ze mną swą bułką?
Po obiedzie już nigdzie nie wychodzę. Zamykam się w pokoju by opisać to, co dziś mi się przydarzyło. Spotkanie z kobietą ze snu, kobietę i mężczyznę, młodą parę z dwójką dzieci, dziewczynę i chłopaka. Piszę, piszę, piszę, piszę – coś, czego nikt nie będzie chciał czytać, coś mało rozrywkowego, wymagającego myślenia. Myśleć w wolnym czasie? Któż miałby na to ochotę. Intelektualiści w państwie dobrobytu i wszechmocnej władzy pieniądza stanowią wymierający gatunek, gatunek samobójców... W przyszłym roku zrezygnuję z dorabiania w prywatnych szkołach, będę miała mniej pieniędzy, gorsze ubrania i więcej czasu aby pisać. Nie mogę się tego doczekać. Dzień upływa mi na przelewaniu myśli na papier, przed kolacją idę popływać na basen, nadchodzi noc.
Staram się zapamiętać moment zasypiania. Moment, w którym wydarzenia codziennego dnia mieszają się z senną iluzją. Wszystko wydaje się mało istotne, myśli stapiają w jedność, twarz łagodnieje, ciało powoli zapada się ku dołowi. Przesuwające się za powiekami pastelowe obrazy codziennych sytuacji rozmywają się. Stają się mniej wyraziste, szarzeją wraz z nastawaniem snu. Lecę w dół, aby po chwili wzbić się w górę. Tej nocy poza szaro-błękitną powłoką nie widzę nic. Czuję jedność ze swym ciałem, jestem ciałem, oddalam się od ludzi i zbliżam ku sobie. Ze sobą nie nudzę się nigdy, ludzie nudzą mnie bardzo często. Co chciałabym usłyszeć? Jakiej rozmowy potrzebuję? Innej? Bliskiej? Refleksji? Ptak rano nie przychodzi. Przychodzi za to SMS od Nim Dwa, pyta w nim czy może przyjechać. Odpisuję, że chcę być sama, on odpowiada – że tęskni za mną, gdyby wiedział jak ja tęsknię za sobą... Egoizm niekontrolowany. Nim Dwa dzwoni. - Hej!p – mówi do słuchawki. - Cześć – odpowiadam. - Co ty widzisz w sobie? - Siebie – zaznaczam dziwiąc się, że nie rozumie – Odnalazłeś to, czego szukałeś? - Dobrze mi z samym szukaniem – odpowiada. - Tęsknię za tobą – dodaję, choć obiecałam sobie, że tego nie powiem... - Ja też, dlatego chciałem przyjechać. - Nie chcę zaczynać od początku – odrzucam propozycję przyjazdu. - Nie o to chodziło! – zapewnia – I tak przyjadę, choć na moment. Odkłada słuchawkę. Po co pytał mnie o zdanie, skoro i tak zamierzał zrobić to czego chce on sam? Zostało mi kilka godzin w samotnej przestrzeni. Czekam na niego, nie chcąc czekać, aby czekaniem tym się zmęczyć i za czekanie obrazić, gdy on się pojawi. Nie schodzę dziś na śniadanie, ignorując to, że opłacone. Jem jogurt i kawę, cieszę się samotnością i staram o nim nie myśleć, myślę jednak wciąż. Próbuję pisać, by nie zmarnować czasu na spanie, jedzenie i spacery. Coraz częściej brakuje mi marnowania życia na wykonywanie prozaicznych codziennych czynności. Żyje życiem obok życia. Mrówka mieszkająca na drzewie.
Poetka Rutyna codziennych czynności męczy poetkę w marzeniach tworzącą strofy wiersza, pomiędzy karmieniem a przewijaniem. Przy pierwszej zwrotce „Ody do liścia” – podaje pierś niemowlęciu, kołysząc je rytmicznie wraz z kropli spadaniem, kropli rosy porannej czy mleka – życie podtrzymującego?
Biała kropla rosy spływa po buzi niemowlęcia, na dolny liść jego szyi, wycieranej przez poetkę zwiniętym w rulon wierszem, powstającym w jej umyśle od wczorajszego poranka.
A zatem liściu kruchy, niczym ciało trzymanego w ramionach dziecka, w takt wiatru rytmicznie się kołysz, wyginając ku niemu blaszek sklepienie, by wraz z ukołysaniem ujrzeć zachód słońca.
Co poeta miał na myśli? – zapytał(a)by nauczyciel(ka) czytając mój wiersz? Co miałam na myśli? Nic, dokładnie nic. Zrodził się w mej głowie, spisałam go zatem na papier. Kilka dni temu czytałam wywiad z jedną ze współczesnych pisarek. Powiedziała w nim, że tworzy prozę w wolnych chwilach pomiędzy gotowaniem, sprzątaniem i zmywaniem. Zirytowało mnie to, sugerować mogło, że twórczość kobiety jest mniej ważna od prozaicznych codziennych czynności. A jednak uświadomiłam sobie, że tak właśnie powstaje kobieca proza – ogniwo najmniej istotne w łańcuchu codziennych czynności... Mężczyzna poeta stworzony byłby do pisania, raczej nie zaprzątając sobie głowy przyziemnością, od spraw przyziemnych miałby żonę. Żona opierająca poetę. I znów myślę o Nim Dwa. O jego żonie, która nie ma czasu na szukanie siebie, uwikłana w codzienność. O nim, zafascynowanym swymi przemyśleniami, na które znalazł wreszcie czas, choć zbyt późno. O ludzkim dążeniu do tego, by żyć „tak jak wszyscy”, nim ludzie ci zastanowią się czego naprawdę chcą. Przemyślenia zakłóca mi pukanie. Otwieram i słyszę: - Dzień dobry. Jestem z obsługi hotelu. Czy mogę tu posprzątać? Waham się przez chwilę, przecież jest czysto. Potem odpowiadam: - Tak, proszę bardzo. I zastanawiam się co znajdzie do wysprzątania w tak sterylnym pokoju. Pani zmienia pościel, choć poprzednia pachnie jeszcze krochmalem, odkurza coś, czego nie ma, myje brodzik w łazience. Nie mówi nic, zaczepiam ją sama. - Długo tu Pani sprząta? - Nie, tylko w wakacje – odpowiada cicho, jakby zawstydzona, że żyje ze sprzątania. - A co Pani robi poza okresem wakacji? – kontynuuję nachalne zadawanie pytań. - Studiuję prawo – mówi jeszcze ciszej. - Nie może Pani znaleźć innej pracy? - Gdzie? Co miałabym robić? Smażyć ryby w barze? – tym razem pyta mnie – A zresztą po studiach też pewnie nie znajdę. Może uda mi się zostać tu na stałe. Słyszę nadzieję w głosie niedoszłej prawniczki, nadzieję, że może uda się jej utrzymać posadę sprzątaczki w hotelu. Mieszkam w Polsce, powinnam się przyzwyczajać... - Jest Pani pisarką? – dziewczyna zerka na wiersz i ekran przenośnego komputera. - Nie, nauczycielką. - A nie chciałaby Pani tylko pisać? - Chciałabym, ale to niemożliwe – zauważam i obie się w tym momencie rozumiemy. Ja – niedoszła pisarka nauczająca w szkole pomaturalnej i ona – sprzątająca hotelowe pokoje przyszła prawniczka. Zabiera worek ze śmieciami i wychodzi. Znów zostaję sama.
Woła mnie mój ptak, dziś przyszedł z kimś jeszcze. Może to samiczka? Może kolega? Dość, że kogoś zaprosił na śniadanie. A ja jestem nieprzygotowana do tej ptasiej wizyty. Schodzę do restauracji i zabieram kilka kromek chleba. Przynoszę je na górę i rozkruszam na parapecie. Jeden z ptaków podchodzi i je pierwszy, drugi przygląda mu się nieufnie. Po chwili też zaczyna jeść, odlatują wspólnie. Wracam do pisania, zatapiając się w świecie swej powieści. Rzeczywistość przeplata się z niej z fikcją. Czy czyni to rzeczywistość bardziej fikcyjną? Czy fikcję bardziej rzeczywistą?
Wieczorem przyjeżdża Nim Dwa. Wynajmuje sąsiedni pokój i zaprasza mnie na spacer nad morze. Zachodzę po niego i nie wiem jak mam się zachować. Przytulić się? Objąć go? Pocałować? Podać rękę? Zachować naturalność w sytuacji tak nienaturalnej? Podaję rękę, nie puszcza jej i wychodzimy tak z budynku. Idziemy leśną drogą prowadzącą na plażę. - Jednak zdecydowałeś się przyjechać – mówię, gdyż nie czuję się dobrze gdy tak milczymy. - Chciałem Cię zobaczyć. Uciekasz mi – wyczuwam żal w tonie jego głosu. - Miałeś zastanowić się czego chcesz – przypominam. - Chcę abyśmy zachowali dawną bliskość – wyjaśnia marszcząc brwi. - Bliskość psychiczną? – upewniam się. - Niekoniecznie tylko taką – znów on. - Przecież teraz nie chciałeś innej – mówię. - Wtedy nie. Musiałem coś przemyśleć – jeszcze bardziej marszczy brwi. Czuję, że robię się coraz bardziej zła – tęsknię za nim, myślę, przyzwyczajam się, odzwyczajam. W jakiej on mnie stawia sytuacji? - Postaram się abyśmy byli blisko psychicznie – z naciskiem wymawiam słowo psychicznie. Nie potrafię w tym momencie dookreślić się fizycznie. Z jednej strony pragnę go i tęsknię, z drugiej przyzwyczaiłam się już do spokoju i monogamii. Czy potrafię zachować dawną bliskość psychiczną pragnąc go i nie kochając się z nim? - Dobrze. W pozostałych kwestiach, zrobisz jak będziesz chciała – najwyraźniej nie to miał nadzieję usłyszeć. - Nie chcesz wrócić do żony albo związać się z jakąś kobietą na stałe? – poprawiam spadającą mi z ramienia torbę . - Na razie nie. Nie chciałabyś wrócić, żeby było tak jak kiedyś? - Nie chciałabym niczego planować – wyjaśniam i siadam na piasku. Przesypuję jego ziarenka z mojej dłoni do jego dłoni. Ciepłe drobinki piasku nadają właściwą temperaturę naszej wzajemnej relacji. Zbyt rozgrzanej na przyjaźń, zbyt ostygłej na seksualne zespolenie, tu i teraz. Letni piasek, letnie uczucie, ogrzać je czy raczej ostudzić? Odsuwam się od niego, gdy zbyt skoncentrował się na sobie, by dostrzec mnie. On jednak nie odsuwał się ode mnie gdy dostosowywałam nasze współbycie do swego tworzenia i ucieczki w samotność. I to ma być to moje równouprawnienie? Życie ze świadomością, że trzydziestoletniej kobiecie łatwiej znaleźć związek równorzędny do stałego (kochanka?), niż pięćdziesięcioletniemu mężczyźnie znaleźć nową kobietę (kochankę?)? - Zresztą zastanów się... Co miałbym do zaoferowania nowej kobiecie? - Siebie. - Siebie to zbyt mało – rozpatruje krytycznie – Nie chcę mieć już domu, dzieci, nie chcę bawić się ponownie w rodzinę – wylicza dalej. - Nie baw się zatem – ciekawe tylko, co ma zrobić jego żona, dla której rodzina nie była formą zabawy. - Nie w tym rzecz. Nie wiem jak sobie poradzę bez ciepła i seksu – otrzepuje piasek. - Znajdź sobie kochankę – proponuję, poskramiając zazdrość o inne kobiety. - A ty? - A ja to ja – nic głupszego nie mogło mi przyjść do głowy – Nie potrafię tak żyć, nie umiem przychodzić, odchodzić, kochać się z tobą nie widząc Cię pół miesiąca, ukrywać, udawać, że nie łączy nas nic poza zwykłą przyjaźnią. Jest mi zbyt trudno. - Wiem. Chodź, wstaniemy i przejdziemy się brzegiem morza. Podnosimy się i zbliżamy ku falom. Zdejmuję buty, choć woda wydaje mi się zimna. Ryzykuję przeziębieniem, którym ryzykować w tej chwili nie powinnam, jednak perspektywa obcowania z żywiołem wydaje mi się warta podjęcia tego ryzyka. Kiedy znów zobaczę morze? Czy kiedyś jeszcze Nim Dwa obejmie mnie tak, jak fale obejmują me stopy? Plaża jest prawie pusta, nad morskimi falami latają zgłodniałe mewy. Pewnie czekają na powrót rybackich kutrów, wierząc w rybacką gościnność. W mijanym barku z napojami barman za głośno nastawił magnetofon – dźwięki piosenki zakłócają szum fal. Co mówią nadmorskie fale? Co szepcze woda? Dotykam jej dłonią, dłoń staje się czerwona z zimna, skóra na niej pęcznieje, napina się wokół palców. Zimno – ciepło. Blisko – daleko... - Przeziębisz się – denerwuje się Nim Dwa. - Zapewne tak się stanie – spokojnie wodzę bordową dłonią w słonej wodzie. Zanurzam ją i wyjmuję. Końcem języka liżę dłoń. Smak morza. - Dlaczego o siebie nie dbasz?p – czyni mi wyrzuty. - Dbam, chcę poczuć przepływ fal, spróbować morskiej wody. - Powinnaś bardziej na siebie uważać – znów zachowuje się jak ojciec nie jak kochanek -Tak, powinnam. - Ja też tak mówię swojej dorosłej córce, ale ona mnie nie słucha – wtrąca się pulchny jegomość, zjawiający się niespodziewanie obok nas – Mówię, powtarzam, ale one już takie są. Jak dojrzeją to przestają nas słuchać – kontynuuje nie dostrzegając mego morderczego spojrzenia. Kto dał mu przyzwolenie na ingerowanie w życie innych? Nie reaguję na tą bezsensowną zaczepkę, idę do przodu. Nim Dwa obejmuje mnie przez moment ramieniem. Jegomość przygląda się zaciekawiony, zapewne analizuje popełnioną gafę. Muzyka dobiega z oddali. Cicho. Coraz ciszej. - Czy jeśli nie będziesz ze mną zwiążesz się z kimś innym? - Nie mam pojęcia – odpowiadam wiedząc, że nie to chciał usłyszeć. - Czytałem ten tekst, który mi przesłałaś. Nie mogę sobie przypomnieć, który z moich tekstów mu przesłałam, czekam zatem aż zacznie mówić dalej. - No ten, zawierający refleksje trzydziestolatki. Przyjęli go do czasopisma? Zatem chodzi o „Bieg”. - Przyjęli, ale w wersji ocenzurowanej. - I co, zgodziłaś się? - A co mi zostało? - Ocenzuruj sama, może to jest wyjście. Patrzy w dal. Przyglądam się jego twarzy, ta sama a jednak inna, bardziej obca. Czuje mój wzrok na swych policzkach, nie mówi nic, choć prostuje plecy, aby wyglądać korzystniej. - Pójdziemy na kolację? – pyta. - Gdzie? – staram się sprecyzować miejsce. - Sama wybierzesz. A ja przyjdę po ciebie o dziewiątej. Zatem uznał, że już się zgodziłam. Wracamy do hotelu. Zamykam się w swoim pokoju. Poetce w tworzeniu „Ody do liścia” przeszkadzało niemowlę, mnie przeszkadzają mężczyźni – też mi różnica!
Wstawiam kawę, picie kawy traktuję rytualnie, bez widoku filiżanki nie mogę napisać zdania. Przeważnie ustawiam przy komputerze filiżanki z kawą lub po kawie, jej zapach sprzyja pisaniu. Kofeina pomaga mi zebrać myśli rozproszone pragnieniem bliskości z Nim Dwa. Nim Dwa jest tuż obok, dzieli nas ściana z pustaków, przez ścianę słyszę jego kroki, jego głos. Rozmawia z recepcjonistką, śmieje się. Wyczuwam jego roztargnienie, brzęczy rozbita szklanka. Pewnie upuścił ją na podłogę... Bohaterka mojej powieści, niezależna kobieta wyjeżdża nad morze by tworzyć. Wyjechałam więc za nią, by odnaleźć cząstkę jej w sobie samej. I co z tego wyszło? Ona nie pozwoliła przyjechać kochankowi, ja pragnę bliskości z Nim Dwa; ona zwiąże się z kobietą, ja pozostanę w monogamii z Jedynym, ona jest kobietą sukcesu mającą własną firmę, ja nauczycielką socjologii w szkole pomaturalnej, ona mieszka samotnie z córką, ja trwam w bezdzietności. Twórca nie jest tworzywem, choć stara się zrozumieć tworzywo. Tworzę kolejny fragment. Ma bohaterka jedzie do rodziców, by odnaleźć swe korzenie. Nie jestem nią, ona nie jest mną, pełne porozumienie. Słyszę kaszel – czyżby Nim Dwa przeziębił się lub zaczął palić? Kaszel ustaje, włącza telewizor. Zbyt głośno, jakby chciał zwrócić na siebie moją uwagę. Udaję, że nie słyszę. Ojciec mojej bohaterki jest antropologiem kultury, matka profesorką filozofii, żyli w komunie, w małżeństwie grupowym. Ma dwóch braci i jedną siostrę. Za mąż nie wyjdzie nigdy, w tej postaci zawarłam swe utajone pragnienia?
Puka Nim Dwa. Ubieram się na kolację. Zakładam dżinsy i czarną bluzkę, bo są to najelegantsze ubrania, jakie ze sobą zabrałam. Całe szczęście ubrał się jak człowiek, w sztruksowe spodnie i zieloną koszulę. Zatem strój wieczorowy nie obowiązuje i mnie. - Dokąd idziemy? Wybrałaś już? Wybrałam. Nie, nie wybrałam. Zapomniałam, że mam wybrać. - Znam taką małą włoską knajpkę, kilkanaście minut stąd, może tam pójdziemy? Kiwa głową. Uśmiecha się. Przegląda fragment mej najnowszej książki. - Dobrze – odpowiada. - Już, moment, tylko się uczeszę – znikam ze szczotką w łazience. - Interesujące! – krzyczy z pokoju – Ciekawe, ale niezbyt właściwe ideologicznie. Sądzisz, że ktoś zechce to wydać? - Sama nie wiem. Skoro wydają Dunin, Szczukę i Gretkowską, może wydadzą i mnie – odpowiadam szarpiąc wąskie pasma włosów wyjmowane z koka. - Kobieta wychowana w komunie, do tego homoseksualna, samotna matka, odnosząca zawodowe sukcesy? Hm... Nie zdołałaś wymyślić bardziej piorunującej mieszanki? - Byłoby mi trudno – odkładam szczotkę i wychodzę z łazienki – To możemy już iść. Zamykam drzwi, zamek zatrzaskuje się, oddaję klucz w recepcji i wychodzimy z hotelu. Miasteczko żyje swym wieczornym życiem, na nadmorskim pasażu kwitnie handel czym popadnie, stoiska z ubraniami, stoiska z pamiątkami, zabawki, słodycze, kwiaty, mydło, powidło. Wokół straganów plączą się ludzie – więcej tu oglądających niż kupujących, jednak nikt nie pogania straganowych gapiów. Może ktoś z nich jednak coś kupi? Z licznych barów z jedzeniem wydobywają się zapachy tak smakowite, że z miejsca robię się głodna i przyspieszam kroku. Włoska restauracja znajduje się tuż za rogiem. Zbliżamy się do niej szybkim krokiem, nie rozmawiając ze sobą. Cieszę się tą chwilą. Otwieram drzwi, zajmuje miejsce przy małym stoliku przy oknie, zdejmuję płaszcz zanim uczyni to Nim Dwa, zapalam świeczkę, biorę do ręki kartę. - Jest w tobie coś z twojej bohaterki. - Coś tak. - Co zamawiamy? - Spaghetti z brokułami i butelkę czerwonego wina. - Wybierzesz wino? - Wybierz. Nim Dwa zamawia kolację. Przekładam palec przez zapaloną świeczkę. Ogień, ogień – we mnie i w nim. - Co się działo przez ten czas? – pyta patrząc na mą zabawę ogniem. - Kończyłam doktorat, pisałam powieść, umarł Miau, ale o tym pewnie już mówiłam. - Tak, nie myśl o tym. Chcesz żebym przyjechał na obronę? - Nie, jadę z Miłym. - Robię projekt w tamtych stronach. - Nie, zostawmy to, tak jak jest – proponuję – Może po obronie będę miała więcej czasu – obiecuję. Sama nie wierzę w to, co mówię. Zanim się obronię wymyślę sobie nowe zajęcie, które zaabsorbuje mnie do tego stopnia, że nie będę miała czasu na nic... - Znajdziesz coś nowego i nie będziesz miała czasu. Włóż palce pod wodę – patrzy jak zdejmuję z nich wosk. Oboje wiemy, że ma rację. Jemy powoli w skupieniu, popijając spaghetti czerwonym winem, jakbyśmy chcieli tą chwilę wydłużyć, nie wiedząc co począć z nią dalej, nie chcąc, aby się skończyła. Czciciele ognia, sparzeni jego płomieniem... Potem Nim Dwa zaczyna opowiadać co słychać u niego – nie dzieje się nic szczególnego, żyje, mieszka, projektuje, sprzedaje projekty, przyjmuje zamówienia. Myśli, zastanawia się, szuka, znajduje. - Chcę się rozwieść – mówi raptem. - Przemyśl to – po co w zasadzie to proponuję? - To już decyzja – informuje – Chciałem żebyś wiedziała. Rozwieść się. Co to znaczy? Puste słowo. Czy ludzie, którzy przez lata byli sobie najbliżsi, żyć mają tak jakby nigdy się nie spotkali? Tak jakby nigdy nie poznali się, nigdy nie połączyli? Oddaleni od siebie bardziej niż dalecy krewni, przyjaciele, znajomi? Czy ja i on żyjemy tak jakbyśmy się rozwiedli? - Jesteś pewien, że jest to do czegoś potrzebne? – nieodwracalność tej decyzji przeraża mnie – A jeśli zaczniesz tego żałować a żona nie pozwoli ci wrócić? A syn? - Jest dorosły. Rozwód - wyrzucić kogoś z kim się było przez lata jak stary niepotrzebny mebel? Konstruktywny sposób na rozwiązanie upadającego związku. Cholera! po co w ogóle są śluby, bez nich wszystko byłoby jasne, jesteśmy razem dopóki chcemy być razem, nie chcemy – rozstajemy się i basta! - Potrafisz żyć sam? - Dlaczego zakładasz, że jeśli się rozwiodę będę całe dalsze życie sam? Dobre pytanie, zakładam, mierzę swoją miarką, nie chciałabym uczyć się nowego partnera, dopasowywać się, szukać kompromisu... - Nie zakładam, w porządku jeśli tego chcesz. Nie poruszamy więcej tego tematu. Dość. Pijemy wino, czuję jak język zaczyna mi się plątać, choć myśli pozostają wyjątkowo składne. Nie potrafię się nawet upić, najbardziej pijana myślę racjonalnie. - Podoba ci się tutaj? – pytam, jakbym obawiała się wspólnego milczenia. - Jeszcze nie zdążyłem się zorientować, przyjechałem, zaszedłem do ciebie, potem poszliśmy na spacer. Rozpakowałem się, odpocząłem i znów zaszedłem do ciebie. - Długo tu zostaniesz? – bawię się pejsem włosów wypuszczonym z koka, choć wiem, że ten gest pobudza jego erotyczną wyobraźnię. Prowokuję go z przyzwyczajenia? - Może wrócimy razem, nie musiałabyś wlec się pociągiem. - Tylko że chciałabym pobyć sama, popisać – tłumaczę, obawiając się, że go urażę. - Dobrze. Możemy spotykać się rzadko i tylko wówczas jeśli oboje będziemy mieli na to ochotę. Kiwam głową na znak zgody. Wiem, że jego obecność będzie mnie dekoncentrowała, jednak chciałabym żeby był obok, nawet jeżeli ma to być sąsiedni pokój. Będę opisywać losy niezależnej homoseksualnej kobiety, tęskniąc za jego heteroseksualnym dotykiem. Istna perwersja. Istne kabotyństwo! - Będziesz pracował? - Tak, przywiozłem materiały – dodaj. I znów opowiada mi o projekcie budynku z taką pasją, o jaką nigdy nie podejrzewałabym architekta. Projektuje dom handlowy w centrum miasta, wielki, nowoczesny, zbyt nowoczesny jak na mój gust, robi coś, co zostanie po nim przez lata. Łączy nas wspólna obsesja, dokonania czegoś ponadczasowego. Ja zostawię swe książki, pożółkłe, zakurzone, w miejskich bibliotekach. On budowle, wielkie, wznoszące się ponad miastem. Opowiadam o powieści, zdradzam projekt zakończenia, choć nie zrobiłam tego nigdy dotąd, podobnie jak nigdy nie zdradziłam jego. Powieść zdradzam z nim, z kim zdradzę jego? Ze sobą? Z inną powieścią? Z mężczyzną? Z kobietą? Rozmawiamy, sącząc wino, czuję bliskość, podobną do tej, która niegdyś nas łączyła, zbliżała ku sobie. Czy pojawiła się znowu, czy wino zaczyna uderzać mi do głowy? Powoli wracamy do hotelu. Żegnamy się i każde z nas odchodzi w stronę swego pokoju. Nie zatrzymuję go, on nie ma odwagi zatrzymać mnie. Mam ochotę kochać się z nim, tymczasem podaję rękę na pożegnanie. Logika kobiety prawie trzydziestoletniej.
Kobiet nie należy pytać o wiek, podobno nie wypada – jakby dojrzewanie kobiet i starzenie się było czymś wstydliwym. W dojrzałości dostrzegam spokój, w starości – spełnienie nieosiągalne wiekowi młodzieńczemu, wraz z upływem czasu łagodnieję, wyciszam się, przyjmuję to, co dzieje się wokół mnie, uczę odmawiać gdy czegoś nie chcę. Mój czarno-biały dotąd świat wiruje wszystkimi barwami tęczy. Trudniej mnie zranić, choć zyskuję wrażliwość niedostępną wiekowi młodzieńczemu. Zamykam się w swych przemyśleniach, obserwuję świat z większym dystansem do zachodzących w nim zdarzeń. Biegnę coraz wolniej, przystaję coraz częściej, upodabniam do kobiety odwiedzającej me sny. Zamykam oczy. Kobieta nie przychodzi. Nim Dwa nie przychodzi także. Widzę morze, faluje wraz z podmuchem wiatru, ja faluję ze świadomością, że on śpi obok, unoszę się i opadam...
Rano ptak przychodzi sam, dziobkiem puka w parapet, roszczeniowy stukot w niczym nie przypomina prośby. - To nie w porządku – mówię do ptaka – To nie fair. Przez to, że cię karmię nie dajesz mi się wyspać. - Puk, puk, puk! – nic sobie nie robi z mego monologu. Wstaję, nie sposób spać, gdy ktoś wali z całej siły dziobem o metalowy parapet. Otwieram okno, ptak wygląda okropnie. Ma mokre, przerzedzone pióra i pokrwawioną główkę. Przyleciał sam. - Co się stało ptaku? Nie odpowiada, patrzy smętnie, domyślam się, że podziobał go ten ptak, którego on zaprosił na śniadanie. Dziobacze prawo silniejszego, zupełnie jak u ludzi... Karmię go płatkami owsianymi, zjada łapczywie. Stał się nieufny, już nie siada mi na dłoni i nie pozwala podejść bliżej do siebie. Odlatuje. Ptasie kłopoty...
Nie spotykam Nim Dwa, widocznie zjadł wcześniej. Za ścianą słyszę jego oddalające się kroki. Wychodzi nad morze, ja zostaję. Wieczorem wspólnie wracamy do domu, tęsknie za Jedynym, kończą się wolne dni, pora wrócić do pracy. Dalsze losy mego ptasiego przyjaciela są mi nieznane. Jak to teoria do praktyki się miała Po powrocie dzwonię do postindustrialnego miasta, dowiaduję się, że mam już dwie pozytywne recenzje pracy doktorskiej a wysłana przeze mnie przesyłka z dokumentami i egzemplarzami pracy dotarła cało, zdrowo i szczęśliwie; zaczynam się bać, choć obiecałam sobie, że bać się nie będę. Znajomi przekonują mnie, że przy takich recenzjach obrona jest tylko formalnością. Dobre sobie – tylko formalność – skoro każda spośród osób zgromadzonych na sali może zadać mi pytanie, na które będę musiała udzielić odpowiedzi. Czy jestem omnibusem? Z tego wszystkiego przestaję cieszyć się na spotkanie ze współpodróżnym, tłukę wszystkie naczynia, które wpadną mi w ręce, zaczynam krzyczeć na współpracowników próbujących się ze mną dogadać, nie dzwonię do Nim Dwa, tracąc ochotę na jakąkolwiek formę bliskości. Od rodziców swoich i Miłego raz po raz otrzymuję komunikaty „I po co ci to było?”, promotor przynosi mi nowe książki, których i tak nie zdążę przeczytać, uczniowie mają pretensje, że od tygodnia nie sprawdziłam ich prac, dyrektor robi mi z tego powodu kąśliwe uwagi, redaktorka czasopisma grozi zerwaniem umowy, jeśli w ciągu kilku dni nie napiszę nowego eseju, wydawnictwo przypomina o terminie złożenia książki o Wiktorii. Słowem – wszyscy świadomie i nieświadomie ułatwiają mi obronę jak tylko mogą... Skrupulatnie notuję wszystkie „niezbędne do wykonania czynności” w terminarzu – starczyłoby ich na jakieś dwa tygodnie dla kilkunastu osób, planuję linijka po linijce każdy dzień, redukuję czas potrzebny na jedzenie, odpoczynek i sen. Zadania do wykonania, może zdążę choć z częścią. Składam wniosek o urlop, którego nie dostaję. Szczęśliwym trafem przeziębiam się z przemęczenia lub w z powodu morskiej kąpieli i dostaję tydzień zwolnienia. Uff! Zaczynam mieć nadzieję, że zdążę ze wszystkim i nawet czasami się prześpię. Wracając od lekarza kupuję plastikowe sztućce, papierowe talerze i pół zamrażarki gotowego jedzenia – trudno, jakoś to przeżyję. W sklepie spotykam rozplotkowaną woźną (zapewne ogłosi jutro wszem i wobec, że wcale nie jestem chora, bo chodzę po mieście) i odbieram telefon od matki zaabsorbowanej swą nową wyimaginowaną chorobą, przy pomocy której postanowiła rywalizować z mym przeziębieniem i doktoratem jednocześnie. Biegnę do autobusu, kierowca zamyka mi drzwi przed nosem. Nie denerwuję się, nie denerwuję, nie denerwuję... Odliczam do pięćdziesięciu, dzwonię po taksówkę i jadę nią do domu. Miły obiecuje pomóc przy przepisywaniu na komputerze, robieniu folii i prezentacji multimedialnej, od razu mi lepiej. Powiedziałabym nawet aż tak dobrze, że w ubraniu kładę się do łóżka, zamykam oczy kichając i smarkając na co się da. Dobry początek, zasmarkane zakończenie, jak czasem w seksie... Wstaję wieczorem wyrzucając sobie, że spałam tak długo zabieram się do pisania autoreferatu. Mam streścić na zaledwie kilku stronach to co liczy stron ponad trzysta, krótko, zwięźle, w interesujący sposób, zainteresować tych, których mój temat nie interesuje wcale (zatem w obecnej chwili mnie samą); pokrótce przedstawić tym, którym nie będzie się chciało czytać pracy (zapewne większości spośród gości). Robię projekt streszczenia – jest za długi, przygotowuję projekt streszczenia mego streszczenia, znów jest za długi i wreszcie streszczenia streszczenia ze streszczenia. Ten jest odpowiedni, piętnaście stron, musiałam pominąć w nim wszystkie szczegóły dotyczące prowadzenia badań i co ciekawsze spostrzeżenia. Nie czas na to i nie miejsce! Miły sprawdza pocztę elektroniczną, przychodzą recenzje, pozytywne, uwag krytycznych prawie nie ma, oddycham z ulgą i planuję co odpowiem autorom. Smarkając i kichając popijam herbatę z cytryną, miodem i rumem, mającą w założeniu wyleczyć mnie z przeziębienia, a nie wpędzić w alkoholizm. Odpowiadając na recenzję Pani Profesor pragnę ustosunkować się do kilku zarzutów merytorycznych – zaczynam i myślę – Chwila, przecież w niej nie ma zarzutów merytorycznych. Poprawiam zdanie [...] pragnę podjąć polemikę dotyczącą zastosowanej w pracy orientacji badawczej. Sugeruje Pani – nie, nie sugeruje, to była propozycja [...] proponuje Pani pogłębienie badań jakościowych dotyczących zdrowienia z uzależnienia... I co mam napisać? Piszę zatem: Niewielka liczebność badanej populacji i poruszenie w biografiach wyłącznie tematyki picia i zdrowienia spowodowane było zastosowaniem triangulacyjnej orientacji badawczej. Badania jakościowe wykorzystałam jako dopełnienie modelu ilościowego, weryfikując przy ich pomocy zaledwie dwa problemy szczegółowe. Uwaga recenzentki jest słuszna, gdybym recenzowała swój doktorat napisałabym to samo, lecz to ja byłam osobą prowadzącą badania, i tak przez rok jeździłam od domu alkoholika do domu alkoholiczki i śledziłam wydarzenia zachodzące w ich życiu nie mając pojęcia co dzieje się w życiu mych bliskich i przyjaciół. I mam – Nim Dwa rozwodzi się, pewnie o rozwodzie myślał od dawna, tylko jakoś tego nie zauważyłam. Zastosowany model badawczy postaram się rozwinąć w przygotowywanej przeze mnie książce. Muszę znaleźć czas aby zrobić książkę z pracy doktorskiej... Czas... Tylko kiedy? Wydać książkę – ale za co? I tak musiałam już wziąć pożyczkę na doktorat, gdybym pracowała na uczelni pracodawca by za mnie zapłacił, pracuję jednak w szkole pomaturalnej... Pani profesor pisze, że powinnam była uwzględnić trochę więcej pozycji anglojęzycznych. Ustosunkować się, ustosunkować: Faktycznie w dysertacji uwzględniłam niewiele pozycji anglojęzycznych, praca dotyczyła jednak modelu zdrowienia proponowanego w Polsce, zaś placówki lecznicze jak i sam sposób funkcjonowania systemu pomocy wolontariackiej różni się od placówek europejskich. Ze względu na ograniczoną objętość dysertacji nie mogłam przeprowadzić szczegółowej analizy porównawczej, będzie to tematem kolejnej planowanej przeze mnie książki. Pod koniec roku do Anglii wybiera się moja koleżanka, poproszę ją o materiały i poszukam sponsora na książki. Może organizacje pozarządowe sypną groszem na druk, albo Pełnomocnik wojewody zajmujący się uzależnieniami? Dalej Recenzentka gratuluje mi obszernej części teoretycznej mogącej stanowić kompendium wiedzy o alkoholizmie. Wypada podziękować skromnie, aby nie zrobić wrażenie narcyza (narcyzy?). Bardzo dziękuje, za życzliwe słowa dotyczące teoretycznej części mojej pracy, starałam się problem uzależnień zaprezentować jak najszerszej... I znowu zaczynam ziewać, w dodatku cieknie mi z nosa tak, że muszę jedną ręką przytrzymywać chusteczkę, żeby nie ochlapać papieru. Kończy się herbata, jeśli wypiję drugą to pewnie będę wcięta, rezygnuję zatem z rumu na rzecz miodu. Piję ten herbaciany lep, czytając dalszy fragment recenzji gdy dzwoni koleżanka wykładająca pielęgniarstwo. - Cześć – mówię – Ledwo żyję. - Cześć – słyszę po drugiej stronie kabla – Woźna powiedziała dyrektorowi, że twoje zwolnienie jest lewe, bo spotkała cię w sklepie. Dyrektor jest wściekły musiał odwołać lekcje i kazał kadrowej jutro cię skontrolować. Dzwonię, żeby cię uprzedzić, że ten wredny babsztyl przyjdzie jutro w samo południe. - Dzięki. Ale ja naprawdę jestem chora. - Nie ma sprawy, tylko tak między nami – odkłada słuchawkę. Wyłamałam się i mam ponieść zasłużoną karę, społeczne napiętnowanie, jakoś mnie to nie martwi. Wracam do odpowiedzi, tym razem odnoszę się do słów Pana Profesora. Pisze, że mogłam wykorzystać wyłącznie scjentystyczną orientację badawczą gdyż wywiady jakościowe nie były tu konieczne. Z poprzedniej recenzji wynika, że były; bądź tu mądra i pisz wiersze (ale nie wiersze mam tym razem pisać): Wywiady jakościowe z alkoholikami stanowiły istotny element moich badań. Przeprowadzone przeze mnie badania ankietowe umożliwiły mi jedynie powierzchowne nakreślenie problemu, nie mogłam przy ich pomocy prześledzić indywidualnych emocji towarzyszących zdrowieniu z uzależnienia, przeżyć płynących z trzeźwego przeżywania codziennych wydarzeń, zmian jakie zachodziły w mych rozmówcach w ciągu całego życia. Czy moja odpowiedź nie jest zbyt zasadnicza? Czy nie jest zbyt łagodna? Czy jest wyważona? Czy nie jest obraźliwa? Nie zdołam pogodzić stanowisk recenzentów, reprezentują przeciwne opcje badawcze, pani jest zwolenniczką badań jakościowych, pan ilościowych. Dobrze, że wybrałam model triangulacyjny... Sięgam po książki z metodologii, by nawiązać do autorów proponujących zastosowanie modelu mieszanego. Robi się coraz później, zimno, chyba skacze mi temperatura, owijam się w rulon kocem. Koc zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa, powinnam kupić sobie ubrania z koca, jakieś takie poncho albo coś w tym stylu, by chować się w nim przed światem, gdy będę się źle czuła. W dodatku zaczynam kaszleć oskrzelowo i przeraźliwie chrypieć, ale dla tych paru chwil, w których morska woda oplatała moje nogi było warto. Może i tak byłabym chora? Przemęczona choruję – mój organizm odmawia współpracy, chorobą wymusza odpoczynek, chroniąc mnie przed obłędem. Stop! Zwolnij, odpocznij! Jedynie chora pozwalam sobie na odpoczynek. Jeśli chodzi o zasadność zastosowania testu statystycznego... – właśnie, dlaczego uznałam za konieczne użycie testu statystycznego? [...]wynikała ona z konieczności określenia zależności pomiędzy stopniem zaspokajania potrzeb uzależnionych a elementami programu terapeutycznego. Ciekawe jaki program zaspokoiłby moje potrzeby cielesne i twórcze? - Połóż się – Miły spogląda na owinięte kocem ćwierćprzytomne zawiniątko, podejrzanie mnie przypominające – Jest po północy. Kładź się, bo pojedziesz chora na obronę i będzie ci ciężko. - Już mi wystarczająco ciężko! – pomarudzę mu trochę, to zawsze poprawia nastrój. - Jutro skończysz i tak pisanie idzie ci coraz wolniej. - Chciałam skończyć dzisiaj! Ma rację, ale nikt nie będzie mi mówił kiedy mam skończyć. Pan Profesor również gratuluje znajomości tematyki i proponuję wykorzystanie elementów terapeutycznych stosowanych w pracy z uzależnionymi w profilaktyce uzależnień prowadzonej na terenie szkół. Za szczególnie cenną uważam uwagę Pana Profesora dotyczącą możliwości przeniesienia elementów... Psik! ...dotyczących... Psik! ...wykorzystania elementów... Psik! ...terapeutycznych programu zdrowienia jako elementu profilaktyki pierwszorzędowej... Psik! Pierwszorzędowa zakładałaby, że na terenie szkół nie ma osób uzależnionych, dopisuję ...jak i kolejnych poziomów działalności profilaktycznej... Ktoś może zaatakować mnie za przyjęcie trójpoziomowego modelu działań profilaktycznych, kwestionowanego ostatnimi czasy przez teoretyków, jeśli jednak nie wykorzystam go ktoś inny może okazać się zwolennikiem modelu i zaatakować mnie za jego brak. Zaryzykuję, mnie się ten model podoba. Psik! Zaczyna brakować mi chusteczek, zbieram zużyte do stojącego na biurku wiklinowego koszyka, przed wizytą kadrowej rozrzucę po domu, tak aby musiała usiąść na zasmarkaną chusteczkę... Szczególnie cieszę się... nie, to chyba nie jest poprawna forma ...Bardzo cieszą mnie życzliwe..., może lepiej ...Pańskie życzliwe słowa dotyczące... Psik! ...teoretycznych rozdziałów mej dysertacji... W sąsiednim pokoju Miły gasi światło, pewnie zasypia, takiemu to dobrze... Psik! A ja mam swój doktorat. Starałam się zagadnienia rozpatrzyć z trzech perspektyw socjologicznej, medycznej i psycho-pedagogicznej, aby nakreślić podłoże teoretyczne dla mych penetracji badawczych . Psik! Gdyby chociaż penetracja była mi w tej chwili w głowie... Koniec wystarczy, jeszcze tylko pięć razy podziękuję i idę spać.
Nastawiłam budzik na ósmą. Miły rano wyłączył go, ma swoją filozofię dotyczącą leczniczej roli snu i postanawia sprawdzić ją w praktyce. Jest zatem grubo po dziesiątej, gdy wstaję z pieleszy i zaczynam rozglądać się za śniadaniem. Może uda się dostać do łóżka? Staram się zrobić wrażenie bardziej chorej niż jestem w rzeczywistości. Kadrowa nie przychodzi, dzwoni pod pretekstem spytania o stan zdrowia, kicham, chrypię i smarkam w słuchawkę – bardziej niż tego potrzebuję, informuję, że czuję się fatalnie, słyszę jej pozdrowienia odkładam. Zużyte chusteczki wyrzucam do kubła na śmieci, katar mi przeszedł, zaczynam dla odmiany kaszleć w sposób godny gruźlika i trząść się z zimna niczym Afrykańczyk przebywający na Arktyce. Gdybym tak mogła zostać w tym ciepłym łóżku... Za oknem piękna majowa pogoda, słońce promieniami oświetla drzewa, trawa budzi się do życia, bujnie rozkwitają kwiaty. Jem śniadanie, zakopując się w pieleszach, myślę jak dobrze jest ludziom, którzy mogą tak zwyczajnie sobie pochorować, poczytać książki, pooglądać telewizję, w czasie choroby zawsze nadrabiam zaległości w pisaniu, sprawdzaniu, zliczaniu badań. Czas, który należy wykorzystać. Przynoszę do łóżka wszystkie potrzebne mi do pisania papierzyska, muszę skończyć odpowiedzi na recenzje, autoreferat, zaplanować foliogramy, mogę na to przeznaczyć dwa dni. Czytam po raz wtóry recenzje Pana Profesora i Pani Profesor, ona proponuje więcej jakościowego humanizmu, on więcej pozytywistycznej statystyki, podobno nauka ma obiektywne kryteria a płeć nie ma tu nic do rzeczy. Moja praca jest zatem androginiczna. Zaczynam pisać autoreferat, ograniczona narzuconą ilością stron zawieram w nim suche fakty i ważniejsze liczby. Jest tak nudny, jak nudny ma być porządnie przygotowany autoreferat, bezemocjonalne streszczenie pracy niezwykle emocjonalnej. W połowie streszczenia zasypiam. Śni mi się obrona, komisja zebrana w senackiej sali zaczyna piłować sobie paznokcie, pilniczkami z białą rączką, dostępnymi w każdym kiosku. Nikt nie robi nic, ja mówię, oni znudzeni jak mopsy piłują paznokcie i tak cały czas. Brr..., psik! Budzę się. Jem obiad i piszę dalej, rozplanowuję foliogramy. Dobrze, że istnieją rzutniki, inaczej musiałabym nauczyć się tych wszystkich cyfr i procentów na pamięć. Procenty mówiące o tym ilu z mych alkoholików ma już procenty w głowie. Czy nowy przedrostek zmieni coś w moim życiu? Czy będzie mi łatwiej utrzymać lub zmienić pracę? Jestem nauczycielką, zatem powinnam dokształcać się, dokształcam i co z tego wynika? Psik! Udaje mi się wygospodarować wieczorem chwilę dla samej siebie, czytam kobiecy magazyn homogeniczny, z którego dowiaduję się, że źle się maluje (bo „w tym sezonie tylko róż”), byle jak ubieram (bo „tylko ciuchy z metką pana na G.”), jestem złą kochanką (bo „nie myślę o seksie co dwadzieścia minut”), nie wsłuchuję się w potrzeby swego mężczyzny i w ogóle jestem do niczego, ale nie powinnam się martwić, bo z tym magazynem wszystko będzie lepiej (nauczę się malować zgodnie z trendami, robić „metkowe” zakupy, bzykać na żądanie). Słowem, będę taka, jaką magazyn chciałby mnie stworzyć, jeszcze tylko mam kupić markowe auto (pada marka, kolor i rocznik) i wyjechać na wakacje do Tunezji. Psik! Jak można coś takiego czytać? Pranie mózgu! Na szczęście dorzucili film. Włączam go i oglądam, zasypiam. Psik!
Trzeciego dnia moja częstotliwość kichania spada o jakieś 40%, zatem o tyle, ilu alkoholikom skupionym w grupach samopomocy udaje się nie pić. Oni przychodzą na spotkania AA dalej, zatem ja zostaję w łóżku. Przeglądam nowe książki, których pożyczył mi promotor, znajduję w nich szereg wiadomości, które powinnam była umieścić w pracy, lecz w tej chwili to i tak bez znaczenia, bo nie mam na to szans. Ważniejsze teorie spisuję na fiszki, może uda mi się wydać pracę w formie książki lub ktoś mnie o te teorie zapyta, niedobrze mi się już robi, gdy czytam o uzależnieniach. Nie rozumiem jak można specjalizować się w jednym wąskim zagadnieniu. Psik! Włączam na moment telewizor, nadają „28 dni” z Sandrą Bullock – film o alkoholiczce, która poddała się terapii i przestała pić. Nie widziałam alkoholiczki, która wyglądałaby po alkoholowym ciągu jak Sandra Bullock, ani takiej która wyzdrowiałaby w niespełna miesiąc. Skuteczność terapii w filmie – jakieś 100%. Psik! Wstaję z łóżka. W kuchni napotykam mrówki faraonki, rozmnożyły się w ciągu kilku dni co najmniej trzykrotnie, albo do naszych mrówek przyjechali w odwiedziny wszyscy krewni. Muszę zlikwidować to mrowisko, w taki sposób aby nie zgładzić pajęczej rodziny, mieszkającej z nami od pokoleń. Pająki lubię, mrówek jakoś polubić nie umiem, wytłukuję je łyżeczką do herbaty, jedną za drugą, potem spuszczam zwłoki do zlewu. Czuję się nieswojo. Czy czuły kiedy umierały? Gdybym użyła trucizny w rozpylaczu załatwiłabym sprawę w białych rękawiczkach, taki Auschwitz w sprayu, lecz mogłoby to zabić moje pająki. Czym różnią się mrówki od pająków, skoro jedne akceptuję a drugie zabijam? Wiedźmom pająki przydawały się do wywarów, mrówki były niepotrzebne, dziedzictwo po przodkiniach? Psik! Wracam do pokoju i próbuję pisać esej do „Refleksji trzydziestolatki”, jedyny temat, który przychodzi mi do głowy to: „Kim są współczesne czarownice?”. Prezentuję współczesną czarownicę jako kobietę żyjącą w harmonii ze swym ciałem, naturą i przyrodą, której codzienność wyznacza cykl pór roku. Pająk Teofil przygląda mi się krytycznie, obawia się wyraźnie o swój odwłok lub kończyny, dotykam jego nogi – miękka, Teofil ucieka. Psik! Wiedźmy fascynowały mnie zawsze, mądre kobiety żyjące zgodnie ze swymi potrzebami, tańczące nago wokół ognia dającego moc, kochające życie i seks. Niszczone za to, że odważyły się być niezależne, wolne, niepowtarzalne. Czy w średniowieczu spalono by mnie na stosie? Czy mając w perspektywie śmierć w płomieniach nadal walczyłabym o swą niezależność? Włączam komputer i uruchamiam przeglądarkę internetową: co znajdę tu pod hasłem czarownice? Niewiele, raptem kilkanaście dokumentów: wiecznie napalone i mokre czarownice – nie, w ten nie wchodzę; artykuł znanej feministki zajmującej się przemocą wobec kobiet (postanowiła odszukać ziemię odebraną wiedźmom i oddać ją kobietom – ofiarom przemocy); historię inkwizycji (kopiuję na dyskietkę); parę zdjęć z jakiegoś słownika lub encyklopedii; informację o książkach na temat czarów; stowarzyszenie kobiece zajmujące się rozwojem duchowym w swej nazwie nawiązujące do czarownic. Psik! Wysyłam do stowarzyszenia e-mail z krótką informacją o sobie i prośbą o kontakt, Teofil zapobiegliwie chowa się za grzejnikiem, spod którego nie jestem w stanie go wyciągnąć. Czy czarownice uzależniały się od alkoholu? Która z badanych kobiet mogłaby być potomkinią czarownicy? Wstukuję jeszcze słowo „wiedźmy” – tym razem dokumentów jest kilkadziesiąt, przeglądam je po kolei, kopiuję i drukuję – te, które wydają mi się istotne. Zbieram materiał do eseju, czytam go, przeglądam zdjęcia, siedzę nad nimi do świtu. Psik! We śnie odwiedza mnie kobieta, ta sama, która uprzednio gościła mnie w swym domostwie. Przynosi mi bukiet ziół, jej ciało zamienia się w ciało mej babki i rozpada w proch pachnący stosem. Krzyczę żeby wróciła lecz jej już nie ma. Na moją głowę sypie się popiół, jest wszędzie, zasypuje samochody, domy, drzewa i sklep. Spośród usypanych popiołowych wzniesień wystają kobiece dłonie, zaciśnięte jakby bały się śmierci w płomieniach, widzę jak drogą ucieka moja matka i obserwując jej bieg budzę się z wrzaskiem. AAAAAAAAAAAAAAA! - Już dobrze – uspokaja mnie Miły – Dobrze, to tylko sen. - Tylko sen – powtarzam za nim i zasypiam ponownie. A jeśli ona – moja matka – po prostu obawia się płonących stosów? Psik!
Rano przestaję kichać, katar ustępuje, za to kaszlę jak gruźlik-nałogowy-palacz-chory-na-raka-płuc. Hrrr! Hrrr! Nie mogę się skupić, coraz bardziej boli mnie gardło; takie przeziębienie na raty, najpierw katar, potem kaszel i na końcu ból gardła. Żyję w kapitalizmie, wszystko jest na raty, wystarczy tylko wziąść kredyt, z najniższymi odsetkami, bez żyrantów, odroczona spłata – zadzwoń! To dlaczego przeziębienie nie miałoby przebiegać ratami? Jeśli bez odsetek... Hrr! Hrr! Półprzytomna robię kanapkę, gdy dzwoni matka jednej z uczennic, pokrzykuje na mnie przez telefon, że jeszcze nie sprawdziłam pracy Anetki i Anetka się denerwuje, bo to takie wrażliwe dziecko. - Kiedy córka oddała mi pracę? – pytam, choć powinnam ją spławić zamiast wchodzić w dyskusję. - Pod koniec zeszłego tygodnia i jeszcze nie ma oceny. - Widzi Pani, jestem od poniedziałku na zwolnieniu, nie mogę zatem sprawdzić pracy – tłumaczę w miarę spokojnie. - Na zwolnieniu też można sprawdzać, młodzież się denerwuje! – matka uczennicy zaczyna na mnie pokrzykiwać. - Nie sprawdzam prac dopóki jestem na zwolnieniu. Dlaczego nie powiem tej furiatce, żeby się odczepiła? Prawda, jestem nauczycielką muszę zachowywać się kulturalnie. - Dwadzieścia godzin pracujecie, a młodzież tyle musi czekać na sprawdzenie pracy! To skandal! Zadzwonię do dyrektora! Anetka skargę złoży! Do kuratorium zadzwonię! Do ministerstwa! – krzyczy rozgniewana matka. - Proszę uprzejmie – informuję – Do widzenia – mówię i odkładam słuchawkę. Ona ma prawo dzwonić do mnie do domu i besztać mnie niczym niesfornego dzieciaka, ja nie mam prawa zachorować, bo Anetka się denerwuje. Misja nauczycielska, bez prawa do chorób, problemów, życia prywatnego za 1400 zł jałmużny. Gdybym nie pokochała tej pracy poszłabym sprzedawać ciastka w pobliskiej piekarni, taka sama pensja, wolne od południa, spokojne weekendy, nie trzeba inwestować w ciągłe dokształcanie się. Hrr! Hrr! Kończę przerwane śniadanie i zaczynam uczyć się na pamięć autoreferatu, podobno lepiej wygłaszać go niż czytać, w zasadzie trochę szkoda mi czasu na „wstukiwanie” problemów, hipotez i zmiennych. Ale co robić? Uczę się do południa robiąc drobną przerwę na obiad, kolejne kawy i pokasływanie. Hrr! Hrr! Hrr! Wieczorem przeglądam zebrany materiał o czarownicach, w jednym z artykułów czytam: O czary osądzano najczęściej zielarki spędzające płody lub niezależne kobiety emanujące swą seksualnością, pod którymi stosy zapalali fanatycy religijni – tylko dlatego, że budziły w nich pożądanie. Spisuję cytat, przyda się w eseju. Czy każda rozbudzona seksualnie i świadoma siebie kobieta może być dzisiaj uznana za czarownicę? Nie, chyba nie, przemiany obyczajowe spowodowały liberalizację norm seksualnych, zatem mielibyśmy pół społeczności czarownic. Taka Britney Spears nie mogłaby być przecież czarownicą, brakuje jej charyzmy. A Shakira? Ta już prędzej. Albo Madonna. A Sharon Stone? Kasia Kowalska? Justyna Steczkowska? Przypominam sobie wizytę u zielarki, mieszka nieopodal nas, w małym domu z cegły, podałam jej dłoń, przy pomocy wahadełka odczytała z niej co mi dolega. Niektóre z objawów ujawniły się po kilku latach, gdybym wtedy jej zaufała i wypiła otrzymane zioła, uniknęłabym dziś brania leków, jednak bardziej ufałam tradycyjnej medycynie. Teraz zaufałabym przede wszystkim zielarce, było w niej coś magicznego, wyciszenie, pogodzenie ze sobą i światem, wewnętrzna moc, wyczuwalna przez dotyk dłoni, mikstur jednak nie wypiłam, bo miała wahadełko a nie stetoskop. Wiedziała, że ich nie wypiję i że jestem wobec niej nieufna, wykazywała wobec mnie dystans, jakiego nie miała do moich przyjaciółek; powiedziała tylko „Uwierz w moc ziół, pomogą ci”. Nie uwierzyłam, dziś wierzę. Czy ona wyczuła, że ja uwierzę po latach? Czy gdyby żyła w średniowieczu zginęłaby na stosie? Czy spędza płody? Czy budzi pożądanie? Nie wiem. Inne opracowanie głosi, że za czarownice uznawano wróżki skłonne przepowiadać przyszłość: Często na stosach ginęły też kobiety zajmujące się wróżbami... – czytam i dalej: ...pod zarzutem czarów palono też przeciwników politycznych. Dziś aby zniszczyć przeciwnika politycznego nie trzeba posądzać go o czary, wystarczy nazwać tajnym agentem SB, komunistą, Żydem masonem lub gejem. Kobietę nazwać można feministką i już nikt nie będzie traktował jej poważnie, wiadomo feministka. Hrr! Współczesna wiedźma to niezależna intelektualistka, o silnym wnętrzu, nonkonformistka nie pozwalająca sobą manipulować, żyjąca w harmonii z przyrodą, wrażliwa na bodźce zewnętrzne, obdarzona intuicją, z tendencjami do przewidywania ciągu następujących po sobie zdarzeń – zaczynam esej. Dobrze, że nie żyję w średniowieczu! Hrr! Hrr! Brrrrr! – znów telefon, dzwoni dyrektor z pretensjami, że obraziłam matkę uczennicy. Tłumaczę, że jej nie obraziłam, a jeśli mielibyśmy wgłębić się w szczegóły tej rozmowy, to ona obraziła mnie. Dyrektor informuje, że nie będzie wnikać w szczegóły tej rozmowy, ale mam przeprosić, bo nie chce problemów, bo Pani zaczyna straszyć skargami do ministerstwa. Staram się nie denerwować, rozumiem w jak trudnej jest sytuacji, zaciskam zęby i spisuje numer matki uczennicy. Wracam do pisania: ...Charyzmatyczna i władcza – budzi lęk..., lęk przed czym? swą odmiennością od otoczenia na którego aprobacie jej nie zależy, gdyż czerpie moc z własnego wnętrza. Hrr! Zimno, owijam się kocem i zaczynam kręcić wkoło po pokoju, rytualny taniec, szkoda, że nie ma tu ogniska. Świat wiruje a jego barwy zlewają się. Cieplej. Hrr! Przychodzi SMS od Nim Dwa, podpisał pozew o rozwód, odpowiadam „Jeśli było ci to potrzebne to gratuluję; jeśli nie to przykro mi. Jestem chora, zadzwonię później. G.” Nie może sobie darować odpisuje mi: „Prosiłem, żebyś nie moczyła nóg w morzu. Gratulację przyjmuje. Robię projekt centrum handlowego. S.” Projekt centrum handlowego, to brzmi poważnie, chyba nawet jak awans. Odpisuję: „Moczyć nogi było warto. Gratuluję. Piszę esej o czarownicach. G.” Znów słyszę dźwięk przychodzącego SMS-a, tym razem nie czytam go, jeśli odczytam – znów mu odpiszę, ta dyskusja szybko się nie skończy, ja nie zrobię nic, on nie zrobi nic, jedynie operator sieci będzie z takiego obrotu sprawy zadowolony. Jednak SMS rozkojarzył mnie i gubię wątek, przez chwilę nie mogę zebrać myśli, później sprawdzam czy w encyklopedii figuruje hasło „sabat”. Nie odnajduję. Hrr! Za to robię się coraz bardziej zmęczona: ...współcześnie motyw czarownicy często wykorzystywany jest w celach komercyjnych..., właśnie – choćby taka reklama mydła „Luksja” albo podpasek „Natura”. Czy zatem można wnioskować, że współczesna czarownica utrzymywałaby się tantiemów ze sprzedaży reklam, albo artykułów w pismie „Wróżka”, może układałaby horoskopy, albo firmy farmaceutyczne zatrudniłyby ją do opracowania patentu na eliksir młodości? ...postać czarownicy wykorzystuje się w reklamach, bajkach i telenowelach. Kiedyś oglądałam taki film o nastoletniej czarownicy, miała gadającego czarnego kota (znów myślę o Miau) i piękną miotłę. Gdybym tka nauczyła się latać na miotle miałaby ekologiczny bezołowiowy środek transportu niezależny od rozkładu jazdy. Wchodzę do kuchni – by znaleźć miotłę, nie ma nawet namiastki najbardziej byle jakiej miotły, nowoczesny odkurzacz z funkcją prania dywanów nie nadaje się do przemieszczania, w kącie za zlewem znajduje zmywak sznurkowy z czerwoną rączką. Przymierzam się aby na nim usiąść, gdy wchodzi Miły, robi zdziwioną minę. - Co robisz? – pyta. - Nie było miotły – odpowiadam – Nie mamy. Nadal patrzy lecz nic nie mówi, parzy herbatę i przygląda mi się jakbym co najmniej sfiksowała od gorączki albo leków wykrztuśnych. Hrr! Hrr! Wkładam kij od zmywaka pomiędzy nogi, z przodu sterczy nieco fallicznie jak chudy penis, z tyłu wiszą jakieś farfocle, niczym ze starej szmaty. Usilnie staram się unieść do góry. Hrr! Hrr! Stoję w miejscu, zamykam oczy, tym razem bogata wyobraźnia nie wystarcza. Odkładam namiastkę miotły i robię kanapki, prychając kolejno na chleb, masło, twaróg i pomidor. Infekuję, zarażam, rozdzielam zarazki sprawiedliwie i nader hojnie, mam gest, jemu przybędzie, mnie nie ubędzie. Hrr! Hrr! - Może się położysz? – proponuje nieśmiało Miły. Może się kładę, włączam telewizor i oglądam film dokumentalny o katastrofie w Czarnobylu. Hrr! Hrr! Zasypiam patrząc na ludzi umierających na chorobę popromienną, ciało odpada im kawałkami, włosy wychodzą garściami. Wiedźmy z pewnością wynalazłyby eliksir, jednak spłonęły żywcem na stosie, samotne, przerażone, atrakcyjne seksualnie, niezależne młode kobiety. Hrr! Hrr! Matriarchalne odkupicielki spalone przez patriarchów. We śnie mam miotłę, taką prawdziwą, a nie bylejaką, ze zmywaka sznurkowego i kija, miotłę ze słomy, z drewnianą rączką, na której siedzę wygodnie i dumnie, niczym kierowca najpiękniejszego samochodu. Wylatuję przez okno, przelatuję nad domami, w stronę lasu i stojącego nieopodal kościoła, gapie zadzierają głowy i machają mi życzliwie. Uff! Jestem wiedźmą XXI wieku, taką z reklamy podpasek, nie grozi mi zatem stos lecz dostanę tantiemy. Patrzę na końcówkę swej miotły, a na niej powiewa płócienna reklama hamburgera „Wiedźmack za jedyne 3,99” – wiedźmy skomercjalizowane. Przyglądam się sobie w umieszczonym na miotle przednim lusterku, mam długie rozjaśnione loki, niebieski makijaż, obcisłą różową sukienkę i różowe buciki. Jestem Barbie-wiedźmą! Istny koszmar. Hrr! Hrr! Barbie-wiedźmą reklamującą na prawdziwej miotle „Wiedźmacka”, bez Kena, za to z pełnym zestawem akcesoriów, możliwych do kupienia w „Zestawie z niespodzianką”. Mam miksturę na pieniądze, sławę, i wieczną potencję – w każdym zestawie jest inna. Czego jeszcze chcieć?
Budzi mnie kaszel i potworne pragnienie. -Hrr! Hrr! Hrr! Pić! Pić! Pić! – sięgam po szklankę z wodą. Nie jestem Barbie-wiedźmą, jestem Gertrudą, niezupełnie żoną, już nie kochanką, jeszcze nie pisarką, niedoszłą naukowczynią, niezrealizowaną nauczycielką. A jednak szczęśliwą! Bez miotły, blond loków i Kena. - Masz gorączkę – zrywa się Miły – Cholera! i to wysoką! Leż tu i poczekaj! – krzyczy, jakbym zamierzała gdziekolwiek uciekać i idzie do kuchni, przynosząc z niej białe tabletki. Jem jedną z nich i zasypiam, po „Wiedźmacku” każdy normalny człowiek miałby gorączkę, albo przynajmniej porządnie się wyżygał. - Dziękuję. Hrr!Hrr! – owijam się wszystkim, co znajduję pod ręką i śpię dalej. Nad ranem gorączka spada, zrzucam na podłogę cienką kołdrę, koc i pled z polaru, do tego budzę się tak głodna, że idę do kuchni smażyć jajecznicę. Jest czwarta dwadzieścia. Współczuję współmieszkańcom: Miłemu, Teofilowi, Euzebiuszowi (syn Teofila), Korneliuszowi (syn Euzebiusza), Kleopatrze (żona wszystkich naraz), zabijam trzy faraonki – tym razem bez poczucia winy, widać pierwsze morderstwo uodparnia, szybko zjadam jajecznicę i kładę się spać. Miły już nie śpi, ale jeszcze nie jest zły. Zły robi się dopiero rano, bo o siódmej budzi nas telefon od mamy Anetki, która zadzwoniła poinformować mnie, że mam ją przeprosić, bo dyrektor miał mi kazać, mam też na jutro sprawdzić pracę Anetki, Anetka się przecież denerwuje a to takie wrażliwe dziecko, przepraszam ją – przynajmniej na jej koszt, zużywam dwa impulsy. Moje przeprosiny kosztują ją siedemdziesiąt groszy, mnie trochę godności, Miłego, którego będę musiała wysłać po pracę Anetki, dwa bilety autobusowe. Zostaję w łóżku, bo po tych nocnych sensacjach z gorączką, boję się wstawać, Miły jedzie po pracę Anetki, która okazuje się równie beznadziejna, jak Anetka i jej mama. Zdania pojedyncze, jedna pozycja w bibliografii, źle zrobione przypisy, trzy strony objętości i dwa błędy ortograficzne; stawiam dwóję – najwyżej znów będę przepraszać! Zaczynam powtarzać autoreferat i odpowiedzi na recenzje, raz po raz przysypiając, hrychając i trzęsąc się z zimna, a może już ze złości? Streszczenie ze streszczenia, znów czytam to samo, po raz piąty, dziesiąty, dwunasty, na półkach leży góra książek, które chciałabym przeczytać ale nie mam kiedy. Ludzie, którzy sami piszą lub zajmują się pracą naukową wiecznie czytają własne teksty, nie mają czasu na czytanie czegokolwiek poza własną twórczością, można od tego popaść w narcyzm. Sprawdzam i inne prace. Oddali je kilka dni temu moi uczniowie, są to wywiady z alkoholikami na temat postrzegania przez nich kobiecości i męskości. Niepijący alkoholicy, nawet ci bezrobotni, z wykształceniem podstawowym i nie umiejący się prawidłowo wysłowić, szukali partnerki ładnej, mądrej, zgrabnej, zaradnej życiowo, starannie wykształconej, bogatej, posłusznej. Widać uznali, że na taką partnerkę zasłużyli, bo przecież nie piją, w przypadku większości z nich była to jedyna zaleta. Dowartościowanie roli mężczyzny czy alkoholowy brak krytycyzmu? Stawiam oceny, głównie czwórki i piątki. Czegoś jednak ich nauczyłam, może metodologii, może rozmowy z drugim człowiekiem, dla takich chwil warto uczyć. Odsuwam myśl o piekarni.
Po obiedzie przychodzi Nim Dwa. Denerwuję się, że bez uprzedzenia; okazuje się jednak, że mnie uprzedził o swej wizycie, wysłanym SMS-em. Sięgam po telefon i czytam: „Jeśli nie masz nic przeciwko temu zajdę jutro o czwartej”, owszem, miałam coś przeciwko temu, teraz to i tak bez znaczenia, bo zapomniałam przeczytać i odpisać. Przyniósł mi książki – czyta większość nagrodzonych o których mówi się w prasie i telewizji. To różni architekta od pisarza, ma czas czytać książki, których sam nie napisał. Przegląda mój autoreferat i zauważa: - Nie, ja nie mógłbym robić doktoratu! - Ja też mam już serdecznie dość, czas go obronić. Hrr! Hrr! - A jak Wiktoria? - Wydawca się upomina, a powieść leży niedkończona w szufladzie. - Nie wyrabiasz się? - Niestety! - Jak się czujesz? Robię zbolałą minę, niczym kot w butach w „Shrek-u 2”. - Kiepsko, jak na kogoś, kto ma za cztery dni olśnić intelektualnie komisję. I znów mam nadzieję, że mnie dotknie lub przytuli. Jak partner, czy jak ojciec? Nie robi tego. - Poczytać ci książkę, którą przyniosłem? – pyta. - Jeśli zaryzykujesz, że usnę ze szczęścia. Ryzykuje, czyta, układam się pod ciepłym kocem i słucham. Hrr! Hrr! Akcja książki toczy się w domu dziecka, a jej bohater doznaje tu wszystkich możliwych form przemocy. Idealny dobór lektury dla ledwo żywej socjolożki! Słucham. Bardziej zajmuje mnie styl pisarski autora, niż treść powieści, analizuję budowę zdań, składnię, porównania. Robię to odkąd sama zaczęłam pisać, po krótkim czasie język przestaje mnie zajmować i wtapiam się w świat powieści, w przeżycia autora „Bidula”. Czy tak wygląda dom dziecka? I znów myślę o swej rodzinie, o tym że jednak miałam szczęście. Coraz cieplej, usypiam – nie staram się tego powstrzymać, patrzę na ruchy ust Nim Dwa, coraz mniej słyszę, powoli wkraczam w krainę snu. Czy śmierć ma w sobie rozkosz zasypiania? Budzę się po dwóch godzinach, na fotelu zastaję książkę, Nim Dwa wypił herbatę z Miłym i wyszedł. Męsko-męska relacja herbaciana. Nim Dwa, kochałam się z nim tyle razy, że nie sposób ich zliczyć, nie przypominam sobie jednak, czy kiedykolwiek piłam z nim herbatę. Męscy mężczyźni piliby razem piwo i oglądali grupkę napakowanych testosteronem samców uganiających się po placu z trawy za jedną małą biało-czarną piłką. Męscy mężczyźni. Przypominam sobie artykuł o oziębłości kobiet opublikowany w jednym z brukowych pism. Autorka zarzuca w nim współczesnym kobietom, że są zbyt oziębłe aby utrzymać przy sobie mężczyzn, którzy czują się coraz bardziej zagubieni, stłamszeni, gnębieni; doszukuje się przy tym przyczyny zwiększającej się liczby gwałtów w oziębłości kobiet. Pewnie nie oglądała „Monologów waginy”, oziębłe kobiety, same z siebie, „ze swej natury”, sięgam po pióro.
Oziębłość
Wszedł w nią dumny, dynamicznym krokiem z podniesioną głową sięgającą obłoków, których kłębiaste rozpulchnienie odbijało się w jej oczach – pragieniem pieszczot zwabionych podstępnie.
Wszedł zbyt szybko, by rozgościć jeszcze nieproszenie w brzoskwini atłasu – rozchylającej ogniste płatki tlące się jeszcze miłości płomieniem, lecz rozżarzone już niczym węgle.
Przeszedł po nich brutalnie – w jej oczy nie patrząc bo „gościć go sama przecież chciała”, w delikatności jej subtelnego wnętrza zdjął obłocone kalosze.
Leżała pod nim – jak martwa, rozkoszy już nie oczekując, czekała szybkiego końca, zapomnienia, prysznica.
Błoto gasiło płomień jej brzoskwiniowych warg, rozchylonych po raz ostatni – ku „męskiemu mężczyźnie”
Autorka w wierszu ukazuje etiologię kobiecej oziębłości. Tyle, że autorką jestem ja, wiersz powstał w chwili impulsu, a refleksja miała być nieco głębsza niż „ukazywanie jakiejkolwiek etiologii”. Odkładam pióro. Czytam po raz dwudziesty własny autoreferat i odpowiedzi na recenzję, z kompulsją równą pijakowi trzymającemu ostatnią flaszkę. Zasypiam jak po dobrym kielichu. Budzi mnie kaszel, znajomy ból brzucha i mokra czerwona plama z przodu białych dresowych spodni. Objaw uboczny zażywanych leków – miesiączka niekontrolowana. Przebieram się i wstawiam pranie kontrolowane, by nie zalać mieszkania sąsiadów. Co jeszcze mnie dziś spotka? W książce poświęconej miesiączce czytałam, że kobiety powinny zapamiętywać sny z okresu poprzedzającego miesiączkę, gdyż mają one charakter proroczy. Czyżbym była w pełni skomercjalizowaną kiczowatą Barbie-wiedźmą? Dzwoni mama Anetki, odbiera Miły, nie wiem co jej mówi, ale mama Anetki więcej nie dzwoni. Kładę się do łóżka i jem kolację. Próbuję czytać książkę przyniesioną przez Nim Dwa ale brzuch boli mnie tak, że ze zmęczenia zasypiam.
I znów zapomniałam nastawić budzik, budzę się o dziesiątej, zaczynając dzień od gwałtownej zmiany ubrania i cieszę, że nie zaserwowałam sobie nadprogramowej zmiany pościeli. W dodatku jestem tak głodna, jakbym nie jadła co najmniej kilka dni, a na biurku znajduję osiem nowych książek – tym razem z zakresu makrosocjologii grup społecznych. Promotor podrzucił je gdy spałam, Miły powiększył stos na biurku, nie próbując mnie obudzić (filozofia leczniczej roli snu), zdążył spławić moich rodziców i namolną dozorczynię roznoszącą ogłoszenia o podwyżce czynszu. Obrzydliwe hrychanie zaczyna przechodzić, za to coraz bardziej boli mnie zdarte nim gardło, chrypię niczym nastolatek przechodzący mutację, idealny vocal dla bluesowych aranżacji. Śpiewam jedną z piosenek Boba Dylana, przypominając sobie kreskówkę z Tomem i Jerrym, na której kot śpiewał a myszy rękami zatykały swe małe uszka. Robi mi się żal współmieszkańców, włączam Dylana w oryginale i przygotowuję ciepłą kąpiel z olejkiem lawendowym. Do południa przeglądam nowe książki i przerabiam socjologię grup społecznych, kończę też esej o czarownicach i przesyłam go e-mailem do redaktor naczelnej zaprzyjaźnionego magazynu kobiecego. Spodoba się, czy nie? Zapłacą czy zerwą ze mną współpracę? Ocenzurują, czy postawią na wolność słowa? Wieczorem przychodzi odpowiedź – tekst został przyjęty, choć „będą niewielkie zmiany, jedno zdanie zostanie złagodzone, drugie usunięte”. Mija dzień, kończy się, tak samo jak się zaczął, myciem, jedzeniem i spaniem. Czy ten dzień wniósł coś do całokształtu mego życia? Czy ja poprzez swój esej wniosę refleksję w życie czytelnika? Dylematy trzydziestolatki: nieuchronność, przemijanie. Pióro, papier, kartka.
Nieuchronność
Czekam na przemijanie mające przynieść mądrość, niedostępną bezmyślnemu codziennemu trwaniu, wypatruję go w oknie przez doświadczeń firany, co przyniesie gdy przyjdzie, czy znów zwykłe trwanie?
Z codziennych czynności – refleksję przydatną, cielesnych rozkoszy – sens głębszy niż pożądanie, nadziei kęs – nie zjedzony przez siebie samą w pośpiechu, szmer – kołysanego na wietrze liścia, skupienie – na porannej wzajemnej bliskości
Dzień mija, godzina, minuta przechodzi, firanę odsłaniam i okno uchylam przemijanie chcąc zjednać, oswoić, pogładzić. Idzie ku mnie powoli – wlokąc nogę za nogą, mądrości nie niesie, choć zmarszczek przybywa – gdy czas bezlitosny codziennie upływa. Trwamy, ja i ono-przemijanie.
Czy refleksji nad swym życiem towarzyszy poczucie przemijania? Czy co dziesięć lat będę zastanawiać się nad sobą, przechodząc kryzys trzydziestolatki, czterdziestolatki, pięćdziesięciolatki, sześćdziesięciolatki itd.? A Wiktoria? Jest w moim wieku, dlaczego ona nie przechodzi jeszcze kryzysu? Czy wychowanie w komunie, wysoki intelekt i osiąganie spełnienia w pracy zawodowej, nie skłaniają jej do skupienia na samej sobie? Czy przeszła ten etap, zanim zaczęła się moja powieść? Może rozpocząć nim kolejny rozdział? Czy kobiecie tak pewnej swego stylu życia, jak pewna jest Wiktoria mogą towarzyszyć wątpliwości? Czy pisząc taki rozdział nie wprowadzę ideologicznego zamętu? Czy czytelnik nie odniesie wrażenia, że Wiktoria ma problemy osobowościowe z powodu wychowania w komunie, homoseksualizmu i samotnego macierzyństwa? Nie zaryzykuję. Wiktoria nie ma wątpliwości, które mam ja, wychowana w rodzinie dysfunkcyjnej, zadowolona ze współbycia w związku z Jedynym i Nim Dwa, niszczona przez swą nadmierną wrażliwość, bezemocjonalną emocjonalność, szukająca spełnienia w namiętności.
Namiętność Zjadam kęs samej siebie, przeżuwam go starannie i długo mam niestrawność...
- Turpizm w czystej postaci – komentuje Miły. - Mój aforyzm turpizmem, też mi porównanie – oburzam się – Zresztą lubię Grochowiaka. - Może obejrzymy film, odpoczniesz chwilę – proponuje nieśmiało. - To wybierz, ja się dostosuję. Wybiera, oglądamy „Godziny” – optymistyczny, romantyczny film, w sam raz na wspólny wieczór... - Co powiedziałeś mamie Anetki? – przypominam sobie. - Prawie nic. - To znaczy? - Powiedziałem, że to ja ją podam do sądu za znęcanie się psychiczne nad tobą. - I co? - Przeprosiła, tym razem ona. - Hrr! Hrr! Psik! Psik! – przypominam sobie o katarze, kaszlu i bólu gardła. Ochrzanić go, czy się nauczyć? Najpierw nauczyć, potem ochrzanić z zazdrości. Zrobił to, co powinnam była zrobić po pierwszym telefonie. Na obronę jadę trzy dni wcześniej, Miły, promotor i recenzentka dojadą dzień przed nią. Ja muszę załatwić formalności związane z obroną, znaleźć lokal na uroczysty obiad kwiaciarnię z przystępnymi cenami. Muszę też pobyć sama ze sobą, pospacerować, oswoić się z postindustrialnością miejsca, spróbować dokończyć powieść o Wiktorii, odezwać do współpodróżnego, kupić ubranie – by na parę godzin przebrać się za „Panią Elegancką”. Funduje sobie pierwszą klasę, aby uniknąć towarzystwa pań z jamnikami, mam karmiących pociechy marchwianką, młodzieży palącej papierosy w przedziale dla niepalących, młodych dam z gołymi brzuchami i kolczykami w pępku opowiadających sobie wrażenia z podyskotekowej nocy z przystojnym dresiarzem. Mężczyzna w wełnianym garniturze proponuje, że włoży moją walizkę na górną półkę, podczas gdy jego kolega trzymający na kolanach laptopa, lustruje moje ubranie zastanawiając się zapewne za ile mam bluzkę, za ile spodnie i jakiej firmy buty. Biznesmeni z odzysku. Dlaczego jeżdżą pociągiem a nie samochodem? - Trochę ciężka ta walizka! – komentuje ten, który mi pomógł. - Dobrze, że włożyłeś ją na górę, Pani sama nie dałaby chyba rady – odzywa się drugi, analizując na komputerze jakieś wykresy. - W naszej firmie pracują sami dżentelmeni – uśmiecha się promiennie ten od walizki – Wie pani, co to za firma? - Wiem – odpowiadam próbując zakończyć dyskusję. - Jaka? – gorączkują się zdziwieni. - Ubezpieczeniowa – odpowiadam i szybko wyjmuję książkę. Głośno nie mogą wyjść z podziwu dla mojego intelektu, podobnie jak ja nie mogę wyjść z podziwu dla braku ich intelektu. Na obudowie laptopa, teczkach panów i reklamówkach widnieje duży uśmiechnięty Tygrys i napis „Indywidualne konta emerytalne”. Zdają sobie sprawę, skąd wiem gdzie pracują, szukają jednak punktu zaczepienia, którym ma być mój intelekt. Dobra strategia, jestem ubrana niezbyt drogo, w miarę przyzwoicie jak typowa nauczycielka lub kobieta pracująca w biurze. Widać, że mam pracę, choć niezbyt dobrze płatną, stać mnie pewnie na najtańszą polisę, będą próbowali mnie wystraszyć wizją głodowej emerytury (którą, nota bene, pewnie będę miała), jednak jedną polisę już mam. Przyniósł ją agent ubezpieczeniowy ubrany w plastikowy garnitur wraz z długą, czerwoną i podwiędnięta różą, wręczył ją ceremonialnie, choć zamówiłam polisę a nie podwiędniętą różę! - Słyszała Pani o polisach i trzecim filarze – upewnia się jeden z ubezpieczeniowych dżentelmenów. - Dziękuję już mam – odpowiadam i czytam dalej. - Można wiedzieć w jakim towarzystwie? Co go to obchodzi? Czy ja jego pytam o to, czy umie socjologię? Jeśli nie, to czy chciałby wziąć u mnie korepetycje? A jeśli już się uczy, to u kogo i czy zechciałby zmienić nauczyciela? - Nie, nie można – odpowiadam. Agent patrzy zdziwiony. On zachował się jak dżentelmen, ja jak chamka, ale uniknęłam w ten sposób dalszych pytań: dlaczego wybrałam tą firmę, którą wybrałam; jakie warunki mi proponują; dlaczego ich firma zaproponowałaby mi lepsze; i w jaki sposób mogę się do nich przenieść. Walizkę pewnie zdejmę sama, bo akwizytor (choć od ubezpieczeń) dżentelmenem staje się przeważnie wówczas, gdy chce coś sprzedać, albo kogoś wybzykać. Na wszelki wypadek staram się zrobić na nim jak najmniej korzystne wrażenie jako kobieta, krótko mówiąc zachowuję się jak... Ogrzyca. Czytam „Pamiętnik statecznej panienki”, nie pamiętam który już raz. - Czyta Pani książkę? – nie wytrzymuje agent ubezpieczeniowy. - Tak – nie odrywam wzroku od liter żeby się odczepił. - Ja też lubię czytać – wyjaśnia. Mogę się założyć, że będzie próbował zacząć dyskusję na temat literatury, aby potem zejść na temat ubezpieczeń. Nie wchodzę w to, nie staram się być miła, dobrze wychowana, grzeczna ani, tym bardziej, stateczna. - Cieszę się, ja również. Tyle że w skupieniu, którego nikt nie zakłóca. Zrozumiał przynajmniej na chwilę, konduktor sprawdza mi bilety, obsługa pociągu roznosi kawę i ciasto, a toaleta jest podejrzanie czysta. Pierwsza klasa w „Intercity”, za „jedyne 120 zł” mogę podróżować w takich warunkach, w jakich podróżowałabym w Europie zwykłym pociągiem. Od siedzenia w miejscu zaczynają mi drętwieć nogi, idę na korytarz żeby się przejść. Zaglądam ukradkiem do innych przedziałów w moim wagonie w poszukiwaniu wolnego, w sąsiednim przedziale kocha się para, ciemnoskóra dziewczyna siedzi na kolanach dobrze ubranego chłopaka, niemożliwe żeby konduktor ich nie zauważył. Podoba mi się spontaniczne wyrażanie miłości, gdyby jechali zwykłym pociągiem wylądowaliby pewnie na posterunku policji. Jadą pociągiem uprzywilejowanym, zapłacili więcej, mogą zatem kochać się do woli. W innych przedziałach nie ma nikogo, logika wymagałaby większej uprzejmości wobec agentów ubezpieczeniowych. Obserwuję parę, nigdy nie kochałam się w pociągu. Dziewczyna widzi mnie, uśmiecha się do chłopaka i zaczyna poruszać wolniej, głębiej, bardziej ostentacyjnie – moje podglądanie sprawia jej przyjemność. Pozwala mi patrzeć a ja, choć patrzeć mam ochotę, odwracam się do okna. Nieprzyzwyczajenie, zazdrość, tęsknota? Wybieram przedział obok kochającej się pary, sama zdejmuję walizkę, bo polisy nie kupiłam, ciągnę ją w stronę pustego przedziału, zwiększam ryzyko napadu, zmniejszam ryzyko konieczności rozmowy z agentami ubezpieczeniowymi. Dostaję jeszcze jedną kawę i jeszcze jedno ciastko, bo roznosząca je pani zwraca uwagę na miejsca, a nie ludzi. Mniam! Ponownie wyciągam książkę, zatapiam się w jej treść i unoszę, niczym para kochająca się tuż obok. Słyszę skrzypienie siedzenia i głośny jęk dziewczyny, gdy czytam o znajomości Simone z Jean Paulem, nie ma nic bardziej podniecającego niż rozmowa z inteligentnym facetem, nawet wówczas gdy wygląda jak Sartre'a. Inteligencja mężczyzny jest najsilniejszym afrodyzjakiem, potrafię do obłędu pożądać mężczyzny, który odpowiada mi intelektualnie, seksowny głupiec nie byłby w stanie mnie podniecić. Czyżby przynależność do rodzaju żeńskiego nakazywała mi podświadomie szukać samca, na tyle sprytnego aby utrzymał moje potomstwo? Pociąg toczy się po torach, pejzaż za oknem zlewa się niczym rozmyta akwarela, śledzę jedną z rozmów egzystencjalisty i przyszłej filozofki, słuchając jęków dziewczyny. A!A!A! Konduktor ponownie sprawdza mój bilet i komentuje: - Młodzi są to i nie mają gdzie. Udaję, że nie słyszę. Chowam bilet do portfela, wypada z niego złota jednogroszówka i toczy się pod siedzenie; nie podnoszę jej, złota moneta – może przyniesie komuś szczęście. Uspokojona pogodnym kołataniem usypiam. Znowu śni mi się obrona, tym razem komisja ziewa i znudzona patrzy na zegarki, ale przynajmniej nikt nie piłuje paznokci. Budzę się i patrzę na zegarek, za godzinę będę na miejscu. Chciałam samotności, tymczasem dopada mnie nostalgia i smutek, że nikt nie będzie na mnie czekał, cieszył się z mojego przyjazdu, nie pomoże mi nieść walizki. Czyżby stres związany z obroną burzył moje poczucie niezależności? Przez chwilę zastanawiam się do kogo z moich przyjaciół zadzwonić, jednak dochodzę do wniosku, że każdy z nich będzie wypytywał mnie o obronę, mam już dość tego tematu, im częściej myślę, tym bardziej się boję. Dzwonię do współpodróżnego pełna nadziei, że odbierze mnie z dworca. - Hej – mówię – Jadę w twoją stronę. - Witaj – odpowiada – I pewnie się spotkamy. - Nie lubię wysiadać z pociągu, gdy nikt na mnie nie czeka – i to ma być bezpośrednia komunikacja! Zawiłe, zaplątane zdanie, zamiast prostej prośby wyjdź po mnie... - Chcesz żebym po ciebie wyszedł? Jak dobrze, że jest inteligentny, domyślił się i nie muszę o nic prosić. - Byłoby mi miło. - Gdzie jesteś? - Nie znam tych okolic, za godzinę będę na dworcu głównym. -Postaram się przyjść. Znów się kładę, choć nie opłaca mi się zasypiać. Leżąc powtarzam autoreferat i odpowiedzi na recenzję. Nie potrafię zliczyć który to już raz. Ostatni! Od jutra przestaję, od jutra nie piję, no może jeszcze tylko przeczytam problemy szczegółowe, żeby się nie poplątały, hipotezy albo zmienne. Dam sobie radę! Dam radę! Mantra – dam radę, dam radę, dam radę... Może to wszystko naprawdę nie było mi potrzebne? Wysiąść, przesiąść się, pojechać do domu? Głupio przed promotorem, Jedynym, Nim Dwa, kolegami, współpodróżnym, rodzicami, sobą. Dam radę, dam radę, dam radę.
Wysiadam i rozglądam się, w pierwszej chwili odnoszę wrażenie, że nie przyszedł, jakbym w maju spodziewała się zobaczyć kogoś w zielonej puchowej kurtce i czarnej wełnianej czapce naciągniętej na oczy... Stoi, obciął włosy, wydaje się szczuplejszy zastąpił zieloną puchową kurtkę ciemnobrązową skórzaną, przez ramię przewiesił czarny sportowy plecak. - Hej! Co się stało, że zadzwoniłaś tak niespodziewanie? - Uświadomiłam sobie, że będzie mi przykro, jeśli nikt nie będzie na mnie czekał. - Zabrać cię do hotelu, czy chcesz gdzieś jechać? - Chciałabym pojechać do hotelu. - Chodź, tam stoi samochód. - Kupiłeś samochód? - Miałem go już w zimie, ale wtedy był zepsuty. Uśmiecha się jak wtedy, cieszę się z tego spotkania, nadal jest mi bliski, lecz jednak mniej niż był ostatnio. A może to, co wydawało się magią w mroźny dzień końca wieku, przestaje nią być w słoneczny dzień początku nowego wieku, gdy zamiast zapachu śniegu czuję mieszkających na dworcu kloszardów? Dworzec tego miasta jest niebezpieczny, znajduje się na nim największy narkotykowy „bajzel” w Polsce, z którym od lat policja nie może dać sobie rady, przeganiani z kąta w kąt narkomani robią sobie zastrzyki w podziemnych przejściach na perony, bezdomni wyrywają podróżnym torebki lub opluwają kupione w dworcowych sklepikach kanapki, rumuńskie dzieci żebrzą o pieniądze i wyzywają każdego, kto nie chce im ich dać. Nie znoszę tego dworca, boję się po nim chodzić, mieszkańcy miasta przyzwyczaili się, wiedzą od kogo uciekać, komu dać na bułkę... - Nie tędy, pójdziemy tamtym przejściem – ciągnie mnie za rękę współpodróżny. Przyspieszam kroku i idę za nim, nie oglądam się na boki. Oglądają się przyjezdni, nie są „swoi” można ich oskubać. Staram się sprawiać wrażenie powracającej z podróży do rodzinnego miasta. Udaje nam się przejść, Maciek otwiera samochód (używany „Polonez”, od razu mi lepiej), chowa do bagażnika moją walizkę i jedziemy do hotelu. Od progu wita mnie portierka, inna, młodsza od tej, która była tu ostatnio, schodów nie pokrywa sztuczna trawa, leży na nich nowa piaskowa wykładzina, wnętrza są przemalowane na jasnokawowy kolor, w kątach stoją dzbany z suszonymi kwiatami. Dostaję klucz od pokoju w skrzydle przy barze, nic nie jest takie samo, jakie było pół roku temu. Nowy wiek, nowa rzeczywistość, nowy on, nowa ja... Czuję, że coś się zmieniło w naszej wzajemnej relacji, we mnie, w nim. Wchodzimy do pokoju, kładę na podłogę walizkę i szukam wzrokiem czajnika i szklanek. Napiłabym się herbaty, przebrała, umyła tylko po co w takim razie ściągnęłam jego? - To może chwilę odpocznij, pójdę do baru na kawę, a potem zejdziesz – proponuje. - Jasne! Dziękuję – odpowiadam. Maciek całuje mnie w policzek jak przyjaciel i choć nadal wydaje się interesujący patrzę na niego jak na kolegę, a nie jak na potencjalnego samca. Zimą – gdy byłam z Jedynym i Nim Dwa miałam ochotę związać się z nim – choć na krótko; teraz gdy jestem tylko z Jedynym i potencjalnie mogłabym to zrobić, nie chcę się w nic angażować. Logika wykształconej kobiety! Wychodzi a ja wchodzę pod prysznic, przypominam sobie jak kąpałam się tu wspólnie z Nim Dwa, myślę o wspólnym śniadaniu, ubraniach niedbale rozrzuconych na krześle, zmarszczkach na jego twarzy, zdziwionym spojrzeniu, smaku, zapachu, dotyku. Złoszczę się za te myśli na samą siebie... Odkręcam gorącą wodę, czuję się jak w saunie, namydlam i spłukuję, spłukuję i namydlam, gorąca woda szybko regeneruje. Łapię krople w usta jak łapałam krople jego miłości i ganię się za przypominanie sobie łapania tych kropel. Wychodzę, wycieram się ręcznikiem, ubieram. Najchętniej poszłabym spać, lecz schodzę do baru, umówiłam się ze współpodróżnym. I choć nie będziemy podróżować wspólnie brudnym, miejskim autobusem, on pozostanie w mojej pamięci współpodróżnym. Siedzi na wysokim stołku, pije kawę, obok stoi filiżanka z kawą dla mnie. - Co się zmieniło? – pytam. Wyczuwam, że stało się coś, o czym chciałby mi powiedzieć. - Mieszkam z kimś – odpowiada. - Znalazłeś to czego szukałeś? - Tak mi się wydaje. Chciałabyś ją poznać? - Nie, niech zostanie tak jak jest – proszę. Wiem, że nie zostanie jeżeli będziemy siedzieć tu przez pół nocy Ona będzie zazdrosna. Wkrótce przyjedzie Miły i będzie urażony, że znów nie spędzam czasu z nim, a może to ja nie będę chciała spędzać czasu z kimkolwiek innym, jeśli zobaczę jego? - Była zła, że przyjechałem. - Dlaczego zatem przyjechałeś? - Chciałaś abym na ciebie czekał – uśmiecha się zawadiacko, jak wtedy, gdy grzane wino zaczęło uderzać nam do głowy – Wiesz, gdybyś wtedy powiedziała jedno słowo... – zatykam mu ręką usta, nie chcę słuchać. - Nie – mówię od razu, tak na wszelki wypadek. - Nie, teraz nie – odpowiada - A jak twe Nim-y? - Jestem z Jedynym, Nim Dwa jest chwilowo sam, przyjaźnimy się. Opowiadam mu o przemianach, które zaszły, o naszych nadmorskich spacerach, o tym jak czytał mi książkę, gdy byłam chora. - Czy kochanek może zostać przyjacielem? – pytam w końcu. - Z tego co mówisz, przyjacielem był zawsze. Nie wiem za to jak zrobiłaś z niego kochanka. - Pokazać ci? – przesadzę z poziomem abstrakcji, czy nie? Nie przesadzam, śmieje się, nagle poważnieje. - Będę miał dziecko – mówi. - Kurczę, to chyba wspaniale! – gratuluję mu serdecznie. - Cieszę się i boję – zauważa – To stało się tak szybko. Kobieta, wspólne mieszkanie, dziecko. Dobrze mi, ale jeśli to euforia, która chwilowo przyćmiła mój umysł? - Jak tak dalej pójdzie, to koncentrując się na wyimaginowanych wątpliwościach przegapisz wreszcie to, co mogło okazać się prawdziwym szczęściem – dopijam kawę, jest jeszcze gorąca. - Iza też mi to powtarza – dziwi się. - Może pora zaufać kobietom? - Mam nadzieję, że będę miał córkę – myślami wybiega w przyszłość. - Nauczysz ją czuć zapach mrozu i słuchać śpiewu ptaków. - Chciałabyś mieć dziecko? Temat dziecka nurtuje go bardziej niż przypuszczałam, ale przynajmniej nie rozmawiamy o mojej obronie... - Wychowywanie dziecka mogłoby uniemożliwić mi samorealizację. Obawiam się sytuacji, w której zaczęłabym obwiniać je o to, że jest – tłumaczę. - A jeśli kiedyś, przez pewien czas, nie będziesz chciała się samorealizować? - To wtedy zacznę się zastanawiać. Kierując się jego logiką musiałabym zacząć zastanawiać się już teraz, bo jeśli zdecyduję się zbyt późno i będzie to niemożliwe, mogę potencjalnie być nieszczęśliwa. Z kolei zaburzam sobie poczucie szczęścia teraz przez swe zastanawianie się. - Nie realizujesz się ucząc? - Wolę pisać. A ty? - Ja uczyć, w przypadku mojej pracy uczenie i rozwój naukowy są mocno powiązane, bo pracuję na Uniwersytecie. - Szczęśliwiec! – uśmiecham się zazdrośnie – A kobieta, z którą jesteś? - Kończy psychologię – wyjaśnia zamawiając colę. - Ja nie chcę – dodaję na wszelki wypadek – Mam jeszcze kawę – Jest twoją studentką? - Była rok temu. - Szukałeś tak daleko, a nie widziałeś, że ktoś interesujący jest tuż obok. - Wtedy była z kim innym. - Czyżbyś ją komuś odbił? – historia tej znajomości coraz bardziej mnie interesuje. - Nie, sama z niego zrezygnowała. To może zamówić sok? – patrzy na moją pustą filiżankę – Chcesz porozmawiać o obronie, znam większość socjologów, wiem czego możesz się spodziewać. - Nie, nie chcę soku, nie chcę rozmawiać o obronie, ani o członkach komisji. - Co robiłaś przez ostatnie pół roku? - Kończyłam doktorat, napisałam parę esejów, kilka opowiadań, cztery rozdziały powieści, namalowałam pięć obrazów, dwa wyrzuciłam – wyliczam. - Kiedy ty masz czas dla Jedynego i jeszcze Nim Dwa? – patrzy na mnie z niedowierzaniem. - Nie mam – wyjaśniam spokojnie – Nie mam czasu ani siły, czuję się wypalona, mam ochotę leżeć i patrzeć w sufit. - Spróbuj poleżeć i popatrzeć, przydałoby się – tym razem Maciek nerwowo zerka na zegarek. Ja mam czas, rozmowa zaczyna się rozkręcać, on jest z kimś. Nic nie jest takie samo... - Spieszysz się? - Nie, możemy posiedzieć. - Teraz na ciebie ktoś czeka – nawiązuję do naszej grudniowej rozmowy. - Jestem ważny dla kogoś poza samym sobą. - Najważniejszy i tak będziesz dla siebie. - Myślisz, że ktoś może być dla mnie ważniejszy niż ja sam.? Albo ja dla kogoś? - Na krótko tak. Ktoś może być dla ciebie równie ważny jak ty sam, ale czy ważniejszy? – zastanawiam się co odpowiedzieć. Czy jeśli w moim życiu nie ma osób ważniejszych dla mnie, niż ja sama lecz są osoby równie ważne to jestem egoistką czy mam instynkt samozachowawczy? - Ona wydaje mi się ważna, ale nie ważniejsza. - I dlatego zastanawiasz się, czy ci na niej zależy? - Tak. Znowu szuka dziury w całym. Czy na takie pytania można znaleźć odpowiedź? Dlaczego on mnie o to pyta? - Chciałabyś żebym przyszedł na twoją obronę? - Jeśli nie będziesz zadawał mi pytań z psychologii, to zapraszam. - Muszę już lecieć, spotkamy się jeszcze? - Jeśli będę chciała zadzwonię, jeśli ty zechcesz zadzwoń ty. Żegnamy się, idę do pokoju, kładę się spać i natychmiast zasypiam. Pierwsza noc w nowym miejscu, powinnam zapamiętać sen, jednak nie śni mi się nic, a przynajmniej nic nie pamiętam.
O dziewiątej rano dzwoni Miły i pyta czy wszystko w porządku. Dlaczego miałoby nie być w porządku? Prawda miałam odezwać się po przyjeździe, tymczasem nie tylko nie odezwałam się, ale w dodatku wyłączyłam telefon. Gdyby on tak zrobił postawiłabym na nogi całą Policję i Pogotowie w postindustrialnym mieście i okolicach. Moja katastroficzna wyobraźnia podsuwa mi w takich sytuacjach wyjątkowo czarne scenariusze: mordercy, bandyci, wypadek drogowy, bezpańskie psy, pożar, powódź, rozwścieczeni kibice, pijani dresiarze, terroryści... Wszyscy czyhają na zdrowie i życie tych, których kocham. Pozostałość po śmierci hipisa? Zaburzone poczucie bezpieczeństwa w rodzinnym domu, a może uwarunkowania charakterologiczne? Przepraszam go, wykazuję skruchę, zwalając winę na tłok w pociągu (?), akwizytorów, zmęczenie, przesilenie wiosenne, zdenerwowanie przed obroną, ból brzucha, osłabienie pochorobowe, za słabą baterię telefonu, korki w mieście, aż wreszcie mówię o spotkaniu ze współpodróżnym po którym zakopałam się w ciepłej pościeli i poszłam spać. Pozdrawiam, całuję, otrzymuję pozdrowienia i ucałowania, przyjmuję je, rozłączam, odkładam słuchawkę. Dziewiąta pięć, przespałam śniadanie, muszę wyjść do miasta albo kupić w hotelowej restauracji. Pójdę do restauracji, co tam żyje się raz, broni też raz – mam przynajmniej taką nadzieję. Pomimo tego, że nie lubię jeść sama lubię samotnie chodzić do restauracji, siadać przy stoliku, przyglądać się ludziom dookoła, wybrzydzać przeglądając kartę dań, być obsługiwaną przez kelnera, nie zmywać po sobie naczyń. Luksus na który pozwalam sobie przeciętnie dwa razy do roku. Wybieram smażone kiełbaski z cebulą, surówkę z pomidora i ogórka, białe bułki, masło i espresso. Po tak ciężkim śniadaniu będę się czuła pękata aż do południa, ale tak dawno nie jadłam takich kiełbasek – w domu nie miałabym czasu ich robić. Jem przyglądając się ludziom, jest ich niewielu, najwyraźniej nie ma spotkania biznesowego ani żadnej konferencji. Płacę za śniadanie i wracam do pokoju. Próbuję nie powtarzać autoreferatu ani odpowiedzi na recenzję. Wracam myślami do powieści o Wiktorii, odwiedza Jerzego – przyjaciela z dziecięcych lat, który wraz z nią wychowywał się w komunie, wspominają szkołę. Czy umieścić tu reminiscencje zdarzeń ze szkoły nadając im postać wspomnień? A może lepiej żeby Wiktoria z Jerzym tylko rozmawiali o tym, co wówczas miało miejsce? Jeśli osadzę akcję rozdziału w szkole, byłaby to szkoła realnego socjalizmu, jak przyjęto by w niej dzieci wychowane w hipisowskiej komunie? Wiktoria jest w moim wieku, pamiętam jeszcze sposób w jaki funkcjonowała taka szkoła – fartuszki, kapcie, tarcze szkolne, klasowe skarżypyty – tak naprawdę do dzisiaj niewiele się zmieniło. Herbartyzm jak istniał tak istnieje, a że sztandar zmienił kolor, kolor jak kolor, moda się zmienia, wczoraj czerwone, dziś czarne, tylko bieli jakoś nikt nie lansuje. Wybieram rozmowę, wspomnienia ze szkoły są zbyt przykre. Staram się aby moi bohaterowie nie popadli w sentymentalizm. Wiktoria jest wrażliwa i emocjonalna, pragmatyzm nie pozwala jej na sentymentalizm, jego poziom wyrabiam za nas obie. Pisanie mnie uspakaja, ubieram dialogi w słowa, słowa w zdania, zdania w przemyślenia. Wprowadzić tu przemyślenia? Refleksje o przemijaniu? Czy w przypadku Wiktorii nie jest na nią za wcześnie? Jeśli brak będzie refleksji, czy powieść nie będzie zdawała się pusta? Nie chcę stworzyć kolejnej książki sedesowo-wannowej...
Piszę do drugiej. Druga – pora obiadowa, wychodzę do miasta zjeść i obejrzeć nową bibliotekę. Znajduję restaurację fast-food, nie jest to „Wiedźmack” ale trudno, po eleganckim śniadaniu gotówki starcza już tylko na hamburgera. Rozglądam się idąc ulicą, chciałabym obejrzeć słynne familoki, albo chociaż slumsy, w centrum znajduję tylko wysokie nowoczesne budynki, sztuczne stawy i zadbane parki. I to ma być górnicze miasto? Budynek biblioteki wznosi się monumentalnie, dostojny, pewny siebie, budzący respekt, domagający się hołdów. Składam mu hołd. Hołd należny budowli, w środku której znajduje się wiedza zbierana od pokoleń przez naukowców i twórców z całego świata. Pośród wielkich marmurowych korytarzy stoją komputerowe terminale tworzące jakże inny klimat niż drewniane sosnowe skrzynki z pożółkłymi indeksami książek. Siadam do komputera, program pyta mnie o hasło i kod dostępu – aby skorzystać z katalogu muszę zapisać się do biblioteki. Zapisuję się, wymyślam kod, pewnie zaraz go zgubię a hasło zapomnę – automatyzacja zawsze sprawiała mi problemy. Czekam na logowanie, wstukuję hasło: „oziębłość seksualna”. Komputer wyrzuca mi ponad 3000 plików z dziedziny medycyny, seksuologii, psychologii, filozofii, teologii, erotyki. Przeglądam je kolejno, czytam opisy książek i artykułów, wybieram kilka pozycji, które chciałabym obejrzeć przeczytać – zamawiam. Program podaje miejsce – Czytelnia główna i godzinę, o której książki zostaną udostępnione. Przeglądam je, znajduję kserokopiarkę, kopie są droższe niż w bibliotece w Londynie, kopiuję co trzeba. Za materiały na esej płacę więcej, niż czasopismo zapłaci mi za esej. Robi się ciemno, pora wracać do hotelu, miasto podobno jest niebezpieczne. Nie wyczuwam niebezpieczeństwa, mimo że pozostaję nieświadoma tego od których ulic trzymać się z dala. Czasem spotykam stojących pod sklepami pijanych żuli, innym razem chodzących grupami łysych młodzieńców, pary z dziećmi, nastolatków wracających ze szkół. Miasto jak miasto, szary pył wdziera się we włosy, ubrania, płuca, idę w stronę hotelu. Kąpię się i kładę, popijam herbatę, delektuję się tą chwilą niczym wyszukaną potrawą. Autoreferatu nie powtarzam, nie powtarzam, nie powtarzam. Zasypiam.
Tym razem wstaję o szóstej, zbyt wcześnie poszłam spać aby obudzić się o jakiejś normalnej porze. Jestem tak głodna, że nie mogę doczekać się śniadania, powtarzam materiał na obronę (to już nie kompulsja lecz nerwica natręctw), dzwonię do Miłego, żeby upewnić się czy wyjechał, czy u promotora i recenzentki wszystko w porządku. W porządku. Przyjadą na obiad, mam go zamówić w hotelowej restauracji. Obiad, cholera! Obiad, miałam zamówić obiad na „po obronie” i kwiaty dla członków komisji, zupełnie o tym zapomniałam. Żyję w innym świecie, na innej planecie, złoszczę się o to na siebie, obiecuję większy pragmatyzm, postanowienie to niweczy każdy nowy akapit, każdy wiersz, każde pociągnięcie pędzla... Wyglądam przez okno, nie widzę ptaków, czyżby nie lubiły postindustrialnego pyłu równie mocno jak ja? Wczoraj umyłam włosy, dziś zamiast bujnej czupryny mam szare sztywne strąki, skóra robi się ziemista, nawet katar mam szary, miasto ma niepowtarzalny klimat, zanieczyszczenie środowiska nie pozwala w nim żyć. Myślę o Wiktorii, jak ona czułaby się w takim miejscu? Czy potrafiłaby dostrzec niepowtarzalny postindustrialny klimat? Jak podobałaby się jej infokomputeryzacja? Czy staję się nią poprzez to, że o niej piszę? Czy potrafiłabym żyć z kobieta i wspólnie wraz z nią wychowywać córkę? Czy Wiktoria to moje alter ego, czy żyjąca swoim życiem postać, której losy tworzę? W notatniku-podróżniku zapisuje pomysł kolejnego rozdziału. Schodzę na śniadanie, szwedzkie stoły stworzone są dla łakomczuchów, można spróbować wszystkiego w małych porcjach i nie przejeść się. Po śniadaniu wychodzę do miasta, szukam przytulnej restauracji w pobliżu Uniwersytetu, nazwa „Nowomiejska” brzmi atrakcyjnie. Zachodzę sprawdzić, czy nowomiejskość nie ma nic wspólnego z nuworyszostwem, lecz nie. Restauracja jest przytulna, choć urządzona dość nowocześnie, chrom, metal, szkło, biel i czerń – nowa fala. Zerkam w kartę dań: gołąbki z tuńczykiem, krewetki w sosie migdałowym, kaczka z pomarańczami, kurczak w sosie orzechowym, pstrąg duszony w majonezie, kurki w śmietanie, schab a'la pizza, zupy o równie dziwnym składzie. Ceny do zaakceptowania przez kogoś, kto nie ma czasu i ochoty szukać innego lokalu. Jadłospis trochę nuworyszowy, ale co tam, raz się broni, raz żyje, raz spłaca kredyt na obronę. Zamawiam osiemnaście porcji zupy z borowików i kurczaka w sosie orzechowym, do tego lody, ciasta, kawę, koniak i zimne napoje reklamowanego koncernu. W kwiaciarni zamawiam osiemnaście bukietów różnokolorowych polnych kwiatów, pomimo zapewnień kwiaciarki, że róże są bardziej eleganckie. Polne kwiaty kojarzą się z dzieciństwem, wypoczynkiem, swobodnym bieganiem po łące, wolnością od obowiązków. Wolnością od tematu. A jednak, czy nie będzie brakować mi „moich pijaków”? Zostaje mi trochę czasu na spacer. W zasadzie mogłam wykorzystać go na szukanie tańszej i równie dobrej restauracji, ale kto wie kiedy przyjadę tu znowu? Małe uliczki, odrapane domy, w oknach pęknięte szyby, w doniczkach zeschnięte kwiaty. Z okien wychylają się ubrane w podomki kobiety i wołają bawiące się na chodniku i w kałużach dzieci. Przyglądam się dziecięcym twarzom: są poszarzałe niczym twarze starych ludzi, smutne, nijakie. W tym postindustrialnym mieście wciąż zamykają kolejne kopalnie, bieda i brak perspektyw odebrały dzieciom dzieciństwo. Czy gdyby Wiktoria urodziła się w takiej rodzinie – byłaby tym kim jest? Narodziny w rodzinie skazują człowieka na określona przyszłość, wyrwać z enklaw biedy udaje nielicznym, słabsi skazani są na dziedziczenie kulturowych wzorców. Te małe dzieci za kilkanaście lat sprowadzą na świat swoje dzieci, które jak ich rodzice będą jeść kartoflankę i bawić się w kałużach. Chciałam obejrzeć familoki, to dlaczego teraz robi mi się przykro? Mało mam u siebie biedy i nędzy w popegeerowskich wioskach? Każde slumsy mają swoją specyfikę. Wyjmuję z torebki cukierki, rozdaję je dzieciom, przyjmują je, dziękują i zjadają nie patrząc w moją stronę. Jestem naiwna, jeśli liczę na to, że tych parę czekoladowych cukierków osłodzi marazm ich życia. Może jednak poprawi nastrój, choć na chwilę. Starcie z rzeczywistością potrzebne jest bardziej mnie niż im, od razu moje Gertrudowe dzieciństwo wydaje się bajką ze snu, a pensja w oświacie szczytem ludzkich marzeń, kontakt z biedą uczy człowieczeństwa. Nie ufam ludziom, którzy nie przeszli w życiu żadnej traumy, nie wiadomo jak zachowają się w trudnych chwilach... Powoli wracam do hotelu i czuję się szczęśliwa jak nigdy dotąd, że moje życie ułożyło się tak, jak się ułożyło; podobnie jak cieszą się ze swego życia dzieci bawiące się w kałużach. Nie muszą nigdzie biec, spieszyć się, denerwować, mogą patrzeć na wodę przeciekającą im przez palce niczym życie. W hotelu czeka Miły, przyjechał przed chwilą, wraz z promotorem i recenzentką. Schodzimy na obiad, promotor i recenzentka nie jedzą z nami, zostali zaproszeni na obiad przez miejscowych przyjaciół. Mamy wieczór dla siebie. - Załatwiłaś obiad? – pyta Miły - Tak na osiemnaście osób – wymieniam co zamówiłam i ile kosztowało. - Aha – odpowiada – No nic, tylko obroń się już. - Obronię się, tylko nie przypominaj mi już dzisiaj. Nie przypomina, idziemy na basen i saunę. Wieczór mija spokojnie.
Wstaję o szóstej radosna, zupełnie nieadekwatnie do sytuacji, w której się znajduję, chyba mam już tak dość ostatnich dni, że cieszę się ze zbliżającego się finału niezależnie od efektów. Ponad dwie godziny ubieram się, maluję i układam włosy, nie spędziłam tyle czasu przed lustrem odkąd skończyłam czternaście lat, z efektów jestem zadowolona. Włosy wyglądają zupełnie naturalnie, niczym rozwiane wiatrem, twarz jakby była nieumalowana – oto jaką precyzję osiągnęłam w swej sztuczności. Poprzez swa sztuczność zbliżyłam się do naturalizmu, tylko cera stała się nieskazitelnie równa, policzki lekko zaróżowione, a rzęsy ciemnie, porozdzielane i długie. Włosy posklejały się w delikatne pasma od muśnięcia wiatru. Osiągnęłam zamierzony efekt. Miły, który wstał w ostatniej chwili spytał zdziwiony: - Nie malujesz się? - Nie – odpowiadam. - Bardzo ładnie wyglądasz nieumalowana. Ja bym na twoim miejscu nie robił makijażu. - Dzięki – odpowiadam. - O której wstałaś? - O siódmej – odpowiadam. - Oj, to co robiłaś tak długo? – wyraźnie się zdziwił. - Zgadnij. Wygłupia się, czy naprawdę nie zauważył? Nie, nie zauważył. Niech sobie tkwi w błogiej nieświadomości i przekonaniu o moim naturalnie nieskazitelnym pięknie. Wyglądam zatem jak modelka przypominam w tym swoim naturaliźmie komputerowo obrobione zdjęcie. - Uczyłaś się? - Tak uczyłam. - Będzie dobrze, nie denerwuj się. - Nie denerwuję, chociaż sama nie rozumiem dlaczego. Takiego spokoju dawno nie odczuwałam. Naiwnie liczę na to, że mój doktorat coś zmieni, stanie się końcem i początkiem jednocześnie. Może uda mi się dostać pracę na uczelni? Znaleźć się wśród ludzi podobnych do mnie samej? Wymieniać myśli, tworzyć w zespole? Schodzimy na śniadanie, jem wszystko co stoi na stole, zabieram słodycze, upycham w kieszeniach, podobno cukier łagodzi stres. Zamawiamy taksówkę, taksówkarz jest zorientowany w temacie, pomaga zapakować kwiaty i życzy wszelkiej pomyślności. Nie dziękuję. Wchodzimy do budynku, idziemy do Sali Senatu, widzę rozwieszone zawiadomienia o terminie mojej obrony, kradnę jedno „na szczęście”. Otwieram drzwi sali i spoglądam na puste ławki, to już dziś? W tej sali? Teraz i po wszystkim? – myślę niemal jak przed pierwszym seksualnym zbliżeniem; spragniona, podekscytowana, przestraszona.. Układam foliogramy na rzutniku, rozkładam autoreferat, recenzje i odpowiedzi na recenzje, zerkam w lusterko, nic się nie zmieniło, ta sama Ja, a że nieco bardziej spięta? Rozglądam się po sali, naprzeciwko mnie przygotowano szesnaście krzeseł dla członków komisji, z tyłu sali miejsca dla zaproszonych gości i publiczności, około osiemdziesięciu. Jeszcze pięć minut, cztery, trzy, podchodzi Miły, by kopnąć mnie leciutko. Cóż! skoro można sobie kopnąć, kto nie wykorzystałby takiej okazji? Jeszcze tylko dwie minuty, minuta. Gol! Wchodzi komisja, ubrana w długie czarne togi, za nią kroczy publiczność, niewielka, trzydzieści może czterdzieści osób. Wstajemy kolejno: przewodniczący, ja, członkowie komisji i zgromadzona publiczność. Promotor przedstawia moją sylwetkę naukową, przygotowany równie starannie jak ja, tylko spięty nieco bardziej. Przychodzi kolej i na mnie. Wygłaszam swój autoreferat, umiem go na pamięć, prezentację przeplatam multimedialnymi ilustracjami i foliogramami. Miły odzyskuje różowy kolor, podobnie jak promotor, na siebie nie mam co patrzeć – pod taką warstwą pudru i różu, nikt nie zobaczy niczego. I znów przewodniczący. Prosi recenzentów o zabranie głosu, pierwsza wstaje Pani Profesor, widać przywileje wynikające z płci obowiązują również w kolejności prezentacji, ma łagodny głos i przyjazne oczy, uśmiecha się – czuję, że moja praca faktycznie jej się podobała. Odczytuje recenzję głośno i wyraźnie, a ja zazdroszczę, że nie musiała się uczyć jej na pamięć. Recenzent mężczyzna ma stanowczy głos, treść recenzji świadczy o uznaniu dla mojej pracy. Uff! Będzie dobrze, musi być dobrze, zaraz ja, zaraz ja... - Głos oddamy autorce pracy, pani Gertrudzie Grzybowskiej, powiedziałbym pani magister ale nie wypada mówić tak o kimś, kto za chwilę będzie doktorem. Krótkie zdanie rozładowuje napięcie, członkowie komisji zaczynają się śmiać i szeptać coś do siebie. Przypominam sobie tych kilka stron tekstu, nad którymi spędziłam ostatni tydzień i recytuję je zdanie po zdaniu, niczym wierszyk z dziecięcej czytanki. Jeszcze tylko pytania z sali, są proste, wydają się wręcz banalne komuś kto od trzech lat bada pijaków. Uda się! Uda! Uda! – powtarzam swą mantrę czekając na ogłoszenie wyników. Są! Już są! Komisja wychodzi uśmiechnięta, prosi mnie do środka, wynik jest pozytywny, praca została wyróżniona. I to już wszystko? Naprawdę po wszystkim? Nic więcej, żadnych pytań? Egzaminów? Hura! Zostałam doktorką!
Wracamy wieczornym pociągiem, połowę drogi przesypiam, może wraz z tytułem wzrasta zapotrzebowanie na sen? Nie wiem jeszcze, czy będę próbowała dalej rozwijać się naukowo, doktorat do pracy w szkole pomaturalnej wystarczy mi aż nadto. Próbuję dodzwonić się do Nim Dwa, nie odbiera, pewnie dokonuje ważnych pomiarów. On zostawi po sobie centrum handlowe i syna. Ja parę obrazów i książek, eseje, refleksję w kimś, marzenia intelektualistki. Czy gdybym żyła jak Wiktoria, zostawiłabym więcej? Na dokończenie powieści został mi tydzień, na początku października ma ukazać się w księgarniach, wydawca uważa, że adresowana jest do studentek. Harlequin dla intelektualistek. Moje życie różni się od życia Wiktorii. W ostatnim z rozdziałów Wiktoria bierze udział w Paradzie Równości, którą również sponsoruje, pozuje z partnerką do plakatu gloryfikującego tolerancję wobec mniejszości seksualnych, po jego publicznej prezentacji ktoś podpala jej mieszkanie. Wiktoria – dziecko wolności, akceptowane przez najbliższe otoczenie, ukochane przez rodziców żyjących w sposób równie niekonwencjonalny nie jest przygotowana na taki przejaw nietolerancji. Angażuje się wraz z partnerką w społeczną kampanię przeciw homofobii i... - Śpisz jeszcze? – trąca mnie lekko ręką Miły. - Myślę. - Nad czym? - Co u Wiktorii. Kołysanie pociągu usypia mnie, wprawia w błogostan, namiastka kołyski z lat dziecięcych – tyle, że jako dziecko nie spałam przecież w kołysce.... Wiktoria jest rozpoznawana na ulicy, niektórzy z przechodniów gratulują jej, wręczają kwiaty, inni krzyczą za nią, przedszkolne koleżanki jej córki namolnie dopytują się o tatusia. Zupełnie jakby jedynym dozwolonym modelem rodziny była heteroseksualna monogamiczna, jedno lub dwu pokoleniowa. Polska to nie Holandia. Jeśli bohaterka mojej powieści wyjechałaby do Holandii, czy oznaczałoby to, że jednak się poddała? A jeśli zostanie tu i będzie walczyć o godne życie i prawo do szczęścia? Uświadamiam sobie, że do tej pory powieść o Wiktorii nie odzwierciedlała losów polskich lesbijek, specyfika sytuacji mojej bohaterki sprawiła, że żyła w innym świecie, kochana, akceptowana, wspierana przez bliskich. Wiedziała o życiu innych osób homoseksualnych mniej więcej tyle, ile ja wiem o życiu bezdomnych. Mojej książce zabrakło autentyzmu, starcia świata idealnego ze światem realnym, zyskała ją poprzez ostatni rozdział. Tu w Polsce szczęśliwą lesbijką Wiktoria mogła być w ukryciu, w Holandii nie musiałaby się ukrywać. Może ona jednak wyjedzie? A ja wraz z nią, Miłym, Nim Dwa. - A co u niej? - Jeszcze nie wiem, powiem ci jak zdecyduję. Nie odpowiadam, bo co miałabym jemu odpowiedzieć? Właśnie zastanawiam się nad tym, czy nie zmienić naszego życia zupełnie, uciekając do kraju w którym intelektualiści i indywidualiści mogą żyć normalnie. Dlaczego to ja miałabym uciekać? Dlaczego uciekać ma Wiktoria? Gdyby tak założyła swoją własną partię, walczącą o prawa mniejszości seksualnych..., lecz czy zdolna jest angażować się w swą społeczną działalność dalej żyjąc od dziecka w nierealnej rzeczywistości? Za oknem widzę pola, postindustrialny pejzaż zastępują powoli wiejskie pejzaże. Wracam na swój teren, do domu, ucieczka nie jest wyjściem – jest jednak wygodna. Okryta kocem, ubrana w jedwabną sukienkę, popijam ciepłą kawę i myślę o tych wszystkich domach, w których dzieci kłócą się teraz o kawałek chleba, chowając przed pijanym ojcem. Nie potrafię tego zmienić, trudno nauczyć się z tym żyć... Takie sobie dylematy nadwrażliwej intelektualistki. Co mam robić jako socjolożka teoretyczka – mierzyć i ważyć ubóstwo? Tylko co to da ubogim? Czy wyjazd Wiktorii, która może zaangażować się w społeczną działalność zmieni cokolwiek w życiu polskich homoseksualistów? Wiktoria zostaje.
|
|||
| Zmieniony: Poniedziałek, 24 Maj 2010 10:07 |









