Dziedzictwo przeszłości: Tom I: Strzępki uczuć (vol.1/4) PDF Drukuj Email
Utwory - Książki
Wpisany przez KosaX   
Wtorek, 24 Luty 2009 15:37


Spis treści
Dziedzictwo przeszłości: Tom I: Strzępki uczuć (vol.1/4)
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Wszystkie strony

ŚP. BRONISŁAWOWI BENDAROWICZ (1919-2001)

***

PRZESZŁOŚĆ CZĘSTO WYBIJA SWOJE PIĘTNO W PRZYSZŁOŚCI. CZASAMI MOCNIEJSZE, NIŻ ONA SAMA.

 BEZ DZIECIŃSTWA TRUDNO ZMIERZYĆ SIĘ Z DOROSŁOŚCIĄ.

KAŻDE ZŁO SPOWODOWANE JEST BRAKIEM MIŁOŚCI. CHRONICZNYM.

 ***********************************************************************************

PROLOG

  Księżyc odbijał się w filiżance napełnionej gorącą, gorzką kawą. Zawartość naczynia znikała powoli w ustach Mateusza Lipskiego. Znajdował paradoksalne ukojenie w powtarzającym się nieskończoną ilość razy rytuale.
  Czas największych zmian minął. Stał się zamkniętym rozdziałem jego życia. Bezpowrotnie. Oddalił się okres STAWANIA SIĘ rzeczywistości. JEGO własnej rzeczywistości. Mateusz czuł się wyzuty z sił z powodu tych zmian. Zbyt wiele doświadczeń, jak na jednego człowieka. Stanowczo zbyt dużo, jak na jedno życie, jeśli to, co ogarniał pamięcią można uznać za życie.
  W tym momencie degustator kofeinowego dopalacza objął palcami filiżankę i ogrzał nią zziębnięte dłonie. Skierował przekrwione z braku snu gałki oczne za okno, na prawo od starego drewnianego globusa, skupiając się na fragmencie firmamentu, z ziemskim satelitą w roli głównej. Wracał w takich chwilach - myślami ekshumując to, co pozostało z dni, które bezpowrotnie zastygły w oceanie zdarzeń przeszłych - do własnych cholernie bolesnych koszmarów. Wpatrując się jak w transie , w duży, świetlisty okrąg za szybą, wsłuchiwał się w muzykę majestatycznej i niewzruszonej ciszy Uniwersum. Niezmiennej od momentu jego narodzin, gdy wszem i wobec ogłosił początek pielgrzymki poprzez labirynt zdarzeń i okoliczności. Jego pierwszy krzyk zapowiedział nowe pokolenie - ba, ciąg pokoleń! - generację zupełnie inną od poprzednich, nową, świeżą, ZŁĄ. Wszystko z powodu drobnej skazy, drobnej jedynie z pozoru, gdyż lawina wypadków , jaką spowodowała, stawia ją przed wszystkimi dotychczasowymi wiatrami historii na pierwszym miejscu.
  Mutacja, którą w sobie nosił, miała nad nim ogromną władzę. Niegdyś Lipski nie zdawał sobie z tego sprawy; dowiedział się o wszystkim znacznie później, kiedy najgorsze już się dokonało, kiedy było zdecydowanie za późno, aby cokolwiek zmienić lub naprawić.
  Wielokrotnie kontemplował ironię losu. Skaza powstała spontanicznie z nieznanych mu przyczyn, choć era bioinżynierii była jeszcze pieśnią przyszłości, gdy nikt nie zdawał sobie sprawy z istnienia tego rodzaju... zaburzeń oraz wynikających z nich konsekwencji. A jednak Lipski odczuwał na sobie po dzień dzisiejszy wpływ tej nieznacznej zmiany genetycznej.
  Chaos przeobrażał się w makabryczny ład, przestawiając wedle nieznanych reguł gry ludzkie figury na szachownicy pod tytułem "PRZYSZŁOŚĆ''. W głębokich pokładach podświadomości chyba od zawsze wiedział o własnej odmienności - teraz zyskał pewność. Podskórna probabilność stała się świadoma. Skaza powstała nie z jego winy... a może to tylko próba usprawiedliwienia przed własnym sumieniem? Tak czy owak - nie on zdecydował o mutacji. Przybrał swoje losy w taki kształt sumienia, na jaki było go wtedy stać, aczkolwiek jedynie w granicach wyznaczonych przez defekt.
  Skaza.
  Jej usunięcie leżało poza jego zasięgiem, poza czyimkolwiek zasięgiem; nie był w stanie jej wymazać. W swoich modlitwach do nieskończoności błagał, aby nigdy nie napiętnować skazą tych, na których mu zależało, których... kochał. Gdyby bowiem do tego doszło, efekty byłyby nieprzewidywalne, lecz z pewnością negatywne, ZŁE. A to byłoby gorsze od śmierci.
  W taką noc umysł Mateusza wciąż zszywał w laboratorium synaps wyraźne bądź mniej strzępki przeszłości. Pourywane, bezładnie przepływające przez rzekę pamięci. Strzępki, które dowolnie przestawiał, usiłując złożyć z nich sensowną układankę. Efekt końcowy był zawsze taki sam - wyrzuty sumienia oraz rozdzierające trzewia poczucie bezsilności.
  Księżyc. Satelita nieustannie obiegający Ziemię - oto metafora, która celnie opisywała Mateusza, okrążającego centrum własnego świata: kamienicę na ulicy Palacza 8.
  Niezbyt estetyczna, odrapana, z popękanymi gdzieniegdzie ścianami; miejscami sypał się tynk, zaś w miejscach najmniej widocznych rezydowali okoliczni żule, konsekwentnie przeznaczający każdą wyżebrana kwotę ("Daj złotówkę, brakuje nam do winka") na popularne w ich kręgu nalewki owocowe marki "Agropol". Stara kamienica trwała niezmiennie, gdy wokół zmieniały się ustroje, władza, mody, ludzie... Obecnie Lipski za swój dom uważał ów budynek, choć trudno jednoznacznie stwierdzić, czy z wyboru. Raczej jego wybór pociągnął za sobą przymus osiedlenia się tutaj. Największą zaletą miejsca, które stało się jego domem było to, iż na Palacza 8 i w okolicy nikt nie zdawał sobie sprawy, kogo mają za sąsiada. Tutaj Mateusz był tylko dozorcą a zarazem właścicielem budynku - nietypowa cecha w kapitalizmie. Zdecydował się na to pod wpływem impulsu (jak często bywało z jego decyzjami) i tak zostało po dziś dzień. Do jego obowiązków należało dbanie o czystość posesji wokół kamienicy, pobieranie czynszu(choć coraz częściej obywało się bez żywej gotówki, za to wygodnym przelewem), czasami drobne naprawy, jak np. wymiana żarówek lub pomalowanie klatki schodowej. Nie liczył już, ile razy przeganiał meneli spod bramy, jak często uprzątał ich wymiociny, mocz, puste butelki po winie, niedopałki papierosów, głównie tych z przemytu. Cóż, jego własność należała do ulubionych miejscówek elementu i tak czy inaczej , zawsze doń wracali. Było to życie jakże odmienne od poprzedniego, sprzed kilkunastu ostatnich lat. To był odwrót o 180 stopni! Gdyby nie ważkie powody, jakie nim kierowały, byłby dziś... właśnie, kim?Tutaj miał dużo czasu na rozmyślania, oprócz błahych incydentów praktycznie nic nie zakłócało jego wegetacji. Z wyjątkiem jednego mocnego akordu całkiem niedawno. Pomijając przeszłość. Z początku napawała go obrzydzeniem sama myśl o diametralnym zwrocie, jakiego dokonał, a jednak weszło mu to w krew, jak wiśniowy kompocik w żyły narkomana. Ot, rutyna. Obowiązki i tyle, nawet jeśli podchodził do nich z pewną rezerwą i ledwo skrywaną ironią. To zdecydowanie nie był szczyt jego ambicji.
  Lipski pragnął spokoju. Odgrywał rolę cienia, szarej eminencji w specyficznym tego słowa znaczeniu. Jego dzień powszedni: zdawkowe "Dzień dobry" lub "Dobry wieczór" wymieniane z lokatorami, wymiana poglądów na temat bieżącej polityki (był przyzwyczajony do radykalnych zmian opinii po każdych kolejnych wyborach); stanowiło to pewien zabawny, powtarzalny schemat, który pozwalał mu utwierdzać się w przekonaniu o niezmienności ludzkiej natury. Chociaż rzadko zgadzał się z opiniami swoich "płatników", dla sportu brnął w pozornie ważne debaty z nimi. Bawiło go to setnie. Tyle od życia mu się należało, ustawowo.
  Czyżby sprawiał wrażenie poczciwiny? Jakże się mylili! O to chodziło! Wygląd zewnętrzny dozorcy mógł dawać mylne wyobrażenie o nim. Jego czoło przecinały kanały zmarszczek, pogłębiających się z każdym rokiem, twarz porastała piaszczysta gleba zarostu (nie czuł się dobrze bez niego), pokrywająca ziemistą, grudkowata cerę. Posturą - z wyuczoną manierą - przypominał czasami lunatyka, zwłaszcza podczas sprzątania posesji. Upodobał sobie płaszcze, które przykrywały całe jego jestestwo; to wszystko sprawiało, iż zdawało się,że jeszcze chwila, jeszcze moment, a wypali się do cna. Jak świeczka, w której za chwilę stopi się resztka wosku i zgaśnie. Lecz to była tylko rola; wystudiowanie, z trudem maskowane w ostatnich tygodniach, z powodu istotnych wydarzeń, których był niejako obserwatorem. Wciąż był sprawny zarówno fizycznie, jak intelektualnie. Wygląd człowieka 10 lat starszego, niż był w rzeczywistości tylko tu pomagał. Czujność Mateusza rażąco nie współgrała z wyobrażeniem faceta, który często epatuje mieszkańców podkrążonymi oczami z bezsenności. Wyuczona z powodu tejże czujności oraz zarazem ostrożności sztuczna grzeczność - tak płytka,że niemal niezauważalna - kazały mu robić swoje. Praca stanowiła najlepsze remedium na gnębiącą go winę. Nie łudził się od dawna, że krótkie chwile, kiedy zbliżał się do szczęścia jeszcze powrócą. Dawne życie, ciągle obecne w szufladkach pamięci już nie wróci. Wszystko skończyło się definitywnie. Kawa pozwalała mu trwać w czujności; aromatyczny, czarny napój rozjaśniał umysł. Po dniu spędzonym na powtarzalnych czynnościach, rozsiadał się wygodnie w obitym brązowo-kremową skórą fotelu i zatapiał się w lekturze. To go uspokajało. Chwilami myślał, iż "reszta to tylko milczenie".
  Gdyby zdawał sobie sprawę, jak okrutnie się mylił. Chociaż nie zanosiło się na rewolucyjne zmiany, one skradały się niepostrzeżenie, jak złodziej, tuż za jego plecami, tuż za linią horyzontu... Nie wiedząc o niczym, uwierzył, że nic już nie zakłóci jego spokoju. Niedawne "zakłócenie" stagnacji próbował lekceważyć, ponieważ to nie był jego świat. Już nie. Nigdy nie był?
  On - chcąc, nie chcąc - poruszył kostki domina. Co chwila upada kolejna, prowadząc do konkluzji.
  Nie podejrzewał, że jego niezagojona przeszłość wpływa na wszystko, co ma się dopiero dokonać. Gdyby wyparł się przed sobą samym własnego ciężaru win, straciłby całkowicie poczucie sensu dalszego trwania. Najdramatyczniejsza walka, którą toczył z sobą, to pamięć o tym, kim kiedyś był (a może nadal jest?).Nie mógł spać snem sprawiedliwych, choć uodpornił się dzięki niej na wichry losu. Jego najcięższa przewina paradoksalnie ukształtowała w nim człowieka, cokolwiek to oznaczało. Dawny ON już nie istniał. Musiał to zaakceptować, przyjąć za aksjomat, ale jaką miał gwarancję, że obecnie postępuje właściwie? Może to kolejne z niezliczonej serii złudzeń, jakie żywił?Jak złudzenie,że jest realistą? A jeśli starał się usprawiedliwiać, by nieco lżej znosić hałaśliwą samotność życia z dnia na dzień? Bez żadnych perspektyw na odmianę? Całe dziedzictwo przeszłości, utrudniające egzystowanie obok społeczeństwa, jednocześnie podtrzymujące nikły płomyk nadziei, tkwiącej w nim mimo wszystko - może to także ułuda? Przecież spalił za sobą wszystkie mosty i nie mógł przeskoczyć otchłani, dzielącej go od chwil pozorów spełnienia. Czy byłoby najlepiej dla niego, a zwłaszcza dla osób, które kochał, dać się ponieść prądom wydarzeń i żyć bez oglądania się na to, czego nie zmieni? Pozwolić im żyć własnym życiem, pozwolić popełniać błędy wraz z ich wszystkimi następstwami? Nie czuł się na siłach definitywnie rozwiązywać takich dylematów.
  Jakie to ogólne i mgliste! Bez konkretów. A przecież wszystko miało swoje miejsce w siatce czasoprzestrzeni i owocowało następstwami w losach ludzi, których miał (nie)szczęście spotkać na swej drodze! Mateusz nieodwracalnie przestawił ich życie na inne tory, określił je na wieczność. W tym swoje.
  Księżyc zniknął z filiżanki. Kawa się skończyła. Wstał z fotela z bezgłośnym westchnieniem, jak gdyby wydawał ostatnie tchnienie. Poszedł do kuchni, nalał następną , po czym wrócił na miejsce rozmyślań. Wtulił się całym ciałem w nagrzany mebel. Odetchnął. Postawił filiżankę na stolik.Zaraz jednak upił łyczek. Obrazy przeszłości wróciły, jak po przerwie na reklamy.
  Na stoliku obok filiżanki z kawą leżał pozłacany zegarek bez paska, właściwie sama tarcza ze wskazówkami. Dla Lipskiego miał sentymentalne znaczenie. Przypominał mu, że spotyka się czasem osoby, które są kimś w rodzaju życzliwych wróżek lub aniołów stróżów. Spotkał takie osoby, dawno temu, w innym wcieleniu. Ale tych, od których otrzymał pozłacany zegarek nie poznał nawet osobiście, choć byli jego rodzicami.
  Zacisnął rękę na tarczy zegarka. Był człowiekiem, którego nieustannie dręczyły paradoksy własnej osobowości, sprzeczności psychiki, których nie umiał nawet w ułamku ogarnąć. To tak, jakby siedziało w nim dwóch różnych Mateuszów, z których każdy ciągnie w swoją stronę, czego efektem jest wegetacja jako wraku dawnego idealisty.

  Był środek nocy. Przed chwilą minęła druga. Wodząc wzrokiem po pokoju, zatrzymał go na swojej biblioteczce. Wstał z fotela, obojętnie zmierzając do niej. Przejechał palcami po książkach. Posiadał wiele tytułów; echo dawnego głodu wiedzy. Dziś odczuwał jedynie przesyt, odbijający się mentalną czkawką. Ktoś kiedyś powiedział, że niewiedza uszczęśliwia - proste i prawdziwe, zgodne z brzytwą Okhama. Podczas lektury pozwalał części umysłu przenieść się do innego świata, może lepszego?
  Zatrzymał wzrok na sześciotomowej sadze o bliskiej jego losom tematyce. Wizja świata i ludzi tam zawarta nie pozostawiała pola manewru dla optymizmu. Była to tragikomedia, a nawet kryminał i thriller psychologiczny w jednym, opowiadająca dzieje kilku pokoleń pewnej specyficznej rodziny. Tytuł sagi miał kilka płaszczyzn i dawał wskazówkę, co do podobieństwa dylematów bohaterów, które sprowadzały się do cienia dnia wczorajszego wpływającego nieustannie na TU i TERAZ. Skąd on to znał? Wyjął tom VI, oprawiony jak pozostałe, w twardą obwolutę koloru krwistej czerwieni.Całkiem adekwatny do zawartości kolor. Była to dosyć gruba księga, choć wyraźnie różniła się od poprzednich części. Nie bez istotnego powodu - papier był pożółkły i treść tomiszcza zapisana była nie drukowanym, a odręcznym pismem. Na pierwszej wewnętrznej stronie widniały dwa słowa: "KRZYSZTOF SALACH". Niektóre kartki wypadały, trzeba je było sklejać, niektórych brakowało. Lipski na stojąco zaczął kartkowanie tak dobrze mu znajomych stron. Początek właściwej treści stanowiła data:

2 STYCZNIA 1983

  Pod nią wpis, zaczynający się od słów:

"Kim właściwie jestem? Dlaczego to piszę? Powód jest prozaiczny - brak osób, którym mógłbym powierzyc moje najgłębsze sekrety. Forma dziennika jest chyba najlepsza - zapis faktów plus subiektywny komentarz..."

  Pod wpisem następna data:

28 STYCZNIA 1983

  Kolejny wpis, zaś niżej znowu data itd. Ale pamiętnik nie był prowadzony do ostatniej strony, pozostało kilkanaście pustych pożółkłych kartek. Krzysztof Salach - to już nie on. Pozostał wyrzutem sumienia. I pewnie tak pozostanie na wieki wieków. Amen.
  Dlaczego jeszcze nie zdobył się na spowiedź przed tymi, którzy powinni poznać prawdę? Obawiał się, że nie zrozumieją jej tak klarownie, z wszystkimi niuansami, jakby sobie tego życzył. Że źle ją pojmą. Ze wszystkimi jej następstwami. Co to za spowiedź bez pewności rozgrzeszenia? Dlatego stał w rozkroku; nie zdecydował ani w jedną, ani w drugą stronę. Gdyby wyznał prawdę, nie dałoby się przewidzieć wynikających z niej skutków. Oczywiście istniała możliwość, że nic wielkiego się nie wydarzy, ale obawiał się pozostawić osąd w rękach swoich... swoich ławników. Nie miał dość woli, aby wybrać którąkolwiek z opcji, co powodowało, że de facto wybrał jedną z nich. To był jeden z czynników, które spowodowały, że w jego włosach z każdym rokiem pojawiało się coraz więcej siwizny.
  Sam dźwigał to brzemię tyle lat. Nie miał żadnej pewności, że zrzucając je z barków osiągnie równowagę. Gdyby tak wybrał i zebrał się na ten ostatni krok...
  Przecież tylko wegetuje, zamknięty w więzieniu rutyny. Prawdopodobnie jeszcze do tego nie dojrzał. Brakowało mu odwagi, choć dopóki żył, miał wciąż szansę odkupić swoje grzechy. Całkowicie.
  Pragnął móc przyznać przed sobą, żę osiągnął spokój ducha i oczyścił się z grzechów; że mógł umrzeć pogodzony ze sobą i ze światem.
  A jednak to on poruszył klocki domina. Jeden, drugi, trzeci...następne...
  Kiedyś zmieni się wszystko. Teraz wszystko się zacznie. Nigdy się nie skończyło.
  Mateusz już dawno się skreślił. Gdyby tylko jego życie potoczyło się inaczej... marzenia ściętej głowy.
*
  Zaczęło się leniwie rozjaśniać. Już świt. Lipski nie potrafił zmusić się do zaśnięcia. Wypił tej nocy trzy filiżanki mocnej lury, gorzkiej, bez cukru. Przekartkował jeszcze raz zapiski, po czym odłożył je na półkę biblioteczki, pomiędzy V a VI tomem sagi. Nie mógł teraz spać. Niebawem kamienica zbudzi się do życia. A on był dozorcą.
  Przypomniał sobie, że miał kupić czasopisma dla Mariusza. Toteż aby nie zmorzył go sen, dla pewności zaparzył jeszcze jedną kawę.
  Księżyc witał się już ze słońcem. Następna noc zmarnowana na niepraktyczne gdybania dobiegała kresu. Zaczynał się nowy dzień. Zwyczajny, styczniowy poranek.



Zmieniony: Poniedziałek, 10 Maj 2010 15:15
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości 

Imieniny


8 Września 2010
środa
Imieniny obchodzą:
Adrian, Adrianna,
Klementyna, Maria,
Nestor, Radosław,
Radosława
Reklama:
Reklama
Reklama: