Aldonka kontra Ada PDF Drukuj Email
Utwory - Książki
Wpisany przez Kjoshi Ahuna   
Wtorek, 24 Luty 2009 16:30


Spis treści
Aldonka kontra Ada
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 14
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Wszystkie strony

Część I z cyklu: "NIEPOKONANI"       

 

        Nadludzkim wysiłkiem otwieram jedno oko, a po chwili drugie. Moje powieki są ciężkie i wcale nie mają ochoty otworzyć się. Każdego ranka muszę z nimi walczyć. Z nimi i z Mikołajem, który po raz setny upomina mnie, że czas biegnie nieubłaganie, a kierowca autobusu nie będzie na mnie czekał. Kiedy budzik w telefonie, leżącym przy łóżku, dzwoni po raz trzeci, wstaję i idę do łazienki.
         Mam na imię Aldona! Dacie wiarę? Aldona! Na tak wspaniały pomysł ochrzczenia mnie tym imieniem, wpadła moja kochana babcia Józia. Chyba musiało jej bardzo zależeć. Tak bardzo, że siła perswazji moich rodziców nie przyniosła żadnego rezultatu.
         Rodzina i przyjaciele zwracają się do mnie: Donka, czasem Aldonka. I dziękuję im za to. Tej Aldony chyba jednak nie przetrawiłabym w sobie…

         Opieram się o umywalkę i zastanawiam, czy dziś wyjdę z pracy o szesnastej i czy mój przełożony - szef znów wymyśli coś godnego uwagi. Za plecami słyszę głos męża:

– Donka! Czy każdego ranka musisz zmuszać mnie do czekania na łazienkę? Nie postawiłaś czajnika na gazie, wiesz która jest godzina?
– Wiem kochanie która jest godzina, nie martw się, zdążę, najwyżej makijaż dokończę w pracy, w końcu każdego dnia przyjeżdżam pół godziny wcześniej!
– Dlaczego w takim razie nie pojedziesz następnym autobusem?
– Ponieważ wtedy byłabym o piętnaście minut za późno! - odpowiadam Mikołajowi, zalewając kawę.
- W takim razie, nie narzekaj, swój makijaż dokończysz w pracy, a i kawę zdążysz zaparzyć, zanim przyjdą pierwsi klienci... - i zanim odpowiedziałam, Mikołaja już nie było.

         Oczywiście na autobus musiałam biec. Zdążyłam, ale nie zdążyłam dokończyć rozdziału książki, ponieważ kierowca wyjątkowo szybko wjechał na przystanek, na którym musiałam wysiąść. Nawet gdybym uparła się jechać dalej, żeby przeczytać kolejne dwie kartki, nie mogłabym, bo był to ostatni przystanek na tej trasie. Kiedy doszłam do budynku, Gabi właśnie mocowała się z drzwiami.
- Uśmiechnij się, czeka nas kolejny dzień pełen wrażeń - powiedziała moja koleżanka, machając mi przed nosem kluczem.
- To znaczy, że musimy coś zrobić i pewnie to coś jest pilne - moja twarz wykrzywiła się śmiesznie i na pewno grymas nie przypominał uśmiechu. Koleżanka zaczęła się śmiać.
- Bingo! Wczoraj to tobie się upiekło, w sekundę po twoim wyjściu przyszedł nasz ulubiony szef i musiałam go wysłuchać - Gabi z czułością wypowiedziała słowa: „nasz ulubiony szef”. Parsknęłam śmiechem.
- Więc co mamy zrobić? - zapytałam, wchodząc do środka i kierując się do naszego pokoiku socjalnego, żeby nastawić wodę na kawę.
– Pan Rysiu chce, żebyśmy zrobiły listę dwudziestu najczęściej wypożyczanych filmów, w ostatnim miesiącu. Mamy również przetestować ten nowy program, który zainstalowała Asia. Jeśli mamy jakieś uwagi...
– Niezwłocznie mamy je zgłosić – dokończyłam zdanie i zalałam kawę.
– Mam nadzieję, że ten program będzie działał, bo nie mam specjalnej ochoty dyskutować o nim z Asią – próbowałam uruchomić komputer, który jak zwykle zapytał o hasło, a które ja oczywiście zapomniałam. Gabi wpisała je za mnie.
– Wypijmy najpierw kawę, a potem zaczniemy.

         Po kawce wzięłyśmy się do roboty, ponieważ rano nie było ruchu. Rzadko klienci wpadali tak wcześnie po film, chyba, że dzieciaki, które miały wakacje.

         Pracuję w wypożyczalni filmów: „Murena”. Dlaczego akurat w wypożyczalni zapytacie? Ponieważ lubię tę pracę i ludzi, z którymi mogę rozmawiać na temat filmów. Po drugie, wciąż uczę się, więc mam nadzieję, że pewnego dnia klientom znudzi się moje gadulstwo i będę robić coś innego. Po trzecie uparłam się, żeby wcześnie wyjść za mąż. Rachunki trzeba jednak płacić…

         Zanim opowiem wam co mi się przytrafiło, pozwólcie, że na moment zatrzymam się jeszcze przy pracy. „Murena” odegra całkiem sporą rolę w naszej historii, a kiedy już o niej mowa, nie mogę nie wspomnieć jej właścicielu. A więc w kilku słowach przedstawię wam mojego szefa: Ryszarda Szczyżyka:
Jest to przystojny pan, dobiegający pięćdziesiątki, słynący z gustownych ubiorów, dbania o siebie poprzez uprawianie sportów i nie korzystanie z używek typu: papierosy. Jest wymagającym szefem, który łatwo wpada w złość i wtedy głośno krzyczy, by po chwili znów być czarującym i miłym szefem, po prostu do rany przyłóż!
Roztargniony, często zapomina o ważnych sprawach, chociaż ogólnie trzyma rękę na pulsie. Lubi z nami żartować, kiedy ma humor oczywiście, bo kiedy go nie ma, ciągniemy zapałki, kto z nas zaniesie mu kawę.
Może już na koniec (bo z pewnością pana Rysia poznacie lepiej), powiem tylko, że ja właściwie nie powinnam zbytnio narzekać. Poszedł mi człowiek na rękę, nie muszę pracować na zmiany, co daje mi możliwość szlifowania popołudniami języka angielskiego. Zamierzam odpowiednio spożytkować go w przyszłości.


-To by było chyba na tyle - oderwałam wzrok od listy filmów, zrobionej na brudno. - Nie mam pojęcia jakim cudem mamy zmieścić się w dwudziestce, ja dodałabym co najmniej jeszcze raz tyle!
– Powiedziałam Szczyżykowi to samo, ale się uparł.
– Zaraz, a za jaki miesiąc ta lista?
– Za ostatni, za maj.
– Aha, a tak na marginesie, za parę dni kończy się czerwiec, będzie domagał się nowej?
– Chcesz wiedzieć co mówi mi moje przeczucie? - zapytała Gabi ze śmiechem.
- Nie! - spojrzałam na kartkę. - Zapomniałyśmy o jednym filmie - koleżanka spojrzała na mnie pytająco. - “Oczy węża” Briana De Palmy...
- Rzeczywiście, Tomek... - Tomek jest naszym stałym klientem, mieszka dwie ulice dalej i jest przemiłym chłopakiem. Niestety los nie był dla niego łaskawy, uległ poważnemu wypadkowi i chodzi o kulach. Właściwie chodzi z trudem, więcej jeździ na wózku, ale zważywszy, że jest uparty i nie poddaje się, wierzymy, że któregoś dnia będzie chodził o własnych siłach.
Osobiście podziwiam go za jego upór i wiarę, które w połączeniu z rehabilitacją sprawiają cuda i radzi sobie coraz lepiej. Jest przystojny i inteligentny, ale po wypadku zamknął się w sobie i unika kontaktów z rówieśnikami, szczególnie jeśli chodzi o dziewczyny. Panicznie boi się odrzucenia. Jego życie i największa miłość to filmy. Ma swoich ulubionych aktorów, szczególnie Nicolasa Cage'a. Film “Oczy węża” wypożyczył jedenaście razy.
– Przecież Szczyżyk nie musi wiedzieć, że film był wypożyczany przez tę samą osobę,
a w końcu to jedenaście razy.
– Masz rację, wpisujemy.
– A co skreślamy?
– Nie wiem, może... “Uciekająca panna młoda”?
– Dobra, skreślaj.
         Przyszedł Marceli, nasz kolega po fachu.
- Cześć dziewczyny.
– Cześć - odpowiedziałyśmy równocześnie.
– A ty co? Stęskniłeś się za pracą? - zapytałam.
– Praca stęskniła się za mną! Szef uważa, że nasza strona internetowa wymaga
poprawek.
– I ty masz ich dokonać?
– Coś w tym rodzaju, zrobić projekt...
– O! To przynajmniej możesz się wykazać, w końcu zajmowałeś się kiedyś robieniem
stron internetowych.
– Bardzo śmieszne, jest już Asia?
– Nie ma - Gabi włączyła drukarkę.
– Znakomicie, posiedzę w samotności, to może coś stworzę - Marceli zostawił nas i poszedł do pokoju.
Chwilę później komputer zawiesił się, a drukarka odmówiła posłuszeństwa. Tupnęłam nogą i wydałam z siebie rozpaczliwy ryk. - Marceli!
Marceli zerwał się na równe nogi, sądząc, że coś się stało.
– Pudło zawiesiło się! Zrób coś z tym, musimy uporać się z listą od szefa.
– Donka! Zwariowałaś? Myślałem, że kto was napadł - powiedział z wyrzutem, a potem spojrzał w komputer. Kiedy wreszcie się z nim uporał, (ciekawe, że jego zawsze słucha!), rzucił okiem na naszą listę.
– “Kod Merkury”...
– Słucham? - Gabi spojrzała na niego, podczas, gdy ja obsłużyłam pierwszego klienta.
– Na mojej zmianie ten film schodził bardzo często, a i jeszcze “Poranek Kojota”.
– W takim razie zrób swoją listę - rzuciłam mu kąśliwie, a Szczyżyk wybierze sobie tę, która bardziej mu się spodoba!
– Widzę, że twój humor zmienia się w atomowym tempie - zauważył. No tak, ten to szczęśliwie zakochany, więc zły humor omija go szerokim łukiem.
         Na to właśnie wszedł pan Rysiu, a za nim Asia – osobliwa koleżanka, z którą staramy się nie wchodzić w żadne dyskusje, ponieważ ma dość dziwny stosunek do życia, mianowicie nie uznaje instytucji zwanej małżeństwem. Co do związków na „kocią łapę”, nie jestem pewna, ale zdaje się, że również ma jakieś zastrzeżenia.
– Cześć dziewczyny! Wszystko w porządku?
– Oczywiście - odparłam, może trochę ironicznie. - U nas zawsze jest wszystko
w porządku. - Pan Rysio łypnął na mnie okiem, z rozbawionym wyrazem twarzy i odparł: - Cieszę się – po czym wytrzeszczył w uśmiechu swoje białe zęby. - Muszę wyjechać i mogę już nie wrócić, więc tę listę filmów, omówimy jutro, to ważne i pamiętajcie o programie.
– Oczywiście - Gabi posłała mu swój najbardziej promienny uśmiech.
– W takim razie znikam, gdyby coś się działo, jestem pod komórką - powiedział i już go nie było.
– A widzicie? Możecie do jutra jeszcze raz przeanalizować spis - powiedział Marceli rozbawionym tonem, rzuciłam w niego paczką orzeszków, przeznaczoną dla klientów. Wrócił do swojej pracy, a Asia, chyba bez humoru, poszła zaparzyć sobie kawę.
- Okropny dzień – westchnęłam. - Muszę zrobić zakupy, bo Mikołajowi przywiozą dziś jakiś nowy gatunek ryb, a o osiemnastej czeka na mnie dentysta. Znów nie zdążę na pocztę. Kobiety powinny być zwolnione z podatku!
– Aldonka, przecież to samo życie! Przynajmniej obiadu nie musisz gotować.
– Nie muszę, Mikołaj coś tam upichcił, przynajmniej w tej kwestii wygrałam.
– Masz szczęście.
– A ty nie?! Twój mąż gotuje najlepsze dania jakich miałam okazję spróbować.
– W restauracji, w domu jakoś traci wszelką chęć do kulinarnych popisów. Czasem jak ma wolny dzień i humor, to owszem, wtedy jestem zwolniona z gotowania.
– Myślę, że i tak mamy wiele szczęścia, że spotkałyśmy takich facetów – stwierdziłam z głębokim przekonaniem, że tak właśnie jest.
- Donka, ja wierzę, że to jest zapisane w gwiazdach. Musi tak być skoro Mikołaj pokonał pięćset kilometrów, żeby cię odnaleźć, żeby odnaleźć swoje szczęście!
– Masz rację - powiedziałam i zamyśliłam się. - Tylko „to szczęście” daje mu nieraz nieźle w kość! Chyba powinnam przygotować dobrą kolację...

         Wyszłam parę minut wcześniej, żeby zrobić już część zakupów. Z czterema ciężkimi siatkami i przekleństwami na ustach weszłam do mieszkania. Wzięłam prysznic, przebrałam się i pobiegłam do lekarza. Mój dentysta jest uroczym, całkiem przystojnym panem, którego wciąż trzymają się żarty. Potrafi tak zająć pacjenta swoimi życiowymi wywodami, że ten prawie zapomina o bólu.
– Pani Aldono, dlaczego pani mi to robi? - odłożył lusterko i sięgnął po jakiś dziwny szpikulec, a ja zdążyłam zapytać: - Co takiego panu robię, panie doktorze?
– Jak to co? Żadnych ubytków od ostatniego razu, a ja się tak cieszyłem jak panią zobaczyłem...
– Cieszył się pan na myśl, że znowu będę poddawana pańskim torturom!
– Torturom? A ja sądziłem, że to sama rozkosz! - oznajmił, bawiąc się przy tym doskonale.
– Proszę mnie chociaż pocieszyć, że moje tortury nic nie bolą.
– Rzeczywiście – westchnęłam. - Prawie nigdy – uśmiechnęłam się i umknęłam z fotela. W bezpiecznej odległości od razu poczułam się lepiej.
- Prawie nigdy – doktor Michalczyk powtórzył i zapisał coś w mojej kartotece. - No dobrze, skoro odwiedzi mnie pani dopiero za pół roku, to może uda mi się pomęczyć pana Mikołaja? Jeśli mnie pamięć nie myli, chyba coś się tam u niego znajdzie... - dentysta zaczął szukać kartoteki Mikołaja.
- Chyba faktycznie ostatnio nie dokończył... - zaczęłam, ale doktor był szybszy i już studiował kartotekę mojego męża.
- Nieładnie! Proszę go do mnie przysłać! Mam wrażenie, że unika mnie jak ognia! Proszę mu powiedzieć, że jeśli się boi, to pani chętnie będzie mu towarzyszyć.
– Dobrze panie doktorze...
– A kiedy wybieracie się na urlop?
– Zaraz, co teraz mamy? A, czerwiec, no to jeszcze trochę musimy poczekać. W sierpniu jedziemy nad morze.
– Wyśmienicie! Ja również wybieram się w sierpniu na urlop, zatem pan Mikołaj ma
jeszcze cały lipiec.
– Panie doktorze, proszę mu tego nie mówić jak przyjdzie, ale ja myślę, że on się zwyczajnie boi.
– W takim razie jak przyjdzie, dostanie ode mnie nagrodę. Może strzykawkę? - dentysta popatrzył na mnie i oboje zaczęliśmy się śmiać. Pożegnałam się z doktorem Michalczykiem w doskonałym humorze.
         W drodze powrotnej do domu, rozmyślałam o Mikołaju. Kiedy wyczułam, że zbliża się moment, w którym zamierza się oświadczyć, wymyślałam różne powody, żeby tego nie robił. Nie dlatego, że go nie kochałam, tylko dlatego, że panicznie się bałam. Całe życie marzyłam o idealnym związku, w którym oboje jesteśmy dla siebie przyjaciółmi, powiernikami, kochankami i partnerami. Tak bardzo tego pragnęłam, że kiedy przyszedł czas założenia rodziny ogarnął mnie paniczny lęk. Gdyby nie cierpliwość Mikołaja, chyba groziło by mi staropanieństwo.
         Na szczęście uparł się, żeby mnie poślubić, wymieniając moje zalety, a dyplomatycznie pomijając wady. Wróciłam do rzeczywistości. Byłam już niedaleko domu, kiedy usłyszałam rozdzierający, damski głos:
- Aldonka! Aldona, zaczekaj - z przeciwnej strony, w stronę szpitala, przy którym znajdowałam się, biegła dziewczyna. Przystanęłam, Jola. Z fryzurą, jakby właśnie wyszła od fryzjera i makijażem idealnie pasującym na party, moja koleżanka z rozbrajającym uśmiechem stanęła przede mną.
– Jak dobrze, że cię widzę, miałam zamiar do ciebie zadzwonić. Chciałam zapytać co
słychać i w ogóle porozmawiać.
– Słychać dobrze, a porozmawiać możemy, dlaczego nie...
– Tylko nie teraz, właśnie biegnę na dyżur. - Spojrzałam na Jolę i uśmiechnęłam się.
– Wyglądasz jakbyś właśnie wyszła od fryzjera.
– Bo wyszłam, podoba ci się? Podobno ta fryzura to ostatni krzyk mody.
– I z tą super modną fryzurą biegniesz prosto do pracy?
– Specjalnie zamieniłam się z koleżanką na dyżur.
– Jola, mów po ludzku, bo nic nie rozumiem. Od kiedy to jesteś taka chętna do pracy?
– Od kiedy na moim oddziale leży facet podobny do mojego wymarzonego księcia
z bajki...
– Zakochałaś się w pacjencie?
– Donka, muszę lecieć, bo przełożona się wścieknie, jutro mam wolne, wpadnę, co?
Muszę koniecznie z tobą pogadać.
– Dobrze, ale ja będę dopiero około siedemnastej.
– Dobra, pa - Jola pędem pobiegła do głównego wejścia. Spojrzałam na zegarek.
Trzech minut brakowało do dziewiętnastej, uśmiechnęłam się pod nosem, cała ona...

         Dlaczego człowiek nie może mieć w głowie jakiejś kontrolki, która da znać, że pewne wydarzenia zmienią nasze życie? Co mnie mógł obchodzić jakiś poobijany facet, leżący na urazówce? A jednak! Ten facet diametralnie zmieni moje życie! Tylko ja jeszcze o tym nie wiem…

 



Zmieniony: Wtorek, 17 Marzec 2009 18:22
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 24 gości 

Imieniny


5 Lutego 2012
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Agata,
Aga, Albin, Izydor,
Jakub, Jan,
Justynian, Paweł,
Piotr,
Strzeżysława
Reklama:
Reklama
Reklama: