| Alterwizje |
|
|
|
| Utwory - Książki | |||
| Wpisany przez Mariusz Błajet | |||
| Niedziela, 30 Maj 2010 18:16 | |||
|
I
Właściwie to nie wiem ile wczoraj wypiłem, ale na pewno na jednym kieliszku się nie skończyło. Co więcej wydaje mi się, że w grę mogą wchodzić nie tyle kieliszki co różnorakiej maści butelki z procentem na etykiecie. Teraz to i tak jeden pies, bo to co wydarzyło się wczoraj, uległo natychmiastowemu przeterminowaniu i bezpowrotnie ugrzęzło na trzęsawisku wspomnień przeznaczonych do kasacji. A było nawet kulturalnie i zapowiadało się, że tak będzie do samiutkiego końca. Niestety w pewnym momencie moja kindersztuba została wystawiona na próbę i co się miało wydarzyć, to się wydarzyło. A teraz leżę, a właściwie to śpię i zaraz coś mi się przyśni. Ja już wiem co, ale za jasną cholerę nie potrafię skumać dlaczego właśnie to. Bo ze snami to tak jak z powiedzeniem ’’co ma piernik do wiatraka?’’. Dlaczego? No bo jedni mówią, że piernik coś ma a inni mówią, że nic nie ma i bądź tu panie mądry. Jeżeli o mnie chodzi, to ja w tym rozrachunku jestem gdzieś tak pomiędzy dwiema stronami, czyli w najgorszym z możliwych punktów. Tak czy siak; nic z tego nie rozumiem, ale opowiadam, bo może ktoś to zrozumie i mnie wtedy oświeci. W sumie to jednak w oświecenie wątpię, bo moja żarówka mądrości już dawno uległa przepaleniu. Z kolei innych mądrości z czystej przekory i tak dla zasady słuchać nie potrafię, nie trawię, co doprowadza do wiadomo czego. No, ale teraz już obiecany sen. Tylko proszę nie odpaść na samym początku, bo będzie ciężko i poważnie. Dopiero po przebudzeniu będzie jazda bez trzymanki. Tak więc siedzę w banie i sobie jadę, a wygląda to mniej więcej tak. Krajobraz podziwiany z perspektywy pasażera wagonu przemieszczającego się po połyskliwej siatce stalowej trakcji zawsze ulega dynamicznym przemianą, co sprawia, że w czasie jazdy nie sposób się nudzić. Jeżeli ktoś lubi czerpać przyjemność z mnogości pejzaży rysujących się na szklanej tafli okna wagonu, pejzaży szybko przemieszczających się i znikających gdzieś w oddali połykanej przez pędzącą maszynę trasy, to wie o czym mówię. I jeszcze ten niekończący się słodki stukot kół tworzący fuzje najdziwniejszych podziałów rytmicznych, akurat na mnie działających bardzo usypiająco. Kiedyś chciałem nawet zdobyć nagranie audio z kabiny wolno jadącego pociągu z tym całym lekko przytłumionym dźwiękiem, trzaskiem szyn, klaksonem, siarczystym piskiem podczas hamowania, okraszonym w trakcie postoju szeleszczącymi gdzieniegdzie rozmowami pasażerów, ale do tej pory nie mogłem się jakoś za to wszystko zabrać. Może teraz nastał odpowiedni moment ku temu? Cały urok podróży mający początek w przyjemności przemierzanych kilometrów znajduje swój finał w końcowym etapie kiedy już wiem, że za parę kilometrów będę u celu de facto początku mojej samotnej wyprawy. Nim to się jednak stanie, a przede mną jeszcze sporo kilometrów do przełknięcia na siedząco w przedziale z historycznej epoki PRL’u, na ten czas pozostaje lektura z elementami krajobrazu industrialnego Zabrza przecinanego nierównymi tyknięciami sekundnika rosyjskiej Rakiety przyczepionej do mojego nadgarstka. W pseudo kuszetce nie jestem sam. Oprócz mnie znajdują się tutaj jeszcze dwie osoby. Naprzeciwko siedzi jakaś pani zaczytana w ogólnopolskim brukowcu z którego strony tytułowej wycieka porąbane ciało niezidentyfikowanej płciowo istoty. Jedno jest pewne. Jest to osobnik należący do gatunku ludzkiego. Reszta jest zamazana niewyraźna, robiona chyba marnej jakości aparatem fotograficznym, albo celowo zniekształcona przy użyciu programu komputerowego do obróbki graficznej. Tytuł widniejący obok nazwy dziennika ’’Czwarta ofiara Rzeźnika’’ wskazuje jednoznacznie, że Rzeźnik to nie byle kto i każdy żywy człowiek powinien mieć się na baczności, ponieważ idąc za myślą przewodnią gazety: nie wiadomo, kogo morderca sobie upatrzy i kiedy ponownie zaatakuje. Ofiara Rzeźnika zajmuje około osiemdziesięciu procent tytułowej strony tabloidu. Nie jest ważny prawdopodobny portret pamięciowy mordercy znajdujący się w lewym dolnym rogu, wielkością dorównujący roztrzaskanej głowie ofiary. Nie są ważne wakacje na wyspie Bali, ani zaginiony ptasznik pani Krysi, nie wspominając już o bezrobociu, dziurze budżetowej wielkości kanionu i myszy, która zjadła kota – tak myszy, która zjadła kota, nie odwrotnie. Gapiąc się niemiłosiernie w makulaturę nie wartą złamanego grosza przez moją głowę przebiega myśl, że chyba powinienem się bać. W końcu jestem daleko od domu, na nieznanym terenie. Krótko mówiąc – idealny ze mnie kąsek dla Rzeźnika. Nim ta myśl urasta do niebotycznych rozmiarów, szybko zaczynam znajdować ukojenie w tłumaczeniu sobie, że koleś na pewno zainteresowany jest tylko kobietami, bo to coś na okładce to z pewnością kobieta. Jakby te porąbane martwe puzzle poukładać, to na pewno kobieta. Tak bez dwóch zdań, to ciało kobiety, nie mężczyzny. A to pech! Przez panią i przez jej gazetę, spokojna atmosfera zagnieżdżona w kolejowym boksie dla usługobiorców PKP została zaprzepaszczona działalnością persony wynaturzonego Pana Rzeźnika, który od teraz bezkarnie zaczyna grasować w mojej głowie, zmuszając do aranżowania najprzeróżniejszych myślowych figli i gagów. I tak oto goni mnie z siekierą, ćwiartuje, szatkuje, oddzielał kończyny od całej reszty. Na samym końcu krwawej projekcji widzę rozrzuconą układankę własnego ciała na okładkach czasopism taniej sensacji. - Ja w błysku fleszy??? - myślę sobie, śmiejąc się w duszy ze stanu cielesnego skupienia w jakim musiałem się znaleźć, aby media raczyły zainteresować się moją skromną osobą. Później z kolei krwawy horror ukierunkowuje się na pozostałą dwójkę pasażerów dzielących ze mną przedział. Daję Panu Rzeźnikowi wolną rękę i mówię: Panie, zrób sobie Pan z nimi co tylko Pan zapragnie. Rzeźnik nic mi nie odpowiada tylko stoi i głupio uśmiechał się. - No, jeżeli mogę tylko coś wtrącić od siebie, to niech to będzie finezyjnie zwyrodniałe zachowanie - dodaje, wprowadzając tym samym pomiota szatańskich czeluści w nieuporządkowany ruch sprowadzający się do tego, że raz Pan Rzeźnik goni panią czytającą gazetę, a innym razem goni pana siedzącego niedaleko mnie. - Dobra koniec tych głupot - zwracam się do samego siebie, spoglądając w kierunku mężczyzny spoczywającego po mojej lewej stronie - lewej stronie przedziałowej rzeczywistości. Ale Rzeźnik nie chce się uspokoić i tak jak stos nut tworzących głupią melodyjkę, która pod żadnym pozorem nie wyskoczy z mózgownicy, tak i on teraz bawi się w berka ani myśląc o zaprzestaniu nikczemnej bieganiny i płodzenia harmidru w skażonej brutalnym artykułem głowie. Nagle warczący wagon zostaje zraszony ostrymi dźwiękami jakiegoś techno utworu. Nienagannie ubrany mężczyzna, którego aktualnie Pan Rzeźnik pozbawia prawej górnej kończyny, pozostając niewzruszonym na błagalne modły litości, kieruje rękę do nadającej ostry beat kieszeni. - Halo kochana, jeszcze dziesięć minut i już wysiadam z tego dyliżansu – odpowiedział, głaszcząc się po delikatnym zaroście. - Tak, tak załatwiłem ten kontrakt, budynek zostanie sprzedany za okrągłą bańkę. Szef na pewno się ucieszy, a ja ucieszę się, kiedy zobaczę kasę na koncie z prowizji za podpisany świstek, he he. - O jakiś deweloper - mówię do siebie, a to kompletnie wybiło mi z głowy Rzeźnika tarzającego się we flakach nieżywego już pana X aktualnie rozmawiającego przez komórkę. - Tomasz plus alkohol plus kobieta równa się ??? Hmm jestem ciekaw, jak zakończyły się jego ostre buziaczki z dupencją, której się nagle w makówce zmieniło i znowu zapałała do niego miłością - zatrzymuję się nad kumplem, również deweloperem po fachu, z którym jeszcze wczorajszego dnia sączyłem szerokim strumieniem piwo. - Ale naprawdę szybko potrafi sobie przygruchać panienkę... - konstatuje spoglądając w poszarzały krajobraz górniczego miasta. Rozpędzona drezyna, wydając piskliwy jęk, zaczyna powoli zwalniać. Gazeta, która cały czas zakrywała górną połowę ciała kobiety zostaje przez nią zmięta i wsadzona do jednej z foliowych siatek walających się po podłodze wąskiego przedziału. Moim oczom ukazuje się pomarszczona twarz kobiety po pięćdziesiątce. Każdy milimetr jej zoranej zmarszczkami twarzy huczy rozpaczliwie, wylewając z poczerniałych bruzd wszystkie nieszczęścia, jakie ją w doczesnym życiu spotkały. - Tak kochanie, już jestem. Zaraz wychodzę i idziemy na obiad, a później no wiesz… Ton konwersacji eleganta przybiera na sile, wchodząc w szranki z najprzeróżniejszymi dźwiękami wydobywającymi się z trzeszczącej od drgań gabloty. Pociąg gwałtownie zwalnia, a wraz z nim puste plastikowe kubki znajdujące się na blaciku przy oknie przestają tańcować w rytm torowej pieśni. Jedynie niedopita puszka piwa koczująca pod siedziskiem cały czas daje o sobie znać, nucąc delikatną aluminiową melodie nieświeżego pijaczka z rozstrojonym wiosłem. Po dwóch syrenach ostrzegawczych Pani pospiesznie zaczyna tarmosić się na fotelu tak, jakby coś nagle poczęło uwierać ją w tyłek. Swoimi chaotycznymi ruchami zajmuje cały przedział, a torby i torebeczki stanowiące materialne przedłużenie tego, co nie tak dawno było tylko świstkiem zakupów zapisanym na pomiętej karteczce w formie wiersza człowieka współczesnego, emanują niecierpliwością zakupowego show. - Może pani tak zwinie ten swój majdan, bo ruszyć się tutaj nie można - odezywa się yuppie, pretensjonalnie spoglądając w kierunku kobiety. - A pan to co??? – kobieta odszczekuje, do końca nie rozumiejąc problemu podirytowanego mężczyzny. - No te graty, niech je pani weźmie na fotel albo coś, bo tutaj przejść nie można. Ja zaraz wysiadam, więc bierz je pani w cholerę! - agresywnie szeleści, sięgając po marynarkę, której będąc w pozycji siedzącej nie potrafił ściągnąć z wieszaczka. - Ja też tutaj wysiadam, wiec niech się pan tak nie niecierpliwi - ucina, zawieszając wzrok na fragmencie pierzastych chmur znajdujących się w prześwicie pomiędzy ramą przedziałowego okna - Kurwa mać, stara baba nie będzie mi mówiła, co mam robić!!! - wrzeszczy, stopami lądując wśród produktów duszących się na podłodze. Trzask pękających jajek oraz syczącej puszki podnosi na równe nogi także właścicielkę deptanego asortymentu. - Ty chamie, tym mendo!!! - kwacze, skazując pozostałe pakunki na poniewierkę. - Zamknij się - odpowiadał niepewnie - Myślisz sobie, że z biletem wynajęłaś cały przedział? Do bagażowego z tym tałatajstwem!!! - ryczy, chwytając pośpiesznie za marynarkę i zwinnie umyka przed zaciśniętymi łapskami właścicielki kolejowego targowiska. Wbijając się pomiędzy ludzi zajmujących międzyprzedziałowy korytarzyk, młody biznesmen pozostawia po sobie wyciekające z białej siateczki żółtko oraz zapach zapuszkowanego śledzia oblanego sosem pomidorowym, któremu ktoś w najmniej oczekiwanym momencie zakłócił wieczny spoczynek w blaszanej trumience. - Widział pan tego łotra, no widział go pan ??? - rzewnie lamentuje, zabierając się do układania pakunków na wytartej tapicerce fotela. - Takie jajka, skąd ja teraz takie dostanę, przecież one prosto ze wsi od kury, jeszcze cieplutkie, no i marynaty śledziowe w pomidorkach, co za parszywy kiernoz! Kobiecina cały czas burczy coś pod nosem z niezaprzeczalną ochotą wzięcia mnie na litość, jednak ja jakoś nie potrafię wczuć się w rolę potłuczonych jaj z morską padliną. Jak już miałbym zareagować, to opieprzyłbym ją o zasianie swoją niewinną gazetką postaci Pana Rzeźnika, ale w obliczu jej spożywczej tragedii nie miałoby to najmniejszego sensu. Pan Rzeźnik na chwilę obecną był tylko wytworem mojej wyobraźni, jajka i zapuszkowany śledź już nie. Czym jednak byłyby jajka wszystkich kur oraz śledzie wszystkich mórz i oceanów, gdyby w naszym przedziale znalazł się Pan Rzeźnik? - No już dobrze Mariusz, nie szalej tak bardzo. Stało się to, co się stało, ta pani już wychodzi i będzie musiała sobie ze swoim problemem poradzić sama, ty natomiast jedziesz dalej w swoim śnie. Mój wewnętrzny głos stanowczym tonem zaczyna wymuszać koniec wygłupów, na rzecz wprowadzenia intelektualnego porządku. Skład kolejowy powoli podjeżdża do krawędzi peronu krzewiąc wśród podróżnych znajdujących się w przejściu atmosferę niecierpliwości i podenerwowania. Pomrukująca kobieta pospiesznie wciąga na siebie rozpinany sweterek koloru czarnego, chwyta obiema dłońmi spożywczy inwentarz i uchyliła przedziałowe drzwiczki ustawiając się w kolejce do wyjścia. - Nareszcie sam, może nikt się nie dosiądzie? - myślę sobie pełen nadziei. Przez chwilę spoglądam na kilka osób stojących w korytarzyku za szklaną szybą, później zwracam się w kierunku okna, ale bijąca po oczach szarość naszpikowana tonami żelastwa i betonu szybko karze odwrócić głowę i zamknąć oczy. Przeżywam chwilowy zator myślowy, co w takich momentach przytrafia mi się bardzo często. Piętrzący się dookoła mnie obcy ludzie a wraz z nimi nowe miejsca tworzą zasłonę nieprzewidywalnej przyszłość. Zawsze marzyłem o podróży w nieznane, ale instynkt samozachowawczy skutecznie odwlekał rzucenie wszystkiego na szalę i zebranie się w sobie na skok w czarną dziurę. Myślałem sobie: wszystko musi być poukładane i wcześniej skrupulatnie zaplanowane. Plecak wypakowany zestawem młodego skauta, a w portfelu nadwyżka kapusty w razie nieprzewidzianych problemów. No i rodzina poinformowana o wyprawie. Może jeszcze nadajnik GPS w tyłku, aby mogli mnie monitorować... A tutaj proszę bardzo - plecak jest, ale to tylko plecak. W środku śpiwór, parę piwek i jakaś skromna setka żołądkowej gorzkiej. Jedzenia brak, ale coś tam na koncie bankowym mam, więc z głodu nie zdechnę, chyba że w lesie, gdyż tam bankomatów i shop’ów raczej jeszcze nie postawili (chyba, że się mylę). Telefon jest, ale bez ładowarki i to chyba na tyle, jeżeli kogoś ciekawiłby mój turystyczny ekwipunek. Ale z racjonalnego punktu widzenia poważne braki w wyposażeniu nie przejmują mnie za bardzo. Właściwie, to mógłbym rzec, że zaplecze logistyczne trzymane na plecach mam kompletnie w nosie i tak naprawdę jest tylko zbędnym dodatkiem lub bardziej uwłaczającym balastem. - Jestem ciekaw, czy go tam spotkam... Ta myśl nie daje mi spokoju odkąd dobrał się do mnie na ławeczce. I tylko kilka wypowiedzianych zdań wystarcza, abym w śnie za nim gonił do dziczy. Pewnie tam chleje i nic innego nie robi, bo co można innego robić na urlopie. Nie wiem tylko, jak go wytropię. Po pustych puszkach i butelkach, a może zwiedzę wszystkie Izby Wytrzeźwień??? Aktualnie w moim śnie trwa huczna przesiadka pasażerów. Jedni wsiadają, inni wysiadają, wlokąc za sobą lub na sobie plecak materialnych doświadczeń. Bogatsi o to, co uciułali i schowali do jego wnętrza, wyparowują w jazgocie dworcowej zawieruchy, pozostawiając po sobie natłok zbędnych zdań utkanych z emocjonalnej przędzy. I mówię teraz o nich. Wcale nie mówię dobrze, mówię źle i pogardliwie, ale tak na prawdę w niczym się od nich nie różnię. Jestem jeszcze bardziej nimi, niż sobą. To oni mają więcej mnie w sobie. Ja także zostawiłem, wsiadłem i pojechałem. Zostawiłem bardzo wiele, ale mam nadzieję, że tylko na jakiś czas. Wsiadłem bez namysłu, powątpiewając, bojąc się, ale jednocześnie czegoś pragnąc. W domu zostawiłem bardzo dużo siebie. Nie chciałem wszystkiego zabierać, nie chciałem się alienować w miejscu tak mi bliskim. Zostawiłem Jacka, Natalię, Tomasza. Bo zasłużyli. Dlatego ich zostawiłem, ale nie na zawsze. Jeszcze do nich wrócę, ale teraz już muszę kończyć. Zaraz otwieram oczy, wstaję i zaczyna się jazda bez trzymanki. Przynajmniej tak mi się wydaje.
II
- Ty ty ry ty ty ty ty pam pam!!! Witajcie moi drodzy radiosłuchacze! Przed mikrofonem jak co dzień, macie zaszczyt usłyszeć waszego ulubieńca, porannego skowronka, któremu wczesna pora nigdy nie jest straszna i zawsze wita ją z szerokim uśmiechem na twarzy. Tak, to ja lubiany przez mężczyzn, rozkochiwany przez kobiety, które szczególnie pozdrawiam - hello girls; Mirosław Maślanka w studiu radiu Wenus. Właśnie na zegarze minęła piąta i zapraszam wszystkich budzących się do życia na poranną audycję ''Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje'' i upragnioną przez wszystkich kolejną edycją teleturnieju ''Edukatorzy'' w którym radiosłuchacze dzwoniąc do naszego studia, stają się terapeutami ludzi świata polityki, kultury, sztuki. Dokonują tym samym psychologicznej sekcji, dzięki której zaproszony przeze mnie gość ma szansę przeżyć swoiste katharsis. A kto jest naszym dzisiejszym gościem? O tym już za chwilę, poproszę o trochę cierpliwości! Pamiętajcie, że u nas wszystko odbywa się na żywo, zero ściemy, żadnego playbacku, nawet zespoły zaproszone do audycji grają na żywo! A jak już o zespołach mowa, to czas na trochę muzyki Przed państwem zespół Jesień i ich singlowy numer, podbijający serca wszystkich młodych Polek i Polaków: ''Kiedyś na pewno od Ciebie odejdę''. Uwaga, przed państwem zespół Jesień. Dajmy im szansę, nie zmieniajcie stacji, dajcie się ponieść czadowej melodii, z którą jechali pięćset dwadzieścia kilometrów, aby zagrać i wyrwać nas ze szponów snu. Zespół Jesień Raz, dwa, trzy i... Nie wiem kiedy to się stanie Może dzisiaj a może wcale Ale wiem, ale poznasz to po tym że Nie będzie mnie przy tobie o nie...
- Kurwa mać, znowu ten dekiel i jego pierdoły ble, ble, be!!!. Dźwięki audycji radiowej w stacji, której nigdy na noc nie ustawiam, budzą mnie prawie każdego poranka i za Chiny Ludowe nie potrafię sobie wytłumaczyć tego, że zasypiam przy dźwiękach internetowej Czad Stacji, a parę godzin później cuci mnie ohydna rozgłośnia Wenus. Mniejsza z tym. I tak nic o tak wczesnej porze nie jest w stanie wyprowadzić mnie ze złego nastroju. Nawet najwięksi niszczyciele systemu.
Czyż nie piękne nuty zaprezentował nam zespół Jesień? Naprawdę było warto, aby do nas przyjechali i zaprezentowali to, co dane nam było przed chwilą usłyszeć. Nie skłamię, jeśli powiem, że zgromadzeni muzycy są nadzieją polskiej sceny. Są zespoły takie i są zespoły siakie, ale oni wyprzedzają wszystkich o lata świetlne. To jeszcze nie koniec doświadczeń słuchowych z ich twórczością na dzisiejszy dzień. - Halo, halo, tak do ciebie mówię i do ciebie także. Ej, śpiochy, jeden z drugim, zachęcam do szybszego odbycia tej czynności i dogonienia całej reszty, która jest już w toalecie i szczotkuje uzębienie, albo pozostałości po nim ha! ha! Tak, swoją drogą, to o knapki trzeba dbać i pamiętać, że szczotkujemy je zawsze dwie minuty najlepiej pastą... ha, tego jeszcze powiedzieć nie mogę, bo o tym w bloku reklamowym. Tak moi mili, zaraz reklamy, a po nich nasz pierwszy gość...
- Zamknij jadaczkę buraku - sapię, kierując pokrętło radioodbiornika w pozycję OFF. Wczesne poranki znoszę jako tako, ale zawsze mam wielki problem z poniedziałkową wersją. Nie trzeba tutaj dużo tłumaczyć, dlaczego akurat poniedziałek należy do tych dni najbardziej znienawidzonych przeze mnie i jak nieomylnie śmiem twierdzić - przez większość społeczności naszej planety. Weekendowa odskocznia od tak zwanej szarej codzienności pięciu dni tygodnia, jest narkotycznym wyzwoleniem od tego, co boli, nie podoba się i z czym człowiekowi zawsze jest źle. W piątek cieszę się i piję z radości, w sobotę piję, aby zapomnieć, a w niedzielę wstawiam w gardło żałobny klin, opłakując dobro, które nieuchronnie zbliża się do końca, pociągając za sobą lawinę smutków, obietnic i wyrzeczeń. - Mamo, ja nie chcę!!! Ja tak bardzo nie chcę!!! - tarzam się w poszwach bolesnych myśli, będąc na lekkim kacu po trzydniowym przekleństwie. Piąta zero siedem na podświetlonym wyświetlaczu telefonu komórkowego jednoznacznie wskazuje, że już najwyższa pora ruszyć dupsko, podnieść się i z uśmiechem na ustach wstrzelić pomiędzy tryby budzącego się do życia miasta. - Co to wczoraj ja piłem? To pytanie towarzyszy mi na drodze pokój - łazienka. Melodia letniego świtu delikatnie wlewająca się przez uchylone okno prowadzi postrzępionego bezmózgowca, który najchętniej na jakiś czas pozbyłby się ciążącego łba. Elektryczne światło, kurek zimnej wody i szczoteczka do zębów, aby wybrać pozostałości żarła po wczorajszym dniu. Tak zaczynam każdy nowy dzień tygodnia, błogosławiąc wodą zaspaną twarz, której zarys w lustrze z poniedziałku na poniedziałek wydaje mi się coraz bardziej oskubany, pomarszczony i gumowy za sprawą niezwykle płynnych weekendów. - Kurwa, jak ja nienawidzę tej roboty – mówię spoglądając w lustrzane odbicie tego, co najprawdopodobniej a raczej na pewno jest mną. - No z takim ryjem to tylko tam się nadaję i właściwie to chyba powinienem dziękować za możliwość pełnienia posługi przy targaniu palet z towarem… Ruchem gałek ocznych szybko zrywam kontakt z powierzchnią przypominającą mi, gdzie jest moje miejsce w szeregu. - Wyżej swojej dupy nie podskoczysz. To stwierdzenie towarzyszy mi w drodze powrotnej do pokoju, gdzie czeka na mnie mój nieświeży ubiór, cuchnący fajkami wymieszanymi ze strawionym alkoholem. - O cholera, ale te skarpetki śmierdzą, a o gaciach już nie wspomnę, po prostu ohyda. Łachy, w których człapię do pracy jak i z pracy, nie wspominając już o wypadach do okolicznych knajp czy w celach towarzyskich, nie grzeszą świeżością oraz schludnością. Właściwie to nigdy nie zwracam na to uwagi mając w głębokim poważaniu cały ten wyjściowy blichtr. Ale dzisiaj nad wyraz wyjątkowo brud kłuje mnie w oczy a smród w nozdrza. Jeszcze tylko buty, bluza na wierzch, plecak na ramię i mogę opuszczać domowe pielesze. Przed wyjściem sprawdzam tylko, czy kurki z gazem i wodą dobrze poodkręcałem celem uniknięcia nieświadomego przyczynienia się do zalania i wysadzenia połowy kamienicy. No i jeszcze książka. Czy jest w plecaku? Bo to ważniejsze od śniadania i wody. Nerwowo macam szmaciany tornister. Coś tam wyczuwam, ale zaraz szarpię za lekko zdezelowany zamek i zaspokajam niepewność kolorem okładki, nazwiskiem autora oraz tytułem. Teraz już nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czmychnąć z zaspanego domostwa chowając sny pod niewyspaną poduszką. Pomimo wyrwania już wszystkich lipcowych kartek z kalendarza, jest trochę chłodnawo dlatego bluza bardzo się przydaje. Później, kiedy opuszczam mury Starego Browaru zatapiając spracowane ciało w oceanie tłustego skwaru, staje się ona najbardziej ciążącym i zbytecznym elementem mojej garderoby. Ale właśnie teraz w tym momencie, kiedy mknę Winogradami w kierunku Centrum, należycie osłania mnie przed chłodnym oddechem poranka. Odległość z nory do roboty, to jakieś dwa i pół kilometra pieszo, więc krokiem raczej zdecydowanym pokonuję metr po metrze opustoszały trotuar. Zagnieżdżone w wyasfaltowanym korycie blachy sterowane przez przyklejone do kierownicy paluchy charczą, skrzeczą i śmierdzą spalenizną. Czerwone, pomarańczowe, zielone dla nich, więc stoję przed zebrą i odliczam, kiedy tylko wąż ciągnącego się stalowego insekta zostanie ucięty i żółć z oczu spieszących się do grobu kierowców spłynie na moje ciało przemieszczające się w wąskim gardle zdominowanego gumowymi kołami terytorium. Nieustający cierpki szmer rozgrzanych silników kryjących w środku siebie stada mechanicznych koni, przypomina mi ryk dziecka wyrwanego z błogiego snu przez matczyną dłoń pospiesznie targającą malucha w kierunku przedszkola. Pasażerowie przejeżdżającej trójki mkną szynami biegnącymi wzdłuż drogi, po której samotnie przebieram girami. Niektórzy, z wytrzeszczem oczu, spoglądają gdzieś w przestrzeń, są jakby nietutejsi. Sprawiają wrażenie obcych przebranych w ludzkie uniformy, a z pobladłych gałek ocznych wypływa im niedowierzanie, że tutaj właśnie się tak żyje. Że takie są zasady gry, a jak się nie podoba to won - tylko gdzie? Zarówno kierowcy jak i pasażerowie miejskich środków lokomocji z cyklistami włącznie spoglądają na mnie jak na debila orającego pługiem pole w osamotnieniu, ale przynajmniej nie jestem - tak jak oni, ogórkiem kiszonym w skisłej przepoconej ludzkiej zalewie. Po drodze wpadam do sklepu na Nowowiejskiego po coś do żarcia, a później Stary Rynek, Półwiejska i już widzę moją ociekającą klinkierem miłość. Przychodzę tutaj od dwóch lat, zawsze wkurwiony, skonfundowany, wylewając z siebie pianę frustracji. Tylko droga do celu ulega zmianie, a to za sprawą tego, że średnio co pół roku pakuję graty i szukam nowego dachu nad głową. Czasami zdarza się to z własnej nieprzymuszonej woli, częstokroć jednak dzieję się to w wyniku nieporozumień i utarczek pomiędzy współmieszkańcami. Powiem tak. Zawsze zaczyna się od tego, że sępy urządzające sobie casting wybierają największego głupola aby tylko móc sprawować pieczę w norze. I nie mówię tego ot tak sobie w celu publicznego obrażenia kogokolwiek. Nie biorą byle kogo. Wśród mieszanki charakterów losują sobie, jak to mają w zwyczaju mówić – najbardziej pasujący do ich towarzystwa element układanki, któremu niezwykle szybko pokazują, że jego miejsce jest w kiblu obok sedesowej szczotki. Niestety miałem z takimi ludźmi do czynienia, więc wiem o czym mówię. Dlatego też miejsca zamieszkania zmieniałem jak rękawiczki, zwiedzając kilkanaście lokali w różnych punktach miasta Know How. Obecne moje lokum wydaje się być miejscem z prawdziwego zdarzenia przeznaczonym dla osoby takiej jak ja. Sprzątam, kiedy chcę, robię hałas, kiedy chcę, a rzygi z głośników mogą prawić o miłości pokoju, piekle i Szatanie w takt rytmu disco polo. Papieros na dywanie – no problem, wymiociny na ścianie od dwóch dni – no problem, walające się puszki i kipy papierosów po ostatniej imprezie – no problem. Dobra książka plus psychodeliczna muzyka w świetle zachodzącego słońca bez pardonu wciskającego się przez nieumyte okno – czysta rozkosz dla ciała i umysłu. Wydaje mi się więc, że tutaj dłużej zabawię. Chyba, że nagle któremuś ze współlokatorów walnie coś na czaszkę. A to całkiem możliwe, ponieważ wynajmuję mieszkanie z jakimiś studenciakami. Niby w porządku chłopcy, ale nigdy nic nie wiadomo. Co prawda mieszkam od niecałego miesiąca w tej dzikiej norze i jeszcze zbyt wcześnie, aby wysunąć jakieś konkretne stwierdzenia, ale jednego jestem pewien – ta ekipa ma naprawdę wszystko w dupie i plecie niezobowiązujący nihilistyczny warkocz ludzkiej uciechy, dlatego też różnie się to może skończyć, ale póki co jest jak najbardziej okej. Nie szanuję gadzin, tak dla zasady nie szanuję ich wszystkich. Nie lubię nieznajomych, ale to chyba normalne, co nie? Akt wprowadzania się na nowe śmieci, podawania ręki nieznajomej ręce, jest głupią i niehigieniczną czynnością. Poza tym, w moim przypadku zazwyczaj jest to asumptem do nakręcania kolejnej spirali nienawiści i obojętności, a stąd krótka droga do pakowania betów i szukania nowej spelunki. Obecni koledzy to banda debili i tyle dobrego mogę o nich powiedzieć. Jeden to chyba studiuje filozofię albo inny kierunek po ukończeniu, którego gwarancją na przyszłość jest numerek na liście bezrobotnych w Urzędzie Pracy. Ma długie kudły oraz jeszcze dłuższą brodę. Ciągle mówi coś o Arystotelesie, wtrącając łacińskie zwroty chcąc chyba pokazać, jaki to on jest mądrala. Nie zagadam do niego no, bo on tylko te swoje corpus delicji, czy też inne margeritas ante porcos, a ja tylko po polsku i łamaną angielszczyzną z dialektem zza Wisły potrafię zagaić. Zresztą wcale nie mam zamiaru do niego zagadywać. Chyba, że będę chciał mu sprawić burę, no to wtedy dostąpi zaszczytu wysłuchania tego, co mam do powiedzenia. Ogólnie koleś wydaje się głupszy, jak dłuższy i osuszenie z nim kilku buteleczek będzie ostatnią czynnością, jakiej będę chciał w życiu dostąpić. Póki co, to tylko się z nim delikatnie droczę badając, na ile mogę sobie pozwolić w kontaktach face to face. Bo z facetem trzeba ostro, nie jak z babą. Tylko tak, no wiecie, rozumiecie mnie chyba no nie? Inny z kolei to jakiś podejrzany świr lub coś w tym rodzaju. Właściwie to powinienem zacząć od tego, że w ogóle go jeszcze nie widziałem. Wiem tylko, że jest ale tak właściwie jak czasami zdarzy mi się przesiedzieć w domu cały dzień to z ręką na sercu mogę powiedzieć, że kolesia nie ma. Nie ma fizycznie, jaki i w tym drugim niecielesnym wymiarze. Pokój zamknięty na klucz, szyba zasłonięta jakimiś czarnymi szmatami jednoznacznie daje do zrozumienia, że ten ktoś nie należy do ekstrawertyków. Nie wiem, co to za świr, ale czymś mi to śmierdzi. Podczas wprowadzania się do meliny Filozof powiedział mi, że jest ich trzech, ale tak właściwie to dwóch. Skonstatowałem, że w porządku, nawet tym lepiej, ponieważ opłaty będą dzielona na czterech, a skoro realnych pożeraczy energii i wody jest tak naprawdę trzech to do płacenia będzie jeszcze mniej kapusty. Naprawdę nie wiem, co to za jeden ten cały ’’Gal Anonim’’ spod zatrzaśniętej komnaty, ale coś z łbem musi u niego być nie tak i to chyba bardzo mocno. Może odprawia jakieś czarne msze, wznosząc na ścianie kult szatana poprzez wypisywanie czerwoną plakatówką na ramionach pentagramu imion wszystkich tych, których chce swojemu Panu złożyć w ofierze? Albo konstruuje małą, niewinną bombkę atomową z zamiarem zdetonowania jej na samym środku swojego osranego i oszczanego pokoju, w którym musi odbywać fizjologiczne akty? Chyba że robi to do wiaderka lub butelki i tylko nocą wychodzi poza granicę klaustrofobicznej ciemni, aby smród zutylizować w sraczu. Bo nocą zawsze się ktoś kręci. Nocą ktoś zapala światło, idzie do kuchni, wraca z powrotem, otwiera drzwi od kibla, spuszcza wodę, gasi światło i wraca do swojego pomieszczenia. Ostatnio nawet zacząłem się temu przyglądać i dokładnie dzieje się to między 1.45 a 2.00 w nocy. I tylko zastanawiają mnie jego rzeczy wiszące na wieszaku w korytarzu. Kurtka, bluza i jakaś dziwna szmata. Odkąd z nimi mieszkam, wiszą na tym samym haczyku, w niezmienionej pozycji. Buty już dawno pokryte kurzem zapomniały o nim i chyba czekają na nowego właściciela, ale cholera wie co za giry je nosiły – nikt mu raczej pod paznokcie nie zaglądał, więc ich los jest raczej przesądzony. Dobra jest, tyle o tym buraku. Trzeci kolo to chyba największy idiota pod sklepieniem. Filozof jest okej, gdybym tylko nie miał sposobności do poznania jego. Gal Anonim jest jeszcze większym głupkiem, ponieważ nie ma go, jak jest a jest on tam cały czas i Bóg jeden raczy wiedzieć co za świństewka wyprawia w wynajmowanej klatce dla małpek. A ten trzeci pojebany komputerowy maniak. Wpierdala chipsy, żłopie litrami gazowany karmelowy płyn jednej ze światowych korporacji i z gałami wlepionym w monitor gotującego się peceta zabija obcych, ściga się po opustoszałych ulicach światowych metropolii i podrywa wirtualne panienki myśląc zapewne, że bez niego świat nie byłby taki fajny. Reasumując, świat powinien dziękować za tak fantastyczny materiał genetyczny spłodzony przez człowieka. - Jestem cool, co nie buraki!!! Komputerowiec nie kuma wielu rzeczy z codziennego życia. Wpierdala tylko zupki chińskie i to chyba one są powodem gąbczenia mózgowia ofiary układów scalonych wraz z pojemnościami liczonymi w gigabajtach spiętych kablem sieciowym o przepustowości półtora do dwóch megabitów. - Prezydentem naszej Nibylandii jest Hex szósty autorytarnie rządzący kolonią Polek i Polaków zamieszkujących kwadrat piąty w pozycji beta dziewięć u podnóża galaktycznego skrzyżowania materii heksagonalnej, czy jakoś tak. Jak słychać koleś jest naprawdę popierdolony i boję się, że jemu też odpierdoli. Podobno studiuje na Wydziale Matematyki i Informatyki lokalnej uczelni i pisze licencjat z hipotezy Goldbacha już siódmy rok z realną perspektywą jego ukończenia przed czterdziestką. - Napiszę go mamo napiszę, tylko jeszcze paru przybyszy z kosmosu wyślę na tamten świat - to z podsłuchanej rozmowy nieroba z mamusią, błagalnie wyjącego o większą jałmużnę na poczet niezapłaconych rachunków i awiz zalegających w skrzynce, którymi mógłby wytapetować dwie ściany własnego chlewu. Krzyż mu na drogę. Ja bym temu złamasowi nawet trefnego grosza nie dał. Po co inwestować w gówno, z którego żadnego pożytku nie będzie, no po co ? Niech spierdala razem ze swoją świtą pracujących dla niego w sieci Orków, Troli, Paladynów, Amazonek i innych wirtualnych gadów na Księżyc. I tam mogą się spełnić, chroniąc naszą Ziemię przed planetoidami, meteorytami oraz czarnym zastępem Lorda Vadera. Bo tak w ogóle, to krótko po moim wprowadzeniu zafajdany burak cały czas męczy bułę, że Trole sprzymierzyły się z Orkami i ciężko mu teraz będzie ochraniać ludzkość przed i tak nieuniknionym Armagedonem, dlatego potrzebuje pomocy w postaci wpłat darowizn na konto, aby w sieci mógł zakupić uzbrojenie dla swojej armii, bo bez tego nie będzie w stanie pokonać intergalaktycznych tuzów spod ciemnej gwiazdy. - Że niby co??? - odpowiadam do końca nie kumając bajki, jaką chciał mi sprzedać. - Jeżeli nie uzbieram środków, to mam miejsce w moim świetlistym batyskafie. Jak chcesz, to możesz uciec ze mną w bezpieczne miejsce, bo tutaj zaraz pojawi się pełno cyborgów z działkami laserowymi XMR-450 a uwierz mi, że nie chciałbyś się spotkać oko w oko z taką lufą. Jak widać, koleś jest całkowicie popierdolony i rzeczywistość renderowana przez podkręcone układy graficzne z dużą ilością pamięci RAM wydaje się być jedynym miejsce, w którym powinno się zamknąć tego świra. Jak w ''Kosiarzu Umysłów'' - to zapewne jego ulubiony film, choć mając ścierę i pomyje zamiast mózgu nawet nie umywa się do tytułowego bohatera tego kultowego filmu. Taki właśnie jest mój nowy dom. Oczywiście winszuję sobie tutaj dłuższy pobyt, niż programowe sześć miesięcy, ale to tak naprawdę zależy od trzech delikwentów, z którymi dzielę ten obszar. A klimat w środku jest naprawdę dziwny i kto wie, czy czasem od przyszłego tygodnia nie zacznę sypiać z kosą pod poduszką w celu zapewnienia sobie minimum bezpieczeństwa. A teraz krótka retrospekcja do miejsca w którym zlokalizowany jest mój wyrobniczy kąt, do którego targają mnie zaspane kończyn dolne. Stary Browar to takie odrestaurowane ścierwo z burżujskiej cegły, które kiedyś jak sama nazwa wskazuje, było browarem z prawdziwego zdarzenia. Mielili tutaj chmiel i robili piwka górnej lub dolnej fermentacji, piwka porter i takie tam inne błogości dla spragnionego podniebienia. Wtedy ten budynek był miejscem kultowym dla rasowego konesera moczopędnego płynu. Tak jak Mekka dla muzułmanów, tak dla okolicznego zapijaczonego elementu pełnił funkcję profetyczną dla ich wypalonych alkoholem gardełek. Później w niewyjaśnionych okolicznościach przyleciało Ufo i piwowarską manufakturę zamieniło w słynne na cały nasz piękny kraj, centrum handlowe. A wszystko za sprawą przekrętów i dogadania się pana K, który to wszystko wykupił z władcami kosmosu. Co by nie było, to już nic nie zmieni faktu, że taki oto budyneczek mamy, a w jego flakach można nieźle pobuszować zapewniając sobie maksimum konsumenckich doznań. Aby dostać się o tak wczesnej porze do wnętrza wyśrubowanego molochu, muszę pokonać całą Półwiejską i człapiąc pod górkę wpaść na parking, gdzie kotłują się pordzewiałe samochody zatrudnionej tutaj na etacie trzody. I bardzo dobrze widać na kim zaoszczędzają matacze i krętacze znajdujący się u steru wylizanej na glanc świątyni zakupów. Tysiąc sto na łapę za ostry zapierdol to wszystko, czego tutaj mogę się spodziewać i nic dodatkowego nie uszczypnę dla siebie za wylewanie hektolitrów szczurzego potu. Tutaj każda kropla ma swoją cenę, więc wszystko jest wydzielone co do joty i na bonusy nie ma co liczyć. Mamy tutaj takie ciche, nie pisane prawo wzajemnego podskubywania sobie piórek. Szczura oszwabia kierownik działu, kierownika działu oszwabia kierownik sklepu, kierownika sklepu oszwabia kierownik sieci, kierownika sieci oszwabia kierownictwo siedziby głównej, które oszwabia się między sobą w zależności od zajmowanego stołka. Tak samo jest na wszystkich wspomnianych szczeblach. Szczury walczą między sobą o największy kawałek sera, podobnie team liderzy i kierownicy nie pozostają sobie dłużni. I w takim oto tangu fikuśnie podskakuje Mariusz, grając rolę jednej z małpek w betonowej dżungli. Pomimo sprowadzenia mnie do formy karalucha uciekającego przed kapitalistyczną podeszwą wypucowanego mokasyna, dziękuję za rzucany raz na miesiąc pieniężny ochłap. Kiedy otwieram lodówkę i widzę, że coś tam w niej jeszcze mam do przełknięcia, pobożnie składam łapki w podzięce, za mannę pokrywającą drucianą półeczkę elektrycznej spiżarni. Najważniejsza na parkingu jest rampa. To tutaj dokonuje się rytuału przeładunkowego, namaszczając produkty skanerem, skąd windowane są do poszczególnych boksów. Kiedy wpadam na gładko wycementowaną powierzchnię, krajobraz w rzędzie ustawionych paleciaków, zniekształcają zielone kitle krzątające się wokół dostawczych aut ze świeżutkim towarem. - No szukaj tego, dalej! - wykrzykuje Robson w kierunku Seby, bawiąc się guziczkami elektronicznego urządzenia. Oczywiście zawsze pierwsi, zawsze zapracowani i jako jedyni ogarniający cały ten spożywczy bajzel, w którym chyba marzy im się jakaś większa kariera, niż codzienne robienie z siebie klownów w kitlu z wyszywaną oliwką na przedniej kieszonce. - Cześć wiśniaki! - krzyczę do zaprzątniętej pracą dwójki. Robson nie patrząc na mnie odmachuje koślawymi paluchami w trakcie, gdy Seba grzebiąc w kartonach i kartonikach pogrąża się jeszcze bardziej w tym gównie. - Dawaj no to! Podenerwowany Robson nagle odpycha Sebę, kuca i wskazując palcem na jakąś figurę stereometryczną, następnie lekko uderza zakręconego poszukiwacza skarbów w ciemię. Ten coś się odgraża, ale na tym się kończy. - Cześć Seba! - krzyczę ponownie. W odpowiedzi przed oczami staje mi środkowy palec tego głupola. - Wzajemnie! – odpowiadam, ale wiem, że i tak wszystko, co się tutaj dzieje jest nic nie warte. To taka iluzja, coś jakby czarna magia emocjonalności, której nikt na serio do siebie nie bierze. W tył zwrot i pędzę w kierunku windy, byleby tylko zdążyć przed kierownikiem działu. - Spóźnialski, spóźnialski! - słyszę za plecami głos Damian. Cześć! - wydzieram się odwracając się do niego w biegu. Nie widzę tego łotra. Zdradza go tylko dymek wydobywający się zza jednego z filarów. Damian chowa się za kolumną z zapalonym szlugiem tak aby kamerka ochrony nie przyłapała jego cennego dla firmy ciała na zanieczyszczaniu swoich płuc substancjami smolistymi. - No, bo gdzie takiego drugiego głupka znajdą w tym mieście? - pytam sam siebie, słysząc odbijające się echem milczenie w pustce zakutego łba. Palcem wskazującym wyrywam klawisz startowy windy znajdującej się dwa piętra ponad moją głową. Głupia maszyna w ogóle nie reaguje na moje polecenie, co doprowadza mnie do szału. - Dalej rupieciu, co jest z tobą? - nieustannie molestuję paluszkiem wykonany ze stali nierdzewnej guziczek ze strzałką wskazującą kierunek do nieba. - Kurwa mać, nie ten idioto!!! Nim się spostrzegam, patrzę na elektroniczny cyferblat, który wyświetla najpierw trzecie, później czwarte piętro. - No, ile jeszcze będziesz jechała żelazna kobyło??? - zastanawiam się, nerwowo wciskając drugi guziczek, wskazujący kierunek przeciwległy do tego w którym aktualnie winda podąża. - Dlaczego tutaj nie ma schodów, tylko ta zasrana towarówka. I do tego jeszcze głupia ochrona oddająca do użytku wewnętrznego to padło, tak jak im we łbie zaświta. Umilając sobie postój na wybijaniu rytmu jakiegoś reggae’owego jonta, zerkam raz po raz na buraka, badając drżącym okiem, która jest godzina. Za trzy szósta, a ja dopiero tutaj. Źle, a nawet bardzo źle. Ten łobuz Marcin - kierownik działu napoje i alkohole, zapewne już się krząta pomiędzy pułkami rzygającymi na klientów tandetnym asortymentem. A jak się krząta to z zamiarem zmieszania z błotem, albo obtoczenia w niesmacznych inwektywach. Nikt za Marcinem nie przepada. Marcin zresztą także nie kryje, że nikogo nie lubi i ma wszystkich tam, gdzie słońce nie dochodzi. Sklepowy ogier, mizantrop roku, według kosmicznej agendy do spraw likwidacji ludzkich form życia w międzyplanetarnej przestrzeni, sieje zamęt i popłoch wśród pracującej na jego pensyjkę trzody. Swoich podwładnych traktuje jak szczury, albo króliki doświadczalne zatrudnione w klatce, na których prowadzi badania psychologiczne pod kątem wytrzymałości emocjonalnej na różne bluzgi, pomiatanie a także fizyczne wykorzystywanie do granic możliwości. Marcin ma w głębokim poważaniu święta, twoją prośbę o ustawowy urlop, możliwość wcześniejszego urwania się z roboty, ból zęba, to czy żona rodzi albo że twojego dziecka nie ma nikt odebrać z przedszkola czy też ze szkoły. Pacan jest nieugięty w swoich postanowieniach i jak już coś powie, to musisz się z tym liczyć, bo jak nie to wypad z wilczym biletem. I z tego też powodu wielu nie wytrzymuje presji wymagającego selekcjonera, odchodząc w poniżeniu i politowaniu nad swoją dolą. Bo jeżeli nie tutaj, no to gdzie mają się podziać? Do Alkomu na poniewierkę pomiędzy miotłami, grabiami i kubłem na śmieci? Nieważne, zresztą Marcin aż tak skończonym chamem nie jest; niewiele mu jednak do tego brakuje. Oczywiście nie mam zamiaru w żadnym stopniu bronić hieny ciągnącej za sobą padlinę największej ilości zwolnień w historii sklepu. On po prostu nienawidzi mięczaków. Lubi ostrą rywalizację na linii pracodawca - pracownik czerpiąc satysfakcję z żyłowania opornych na jego poczynania robaków. W dzieciństwie zapewne chciał być przypakowanym komandosem z niezliczoną ilością magazynków, marząc o wycięciu w pień wszystkich cywili na jakiejś tajnej wojskowej misji. Jak się stało tak się stało i zamiast prawdziwego pistoleciku dostał do ręki coś na wzór odpustowego korkowca, albo rewolweru na koperytki z łańcuchem petard, uśmiercając do dnia dzisiejszego podwładnych w hipermarketach. Pewnie w domu chodzi w przebraniu kowboja i molestuje swoją żonę wraz z dziećmi odgrywającymi rolę niewinnej indiańskiej familii. Ale to już ich sprawa i mnie nic do tego. Ping!!! Ta imbecylowata kupa złomu wreszcie odkodowała sygnały notorycznie wysyłane od jakichś dziesięciu minut i potulnie raczyła zjechać. Tutaj nawet o godzinie szóstej z groszami wszystko jest zawalone skrzynkami i tak prozaiczna czynność, jak przemieszczenie się z kąta w kąt nastręcza niezliczonych problemów. - Cześć! Oczywiście warzywa i owoce robią największy chlew pod słońcem! - wciskam się pomiędzy stos zielonych koszyków wypchanych mnoga ilością trawy. - A ty dopiero teraz się pojawiasz? Myślałam, że już śmigasz pomiędzy regałami z wózkiem wyładowanym kranówką. - wycedza Jagoda przygnieciona sporą ilością marchewek i pietruszek. - Zaspałem... zresztą, jak to po weekendzie, ciężko się pozbierać. - Wiem, bo sama ostro dałam w palnik i dzisiaj również nie potrafiłam zwlec się z wyra, ale wiesz jak to jest, kiedy leżąc w łóżku wyobrazisz sobie ryj kierowniczki rozgniatającej ciebie słowną reprymendą na kwaśne jabłko. - Tak, szczurzy żywot na zdrowie nam nie wyjdzie. - To prawda, ale wiesz łudzę się, że jak obronię zaocznie magisterkę to może uda mi się stąd wyfrunąć i raz na zawsze oderwać od ogórków kiszonych i gnijącej kapusty. - No, jak to? Zostawisz nas tutaj samych? Tak przecież się nie robi. - No, już za pół roku kończę studia, więc powoli wkręcam się w wir pracowniczej rekrutacji, ale pod tym względem jest naprawdę słabo. Jedyna nadzieja to praktyki. Mam je w Radiu Merkury, może więc tam coś wygryzę dla siebie. - No może, może, ale wiesz już teraz ćwicz dykcję, bo mikrofon prawdę tobie powie, a chyba nie chcesz, żeby mama, tata, babcia i pies wysłuchiwali seplenienia swojej ukochanej pociechy. - No wiesz co, jak tak możesz... - warczy, wywalając na zewnątrz szczęki łopatowaty jęzor. W tym czasie udaje się nam wspiąć na drugie piętro, gdzie przez osiem godzin z czternastu, w jakich sklep jest dostępny dla konsumenta, cała zatrudniona świta wypruwa sobie flaki, starając się sprzedać jak największą ilość towaru po jak najwyższej cenie. - A pomożesz mi z wózkami? - piskliwy głosik zaczyna ciągnąć mnie za ucho. - Po moim trupie - jęczę do zakleszczonej pomiędzy wózkami koleżanki - albo wiesz co, dzisiaj zrobię ten wyjątek i w ramach dnia dobroci dla zwierząt pomogę tobie z tym majdanem. - Dzięki, a ty tak w ogóle to po studiach z magistrem na karku, a zachowujesz się jak dziecko w piaskownicy, siedząc tutaj. - obwieszcza, ciągnąc sporą część roślinnej karawany. No i ma rację bo jak się nic nie potrafi, to tytuły można sobie głęboko w dupę wsadzić. - Wiesz, masz przed sobą pana ekologa z porzuconym fakultetem filologii klasycznej oraz litewskiej, także uważaj z kim rozmawiasz. - odwracam się w stronę Jagody, uśmiechając zdawkowo. - Przestań, przecież dzisiaj się o tym trąbi wszędzie. Ciągle tylko ta ekologia i ekologia. Ekologiczne proszki, płyny, buty, samochody, nawet prezerwatywy. Ten temat jest na topie, dlatego zrób coś ze sobą wreszcie! Kilkadziesiąt kroków oświetlonego jarzeniówkami korytarza dzieli nas od drzwi magazynu dziwnie zakrzywiającego czasoprzestrzeń. Przekraczając próg zmutowanego spożywczaka czuję się jak na innej planecie. Zresztą zaraz będę musiał ubierać firmowy skafander, aby nie zostać pochłoniętym przez tępawą próżnię wypełniającą kierownicze makówki. - Ja pierdole, jak ja kocham to miejsce, ale za mało we mnie sił i motywacji, aby cokolwiek zmienić. Może jeszcze muszę poczekać, może jeszcze nie dorosłem i nie dojrzałem do zmiany? Ale bardzo się boję, ponieważ nie chcę tutaj zostać do końca swoich parszywych dni. Nie chcę ulec naturalnemu przeterminowaniu, aby później zostać potraktowanym, jak serki, jogurty i inne śmieci czekające w pękatych wózkach na anihilację w kontenerze znajdującym się niedaleko rampy, przy którym grasują wygłodniałe żule. Im się nie udało znaleźć w życiu szczęścia, to czy taki los czeka także i mnie? - O spóźnialski, uważaj na Marcina - zagaił do mnie kapo, czyli nasza sklepowa asekuracja przed kradzieżą oraz przemocą. Kundle w ludzkiej skórze chronią sklep w pierwszej kolejności przed pracownikami, a w drugiej przed klientami. U nich obowiązuje zasada domniemanej winności robola, więc jak coś z obsługiwanego przez ciebie działu zniknie nie ulegając uprzednio spieniężeniu w kasie albo podczas inwentury stany towaru nie będą się zgadzały, to już wiesz, że będziesz miał z nimi do czynienia. O pokoju z weneckimi lustrami krążą legendy, w których winnych poddaje się najśmielszym torturom opracowanym w ''Poradniku młodego ochroniarza''. Na nich naprawdę trzeba uważać, ponieważ gnidy są cwane i bardzo przebiegłe. Chodzą i węszą za gównem licząc na jakąś wpadkę z naszej strony. Taka zabawa w kotka i myszkę a nawet w bal przebierańców. Pamiętam, jak kiedyś po inwenturze zaczaili się na mojego kumpla w taki oto sposób, że przydzielili mu do pomocy nowego kolesia, którego podobno zatrudnił sklep. Jak się później okazało burak okazał się pracownikiem ochrony, wypożyczonym na czas trwania prowokacji. Tak oto mój kumpel niczego nie świadom przepracował z nowym kolegą dwa tygodnie. Tamten w niewinnej gadce każdego dnia pociągnął za język doświadczonego krętacza, chcąc jak najszybciej wtopić się w złodziejskie środowisko, tym samym odkrywając powoli paserską talię kart. Po całej akcji kumpel i paru innych znajomych wyleciało na bruk. W ochronie także nastąpiła czystka z powodu współudziału w nielegalnym procederze. Wiadomo, że bez wiedzy psów nic by się nie udało i musieli się jakoś z wynoszącymi towar zawodnikami umówić by wilk był syty i owca cała. A teraz jeszcze ten śmierdziel mówi mi, że się spóźniłem. Gówno go to powinno interesować. Niech swój łeb wsadzi w kubeł na śmieci i powącha, czy tam czasem nie czeka partia towaru gotowa do przerzutu. - To poradzisz sobie już z tymi wózkami? – pytam. Muszę szybko wskoczyć w łachmany, z wiadomych powodów - mówię, rozglądając się czy czasem mój kierownik nie pałęta się po magazynie - oby tylko siedział w biurze i pokornie chłeptał kawkę. - Spoko, leć już i dzięki wielkie, ale jutro jak się spóźnisz, to także za karę ciebie wykorzystam. - Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiadam w biegu, przeciskając się przez wąski magazynowy korytarzyk zawalony paletami z towarem po piątkowej dostawie. - Cholera, nic nie rozładowane, każdy się tutaj nieźle opierdala, ale jak zwykle wszystko spadnie na mnie i to ja będę musiał najwięcej zapierdalać za tych śmierdzących obiboków - zawodzę w myślach, przygniatany kilogramami produktów sypiących się na łeb z którymi będę musiał sobie poradzić sam. Marcin oczywiście najlepiej sprawdza się w opierdalaniu pracowników oraz podrywaniu studentek stojących na promocjach w weekendy, ale póki co, to go nie widać, więc szybko do szatni. Przy monitoringu wpis na listę obecności, data, godzina, podpis i raz dwa do szafeczki z numerkiem jedenaście. W środku przebieralni smród jak jasna cholera. Oczywiście po raz kolejny kibel wywalił i osrał wszystkie cztery ściany. Podobno usterki nie da się tak łatwo usunąć, jeżeli w ogóle cokolwiek się wskóra. Już łatwiej byłoby zainstalować przed drzwiami szafkę z maskami przeciwgazowymi dla pracowników, ale oczywiści na to ci idioci nigdy nie wpadną, dlatego śmierdzieć tutaj będzie po wsze czasy. W gablotce firmowy uniform, tenisówki, ostemplowana przez ochronę butelka mineralki, jakieś książki, dwa zeszyty z minorowymi przemyśleniami na temat świata oraz ludzi. Szybki, zamykający się w pięciu sekundach striptiz przed wyimaginowaną widownią i już jestem gotowy do akcji ratowania wygłodniałych i spragnionych ciał tubylczej klienteli. Wychodzę pozostawiając za drzwiami odór spływającego po ścianach ludzkiego gówna. Magazyn powoli zaczyna budzić się do życia. Panie starsze ze spożywczego dystryktu, którym czasami pomagam we władowywaniu dań gotowych na półeczki, przebierają zanurzając ciekawskie nochale w świeżutkim towarze. - Dzień dobry! - wołam z daleka i nie czekając na odpowiedź zwrotną wypuszczam się na franczyzowy bazar z tysiącem wysokogatunkowych produktów pod strzechą. Przez chwilę łudzę się, że Marcin w weekend władował trochę towaru w półki. W miraż niestety obracają się segmenty uginające pod naporem zalanych płynem buteleczek oraz kartoników. - Co za śmierdziel. Wiedziałem, że postawi mnie w takiej sytuacji!!! W środku gotuję się, ale nic aktualnie nie wskóram. To dzisiaj jest poniedziałek i to ja odpowiadam za stan półek, a nie ten wieprz. - O a tutaj dlaczego tak pusto? - dobiega mnie głos kierownika działu zza pleców. Oczywiście palant zaczaił się na mnie i chce wszystko przekręcić, że on musi zapierdalać a ja nie. - Wolne się skończyło i jazda do roboty, bo jak regionalna nas odwiedzi w takim stanie to wiesz, że nie masz tutaj po co wraca! - buńczucznie obwieszcza. Nic do niego nie mówię, kierując się szybko w stronę magazynu. - Ja w sobotę i w niedzielę ostro zapierdzielałem z dostawą, a ty przychodzisz... - głos Marcina urywają wahadłowe drzwi oddzielające magazyn od właściwej części sklepu. - Co za burak, już widzę jak pokornie wrzucałeś butelki na półki. Prędzej łaziłeś za panienkami niż za towarem. Szybko odreagowuję w głowie nieuzasadnione pretensje buraczanego samca. - Dobra, uprowadzam koszyk i zabieram się za rozbieranie świeżynek. Na magazynie szybko przedostaję się do stanowiska ochrony, przy którym znajdują się wózki. Porywam dyliżans i z wiatrem we włosach zapierniczam na drugi koniec werehouse'u do tłuściutkich palet. Magazynierzy, jak zwykle, ustawiają moją dostawę w najmniej uciążliwym miejscu pod słońcem. Barany specjalnie wciskają pękate butelki w przedsionek, abym musiał rozgniatać wszystkich bez wyjątku i prowadzić notoryczne utarczki o miejsce na przejazd w jedną, jak w drugą stronę. Ale mam to gdzieś, bo dzisiaj będę naprawdę niepokorny i niegrzecznym chłopczykiem. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie więc na pohybel tępej klienteli. Nóż do tapet w dłoni i rach ciach po folii skrecz trzymającej wodę importowaną prosto z ujęć w Czarnobylu z przebitą etykietą dla zmyłki klienta. Niech kupują to radioaktywne ścierwo. Może zaoszczędzą na prądzie, jak w nocy zaczną dziwnie świecić. Koszyk wypełniony po brzegi jonizowaną wodą targam pomiędzy walającymi się produktami, co chwila lądujących na trasie przejazdu, tak jakby i one celowo chciały utrudnić mi życie. Nie zwracam uwagi na paluch ani nogi wysuszonych manekinów, mknąc bez pardonu po wybetonowanym stepie. I niech mi tylko któryś zaszczeka, gdzie tak się spieszę. To chyba odśpiewam tak jak marny wokalista na pewnej bardzo dobrej płycie. W przestrzeni handlowej coraz większy ruch. Poranna zmiana zawsze ma najwięcej do roboty, ale przy zajęciu znudzonych rąk, czas zawsze szybciej biegnie. A bo to trzeba wszystko powyciągać, powykładać, udekorować, dołożyć. Zawsze przez pierwsze dwie godziny, zanim wrota konsumenckiej rozkoszy zostaną ponownie rozdziewiczone, każdy z zatrudnionych nie oszczędza się i starannie przygotowuje miejsce handlowe. Panie z działu mięso i wędliny myją kurczaki i inne ścierwo w płynie do naczyń celem nadania odpowiedniej jakości połysku wyznaczonego przez standard ISO, jakim niedawno nasz sklep został uhonorowany. Panie z pieczywa wyskubują pleśń z chleba i bułek aby następnie pokropić czerstwe produkty wodą i po podgrzaniu w piecyku wystawić je jako pieczywo chrupkie prosto z importu. Niedaleko pieczywa na stoisku monopolowym Dominik szcza do butelek z niegazowanym peruwiańskim piwem natomiast Małgosia z nabiału pasteryzuje sfermentowane mleczko w przerwach zeskrobując placki muszego gówna z kawałka szwajcarskiego serka. Wpadając z karocą sieję popłoch pomiędzy kolejnymi segmentami składającymi się na całość stoiska. Po weekendzie roboty jest co nie miara i dlatego nieważne, jakbym się nie nastawiał i jakich modłów nie odprawiał, to i tak poniedziałek zawsze będzie mnie ostro spieniał. Taki już jest life style na polskiej ziemi i o jednym musisz zawsze pamiętać. Jak w gównie zaczniesz się babrać, to niezależnie od starań i koronek wznoszonych do Najwyższego - w gównie skończysz i w gówno się obrócisz. Przez pierwszą godzinę śmigałem jak opętany wrzucając towar na póły, jednakże sprint ze smażącą się gumową podeszwą tenisówek wymusił na mnie przymusowy fajrant. Sześćdziesięciominutowa bieganina w tą i z powrotem w zgiełku humorzastych nastrojów nie jest niczym przyjemnym, jak ktoś jest nie w sosie. W poniedziałki tutaj właściwie wszyscy mają jazdy, także trudno o opanowanie i spokój. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej porzucam słoneczny rydwan i szybko uciekam do strefy smrodu myśląc o męczącym mnie coraz bardziej kacu, butelce wody mineralnej oraz o książeczce. Jak na złość w środku spotykam Sebę z Robsonem. Także ucięli sobie chwilową sjestę od skomplikowanych obliczeń matematycznych nad zakupionym towarem. - Cześć buraki. - Cześć pijaku, co tam u ciebie? - A co może być? Kac po sobocie, a tak poza tym to rzucam tą pracę. - Dlaczego? Przecież u nas tak pięknie. Pamiętaj, że drugiej takiej samej nie znajdziesz. - Dajcie spokój, odchodzę i tyle! - W zeszłym tygodniu także odchodził. - Dwa tygodnie temu także. - Miesiąc temu i rok temu po dwakroć się zarzekał, że odejdzie stąd raz na zawsze! - No i co??? - Jajco - odpowiadam, ucinając bezsensowną pogadankę. Trepy nic nie rozumieją, tylko się czepiać potrafią. Sami by chcieli się stąd wydostać, ale dla nich jest już za późno na cokolwiek. - Mieliście chamy złoty róg, ostał wam się jeno sznur - burczę pod nosem w trakcie pośpiesznej ewakuacji dwóch palantów ze strefy promieniotwórczej. - Do roboty nierobie, bo nagadamy Marcinowi!!! - A widziałeś kiedyś w życiu środkowy palec? Niestety ubiegli mój gest szybko zatrzaskując za sobą drzwi. - Dobra, koniec z baranami, gdzie jest woda. Łapsko zanurzone w szafce natychmiast odnajduje chłodziwo, które bardzo szybko przyswaja spragniony organizm. - Ja pierdole. Od dzisiaj nie piję, to jest chyba największe przekleństwo ludzkości – klekoczę, potulnie spijając z dna plastikowej butelki ostatnie kropelki przeźroczystej substancji. Stan po pijackiego przygnębienia zaczyna targać moją głową i niestety zapowiada to początek detoksykacji podtrutego organizmu. Niemiłosierny kac molestuje i niepotrzebnie robi ze mnie cierpiętnika, składając w ofierze gumowe, sflaczałe ciało. Zerkam do kieszeni i z pomiędzy upakowanych śmieci wygrzebuję elektronicznego buraka, modląc się do Najwyższego o łaskawą godzinę. Siódma szesnaście kompletnie mnie powala, ćwiartuje, a na dokładkę wyciąga zawleczkę z granatu wiszącego na łańcuszku obok krzyżyka oraz medalika z Najświętszą Marią Panną. Trzy, dwa, jeden zero i jak myślisz, co się stało z moją głową? Opuszczam chlew bluzgając pod nosem na cały świat, że jest taki okrutny i właściwie to czego on ode mnie chce. Na trasie spotykam debila Marcina, którego mina jednoznacznie wskazuje na to, że mam się wreszcie zabrać do roboty, a nie ściemniać i liczyć na łaskawą rękę ze strony pracodawcy. Łapska na wózek i kierunek na magazyn po następną porcję towaru. Teraz biorę w obroty soki w kartonikach, których na półkach jest naprawdę niewiele. To, że Marcin w weekend zawalił to sprawa oczywista, ale jako niższy rangą pracownik od przerzucania gnoju, nie mogę nic powiedzieć ani się odegrać. Nic jednak straconego, a to za sprawą zatrudnionych merch’ów odpowiedzialnych za opiekę nad marką wystawianego przez nich produktu. Licząc na zaoszczędzenie sobie pracy i post alkoholowym odegraniu się na kimś, kieruję sflaczały organizm ponownie do części handlowej sklepu i spoglądam na dostępny asortyment. - No ładnie. Widzę, że się ostatnio nie przychodziło paru delikwentom i aż mnie dziw bierze, że tego nie zauważyłem i nie zamonitowałem odpowiednim spec służbom. Ale nic straconego. Teraz kilka szczurów wygonię z ciepłego łóżeczka, odkleję od panienek, rozkoszny sen zamienię w koszmar, a na dokładkę kilku studencikom zabronię pójścia na uczelniane zajęcia – uśmiecham się na samą myśl, powoli wyciągając telefon. Bycie merch’em to bycie najniższej rangi chłopcem na posyłki w korporacji zajmującej się handlem. Korpora, aby jak najwięcej sprzedać swojego gówna naiwniakom, zatrudnia merch’ów w celu opieki oraz jak najlepszej ekspozycji towaru na sklepowej półce, czyli w miejscu najbardziej strategicznym dla końcowej kwoty w ogólnym rachunku ekonomicznym. W rzeczywistości wygląda to tak, że świeże mięsko, któremu sklep nic nie płaci, ponieważ kasę dostaje od przedstawiciela handlowego danej marki, przychodzi i w pokorze ostro zapierdala, wyręczając nas z tej haniebnej fuchy. Dlaczego więc nie miałby skorzystać z kilku chudzielców dorabiających po kątach? Zaraz kogoś tutaj z listy wylosuję tylko zerknę na magazyn, co do nas dojechało i czeka na ich delikatne rączki przymocowane do rachitycznego ciała. Na magazynie okazuje się, że praktycznie wszystkie buteleczki i kartoniki domagają się natychmiastowego wyłożenia, więc dzwonię po kolei według kolejności w telefonie. - No dobra szczurze, ciebie tutaj dawno nie widziałem a Sroca-Srola zalega i zalega w kurzu na grubość palca. Odbierz tylko ten telefon jełopie, to ciebie ostro namaszczę! – mówię po cichu do siebie skacząc palcem po podświetlonych guziczkach telefonicznego padła. - Halo? - Cześć, słuchaj twój towar dojechał do sklepu i sam się nie wyładuje, dlatego prosi ciebie o jak najszybsze pojawienie się – mówię podśmiechując się pod nosem. - No sam się nie wyładuje, ale ja mu także nie pomogę, bo już tutaj nie pracuję, na razie! - Czekaj, a do kogo… Kurwa, rozłączył się burak jeden! Przecież z tym odrdzewiaczem sam dzisiaj się nie uporam, a jak Marcin mnie dorwie, to ma przechlapane. No co za buractwo i dlaczego przedstawiciel handlowy rozpuszczalnika o rezygnacji tego imbecyla nie poinformował??? Dobra, będę się tym później martwił. Teraz czas na Gównortex. - Halo! halo! Ten z kolei nie odbiera. Co to do cholery ma być, święto lasu mają, czy co? Oj trzeba będzie się poskarżyć ich zwierzchnikom za absencje nierobów w pracy. Niech ściemniaczy wywalą na bruk i to jeszcze teraz w dobie kryzysu, to nasza przyszła elita będzie kit z akademickich okien wpierniczała, skrobiąc aluminiową łyżką po pustym dnie garnuszka. - Nie no nie róbcie mi tego osły akurat dzisiaj, kiedy jestem na ostrym kacu. Spoglądając beznamiętnie na żarzący się wyświetlacz szybko zaczynam kombinować, jakby się tutaj ulotnić z pracy, ponieważ wizja siedzenia do godziny czternastej przerasta moje aktualne fizyczne możliwości. - Może skaleczyć się w łapę, albo zasymulować ból nogi, kulejąc po handlowych trotuarach? - filozofuję, chowając się za słupem podtrzymującym strop, aby nie zostać namierzonym przez kamerkę ochrony. Te głupki oprócz śledzenia potencjalnych złodziei oraz napalania się na panienki uchwycone okiem kamerki, mają czelność kablować szefostwu o opierdalaniu się pluskiew w nieszczęsnej robocie. Z kolei krawaciarze wyciąga wobec nas konsekwencje w postaci potrącenia premii, wypłaty i te pe. Muszę coś sklecić i to bardzo szybko. Towaru na magazynie od jasnej cholery i ciut ciut, a w ryju straszny papeć i w ogóle cały jakiś taki obolały jestem z marną szansą na szybkie powrócenie do optymalnego psychofizycznego stanu. Kiedy tak dziecinnie chowam się przed okiem Wielkiego Brata knując misterny plan ucieczki z firmy, wszem i wobec telefon, który schowałem do kieszeni obwieszcza prośbę o przeprowadzenie konwersacji. - Może Gównżłop raczył wstać z łóżeczka i z kupą w majtkach chce prosić mnie o litość? – zastanawiam się, wkładając łapę do kieszeni po trzeszczące urządzenie elektroniczne. - Hmm Jacek i to o tak wczesnej godzinie. Czego on chce? Dziwi mnie bardzo telefon od kumpla o tak wczesnej porze. Właściwie to tak jak ja, powinien być w pracy, a jak Jacek jest w pracy to nie ma zwyczaju dzwonić po kumplach. Ale co tam snuć domysły. Trzeba po prostu nadusić zieloną słuchawkę i zobaczyć co w trawie piszczy. - Hallo? - No cześć, jak tam w robocie. - Do dupy, pamiętasz w jakim stanie żegnałem się z tobą w piątek? - No, a co? - W takim stanie byłem także w sobotę. W niedzielę wstawiałem już tylko kliny pomiędzy pozostałości zwojów mózgowych, ale chyba także przesadziłem. - No to właściwie – śmieje się, po czym dodaje – ja sobotę i niedzielę miałem spokojną. Wiesz, Natalia mnie przydusiła i niestety otwieracz od kapselków poszedł w odstawkę. - No i dobrze, przynajmniej wyjdzie to tobie na zdrowie, nie to co mi – odpowiadam, wymownie przemycając w głosie lekki powiew zazdrości. - To pewnie teraz zdychasz? - No jakbyś zgadł. Roboty jak nigdy dotąd, bo szef w weekend się opierdalał więc dzisiaj mam niezły sajgon. I jeszcze żaden z merch’ów się nie pojawił. No niech ja te gnidy dorwę w swoje łapska. - Słuchaj może wpadłbyś dzisiaj wieczorem do mnie, muszę z Tobą pogadać? - Wiesz, strasznie mnie dzisiaj w kościach łamie i wolałbym popołudnie i wieczór spędzić w samotności oddając się lekturze. - Słuchaj, muszę pogadać, chodzi o mnie i Natkę, ale i nie tylko. Ona dzisiejszą noc spędza u koleżanki z roku w ramach intensywnych przygotowań do jutrzejszego pleneru na Cytadeli. Wiesz wielkie artystki z ASP dorwały się do pędzla i pragną zaczarować wszystkich jakością wyprodukowanego płótna. - No nie wiem. Ja naprawdę mam dzisiaj fatalny dzień. - Nie skamlaj, tylko wlatuj po dziewiętnastej. Ja zakupię jakieś bronki i zrobię coś do żarcia. Posiedzimy, pogadamy, wrzucimy z netu jakiś film, albo wiem; wieczorem odpalimy, bo mam na dysku ’’Klątwę tysiąca zwłok’’, hit ostatnich miesięcy niezależnego hiszpańskiego kina gore. Stary musisz to zobaczyć. - No, jeszcze mnie nie przekonałeś. Słuchaj Jacuś, ja jeszcze do ciebie zadzwonię, bo naprawdę mnie tutaj zaraz piorun strzeli, jak sobie pomyślę ile jeszcze przyjemności przede mną. - No dobra, to do zobaczenia o dziewiętnastej u mnie. - Ale, czekaj, ja jeszcze… - Ciao! - Na razie. Ach ten Jacek, jak zwykle wszystko sobie w głowie poukłada, a później stawia mnie przed faktem dokonanym. Dobra, ale już koniec z koleżeńskimi pogaduszkami, czas do pracy leżącej odłogiem i wijącej na mnie bolesny bicz. Wychodząc zza filaru zauważam Marcina śmigającego z wózkiem wypakowanym różnorakiej maści alkoholami. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby palcem nie pogroził. - Do roboty, tutaj nie płacimy za chowanie delikatnych rączek o kieszeniach! – drze ryj, kierując zaspane oczęta połowy działu spożywczego na moją skacowaną postać. Błądząc pomiędzy różnorodnymi decyzjami z gatunku ’’Nie idę do pracy, ale jak już w niej jestem, to postaram się z niej jak najszybciej wyjść’’ pokornie rozkładałem plastikowe i szklane opakowania, wypełniając po brzegi wylizaną przestrzeń zatowarowania. W tym czasie pięć razy łamię sobie prawą nogę, dziesięć razy spada mi na paluch lewej nogi kilof, pięćdziesiąt razy skręcam kostkę, sto sześćdziesiąt trzy razy łamię sobie kciuk, dwieście pięćdziesiąt sześć razy skręcam nadgarstek. Na koniec następuje kumulacja wszystkich projekcji w wyniku czego nogi, kostki oraz nadgarstki w tym samym czasie zaczynają się łamać, boleć, zrastać i na nowo łamać. Jest to coś na wzór fatality’ów z gierki Mortal Kombat, gdzie ja jako Liu Kang dostaję po kolei wpierdol od pozostałej części załogi, w którą wcielili się pracownicy shop'u wraz z dyrekcją. Oczywiście na końcu kogoś muszę poprosić o ostateczne rozwiązanie kwestii mojej niesubordynacji, co owocuje metamorfozą Marcina w postać Sub Zero, w wyniku czego potraktowany mocą ciekłego azotu zamieniam się w bryłę lodu, by po energetycznym uderzeniu oprawcy rozpaść się na tysiąc i jeden kawałków. Wszystkie moje propozycje wymigania się od pracy są warte tyle, co brud za paznokciem i tak szybko jak się pojawiają tak szybko wyparowują, pozostawiając za sobą głód oraz mierżące pragnienie wolności. - Mógłby mi ktoś ostro zapierniczyć w łeb albo brzuch i byłoby po sprawie. Wszyscy by mnie żałowali, a Marcin nie miałby wyjścia i byłby zmuszony do dania mi zezwolenia na opuszczenie miejsca pracy. Niestety nawałnica marzeń ściętej głowy nie chce mnie tak łatwo opuścić, wpędzając zmęczone ciało w tygiel niekończącego się pomieszania z poplątaniem wśród bezkresnego szpaleru ciągnących się półek. - Może jakieś piwko sobie kupię, choćby bezalkoholowe, jak tylko otworzą to ścierwo? – dedukuję, kierując swoje zmęczone nogi do śmierdzącej szatni. W środku zwalam się na ławkę, chowając spuchniętą głowę w rozpostarte ręce. - Nie, nie, nie, nie wytrzymam tutaj ani chwili dłużej – szlocham, znajdując się w czułych objęciach wyparowującej ze mnie pozostałości po upojnym weekendzie. Oczywiście świat z okrutnym losem nie byłby sobą, gdyby nie spłatał mi figla w postaci pojawienia się w kantorku Marcina. Oczywiście świat z okrutnym losem musiał sprowadzić do kantorka złą część osobowości Marcina. - Tej nierobie, jeszcze jeden taki numer dzisiaj to obiecuję, że wyjdziesz ze zwolnieniem w papie - komentuje, buńczucznie trzaskając drzwiami. Robota wyjątkowo nie trzyma się moich rąk i nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek miało się zmienić na lepsze. Jestem zły i to nie pierwszy raz z powodu alkoholowego pofolgowania. Poniedziałkowe owoce z dwóch przepitych wieczorów okazują się koroną cierniową wykonaną z ziemniaków przyozdobionych chmielem, poddanych odpowiednim procesom obróbki fermentacyjnej. Trunki, którym daleko do koszernych specjałów za każdym razem wysuszają na wiór moje i tak chuderlawe ciało, pokrywając białko oka gęstą siateczką żyłek. I nic z tego nie wyciągam. Żadnych wniosków, żadnego mocnego postanowienia poprawy za wyjątkiem otaczających mnie dookoła, wypełnionych po brzegi kielichów obok, których wiem, że nie przejdę obojętnie. Bo są one i tylko one. Znajdują się wszędzie i muszę z nimi sobie jakoś radzić. A znam tylko jedną szkołę radzenia sobie. - Muszę wracać do przerzucania tego ścierwa - sapię, podnosząc z ławki ospałe dupsko. Na magazynie tętni dzikie życie utkane ze sznureczka czekających w kolejce dostawców, odbiorców niesprzedanego towaru, a także przeterminowanych zwrotów. Wszystko jak w zegarku - utkane fakturami WZ, pieczątkami z trzeszczącą drukarką igłową w tle. Każdy sklep to takie malutkie państwo w państwie składające się na żywy organizm, sterowany podażą i popytem. Grupa rządząca to oczywiście szefostwo. Kierownicy działów podobnie jak wojewodowie i marszałkowie, kierują fragmentami torcika tak, aby zachęcić potencjalnych nabywców do pozostawienie w ich kasie trochę złotych monet. A my, czyli szczurza część pospólstwa będąca na pańszczyźnie u pana, ma za zadanie wypruwać sobie flaki dla idei silnego, solidarnego państwa. Niejednokrotnie zmuszani jesteśmy do podrzucania świń naszym konkurentom z Pipy. Ostatnimi czasy ktoś poszedł po rozum do głowy i prowadzone są na szczeblu dyplomatycznym transakcje pomiędzy naszym państwem a państwem Pipy o strefy wpływów wśród napływowych apatrydów stołujących się raz w Pipie a raz u nas. Czas płynie naprawdę wolno. Do godziny dziewiątej rozpieczętowywałem część paletek. Później krótka przerwa i do dziesiątej dalsza walka z materiałem. Parę minut przed wpół do jedenastej do kibelka i pierwszy haft. Zielony na twarzy, zlany zimnym potem, szybko wyskakuję na sklep zakupić mineralną. Pomiędzy poszczególnymi stoiskami panuje orgia zakupów. Nisza konsumencka zdominowana przez dzieciarnię poprzetykaną starymi babami poganianymi przez stetryczałych dziadków mieni się, jako niebywale ciężkie do przejścia pole minowe nawet dla tak doświadczonego w boju sapera jak ja. Samo dotarcie do regału z wodami graniczy z cudem, którego osiągnięcie uniemożliwia wataha rozwydrzonych bachorów z powyciąganymi śmierdzącymi, klejącymi się od lizaków łapskami. - Ja, ja, no ja chcę, ja, dajcie mi, no ja. Wylęgarnia szczeniaków przyklejona do regałów miesza na półkach, wprowadzając chaos pomiędzy asortyment, nad którym sprawuję opiekę. I nie sposób jest się od nich opędzić. - Proszę uważać i zachowywać się należycie! – grzmię na zarażone wścieklizną kocięta, współczując wszystkim pracownikom oświaty najniższego szczebla ich krzyż z przemielonego mięsa kilkuletnich bachorów, którymi muszą się opiekować. - Przepraszam, ja chcę tylko wodę. Przepraszam proszę mnie nie popychać. Nie deptać po palcach nóg. Nie ciągnąć mnie za spodnie!!! – wrzeszczę na te małe kolorowe gówienka, jednak i to nic nie pomaga. Wyrzucone jęzory, walające się paczki chipsów, rozpieczętowane gumy, smarkanie i plucie na co tylko popadnie charakteryzuje kindersztubę młodocianej grupki. - Najlepiej, jakby coś ukradli, albo rozwalili. Wtedy ochrona zajęłaby się tym szambem, a ja w spokoju mógłbym gdzieś się zaszyć i odpocząć. To nie koniec perypetii z pola bitwy. Przy kasie stado staruchów i kolejna utarczka. - Gdzie się pchasz gówniarzu, bo ciebie zaraz kulą przetrącę łobuzie, wynocha mi stąd. - Kompletny brak szacunku dla starszych i schorowanych. - Gdyby nie my, takiej Polski jaką macie teraz, nigdy byście nie mieli. Babcie i dziadkowie ostro przesadzają, a binokle ze szkłami minus sześć tysięcy dioptrii jeszcze bardziej zanurzają ich w oceanie bezkresnej ciemnoty i głupoty. - Gdzie jest kierownik sklepu, chcę rozmawiać z kierownikiem. Niech temu zwyrodniałemu gagatkowi nosa utrze!!! - drą się gnijące za życia prukwy z niepełnym uzębieniem poprzyklejanym do pożółkłego plastikowego podniebienia. Odchodząc kiwam w kierunku Weroniki z działu spożywczego, aby uspokoiła nadwrażliwą gromadkę pasującą już chyba tylko do wyprofilowanej grobowej deski. Ze świeżą butelczyną jurajskiej wody pędzę przez magazyn prosto do kantorka. Na drodze jak zwykle staje mi Marcin ze swoim ''do roboty!!!''. Dupek jeden nie rozumie powagi przebiegającej w moich wnętrznościach syntezy chemicznej. Nie raz mu ratowałem dupę przed dyrektorką, tak więc mam niepisane prawo żądać od niego czegoś w zamian. - Marcin, źle się czuję. Muszę zrobić sobie chwilę przerwy. - Nic mnie to nie obchodzi! Do pracy przychodzi się pracować, a nie odpoczywać. - Ale zrozum, przed chwilą rzygałem. Chcesz, abym zrobił to na sklepie? - Gówno mnie to interesuje. Albo pracujesz, albo wypad - stanowczo ripostuje odwracając się na pięcie. - Mam ciebie w głębokim poważaniu kretynie - ta myśl wiedzie mnie do samych drzwi przebieralni, po przekroczeniu których zostaję bardzo mile zaskoczony. W środku spotykam Sebę oraz Robsona i nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie otwarte butelczyny piwka w ich dłoniach. Widząc mnie, chłopaki zamierają w bezruchu. - Tylko coś komuś powiedz, to ryj będziesz miał granatowy - warczy Robson. - I zamykaj te cholerne drzwi - dorzuca trzy grosze Seba, połykając dwa głębokie gule złocistego trunku. - Ja nic nie powiem, ja jestem z wami panowie - manifestuję niepewnym głosem. - No myślę, bo jak nie to wiesz. W trakcie, jak Robson próbuje mnie słownie ostrzec, Seba udając mima pokazuje, co mi zrobi, jak puszczę parę z gęby. Chłopacy naprawdę mnie zaskakują. Zawsze tacy pracowici i solidni, no a tutaj patrzcie tylko na leserów. - Sebuś musimy już iść, bo zauważą, że nas nie ma - napomina Robson dopijając buteleczkę. - Już, już - mamrocze Seba czyniąc to samo. - To co? Następne o czternastej, tak? - Dokładnie, a ty szczurze do roboty, bo dwie palety Srepsi na ciebie czekają - rzuca Sebuś bekając niezwykle głośno. - Dobra, dobra, już zaraz będę ostro zasuwał. Kac męczy mnie to coraz bardziej. Może teraz, jak te głąby poszły sobie w siną dal, będę mógł jakoś dojść do siebie. Pierwszy łyk z pojemnika i do połowy opróżnione źródełko. Znowu zlany potem i jakieś dziwne burczenie w brzuchu dosięga drżącą powłokę przetrzymującą w środku dogorywającego Dionizosa. Kieruję się do lusterka, a tam moja facjata całkowicie zielona, pobladła jak u rasowego nieboszczyka gnijącego w rowie gnojowicy. Uświadamiając sobie, że od roboty się nie wywinę i chyba tylko nagłe zejście jest w stanie wypisać mi L4, po raz kolejny potulnie jak baranek, wracam na pastwisko żreć trawę i wylegiwać się pod słoneczną pierzynką. Szczęście w nieszczęściu, że do godziny czternastej oprócz rozpakowania Srepsi z podwójną przerwą na reklamę obrzyganej deski sedesowej, nic z napojów nie przyjeżdża. Ostatnie sześćdziesiąt minut spędzam na rampie, wdychając węglowodory aromatyczne wydobywające się z rur wydechowych parkujących aut. O czternastej z szybkością pocisku balistycznego wydostaję się gwintowaną lufą z fabryki śmierci. Nie żegnam się z Robsonem, Sebą, z Marcinem tym bardziej nie, życząc im wszystkim jak najczarniejszego popołudnia ich nic nie wartego życia. Ulica, przystanek tramwajowy, jeszcze raz przystanek tramwajowy, ulica, dom, klucz do zamku, dwa razy przekręć w lewo, chwyć ręką klamkę naduś ją, pociągnij drzwi, zrób trzy kroki do przodu, odwróć się, chwyć ręką klamkę, pociągnij do siebie drzwi, zaklucz je. I już jestem w domu śmierdzącym fajami, piwskiem oraz zasranymi nierobami. - Właśnie zbudowałem swój batyskaf, którym możemy razem uciec. Jeszcze mam kilka miejscówek do sprzedania - spierdalaj!!! I jeszcze głupi Filozof na mojej drodze. No nie, ten nieumyty worek pcheł idzie w moim kierunku. - Czy wiesz, że Nietzsche był kobietą - spierdalaj!!! Może jeszcze człowiek widmo do mnie przyjdzie? nic, tylko do pokoju na wyro i sen, sen i jeszcze raz sen. - Co za posrany dzień, ale już mi lepiej i to o wiele. Może jednak pójdę do Jacka? Myśli próbują przecisnąć się przez głośną kakofonię dźwięków dobiegającą zza drzwi. Ostre gitary, kartofle sypiące się z perkusji i jakiś taki dziwnie skrzeczący głos, a cała ta wiertarka uruchomiona przez Nietzschego, czyli Filozofa, który jest kobietą. - Boga nie ma!!! Jest tylko nicość!!! W nią wierzę!!! - drze się studenckie gówno śpiewające buczące frazy razem z wokalistą, który najprawdopodobniej wydaj dźwięki dupą. - Ej stary przycisz to, jestem zmęczony i chcę pospać trochę!!! - drę się z pokoju, ale nic to nie skutkuje. - Spalę kościoły, a na końcu siebie i stanę obok mojego pana przybrudzonego sadzą!!! Kretyn śpiewa w duecie z jeszcze większym kretynem, zapominając o bożym świecie. Nie chcę się podnosić z wyra dlatego sięgam po laczki, opakowania CD, krzesło a na końcu doniczkę z kwiatkiem i zaczynam rzucać w drzwi. Głupek nic nie rozumie, płonąc na stosie Szatana, dlatego odpuszczam sobie dalszą mediację z idiotą. Biorę telefon i piszę SMSa do Jacka:
Czesc bede u ciebie po 19. szykuj towar P.S. zabawimy się bo dzisiaj spotkałem szatan##J NareczkaJ
Budzik ustawiony na osiemnastą trzydzieści. Teraz tylko sen, sen i jeszcze raz sen. Z głową wsadzoną pomiędzy dwa bębny taktowe perkusji zasypiam ssąc paluszek do wydobywającej się z głośników kołysanki.
Na płonącym stosie śpisz o tak Jakbyś z garnka wyjadł cały mak Spisz tak twardo w ogniu mym Bo ja jestem w sercu twym Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!
W mózgu przeżywam inscenizację filmów Davida Lyncha. Nie jest to dobry materiał na projekcję, ale po pewnym czasie jakoś udaje mi się otrząsnąć od mnogości robali, gnijącego ścierwa i wszystkiego złego, co z napisem MADE IN USA, a to za sprawą rozbieranych scen z filmu edukacyjnego dla nieletnich - ach ta potęga ciała. Beeep!!! Beeep!!! Beeep!!! Zaspany, ale wypoczęty zsuwam się z wyra. Słońce tak jakby jeszcze w zenicie pomimo późnego popołudnia, ale przecież to początek sierpnia. Oczywiście w domu dalsza część imprezy z gwoździem programu w postaci pana smaru i węgla. Zastanawiam się przez chwilę, czy pały nas nawiedziły za rozstrojone gitary i obrazoburcze teksty. Szybko wciągam papcie na giry, bluzę i wychodzę z pokoju. Na korytarzu w rytm wybijany przez mechanizm dwustopowy, Filozof puszcza bełty. Za sekcję gitar odpowiedzialny jest świrus komputerowiec trzaskający solówkę na wyimaginowanej gitarze. Głupki są tak zajęci rzyganiem i pajacowaniem, że w ogóle mnie nie zauważają. Czmycham przez drzwi. Poza domem wkurwiony sąsiad goni mnie z grabiami - Ja wam te gówno z głowy raz na zawszę wybiję - dławi się ćmikiem zwisającym z wargi. - Na ulicy bezpieczniej niż we własnym domu - szepczę do siebie podążając oświetlonym chodnikiem przy ulicy Solnej. Jacek mieszka na Grochowych Łąkach, także dziesięć minut i powinienem być przed drzwiami kolegi. Znajoma melodyjka zespołu, który swoje lata świetności ma za sobą wydobywa się z głośniczka mrugającej komórki. Wyświetlacz LCD mówi mi, że z drugiej strony słuchawki znajduje się Jacek. Już się uśmiecham, już zamierzam odebrać, już jestem tak blisko...
III
Budzę się na oszczanej ulicy z obitym ryjem, bolącym karkiem i łzami cieknącymi po policzkach. Czuję się jak cieplutka kupa psiego gówna, która zderzyła się z brutalną rzeczywistością po opuszczeniu bezpiecznej powłoki jelita. - Co jest, kurwa mać co jest??? Chaotyczna plątanina zapchanego śmieciami mózgu nie pozwala mi na zbyt szybkie dojście do siebie. - Jakiś gnojek mnie oskrobał, a właściwie to chyba tylko próbował - mówię to, zerkając na telefon leżący nieopodal mnie. - A portfel, gdzie jest mój portfel??? Szybki ruch do kieszeni i wymacuję sakiewkę. Wyciągam, otwieram, przeliczam. - Wszystko się zgadza, o co chodzi??? Chwytam zdezelowanego buraka, oglądam, wącham, czy to aby na pewno mój. Poza dwoma nowymi rysami niczym nie wyróżniającymi się spośród całego stada innych, wszystko jest w jak najlepszym porządku. - O co kurwa chodzi, może okazałem się złym, nic nie wartym łupem? Może głupi trep wybierając mnie myślał, że się trochę dorobi. A tutaj w całym jego nieszczęściu okazało się, że cel nie posiada pieniędzy. No i telefon - antyk, którego może lepiej nie dotykać, bo to elektroniczna zaraza i nie daj Boże jeszcze jakieś fatum zacznie ciążyć nad ręką wyszkoloną w złodziejskiej sztuce. Groziłoby to podbieraniem najgorszego, nic nie wartego gówna, za które bardzo trudno byłoby wyżyć. A rodzina dzieciata z łakomą na mamonę żonką. Leżąc rozwalcowany w smutku i zażenowaniu przeobrażam się w astralną nić, lawirującą ponad martwym ciałem, którego życia pozbawił Fiat 126p. Zawsze przecież człowiek liczył na coś więcej. No choćby Octavia, albo Volkswagen. Bo jak już ginąć pod kołami to tylko z importu, a nie z ziemi, do której wstyd się przyznawać na zachodzie. - Co za blamaż, dlaczego gnoju mnie nie okradłeś??? - jęczę wpadając w apopleksję jak dzieciak, któremu mama dzisiaj nie kupiła za karę lizaka. Jeszcze jakieś psie ścierwo się przypałętało i zlało na nogawkę, biorąc mnie za jakiś kamień lub przez wszystkie kundle z okolicy osiurany kawałek kłody, do którego za wszelką cenę trzeba dorzucić swoje trzy krople uryny. - Ała, kurwa, ale mnie ryj boli!!!. Dalej śmieciu, gdzie jesteś!!! Taki z ciebie mądrala?! Wyłaź i miej odwagę się pokazać zasrańcu!!! - drę papę chwiejąc się na cuchnących psim moczem goleniach. Późne popołudnie jednak jest nad wyraz spokojne. Oprócz pary całujących się gejów i jednego rowerzysty dzwoniącego na mnie dzwoneczkiem, nikt nie reaguje na dźwięki drżącej z podenerwowania krtani. Jestem w połowie długości drogi do Jacka, ale nie chcę w takim stanie pukać do jego drzwi, dlatego wijąc się jak wąż z powodu dysfunkcji kończyn dolnych, uciekam do domu. Całe szczęście na podwórku nie ma zgreda z grabiami, więc cudem unikam ostrych bolców bez problemu mogących się wbić w oślizgłe ciało. Wpadam do domu. Muzyka gra, ale już nie tak głośno. Na korytarzu pojawiło się więcej kipów i pustych puszek po piwie. Między nimi leży Filozof. Matematyka nie widzę i bardzo dobrze, chyba że chciałby poczuć moją pięść na nochalu. Zamykam się w pokoju. Cały czas próbuję układać porozrzucane puzzle minionych wydarzeń w jedną całość, ale nie mogę się skupić. Za dużo atrakcji jak na jeden głupi wieczór bardzo głupiego dnia. Emocjonalny galimatias podpowiada mi tylko, aby jutro z samego rana zadzwonić do roboty i wziąć chorobowe. - Tak zadzwonić do pracy i wziąć chorobowe - zasypiam z tymi słowami na ustach. Przed zamknięciem spuchniętych oczu myślę o skontaktowaniu się z Jackiem. Chcę powiedzieć, aby na mnie nie czekał, jednak nie dzwonię. Nie wiem dlaczego. W telefonie wyłączam dzwonek rozmów przychodzących, tłamsząc w sobie głosy wstydliwego sumienia. Piąta czterdzieści i znowu posrany gong zamyka rozdział i tym razem dziurawego sennika. Czuję się, jak po starciu z Burcem Lee, Jeanem Claude Van Damem oraz Tong Po w jednym. Kolorowy wyświetlacz komórki pokazuje trzy połączenia nieodebrane - wszystkie oczywiście od Jacka. Nie jest to jednak dla mnie takie ważne w kontekście dodzwonienia się do Marcina i pojęczenie przez słuchawkę, że mnie palec boli i jest to równoznaczne z absencją. Przypomina mi to trochę podstawówkę z dzieckiem przynoszącym usprawiedliwienie od mamy, ale tak już ten system żeśmy sobie opracowali i niestety muszę się tej procedurze poddać. Wykręcam numer, chwila oczekiwania, odbiera. - Cześć, co jest? - Marcin, nie mogę się dzisiaj pojawić w pracy. Chciałbym wziąć chorobowe do końca tygodnia. - Ale zaraz, jak? Z tym to do kadrowej dzwoń, ale co się stało??? - Wiem, że do kadrowej, ale chcę ciebie uprzedzić, żebyś nie był zdziwiony, że mnie nie ma w pracy. - Co się stało. - Wczoraj dostałem po ryju i nie czuję się najlepiej. - Ściemniasz! - No co ty. Tutaj akurat mówię prawdę i boleśnie ją odczuwam. - Bez L4 masz wylot. Mam nadzieję, że wiesz o tym. - Jeszcze dzisiaj idę do lekarza i postaram się to donieść. - Ktoś dzisiaj jest oprócz ciebie na magazynie? - Nie, nikt. Zenek będzie od jutra do końca tygodnia. - Czyli dzisiaj jestem sam? - Tak by wychodziło. Sorry Marcin, ale to nie z mojej winy. Sam o wpierdol się nie prosiłem. - No nie wiem, czasami masz to wypisane na twarzy, jak jesteś w robocie i ściemniasz. - Niech ci będzie, na razie !!! - Pamiętaj! L4, albo wylot!!! Co za głupi down. Żeby uważać mnie za kłamcę i podejrzewać nie wiadomo co. Nie życzę nawet najgorszemu wrogowi fizycznego napastowania, ale niektórym naprawdę zimny prysznic by się przydał. - I po co to tobie było - mówię do siebie przewracając się na drugi bok. Tak bardzo chciałeś dostąpić alkoholowo-narkotycznej uciechy, a tutaj zielsko i etanol obróciły się przeciwko tobie. Ponownie zasypiam. Śpię bardzo twardym snem, a w środku łba przeobrażam się w muchę latającą po kuchni i srającą na wszystko co popadnie. W pewnym momencie pojawia się dłoń trzymająca łapkę i zaczyna się polowanie na moje dupsko. Unikam śmiercionośnego przyrządu jak tylko potrafię, jednak walka nie trwa zbyt długo i ginę rozgnieciony pod gumową tacką przytwierdzoną do plastikowego kijka. Zanim muszy duch opuszcza pokancerowaną osłonkę, w której skryło się owadzie życie, jednym z omatidiów zerkam na zawartość flaków będących więźniarką muszej duszy. Słyszę jakieś jęki i chrobotanie. Chyba już powoli zaczynam schodzić z tego świata. Budzę się kompletnie zlany potem. Boli mnie spuchnięty ryj. Palcem wskazującym zaczynam badać pokiereszowane obcą pięścią terytorium twarzoczaszki. Drugą ręką szukam telefonu, gdyż interesuje mnie godzina. - Czternasta dwadzieścia – o kurwa, ale zagarowałem!!! Zrywam się z łóżka i w gaciach szybko wyskakuję na korytarzyk. Mknąc w smrodzie tytoniu, rozlanego alkoholu wymieszanego z rzygami przepitych studenckich przełyków, dorywam się do drzwi kibla. Otwieram a w środku zastaję Filozofa w intymnym uścisku z pożółkłą muszlą klozetową. - Spadaj na drzewo robaku!!! Koleś nie reaguje, dlatego chwytam jego za śmierdzące szmaty, w których chodzi od urodzenia i wywalam poza obręb pomieszczenia trawiącego ekskrementy. Spoglądam w lustro i nie poznaję gęby mieniącej się na srebrzystej powierzchni zwierciadła. - Co się ze mną stało? – pytam sam siebie, nie dając wiary w to, co lustereczko na swojej powierzchni rysuje. - Lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie??? To, co mam na twarzy bardziej przypomina połączenie deformacji garbu lynchowego Człowieka Słonia z Quasimodo lub mix dwojga jegomości z kupą gówna spełniającą rolę makijażu. Spirala strachu podładowana świeżutką porcją adrenaliny prosto z kory nadnerczy wędruje tam, gdzie stanowczo nie powinna, ale jest genetycznie predysponowana do tego, aby się tam dostać i dać odpowiedniego kopa. Odkręcam kran, a z niego zamiast krystalicznej ha dwa o wypływają złociste fale pustynnego piachu. - Co to do cholery ma być??? - jęczę, bezczelnie gapiąc się w odkręcony kurek z którego wyciekają nieopłacone rachunki za wodę. Długo się nie zastanawiając sięgam do spłuczki, ściągam górne wieko i tam udaje mi się wydobyć troszeczkę przeźroczystej cieczy na własny użytek. Smaruję opuchnięte policzki, ale wody jak na lekarstwo i bólu nie łagodnieje. Idąc po rozum do głowy dedukuję, że lepszym rozwiązaniem będzie zimna kostka lodu z zamrażarki, dlatego szybko zeskakuję z klapy od sedesu, otwieram drzwi, przeciskam się przez napiętnowany pijackimi odpadkami korytarzyk i dorywam się do zamrażarki. W środku lód i tylko sam lód. Cieszy mnie to niezmiernie, aczkolwiek przez chwilę ogarnia mnie zdziwienie i niedowierzanie o domniemanym wegetarianizm mieszkającej trzody. Przecież nie wyglądają na organizmy gardzące padliną, wręcz przeciwnie - pożerają ją tonami i poza kotami, nic innego nie chcą widzieć na swoim talerzyku. Filozof, na przykład, na muzycznym ruszcie żarzącej się membrany głośnika, non stop smaży jakieś byki, kury, koty i wieprze, nie wspominając już o pająkach, myszach i innych szczurach. Głupek łapie je po kanałach wyręczając firmy zajmujące się deratyzacją. Psy, natomiast, kradnie zgrzybiałym staruszkom w parku Sołackim i na Cytadeli. Komputerowy trep to chyba tylko na schaboszczakach i Sroca Sroli ciągnie swój nic nie warty, marny żywot z dnia na dzień wybałuszając coraz większy kołdun słoniny. O człowieku widmo nic nie powiem. On jest, ale tak jakby go nie było. On jest tu i teraz, obok mnie, ale nie sposób zauważyć obecność dziwoląga . Człowiek widmo żywi się zepsutym powietrzem. Dzierżąc nuż w ręku dobieram się do zamrażarki i dłutuję lód, zabawiając się w paleontologa z nadzieją na wykopanie jakiejś skamieliny przewodniej. Tak, sława, chwała i kasa to Święta Trójca współczesnej młodzieży, za którą sprzedaliby drugiego, wbiliby kosę w plecy i poszliby do łóżka z dziewczyną kumpla. Dobór naturalny na podstawie majętności portfela działa bardzo skutecznie, stanowiąc idealną selekcję na poziomie środowiskowym we współczesnym świecie. Wytargany z lodówy fragment zmarzniętej wody przykładam wreszcie do zdeformowanej twarzy i cieszę się bezbolesną chwilą. - Jak ten Kamiński przeprawił się przez lodowatą Antarktydę z tymi wszystkimi tobołami???- myślę sobie oparty o blat kuchennego stołu czując coraz większe drętwienie skóry na policzkach od zimnej kostki wody. Skacowany Filozof odwiedza mnie w kuchni. Nic nie mówi i bardzo dobrze, ponieważ jego wykrzywiona gęba psioczy sama za siebie, będąc studnią bez dna z głównego rynku Sodomy. Przyszedł i się szwenda za potrzebą zabarłożenie. Podchodzi do lodówki, a w środku stado much na zielonej parówce i czarna pleśń na serku topionym. Wyciąga i żre wszystko przy mnie, opływając w błogości przeterminowanych smakołyków. I jeszcze tylko brakuje tutaj komputerowca, który niestety przychodzi i zaczyna wypominać kłaczastemu śmierdzielowi, że to jego żarło i wara od zgnilizny. Chłopaczki zaczynają rozwodzić się a następnie kłócić nad kupą gówna, podciągając talerzyk z kiełbaską do rangi problemu filozoficznego. Zostawiam ich z kryminalną zagadką, której zapewne nie powstydziłby się polski 007, zaszywając się na jakiś czas w tym burdelu na kółkach. - Pierwsze com to telefon do Jacka. Chwytam za buraka i wybieram z pamięci telekomunikacyjnej pierdoły elektroniczny ciąg cyfr odpowiadający za słuchowo - głosowy kontakt z dredziarzem. - Cześć, co jest??? Gdzie byłeś, jak miałeś być a ciebie nie było??? - pyta się niepewnym głosem Jacek. - Po papie dostałem wczoraj, jak się do ciebie wybierałem - odpowiadam z pokorą w głosie, robiąc z siebie ofiarę losu. - Jak to!!! - Długo by opowiadać. Ja zresztą nie pamiętam samego zajścia. Po prostu maszerowałem do ciebie, bach i budzę się na ziemi. - Okradli??? - No właśnie sęk w tym, że nie i to jest w tym wszystkim najdziwniejsze. - No dziwna sprawa... Ale powiedz, jak się czujesz, co tobie właściwie zrobili? - Wiesz, nie chcę gadać o tym przez telefon, może spotkamy się? - No jak najbardziej. Wiesz co, przyjdź do mnie i pójdziemy na Cytadelę. Tam jest Natalia. Ma plener, także możemy iść ją wspólnie odwiedzić i razem pogadać. Co ty na to? - Hmm, dobry pomysł, jakoś dawno Nati nie widziałem. - Tylko uważaj na ulicy, żebyś tym razem nie oberwał. - Postaram się. Dobra to ja wychodzę z domu. - Czekam. Odkładam telefon i szybko wskakuję w odzież wierzchnią. Schludnością oraz czystością nie grzeszę, ale o praniu zapomniałem i nie mam nic innego. Stara Frania w łazience wciąga tkaniny, rwie je na strzępy i wypluwa kawałki szmat nadających się tylko do pastowania podłogi albo mycia okien. U nas nikt podłogi nie czyści i w najbliższym czasie nie ma zamiaru tego robić. To samo tyczy się okien splugawionych paluchami i śliną poprzedniej bandy brudasów wynajmującej tą tancbudę. Właściciel naprawdę nie ma szczęścia co do lokatorów zamieszkujących jego włości. Przed nami jak się dowiedziałem mieszkanie było squat'owane przez jakąś bandę meneli w charyzmie niczym nie ustępującą moim kolegom zza ściany. Teraz my i ciekawe kto po nas będzie to wynajmował lub bardziej powinienem zapytać, kto po nas jeszcze będzie chciał to wynająć? Rozglądam się po pokoju, szperając wzrokiem za kluczami, portfelem i otwieraczem do butelek. Mając na względzie obitą gębę wyciągam z szafki gogle anty słoneczne wraz z arafatką i w stroju araba wychodzę na powietrze. Te ślamazary z domu dziwnie się na mnie spoglądają, kiedy opuszczam mieszkanie. Głupi komputerowiec burczy coś pod nosem, że jestem terrorysta, że zadzwoni po milicję i takie tam brednie. Trep już chyba naprawdę pozbył się mózgu i zamiast upakowanej tkanki nerwowej, pod kopułką znajduje się jakiś ZX Spectrum lub inne Commodore 64. Aż strach pomyśleć co z człowieka może zrobić przesiadywanie dwudziestu czterech godzin przed blaszakiem na przestrzeni dni, tygodni, miesięcy, lat. Brrrr, nie zbliżaj się do mnie już więcej ty troglodyto z epoki Pentium sto sześćdziesiąt sześć MMX. Udając araba kieruję się tą samą drogą w kierunku domostwa Jacusia. Jacek to całkiem spoko koleś, ale i tak za bardzo nie przepadam za nim. A wszystko przez przeszłość, ale teraz nie o tym. Znamy się nie od dzisiaj, więc wiem, co mówię. Sporo razy się na nim zawiodłem i mam nadzieję, że jeszcze kilka razy da mi popalić. Jacek, a właściwie to Placek bo tak się już ukuło, należy do bardzo bliskiego grona moich znajomych, z którymi mogę sobie porozmawiać tak od serca, nie ukrywając antypatii. I nie będę już tutaj więcej kreślił wazeliniarskich inwektyw, jaki to on zły, bo jeszcze się obrazi albo co. Po prostu taki z niego chamski człowiek, który nie pomoże a jak trzeba to i nie odmówi wbicia gwoździa do pogrążającej człowieka trumny. I wszystko byłoby jak w najlepszym porządku, gdyby nie jego żartobliwe zapędy ciągłego wytykania mi wegetariańskiej diety. Jak się nietrudno domyślić on do roślinożerców raczej nie należy i chyba byłby ostatnim mięsożercą, który z własnej nieprzymuszonej woli zapisałby się do partii traworzerców. Tak czy siak w bardzo elastycznym poczuciu humoru, czasami brak miejsca na ciągłe obrzucanie siebie mięsem, a właściwie to zielskiem i serdelkami. W żadnym stopniu nie zmienia to jednak faktu naszego trwania w obłudnym, niczym nie skrępowanym akcie sympatii. Ulica śmierdzi pierdzącym żelastwem na kółkach a chodnik wypełniony po brzegi ludźmi między dziesiątym a dziewięćdziesiątym dziewiątym rokiem życia. Cuchnie rozkładającym się łojem z lekką nutką szamba wydobywającego się z nadżartych próchnicą jam ustnych ubogiej dzieciarni dożywianej przez państwo lizakami z Petronelki. Przeciskam się przez korowód ślamazar wypełzających z pracy czy szkoły w kamuflażu mieszkańca Bliskiego Wschodu, chowając pod kraciastym materiałem pokiereszowaną twarz. Droga przypomina mi wczorajszy dzień. Myślę sobie, że tak naprawdę każdy znajdujący się w chodnikowym nurcie mógłby odpowiadać za stan mego ryja. Nawet te pięcioletnie pacholęta, czy ta osiemdziesięcioletnia babinka, gdyby tylko chciała, mogłaby położyć mnie jednym sprawnym uderzeniem kuli. Wszyscy są dla mnie bardzo podejrzani i nikomu nie ufam. Każdy ich uśmiech, gest wydaje się być zaszyfrowaną wiadomością traktującą o mojej osobie jako obiekcie przeznaczonym do ubicia. - Ale co ja takiego zrobiłem? - zastanawiam się mijając dziadka podtrzymującego się na kuli. - Kosmita! - woła dzieciak wytykając mnie paluchami na oczach mamuśki i rzeszy rówieśników. Dzieciarnia się śmieje na tle pozostałych tonących w oceanie obojętności. - I proszę tutaj nie udawać, nie mydlić oczu i nie robić dobrej miny do złej gry. Wszyscy jesteście ciągnięci na dno przez macki ciekawości i choć na pierwszy rzut oka nie zwracacie uwagi, to wiem, że jestem na waszych plugawych, mieszczańskich językach. Zastanawiam się nad lekarzem i moim L4. Właściwie to powinienem do niego iść, aby szybko mi świstek po dobroci lub za łapówkę wypisał. Odkładam to jednak na jutro lub inny dzień tygodnia, mając teraz na uwadze tylko i wyłącznie spotkanie z Jacusiem Placusiem. Pogwizdując pod nosem ’’Gdy psów i kotów nie ma w domu’’ mijam Świętego Wojciecha i rezydującą obok stację benzynową, do której wszyscy mają za daleko. Te złodzieje sprzedają browar i fajki po zawyżonej marży myśląc sobie, że wiara jest ostro w ciemię bita i pójdzie do nich po szlugi - A może i jest w ciemię bita??? - sam sobie ripostuję, widząc jak jakiś koleś otwiera drzwiczki budki, obładowany siatkami z alkoholem i papierosami. Ślinka zaczyna mi ostro spływać do gardła na widok zmrożonych puszeczek ambrozji. Powstrzymuję się jednak przed dokopaniem i oskalpowaniem nieboraka. - Ale taka okazja kurde no!!! Jeden strzał i leży. No i jaka nagroda. Po akcji zachowałbym się jak Robin Hood. Dwa piweczka zostawiłbym sobie a resztę rozdał okolicznym menelom albo dwa dla pijaków a reszta dla mnie hmm… Nad tym się jeszcze można spokojnie zastanowić po akcie kradzieży. Słodko spoglądam na pana po pięćdziesiątce nerwowo wyciągającego z rakiety paczkę skrętów i widzę ku swojej uciesze, jak zaciskam łapska na jego bezbronnej szyi. - Na co się gapisz szczeniaku, nikt tobie jeszcze po mordzie nie dał? – puszy się dziadek spoglądając na mnie złowrogo. - Daj pan spokój, bo jeszcze zawału pan dostaniesz, a mój telefon w razie wzywania pomocy wyjątkowo topornie łączy się z numerem dziewięć, dziewięć, dziewięć. - Co żeś powiedział gnoju obesrany? - Nic dziadku, już nic. Wracaj przed telewizor, bo ci jeszcze stara dupę złoi, że tak długo tutaj siedzisz. - Jeeezuuu co to za kolo – myślę sobie mijając knajpę zawierającą w nazwie największy wodospad na świecie. Może to on mi dupę wczoraj złoił, jak był na alkoholowym głodzie. Takie kipiące frustracją tępe hieny gotowe są na wszystko byleby tylko zdobyć pięć osiemdziesiąt na nalewkę, jabola albo denaturat i kromkę wczorajszego chleba. Już nie zwracam na niego uwagi, tylko czym prędzej mknę po wyplutych przez wybetonowaną glebę płytkach chodnikowych torujących drogę do hacjendy Jacusia. Czworoboki pamiętające czasy czerwonej zawieruchy i politycznego niepokoju pokryte są moczem oraz plackami odchodów czworonożnych pupilków. Gra w klasy z psim gównem nie należy do prostych czynności, co okupuję podwójną wpadką w miękką, wężykowatą strukturę brązowej wierzy Babel wychodzącej z gatunkowo obcego odbytu. Jakieś menelstwo okupujące wytarty krawężnik śmieje się z gówna na moich tenisówkach, ale ich rozdarte gęby i zwichrowane tanim alkoholem ciała mam dokładnie tam, skąd wypływa emanująca smrodem brązowa konsystencja. Odarty ciąg kamienic zapadających się pod ziemię trawi w swoich wnętrznościach dekapitowane ciała. Tutaj ma się wrażenie, że głowa jest elementem całkowicie zbędnym i da się bez niej całkiem normalnie funkcjonować. Co więcej, pokuszę się o stwierdzeni, że element naszego ciała zawierający pofałdowaną substancję szarą odpowiadającą za myślenie byłby czymś niebezpiecznym, wprowadzającym zupełnie niepotrzebny chaos pomiędzy socjalną strukturę umieralni. Każdego dnia ostoja świadomości i czegoś mniej lub bardziej ulotnego, zostaje oderżnięta i powieszona na hakach pierwszego lepszego mięsnego z karteczką "Promocja, ludzkie podroby 9.99 kg'' I znowu dręczące mnie myśli i analizy rozszarpują wnętrzności w poszukiwaniu współczucia dla tutejszych mieszkańców. I coś tam się we mnie wskrzesza. I już mam łzę na policzku za sprawą takiej a nie innej konfiguracji: dziadek wraz z babcią plus córka z czwórką dzieciaków na karku po rozwodzie. Babcia, córka plus mąż alkoholik. Dziadek alkoholik plus babcia do tego córka z dzieckiem, które nigdy nie pozna swojego ojca, gubiąc się w identyfikacji nasienia odpowiedzialnego za poczęcie. I spinająca to wszystko historia sprzedana przez Jacusia. Babcia i wnuczka. Wnuczka jest jeszcze bardzo młoda. Ma raptem osiem lat. Nie posiada matki. Matka odeszła ponieważ zżarł ją rak. Rak jadł powoli, jadł od środka. Degustował się każdym organem, każdą komórką, którą namawiał do wejścia pod skrzydła apokaliptycznego gangu. - No chodź, dalej póki jeszcze jestem cierpliwy. Sama nie masz szans. Zobacz jak twoje koleżanki i koledzy przechodzą na moją stronę. To, że dzisiaj jesteśmy w mniejszości, nie oznacza, że jutro także tacy będziemy. Obrastamy w siłę. I tak jedna komórka za drugą zmieniały barwy, co było bardzo dobrze widoczne na tomografie i pod mikroskopem. Czarne kontra Białe, Białe kontra Czarne. Wszystko było dość skomplikowane i nie takie proste do jednoznacznego zdiagnozowania. Nawet literatura naukowa gubi się w tych wszystkich związkach i strukturach wiązań chemicznych, masach molowych i innych empirycznych bzdurach. W każdym razie rak jadł bez opamiętania. Nie pomogła pomoc z zewnątrz. Chemia okazała się bezskuteczna. Białe siły UN w starciu z wrogimi bojówkami były kompletnie bezskuteczne. Ich opancerzone czołgi wspierane przez artylerię powietrzną okazały się totalną porażką w starciu z bronią biologiczną nowej generacji wykorzystywaną przez siły Czarnego. W tych okolicznościach Czarny zdobywał nowe przyczółki na mapie więdnącego organizmu matki. Kiedy już wydawało się, że Czarny nie ma nic do zjedzenia, zaatakował kości trawiąc zwapnioną strukturę szkieletu. Czarny zachował się bardzo arogancko niczym rozpuszczony jedynak lub jedynaczka. Nie pozostawił nic ze schorowanej kobiety dla matki ziemi oprócz popękanej, ociekającej ropą skóry. Trumna była lekka. Trumna zawierała samą powłokę ciała. Ziemia nie najadła się dostatecznie. Ziemia to sobie zapamiętała. Ziemia wybrała sobie córkę nieżyjącej matki jako następne danie. To taki mały podwieczorek, bo dziecko jest małe. Dziewczynka jeszcze o tym nie wie. Jej babcia także o tym nie wie. Jej babcia niedługo odejdzie i zostanie zjedzona, a dziecko trafi do domu dziecka na podwieczorek. Taka właśnie układanka ludzkich nieszczęść prawie zawsze rozsypuje mi się w głowie, jak tylko przekraczam strefy zaszufladkowanego życia, o którym wszyscy chcieliby zapomnieć. Niejeden urzędas z miłą chęcią zrzuciłby na socjologiczne niewypały mini bombkę atomową lub wodorową w przypływie aktu własnej bezsilności. I wszystko rozwiązałoby się samo. Kilka sekund wzbogacone uranem, plutonem oraz różnymi innymi izotopami zakończyłoby raz na zawsze coś co się niepostrzeżenie rodzi, dorasta, ewoluuje w swojej miernocie a potem zajadle kąsa. - Gdzie ten Jacek mieszka - ciśnie mi się na usta zapytanie umykające przed gołębim stadem srającym na mnie przetrawionymi rzygowinami jakiegoś pijackiego katolika. O, jest ta najbardziej oszczana brama ze wszystkich bram jednokierunkowego traktu, prosto do piekła znajdującego się na drugim piętrze, gdzie Jacuś gnieździ swoje cztery litery. Tam, do środka, prowadzi kręta klatka schodowa udekorowana ręką okolicznych artystów podwórkowych i innych adeptów urbanistycznego chaosu. Mrok promieniujący z przepalonej żarówki znacząco utrudnia przechadzkę pomiędzy parterem, pierwszym, a drugim piętrem. Powklejane na każdym segmencie budynku okna, nie pokazują nic szczególnego z otaczającego tę konstrukcję industrialnego krajobrazu, poza grubą warstwą znudzonego kurzu opieczętowanego śladami tłustych lokatorskich paluchów na zniekształconym szkle. Skrzypiące schody w kierunku nieba, prowadzą zupełnie w przeciwną stronę. Tutaj praktycznie za każdymi drzwiami mieszka pan w białej podkoszulce na ramkach i spodniach od dresu cuchnących znajdującym się w jego wnętrzu alkoholem. Tutaj praktycznie każda żona jest bita, a jeżeli nie jest to znaczy, że już jej od dawna nie ma. Ale niektóre mimo siniaków pozostają i idą wraz z samcem w chocholi tan. Wtedy role się odwracają i to samiec znajduje się pod pantoflem. Kobiecym demonom to jednak nie wystarcza i potrzebują czegoś jeszcze bardziej wzniosłego. Uważają, że są w stanie rywalizować z Bogiem, traktując otoczenia jak worek treningowy do hartowania zadufanego w sobie jestestwa. Pomimo bluźnierczego życia umierają w starczym wieku, karmiąc ciało złotym strzałem samotności. Na palcach przebiegam pomiędzy kolejnymi numerami skrywającymi za ścianą odwagę zamkniętą w pół litrowych butelkach wódki. Dobiegam do liniejących drzwi z numerkiem sześć przybitym do framugi i walę w nie z całych sił. - Jacek, otwieraj, no dalej jesteś tam - nucę w myślach pobożną prośbę uciekiniera z gestapowskiej łapanki próbującego ukryć się przed wygrawerowaną na kuli trupią czaszką. Obraz wycięty z kultowego filmu Kuka Essona '' Neon Amator'' rejestrowany ciekawskimi gałkami ocznymi przeciskającymi się przez uwypuklone judasze urasta do rangi symbolu popkultury, kiedy jeden z mieszkańców wylatuje z kosą biorąc mnie za Taliba, czy innego Mudżahedina w trakcie, gdy drugi ni stąd ni z owąd wypytuje o lufkę haszyszu i działkę heroiny. - Co to za wiara, Jacek otwieraj do jasnej cholery!!! I oto nagle, zanim echo z posępnej kubatury budynku ustąpi miejsca niepokojącej ciszy, nastaje światłość. - A to co do cholery!!! - krzyczy Jacek z pięścią skierowaną centralnie w moją twarz. - Talib - odpowiada jeden - Ćpun i zarazem narkomański dealer - przytakuje drugi. - To może się kurwa mać na coś zdecydujcie - podsumowuję wyzwalając się z kleszczy rencistów chorych na przewlekły syndrom pracy. - Jacuś to ja - mówiąc to zaczynam powoli odwijać arafatkę, pozbywając się na samym końcu poczerniałych gogli. - A niech mnie, co oni tobie zrobili - spogląda na mnie z niedowierzaniem. - Fachowa robota - podziwia jeden z dziadków. - Ach ci gitowcy, skinheadzi, chuligani i tamci... no dresiarze - rozkleja się drugi zapadając pod gnijącą drewnianą podłogę. - Właź do środka no dalej, co tak tutaj będziesz stał. Jacek zaprasza bardzo ciepło, a ja nie śmiem odmawiać i przekraczam próg drzwi wejściowych prowadzących do korytarzyka wymalowanego ręką sprawnego graficiarza. Znajdując się w jednym z pokoi przeciskam się przez sztalugi z płótnami naśladującymi malarstwo Deksińskiego. Minorowe akty z zarysowanymi truposzami w tle, idealnie pasują do poezji tego miejsca. Najlepszy jest obraz przedstawiający akt uśmiercania stada świń w rzeźni. Niezwykle dużo czerwonej farby musiała zużyć Natalia tak, aby w pełni oddać charakter tamtego miejsca. Dobrze dla malunku, że nie przedstawia samej świni i jej świńskiego cierpienia. Idealnie wypośrodkowanie i zawarcie punktu ciężkości wokół urządzeń egzekucyjnych sprawia, że prozaiczna czynność przerabiania prosiaków na serdelki ustępuję futurystycznej wizji stworzenia zwierzęcego cyborga, a sam akt odbierani życia, w tym przypadku, nie wywołuje aż takiej przykrości. - Cel uświęca środki. - Co? - Jacek zagrzebany w tonie herbaty, dwóch tonach kawy i milionie puszek piwa made in USRR pytająco wrzeszczy z kuchni. - Nic, nic. Tak tylko podziwiam artystyczny pędzel twojej żony. - Niezłe nie? Słyszę pstryk puszeczki piwa przelewanej do kufelka o objętości zero przecinek pięć litra, pieniącego się szumnie niczym najdorodniejszy okaz morskiego małża z wielkiej rafy koralowej. - Piękne obrazy nieprawdaż? - No piękne, piękne. Tylko pozazdrościć takiego talentu. Dlaczego ja nie dostąpiłem tego zaszczytu - dziwię się siadając na krześle obok płótna z jeszcze niedokończoną sceną ćwiartowania krowy. - Maluje dzień i noc, no zobacz tylko ile tutaj tego jest. Jacuś stawia na stoliku piwko z ciastkami na zagrychę i zaczyna pokazywać perełki wyobraźni Natalki uśpione machnięciami pędzelka. Kilka sztuk jest naprawdę całkiem ciekawych. Wszystko jednak dominuje wokół człowieka i zwierzątek poddanych wyszukanym torturom. - To jest dobre na pięć minut – myślę sobie – i kiedy tak patrzę na wypływającą spomiędzy faktury materiału krew milionów czworonogów wypasionych chemiczną karmą, lądujących później na sytym stole euroamerykanina, to mam ochotę wszystko obrócić w pył i pogrozić palcem temu na górze. No, bo chyba ma jakiś wpływ na rodzącą się coraz większą głupotę w rozpustnym łonie wydalającym na zewnątrz rąbek obłudy skrywany pod krawatem i szminką. - Co się tak zawiesiłeś? – zagaduje Jacuś, ale ja jestem tysiące mil od jego pytania, błądząc na oślinionym języku i tylko z czystej kurtuazji z powrotem ląduję w miejscu artystycznej bohemy. - Co? Ja, ja nic, nic. Po prostu przeżywam to, co tutaj twoja miłość sfotografowała przy użyciu farbki i pędzelka. - Nie tak patetycznie, bo zaraz farba zacznie odpadać z płótna no i wtedy będzie dopiero niezła draka. – uśmiecha się, sięgając po niecierpliwiący się w szklaneczce alkohol. - Ale wiesz, ja tylko podziwiam talent. To chyba dobrze, że obrazki spod ręki Natalii robią na mnie aż takie wrażenie. - Wiesz, że nie mi to oceniać, ale rzeczywiście to chyba dobrze, że tak a nie inaczej reagujesz na twórczość przyszłej artystki z dyplomem w ręku. - Yhmy – staram się coś odpowiedzieć, ale jestem w trakcie opróżniania płynnego złota. - Chyba, że ściemniasz i pochlebiasz tylko z czystej kurtuazji. – podpytuje ciekawsko. - No skąd stary – zawodzę z pianą na pysku – z jakiej racji miałbym się produkować nad czymś, co najchętniej spłukałbym w kiblu. - A jak niebyło by papieru do tyłka pod ręką? - To pomiętoliłbym gazetę, albo stronę z najgorszej książki. - A jakbyś nie miał akurat pod ręką gazety i nie posiadał najgorszej książki, tylko same białe kruki. - Jest to w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach niemożliwe, abym w domu pod ręką nie miał jakiejś ociekającej nieświeżymi wiadomościami gazetki lub stęchłej książeczki. Ostatnio na przykład czytałem takie barachło kolesia, co w ogóle pisać nie potrafi i z chęcią podtarłbym się jego literaturą. Może dupie by się spodobała – uśmiecham się spoglądając na szkic pomyślunku znajdującego się na szmacie jeszcze nie zaczętego przez Natalkę dzieła. - O, tutaj na przykład – wskazuję na kilka kresek czegoś nie wiadomo czego – jestem w stanie przyjąć zakład o głowę, że będzie to coś nietuzinkowego, ponad przeciętnego, głębokiego. - Tylko nie połknij własnego języka - komentuje Jacek machając ręką. - No ja tylko mówię to, co czuję. - Nieważne, lepiej powiedz coś wczoraj nawywijał, że musiałem sam się upić i nie zachować politycznej poprawności. – zagaduje, zmieniając temat w takt rozpieczętowywania kolejnego piwska. - Ja? - No a kto, przecież nie święty Józef i Matka Teresa z Kalkuty. Już zabieram się do gorzkiej riposty, kiedy nagle Jackowi pika telefon. Stara komórka Sralcatela - jedyna w tym mieście dumnie spoczywa w dłoni przyjaciela, transmitując konwersację mamusi albo tatusia do marnotrawnego synalka. To chyba taki styl retro elektro punk z tymi cegłofonami dla młodzieńców, co nie lubią być z przodu oraz za bardzo nie mają zamiaru obstawiać ostatnich rzędów w kinie wyświetlającym ’’Wyścig Szczurów vol szesnaście czyli jestem cool bo mam spodnie pełnie dziur”. Oczywiście oficjalnie nikt o niczym nie wie i nikt do niczego się nie przyznaje. Walczą z tym czymś, co jest chyba złe i chyba nie takie fajne, bo gdzieś ktoś przeczytał, że ktoś inny napisał, jakie to wszystko jest złe. Jacek – artysta fotograf, należąc do post hałastry ASP w poniedziałki lansuje się na outsidera spod ciemnej gwiazdy. We wtorki jest fanem rapu brudnej ulicy słuchając Wszy i Pepeszy 45. Czarną pastą do butów smaruje się w środy, przywdziewając na siebie zestaw montersko - tapicerski z nadmierną ilością gwoździ i ćwieków w ekwipunku. W takim uniformie chodzi po domach i sprawdza, czy w każdym pokoiku wisi krzyżyk. Jeżeli nie to szybko przybija blaszanego Jezuska do ściany i odprawia czarną mszę. Na końcu wypisuje K plus M plus B zaopatrując skrótowiec w trzy szóstki. Czwartki to techno zapakowane w kresz, z którego wysypuje się amfetamina pompująca mięśnie gumowego lalusia. Pozostaje jeszcze weekend - oczywiście rock and roll w każdej knajpie z finiszem w muszli klozetowej połykającej resztki niestrawionego życia. I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Dzisiaj według planu kreuje się na ćpuna z dredami przyklejonymi na klej biurowy. W kieszeni zapewne trzyma komplet strzykawek z herbatą indyjską i z odurzoną miną będzie latał po mieście, strasząc emerytki z wnuczętami niewysterylizowaną plastikową igłą z zestawu dziecięcego medyka. - Sorry ale Nati odezwała się i prosi, abyśmy skoczyli do niej na Cytadelę. - Że co? - Natalia dzwonić, mówić, że chcieć nas widzieć na Cytadela. Ona tam malować. - Wybacza bracie, ale się zawiesiłem. Chyba z dynią muszę iść do jakiegoś konowała po poradę i L4. - To co się stało, albo wiesz co. Opowiesz to wszystko podczas drogi. Przecież do Cytadeli jest jak stąd do drugiego pokoju. - Jasne, jak stąd do Paryża przez Moskwę, Pietuszki, Ułan Bator i te inne landy z liczebnością sto miliardów istnień na milimetr kwadratowy skalnej powierzchni. - No, weź mi tutaj przestań jęczeć. Niczego nie nauczyłeś się od wczoraj? - Nauczyłem się, że od tyłu bardziej boli niż od przodu, a tak poza tym to chyba nie. - Hmm, ciekawe, ale i tak idziemy; koniec i kropka. Jacek wstaje, a ja za nim jak cielę ciągnę z wywalonym jęzorem pomiędzy apartamentami. Jeszcze tylko klucz, klamka i już jesteśmy na korytarzu, z którego debile wyrastają, jak grzyby po deszczu. Tak oto zostawiamy obrazy, piwo oraz paczuszkę herbatników, którymi zapewne miał zamiar mnie poczęstować. Ulica wita nas skwarem gotującego się asfaltu, w którym zatapiają się wraki aut okolicznego pospólstwa. I jeszcze te psie kupy niczym miny rozlokowane przez czworonożnych przyjaciół na co drugiej chodnikowej kostce. Tyle o tym mówię, bo to naprawdę wkurwia i dopóki to się nie zmieni, będę o tym nawijał. - Czy ta wiara jest aż tak popierdolona, żeby srać gdzie popadnie i nie podcierać sobie dupy? – zapytuję Jacusia w momencie wdepnięcia w wsporą wypocinę psiego wymoczka. - Pod nogi się patrzy, a nie ciągle tylko mielisz i mielisz tym ozorem. - Kurwa, znowu do jasnej cholery!!! - Co??? - Nic! - No przecież chciałeś, abym gadał? - Tak, ale nie o gównie. Przecież dobrze wiem, że jest tutaj nasrane i trzeba nieźle się postarać, aby nie wdepnąć w to świństwo. - No dobra, w takim razie… - Czekaj. - Co czekaj. - Wejdę do sklepu po coś do żarcia - Idziesz po świnie! - Nie po całą. Tylko po kawałek we flaczku. - No wszystko rozumiem, ale jak możesz jeść coś, co jeszcze przed chwilą biegało, oddychało, robiło kupę i zajadało zieloną trawkę. - Powinieneś raczej zapytać, jak mogę jeść coś, co jeszcze przed chwilą stało w ciasnym boksie, dusiło się we własnym smrodzie, brodziło we własnym gównie i żarło paszę wzbogaconą o sterydy oraz hormony wzrostu. - Uważasz się za Mesjasza katowanych istot? Myślisz, że jedząc je ukracasz ich cierpienia? Może i masz rację. W tych dredach przysłaniających podkrążone oczy nawet byłbym w stanie tobie uwierzyć. Prorocy zawsze wyglądali dziwacznie, opowiadali różne brednie i za to palono ich na stosach, łamano kołem, krzyżowano, aby potem mogli powrócić w chwale. - Nie wiedziałem, że kiełbasa wyciągnie ciebie aż na tak wysoki pułap myślowy. - To nie kiełbasa, tylko mądrość życiowa wyssana z mlekiem matki podkarmiona zdrową zieleninką. - Wiesz musisz naprawdę iść do tego lekarza. Zrób to teraz. Zanim wrócę z mięsnego masz tutaj być z powrotem z receptą do wglądu. Jacek szybko czmycha do sklepu, a ja jak taki matoł zostaję na chodniku, mając za plecami szybę, na której widnieje wielgachny ryj uśmiechniętej świni zwieńczony wyblakłymi literkami układającymi się w napis: JESTEM ŚWIEŻA, JESTEM SMACZNA, ZJEDZ MNIE. - Kurwa mać, nie wytrzymam tego. Dynia mnie napierdala, dopada mnie chimeryczny kac i właściwie to powinienem sobie strzelić porządnego klina pomiędzy oczy, a nie stać przed sklepem z padliną i udawać, że wszystko jest w należytym porządku. Jeszcze ten matoł kupuje kiełbasę z psa zamkniętą w jelicie kotka dachowca i będzie się tym gównem przy mnie w najlepsze zajadał – wycieka mi z nosa nie mieszczące się we mnie rozczarowanie. W oczekiwaniu na darmozjada liczę przejeżdżające samochody oraz mijających mnie pieszych. Z podliczeniem kanciastej blachy na kółkach nie nastręcza mi zbyt wielu problemów. Od zera zaczynam i na zerze kończę matematykę dla przedszkolaka. - Nikt tędy nie przejeżdża, a jak ktoś nie z tego rewiru ma zaparkować w tym miejscu to woli auto dla bezpieczeństwa karoserii porzucić sto mil dalej. Tylko okoliczna biedota wraz z plastikowymi Trabantami poganianymi przez szczekające Wartburgi oraz Kaszlaki zapuszcza korzenie na pordzewiałym parkingu prehistorycznego złomu. Chodnik natomiast tętni życiem. Życiem podtrzymywanym przez miejski respirator, jadący na wózkach inwalidzkich, kulach, laskach, balkonikach. Starcze getto pełza w scenerii starczych budowli i czeka na ekipę wyburzeniową wysyłaną z ramienia Boga mającego chrapkę na rząd zgrzybiałych dusz. Miejski Oddział Geriatryczny – dystrykt Małe Garbary zajmujący kilka kamienic równolegle ciągnących się wzdłuż Grochowych Łąk, jest niczym innym jak najzwyklejszą trupiarnią mającą bardzo wysoki przerób zwłok. I z tego, co wiem to chyba bezkonkurencyjnie przoduje w mieście pod względem ilości zgonów na metr kwadratowy powierzchni. Wszystko tutaj umiera. Tutaj nie tylko ludzie przepływają przez Styks, ulegają reinkarnacji i czekają zmarznięci na łaskę bądź niełaskę świętego Piotra - alkoholika i narkomana stojącego na bramce rajskiego ogrodu. Niebezpieczeństwo czyhające na każdym kroku skutecznie odstrasza napompowaną pieniędzmi hałastrę pod krawacikiem, pozostawiając to jak i inne tego typu miejsca samym sobie. Żaden urzędas prawicowy, lewicowy, czy też ten środkowy nie do końca wiedzący, w którą skręcić stronę, nie ruszy pazernymi paluszkami przeklętych miejsc na urbanistycznej mapie miasta Know How. Co jak co, ale nikt nie postawi na szali własnego życia i zdrowia aby wykurzyć bandę stetryczałych pasożytów odprawiających VooDoo nad laleczkami politykierstwa z Ratusza i Placu Kolegiackiego. Starość nie radość ale przygotowywane i wypijane przez te tałatajstwo wywary z nagietka i Żebra Adama podczas nowiu podobno dają zdolności parapsychologiczne i mogą wyrządzić naprawdę wiele złego. Stare wiedzmy wraz z Gargamelami i drapiącymi Klakierami w pomieszaniu zmysłów odprawiają nocami pogańskie rytuały i lepiej nie wchodzić im w drogę. Dlatego jak tak spoglądam na pomarszczone kobieciny i byłych herosów przeżywających zmierzch swojego istnienia, to staram się przychylnym okiem odnieść się do tego czegoś, czym się stanę za kilkadziesiąt lat, jeżeli w ogóle dane mi będzie dożyć czasu przemieniającego mnie w strzęp człowieka, wyżerającego swoje trzy grosze z państwowego garnuszka. - No dalej wyłaź z tego sklepu – oglądam się za siebie, aby nie grzesząca świeżością szyba pokazała mi jak tam w środku sprawy stoją. Oczywiście nic nie widać i z niezaspokojoną ciekawości dalej ślęczę przed skupem świńskiego ścierwa. - Tej, masz fajkę? - zagaduje mnie jakichś dwóch buraków śmierdzących marihuaną zapitą piwnym sikaczem ze Sresco. - Nie, nie mam, nie palę – odpowiadam zaskoczony. - To się naucz żulu – burczą i ciągną dalej po chodniku przewracając wszystko to, co jest zdolne do zmiany pozycji przy użyciu niewielkiej ilości siły. - Debile – konstatuję drepcząc w miejscu. - Już możemy iść – charczy Jacuś trzymając kawałek parówki pomiędzy dziąsłami wspomagając nienapuszony żołądek siateczką wypchaną kawałkiem polędwicy. - No nareszcie ośle, chcesz, żebym tutaj korzenie zapuścił. - strzelam kipiącym oburzeniem - No, co, głodny przecież jestem. - To trzeba było nażreć się w domu, a nie pół rzeźnika obskubać i to jeszcze teraz!!! - Daj spokój. Dekiel tobie oklepali i nie możesz dojść do siebie, ale to nie jest powód, aby się tutaj na mnie wydzierać. - Żresz tylko to ścierwo i ani się nie obrócisz, jak będziesz leżał w szpitalu po zawale serca. - Póki co to ty musisz iść do konowała z opuchniętym garnkiem - odpowiada wskazując palcem na przechodnia o gabarytach ciężarnej słonicy. - Co?- spoglądam za palcem skazującym Jacusia. - A mi to nie grozi. Czynnie uprawiam sport, MPK jest moim wrogiem, a na własne cztery kółka jeszcze mnie nie stać, także sam widzisz w jak bardzo komfortowej sytuacji z Natalką obecnie jesteśmy. - Biedna Natalia, jak ona znosi to twoje wbijanie kłów w bogu ducha winne stworki. - A znosi znosi. Ja do jej marchewek się nie dostawiam, więc i ona daje mi spokój. Czasami tylko dla jaj wrzucę do jej warzywnej zupki kawałek ścierwa i śmieję się jak wiosłuje łyżeczką po talerzyku, zachwycając się płynną delicją he he. - Ale z ciebie cham. - A z ciebie człowiek prawy z nominacją do pokojowej nagrody Nobla. - Dobrze artysto, jeszcze zobaczymy kogo oliwa będzie bardziej sprawiedliwa. Idziemy wzdłuż budynków Starej Rzeźni skrywającej pod strzelistymi wieżyczkami finezyjnie postawionego monumentu małe firmy oraz przestrzeń dla artystów łasych na plenerową prezentację wytworzonego dzieła. Nie chcę mi się nigdzie iść, tym bardziej na Cytadelę, gdzie będę przymuszony do popadania w zachwyt nad gryzmołami Natalki kreującej się na nadzieję polskiego malarstwa współczesnego. Ta artystyczna amatorka kryjąca się za tytułami kółka wzajemnej adoracji uważa się za boże dłuto żłobiące nowy nurt pomiędzy oklepanymi tematami dla naturszczyków. Barany na państwowym wikcie pasą się w najlepsze przeżerając publiczną kasę pod pozorem kreowania estetyki oraz ezoterycznego kunsztu. Banda głupków, pijaków, alkoholików, ćpunów i narkomanów z ASP chce mi wcisnąć bohomaz nieudacznika o imieniu Porażka a nazwisku Darmozjad. I jeszcze muszę się nad tym gównem zachwycać i mówić jakie to och i ach, bo jak nie to zaraz zmieszają cię z błotem, a twoją wrażliwość zrównają z uczuciami nicienia ryjącego grudkę ziemi. - No to opowiedz wreszcie, co się tobie wczoraj przydarzyło? Jacuś nieświadomie wplątuje się pomiędzy wzburzone fale oceanu nienawiści, wzbudzając łaknienie połknięcia kolejnego nieświadomego artysty i uczynienia z niego topielca. - A masz ty gnido !!! - rzucam się z pięściami na zajętego trawieniem parówki Jacusia. - Tej ale.. - urywa upadając na chodnik, a ja razem z nim. - Dlaczego akurat ciebie musiałem spotkać na swojej drodze!!! - drę się, lekko klepiąc po torsie dzikiego w oczach przyjaciela. - Idioto, co się z tobą dzieje? Jacuś próbuje wydusić z siebie dezaprobatę dla moich poczynań, jednak z marnym skutkiem. - Wszyscy jesteście tacy sami. Łazicie i ględzicie, a wiesz co ja od dzisiaj robię z takimi jak wy? Spłukuję, jak gówno się w kiblu spłukuje i tyle po was zostaje, o tyle!!! - kreślę paluchem w przestrzeni cyferkę zero śliniąc się nad sprowadzoną do parteru ofiarą. Leżymy na środku chodnika dla pieszych obściskując się jak najczulsza para tragicznej wielkomiejskiej miłości. Aż cisną się na usta słowa: ''zostaw tą małą, choć ze mną, ja zawsze byłem w tobie zakochany, ale nieszczęśliwy los zmuszał w wielkim cierpieniu do ukrywania tego czegoś, co mam przygotowane specjalnie dla ciebie mój ty najsłodszy pączusiu''. - Złaź ze mnie dupku, bo dostaniesz jeszcze raz po gębie - szamoczącemu sie Jackowi w końcu udaje się oswobodzić, aby przejść do zasłużonej kontry. - Ej, poczekaj poczekaj!!! - wykrzykuję, leżąc na ziemi z łokciami kryjącymi twarz przed zaciśniętymi pięściami przyjaciela. - No co, dalej wstawaj na solówkę!!! - krzyczy chory na wściekliznę przyjaciel. Przez chwilę widzę w nim basiora wraz z całym procesem metamorfozy od postaci humanoidalnej do zarośniętej z wywalonym jęzorem i partią ostrych jak żyleta kłów. Jazda jak po najlepszych narkotykach i to bez ich zażywania w realu nie pozostawia nic do życzenia i wzbudza coraz większe pragnienie pogłębienia przeżywanych emocji. Popadając w coraz większy amok bóg wie skąd wygrzebanych wizji czaję, że stoję jak przedostatni palant i gapię się na szemrzącego coś pod nosem Jacka, w którym jak widzę jest coraz mniej mojego ukochanego przyjaciela. Dredy mu jakoś powypadały i cały obrósł kłaczastą szczeciną. Ryj mu się wydłużył, oczy przekształciły w takie tygrysie guziczki, a postura musiała dużo wcześniej zahaczyć o jakąś siłownię z kilogramem koksu do dmuchnięcia przed rozgrzewką. - Co jest grane - zastanawiam się uginając miękkie kolana pod ciężarem przerażenia nieuzasadnionej reakcji psychofizycznej. - Przecież nic nie brałem, nic nie brałem od tygodnia. No może taki jeden blancik dla kurażu a la lampka wytrawnego wina lub kieliszek wódki przed snem, ale to tylko tyle!!! Przysięgam na Boga i malutkiego Jezuska!!! Jacek obrasta w siłę wysysając ze mnie ostatnie resztki energii. Czuję, jak spala mnie wzrokiem i szykuje się do ostatecznego uderzenia. - Ja pierdolę, co jak co, ale takiego czegoś w kinie nie grali, a jak grali to chyba na tym nie byłem. Język mi się plącze i już chyba do końca nie kontaktuję co się dookoła mnie dzieje. Taśma odtwarzacza VHS pęka a przed oczami widzę stado miliardów biało czarnych mrówek. Teraz tylko czekać aż ci z Warszawy nadajnikiem wstrzelą się do mózgownicy z ekranem kontrolnym. Przynajmniej będę mógł sobie obraz skorygować. Mrówki ostro szaleją i jest ich coraz więcej. W pewnym momencie pojawia się szum gęstniejący z każdą upływającą sekundą. W chwili, kiedy osiąga apogeum głośności, wyskakuje czarny jak węgiel obraz, który po dłuższej chwili zaczyna się rozjaśniać. - Gdzie ja o tym czytałem? - zastanawiam się wertując w myślach opasłe tomy przełkniętej literatury, ale nic nie przychodzi mi na myśl. W tym czasie światło staje się coraz bardziej nieprzyjemne dla oczu więc zamykam powieki. Niestety bariera i tak zostaje przerwana przez nieznośny potok fotonów przechodzący przez cienką fałdę powieki. - Już wiem!!! - wykrzykuję ochoczo odnajdując w skołatanej pamięci prawdopodobnie fragment tekstu źródłowego będącego odpowiedzią na moje pytanie. - Tam było napisane, że te białe światło to tunel, przez który się przechodzi, jak się do nieba wybiera - odpowiadam sobie popadając w konsternację. - Ale co, ale jak, dlaczego??? Jeszcze jestem za młody, to nie możliwe, nie!!! - drę się i najprawdopodobniej ktoś z papy zaczyna mi skalpy ściągać, bo pali jak jasna cholera. Nie mogę już dłużej wytrzymać i ostatkiem sił stwierdzam, że biały tunel prowadzi także do piekła, chyba że na skrzyżowaniu źle skręciłem, ale na prostej to raczej nie możliwe. - To już koniec, Ave Maria. Budzę się na chodniku. Biała mgiełka powoli ustępuje dziennej światłości. Wszystko jest zamazane, nic nie kojarzę a fakty sprzed kilku sekund wyparowały jak kamfora pozostawiając po sobie niewytłumaczoną pustkę. - Co z tobą jest stary, żyjesz, czy już się tobie znudziło? - zapytuje stojący nade mną przyjaciel z kawałkiem kichy w gębie. - Czy już jestem w niebie? - Nie jeszcze nie. To nadal przystanek Ziemia i jak dobrze wiesz, tak łatwo stąd nie odfruniesz do wiecznej szczęśliwości - próbuje mi wytłumaczyć Jacek, który teraz wygląda jak najbardziej normalnie. - Wstawaj, dalej - nagabuje - Co się stało, nie wiem co się ze mną dzieje - pytam siebie, Jacka i cały wszechświat dostając w odpowiedzi bolesną pustkę. - Rzuciłeś sie na mnie, to ciebie odepchnąłem. Później stałeś w bezruchu i upadłeś na bruk. Ot cała zawierucha pod twoim wezwaniem - pretensjonalnie wyrzuca z siebie telegraficzny przebieg całego zdarzenia. - Chyba muszę iść do lekarza... a zdawało mi się, że to już koniec męczarni i uchylony mi został rąbek nieba - zamykam oczy przeciągając się na skąpanym w promieniach słońca miejskim bruku. - Dalej wstawaj, bo... - Jacek przerywa, aby odebrać trzeszczący w kieszeni telefon. - Dalej idziemy - dopowiada półszeptem - to Natalia. Wstaję bardzo powoli, niepewnie, sprowadzając ruch kończyn dolnych do mizernych odruchów niemowlaka dopiero co uczącego się stawiania pierwszych kroków po ziemskiej skorupie. - No zaraz będziemy... wiesz jaki on jest, zawsze gada i gada... byłem głodny... nie dla ciebie nic nie mam... tak jem to gówno po raz kolejny i dobrze mi z tym... - Co zaraz ja? Bo na pewno o mnie gadasz tym mały krwiopijco - mówię do siebie zataczając się na ostrym rauszu pseudo narkotycznego odurzenia z domieszką post alkoholowego kaca. Jakby na nas spojrzeć z boku z góry, czy nawet z dołu to z całą pewnością można by posądzić dwóch trepków o posiadanie żółtych papierów, a obecna sytuacja; biorąc za wykładnię aktualną czasoprzestrzeń, jest jakby to powiedzieć nieadekwatna do miejsca przebywania. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że na ulicy jak najbardziej można dostać po gębie, a w mieście tego no, jak on tam ma wielkiego rapera, to już chyba obicie kasty jest pewne. No dobrze, ale my jesteśmy prawie najlepszymi dalekimi znajomymi, a dalecy znajomi po mordzie sobie nie dają. Z drugiej strony ’’kto się lubi, ten się czubi’’ zatem można podciągnąć obicie kasty pod ’’czubienie się’’, ponieważ ’’czubienie się’’ jest pojęciem ogólnym, bardzo szerokim, mogącym zawierać różne formy fizycznego kontaktu, nie mówiąc już o psychicznym sponiewieraniu. - Ale co to mają być za rozważania??? - sam sobie przeczę i gadam od rzeczy. Do takiej gadki najlepszy jest Filozof ze stancji, ale ten narkoman to nie wiem, czy kiedykolwiek zaskoczy i wzniesie się na odpowiedni pułap myślowy, choćby owsika żrącego gówno. Mniejsza o to. W końcu to tylko taki przerywnik na czas rozmowy Jacusia z panienką. Przecież nie będę podsłuchiwał ich czułych słówek i szeptów. - Nie to nie... kurwa mać znowu tak samo gadasz jak wczoraj...o co tobie dziewczyno biega...no przecież już idziemy... to nie jest rozmowa na telefon... przecież cię nie zdradzam... Ruszamy się leniwie w kierunku Cytadeli. Ja na przedzie, a za mną Jacuś ze słuchawką puchnącego buraka przyklejonego do małżowiny usznej. Centrum zieleni miejskiej oficjalnie, a polubownie miejsce schadzek narkomanów, alkoholików, rowerzystów, biegaczy, gwałcicieli i artystów już z daleka stroi się w ciemną zieleń oplatając stelaże organicznych konarów krzewów i drzew. Zawsze chodziłem tam, jak chciałem się ostro schlać alkoholem i nie mieć problemów ze znalezieniem WC dla sików i rzygów poprzedzielanych rzadką konsystencją stolca. Wszyscy dobrze wiemy, jak to jest jak się ma osiemnaście - dziewiętnaście lat i głowę pełną najróżniejszych pomysłów. Nihilizm i destrukcja - któż przez to nie przechodził pijąc ukradkiem wino w lasku, przestawiając kubły na śmieci, malując na murach pacyfki, anarchie, przekreślone albo i nie przekreślone swastyki. To przecież kwintesencja młodzieńczego życia z finałem wielkich idei porzuconych na skraju drogi wyznaczonej przez krawacik i kołnierzyk trzymający się pod uszytym na miarę garniturkiem. Ja, jako emerytowany underground'owiec ustępuję miejsca innym świrom, przechodząc na zasłużony urlop. To już nie to zdrowie, przede wszystkim nie ta wątroba, w kościach coraz bardziej łamie a myśli epatujące nad kieliszkiem i butelką zaczynają dostrzegać trochę inne rzeczy. - No idziemy tam, idziemy tam, idziemy do Natalii – mamroczę bez ładu i składu w trakcie, gdy szum tężejącej dwupasmówki wycina co trzecie wypowiadane przez Jacusia słowo. Ten głupek próbuje jeszcze coś wskórać przy pomocy telefonu, dlatego mam dla was taką oto krótką historię związaną z miejscem, do którego się udajemy. Otóż pamiętam, jak byłem mały, to dziadek opowiadał o Cytadeli taką opowieść na fakcie, że po wojnie było tam dużo szczurów i okoliczni tubylcy bojąc się wybuchu epidemii zaczęli je masowo eksterminować. Podobno sześć kopiatych ciężarówek wywlekli stamtąd a i tak całego gangu nie udało im się wytępić. Kiedy już wydawało się, że poradzili sobie z problemem, jeden ze znajomych dziadka nieuważnie stąpając po zoranym od kul i bomb terenie wpadł do jakiejś głębokiej dziury i już nie wyszedł. Pomoc jaka nadeszła po kilkunastu minutach okazała się całkowicie zbędna za sprawą pozostającej przy życiu ostatniej szajki wygłodniałych gryzoni karmiącej się trupem przyjaciela. Dziadek wspomniał, że nie było co po nim zbierać a szczury nie pozwoliły dojść do ciała, zanim nie oskubały szkieletu z wybornego ludzkiego mięska. To musiało wyglądać naprawdę ohydnie i tylko mogę dziękować Bogu, że nie wyszedłem na świat w okresie wojennej jak i powojennej zawieruchy. I my właśnie teraz tam zmierzamy. Do byłego królestwa gryzoni będącego obecnie pod kuratelą spacerowiczów, sportowców, żuli i innych dziwnych ludzi. Wertując zakurzone szufladki puszki mózgowej spoglądam raz po raz na Jacka człapiącego kilkanaście kroków za moim tyłkiem. Łeb spuszczony sugeruje jak najbardziej pozytywne zakończenie burzliwej konwersacji z Natalią. Ale nic mi do tego, dlatego szybko czmycham na ostatnich światłach pomiędzy pędzącymi karocami i zatapiam ciało w zieleni miejskiego parku. - One tam są, tam są!!! – pokazuje paluchem w kierunku dwóch punkcików znajdujących się niedaleko Dzwonu Pokoju i Przyjaźni Między Narodami. - Że też dalej usadowić się nie mogły te studenckie bździągwy – jęczę spoglądając na niczym nie wyróżniający się horyzont zarośniętej przestrzeni. - E tam, nie przesadzaj, przecież już jesteśmy na miejscu, pogadamy sobie i zobaczysz, że będzie bardzo fajnie – podsumowuje wyprzedzając mnie w pośpiechu. - A leć sobie do motylka. Ty oczywiście możesz, a ja jak taki osioł idę za Tobą pełen wiary i nadziei w nie wiadomo co. Mój egocentryzm wypływa każdą szczeliną ciała pożerając i wypluwając otaczający krajobraz. Chce mi się rzygać na myśl o spotkaniu z Natalią ze względu na nie sprzyjającą aurę. Telefoniczne rozczarowanie Jacusia daje duże wyobrażenie pustosłowia tam panującego. Ale jak już idę, to idę - bardziej z kurtuazji niż z chęci, choć jakaś chęć mi towarzyszy, ale Natka skutecznie ją ze mnie wypruwa. Dochodzimy do dziewczyn a one ani cześć, ani pocałuj mnie w tyłek. Poustawiały sobie te święte ołtarzyki i bazgrają pierdoły myśląc o wielkiej karierze w sztuce. - W życiu bym waszych wypocin na ścianę nie powiesił, rozumiecie!!! - tłukę w myślach litanię na ich obojętność. Choć niektóre malunki Natalki są naprawdę spoko, to teraz wszystko jest do dupy i nie zdobędę się ani na jedną pochwałę powstających płócien. - Cześć, jak tam marnowanie farby??? - zagaduję jako pierwszy, uderzając w zapracowaną dwójcę. Oczywiście riposta to milczenie i kwaśny wyraz twarzy Natalki szurającej pędzelkiem po powierzchni materiału. Jacek szwenda się dookoła dziewczyn, jakby nie wiedział co z sobą zrobić. Pokorny z niego piesek i na pohybel mu z tym, dlatego pewnym krokiem podchodzę do sztalugi Natalii koleżanki i ciętym okiem spoglądam na pomazaną powierzchnię. - Co to jest? - pytam nie mogąc ukryć śmiechu przed plamą na którą składają się wszystkie odcienie szarości. - To jest marność - odpowiada niepewnie, przerywając pędzlowanie. - Ale gdzie tutaj ta marność? - Ej, daj jej spokój - bezceremonialnie wtrąca się w nasz dialog Natalka. - No ja tylko się pytam, co tutaj będzie. - Przeszkadzasz. - Ale ja chcę tylko zrozumieć sens zaistnienia tego czegoś na tym czymś. - Przeszkadzasz nam!!! - Ale??? - zawieszam się w pół słowa, zastanawiając się, po co ja tutaj właściwie przywędrowałem. - Jacek, weź mu powiedz, że jak chce gadać, to do drzew, ewentualnie do pieska lub kotka. Spoglądam na Jacka, a ten palant z miną, jakby miał zaraz puścić pawia spogląda na mnie. - No co za śmierdziel, jeszcze niech do mnie wystartuje z pretensjami - myślę sobie, ale nic takiego się nie dzieje, dlatego redukuję swoje zapędy, dając spokój koleżance Natalii. - Przez wzgląd na stare czasy, kiedy staraliśmy się być razem, ale nam nie wyszło - szemrają mi myśli o przeszłości w których Natalia przewija się nad wyraz często. To było, kiedy Jacek był dyskomułem, a ja mieszkałem w czymś podobnym do squatu i miałem wszystko głęboko w dupie. On faszerował się białkiem i latał w białych rękawiczkach, natomiast ja wlewałem w siebie tony gówna, po którym wątroba nadawała się tylko do wymiany. Moje love story z Natalią trwało niecałe pół roku, w którym to czasie ja kąpałem się w rynsztoku, a ona mnie z niego wyciągała i tak w kółko. Kiedy tankowałem tanie wina i naleweczki z Sresronki za nie całe trzy i pół polskiego złotego i w najlepsze oddawałem się uciechom człowieka nabuzowanego alkoholem, ona po kryjomu wychodziła i zaczęła zadawać się z tym ziomkiem Jackiem. Nie wiem dlaczego to zrobiła. Z zazdrości, czy nienawiści o wódkę? A może tak po prostu przestała mnie kochać? W każdym razie nasz rozłam okazał się faktem. Powody mnie nie interesowały. Wracając do Jacusia, to jeszcze mu mleka spod nosa dobrze mamusia nie wytarła, a on już przeciwko mnie wytoczył oręż i co tu dużo mówić - odbił mi panienkę. Nie pamiętam, pomiędzy którą butelką Natka powiedziała goodbye, ale stało się to praktycznie z dnia na dzień. Był to najgorszy kac w moim życiu i długo znosiłem rozłąkę. Kupiłem nawet kwiaty, laurkę z przeprosinami i inne duperele rozmiękczające serduszka ułożonych damulek, ale niestety i to nie pomogło. Rezygnując z miłości do Natalii popadłem w nienawiść do Jacka i za cel obrałem sobie rozkwaszenie jego narkomańskiej gęby o krawężnik. Chodziłem tu i tam, drepcząc mu po piętach i kiedy już wydawałoby się, że mam go na wyciągnięcie ręki, on gdzieś umykał i tyle z niego miałem. Po drugie spożywany alkohol nad wyraz skutecznie przeszkadzał mi w rozprawieniu się z maminsynkiem, blokując pięści, marzeniami zmierzające w kierunku jego facjaty. Miałem parę okazji na dokopanie gogusiowi, ale niestety zamiast rękawic bokserskich, w dłoniach trzymałem jabole, świętując tryumf po ociekających zarzyganą samotnością kiblach. W tym czasie Jacuś zdążył się zmienić i z disco dzieciaka wyrósł na intelektualistę zlizującego wiedzę z profesorskiej katedry. Ja także się zmieniłem, dzięki czemu koleżka nie poczuł pięści na papie. Tak zostało i trwa to po dziś dzień. Wybaczyłem Natalii i Jackowi, dając sobie spokój w dziecinną zabawę. Ale teraz jesteśmy ukryci w miejskich zaroślach i coś jest nie tak. - A powiedz, co się tobie stało, bo ciekawość chyba mnie zaraz w całości pożre? - zagaduje Natalia celując palcem w moją twarz. - Co mogę tobie odpowiedzieć - zastanawiam się przez chwilę - znalazłem się w złym miejscu, w złym czasie i poniosłem tego konsekwencje. - Czyli nie wiesz, kto i za co ciebie sprał? - Gdybym wiedział, to by mnie tutaj nie było - odpowiadam pewnie i myślę o zmianie tematu, zanim czarne dziury na obolałej twarzy ostatecznie mnie pochłoną. - Macie coś do picia? - pytam pospiesznie. - No jak, przecież to wy mieliście coś przynieść - wycedza Natalia. - Jak to my? - Mówiłam Jackowi przez telefon, żebyście coś zabrali ze sobą, no nie? Natalia spogląda na czerwieniącego się Jacusia. Kiedy mój wzrok dołącza do dziwiących się oczek dziewczyny, dredziarz sinieje i bez żadnego słowa, machając witkami pospiesznie kieruje się w stronę miasta. - No co za buraczany łeb, najpierw mnie wyciąga na jakieś spotkanie, z którego i tak nic pożytecznego nie wyniknie oprócz wypicia kilku browarków, a ten jeszcze zapomina o meritum spotkania - tłukę Jacusia w głowie rozemocjonowanymi myślami, zerkając złowieszczo na odchodzącego kompana. - Dla mnie jedno! - woła koleżanka Natalii. - Ja chcę także jedno - dołącza się moja była. - No, a ja chcę pięć - wyrzucam z siebie Jacuś pomyka co sił w nogach i chyba wiem co czuje, jednak nagrzeszył, a ten kto nagrzeszył musi ponieść odpowiednie konsekwencje. Niech się cieszy, że karą jest tylko wyskoczenie po browarka, a nie rzeźniki, zrobienie dżipa, czy też inne cielesne okaleczenia. - Dałeś dupy stary i teraz muszę tutaj siedzieć z tymi dwoma kwokami - spoglądam na artystki i pomyśleć, że z jedną z nich kiedyś orałem miejskie chodniki, zaułki i skwery. Milczą to i ja milczę. Siadam na szklistą trawkę prażącą się w świetle popołudniowego słońca i nie zwracam uwagi na ciała skrywające się za płóciennym poszyciem blejtramy. Coś tam do siebie bredzą, rzucając pojęciami z kosmosu i tylko zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie żrą farby jak ten jeden malarz, co wpierdalał tonami kolorowe tubki i później tworzył wielką sztukę przez małe ’’sz’’. Banda darmozjadów i tylko ich nieróbstwo trzyma przy życiu te pokraki, a mnie nastraja do bycia zagorzałym malkontentem artystycznej rzeczywistości. - To opowiesz coś więcej, czy dalej będziesz siedział i udawał terrorystę - wychyla się zza ramy Nati, której coraz bardziej mam zamiar palnąć soczystą wiązankę słodziutkich epitetów. - A co chcesz wiedzieć? - Wszystko - Dostałem po ryju i tyle, zresztą już ci mówiłem. To chyba nic szczególnego w wielkim mieście. - No, w gazecie o tobie raczej nie napiszą. - E tam. - Chyba, że dostaniesz nożem pod żebro, to wtedy możesz liczyć na krótką notatkę w kronice policyjnej jakiegoś szmatławca. Ale z niej mądrala. Dopierdala mi pewnie przez to, że kiedyś z nią chodziłem i na moje szczęście, po niedługim czasie posrał się nasz związek. - A co tam malujecie. - A malujemy sobie, jesteśmy w pracy. - Sracy, nieroby zasrane - myślę sobie spoglądając na drżące pod naporem pędzla płótna. - Hmm, ale to na wystawę, czy tak dla siebie? - My nie możemy powiedzieć. Nie Nati? - odzywa się koleżanka. - No nie możemy - potwierdza niemrawym głosem. Zapada milczenie, przez które przebija się szelest bezwiednie zwisających liści. Zamykam się w sobie i nie zamierzam już więcej połykać słownej mizerii. W oczekiwaniu na alkoholowy płyn zawieszam wzrok na koronach drzew czeszących niebieski horyzont i odpływam na bladej chmurce fantazji. Liczę ptaki - raz, dwa, trzy, cztery, pięć i pół, sześć i trzy czwarte... Liczę ludzi, jeden, trzy, pięć i jakaś nie do policzenia grupa, której dałbym tak na oko liczbę sześć. Liczę liście - bilon, sto dwadzieścia osiem miliardów, trzysta dwadzieścia cztery miliony... Liczę mrówki - tutaj jednak ich nie policzę. Włosy mi rosną i paznokcie także rosną, skóra się marszczy i jestem coraz starszy, włos siwieje, kiedy jesienny wiatr już wieje, grabarz podciąga nosem, kiedy w lustrze widzę kosę i trumna już gotowa, czy to lato, jesień zima, piach ją pożarł, a wraz ze mną skrzynkę pełną złocistego piwa. - Mam, mam, jestem, ma, już mam, no ile mnie nie było, no ile, chyba bardzo szybko to załatwiłem? - Kurwa, nie przeszkadzaj mi w pisaniu poezji dupku - myślę sobie zerkając na hojnie obdarowującego Jacusia. - A proszę to dla ciebie i to dla ciebie, czy długo czekałyście? - Nie Jacusiu. - Czy za mną tęskniłyście? - Tak Jacusiu. - O byłbym zapomniał o tobie, proszę - wreszcie mnie zauważył głupi kapiszon. - Ale dlaczego jedno, miało być pięć, five, fűnf, piat - pokazuję wszystkie palce dłoni - O tyle, kapujesz! - To dla twojego dobra - odpowiada zaskoczony moimi pretensjami. - Dla jakiego dobra? - No dla twojego. - Nie jesteś moją matką, aby martwić się o to, czy to jest dobre dla mnie, czy też nie. - Ale pamiętasz, jak kiedyś się stoczyłeś i tobie pomogliśmy. - Jacy, kto, masz na myśli siebie i słodkiego kurczaczka? - Nie mów tak na nią! - Dajcie spokój - podłącza się Natalia. - Liczyć nie umiesz, a co gorsza bawisz się w mamusię i tatusia. - No daj spokój, nie miałem tyle kasy przy sobie. Właściwie to mogłeś mi dać. Baran i tyle. Nie dość, że człowiek za idiotą całe wieki czeka, to on jeszcze nie przynosi obiecanego towaru i stroszy piórka. Mogłem tobie kastę obić, jak odbijałeś mi dziewczynę, ale zachowałem się honorowo i oddałem ją tobie błagając, abyście sobie wreszcie poszli w jasną cholerę. A tutaj proszę no proszę - nagle wielki come back, przyjaźń, więzy krwi i te sprawy, a ja z obitą mordą staję się motorem inwektyw i personą non grata. - Dobra, luz - jęczę do oprychów dziwiąc się sobie, że uczyniłem tak szlachetny gest. Draństwo pomija to milczeniem i zabiera się do chłapania, gadania, śmiania. Jeszcze im tylko postawić lunapark z rollercoasterem, domem strachów i budkami strzelającymi popcornem. Popatrz no popatrz na samca Jacusia, jaki z niego kogucik dbający o kurki na wybiegu. A ze mną to już nikt nie porozmawia, nie pocieszy, nie poklepie po plecach i nie wesprze w bolesnej chwili. Nawet mi piwo nie wchodzi w miejscu w którym upijałem się do nieprzytomności. No, co to ma być? Jakiś czar na mnie rzucono, czy co takiego? Nie wytrzymuję lekkości i swobody zawieszonej w powietrzu, dlatego porzucam puszkę napoczętego piwa i kieruję się do domu. Jak na jeden dzień, to zbyt dużo niepochlebnych wrażeń, dlatego nogi prowadzą mnie tam, gdzie mają prowadzić, a oczy i uszy są głuche na pytania seksualnego trójkąta mającego teraz dla siebie całą Cytadelę. - Nigdy więcej z burakami nie chcę mieć nic do czynienia - mówię sobie wpadając na ulicę Armii Poznań. Chodnikowy zawijas przecinający zebrą asfaltową czerń prowadzi mnie prosto na skrzyżowanie Puławskiego z Winogradami, skąd rzut beretem do pijackiej norki. Myślę o Jacku - burak, myślę o Natalii - też burak, o koleżance Natii w ogóle nie myślę, ale za wiele bym jej nie dał. Chodnik całkowicie opustoszały, natomiast droga jest jedną wielką rurą wydechową dla wyrośniętych chłopczyków co za młodu kirali benzynę z baku Komarka czy tam innej motorynki. - Wzrost PKB w portfelach zmotoryzowanych widać gołym okiem i niedługo zlikwidują chodnik na rzeczy wybudowania trzeciego pasa ruchu, co mi jako zatwardziałemu użytkownikowi kończyn dolnych za bardzo się nie podoba. W połowie drogi mijam plakaciarza i spoglądam na koncertowe newsy okalające uliczną latarnię. Oprócz posterów dwóch szmatławców grających disko polo i ekipy panów nacechowanych ciągotami do sceny z rurką przy której obnażają dumę przed gronem dzianych dam, widzę coś trochę ciekawszego. Jutro koncert zespołu Babilon i jakichś dwóch nie wiadomo jakich suportów o dziewiętnastej w knajpie U Bazyla. Plakat nawet ciekawy graficznie, dlatego reaguję nad wyraz pozytywnie. Tych pierwszych to słyszałem nawet w radio. Taką jakaś muzykę grają, wszystko na jedno kopyto i w kółko tak samo, ale w ogólnym rozrachunku nie jest aż tak najgorzej. Przynajmniej są w tym dobrzy i nie smęcą jak połowa tego miasta, więc chwała im za to. Pozostałych nie znam, ale mogę poznać i chyba jutro tam się wybiorę. Tylko z kim? Tylko nie sam, ja nie chcę sam, ja muszę z kimś. Nie z Jackiem, bo mnie dzisiaj uszczypnął. Pomimo większej ilości wad niż zalet, nie chcę się z nim męczyć na rasowej imprezie, dlatego lepiej będzie, jak przez parę dni nie będziemy siebie nawzajem oglądać. Zastanawiam się oprócz niego z kim jeszcze mógłbym tam pójść, jednak nikt mi nie przychodzi do głowy poza Jackiem będącym bleee i Tomaszem – krawaciarzem, z którym za starych dobrych lat nie jedno winko przełknąłem i na nie jednej imprezie puściłem pawia. Ale on teraz przecież dla korporacji pracuje i ma w dupie mnie i wszystko to, co wspólnie przeżyliśmy. Piszemy tylko do siebie od święta, a jego numer telefonu jest najrzadziej używaną plątaniną cyfr przeze mnie. Już prędzej Mc Sronalld's do mnie zadzwoni z ofertą pracy, niż ja do niego. Ale może właśnie teraz warto zaryzykować? Nie wiem, nie teraz. Pędzę co sił w nogach do domu, szybko, szybko do domu. Wpadam na podwórko, otwieram drzwi, rzygi wypływają na klatkę schodową. O fuck, o fuck, o fuck!!! - Co te głąby najlepszego narobiły??? Nie zastanawiam się, nie ma czasu. Szybko daję nura w żołądkowym produkcie obiboków. Przepływam kraulem korytarz i ostatnim tchnieniem sił chwytam klamkę drzwi do mojego pokoju. Otwieram i wraz z niestrawioną papką wtaczam się pomiędzy prześcieradło a kołderkę, pływając cały w organicznym gównie leserów. - Niech to już się dzisiaj skończy - błagalnie proszę. - Mówisz, masz - ktoś odpowiada i światło gaśnie.
IV
- Bo zupa była za słona!!! - skomli do mnie na wpół przytomny Tomasz - krawaciarz, pracownik korpory zajmującej się sprzedażą mieszkań zbudowanych z dykty i papieru w wersji de lux. Oferowane przez niego nieruchomości, są jak to się w żargonie branżowym mówi, bardzo hi-end'owe i nie podlega dyskusji, że ich zadaniem, to znaczy tych nieruchomości, jest odtłuszczenie co bardziej majętnych portfeli ze zbędnego balastu. Jak już przy pieniądzach jesteśmy, to ja od pewnego czasu mam żmijkę w kieszeni, w której noszę majętność nikczemnego żywota i nie jestem skory do wydawania miedziaków. Bo ten sklep nie płaci tak jak powinien, bo jeszcze muszę iść do lekarza po L4, bo zapewne chcą mnie zwolnić na rzecz nie wymagającego żadnych opłat dodatkowych studenciaka. Zawsze jest jakieś ’’bo’’, zawsze jest jakieś ’’ale’’ i tak nie do końca jest to spowodowane brakiem kasy, co niczym więcej, jak tylko przepoczwarzaniem się w centusia poznaniaczka. ’’Bo z kim przystajesz, takim się stajesz’’ zapisane jest w prozie życia każdego z nas. No dobra, ale koniec tego smarkatego malkontenctwa, w którym więcej obłudy niż szczerości i prawdy. Tomek zachlał i to ostro zachlał. Zachlał z bólu serca po stracie. Nikt mu jednak nie umarł, stało się natomiast coś o wiele gorszego. Gorszego zdaniem Tomasza, bo moim zdanie to figa z makiem. Figa z makiem dopóki dopóty nie poleje się krew, a tutaj krew się nie polała (jeszcze nie???) więc dlatego figa. Tomasz zadzwonił do mnie bardzo wcześnie rano z prośbą o możliwość jak najszybszego spotkania się. W pierwszej chwili niebywałe zaskoczenie, w drugiej myśl, że jednak wczoraj o nim sobie rozmyślałem w kontekście wyjścia na koncert i małego co nieco, w trzeciej - jakby mu powiedzieć, że jednak nie chcę się z nim spotkać, ale zapraszam na wspólne wyjście do knajpy, w czwartej chwili już pukam do jego drzwi i wszystko staje się jasne. - Odeszła i chuj, odeszła ode mnie, gdzie jest wódka??? Teraz mi tutaj będzie jęczał, a jak Tomaszek się nakręci to całkiem długo potrafi jęczeć o swojej niedoli. - Odeszła, tak sobie odeszła, poszła w długą, puściła się i nic mi nie powiedziała. - Czekaj! Powiedziałeś, że odeszła, a nie zdradziła. - Jeden pies, czy zrobiła to, czy coś innego. Liczy się fakt kapujesz, ona ODESZŁA!!! Co za jęczy morda. Wczoraj tamci ostro zaszli mi za skórę, a dzisiaj ten burak będzie starał się we mnie wzbudzić żal. A mogłem z samego rana wpierdolić Filozofowi za jego niekompatybilność z otaczającą rzeczywistością. - No rozumiem ciebie. - Odeszła, po prostu poszła o tędy, później tamtędy, a na końcu tam. - Czekaj, poleję kielicha. - Już jej nie ma... Chyba się muszę ostro schlać, żebym z nim wytrzymać. Co za baran, a ona nie lepsza. Zostawić kolesia z kasą to dzisiaj samobójstwo w biały boży dzień. - Ona... już jej... - Kolo ma tyle kasy i jest bałwanem, ale ona jest głupsza, niż ustawa przewiduje. Tyle siana i porzucić kurę znoszącą złote jaja. Kiedy kryzys, kiedy brak pracy, kiedy dyplom i dziesięć języków nie ratuje przed brukiem, miotłą i wpisem na listę bezrobotnych. - Ja nie wytrzymam... - Głupia idealistka, której poprzestawiało się w głowie. A może feministka, co myśli, że może sobie pogrywać i znaczyć coś więcej, niż przyjęte przez ogół społeczności znaczenie. - Dlaczego, kurwa dlaczego ... - A dlatego, że jesteś głupi i tyle. Myślisz, że one tylko na pieniądze lecą. No to tutaj się grubo mylisz. - Ale ona odeszła... - A co miała zrobić patrząc na buraka robiącego z siebie tylko i wyłącznie maszynkę do zarabiania pieniędzy. - Jaką maszynkę. - Czekaj, najpierw strzał, na zdrowie, niech się tobie odmieni w głowie. - Eeee... - Uuuu ale wykręca paszczę, co to jest za gorzałka. - Miętówka. Od mamy dostałem, jak ją na wiosce byłem odwiedzić. Wiesz, tam to całą infrastrukturę razem z ojcem pobudowali i wieczorami pichcą ce dwa ha pięć o ha. - Całkiem przystępne to ogniste dobrodziejstwo. - Następnym razem, jak pojadę to przywiozę więcej tego. Teraz mi jakoś tak poskąpili, bo w magazynku rezerwy, komuś przyobiecali, a i mnie tak rozpijać nie chcą. - No, no, ale jak pojedziesz to daj cynk. Byłbym w stanie kilka buteleczek zakupić w ramach wspierania produkcji regionalnej. - Będę pamiętał. - A wracając do twojej byłej, to mogę się z tobą tylko napić i tyle. - Wiem. - Nie jestem psychologiem, nie jestem filozofem, nie jestem panem z MOPS’u, urzędu... - Wiem. - Nie jestem murarzem, tynkarzem, ślusarzem... - To także wiem. - Nie jestem księdzem, zakonnicą, papieżem... - Dobra, już wystarczy, wiem, że nie jesteś. - Mówię to tylko dlatego ponieważ chcę, abyś zrozumiał, że tobie nic nie poradzę i niestety twój los sprowadza się do powzięcia samotnej podróży po bezkresie oceanu goryczy w łupince orzecha włoskiego. - Hmmm. - Ja mogę się z tobą tylko wódki napić, a mówiąc prościej to musisz liczyć sam na siebie i tyle w temacie. - Po alkoholu zawsze gadasz normalnie. Siedzę i patrzę na Tomasza starającego się za wszelką cenę utrzymać fason. Oczka podkrążone, nosek zaczerwieniony, policzki zapadnięte, w pomiętej koszuli, spodniach i marynarce; rozkleja się coraz bardziej. Co jak co, ale brak kobiety zawsze widać u mężczyzny. Samiec może to ukrywać, może się zarzekać, może nie przyznawać racji i bronić się rękoma i nogami. Ale jakby tak zestawić samca z kobietą i tego samego samca bez kobiety, to nie trzeba być wytrawnym obserwatorem, aby zauważyć kardynalne zmiany. - Ona odeszła… - Odeszła Tomciu odeszła, jeszcze raz twoje zdrowie. - Odeszła… - Wiesz dawno ciebie nie widziałem, dawno z tobą nie gadałem, wczoraj o tobie myślałem i po ryju dostałem. - Ona odeszła… - Jacuś, no to już wiemy. - Odeszła… - Może poleję? - Odeszła… - No to poleję wódeczkę. Biorę butelczynę i rozdzielam płyn pomiędzy dwie moczymordy. Jedna moczymorda jest już praktycznie sprowadzona do parteru. Druga moczymorda dopiero rozpoczyna ostre pikowanie poczerwieniałym kinolem w kierunku szkiełka namaszczonego wysokoprocentowym balsamem. - A mówiłem tobie, jak wczoraj zdzielili mnie po gębie? - Że co??? - No wczoraj po robocie chciałem wpaść do Jacka, ale niestety nie udało mi się, gdyż jak sam widzisz dostałem po ryju. - No co ty stary? - Spójrz na mój poharatany ryj. Chyba widać odstępstwa od normy. - Nie, czekaj no chwilkę, ale ja… - Co, aż tak źle wygląda, że ci mowę odjęło? - Nie, ja myślałem, że ty tak masz… - Co mam? - No to na twarzy, to u ciebie takie normalne, tak sobie pomyślałem, jak zobaczyłem ciebie w drzwiach. - Nie, dziary na twarzy jeszcze nie zamierzam sobie robić. - Sorry, tak dawno się nie widzieliśmy, tyle spraw obok nas się wydarzyło, a teraz nagle siedzimy tutaj i wspólnie pijemy wódkę. - No to czas najwyższy na wspólnie spotkanie i wypicie. Sięgam łapskiem po butelkę i czynię kolejne rozdanie w alkoholowym pokerze. Tomasz mieszka w apartamencie ofiarowanym przez firmę dla pracowników z pionu handlowego, opływając w lukrze snobistycznej etykiety. To, co dla mnie jest nie do pomyślenia, dla niego jest chlebem powszednim, którym codziennie karmi łakome ciało. Tam, gdzie ja za żadne skarby świata nie wsadziłbym dłoni, on bez najmniejszych skrupułów to czyni, wydzierając dla siebie jak największy fragment z handlowej transakcji. - Co to w ogóle ma być, co ty z siebie oszołomie robisz, ty małpo na usługach bezdusznego systemu – tłukłem mu do łba kilka lat temu, jak jeszcze wspólnie prowadzaliśmy się po knajpach, melinach, koncertach w przepompowującym mamonę sercu wielkopolski. Tomasz był ze mną i wydawało mi się, że zawsze tak będzie, że zawsze będziemy ekipą zdolną przetrwać wszystko. Niestety życie bardzo szybko rozdmuchało kłębiaste obłoki marzeń, na których swobodnie płynęliśmy, sprowadzając beztroskie ciała boleśnie na skostniałą ziemię. Tomasz podwinął ogon i z dnia na dzień zmienił otaczając go rzeczywistość. Jak z nim gadałem i pytałem dlaczego teraz nie ma czasu, nie chce nigdzie wyjść, dlaczego nie chce ze mną porozmawiać; odgrażał się, że to wszystko i tak nie ma sensu, nigdy nie miało i mieć nie będzie, że takim zachowaniem nic nie tworzymy, że żyjemy we własnej obłudzie, z której o krok do rynsztoka i wielkich rozczarowań. Tomek tak po prostu z dnia na dzień zniknął, pozostawiając po sobie ropiejącą ranę, z którą przez długi okres czasu nie potrafiłem sobie poradzić. Zawsze w takich wypadkach najlepszym lekarstwem okazuje się czas, dlatego kolejne dni mojego życia upływały pod znakiem detoksu z toksycznych emocji. Kiedyś, jak wracałem z libacji alkoholowej, spotkałem lalusiowatego chłopaczka na mieście. Był w towarzystwie nieznanej panienki, z którą maszerował miejskim trotuarem w otoczeniu wypchanych toreb i torebeczek. Kiedy go zobaczyłem, a właściwie poznałem w nim Tomasza, za późno było na jakikolwiek odwrót, ucieczkę, nałożenie kamuflażu, zapadnięcie się pod ziemię. Zarówno on jak i ja znaleźliśmy się w dość krępującej sytuacji, w której czysta kurtuazja nakazywała zareagować na siebie. Oprócz standardowego zapytania o to, co słychać, uśmiechnęliśmy się do siebie zdawkowo i czym prędzej oddaliliśmy skrępowane ciała. - Pamiętasz to? - Co? - Jak spotkałem ciebie sto lat temu na ulicy. Wtedy jeszcze jeździły karoce, a konie srały gdzie popadnie. Ty jechałeś zaprzęgiem z jakąś laską, a ja akurat byłem w robocie; sprzątałem łajno z ulicy, aby kopyto twojego rumaka nie ugrzęzło w kupie innego koleżki. - A no tak, pamiętam, to chyba na Dąbrowskiego było, przy Rynku Jeżyckim. - No dokładnie, wtedy ostatni raz ciebie widziałem. - Ojej, naprawdę wtedy? - Pięć reinkarnacji zdążyłem odbyć. - Byłeś brudny, śmierdziałeś piwskiem, rzygami i straszyłeś wszystkich dookoła. - Wracałem z imprezy. - Ty wtedy w ogóle zawsze wracałeś z imprezy. Twoje życie było jedną wielką imprezą. - A co, zazdrościsz? - Nie, współczuję. - Czego, stary życie jak w Madrycie. Nic tylko hulanka i swawola trzymają mnie na ziemi pełnej buraków takich jak ty. - Znaczy się, weź się lepiej napij, to ci pomoże. - Zaraz się napijemy, a wracając do tematu, to nie wiesz co tracisz Tomku, naprawdę nie wiesz. - No niby co. - Wolność, rozumiesz wolność. - Jeżeli to nazywasz wolnością, to jednak nie zamierzam być wolny. - Jezu, stary, przecież tylko tak gadam sobie od rzeczy. - Spadaj na drzewo baranie. - Ooo!!! A to za co, ugryzłem? - Nie mam dzisiaj humoru do wspominania przeszłości w szczególności z twoim udziałem. - To po co jęczałeś, abym przyszedł do ciebie. - Chcę się z tobą po prostu napić wódki. Tomek tym razem przejmuję szklaną batutę i zaczyna dyrygować pijackim okrętem zmierzającym prosto w serce wykluwającego się z porwanych mas powietrza huraganu. - Wiesz dużo się pozmieniało od ostatniego razu... - Kiedy to było - myślę sobie widząc, że mimowolnie Tomasz sam zaczyna to, co przed chwilą uciął. Zresztą o czym tutaj gadać. O przeszłości najprościej. - Pracuję w handlu, a tam nie ma miejsca na skrupuły. Wszystkim kieruje pieniądz. Jak go masz to jesteś w porządku i ciebie lubią, jak go nie masz jesteś kawałkiem śmiecia, którego szybko się pozbywają. - Wiem - odpowiadam słuchając schludnej wypowiedzi. - Tam stary nie miałbyś szans. Ty, Jacek, Natalia, wszyscy odpadlibyście na starcie. Niezależnie od wiedzy, liczy się charakter. Nie wiesz, jak ta robota ryje dekiel - No nie wiem, cały czas w tym pierdolonym markecie zasuwam, a na horyzoncie bez zmian. - Polej mi kielicha. - Sam sobie polej i mi też szczurku. - Co? - Głupio się nie pytaj, tylko polej. Pijesz dzisiaj za moje, więc nie dyskutuj. - No dobra - myślę sobie opróżniając szkło z ostatnich kropelek matczynego wiktu. - Szczerze, to nie lubię takich jak ty. Wszyscy jesteście tacy sami, myślicie tylko jak kogoś oskubać z kasy i nie macie w tym żadnych skrupułów. - To jest właśnie biznes. Na zdrowie takim zasrańcom jak ty, do których dobierzemy się jutro. - A pomyśleć, że kiedyś byłeś całkiem spoko kolesiem. - Nich się tobie nie zbiera teraz na sentymenty. Już ci mówiłem, że nie lubię, jak ktoś przypomina mi jaki byłem. Liczy się to, jaki teraz jestem. Historia jest martwa, tamten Tomasz jest martwy, rozumiesz! - Tylko spokojnie, stwierdzam fakty - uspokajam podekscytowanego koleżkę. - To już nie stwierdzaj. - A co mam robić? - Pić! - Przecież to robię, ale co oprócz tego. - Nic, tylko w tym jesteś dobry. - Ok. - A tamta laska, co wtedy mnie widziałeś z nią to była całkiem w porządku. Tylko że leciała właściwie tylko na kasę. Ja ostro zapierdalałem i bawiliśmy się w taki ala sponsoring. Ten nygus tylko wyciągał ode mnie kasę i potrafił się ładnie ubrać. Rozumiesz, ja zapierdalam ile wlezie, a ona przeżera moje siano i mówi mi, że się mało o nią staram. - Może nie chodziło jej tylko o kasę? - A o co mogło chodzić. Kupiłem ją i tyle. Poleciała na szmal, a jak zamknąłem kurek to, proszę ja ciebie, z dnia na dzień przestała się do mnie odzywać. - Wiesz co, denerwuje mnie twoja zarozumiałość i materialne podejście do człowieka. - Oj, co ty mi nie powiesz. A myślisz, że jacy są ludzie? - Różni. - Buahahaha... co ty wiesz o ludziach. Ja ich codziennie setkami kupuję, setkami sprzedaję i mam głęboko w dupie to wszystko. Dla mnie to tylko szara, nic nie znacząca masa z której tworzę swoje małe dzieła sztuki. - Dobrze panie architekcie. - Z tobą, jakbym chciał to też bym mógł wiele zrobić. - Chcesz mi opchnąć jakąś tancbudę? - Nie, ale tylko dlatego, ponieważ jesteś moim przyjacielem. Mam opory przed wciskaniem kolegom chłamu. - Przyjacielem stary, to za dużo powiedziane. - A co? - Kiedyś to może byliśmy przyjaciółmi, a teraz to nawet nie trąci o znajomość. Tomek przykleja się źrenicami do mojej facjaty, czerwieniejąc na policzkach. - Ale pijesz ze mną wódkę. - I co z tego? - I siedzisz w jednym z moich domów. - Przecież mnie zaprosiłeś. - I pijesz ze mną wódkę. - Bo mi postawiłeś. - To z czystej kurtuazji brudasie powinieneś tego nie mówić!!! - Z czystej kurtuazji to właśnie chciałem tobie powiedzieć baranie. Kolega jeszcze przez chwilę trwa w statycznej pozie kogucika z nastroszonymi piórkami i poczerwieniałym grzebieniem. - Polewam. Przechwytuję butelkę, a tutaj kompletna pustka i z niedowierzaniem spoglądam na czarną dziurę znajdującą się wewnątrz przeźroczystego szkła. - Potrzyj butelkę, może pojawi się Aladyn z czterema następnymi - cierpko odpowiada Tomasz, sięgając za oparcie barokowego fotela. Spinam się w sobie i knuję jakby tutaj jeszcze się czegoś napić, gdy problem rozwiązuje się sam. - A wiesz, że tę wódę to ten koleś ze Szklanej Pułapki reklamuje. - Wiem, już od dawna o tym wiem, zanim powstała cała kampania reklamowa. - Jasne - odpowiadam spoglądając na wypełnioną po samą szyjkę nierozdziewiczonej formy szklanego pożądania. - Znajomy z naszej firmy bardzo dobrze zna kolesia z działu marketingu, który osobiście gadał w sprawie pomysłu z promotorem Bruce'a. - No co ty nie powiesz. - Co więcej Bruce zgodził się nie za kasę, tylko za dożywotnią dostawę wódki do domu plus autograf Ojca Dyrektora. - No, nie gadaj... - Stuff from Poland jest najlepszy. Bruce stał się fanem Polski podobnie jak Don King od Gołoty i szaleje za naszym krajem. Podobno chce się na stałe przeprowadzić, tylko w Hollywood go trzymają za ryj; kontrakty z wytwórniami filmowymi i takie tam, ale jedną nogą jest już u nas jak mi kumpel mówił. A wszystko wyszło na jaw po wycieku kupna działki pod Śmiłowem przez samego BW! Wspominał też coś o chęci zdobycia obywatelstwa polskiego, ale do tego jeszcze długa droga na której pełno kłód. Ale chyba bierze się do tego na poważnie, no bo po co prywatne korki z języka polskiego? - To może chlupniemy po małym? - To ty się jeszcze pytasz? Otwieraj, przecież dzisiaj żałoba, stypa, gorzkie żale. Biorę butelkę i sprawnym ruchem pozbawiam ją czystości. Gęstym strumieniem polewam w kieliszki gorzkawy płyn oblizując się przy tym namiętnie. - Dawaj, dawaj - popędza rozochocony Tomasz. - No to zdrowie. - Ale kogo zdrowie opijamy? - Jak to kogo, Bruca - odpowiadam, wlewając w gardło rektyfikowany nektar. - Za Bruca, niech anihiluje wszystkich gangsterów jednym pociągnięciem cyngla. - Tak, niech mu się gnat nigdy nie zacina. - O ale to gówno jest ostre, nie to co mamusi trunek. - Eeee tam, jeden pies, to oranżadka i to oranżadka - odpowiadam oblizując wargi. - Ty z tą swoją oranżadką. Dla ciebie wszystko jest oranżadką, albo święconą wodą. Co ty w tym gardle masz? - Ja już go nie mam. - No, no denaturat i te inne sprawy - macha odrętwiałą łapą dodając od serca - idziesz po równi pochyłej prosto do szamba pełnego gówna. - Co ty gadasz, co ty w ogóle wiesz poza tym jak komuś wcisnąć kit. - Wiem, też to że chlejesz, znowu chlejesz, tak jak wtedy, co Natalia od ciebie odeszła. - Nie odeszła, tylko zostawiła mnie dla dyskomuła Jacka. - Akurat. - Tak, właśnie tak, dla dyskomuła Jacka mnie zostawiła i z nim się zdyskomuliła. - Spójrz na siebie, widziałeś może w tym roku lustro? - Spadaj! - Jak ty wyglądasz, co się tobie stało? - Przecież już ci mówiłem, co się wczoraj mi stało. - Że ci maskę obili, ale może coś więcej mi opowiesz? Tomcio wychyla strzemiennego i wygląda na to, że w takim tempie możemy pobić rekord w biegu po pijaku przez intelektualne poprzeczki. - Nic tobie konkretnego powiedzieć nie potrafię. To się stało bardzo szybko, za szybko. - No zaatakował ciebie, tylko nie wiesz kto? - Już chyba mówiłem tobie, że z zaskoczenia od tyłu dał ostrego klapsa w łeb i tyle. - I budzisz się na chodniku. - Tak, budzę się na glebie, prawiąc czułe pocałunki betonowej dróżce. - A to dupek, żebyś tak chociaż miał w głowie jakąś poszlakę... - No ale niestety mam tylko szlakę i nic więcej. Muszę jeszcze iść załatwić sobie L4 do roboty póki siniaki trzymają się na czaszce. - Kurde, gdybyś chociaż coś wiedział... - No to co byś zrobił. - Można by było kolesia jakoś dorwać, a wtedy... - Może mu się jakoś odpłacić? - Oko za oko, ząb za ząb, ktoś tak kiedyś powiedział, ale kto to był hmmm... Piękne dźwięki wytaczają się z podpitych ust kumpla i nie mogę w to do końca uwierzyć. Kiedyś łyknąłbym to od razu i nie odważyłbym się na podważanie słów ex przyjaciela. Bo z Tomasza to niezła gnida była. W czasach hucznej młodości wypadało trzymać z nim sztamę, no a teraz jest już skończony i nic z niego nie zostało. Napompowany karczek z przeszłości podupadł na formie, zapomniał o siłowni i dropsach, ubrał krawat, spuścił powietrze z mięśni i powrócił do społeczeństwa walcowanego kołem ogłady, kurtuazji, poszanowania istnienia. To wszystko jest tak dziwne, że aż śmieszne. Więc teraz z niedowierzaniem spoglądam na człowieka, dla którego impreza bez mniejszej lub większej zadymki przeistaczała się w nic nie warty spęd trzody. Tomasz był niezadowolony, kiedy nie mógł oklepać kogoś pięściami. I choć większość postawiła na nim wyrok; nigdy nie został przez nikogo fizycznie napastowany. Wszystkie zapędy rozpływały się w powietrzu w chwili, kiedy Tomasz przekraczał progi meliniarskich pomieszczeń. Czas jednak zrobił swoje. Przyszła ochota na kasę i panienki a zabawy z dresami, skinami, skejtami i pozostałą mieszanką czubków wymazał z pamięci trwałej. - Tak, już to widzę, jak powracasz w chwale na ring. - A co, dawno tego nie robiłem - w dumnym uniesieniu odpina mankiety koszuli. - ’’Wielki powrót zapomnianej ulicznej gwiazdy’’- tak bym zatytułował twoją walkę w klubie emerytowanych bokserów wagi papierowej. - Co tam, ja dawno na solówkę nie wyskoczyłem, ale gdybym tylko wiedział, kto zmusił ciebie do przywdziania kamuflażu Taliba... - Ja też chciałbym wiedzieć, ale znalezienie sprawcy jest w tym wypadku mało prawdopodobne. - Jak następnym razem dostaniesz po kubku, to przynajmniej zwróć uwagę, kto za tym stoi. - Nie bądź taki mądry. - Polewam. - Polewaj. - Widzę, że zbliżamy się do półmetka drugiej flaszki. - Jak tak dalej pójdzie, no to wtedy... - Co? - Idę do szczynobracza. - Prosto i pierwsze drzwi na lewo. - Ok. - Tylko klapy mi nie olej. - Będę się starał, ale nie mogę zagwarantować. Czmych szybko do łazienki i raz, dwa pozbywam się moczu. - Dzizys, jak tak dalej pójdzie to na pierwszym lepszym zakręcie będzie paw - dłubię w myślach żołądkowe farmazony, podziwiając stylowe wykończenie łazienki. Wracam podczas nalewania przez Tomka kolejnej serii. - Co tak długo, prostata może już ciebie zżera - pyta ironicznym tonem. - Nie, sprzątałem po sobie bo trochę nabrudziłem – głupio odpowiadam. Wywołuje to reakcję łańcuchową w której butelka zostaje odstawiona na stolik, a polewający z prędkością światła przemierza drogę z sofy do kibelka i z powrotem. - Już cie chciałem po ryju zdzielić, nie rób sobie więcej takich żartów. Milczę zwisając pokornie na haczyku mętnego twierdzenia. - No dobra, jest cool, stary ani kropelka nie poleciała tam gdzie nie powinna polecieć. - Nie cierpię brudasów, nienawidzę, jak ktoś brudzi, nie sprząta po sobie i ogólnie cały śmierdzi swoim zasranym życiem. - Na twoje nieszczęście właśnie obok ciebie siedzi chyba taki jeden, co jest brudny i z kasty mu wali, bo szczoteczkę do zębów pomylił z tą do kibla. - Bleeee!!! Zamknij się!!! To jest ohydne!!! - Przepraszam za potworne zniesmaczenie mojego czyścioszka. - Kurwa mać bleee!!! Wyobraziłem sobie to. - Co? - Jak żresz gówno. - Mniam. - Bleeee!!! No już daj, spokój, jak to bananowa młodzież mówi – just kidding, easy boy. Przez wzgląd na stare dobre czasy, nie chwycę ciebie za szmaty. - Jaka szkoda. - A ty też wreszcie powinieneś dorosnąć. - Przecież już jestem dorosły. - Kawał byka z ciebie, ale móżdżek to masz chyba w spadku po kurze, nie obrażając tego smacznego stworzenia. - I co jeszcze? - Nadal nie żresz mięsa? - Cały czas abstynencja. - I co ty chcesz tym właściwie udowodnić? - Nic nie chcę udowadniać - nie jem i tyle. - Wietrzę tutaj jakiś sekciarski spisek tych całych ekologów, czy cholera wie kogo. - Nic z tych rzeczy, zresztą ekolodzy i tak uznaliby, że także jestem kompletną mizerią w zabawie tymi klocki. - Kura, świnia, krowa, królik, koń są do jedzenia, czy to się komuś podoba, czy nie. Tak było jest i będzie, a jak widzę na mieście hieny zbierające podpisy pod petycją o jakąś bzdurę z tym związaną, to najchętniej pierdolnąłbym w łeb; może by zmądrzeli. - Bez przesady. - Co bez przesady, do normalnej, uczciwej roboty by się wzięli, a nie, że się naczytali, na słuchali, na oglądali jakichś pierdoł i ględzą niestworzone historie, jakie to wszystko jest złe i w tym złym jacy to oni są dobrzy. Jakie to kury, świnie, krowy są nieszczęśliwe, w jakich warunkach przesiadują i dlaczego im prąd w dupę wsadzają aby przerobić na kebab, hot-doga, czy kawałek szynki. - Życie ich naprostuje albo i nie naprostuje, ich sprawa, mnie to nie obchodzi. Ja jestem włóczykijem i z nikim się nie zadaję, tylko sympatyzuję. - To jeszcze gorsze niż do nich należeć. - Dlaczego? - Dlatego, że takie niezdeklarowane darmozjady myślą tylko o swoim tyłku. - Gadasz głupoty. - Wcale nie. Nie wejdziesz w coś ryzykownego. Wolisz być jedną nogą w gównie, a jedną stać na pewnym gruncie i w razie wpadki mieć pewną drogę ucieczki. - Co ty wiesz. - Jak zapewne pamiętasz, a może ci doszczętnie alkohol wyżarł mózg, to jestem handlowcem i z różnymi ludźmi mam do czynienia na co dzień. - I co z tego. - A to, że psychologie człowieka mam w jednym paluszku, aby móc przekonać najbardziej zatwardziałego ortodoksa do swojego shit’u. - Polewam - odzywam się wprowadzając procentowy przerywnik pomiędzy zdania przemądrzałego koleżki. - I muszę powiedzieć, że jedzą mi z rączki, tak właśnie żrą mi z łapy i tak już pozostanie. Tomasz z zadowoleniem chwyta za kieliszek i na znak marketingowego tryumfu przechyla pojemniczek wlewając wydzieloną objętość alkoholu pomiędzy powłoki podpitego ciała. - To niezłym biznesem się zajmujesz - zagaduję wychylając kielicha - naprawdę daleko zaszedłeś. Dalej, niż żeśmy się wszyscy spodziewali. - No widzisz, a tak szybko na straty spisaliście niegrzecznego Tomka. - Może nie na straty. - A co? - Wiesz, żadna praca nie hańbi, a głód chce być zaspokojony niezależnie od środków użytych do osiągnięcia stanu zaspokojenia. - Nie wiem o co ci chodzi, ale ja z mojej fuchy jestem zadowolony. - No słyszę, słyszę, nawet widzę i właśnie teraz korzystam z owoców twojej pracy. - Kasa w domu, Bóg i szczęście w domu, choć może niektórzy tego nie rozumieją. - Ludzie, jak ludzie, każdemu co innego w duszy gra. - Ale ona odeszła. - Odeszła. - I już chyba nie wróci. - Już nie wróci. - Ale stypa, dlaczego akurat ja. - Napijmy się. - Napijmy się zatem. Tym razem ja polewam i to zdrowo, a nie tak po poznańsku do połowy szkła jak to w zwyczaju ma Tomasz. - Już się kończy - mówię, spoglądając na kieliszek wypełniający się ognistą cieczą. - Wiem, dlatego w zanadrzu mam trzecią. Jeden wprawny ruch za siebie i w ręku prestigitatora pojawia się kolejna flaszeczka, czyli uruchamiamy trzecią taśmę karawany kieliszków balsamujących nietrzeźwe usta dwójki parszywych samców. - Ja stawiam, to jest mój dom, mój pokój, moje drzwi i moje okno. Zaprosiłem ciebie do siebie, chlebem i solą przywitałem i tak powinno być, a nie każdy sobie rzepkę skrobie... Tomaszowi zebrało się na przemówienia, więc oddaję mu mikrofon, niech zaszaleje na sali jednego widza. - Bo u mnie jest wszystko, ja każdego ugoszczę... - No. - I przenocuję jak trzeba to nawet pomogę... - Akurat. - Co powiedziałeś baranie? - Nic, powtarzasz się. - I poczęstuję... - No to może poleję, wypijemy twoje zdrowie. - Wódki u mnie pod dostatkiem i jedzenia także, mam wszystko, na bardzo dużo mnie stać. Praktycznie mogę kupić, co tylko dusza zapragnie. - Dobra, dobra, już się tak nie wychylaj z portfelem pełnym kapusty, bo ci go jeszcze zwinę. - Ty? - A kto? - Buhahahah, nie bądź śmieszny. - Nie jestem, mówię całkiem poważnie. - Chciałbyś mnie okraść? - No może nie okraść, raczej pożyczyć. - Tyko spróbuj coś zwinąć to pożałujesz, że się urodziłeś. - Jeszcze ty mi obij maskę, to już w ogóle pogrążę się w chaosie i przestanę wierzyć w sól tej ziemi. - No to tylko uważaj. - Chyba koledze byś tego nie zrobił. - Co nie, takiemu parchowi jak ty to wszystko można zrobić. Takie parchy jak ty służą właśnie do tego. - Co ty tutaj mi nie powiesz? Ale mów proszę bardzo, kolejny raz oddaję panu mikrofon - zachęcam Tomasza do pofolgowania sobie na mój temat. - Co tutaj dużo mówić. Przecież przekonałeś się o tym niedawno i pewnie jeszcze nie jeden raz się o tym przekonasz. - Że po pysku dostanę? - O, jeszcze trochę pomyślunku w kochanej główce posiadasz. - Przecież jestem magistrem, ja studia skończyłem. - Ja także, ale wiesz w twoim przypadku studia raczej posłużyły do zrzucenia intelektualnego balastu. - Tak, to były moje najlepsze lata życia. - Dla mnie była to zmora i najchętniej wszystkim tytułowanym nierobom laskę dynamitu w tyłek wetknął i podpalił lont. - Jedno wielkie pijaństwo na kółkach bez hamulców. - Co ja się z nimi naużerałem. - Tyle to ja nigdy nie wypiłem. - A ja siedziałem z jebanymi książkami po nocach, wpierdajając edukacyjny papier toaletowy wraz z dodrukiem. - A ja siedziałem przy otwartych butelkach wszelakiej maści alkoholi, pływając batyskafem na różnych głębokościach odurzającego etanolu. - I po co mi to wszystko przypomniałeś? - Jakoś tak samo mi się włączyło... w tak doborowym towarzystwie, przy tak wykwintnie zastawionym stole. - Chcesz ogóra, mam w lodówce. - No dawaj, dawaj, ty mi się jeszcze pytasz? - A tak pytam, bo to takie gówno w woreczku foliowym, pewnie z Chin pochodzi, ale kształt, konsystencja i smak wybitnie ogórkowaty. - Nie gadaj, tylko dawaj. - A może śledzika w śmietanie? - No... - Łeee zapomniałem, że ty nie żresz takich rzeczy. Dobra, czekaj chwilkę, zaraz jestem. Opływając w próżności wypływającej z gwintowanych butelek zatapiam się na siedzisku, wlepiając źrenice w różne punkty trzymającego nas w środku czworościanu. - Bo wiesz, ja te swoje studia to tylko dla rodziców machnąłem. Miałem zajawkę, żeby im udowodnić i udowodniłem, że oprócz chlania i wykuwania ciężką pięścią na okolicznych krzywych mordach inicjałów, potrafię także coś głową zdziałać. - Gówno mnie to obchodzi stary - szemram resztką trzeźwych myśli po falującej płynności pijackiego bezkresu. - Kurwa, czy one muszą tak pierdolić od rzeczy!!! - wydziera się z kuchni zaklinowany pomiędzy półkami lodówki Tomasz. - A ty kogo tam chowasz, co??? - Trupa, który nawija i nawija. - Że niby nekrofil??? - Nie, raczej człowiek z szarganymi nerwami przez sąsiadki, które całymi dniami mielą ozorem w kuchni i wszystko niesie się rurami akurat do mnie. - Ja tutaj nikogo nie słyszę. - W pokoju nie, w pokoju tylko wieczorami jak uprawiają seks. Teraz chodzi mi o kuchnię. - Aha. - Zamknijcie te głupie jadaczki!!! - Chyba firma na tobie postanowiła zaoszczędzić i trefne mieszkanko przydzieliła uczynnemu wyrobnikowi, co??? - Zamknij papę, z zazdrości tak gadasz, ty nigdy nie będziesz miał tyle co ja. - Ja i zazdrość? To nawzajem się wyklucza. - Akurat, jak nie masz kasy a wiem, że ty ciągle nie masz kasy, to nie wierzę, że potrafisz przejść obojętnie obok wszystkich tych gadżetów kuszących oko. - Hmmm - A widzisz i tutaj ciebie mam, a te kwoki jak zaraz nie przestaną to wejdę do nich przez ścianę i zrobię raz na zawsze porządek. - Daj spokój, służba niech nie gada, służba nie jest od tego, służba lepiej przyniesie mi te ogórki, a sobie śnięte śledzie. - Zamknij paszczę, bo zaraz bez zębów opuścisz ten lokal i tyle z przyjemności będzie tobie dane. - Dobrze mój panie, przepraszam. - No wieprzu, sto razy lepiej ha ha ha. - A ich nic niewarte dni są policzone, naprawdę, teraz już przesadziły. Tomek wyskakuje z kuchni ze słoikiem do połowy wypełnionym skisłym ścierwem oraz zdechłymi płetwami i skrzelami prosto z portowego ścieku. - Jeszcze chwila tam, a dwie dusze nad nami poszłyby do nieba. - Wyluzuj stary, coś taki spięty byle czym. - Nie byle czym, tylko gdakaniem na grzędzie. - Dalej siadaj, polewam jego chwalebnej wysokości. - Do roboty się lepiej weźcie, a nie darmozjadów mój ZUS będzie utrzymywał. Na nierobów ja robić nie będę. - Już nalane, więc siadaj i nie pierdol. - Dawaj kielicha. - O tutaj proszę. - Zdrowie. - Ahoj. - Gdzie jest ogórek, dawaj ogórka, o nawet widzę, że europejski rozmiar. - A jak. - U mnie wszystko mieści się w standardzie. - A co z nimi jest nie tak, że mnie częstujesz. - Co? - Rzygać, czy srać po nich będę, a może i jedno i drugie? - Co ty chcesz??? - A może denaturat przez chleb przelewałeś i mnie tutaj gorzałą pierwszej klasy częstujesz, co??? - Spadaj głąbie, pić nie musisz. - Dobra, dobra, już ja takich jak ty dobrze znam, co to gówno spod siebie są w stanie zeżreć i na drugim zaoszczędzić wciskając mu trujący syf. - Znowu to samo, już przecież jęczałeś. Nie podoba się to spadaj; nikt ci nie każe jeść, nikt ci nie każe pić. - Dobra, dobra. Beze mnie to byś dzisiaj jęczał do wieczora, a tak to mam dla ciebie propozycję. - Ja nie pożyczam pieniędzy, nawet znajomym, sorry. - Nie chcę twojej kabony. - Przecież mówiłeś, że chcesz mnie zaszlachtować dla pięćdziesięciu groszy, bo do jabola brakuje. - Co ty za brednie wygadujesz? - No że masz już na mnie w kieszeni nóż przygotowany. - Zamknij się buraku. - He, he, he, polewam. - Dawaj gorzały! Tomek polewa, kończy się jedna butelka, a zaczyna następna. I tak przechodzi jedno szklane pokolenie, a na jego miejsce wchodzi inne. Swoje narobi - coś tam dobrego, coś tam złego i skończy w kiblu wylatując przez gardziel złotego Feniksa, albo zatoczkę próchnicy i paradontozy. - Szybki strzał, dawaj. - Raz, dwa, trzy, poszło. - Polej no jeszcze jednego na zebranie myśli. - Pan karze, pan dostaje. - No to raz. - Amen. - Na zdrowie. - Sto lat. - Czekaj załączę muzykę. Może te kury domowe z góry zaprosimy na jednego i małe balety? - Już widzę, że ból po stracie minął, że kolega się pozbierał i daje rade. - Spadaj na drzewo, muszę jakoś o niej zapomnieć. - Poprzez inną? - Dokładnie. - Jeszcze jednej dobrze za rękę nie puściłeś, a tutaj do następnej się dobierasz. - Spokój! Co ja tutaj za płytki mam hmm... - No dawaj, dawaj, nie chowaj pornoli. Mama do ciebie nie przyjdzie i paluszkiem nie pogrozi. - Cicho, szukam czegoś odpowiedniego na zaistniałą okazję. - A co może być takiego odpowiedniego na zaistniałą okazję, co? - Nie wiem. - Może zespół Pavulon, Latające Odchody, albo Krwotok Macicy? - Nie, nie mam, nie znam, pewnie grać nie umieją. - Umieć nie umieją, ale o to przecież nie chodzi. - Ty weź tam lepiej podziel sprawiedliwie po kieliszku. - Tak, bo wódka stygnie. - Dokładnie, o mam, mam, mam...czekaj bo zaraz kopara ci opadnie. - Dalej bo alkohol paruje. Tomasz coś tam wsadza do stereofonicznego urządzenia odtwarzającego dźwięk i po serii trzasków i innych efektów specjalnych, daje się usłyszeć szumy ze skrzypiącą gitarą i pojedynczymi uderzeniami w ride. - Co to jest? - Czekaj, czekaj, zaraz chłopaki się rozkręcą. - No chyba muszą, chyba wyboru nie mają, ale długo im to idzie. -Zaraz, zaraz, o właśnie teraz... Tomasz za wiele już mówić nie musi. To głośniki i ponury jazgot wdzierają się na mównicę wodzireja.
Aaaaaaaaaaa.... Jestem pijany i naćpany Mam podarte spodnie i stare glany Chcę rozpierdolić wszystko dookoła I wycisnąć pryszcza z twojego czoła
Aaa., on jest pijany Ooo, pijany i naćpany Eeee, robi to, gdzie może Uuu, i w domu i w oborze.
W płynącej wartkim strumieniem kakofonii tylko wokal jestem w stanie odkodować. Reszta to jeden wielki szmer sypiących się śrubek do metalowego pojemnika na zwrotkach z elementami tsunami na refrenach i bridge'u. Od razu przypomina mi to zamierzchłe czasy kaseciaka. Ale nie Kasprzaka będącego bootleg'owym symbolem jarocińskiego festiwalu, tylko takiego dwukasetowego boomboxa zwanego potocznie jamnikiem. W okresie młodości charakteryzującej się brakiem funduszy na jakąkolwiek zachciankę, to elektroniczne urządzenie było na wagę złota i ten, kto był posiadaczem odtwarzacza z funkcją record, naprawdę był kimś. Jednego lata przez całe wakacje zbierałem po kątach butelki po piwie, wódce, oranżadzie, aby tylko móc sobie zakupić taki odtwarzacz. Szorowałem je i szorowałem. Ojca z wujkiem namawiałem na pijaństwo, więc pili, oddawali pustą butelkę mówiąc, że to w środku to tylko dla dorosłych, ale mi jeszcze wtedy nie chodziło o to, co w środku, tylko o głupią butelkę. Przez dwa miesiące wyszorowałem całkiem sporą ilość szkła okupionego martwicą wątroby u jednego i drugiego. Ale co tam - jak to się mówi: cel uświęca środki a wątrobę można sobie przeszczepić i bez większych przeciwwskazań dalej tankować. Szmelc, jaki sobie zakupiłem był podróbką zagranicznego producenta urządzeń audio i pozostawiał wiele do życzenia. Wtedy jednak z tego nie zdawałem sobie sprawy. Nie było to ważne. Inaczej, gdy stać cię na wszystko - jesteś wybredny, a inaczej, gdy nie masz na nic - wtedy bierzesz co się da i tak jesteś z tego bardzo szczęśliwy. Ja byłem szczęśliwy z mojego samograja i katowałem go od rana do wieczora, a nocami ustawiałem radio na odpowiednią stację i katowałem dalej bębenki słuchowe fonią urządzenia tysiąca i jednej chińskiej rączki przyłożonej do jego powstania. Kolekcjonowałem kasety, kupowałem tanie pirackie kopie zagranicznych tuzów wraz z lokalną sceną grajków. Kopiowałem wszystko, co było w zasięgu moich rąk i słuchałem, bardzo namiętnie słuchałem. Z tamtego okresu pozostało mi kilkudziesięciu artystów w większości dawno pochłoniętych przez ziemię, ale nie to jest teraz ważne. Tomasza nagranie swoją jakością bardzo mocno trąci o lata świetności mojego kaseciaka kupionego za gotówkę uzyskaną z punktu skupu butelek, stąd ta łezka w oku i nostalgia w sercu obudzona przez harmoniczne i dysharmoniczne dźwięki wypuszczone w przestrzeń przez Tomasza. A mój kaseciak służył mi długo - całe pięć lat, a po pięciu latach skończył na ścianie, bo zaczął wciągać taśmę. - Ale dymią nie? - wrzeszczy podniecony Tomasz. - Oj! - Polewam, kurwa polewam, jak za starych dobrych lat; wóda, muzyka i jakiś rozpierdol, no właśnie hmmm. - Smacznego. - Dziękuję. - A ty ile masz zębów? - Czterech już nie mam - żalę się strasznie. - A z przodu wszystkie? - Tak, a co? - Bo jednego bym tobie wystawił tak dla przyjemności. - Spadaj!!! - Jeeeeeeeeeeeeeee!!!! - Rozkręćmy tą tancbudę w jasną cholerę!!!
Gdzie on jest, dorwać go Może browara pije z nią Gdzie on jest czy poszedł w las I tak po ryju dostanie od nas
Już nasze pięści gonią go Nie uciekniesz draniu stąd Już depczemy ci po piętach O tym zawsze się pamięta
Kolega zaczyna zachowywać się niesfornie, a mi zbiera się na rzygi. Kolega zaczyna tupać nogą i walić pięścią w stół, a mi zbiera się na rzygi. Kolega zaczyna latać po pokoju z otwartą butelką wódki, a mi zbiera się na rzygi. Kolega zaczyna łoić z gwinta niedopitą półlitrówkę, a ja wtedy puszczam pawia. - Hallo!!! - Gdzie ja jestem??? - W miejscu w którym nie powinieneś być. - Jak to nie powinienem być? - Dałeś się złapać w pułapkę. Stałeś się moim skarbem, bardzo mi potrzebnym skarbem - odpowiada zimny, niewidoczny głos. Powolny ruch podwijający powieki do góry, ukazuje mi załzawiony krajobraz wszechogarniającej czerni. Nie mogę się ruszyć pomimo prób przezwyciężenia fizycznego nokautu. Kończyny skrępowane klejącymi się powrozami budującymi większą całość zamykającą się w kształcie pajęczyny, wzbudzają we mnie lawinę sprzecznych domysłów. - Kolejna projekcja - mówi do mnie przytomne ja, przebijając się przez nieprzytomną skorupę obrazu utraconej przed chwilą rzeczywistości. Długo nie muszę czekać na to, co zafundują neurony odpowiedzialne za głupotę głowy. Oto wielki pół pająk, pół nie wiadomo co, zbliża się do mnie na koślawych nóżkach. Każda z nóżek posiada pazurki uzbrojone w butelkę alkoholu. - O kurwa, będę zagrychą!!! Pająk staje na przeciwko mnie śliniąc się i drżąc na widok ludzkiego hamburgera. Wygląda ohydnie, ale o tym mówić chyba nie muszę. Nie jestem arachofobem i mam spory dystans do robactwa wielkości główki od szpilki, ale w bezpośrednim starciu i skali odwzorowania jeden do jeden klękam przed tym ohydztwem. - UUueeeeehhhhhhhhhoooo!!! - jęczy coś pokraka i nie wiadomo o co chodzi, a mi zaczyna znowu zbierać się na rzyganie. - YYYYyyyyyyerrrrrrrrrhhhhhhhh - głupek otwiera butelkę wódki i żłopie, niefortunnie wylewając trzy czwarte płynu na włochaty odwłok. Nie rozumiem tego, ale ścisk żołądka nie pozwala mi na dalsze przetrzymywanie zawartości w środku. - Bleeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!! Budzę się w kiblu na podłodze. Uchylone drzwi łazienki wpuszczają do środka przytłumione melodie młodzieńczych buntowników. - Ja pierdole, co się stało - wstaję powoli opierając się o zarzyganą klapę muszli. Klapa zamknięta, pokryta pawiem rozpoczyna układać stłuczone lusterko urwanego filmu w nieciekawie brzmiącą całość. - No nie!!! - Wychodzę powoli z łazienki po organicznym szlaczku niestrawionych pozostałości żołądkowych. - Kurwa mać, coś narobił jełopie, żulu, wieprzu!!! - Tomasz snuje epitety, kiedy przekraczam framugę pokoju. - To ja? - A kto? Kanapa, stolik, dywan - wszystko pokryte treścią żołądkową i Tomasz szorujący resztki z trzewi na tle podróbki Rembranta wiszącego na ścianie. Oto obraz po imprezie, a właściwie to w trakcie imprezy, która dopiero się rozpoczyna. - No szoruj szoruj to gówno. - Zamknij paszczę zdechlaku!!! - Szoruj, bo jak zdasz mieszkanie to jeszcze będziesz musiał dopłacić za zniszczenia. - Zamknij się!!! - Joooooooołłl, ale impreza, o dobry kawałek leci, daj go głośniej.
AAAaaaa ja mam wina dwa YYYyyyyy Porto i Zew Krwii OOOooo patykiem pisane też EEEeeee które wino chcesz
Ci tutaj to naprawdę nie potrafią grać. Męczą i męczą bułę, a szum okazuje się być starym pierdzącym gruchotem mającym problemy z rozrusznikiem. - Co narobiłeś wieprzu!!! - Polewam, a później wychodzimy dać czadu na koncert. - Co, ty już żadnej wódki, żadnego koncertu… a jakiego koncertu? - Polewam, o proszę ja ciebie, na zdrowie!!! - Sam zaraz będziesz wycierał te rzygi - Zdrowie moje. - Wódką mnie nie przekupisz, jeszcze w dodatku za moje ty nierobie. - Daj spokój, obiecuję, że jutro się wszystkim zajmę, naprawdę obiecuję, że posprzątam, tylko nie dzisiaj, tylko nie dzisiaj, błagam!!! - Dzisiaj i może dostaniesz łyczka. - Jutro! - Dzisiaj!! - Jutro!!! - Dzisiaj, albo spadasz stąd - No dobra, dawaj to. Ach, ten alkohol. Z nim źle, bez niego źle i bądź tutaj mądry. Jak to wszystko wypośrodkować, aby nie być na skraju pełnej lub pustej butelki, tylko tak w połowie? Przejmuję od Tomasza standardowy zestaw będący na wyposażeniu sprzątaczki i zaczynam jeździć szmatą nasączoną chemią po syntetycznej powierzchni dywanu. Rzygi zamiast kulturalnie schodzić, wżerają się jeszcze bardziej w puchatą strukturę materiału i wszystko zaczyna wskazywać na to, że bez porządnego odplamiacza się nie obejdzie. - No dalej, dalej, napsociłeś to napraw - popędza niecierpliwy Tomek upijający resztki etanolu. - Ej, obstaw coś mi! - Do roboty leszczu!!! Dla takich jak ty ustawa nie przewiduje ognistej wody. - No nie bądź świnia. - Przed chwilą świnia zafajdała nowy pokój i musi ponieść tego konsekwencje. - Dobra już nie dyskutuję z tobą. - No do roboty, do roboty, raz, raz!!! Słup soli chleje na moich oczach przełykając łakome kąski w rytm melodyjnego punkopolo zza winkla. Pomimo wyrządzonych szkód, napiłbym się jeszcze, ale ten debil ani myśli mnie poczęstować. - Jak posprzątam, to polewasz i powoli zbieramy się na koncert. Głupek nie słyszy albo udaje, że nie słyszy. Coś tam grzebie przy odtwarzaczu i dusi po jakichś guziczkach ustawiając mechanizm autodestrukcji pomieszczenia mlekiem i miodem płynącego. Chce zniszczyć naszą sielankę, chce zniszczyć ostoję radości, nasze alkoholowe źródełko na pryszczatej, ropiejącej gównem Matce Ziemi. Chce pozbawić mnie ostatniego kielicha, uzurpując sobie prawo do połknięcia wszystkich kropelek gorzelnianej szczęśliwości. - Jak tego patafiana wychowali rodzice? Czy przypadkiem cegła matce podczas zapłodnienia na łeb spadła, mieszając głupotę z łączącymi się w pary chromosomami kopulujących istot?- stukam się w łeb zerkając na głupola buszującego pomiędzy płytkami krzemowymi, opornikami, rezystorami i innym szmelcem, w którym sensu doszukują się chłopcy i dziewczęta po technikum. Wycieram gówno z puszystej owcy przerobionej na dywan i za cholerę nie mogę wywabić owocu gastrycznego wytrysku. Odwrócony do mnie dupą pan obrażalski pierdzi pijanymi bąkami w takt kartofli sypiących się z zestawu perkusyjnego zespołu EnEn. - Czy już sprawiedliwości na tym świecie nie ma? Boże uchowaj, dlaczego ten palant tak się zachowuje? Dlaczego materialne dobra przedkłada ponad stan duchowej wzniosłości? Dlaczego nie chce się stać fragmentem gęsiego pierza i powędrować wśród uniesień powietrznych fal daleko ponad chmury, gdzie temperatura dochodzi do minus osiemdziesięciu stopi, a tlenu w życiodajnym gazie jest tyle, co kot napłakał? No dlaczego ja się pytam? Kombinator kombinuje, ale wszystko o czym jeszcze nie wiem, zmierza do jednego. Tomasz pociąga kolejny łyczek z całej serii pociągniętych łyczków i podobnie jak ja nie wie, co się święci. A święcenie staje się uświęcone i święte po czasie krótszym od spożycia przez chłopczyka kolejnego łyczka z całej serii łyczków. Kolega zatwardziale gmerający paluszkami w elektronicznych obwodach bardzo szybko zostaje postawiony na baczność przez fizjologiczne siły organizmu. - No wreszcie Boże wysłuchałeś mojego lamentu - obserwuję, jak sknerus pokrywa rzygowinami bombę zegarową z opóźnionym zapłonem zapakowaną w jeden z segmentów stereofonicznego urządzenia odtwarzającego zapisane na nośnikach sygnały audio. - Coo bleeeeeeeeghghyy!!! Tomek bardzo mocno przeżywa karę za grzechy. Chyba naprawdę pokuta jest niewspółmierna do przewinienia, jakiego się dopuścił. Gastryczna papka ląduje na parkiecie, plazmie, oknie, jednej ze ścian i podróbce Pierrota spotwarzonego z naturalistycznym wytryskiem prosto z trzewi. - Yyyyybleeeeeeghghghghyyy... - Może już wystarczy panie kolego, bo dajesz pan ile fabryka nałożyła. Tomcio nie mogąc powstrzymać wypływających wnętrzności pędzi do łazienki kreśląc jeszcze szerszą stróżkę gówna niż ja zwykłem robić. Oczywiście przed opuszczeniem pokoju gra w klasy, skakanie przez skakankę, zabawa w papier, nożyczki i kamień, rundka dookoła pokoju, kółko i krzyżyk, a na dokładkę transza sudoku i już go puszczam i już niech leci do łazienki, podniesie osraną klapę i spuści to co ma do spuszczenia. No może niech jeszcze powie mi swój PESEL. Posmak alkoholu w zatęchłym pokoju pokazuje mi mój jedyny cel. - Nareszcie razem, ty i ja. Tylko we dwoje, bez pośredników, podatków, haraczy, zbędnych transakcji. Tak, tylko ty i ja. Buteleczka nie ma gdzie się schować, nie ma dokąd uciec, nie ma innego wyjścia, jak tylko przez bardzo wąskie gardło prowadzące prosto do miliardów wygłodniałych komóreczek czekających u podnóża wodopoju. - No malutka, nie stawiaj oporów. Przecież już jesteś bezpieczna. Tamten, co był zły już sobie poszedł i nie wróci. No, a jak wróci, to na pewno nie będzie chciał się z tobą zadawać, po tym wszystkim, jak go potraktowałaś. W moich ramionach nic tobie nie grozi. Zapewniam, że czeka ciebie godne przetrawienie i ekstra zabawa w doborowym towarzystwie. Chciałem zaprosić ciebie do mojego ciała. Już wiele takich, jak ty przyjąłem i zostały mi wystawione bardzo pozytywne noty. Tutaj proszę, oto moje referencje, badania lekarskie, poświadczenie od psychologa, książeczka z WKU, paszport i najważniejszy dokument poświadczony przez większość knajp w metropolii, że nie kupuję was na krechę. Tomasz znokautowany po walce na butelki kryje wstyd w ubikacji, dlatego wykorzystując jego nieuwagę szybko na paluszkach wędruję do tego, co biedaczkowi zaszkodziło. - Ach, nareszcie, gnojek ma za swoje i dobrze mu tak. Zabieram się do wysysania resztek, na których poległ przyjaciel, a tutaj nagle zaczyna brzęczeć coś dziwnego, dziwacznego, nie pasującego do mnie, ale za to bardzo pasującego do tego pomieszczenia. - Ja to gdzieś już słyszałem, ale źle mi się kojarzy a jak źle mi się kojarzy to pewnie związane jest to ze szkołą. Melodia przebijająca się przez protest song wypełzający z odtwarzacza staje się coraz głośniejsza. I zanim myślami dochodzę do wniosku, że jest to fragment sonaty fortepianowej numer 14 cis-moll opus 27 numer 2 "Sonata quasi una fantasia" Ludwiga van Beethovena , otwierają się drzwi wejściowe mieszkania. - No nie, tylko nie oni. - A kogo my tutaj mamy. - A tobie Tomasz co się stało? Jeszcze przed chwilą rozmawialiśmy przez telefon, a teraz chyba rolę się odwróciły. To chyba nie ty tutaj powinieneś leżeć. Ten głupek zadzwonił po Natkę i buraka Jacusia tak zupełnie bez żadnego powodu. I to jeszcze w upokarzającej mnie chwili, ale na moje szczęście los okazał się sprawiedliwy w swojej niesprawiedliwości umieszczając ofiarę na miejscu kata. - Witamy ponownie naszego obszczymurka – buńczucznie recytuje Natalka. - Cześć. - I tak chłopaki, widzę, że się nieźle bawicie – zazdrośnie odpowiada. Spoglądam na nią, jak na debilkę i nie wiem co takiemu głuptasowi odpowiedzieć, dlatego nic nie odpowiadam. - My tak sobie wpadliśmy. Tomasz do nas dzwonił i mówił, że jest impreza, że zaniemogłeś a my właściwie się nudzimy, więc przyszliśmy. - A w szkole nie powinnaś być, dzieci takie, jak ty teraz się uczą, a nie bąki zbijają. - Hmm, śmieszne, naprawdę powinieneś się bardziej postarać. - Dajcie już spokój!!!. Przyszliśmy bo Natki profesor się rozchorował i wszystko przesunęło się o kilka dni, dlatego korzystamy z uroków wolności tak jak ty – pokornie tłumaczy Jacuś. - No widzę, ale ja nie ze swojej winy zostałem wysłany na urlop. - Dałeś sobie buźkę obić, to teraz masz. Oczywiście musieli przyjść i oczywiście ględzą nadętymi jadaczkami o bzdurach, z którymi im bardzo do twarzy. I już tego nie zmienię, bo przyszli, jest o czym gadać i co oglądać. Wykupili karnet do zoo w którym zwierzęta prowadzą hodowlę egzotycznych ludzików. Kiedyś było tutaj całkiem normalnie, ale w wyniku serii nieszczęśliwych przypadków role się odwróciły i tak już pozostało. Teraz kiedy zwiedzający podziwiają jedną z okolicznych małpiatek, ona jest przymuszona do zabawiania stworzeń z wyższej półki. Bierze zatem butelkę wódki znajdującą się za fotelem, tak jak kiedyś pan uczył i ku wielkiemu zdziwieniu połyka zawartość, wyprawiając przy tym rozmaite figle i gagi. Ona właściwie jest tutaj tylko od tego, od niczego więcej. Zwiedzający znają tą małpkę nad wyraz dobrze i po przekroczeniu bram zoo wiadomo do kogo właściwie zmierzają. Małpka jest bardzo sprytna. Płacą jej za upijanie się, co na tej szerokości geograficznej jest nie lada nobilitacją. - Patrz, on to robi. - No, robi to. - No, jak mu nie wstyd. - On wstydu nie ma i nie miał. - A czego się spodziewałaś po nim. - Czegoś innego. - Ale wiesz, że po nim niczego innego już się spodziewać nie można. - No nie można, ale zawsze pozostaje ta nadzieja. - Nadzieja na co, dla kogo i po co – wtrącam nieme dźwięki w dialog ciekawskich stworzeń. - On się stoczy. - No się stoczy, nie tylko on jeden się stoczy. Codziennie ktoś się staczał, stacza i będzie staczał. Chcę coś powiedzieć, ale nie potrafię, nie mogę. Jest mi zbyt ciężko na żołądku i chyba zaraz coś ze mnie znowu wyleci. - On jest bezczelny. - Tak, to prawda. On jest bezczelny. - I jeszcze Tomasz. - Dobrego karczma nie zepsuje, złego kościół nie naprawi. - I co my tutaj, nic tu po nas, jeden drzemie w kiblu, a drugi zaraz do niego dołączy. - Ale niezła chata no nie? - Całkiem sympatyczna, ale wszystko tutaj i tak śmierdzi plastikiem. - Niezły sprzęt. Tej czego oni słuchają? - Nie wiem. Szumu jakiegoś chyba. Fale morza, albo inna muzyka relaksacyjna. - Czy oni mogliby się wreszcie zamknąć??? - Idziemy stąd, choć. - Czekaj zerknę sobie na jego winyle. - Dalej, bo dłużej na niego patrzeć nie mogę. - To nie patrz. - No wiesz co! - Szkoda, że mnie nie słyszycie, ale bardzo kulturalnie chciałem wam powiedzieć, że zaraz będę rzygał. - Już się napatrzyłeś. - Jeszcze nie. - Czekaj, no czekaj, skąd on takie cacka wytrzasnął. - Ale po co to oglądasz. - A takie fajne gadżety. - Dalej do nogi i wychodzimy z meliny. - Chwileczkę. - Za chwileczkę to ja tutaj coś wam przykrego wywinę. Właściwie to chyba już teraz. Tak właśnie teraz, teraz, good night.
V
No i jestem, ale właściwie to nie wiem gdzie jestem. Żadnej króliczej nory, w którą mógłbym wpaść, żadnego kamyszka na pustej drodze, o który mógłbym się potknąć i w efekcie uderzenia łbem, stracić przytomność. Nic, kompletnie nic, tylko ja i obszywająca mnie z czterech stron świata parszywa czerń. I co tutaj właściwie zrobić, i gdzie tutaj właściwie pójść, do jakich drzwi zapukać, w którą stronę się pokierować? - Może ktoś podeśle złotą rybkę w puszce po kipach, aby spełniła moje trzy życzenia? Halo, czy ktoś jest w domu i wie, gdzie zapala się światło? Echo pomieszczenia i dziwnie brzmiące dźwięki nie wiadomo skąd, sugerują obecność innego świata gdzieś tutaj. To wszystko jest na wyciągnięcie ręki, tuż za powłoką okrywającą ciało, a jednocześnie oddalone miliardy lat świetlnych od poniewierającego gatunek ludzki systemu planetarnego. To mi coś bardzo przypomina, to jest do czegoś podobne i właściwie to już powinno się skończyć i wrzucić mnie z powrotem do szmacianego woreczka ludzkiej świadomości. - To kolejna projekcja, przecież ja jestem u Tomasza – podpowiada mi moje ja znajdujące się na nieznanej szerokości, gdzieś pomiędzy uszami. Biedak, on rzyga w kiblu, a ja nic nie mogę dla niego zrobić. A zaprosił i poczęstował wódką. Coś w czym się znajduję zaczyna miotać moim ciałem we wszystkie strony, pozbawiając pływające w uchu otolity prawa do trzymania pionu nad pogrążonym w czerni korpusem. - Kurwa mać, co to ma być, może zszedłem z tego świata i znajduję się w przedsionku do cuchnącego siarką i gotującą się smołą wymiaru sprawiedliwości. Latam tam i z powrotem odbijając się od ścian, których istnienia wizualnie nie mogę stwierdzić. Czuję się jak piłka zamknięta w kubaturze sześcianu, wprowadzona w ruch silnym kopem piłkarza ligi okręgowej. - No kiedy to się skończy, bo już żołądek przypomina o sobie i zaraz mogę tutaj znowu nabrudzić, więc ostrzegam tego kogoś trzymającego moje niewinne ciało w tym czymś, że to powoli przestaje być śmieszne i oczekuję powstrzymania się od dalszego zabawiania moją osobą. Czy to zrozumiałe!!! Oczywiście, że nie zrozumiałe, w końcu jakby to mogło być zrozumiałe dla kogoś, kto nie rozumie niczego. Zresztą nie jest to takie złe, nawet trochę przyjemne, bo podobne do skakania w dmuchanym zamku lub szybkim ześlizgnięciu się ze stromej górki. - A mama mówiła, abym chodził do kościoła i codziennie przed pójściem spać odmawiał wieczorną modlitwę. Mądry Polak po szkodzie i nie pozostaje mi nic innego jak tylko płacz i zgrzytanie zębów, czyli czekanie na to, co się za chwilę stanie. Wszystko przybiera na sile; zarówno pogrążający mnie amok, jaki i to coś, co znajduje się za ślepym parawanem wydaje się coraz głośniejsze, dorodniejsze, monstrualne, przerażające. Już nie panuję nad sobą, nad tym wszystkim, co dookoła mnie się wyrabia. Tym bardziej nie staram się powstrzymywać wzmagających się we mnie odruchów fizjologicznych. - A niech sobie leci tutaj no i tam, przecież i tak nikt nic nie widzi. Zresztą kto chciałby oglądać osranego, zarzyganego dorosłego niemowlaka? A chcieliby chcieli i to naprawdę bardzo chcieliby zobaczyć i niestety mają niepowtarzalną okazję dostąpić zaszczytu podziwiania upadłego anioła. - Ej stary, wstawaj, dalej, bo nas stąd wypierdolą!!! Coooooooo? - No wstawaj, nie rób sobie jaj, dalej, raz dwa. Jakiś przebłysk dociera do moich oczu i otwiera zapieczętowane powieki. Nie wiem, jak wygląda poród, ale chyba właśnie teraz biorę w nim udział. – stwierdzam, próbując nastawić odpowiednią ostrość gałek ocznych na rysujące się przede mną otoczenie. Obraz zza czarnej szyby przechodzi w zamazany kolorowy pejzaż równie nieznośny, jak jeszcze przed chwilą okalająca mnie czerń i przyczynia się do, no do, do... - Kurwa mać, znowu rzyga, trzeba go stąd zabrać, bo całą knajpę ufajda i wtedy to już w ogóle wstępu nie będziemy mięli. No właśnie do tego, co teraz ze mnie wypływa - enzymatycznej porażki upitego organizmu. Tak, przyznaję się, że to moja wina i już nigdy więcej nie wezmę tego gówna do ryja, naprawdę już nigdy więcej, przysięgam. - Czekaj, zostaw go, przecież ledwo co przyszliśmy, a ty już chcesz się stąd zbierać? - A co, później to wiesz, co może być. - Nie panikuj, damy radę, zostaw go w spokoju, dojdzie do siebie i zobaczysz, że jeszcze będzie niezła zabawa. - No, no... Kurwa mać, o kim oni rozmawiają. Zresztą po co tak głupio pytam, wiadomo przecież, że o mnie – kotłuję się zaklinowany pomiędzy pozlepianą warstwą nieprzytomnych komórek. - No to ja idę po dwa bronki, a ty go tutaj pilnuj. - W życiu sama z nim nie zostanę. - No przecież tutaj jest bar, zaraz wracam, dawaj sianko. - Ja pójdę, a ty zostań z nim, jeszcze chlewu narobi i przez niego znajdę się w centrum zainteresowania. - Daj spokój, dawaj siano! - Nie krzycz, jeszcze ty będziesz na mnie ryło darł, myślisz sobie, że co... - Dawaj kasę i nie dyskutuj! - Spadaj na drzewo, zarób sobie nierobie. - Ja pierdolę, czy ty zawsze musisz dolewać oliwy do ognia, przecież leży tutaj i raczej tak szybko nie wstanie, to znaczy wstanie, ale na pewno nie szybciej, niż moja wyprawa do baru. - Nieważne! - Co nieważne? - Albo ja pójdę po browara, albo czekamy, aż Tomek wróci z kibla i wtedy będziesz mógł pójść. - No wiesz co! - Wiem tyle, że teraz siedzimy razem i czekamy na Tomasza. - No a piwo, a koncert, przecież zaraz chłopaki zaczynają, ja tak po prostu nie potrafię. Od słuchania tych głupoli robi mi się niedobrze i tylko z czystej kurtuazji zaoszczędzam im wstydu i nie puszczam pawia. Cały czas jestem na wpół przytomny - nie mniej nie więcej. Coś do mnie dociera, ale tylko niewielką część sygnału potrafię przetworzyć na odpowiednio zdekodować. Lepszy rydz niż nic, jak to się mówi i chyba będę musiał przez jakiś okres czasu z tym żyć. Wkurza mnie papierosowy dym, wkurza mnie hałas pseudoartystycznych wypocin zataczających się na scenie dzieciaków. Swoją obecnością i wzajemnym dyskomfortem wkurzają mnie Jacuś i Nati. Ja także jestem na nich wkurzony, ale jeszcze tego nie mogę dosadnie wyrazić, będąc pod władaniem znieczulonych receptorów percepcji i sprawności ruchowej. A najbardziej, to nienawidzę Tomasza, który trzeźwiejąc i dochodząc do pełni sił zachował się jak ostatni cham i prostak. Co jak co, ale nie powinien zostawiać kolegi samego na placu boju chyba, że jak ten ostatni szczur myśli tylko o własnej dupie i pod siebie podporządkowuje kodeks moralny. Niech no tylko wróci ten bandzwoł, to mu do dupy tak nakopię, że ho ho!!! Ale póki co, to leżę sobie swobodnie na jakiejś kanapie U Bazyla i mama wszystko w zadku, nawet nasz pijany trójkąt. No to może teraz jakaś wysoce hipotetyczna, ale nie niemożliwa scenka w przerwie pomiędzy mającymi się ku sobie gołąbkami, a szczającym Tomaszem: - Miau - Muuuu - No miau - Muuu - Miau, miau -Hmm, czy już etap wstępnej gry mamy za sobą? - No co za gbur i prostak, czy nie możesz wykrzesać z siebie więcej muuu! To wszystko jest bez sensu. To naprawdę jest poniżej czegokolwiek. Dlaczego akurat mnie to zawsze musi spotykać. Jak jakaś impreza, to wszystko jest okej dopóki dopóty mnie na niej nie ma. Dzisiaj zaprosił mnie Tomasz. Pijemy sobie pijemy, następnie ja puszczam pawia, później on nie zamierza być gorszy i się dołącza ze swoimi rzygami, następnie przychodzi ta dwójka oszołomów i nagle z urwanym filmem ląduję na wersalce w zaczadzonej knajpie i ani tutaj się piwa napić, pogadać i w ogóle nic. O koncercie już nie wspomnę, bo to przecież na niego się wybierałem, do uczestnictwa nagabywałem i jako pierwszy poległem zanim wzmacniacze zdążyły porządnie rozgrzać swoje lampy. - I co my z nim zrobimy. - Siedź na dupie jak masz i nie filozofuj zbyt wiele. - No co się czepiasz. - Bo wszystko przez ciebie. - Jak to przeze mnie? - No bo to ty nakłoniłeś mnie do odwiedzenia Tomasza. - Przecież sam nas nakłonił. - Ale to ty zadecydowałeś. - Razem zadecydowaliśmy. - No i się nie cieszysz, przecież ekstra impreza jest, co nie??? - Zajebista i to ze zwłokami. - Nie obrażaj umarłych, przecież on jest tylko pijany, rozumiesz pijany, P I J A N Y rozumiesz, czy mam to jeszcze raz przeliterować z podaniem fonetycznej wymowy literek? - Swoje żarty to sobie zostaw dla siebie. - Ojojojojojo! - Że też musiałem ciebie posłuchać. - Lepiej mnie niż samej siebie. - Jacek!!! - No co, no co??? - Weź już przestań, dobrze!!! - A co mam tobie odpowiedzieć? - Masz odpowiadać, ale nie tak. Zostawmy na chwilę tą idealną parę, bo głowa zaczyna niebezpiecznie pęcznieć, jak się zaryzykuje i romantyczne biadolenie przepuści przez białkową papkę zamkniętą w kościstej łupince. Skupmy się lepiej na mnie – głównej ofierze płynnego gówna którego z przyjemnością bym się napił. Dobrze, że mam niezwykle gibką i twórczą wyobraźnię. Dzięki niej potrafię sobie wymyślić gumowe kieliszki, drewniane butelki, spirytus o smaku truskawkowym i innego rodzaju aperitify oraz komponenty służące do zaspokojenia największej potrzeby z wszystkich nękających mnie potrzeb. Ten, kto czuje to samo i potrafi to co ja, dobrze wie, jaka przyjemność płynie z kreowania rzeczywistość według własnego uznania, kiedy jesteśmy kompletnie w dupie i możemy liczyć tylko na siebie i na to co dobrego głowa przyniesie. I tak oto sobie spożywam wiśniówkę z sokiem bananowym spoglądając na słoneczną tarczę połykaną przez zaczesywane podmuchami bryzy poczerniałe morze. A wszystko to gdzieś na Kanarach, albo na Bali przy akompaniamencie tubylczej ludności. Tak moi drodzy - żyć, nie umierać i miejcie proszę na względzie, że jest to dopiero późne piątkowe popołudnie otwierające weekendowe bramy dla rozkosznych figielków. Piach między paluchami nóg w maślanej lekkości wzbija zdecydowanym podmuchem ponad oropiałą knajpę malkontentów, frustratów, alkoholików, dekadentów, nihilistów i innych artystów mających problem z poczuciem własnej wartości w ludzkim konglomeracie zamieszkującym globalną wioskę. Już mnie tutaj nie ma, już jestem daleko stąd, na płaszczyźnie porośniętej soczystą zieloną trawą. Niebo jest idealnie niebieskie bez najmniejszej chęci na uronienie łezki, a powietrze trzyma w sobie tylko powycinany trzepot skaczących w przestrzeni motyli. Ach, czyżbym był w raju??? - Kurwa mać, w żadnym raju głupolu i co tak zalegasz grzybie na kanapie. Zsuwaj dupencję na bok, bo idzie piwo i chlejemy do bólu, rozumiesz, do bólu, aż ci to gówno wszystkimi szczelinami ciała zacznie cieknąć. O nie, czyżby to był ten na kogo czekają? - Co jest byku, gdzie żeś był? - No, bo my tutaj czekamy i czekamy z tym pijakiem na ciebie i nie możemy się stąd ruszyć. Za tego pijaka to dostaniesz między oczy, niech no tylko się obudzę, kapujesz!!! – pienię się w środku i niestety tylko w środku siebie. - Jak to nie możecie, a kto wam zabronił? - No jak, tak mamy go tutaj zostawić samemu sobie? I tak dostaniesz w nochal – dopowiadam. - A co mu się złego stanie, już nie panikujcie tak, tylko pijmy, pijmy i jeszcze raz pijmy. - A ty się dobrze czujesz? - Kto??? ja??? - Tak ty. - Tak, nie skłamię, jak powiem, że wręcz wyśmienicie, ale co ci do tego? - Bo już dzisiaj raz pokazałeś, że masz ciężką głowę do alkoholu i tak się z Jacusiem zastanawiamy nad twoją sprawnością uprzedzając nieuchronny fakt zbliżający ciebie do zajęcia miejsca tutaj obok tego pana. - No co wy gadacie, ja nie jestem mięczakiem jak to barachło. To, że mnie rozłożyło wcale nie oznacza, że jeszcze raz mnie rozłoży. Już się zahartowałem i ani mi się śni sranie, szczanie i rzyganie jak temu burakowi. - Dobra, to jak już Tomasz dobił, to pozwolisz Natko, że wyskoczę po bronka. - No ale ja już przyniosłem, to jest dla was, a to dla mnie, a dla niego nic ha ha ha!!! Wal się na ryj buraku, już od ciebie i tak nic w życiu nie wezmę, niech no tylko wytrzeźwieję to policzę tobie wszystkie zęby. - Ale ja wyskoczę jeszcze po jedną serię, przecież przyszliśmy się bawić no nie. - Przecież nie na pogrzeb. - A ja się czuję jak na pogrzebie i teraz zapewne będziesz mnie prosił o pieniądze na piwo, a ja tobie z góry mówię, że nie mam, a jak mam to nie dam. - Jak to nie masz, to co będziemy pili, przecież brałaś jakieś miedziaki przed wyjściem do Tomasza. - Nie wiem, czy brałam. - No a za co tutaj weszliśmy? - Pożyczyłam. - Dzieciaki!!! Spokojnie, ja mam przy sobie mnóstwo sieczki i to ja was dzisiaj zapraszam na koncert, a później na miejskie balety. - A ty jutro nie musisz iść przypadkiem do pracy? - Ja??? Nie, skąd. Moja droga, ja pracuję jak chcę i kiedy chcę. Zrozum, jestem na telefon, coś jak call girl, call boy i to sprawia, że nie przywiązuję się do biurka, komputera, sztalugi, półki sklepowej i innych gówien. - No, no, no, proszę, proszę jaki pan jest obrotny. On nie jest obrotny, tylko głupi jak but. Upił mnie i teraz traktuje jak ostatniego szmaciarza pod słońcem, ale jak się obudzę, to naprawdę się z tobą policzę zasrany krawaciarzu, słyszysz mnie!!! - Masz tutaj Jacuś na piwko, tylko weź jakieś z lepszej półki, a nie tak jak miał to w zwyczaju nasz nieprzytomny kolega. Kurwa mać, twoje dni są policzone jełopie, już lepiej zamawiaj ochronę swojego dupska. - No leć, leć, Jacuś, póki jestem miły i mam ochotę pobawić się w sponsora. - Co ty gadasz, Jacek, masz tutaj pieniądze, nie bież od niego. - Ej, małolata, daj no spokój, Jacuś sam wie od kogo chce wziąć pieniążki. - Jacek, masz tutaj i idź po to piwo. - No Jacek, weź ode mnie, ja przebijam tą kwotę i daj na dwie kolejki z góry. - Zamknij się Tomek, jak tak możesz w ogóle robić. - Co??? Jak tak mogę, ja wszystko mogę, a ty lepiej siedź cicho na grzędzie, bo wy tylko potraficie wartościowych ludzi niszczyć. - Co ty wygadujesz kretynie, Jacek weź mu coś powiedź. Stawiam pięć złotych, że ten głupek nie zareaguje i będzie niezła draka. - No Jacuś, nie słuchaj kobiety, bo kobiet się z zasady nie słucha, tylko masz tutaj od kolegi pieniądze i idź po piwko. - Jacek!!! A nie mówiłem, wisicie mi pięć srebrników przez tego patafiana. - No Jacuś, dalej bo browarki się nam marnują. - Sam sobie ściero po nie zapierdalaj!!! A jak chcesz, żeby ci ktoś usługiwał, to nie myśl sobie, że do takich osób należę ja!!!. - Ale Jacku!!! Kurwa, nie, jak zwykle w plecy przez maminsynka zasranego. - Natalia, wychodzimy z tego lokalu. - Ale jak tako możecie, przecież piwo, przecież koncert. - Miłej zabawy i do niezobaczenia. - Brawo misiu, jesteś kochany i bardzo męski w takich chwilach jak ta. - Ale poczekajcie, proszę was. No nie kurwa mać, co się tutaj dzieję. Ja już chcę wytrzeźwieć, ja już chcę się obudzić, proszę!!! - Ale poczekajcie, poczekajcie. Jezu, dalej, gdzie jest kurtka, gdzie jest portfel. A ty mi tutaj pilnuj piwka zaraz wracamy, zaraz wracam, poczekajcie, poczekajcie!!! A ja, ty debilu, nie zostawiajcie mnie barany!!! Po raz kolejny historia zatacza koło i tak oto samotna owca zostaje porzucona pośrodku stada wygłodniałych wilków trącących nieświeżym oddechem alkoholowego wyziewu przyprawionego garścią tlących się kipów chrzczonej marihuany innego roślinnego badziewia mielącego mózg. Jak to się mówi kibel pełną ręką i chyba już tylko spłukanie gówna, którym obecnie jestem przyczyni się do uratowania resztek zszarganego honoru. Trochę niewygodnie mi się leży na ekskluzywnej sofie wysiedzianej i osranej przez niejeden nic nie warty rowek, ale chyba koniec końców lepsze to niż znalezienie się kilkadziesiąt centymetrów niżej w doborowym towarzystwie nieumytych platfusów. Jakie Szwaby są takie są, ale że Polak to śmierdziel i się nie myje to muszę sam przyznać i z honorowo oddać nad wyraz trafne stwierdzenie naszym sąsiadom zza zachodniej granicy. Już sam nie wiem, co gorsze; czy woń fajek i sfermentowanego produktu drożdżowego, czy nieumyte kopyta intelektualnej soli tej ziemi. To i to chujowe więc nie ma co się nad tym rozwodzić tym bardziej, że nie mam wpływu na aktualny stan stężenia związków niepożądanych w powietrzu tego oto lokalu. - Ej zobacz, tutaj jest wolne – odzywa się nieznajoma persona o tym bardziej nieznajomym głosie z nad wyraz oczywistą chęcią zajęcia miejsca po moich znajomych zdających przed sobą test z dziesięciu przykazań opłacalności trzymania się z sobą i ciągnięcia znajomości ewidentnie prowadzącej do nikąd. Halo, halo, tutaj jest zajęta i nikt nie może się dosiadać, zrozumiałe!!!. - No zobacz, trzy fotele są wolne i jakaś kanapa ale nie, czekaj kanapa jest już okupowana. No nie zobacz, jak się ktoś najebał. - Ten to już chyba zakończył koncert hihihi!!! Takich sytuacji właśnie nienawidzę i niestety była to tylko kwestia czasu zanim zaczną się do mnie dopierdalać postronne osoby. - Siadamy tutaj??? Spierdalać, zajęte. - No nie wiem, zobacz tutaj chyba ktoś siedzi, może lepiej chodźmy na salę, zaraz zapewne następni zaczną grać. - Dobrze kochanie, zatem chodźmy, ale ten to naprawdę się najebał, nie??? - Nie klnij przy mnie misiu, proszę ciebie bardzo. - Dobrze kochanie, przepraszam, zatem chodźmy. Tfu, ale rzygi. Już mogliście się dosiąść szczyle, przecież nie ugryzłbym was. No ale ubaw, naprawdę lepiej już idźcie do domu bo wam mama wpierdol spuści i z bolącym tyłkiem pójdziecie jutro na lekcje matematyki. To jest to, czego się obawiałem, a co niestety będzie w tym miejscu gęstniało i gęstniało, przybierają konsystencję niestrawnego puddingu prosto z chaty Wuja Sama. - Ej zobacz stary, tutaj jest wolne! Kurwa mać następni!!! - Siadamy stary i opowiadasz mi co tam u ciebie. Jak to co??? Na pewno jest u niego jedno wielki gówno i syf - co może być innego??? To miejsce słynie z tego, że skupia miejską śmietankę intelektualnych degeneratów. Już ja o tym dobrze wiem i pomimo tego, że was nie widzę to nie pomylę się, jak zaliczę was do stałych bywalców wszelakiej maści kanałów, kurwidołków, spelun, melin i co by tutaj jeszcze wymienić. - Co mogę tobie powiedzieć, niedawno obroniłem doktorat no i teraz na dobre wkraczam w naukowy światek. Wiesz badania, granty, publikacje, zagraniczne sympozja naukowe i takie tam inne sprawy, o których połowa społeczeństwa nie wiem, że się dzieją, a się dzieją i poszerzają wiedzę mieszkańców tej planety. - No to zajebiście stary, a ja jak zapewne wiesz cały czas siedzę w radzie nadzorczej i bawię się w żonglerkę strategiami prowadzącymi do pomysłu na odgryzienie jak największego kawałeczka z torcika jaki mamy przed sobą. Wiesz, nie możemy tego zrobić oficjalnie, tylko w białych rękawiczkach pchamy się do suto zastawionego stołu i próbujemy udawać niewiniątka czyhając tylko aż pan gospody się odwróci, no a my mu wtedy nóż pod żebro i do widzenia. - To niezłe ciśnienie tam musisz mieć. - Co ty, ogólnie to jedna wielka ściema. Chodzę w garniaku, nie wychylam się, flirtuję z panienkami na kawce, kłaniam się przed prezesem i ogólnie robię dobrą minę do złej gry. To wystarcza, abym utrzymać się na powierzchni i co miesiąc odklejać kupon z sumą dwadzieścia tysięcy. O kurwa mać, tego bym się nie spodziewał. Co jak co, ale co to za debile siedzą obok mnie, a właściwie, to co to za nadziane paróweczki? - Stary to nieźle, ale ja niestety jak wiesz tak sutym odcinkiem od wypłaty pochwalić się nie mogę. - No wiem, ale ty to robisz dla idei, a ja dla kasy i tyle. - No tak, no tak, każdy ma swoją drogę, każdy ma swój cel, jak to ktoś kiedyś powiedział. Co wy tutaj głąby robicie. Spierdalajcie lepiej do Sheratona albo innego gówna otwierającego swe podwoje za grubą kasę, bo się jeszcze wam marynareczki przybrudzą. - Tej, a zobacz na tego, on już chyba odpadł. - No chyba odpadł. - Latem pełno widzę takich na ulicy, w szczególności na Starym Rynku, jak ciągną kasę na jabole i inne roztwory do mycia sedesu. - Ech stare dobre czasy mi się przypominają, jak spoglądam na brudasów. Wiesz stary studia i te sprawy, dzikość we włosach, alkohol buzujący w żyłach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę niezależnie od pory roku. To są czasy, których się nigdy nie zapomina. One po prostu są, dopadają ciebie, no a później są tobie przez system odebrane, kiedy matrix podłącza rureczkę wysysającą do cna szeroko pojmowaną witalność. - Dobrze powiedziane, ale ja tak bym nie mógł jak ten koleś. No zobacz jaki on jest najebany, zaraz pewnie rzygnie i zasyfi tutaj wszystko, więc lepiej może już chodźmy stąd. Dokładnie, idźcie sobie i krzyż wam na drogę śmierdziele. - No ale zobacz jak się najebał, mówię tobie, że zaraz zarzyga całą knajpę i będzie niezła heca. Musimy się tutaj pokręcić do samiutkiego końca imprezy i zobaczyć jak się to wszystko potoczy. - Dokładnie. Fuck off szmatławce zasrane!!! - Dobrej nocy panu życzymy, może jeszcze jedno piweczko dla znokautowanego? - Dobra zostaw już go w spokoju, niech spoczywa w spokoju wiecznym. - Amen. Pozostawiam to bez komentarza. Komentarz jest tutaj całkowicie zbyteczny i w swoim stwierdzeniu nie wpłynąłby na poziom głupoty wypływającej z ich ust. Jedyne co w obecnej chwili ciśnie mi się na usta, to pewność, że ich głupie gadanie kiedyś także zostanie napiętnowane i wyjdzie im bokiem. Ale dobra, koniec z lalusiowatym ględzeniem trzy po trzy. To jest dobre dla starych bab, próchniejących dziadków i ideologicznie skrzywionych moherów zrzeszonych na tonącej łajbie ojca Dyrektora. Spójrzcie na to. Niespełna kilka chwil i już mogę poruszać paluszkami u rąk i stóp. To jest dobry symptom, że wracam do gry, że powstaję z popiołów i dochodzę do ostatniego etapu reinkarnacji. To jest to buraki, tak właśnie to jest to. To ja lubię i kocham najbardziej. Teraz menela jednego z drugim dorwę i przez łeb zdzielę. - Misiu, misu, zobacz no zobacz, tutaj jest wolne miejsce!!! Kurwa mać, tylko nie to, znowu kolejne ochleje sępiące miejsce. - Łeee, siadamy, siadamy! - Misiu, ale tutaj chyba jednak jest zajęte. Bo kurwa mać jest zajęte!!! - Gdzie? Tutaj? Co tam, póki co, to nikogo nie widzę chyba, że są w szczaczu albo przy barze. - Misiu, proszę abyś się przy mnie odpowiednio wyrażał. Teraz powiedziałeś bardzo nieładnie. Ja pierdolę, co to ma być, co to za postrzelone gady. - Przepraszam robaczku. Wiesz, że się staram, ale czasami się zapominam. - Tak wiem, ale musisz to z siebie wyrugować, bo z takim językiem moi rodzice nie zaakceptują ciebie. - Tak wiem, już mi o tym wspominałaś, że twoi rodzice nie lubią, jak ktoś w ich towarzystwie wyraża się nietaktownie. - Tak, musimy o tym pamiętać. - To proponuję tutaj usiąść, a jak ktoś przyjdzie to sobie pójdziemy, co ty na to? - Możemy tak zrobić, to jest całkiem dobry pomysł misiu. - Ach mój ty kwiatuszku. Bananowe dzieci. Jeszcze mi ich tutaj potrzeba. A gdzie macie swoje pluszowe misie, gadziny zasrane? - A to kto? - Gdzie? Tak, tutaj jestem i się w pas kłaniam dzieciarni mającej mleczko pod noskiem. - O kurwa, ale się najebał! - Misu!!! Proszę!!! - Ja pierdole. Rzygał już czy jeszcze nie? - Misiu, nie kocham ciebie, naprawdę jak tak możesz niekulturalnie się wypowiadać o śpiącym panu. - Jakim kurwa śpiącym panu? - On się zmęczył i śpi. - Jasne, widzisz te butelki, te kufle, przygaszone kipy??? Ona ma rację głupolu. Ja tylko śpię, nic więcej ty gamoniu. - On jest pijany w sztok i tyle. Rozumiesz, on jest pijany tak samo jak ten pan, co przed wczoraj próbował od ciebie wysępić kilka groszy na wódkę. - Niemożliwe. - A co, zobacz na tego pijaczynę ubogiego. Kurwa mać, już nie żyjesz śmierdzielu, już nie żyjesz. - Misiu, gdzie ty mnie właściwie zabrałeś? - Ale nachlany, ale ma dżez, ale go jutro będzie łeb napierdalał he, he, he!!! A ciebie także łeb będzie bolał tylko od czegoś innego, jak się ode mnie nie odczepisz śmierdzielu zakichany. - Misiu, mówiłam coś do ciebie. - Jak???, Że co???, Co mówiłaś??? - Dlaczego mnie nie słuchasz, nie kocham ciebie. - No cukiereczku, proszę ciebie, nie teraz. - Nie kocham ciebie, ponieważ klniesz i mnie nie słuchasz. - Daj spokój, ale impreza hihihi!!! Jestem ciekaw, kiedy ochrona zajmie się tym trepem. Może go podkablujemy? Co??? Spierdalaj na drzewo buraku. Tylko spróbuj gnojku, tylko spróbuj!!! - Misiu, zostaw tego pana. Przyszedłeś tutaj dla niego, czy dla mnie? - Ale co ty gadasz, zobacz jak ten debil głupio wygląda! - Misiu, wychodzę stąd! - To sobie idź! Ja zostaję i bawię się do końca. - Jak tak możesz, nienawidzę ciebie!!! - Jeszcze jedno piwko poproszę dla mnie i dla tego pana!!! - Nienawidzę ciebie!!! Boże, skończcie już ten kabaret, bo jeszcze ludzie pomyślą, że jesteście moimi znajomymi. No co a obciach. - Stary, stary, żyjesz jeszcze!!! Coś mi brzęczy niemiłosiernie nad uchem i wyrywa z juwenilnego letargu śmierdzących dzieciątek, które mówiąc o wspólnym uczeniu się chemii lub innego badziewia wybrały się do knajpy, afiszując niezainteresowanym bywalcom alkoholowego przybytku swoją dorosłość. Kto to – zastanawiam się przez chwilkę, ale po głosie poznaje bardzo dobrze, że to Tomasz. - Kurwa mać zwłoki, co się z nim dzieje? - Misiaczku, ten pan chyba przyszedł do tego śpiącego i my już chyba lepiej powinniśmy stąd iść. No już lepiej sobie stąd idźcie, bo to zły pan tutaj przyszedł i może wam wyrządzić krzywdę – jęczę w głowie milczący w przestrzeni larum. - A wy co za jedni? -My??? - A kto, przecież do was mówię! A nie mówiłem, że Tomasz nie przejdzie obojętnie obok młodego kwiatu tej ziemi. - My już idziemy. - Wy nie idziecie, tylko stąd spierdalacie, gdzie pieprz rośnie. Najlepiej od razu do domku pod pierzynkę. - Tak, już idziemy do widzenia. - Won mi stąd!!! No, ale też im odpowiedziałeś. Myślałem, że wydukasz coś bardziej pompatycznego z obsługiwanego przez ciebie słownika zwrotów i pojęć interpersonalnych. - Kurwa mać co z tobą jest? Jak widzisz jeszcze nie doszedłem do siebie. - Ja pierdolę, zabieram ciebie do mnie, bo stary pies pogrzebany, rozumiesz mnie. No słyszę ciebie, ale ty mnie nie słyszysz, więc myślisz, że ja ciebie nie słyszę. Trochę to zagmatwane, ale niech tak już pozostanie. - Stary, te dwa głąby zerwały ze sobą. Na domiar złego głupia wiedźma pochlastała się żyletką na chodniku i wszystko się posrało. No co ty nie powiesz. Co za piękny tydzień niemożliwych do ziszczenia się zbiegów okoliczności. - Pochlastała się stary, więc we dwójkę zabraliśmy ją do szpitalna na Szkolną. Gówno mnie to interesuje. Ja już się z nimi nie zadaję, z tobą także, ale będę tobie wdzięczny, jak mnie przenocujesz, bo nie chcę tutaj gnić. - Kurwa mać, to się narobiło. Zresztą to było do przewidzenia. Gdybyś tylko wiedział ile razy Natalka do mnie wydzwaniała z rykiem, jaki to Jacuś jest na co dzień pojebanym kolesiem. To ja już wiedziałem, jak zrywaliśmy. Niestety nie chciała mnie słuchać, więc odpuściłem sobie i tyle. A Jacek to taki pozorant, człowiek guma, albo kameleon. Robi wszystko pod publiczkę. Mi się z nim tylko dobrze pije, jak odkręcamy butelkę w cztery oczy. Inaczej to już naprawdę wolę swój swoje odbicie w alkoholowym lustrze pokręconej rzeczywistości. - Kurwa mać, nie ogarniam tego. Dajcie mi piwa, gdzie jest moje piwo. Cholera jasna, jestem cały ujebany od juchy i śmierdzę jakimś gównem. Co za posrana dziewucha, dlaczego to zrobiła? Czy to zawsze tak musi być? I do cholery gdzie jest browar, bo mi zaraz język odpadnie. Stoi na stoliku debilu – odpowiadam na wołanie spragnionego lisa. - A tutaj, dobra jeden łyczek, może dwa, albo jedno całe i idziemy. No napij się napij, bo przed nami długa droga z buta i później MPK. - Dobra, tego mi było trzeba. Teraz zarzucę sobie ciebie na bark i spadamy stąd. Tylko nie głową do dołu, bo będę rzygał. - Raz i dwa i trzy i… No co jest, dalej, dalej woźnico, wio!!! - Kurwa mać, ile ty warzysz grubasie. Nie wiem, nie mam wagi. Ale ty raczej nie powinieneś mieć ze mną problemów. - Dobra przerzucam ciebie i spadamy stąd póki jeszcze jestem na nogach, bo potem to nie wiadomo jak to może być. Tylko nie głową do dołu!!! - Let’s go!!! Kurwa mać, zaraz będę rzygał baranie zakichany. - Z drogi!!! Z drogi!!! Niosę nieprzytomnego, przejście dla nieprzytomnego i jego kolegi. I tyle mi zostało z koncertu. - Przejście, z drogi barany, bo mam potrzebującego na sobie!!! Ja chcę do mamy, ja chcę do domu, ja już nie daję rady i chyba potrzebuję pomocy z zewnątrz. - No nareszcie wyszliśmy z tego chlewu. Teraz tak niech się zastanowię. Jakby tutaj uderzyć, żeby było optymalnie. Skręć w lewo, potem dwa razy w prawo i jesteśmy na miejscu. - Już wiem, dobra tutaj. O jaki ładny i sprytny chłopczyk. - Ja pierdolę co to się porobiło, co to się porobiło. No nic się nie porobiło. Dziewczyna się pochlastała z własnej głupoty. - Na pogotowiu konował od razu zadzwonił po pały. HWDP znaczy się. To tak mam rozumieć. - No i ja wtedy powiedziałem ryczącemu Jacusiowi, że lecę po ciebie. Kurwa, ile ty ważysz kolego?. Ja już nie jestem twoim kolegą i nie wiem ile ważę. - Jacuś ryczał jak małe dziecko. On zawsze był dzieciakiem, który zmieniał swoje mamusie. Rodzona mamusia go wychowała, nakarmiła i dała schronienie. A kiedy szczeniak dorósł to zaczął sobie szukać innych mamuś. Jedną z nich okazała się Natalia. - Jeszcze pały do tego i mamy niezły tygiel. Dobrze, że się ulotniłem, bo nie znoszę niebieskich służbistów. No ja także nie. - A ty już mógłbyś przestać udawać. Czego się napiłeś, że taki sponiewierany jesteś. Wody z kibla. - O telefon czekaj, może to Jacuś? Zapewne szuka nowej mamuśki na czas wegetacji aktualnej opiekunki. - Halo? O nie, to ona. - Krystyna? Cześć kochanie!!! O nie!!! - No jestem. Nie, nie ma ciebie. - A z kolegą, wracam z koncertu do domu. Z jakiego koncertu? Raczej z pijaństwa, które zafundowałeś i sobie i mi. - No mogę, mogę, ale gdzie teraz jesteś. Nigdzie nie idziesz trepku. - Ale wiesz wpadnę tylko do domku, przebiorę się i wyskakuję do was okej? No co ty kręcisz??? - To do zobaczenia! A co ze mną??? - Ja ciebie także kocham mój ty puchaty słoniku. - Słuchaj stary, nie mogę ciebie zabrać do domu, bo moja miłość chce się ze mną spotkać, rozumiesz? Chce mi coś powiedzieć i nie wiem jak się to dalej potoczy. Muszę spadać, naprawdę muszę już iść. To jest dla mnie bardzo ważne. Kurwa mać, aż mnie zimny pot oblał. Co za emocje, a jednak mam jeszcze szansę, rozumiesz mnie??? Ja nie mogę tego zmarnować, bo tak naprawdę ją kocham!!! No i co z tego??? - Jesteś taki ciężki. No jestem i co? - Chodźmy tutaj na ławeczkę, jest tak piękny czerwcowy wieczór. Tylko nie rób mi tego. - Bo wiesz, ona wraca, a ja ją tak bardzo kocham. Zamknij się! - Znaczy nie wiem czy wraca, ale może wrócić. Jezu, jak ja wyglądam? Cały utytłany i śmierdzę jakimś gównem. Nie, nie rób mi tego Tomaszku! - Rozumiesz mnie??? Nie rób mi tego!!! - No wiem, że nie rozumiesz, bo teraz jesteś myślami nie wiadomo gdzie. Nie, wcale nie, jestem tutaj. - Widzę, że dochodzisz do siebie. Proszę!!! Nie rób tego!!! Proszę!!! - Zrozumiesz mnie, jak ciebie tutaj zostawię. Jest tak ciepło, nic się tobie nie stanie. No co ty pierdolisz mi tutaj za farmazony??? - Na świeżym powietrzu szybciej dojdziesz do siebie, sam zresztą zobaczysz. Nie usprawiedliwiaj się przede mną baranie. - Właściwie to co ja do ciebie gadam, przecież i tak mnie nie słyszysz. No nie słyszę, nie słyszę. - To ja spadam, miłej nocy przepraszam, naprawdę przepraszam, ale muszę!!! Nie rób mi tego proszę. - Wybacz, na razie stary! Tomasz!!! Tomasz!!! Nie zostawiaj tutaj mnie!!! Błagam!!!
VI
To jest sen. Z góry mówię, żeby nie było nieporozumień. To jest tylko sen. Jakiś taki głupawy ten mój sen, jak wszystko, o czym tutaj chcę powiedzieć, ale mówię tak zapobiegawczo, że to jest tylko sen. Sny się wybacza, o snach się szybko zapomina, bo nie są warte funta wyliniałych kłaków. W snach występują różne głupoty, do których nie wiadomo jak się odnieść i chyba tylko Pan Kleks zna się na interpretacji snów z tego co pamiętam. No tak Pan Kleks, ale Kleks to taki niereprezentatywny przykład. Nie wiadomo czy to gej, czy szowinista, a może jedno i drugie. Miał tą swoją wielką akademię dla samców i nie widzieć czemu tylko dla tych na literkę A. Dewiant jakiś, czy co??? Przez to wszystko trudno powiedzieć, czy tylko potrafił czytać sny podopiecznych z pierwszą literką alfabetu w inicjale, czy po prostu miał z garem do czynienia. Głupek taki i tyle. Kiedyś go lubiłem. Nawet całą książkę i filmowe hity na jego temat przeleciałem, ale tak naprawdę to gdybym tego nie zrobił, to nic bym nie stracił. Zmarnowany czas i tyle. Pan Kleks to bzdura i jego akademia to też bzdura, a sny powstają w momencie zwarcia obwodów pod kopułką. Tak doszło do spięcia, bezpieczniki wystrzelono z procy i jedno wielkie dziwactwo w głowie zaczyna się lęgnąć. Dziwactwo, czyli sen i nie wiedzieć tylko czemu śnię o pierdołach i do tego jeszcze mi kark cierpnie. Mój sen to sen na drewnianej ławce. Niewygodnej ławce, zimnej ławce, ławce zroszonej poranną rosą w miejscach mną nie pokrytych. Mój sen z zewnątrz wygląda na sen żebraczy, porzucony, zapomniany. - O czym on może śnić? Biedactwo. Takie samotne, porzucone na ławeczce życia. Dlaczego jesteś sam? Dlaczego tutaj śnisz? Dlaczego nie leżysz w swoim łóżku? Gdzie jest twój dom? Gdzie jest twoja mama? - podpytuje ktoś. Ten ktoś, to zapewne ekipa dresów zmuszona do wymierzenia mi kary za włóczęgostwo i zaśmiecanie bumelanctwem miejskiego skwerku. Nie wiem, nie wiem. - Dlaczego nie wiesz, ach dlaczego nie wiesz, dlaczego się nie bronisz. Nie wiem, nie wiem, nie wiem, ale to wszystko przez kolegę Tomasza, który mnie tutaj zostawił. To jego powinniście dorwać i jemu natłuc na dupę, nie mi. - Ale nikt tobie nie chce natłuc. Jak to, przecież chcecie mi gębę rozkwasić. - Po pierwsze nie my. Nie ma nas tutaj wielu. Jest tylko pojedynczy osobnik, który siedzi obok ciebie i on nie jest tym, kim się tobie wydaje. A kto to jest, jak nie dres. To na pewno dres, bo jak nie dres to kto. - Nieważne. Na chwilę obecną jest to zupełnie bez znaczenia. Teraz śnisz, więc śnij. Ale w głowie nic nie mam. Czuję się, jak wczorajszego wieczora w knajpie, czyli jestem świadom, ale nie mogę kiwnąć palcem. - Bo śnisz. Gówno prawda. - Zaraz zobaczysz obraz. Ten obraz za kilkanaście godzin stanie się twoją rzeczywistością. To znaczy, że co? - To znaczy, że znajdziesz się w otoczeniu tego, co za chwilę zobaczysz, czego za chwilę doświadczysz. Co ty mi tutaj wygadujesz za głupoty i właściwie kim ty do cholery jesteś? - Tego powiedzieć tobie nie mogę. Znam ciebie? - Ty mnie nie, ale je ciebie tak. Znam takich jak ty na pęczki. Co to za sprawiedliwość? Czyżbyś mnie szpiegował? - Nie, nie muszę ciebie szpiegować. Ty wszystko robisz za mnie. Ty sam siebie szpiegujesz. Akurat. - I sam o mnie nieraz myślałeś. Sam mnie do siebie przywołałeś. O chłopcach nie myślę. - Ale o mnie myślałeś. Kiedy? - Zawsze chciałeś mnie spotkać. Brakowało mi właśnie ciebie. Ale kim ty jesteś? - Mieszkamy naprawdę bardzo blisko siebie. Mógłbym nawet rzec, że już bliżej mieszkać nie możemy. Ale gdzie, ale jak? - No i często o mnie myślisz w nocy, jak się domyślasz, czy ja to ja. Co??? - No tak. Niemożliwe! - A jednak. Wreszcie się poznajemy i nie miej mi proszę za złe tego, że dopiero teraz mamy ze sobą do czynienia. Nie wierzę! Kim ty właściwie jesteś. - Nikim specjalnym. Po prostu takim sobie zwykłym człowiekiem, ale jak na pierwszą randkę, to już sporo informacji tobie sprzedałem. Teraz już śpij. Ale czekaj!!! - Dobranoc... Acha byłbym zapomniał. Widzimy się w miejscu, jakie będzie tobie dane teraz zobaczyć. Pamiętaj, że co by się nie działo, musisz tam dotrzeć. Pamiętaj o tym jak wstaniesz, jak zerwiesz się stąd, jak otworzysz drzwi od domu i jak otworzysz moje drzwi, jak wejdziesz do środka i nic tam nie zobaczysz. Najbardziej o tym pamiętaj, jak dosięgnie ciebie zwątpienie w to, co teraz tobie mówię. Pamiętaj o tym! Coś ty, czarodziej z Oz? - O tym się przekonasz, ale teraz mówię tobie dobranoc. - Nie!!! zaczekaj!!! No i widzę tych parę górek i kilka dolinek ciągnących się aż po horyzont sferycznego sklepienia. Niby tutaj tak ładnie i pięknie, ale dla mnie jest to zwykłe badziewie na kółkach bez którego mogę słodko egzystować pod strzechą ojca niebieskiego. - Gdzie ten głupek mnie wysłał. No dobra niech mu będzie, widzę zieleń i co dalej? W takich chwilach od razu przypominają mi się pojebani zbawiciele i tego typu podobne stworzenia zrzeszone pod egidą tak zwanego ratowania środowiska w imię szczytnej idei pomocy temu, co samo sobie nigdy nie pomoże. Osobiście to mam to kompletnie gdzieś, ale czasami irytuje mnie jak pokazują tych biednych ludzi przykuwających się do drzewa, albo inne podobne robaki okupujące teren skazany na zwalcowanie i pokrycie grubą warstwą betonu i cegieł. - A niech sobie krzyczą i wiszą jak bombki na choince. Parę dni i im przejdzie. Zgłodnieją to się odczepią i uciekną do mamusi, a wtedy walec wjedzie, robole uruchomią betoniarkę i wybudują kolejny kilometr drogi, następne centrum handlowe, czy co tam będą chcieli. A rozwydrzone dzieciaki z opryszczonymi ryjami po oberwaniu wiadrem zimnej wody przez łeb, szybko zmądrzeją i zapomną o ekologii, cierpiących zwierzątkach i wycinanych drzewkach. Opowiedziałbym jeszcze o tym, jak pewnego dnia podburzył mnie pewien osobnik z bojówek Zielonego Niepokoju, ale nie ma co wspominać o jęczeniu i wyciąganiu dwóch groszy na rzecz czynnej ochrony rzadkiego korala ze zmniejszającej się w postępie geometrycznym rafy na którymś z oceanów. Mam chronić coś, czego nigdy nie zobaczę? Ba, nawet nie wiem, czy w ogóle takie coś istnieje i czy przypadkiem śmierdziele nie chcą mnie naciągnąć na kasę. - Bo my mamy tutaj taki system, że on co miesiąc będzie z pańskiego konta odciągał określoną przez pana kwotę pieniędzy na projekt pod jakim pan się podpisze. Czyż to nie wspaniałe? Tak, wszyscy tylko chcą odciągać i odciągać. Państwo odciąga, bank, odciąga, non-profit odciąga, sąsiad odciąga, matka z babką także odciągają, nawet ja sam sobie odciągam, ale to akurat jest uzasadnione. Całościowo rzecz ujmując, wszyscy sobie nawzajem odciągamy i sprytny ten, który tak potrafi się ustawić, aby jak najmniej rurek kująca ssących przedostało się do jego wnętrza i zaczęło ssać. Naciągaczowi powiedziałem, żeby poszukał sobie innego frajera na wrzucenie jałmużny do koszyczka i tyle w tym temacie. No a teraz oddycham świeżym, górskim powietrzem i dziwię się strasznie, że pomimo sennej projekcji, wszystko jest takie prawdziwe. Bo to przecież nie dzieje się naprawdę tylko tak na niby. Przekonałbym się o tym, gdybym się uszczypnął, ale nie chcę tego robić. Obudzę się i co mi wtedy z tego pozostanie? A tak przynajmniej łaskawa głowa przetransportowała mnie w o wiele przyjemniejsze miejsce, niż okupowany fragment heblowanych desek skręconych na kształt ławeczki. - No i teraz co, gdzie, jak? - zastanawiam się przez chwilę, ale odpowiedź sama do mnie przychodzi. Tak naprawdę to na niej stoję. Szlak będący zmarszczką na zieleniejącej się trawce wśród wystających obelisków jest jedynym fragmentem, na którym chciałbym postawić stopy. Nie będę łaził po żadnej trawie. Tym bardziej nie będę skakał po kamieniach jak polski Robin Hood z Tatr. Jeszcze jakaś żmija zygzakowata wygrzewająca się na słońcu zechce upierdolić mi kawałek stopy i co wtedy? Bez surowicy, bez telefonu, który zapewne tutaj nie miałby zasięgu jestem trupem, zanim bicie serca zamieniłoby się w ciągłą linię na wykresie elektrokardiogramu. - No dobra to idziemy. Droga jak to droga: kręta i wąska. Raz pod górkę, a raz z górki i tak w kółko pomiędzy zieloną trawką, robaczkami i innymi bezkręgowcami ryjącymi w ziemi. Uzbrojony w plecak, z którego wystaje pięknie mieniąca się w słońcu butelczyna piwa, przemierzam łysy teren obcego mi miejsca. Ogólnie to mam w trąbie to miejsce i to, że idę nie wiadomo gdzie. Gdyby nie fakt, że głos, który do mnie przed chwilą gadał, zdradził intrygującą konotację, to nigdzie bym nie szedł. Po co się daremnie przemęczać, kiedy piwko czeka i to w tak upalny dzionek. No, ale przynęta zadziałała. Zajączek dostał marchewkę na kijku i teraz zapierdala w kierunku pomarańczowego bolca prowadzącego do polanki kształtem przypominającej antyczny teatron. - O!!!, A to co? Zżera mnie ciekawość, a trawiący wnętrzności niepokój boleśnie skręca żołądek i chyba muszę napić się piwka, aby dojść do siebie i jakoś to wszystko ogarnąć. - Może tutaj się na chwilę zatrzymam i odpocznę - gadam i szybko wyławiam z plecaczka złocisty róg obfitości. - No ale klawo. Przynajmniej się napiję piwa. I kiedy już pozbywam się kapselka i łaskoczący opuszki węchowe zapaszek strzela mi na dynię, wtedy wiecie co się dzieje??? - Raz, dwa, trzy, spierdalamy!!! The End!!! Koniec filmu, koniec przyjemności!!!, koniec świeżego powietrza, bajkowych pejzaży i innego rodzaju stymulacji wywołujących falę ekstazy w centralnym układzie nerwowym. Teraz to raczej doznam ostrego porażenia, jak dosięgną mnie kopniaki post gitowców szwędających się w poszukiwaniu okazji oklepania komuś maski. - I niech mi ten burak nie mówi, że to nie były dresy. Ej, a może on sam jest dresem? Tak, czy siak jest już po zawodach. Teraz tylko nogi za pas i wio, ile sił przed siebie pomiędzy psimi kupami, butelkami, prezerwatywami i innym shitem kojarzącym się z takimi miejscami, jak to. - Kurwa, stój palancie!!! Kupa w majtkach i uryna szerokim strumieniem sącząca się po nogawce to nic nie znaczące objawy strachu przed bandą rozwydrzonych mięśniaków pragnących sprawić mi łomot. I żyj w tym kraju bezpiecznie, kiedy człowiek człowiekowi wilkiem, a ulica przypomina plac Koloseum za panowania cesarza Nerona. I tylko żeby nogi dały radę i poniosły mnie jak najdalej stąd. W bezpośrednim starciu nie mam szans z kapturnikami prosto z polskiego Bronxu. W tym przypadku ilość niestety może przezwyciężyć jakość, dlatego muki i inne karczycha nie są w stanie zrównać się z gromadą zaciśniętych piąstek blokerskiego wychowania. - Żulu pierdolony!!! Już jesteś martwy!!! Drą się skrzecząco jakby byli uczestnikami obrzędu darcia pierza lub innej uroczystości wiejskiej o zabarwieniu folklorystycznym. - Tak miejski folklor i szerokie spektrum barw z tym związanych - myślę sobie słodko przebierając goleniami w sprincie z przeszkodami na tyle metrów ile goniący sobie zażyczy. - Żulu jak jeszcze raz będziesz gnił na ławce to my ciebie z tą ławką do kostnicy wyślemy!!! Boże to zgroza wysłuchiwać pod swoim adresem tak przeraźliwie brzmiących inwektyw. Ta banda jest jawnym przykładem na zataczającą coraz większe kręgi mizantropię wśród społeczeństwa zaszufladkowanego na miejskiej grzędzie. I powinienem to donieść na policję, do ABW i jeszcze kilku innych organizacji ochrony społecznego miru, ale tego nie zrobię. Bo podobno te hieny czynnie współpracują z wypolerowanymi na glanc łbami, oferując angaż na stanowiska kapo dzielnicowego w pełnym wymiarze godzin wraz ze wszystkimi świadczeniami socjalnymi. Z racji tego, że jest to praca wymagająca szczególnych predyspozycji fizycznych jak i psychicznych, kandydaci przechodzą sześciomiesięczny kurs w jednostkach wojskowych szkolących komandosów. Oprócz skakania po małpim gaju i zabawy na poligonie w wojnę, świeżemu narybkowi urządza się szkolenie psychologiczne z elementami fizjologii układu nerwowego homo sapiens. A wszystko po to, aby po kwartale i sześćdziesięciu kilku dniach w koszarach z wytatuowanym logiem na ramieniu, klacie lub czole, wypuścić cieci na miasto. Wypuścić i później spijać śmietankę z eliminacji marginesu pozbawionego dachu nad głową lub dopiero czekającego w poczekalni bezdomności i żulerstwa. Ich specyficzne odzienie, piwko chłeptane na ławeczce przed blokiem, bejsbole, finki, kastety i chemia, która stanowi posiłek regeneracyjny wpisany w statut organizacji, to jedna wielka ściema i gra pozorów. Każdy z nich po pomyślnym ukończeniu kursu dostaje dyplom, legitymację urzędniczą wraz z mieszkaniem lokatorskim na czas pełnienia służby państwowej i to wszystko w myśl idei ''STOP Żebractwu''. Buraki rozpracowały sobie całe know-how i właściwie to trudno się im postawić. Bo podobno bieda aż piszczy, trójka dzieciaków na karku, do tego czwarte w drodze, długi, kredyty, pusta lodówka, a przecież coś by się zjadło, wypiło no i jak tutaj żyć. Czy ma jeden z drugim iść na budowę i machać szpadlem przy betoniarce za siedem złotówek albo może do ochrony pierdzącej w stołek na monitoringu za wszawe sześć złotówek? Ja ich rozumiem. No niech chłopy wreszcie staną na nogi i porządnie zarobią w godziwej, uczciwej pracy, a nie na zbijaniu bąków. Dlatego te posady, kariera i porządek panujący na ulicy. Pozostały tylko psie kupy i śmieci walające się raz tu, raz tam, ale z tym także sobie poradzą. To tylko kwestia czasu. W każdym razie, teraz uciekam co sił w nogach. Jak struś pędziwiatr przed kojotem. I tylko, żeby nie dorwali i nie oklepali. Bo przecież już raz dostałem wpierdol, więc kolejny chciałbym tak jakoś odroczyć Wysoki Sądzie. Może jakieś zawiasy by Wysoki Sąd dał? Tak ja wiem, ja wiem, że nie byłem grzeczny, ale może jednak. Co Wysoki Sąd na to? - Kurwa, brać go!!! - Ja już nie ma siły Genek, kolka mnie chwyciła. - Kiedy indziej z nim się policzymy. - Dalej!!! Dalej!!! Za nim!!! - Daj spokój Genek, już wystarczy! - Tak i tak został na ciebie postawiony wyrok ty ściero zasrana!!! - Boże, jacy ludzie dzisiaj są wredni. To pewnie przez ten front atmosferyczny - szepczę, łapczywie połykając hausty spalin wymieszanych z odrobiną woni koszonej trawy. Chowam się za rogiem, a tutaj inny świat. I pomyśleć, że przeleciałem cały park Marcinkowskiego i znalazłem się na Puławskiego. Niezła dyspozycja i czas, pomimo nocy na drewnianej desce. Ale teraz, co sił w nogach do przodu, przed siebie, prosto do chałupy. - Jeżeli w tym pokoju mieszka głos buraczanego łba, to chyba zacznę chodzić do kościoła - paplam do siebie, wyprzedzając spacerowiczów krzątających się na przejściu. - Z drogi barany!!! chciałoby się krzyknąć, ale nie wypada, bo co druga osoba to matka z dzieckiem, a jak nie matka z dzieckiem to wypuszczony z DPSu gumowy dziad. Do tego korowód wygodnickich małp na dwóch i więcej kółkach gapi się na mnie, jak na egzotyczne dziwactwo z dzikich rejonów tętniącej życiem futbolówki Pana Boga. Wiedzą, że jestem namaszczony. Wyczuwają to tępi zazdrośnicy nie mogąc wydedukować, dlaczego to właśnie ja jestem delikatnie głaskany rączką absolutu. - Sie gra, sie ma - podśmiechuję się pod nosem, zbywając obojętnością wytknięte w moim kierunku oszczercze paluchy. Przekręcam klucz w zatrzasku i przez chwilę dziwię się, że jeszcze pasuje. Właściwie to dlaczego miałby nie pasować? Opłaty uregulowane, właściciel zadowolony, że ssie od nas kasę. Co mu więcej potrzeba? Dobrze wie, że wynajmuje chlew, a w chlewie to tylko świnie mieszkają, dlatego też oprócz przelewu srebrników na konto jakiegoś większego kontaktu z nim nie mamy. W ogóle to nie wiem, kto to jest. Zresztą jest to wiedza całkowicie zbędna. Wynajmem zajmuje się chyba Filozof. Tak mi się wydaje, ponieważ to on mnie oprowadzał podczas castingu, jak i z jego ogłoszenia tutaj trafiłem. A było ono na tyle dziwaczne i niespójne w swojej ścisłości, że od razu sugerowało, jaki podgatunek człowieka je zamieścił. Ale teraz to i tak nie jest ważne, bo na wejściu wita mnie dźwięk zamiatanych przez drzwi puszek i butelek. Tak słodkie dzwonki dla moich ptaszynek śpiących w łóżeczkach i czekających aż mamusia przyniesie mleczko i nakarmi dzieciątka pożywnym płynem, są zwiastunem powrotu duszy towarzystwa pomiędzy domowe pielesze. - Wstawać trepy i na kolana bo pan wchodzi do gospody!!!- rozdzieram ryło na widok spiętrzonych odpadków post imprezowego syfu. I żyj w tym szambie długo i zdrowo. Ja już czuję, że brakuje mi gruntu pod nogami i cały tonę w wyprodukowanym gównie, a to przecież dopiero środek pracowniczego tygodnia. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo w weekend, ale w weekend to mnie chyba już tutaj nie będzie. Nie oznacza to, że zamierzam się wyprowadzić - co to, to nie, ale biorąc pod uwagę głos mówiący, że się pojawię w miejscu znacznie oddalonym od punktu, w którym znajduję się teraz, to chyba mnie nie będzie. A wszystko przez kolesia spod notorycznie zamkniętych drzwi z poczerniałą szybą, do których właśnie próbuję się przedrzeć. - Otwierać, gestapo!!! - walę z impetem w drewnianą ramę futryny. Pomarszczona szyba ze strachu przed trupią czaszką, trzcinką i Cyklonem B pęka na pół i wydaje szczura przeznaczonego do likwidacji. Poleciało szkło, ale to nie moja wina. Te drzwi wyglądały naprawdę solidnie. To, że kit słabo trzymał jest zasługą szklarza, czy tam innej złotej rączki od wszystkiego i niczego. Za mało wódki dostał w zamian za wstawienie szybki, też skończyło się tak, że szybka poszła. Jak to się mówi - słaby alkohol, słaba robota. To detal, z którym teraz sobie nie poradzę, co najwyżej tych dwóch osłów może po mnie posprzątać. - No i na co się tak gapisz trepie? Dalej, szybko do książek! - odpowiadam Filozofowi na jego dziwiące się, puste oczęta wystające zza wnęki. - Tyle tych gówien czytasz, tyle wam tego ścierwa do głów wsadzają i bezczelnie produkują przyszłych degeneratów, nierobów i bezrobotnych co to pomysłu na siebie nie mają, tylko później łażą po urzędach i żebrzą o pracę. Chyba go wcięło, bo nie odpowiada. - Taki głupi jesteś dlatego zostałeś wybrany na operatora miotły i szufelki. Tutaj proszę jest miotła, tam szufelka i robimy to tak. Jednym ruchem zamiatasz tutaj na szufelkę, a później idziesz z tym tam i to wyrzucasz. Wiem, że na początku może być to trudne, ale zobaczysz, że się wyrobisz. Nie taki diabeł straszny, jak go malują.- Okej, już się robi szefie. I widzicie, jak to u nas jest. Nie ma na co narzekać. My naprawdę mamy zdolnych młodziaków, tylko czasami trzeba im trochę pomóc, skierować na właściwy tor i tyle. Ot cała filozofia, nawet ustawy sejmowej na to nie potrzeba. - A ten drugi gdzie jest??? - Śpi. - To dawaj go... albo zresztą niech śpi. - A ty znasz tego tutaj - wskazuję na czerń parującą przez dziurę w świeżo wyważonych drzwiach. - Tak, a co nie poznaliście się jeszcze? - A co ci do tego ty mała gnido. - Ano nic, tylko tak pytam. - Już się poznaliśmy, dlatego muszę z nim pogadać. - Acha. - A wiesz, co to za jeden? - Ano wiem. To Michałek. - A co to za Michałek? - Ano taki Michałek. Taki Michałek, jak inne Michałki. Ma dwie nogi, tyle samo rąk, oczu, nos po środku i jest bardzo podobny do ludzi. Zaraz mu chyba przypierdolę w ten durny łeb. - Ale co robi, skąd on jest??? - Ano pracuje jako szambonurek. Jeździ gównojadem i wciąga to co szambo dobrego w sobie kryje. - A teraz gdzie jest? - Nie wiem, może w robocie, a może gdziekolwiek. A co, nie ma go w pokoju? Oboje zaglądamy do tajemniczego przybytku i jak na operatora beczkowozu przystało, gówno co widzimy. - Ale tu czarno. - No, jak w twoim pustym łbie. - Przydało by się światło. - To zapal je idioto – odpowiadam podirytowany. Filozof posłusznie zaczyna szperać w dziurze bez dna w poszukiwaniu pstryczka i szybko znajduje to, czego nie powinien znaleźć. - Aaaaaaaaaaaaaaa!!! Kurwa mać!!! Aaaaaaaaaaaaaaa!!! Ale boli!!! Aaaaaaaaaaaaaaaa!!! - Co ci jest? - Prąd mnie jebnął! Aaaaaaaaaaaaaaaaa!!! - To dobrze, może będziesz mądrzejszy i wreszcie skończysz z notorycznym upijaniem się i paleniem marihuany. - Ja nic nie palę, to dopalacze. - Narkomanom się nie wierzy, bo to kłamliwe, bezmózgie ćpuny zniekształcające rzeczywistość. Wiesz, skąd ta definicja? - Nie - Z encyklopedii baranie, z encyklopedii. - To może ja pójdę do pokoju. - A ty jeszcze tutaj jesteś??? Wynocha mi stąd!!! I nie wiedzieć czemu znowu zostaję sam, ale może to i dobrze, bo dziwadło tam przesiadujące musi mieć naprawdę nierówno pod sufitem. Czuję się jak myśliwy przed jaskinią zajebiście wielkiego misia grizzly, któremu pozostał ostatni nabój w strzelbie. - No chodź do tatusia, mam coś specjalnego dla ciebie mój ty słodki robaczku. Głupek albo zgrywa frajera i schował się w szafie, albo po prostu prysnął nie wiadomo gdzie. I biegaj teraz za nim po stepie szerokim. - Ej głupek, masz może zapalniczkę – najkulturalniej jak tylko potrafię zwracam się do Filozofa. - Nie mam. - Narkoman! - No co? - Narkoman! - No co, nie mam! - Kłamliwy narkoman! - No naprawdę nie mam! - Głupi, pusty, kłamliwy narkoman! - Ale czekaj, czekaj, chyba… czekaj… no… jest, o tutaj proszę. - Proszę, jeszcze raz proszę… - Proszę Pana? - No widzisz, jaki ty mądry chłopczyk jesteś. Jeszcze młody człowieku na porządnych ludzi wyrośniecie. Biorę narkomańską zapalniczkę i wskrzeszam płomień hipnotycznego jonta. Blask gazowego wyziewu niewzruszenie ulatniającego się z dyszy plastikowego zbiorniczka rozświetla katakumby zamieszkiwane przez tajemniczą kreaturę o której istnieniu świat dopiero teraz ma się dowiedzieć. Czerń odchyla rąbka tajemnicy, ale nie kryje pod płaszczem nic nadzwyczajnego. Ot cały jego pokój z czterema ścianami na których wisi kalendarz, jakiś plakat gołej laski i coś tam jeszcze. Naprawdę nic szczególnego. Do tego szafa, stolik a na stoliku sterta papierków i na tym koniec. Pominąłem spory arsenał butelek znajdujących się w jednym z rogów, ale to detal. Chłopak lubi sobie wypić, tylko ma problemy ze sprzątaniem, ot cała filozofia osuszonych buteleczek. Najważniejszego jednak nie doświadczam. Nawet szafa nie kryje obcego osobnika, a łóżko nie pieści zabalsamowanego trupa Michałka. - Nie ma go. Nie wiesz, gdzie może być? – zwracam się kompletnie zawiedziony do Filozofa. Głupek nie słyszy, więc wydzieram się dając upust żrącej mnie od środka frustracji. - Trepie!!! Do nogi, gdzie jesteś, pan ciebie wzywa! O i widzisz. Nawet się człowiek nie obejrzy a posłuszny piesek zjawia się z prędkością wiatru gotowy na dalsze polecenia. - Nie ma go – powtarzam. - Nie ma? – dziwi się Filozof, drapiąc pazurem po tłustych kudłach śmierdzącego hipisa. - No nie ma, nie wiesz, gdzie może być. - Na dwoje babka wróżyła – odpowiada. - Że co? - No to, że może być, ale wcale nie musi, tak przecież mówiłem. - Ej, ty tylko taki za pewny nie bądź i mmi tu zbyt wiele nie wlewaj. - No co? - Jajco! Może gadałeś z nim ostatnio? - A gadałem. - I co? - Jak co? - Jak tam twoja twarz, już lepiej? - Nie zmieniaj tematu krecie, co mówił, dalej gadaj jak na spowiedzi! - No że pracuje i że niedługo mu się zbliża urlop i zamierza odwiedzić swojego starego znajomego z celi, czy jakoś tak. - Z jakiej celi, gdzie, kiedy, jakiego znajomego, co ty mi tutaj opowiadasz co? – przypieram intelektualne ścierwo do ściany z zamiarem wyduszenia konkretnych informacji. - Ale co ty ode mnie chcesz? - To ty jeszcze się dziwisz? Gadaj gdzie on jest! - No nie wiem, może wyszedł do sklepu po bułki i mleko – odpowiada płaczliwie i niestety wychodzi na to, że patafian naprawdę nic nie wie. - Spadaj do swojej nory! – ripostuję na widok trzęsących się ze strachy portek współmieszkańca. Palant przede mną nie ucieknie, a zabawa w kotka i myszkę dodatkowo podnosi mi ciśnienie krwi. - Co za głupi dom z głupimi ludźmi na pokładzie. Oczywiście głupimi oprócz mnie. Gadam zaczynając szperać po szufladkach, wnękach, gazetach o tematyce erotycznej i innych gównach rysujących niepewną kreską portret psychologiczny kogoś nie wiadomo kogo. - A może to Woland od tego tam ruskiego pisarza. Pojawia się nie wiadomo skąd, poznajemy się w bardzo dziwnej sytuacji, ja nic o nim nie wiem, natomiast on wręcz przeciwnie i szukaj wiatru w polu, bo przecież tak tego zostawić nie można. Rewizja pomieszczenia nie wnosi nic nowego do sprawy poza faktem, że koleś lubuje się w tanich nalewkach, czasami buchnie bakę i wciągnie trochę fety w trakcie podziwiania roznegliżowanych papierowych panienek za dwanaście dziewięćdziesiąt dziewięć. - No nic, w takim razie zaczaję się na tego dupka w domu i tyle. Zawiedzony siadam na stoliczku znajdującym się na samym środku pieczary tego psychopaty i co się dzieje??? Eureka!!! A właściwie to czuję bolesne ukłucie w jeden z pośladków. - Kurwa mać, aaaaaaaaaaaaaaaa!!! Co to do cholery jest. Szperam paluchami po tyłku i wyciągam pordzewiałą pinezkę. - Jezu, co to? Kawałek żelastwa rani mnie dotkliwie i to na tyle, że zaczyna dopadać mnie czarna seria scenariuszy z pinezką w roli głównej. - A jak dostanę zakażenie, albo tężec? A co jeśli był heroinistą, albo walił kompot w żyłę? A jak ma HIV albo adidasa nosi w sobie, to co w tedy??? Nic wtedy, po prostu nic. Moje życie to nic więcej, jak ściera na pomyje, więc mogę powiedzieć, że jestem wśród swoich i powinienem się z tego niezmiernie cieszyć. Wiadomo, że nie raz chciałoby się zmienić zlew na inny, czy też wiadro, w którym się aktualnie pływa, ale co tam. I po raz kolejny okazuje się, że czasami trzeba się sparzyć, aby przeskoczyć na nieco inne tory prowadzące do celu. Szpikulec znajdujący się na tym pierdolniku okazuje się być kluczem do zamka otwierającego wrota lamusa w którym mieści się odpowiedź na pytanie: ’’gdzie to ścierwo jest?’’. A jest gdzieś w Bieszczadach, ale dokładnie gdzie to nie wiem. Wynika to wszystko z notatek porzuconych na stoliku do których przykleiła się moja dupa. I proszę na to zwrócić uwagę, ponieważ tutaj mamy kolejny przykład na to, że swój ciągnie do swego. Trop urywa się na Ustrzykach Dolnych i zapewne tam ta gnida zawędrowała. Wszystkie mapy, wszystkie opisy, wszystkie teksty i w ogóle wszystko z tego stoliczka właśnie tam prowadzi. Tak, jak kiedyś wszystko prowadziło do Rzymu. Bo to jest jego taki mały Rzym i chce, żebym do niego tam dołączył. Bo odpowiedź znajduje się akurat tam. Skubaniec zabrał ją ze sobą i myśli, że się wywinie od wyjaśnień. Co to, to nie mój słodziuteńki gównozjadzie. Nie wybronisz się, nie masz najmniejszych szans na jakąkolwiek taryfę ulgową i usprawiedliwienie. I wszystko jest takie jakieś dziwne i niepoukładane. Warto zaznaczyć, że dzieje się to za szybko. Nie wiem, co to za szarlatan zaczyna prowadzić ze mną dziwną gierkę, ale wchodzę w to, bo jak ja bym nie mógł w to wejść? Już dla samego zaspokojenia ciekawość warto wybrać się na drugi koniec świata za głupkiem pieprzącym do ucha pierdoły. Tym bardziej warto, jeżeli jest to głąb z którym nigdy nie miało się do czynienia. Urasta we mnie przeświadczenie, że mam przyjemność pozadawać się z przedstawicielem jakiejś ortodoksyjnej sekty. I wiem, że mogę z mojej wyprawy już nigdy żywy nie wrócić. Bo to nie wiadomo z kim się właściwie ma do czynienia. Może zamkną gdzieś, sprzedadzą na narządy, złożą w ofierze, zgwałcą i pochowają pod drzewem? Za szybko na jakąkolwiek prognozy, ale miejcie to na względzie i zrozumcie mój strach wymieszany z pragnieniem poznania prawdy. Dzikiej i chorej prawdy o tajemniczym panu. No ile mam jeszcze o tym gadać aby przekonać samego siebie? I mogę jeszcze sporo asów trefnej tali kart z rękawa powyciągać, ale co z tego? Moje rozmyślania i dywagacje przybierają na sile i chcę wybiec z chaty, kiedy nagle kłodę pod stopy rzuca mi elektroniczny brzdęk komórki. Teraz już rozumieją państwo, dlaczego muszę na tym zaprzestać tłumaczenia się? To siła wyższa, tak to siła wyższa. Dlatego wyciągam marne urządzenie i co ja tutaj widzę. O! - Cześć - No cześć - Żyjesz! - Jak słyszysz, niestety jeszcze tak. - Weź przestań, chyba rozumiesz, że nie miałem wyboru. - Miałeś wybór mój drogi. Na przykład mogłeś mnie zostawić na innej ławce, w innej dzielnicy. - Ale wybrałem tą. - No i zafundowałeś mi kontakt trzeciego stopnia z dupkiem najprawdopodobniej mieszkającym w pokoju obok mnie, no a później bliskie spotkanie z łysolami. - O kurwa! - No, ale już wszystko okej. Właśnie siedzę u siebie, piję kawę i przeglądam newsy. - To dobrze. Bo wiesz, ja tak dzwonię, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku. - W porządku. - A może się jakoś spotkamy, niekoniecznie dzisiaj? - Nie wiem, bo mam kilka spraw do załatwienia. - Acha, to jakby co to zadzwonisz? - Zadzwonię. - To na razie. - Na razie. Burak jeszcze ma czelność do mnie zagadywać. No co za tupet. Niech się wali na ryj. Teraz już mi nie ściemni. Widocznie taka lekcja była mi bardzo potrzebna, ale już o tym ani mrum, mrum. Pomimo tego, że fizycznie nie odbywam czynności pakowania, właściwie już to robię. I nic mi w tym nie przeszkodzi. Żadna praca, bo mam ją w dupie, żaden Tomasz, Filozof, żadna przyczyna mojego wyjazdu nie jest w stanie powstrzymać postawienia kropki wieńczącej dorwanie głupola nad głupolami. Dlatego czmycham do pokoju i z neta oglądam rozkładówkę PKP. - No to ładnie. Za cztery godzinki pociąg do Przemyśla z przesiadką. Plecak, śpiwór, jakieś szmaty, niedokończona książka, której chyba nigdy nie uda mi się dokończyć i w drogę po piwko do sklepu. - Filozof!!! - Co? - Nie co, tylko grzecznie mówi się proszę! Kapujesz karaluchu? - No - Zmykam na parę dni, więc pod moją nieobecność żadnego alkoholu i żadnych panienek, kapujesz? - Okej - A gdzie jedziesz? - Zapolować na tego palanta chowającego się na drugim końcu Polski. Może chcesz się ze mną zabrać w dziką podróż? - No pewnie. - Tylko żartowałem palancie. Brania maminsynków ustawa nie przewiduje. - A kiedy wracasz? - Jak wrócę, to wrócę. Przekonasz się o tym w chwili otrzymania bardzo soczystego kopniaka na tyłek. - No - Posprzątaj tylko chatę z tym drugim kretynem, bo jak nie to macie obydwoje w dupę! - Yhmy - Dobra, a teraz spadaj, bo zasłaniasz światło. - To do zobaczenia. - Wynocha!!! No i jednego głupka mniej. Jak ja to lubię. Niech już się za młodu uczą, że mają zapierdalać i tyle. Od myślenia jestem ja, albo ktoś inny mego pokroju, a nie dwa zwichrowane kapucyny. - Ile ja mam kasy, ile ja potrzebuję kasy? Szybko do szafy ze skarpetami i w zwiniętej parze białych kondonów znajduję piczek wypoconych złotówek. Nie zastanawiając się nad potrzebną mi kwotą wrzucam skarpetkowy dobytek do plecaka i ulatniam się z komory gazowej. - Cześć! - Spadaj głupolu – dostaje się ode mnie zaspanemu Komputerowcowi na dzień dobry i trzaskiem drzwi ucinam dalszą konwersację o międzygalaktycznych wojażach autystycznego bachora. Człap, człap, człap ruchomym chodnikiem do przybytku po browary, z których jedna sztuka już na Sarcie ląduje w żołądku. Pomimo lekkiego kaca przyjmuję klina z pełnym szacunkiem i już dalej zapowiada się całkiem kolorowo. Teraz już tylko w kierunku dworca i hajda na południe do za padalcem przeznaczonym na obiadek. - Cztery dni tam zabawię, tak do końca tygodnia. Przez dwa lata nie byłem na urlopie, to sobie teraz to wszystko odbiję z nawiązką. I co za głąb do mnie się znowu dobija??? - Halo! -Cześć, tutaj Jacek. - No przecież wiem, że Jacek. Mam twój numer telefonu. - Dzwonię żeby zobaczyć, jak się czujesz. - A okej, a ty? - Ja także, ale Natalia już nie. - Słyszałem, że sobie wczoraj po drutach pojechała. - No, cyrk jak cholera. O mały włos, a znalazłaby się na łonie Abrahama. - No to nieźle. Co jej strzeliło do łba? - Czekaj, ale tak w ogóle to sorry za wczoraj. - No dzięki, ale już się stało i się nie odstanie. - Może się spotkamy i pogadamy. - A co wy się tak uparliście nagle wszyscy na gadanie? - No… - Co??? Bo przed chwilą męczył bułę Tomasz, teraz ty, co jest? - No bo… - Wyjeżdżam na parę dni. Jak wrócę, to się odezwę, na razie! - Ale… Teraz się wszystkim zebrało na przymilanie i zakręcanie parszywej puszki Pandory. Na obecną chwilę staram się być po za tym wszystkim i w dupie mam paczkę moich tak zwanych przyjaciół? Znajomych? Właściwie to chuj wie, jak to mam nazwać. Dlatego na tym kończę, bo nic innego nie wymyślę, kiedy głowę świdruje postać skubańca, u którego przetrzepanie skóry w połączeniu z głęboką analizą byłoby dla mnie nagrodą, jaką mam nadzieję otrzymać za poniesione straty. Droga na dworzec krótka, ale łapię się na tramwaj i wlokę dupsko rzucającym się wagonikiem. W środku wali śmierdzącymi skarpetkami, co przypomina o letniej porze roku i na bezdechu wpadam do wnętrza obskurnego dworca. Tutaj kupię bilet i zanim czas dopłynie do chwili, w której ruszą kółka mojego pociągu, bujnę się do Parku Wilsona jeszcze raz wszystko sobie w głowie poukładać. Ale już sam, bez osób trzecich. Ale proszę się nie martwić. Jak wrócę, to opowiem, co się wydarzyło. Pokażę też zdobyte trofeum podłego gagatka. Musicie uzbroić się w cierpliwość, albo w ogóle tego nie musicie robić. Zresztą mam to gdzieś, co zrobicie.
|
|||
| Zmieniony: Poniedziałek, 31 Maj 2010 07:16 |










