| AUTOPORTRET Z ANIOŁEM W TLE |
|
|
|
| Utwory - Opowiadania | |||
| Wpisany przez PRZEMYSŁAW KONIECZNY | |||
| Sobota, 29 Sierpień 2009 09:35 | |||
|
AUTOPORTRET Z ANIOŁEM W TLE
Dla Joasi- „Shanti” W dowód podzięki za cierpliwość
Mosina, 26.04.- 30.05.2009 r.
Napisano tyle mądrych rad jak korzystać z Internetu. Tyle przestróg i ostrzeżeń. Jak się nie dać wciągnąć w żadne chore gierki. Jak rozpoznawać maniaków. Pomyleńców, którzy chcą spełniać się przez zasłonę monitora. Nigdy nie jesteś pewna z kim rozmawiasz. Nawet wtedy, gdy ten ktoś zdaje się być osobą jak najbardziej normalną. A może to zboczeniec? Morderca z drugiego końca kraju? Albo sąsiad, co ukrywa swą drugą, mroczną naturę i w sieci czyha na ofiary? Nigdy nie wiesz…Więc nie podawaj swoich danych na czacie. Swoich namiarów. Skryj się za nickiem i udawaj siebie. Albo bądź kimkolwiek. Kim tylko zechcesz. Lub nikim, bez żadnego znaczenia. Ale przenigdy nie przekraczaj magicznej granicy poznania. Byłam wierna tym zaleceniom, wierna aż do przesady. Choć przecież najprościej jest nie zaglądać na portale, gdzie gromadzą się wszelkie indywidua i udają kogoś, kim nie są. Albo są sobą, ale jest to dla nas zbyt oczywiste, by w to wierzyć. Więc wymyśliłam sobie pseudonim, jak każdy, i zalogowałam się na czacie jednego z portali. Po co? A któż to wie? Może z nudów? Albo z desperacji, że człowiek wciąż jest sam? Nie ważne są powody, dla których uzależniamy się od takich wizyt. Czasem całymi godzinami śledziłam prowadzone rozmowy na forum i nie odzywałam się nieproszona. Proszona zresztą także nie. Lecz z czasem nabrałem coraz większej ochoty, by z kimś pogadać, tak zwyczajnie, po ludzku. I w końcu, po wielu pomyłkach bez znaczenia, zgromadziłam wokół siebie kilkoro znajomych, podobnych do mnie, z którymi można było porozmawiać o wszystkim. Czasem nawet o pogodzie. Zależnie od nastroju. Lecz popełniłam błąd. Pomimo tych wszystkich ostrzeżeń, napomnień; popełniłam błąd. Uwierzyłam, że jeden z nich to ktoś wyjątkowy. Ktoś z kim mogę porozmawiać głębiej. Pokazać duszę i wystawić się na cios. Najzwyczajniej w świecie otarłam się o miłość. Własną. Do tamtego cienia na monitorze. Zaczęło się jako niewinny flirt. Bo akurat miałam taką ochotę, do niezobowiązujących pogaduszek z odcieniem erotyzmu w tle. Taka zabawa. Kokietowanie na odległość, bez możliwości dotknięcia w jakikolwiek fizyczny sposób. Znak czasów. Nie buduje się już wież z uwięzionymi księżniczkami w środku i warującym smokiem pod drzwiami. Teraz mieszkanie jest więzieniem, w którym zamykamy się sami. Całkiem dobrowolnie. Komputer i Internet zastąpiły nam spotkania towarzyskie. Czemu tak? Z wygody? Z lenistwa? Bo można pogadać i w każdej chwili zniknąć bez śladu? Pewnie wszystko po trochu. A może najzwyczajniej tak jest. Udajemy, że nie jesteśmy samotni, ale to nieprawda, choćbyśmy sami w to wierzyli najszczerzej. Zawsze jesteśmy samotni. Nigdy żaden inny człowiek nas nie pozna do końca, choćby nie wiem jak się starał, i jak byśmy próbowali mu to ułatwić. Ta gorzka prawda nas piecze dotkliwym ogniem, lecz wciąż jak niepoprawne dzieci usiłujemy udowodnić, że to nieprawda. Inaczej po co ludzie by wchodzili na czat? To nie tylko sposób na pogawędki- to również ucieczka od szarości dnia codziennego, miejsce, gdzie możemy wykreować siebie takich jakimi chcielibyśmy być. Lub jesteśmy sobą bez obaw, że nas wyśmieją prosto w twarz. Nawet jeśli jacyś idioci nam tu dokuczają, to zawsze kryjemy się za parawanem monitora. Taka namiastka cudownej tarczy. Ten mój znajomy zwał się Poetica. Taki nick miał. A ponieważ lubię poezję, więc zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Zrazu bardzo sztywno i na dystans, z czasem nasze rozmowy nabierały coraz bardziej osobistego charakteru. Wymieniliśmy adresy poczty elektronicznej i zaczęły przychodzić do mnie maile, z każdym dniem wyraźnie zmierzające w stronę, kuszącej co prawda, ale niebezpiecznej. Sama się sobie zdziwiłam jak wiele jest we mnie taniej księżniczki z bajek, co to oczekuje na swego księcia. Rycerza. Romantycznego barda. Czasy niby się zmieniają. Kobiety są coraz bardziej świadome własnej wartości, czasem na wyrost, w głębi jednak pozostajemy wciąż te same: chcemy przeżywać miłosne uniesienia, na miarę naszych babek i mam. I nie ważne, że twierdzimy coś zupełnie przeciwnego- tak jest naprawdę, nawet jeśli nie do końca zdajemy sobie z tego sprawy. W każdym razie ze mną tak było. Sparzyłam się kilka razy w świecie realnym i do spraw uczuciowych podchodziłam ostrożnie, by nie rzec, bojaźliwie. A może nie bojaźliwie, tylko z odcieniem pobłażania i kpiny: że wszystko to tylko blichtr i oszukiwanie siebie nawzajem. Potrzeba stadna to jedno, ale prawdziwego szczęścia ciężko dziś uświadczyć. Każdy o tym marzy, mało kto to dostaje. A czy możliwe jest coś takiego w sieci? W tym wirtualnym świecie pozorów, gdzie nic prawie nie jest takie jak się wydaje? Pewnie jest. Dokładnie tak samo jak na co dzień. Ale tak samo trudno to spotkać- w którymkolwiek ze światów…A jednak uwierzyłam, że Poetica to moja druga połowa. Facet, z którym można by zacząć coś od nowa. Nie padły żadne ostateczne pytania, na które trzeba by udzielić równie ostatecznych odpowiedzi, o nie! Wszystko to przypominało raczej pąk kwiatu, co jeszcze nie rozkwitł. Napęczniał płatkami, ale się całkiem nie rozwinął. Brakło jednak tak niewiele. Jednego tchnienia. Muśnięcia skrzydeł trzmiela. Delikatnego powiewu wiatru. Jednego promyka słońca. Ale tego właśnie zbrakło… Pewnego dnia mój potencjalny amant zamilkł. Poczta opustoszała. Na czacie ani śladu po nim. Znikł. Tak po prostu. Do dziś nie wiedziałam czy wystraszył się własnej śmiałości, czy tylko bawił się moim kosztem, a teraz już się znudził. Niby to takie oczywiste. Ale zabolało. Kolejne stracone złudzenia. Choć przecież nie do końca wyjaśniliśmy sobie, jak to z nami jest. Bałam się? Czy tylko czekałam aż się zdeklaruje pierwszy, niczym bohaterka powieści Jane Austen? Nie wiem. Nie wiem nawet czy chciałam tak naprawdę, by się deklarował. Ale tego nie uczynił. Niczego więcej nie zrobił, nie napisał, w końcu nie pokazał się więcej. Znikł. W stylu iście angielskim, dyskretnie i nagle. Choć akurat takie zachowanie w necie nie było ani szczególnie trudne, ani jakoś mało spotykane. Było pewnie nawet normą, z której nie chciałam sobie zdawać sprawy. Przybyło mi kolejne doświadczenie, z którym nie bardzo wiedziałam co mam począć. Takie niepotrzebne coś, co uwierało i męczyło. W końcu ustawiłam gdzieś na eksponowanym miejscu i spoglądając co rusz w tamtym kierunku, karmiłam się gorzkimi konkluzjami na temat relacji międzyludzkich i własnych oczekiwań. Pogodziłam się z tym i dalej żyłam, bo cóż innego mi pozostało? Nie była to ani tragedia, ani nawet jakieś szczególne nieszczęście. Rozczarowanie. To na pewno. Ale nie tragedia. Nadal zaglądałam na forum. Miałam tam innych znajomych. A trochę byłam ciekawa czy Poetica pojawi się tu także. Tylko, że mógł się tam znaleźć, pod innym nickiem i tak się bym o tym nie dowiedziała. Może nawet tak było- ja w każdym razie nie zauważyłam niczego znajomego w innych uczestnikach przekomarzań się na czacie. W końcu już nie szukałam. Odstawiłam na bok własną dumę i żal. Może tylko mniej się angażowałam w ogólne dyskusje na forum. Czekałam na znajomych, nie starałam się nawiązywać innych, nowych kontaktów, gadałam tylko z tymi, których znałam i akceptowałam. Tylko dla rozrywki, nic by podnieść adrenalinę. Był wśród nich taki jeden. Dziwny facet, sądząc po tym jak pisał. Nawet nie wiem czego tu szukał. Żonaty. Pewnie nie spełniony w małżeństwie. Pełno tu takich. Szukających taniego podrywu. Pragnących odreagować porażki. Poczuć się inaczej, lepiej. Ale jednak intrygujący na swój sposób. Kiedy dłużej pogadaliśmy, zmieniłam zdanie o nim. Przynajmniej trochę. A później się okazało, że facet pisze sobie, takie tam, teksty do szuflady. Pomyślałam, że kolejny grafoman, który szuka tutaj poklasku. Pozwoliłam nawet przesłać mu jeden taki twór. Ponieważ mnie zaintrygował. Na tyle, żeby złamać podstawową zasadę i kolejny raz podałam swój adres mailowy. Czy spowodowało to moje wieczne nienasycenie głodu czytania? Czy aż tak bardzo się nudziłam w pracy? Jakkolwiek było, dostałam te jego wypociny, które nawet były niezłe. Nie jakaś tam wielka literatura, ale poprawnie skonstruowane historie. Na tyle, że mnie wciągnęły bez reszty. Ciągle chciałam więcej i więcej…I dostawałam. Przesyłał mi swoje opowiadania z regularnością budząca mój szacunek. Do tego gadaliśmy na czacie. O wszystkim i o niczym. Ale trzymałam go na dystans. Żadnych osobistych zwierzeń. Żadnych szczegółów mogących naprowadzić go gdzie mieszkam, co robię i jak wygląda mój własny, mały świat. Można by sądzić, że osiągnęliśmy etap, który można by nazwać czatową przyjaźnią. O ile coś takiego w ogóle jest możliwe. W każdym razie była w tych naszych stosunkach duża doza wzajemnej sympatii. Przyznam nawet, że kusiło mnie czasem odkryć przed nim swoją prawdziwą twarz. Uznać w nim prawdziwego przyjaciela. Tylko po co? W sumie ryzyko było zbyt wielkie. A zysk niepewny. Niech zostanie tak jak jest. Tym bardziej, że nie zawsze reagował na moje pytania-testy jak należy. Wciąż były w tym jakieś wątpliwości. Wiedziałam, że mogłabym mu zaufać, jako osobie do zwierzeń. Ale nie do końca wiedziałam czy bilans tego, co mogłabym zyskać i stracić, wyszedłby przynajmniej na zero. Niby się wahałam, niby nie chciałam. I tak to trwało. Od tygodni. Miesięcy nawet. On mi słał swoje teksty, ja je czytałam i chwaliłem gdy mi się podobały; kręciłam nosem, kiedy było inaczej. Ale ciągle ceniłam tę naszą znajomość. Czułam, że chciałby poznać się bliżej. Lecz mu tego nie ułatwiałam, a wręcz nawet uniemożliwiałam swym chłodnym zachowaniem i trzymaniem na dystans. Dla mnie tak było wygodniej. Bezpieczniej. Szanował tę moją rezerwę i nie naciskał zbyt mocno. Widać zupełnie mu starczało, że ma komu wysyłać swoje opowiadania i tyle. A mnie bawiła rola tajemniczej nieznajomej z netu. Czyli każde z nas dostawało to czego oczekiwało. Albo prawie dostawało…W każdym razie lubiłam z nim rozmawiać, czekałam aż się pojawi na czacie- był jedną z nielicznych tam osób, z którymi można było pogadać. O wszystkim i niczym. Jak w życiu. A później nastąpiło coś niezwyczajnego. Poetica przysłał mi maila z życzeniami. Świątecznymi. Niby nic dziwnego. A jednak. Facet milczy od tygodni, nie pojawia się nigdzie, unika mnie, a teraz dostaję życzenia i to w tonie znamionującym coś więcej niż tylko pamięć. Powinnam zbyć to. Przejść do porządku dziennego. Uznać, że nic się nie wydarzyło. Ale nie potrafiłam. Trwałam uśpiona przez ten cały czas, teraz jeden mail obudził wszystkie te skrywane tęsknoty. Cieszyłam się i wściekałam po równi. Jak tak mógł mnie potraktować?! I czy warto słuchać głosu serca? Czy raczej pozwolić, by rozsądek sam się uporał z tym problemem? A może kogoś zapytać o to? Tylko, że to by wymagało odkrycia siebie. Czyli czegoś, co zawsze napawało mnie lękiem niemal pierwotnym. To coś więcej niż zdjęcie ubrania na scenie przed publicznością. Ta forma obnażania się była czymś całkowitym, nieodwracalnym. Nie byłam chyba gotowa na takie poświęcenie. Wciąż zanadto się bałam. Ale nie miałam wokół nikogo na tyle zaufanego, by uczynić ten krok. Nie byłam sama. Zawsze gdzieś tam były koleżanki, które mieniły się moimi przyjaciółkami. Które chętnie dzieliły się ze mną swymi sekretami, oczekiwały porad lub tylko biernego wysłuchania pretensji. A ja? Słuchałam, radziłam, ocierałam łzy z policzków, rozśmieszałam i pocieszałam. Ale żadna z nich nigdy nie zadała mi prostego pytania: dlaczego ja im nie mówię niczego o sobie. Nie chciały być prawdziwymi przyjaciółkami, chciały mieć tylko kogoś do wyżalenia. Więc im to dawałam- poczucie więzi. Dla mnie nie zostawało nic. Czasem zdawało mi się, że bardziej rozumie mnie De Profundis, mój czatowy grafoman, niźli moje znajome. Koniec końców nic nie wiedziały o moich marzeniach, oczekiwaniach od życia, rozterkach związanych z Poeticą. Nic im nie mówiłam. A one nie widziały zmian w moim zachowaniu- zbyt zapatrzone w siebie, zanadto zaabsorbowane swoimi problemami, by dostrzec cokolwiek innego poza sobą. Nawet mnie to nie przeszkadzało. Miałam spokój, że nikt nieproszony nie usiłuje wtargnąć do mego świata. Choć czasem przydałoby się z kimś pogadać, z kimś, kto ma świeże, nieskażone spojrzenie, z perspektywy. Kto pomógłby mi doradzić cokolwiek. Choćbym się z tym nie zgadzała lub zupełnie zignorowała wskazówki. Ale dzień minął jak co dzień. Pracę mam ciekawą, choć już nie ma w niej tego błysku. Ale ma pewną zasadniczą zaletę: mogę nawet w godzinach służbowych korzystać z netu w sposób niemal nieograniczony, bez niczyjej ingerencji. Więc pracuję w agencji reklamowej i wiszę godzinami na czacie. Z punktu widzenia innych czatowiczów jestem tam całą dobę. Bo kiedy tylko wracam do domu, to też komputer natychmiast włączam i zawisam na forum. Dziś zmęczona byłam bardziej niż dotąd. Może to sprawiła wiosna, która zawitała do nas na dobre? A może intensywna praca przy zamknięciu projektu? Jakkolwiek było- padałam z nóg. Ale nasze przyzwyczajenia mają nad nami moc ogromną, większą nawet niż jesteśmy w stanie to przyznać. Więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, to było restartowanie kompa i zalogowanie się na czacie. Zrobiłam sobie filiżankę kawy i zapaliwszy papierosa poddałam się intensywnym działaniom regeneracyjnym. Cokolwiek to znaczyło… W końcu pojawił się De Profundis. I dobrze, bo dotychczas wiało nudą z forum, niezwykłą nawet jak na tutejsze zwyczaje. A on nieodmiennie wprowadzał tutaj ruch, nie zawsze oczekiwany i pozytywny- zawsze jednak forum ożywało po jego przybyciu. Dziś jednakże on także wpadł tylko na moment, co nie omieszkał zakomunikować nam wszystkim. Szkoda. Poczułam rozczarowanie, na tyle duże, że mnie samą zaskoczyło. Było w tym coś więcej niż tylko zawód, że nie pogadamy sobie jak zazwyczaj. Cóż mogło spowodować takie moje nastawienie? Ten niepokojący mnie mail, który tkwił na mojej poczcie i czekał na ruch, co z nim zrobić? Czy potrzeba rozmowy z kimkolwiek? Zabawne. Moja podświadomość płata mi figla. Jestem niezależna. Nikogo nie potrzebuję. Wszystko to pozory…Przydałaby mi się rada w sprawie tych nieszczęsnych życzeń. A jeśli nawet nie rada, to chociażby chwila rozmowy na ten temat. Zachcianki. Bez możliwości spełnienia. Głównie z mojej przyczyny. A jednak złośliwy chochlik wewnątrz mnie dręczył moje sumienie, moje poczucie wsparcia samej siebie nudziło niczym rozkapryszone dziecko: „daj mi słuchacza!” Na forum grupa nastolatków rozpętała wojnę na gify. Normalnie mnie to nawet bawiło, dziś jednakże irytowało. I to w stopniu znacznie przewyższającym moją akceptację dla takiego stanu. Widać i jego to wpieniało, bo milczał znacząco, aż w końcu zawitał do mnie na priv. Czasem rozmawiałam z ludźmi prywatnie, ale rzadko to miało miejsce, prawie wcale. Jednakże De Profundis już kiedyś dostąpił tego zaszczytu, chciał wtedy pogadać o sobie. Nawet chyba mu wtedy pomogłam, choćby przez samo to, że go wysłuchałam. Czyli zrobiłam dokładnie to, czego potrzebowałam ja- właśnie teraz. Nie odrzuciłam zaproszenia. Nie mogłam. Nie jemu. A może liczyłam na coś? Na przykład na pretekst do rozważań o moich rozterkach i wątpliwościach. Zaczęliśmy rozmowę. On rzucał chaotyczne pytania, jakby błądził po omacku, ja odpowiadałam, ale tak aby niczego nie powiedzieć. Czyli jak zwykle. Ciekawiło mnie kiedy się zniecierpliwi moimi humorami i da drapaka. Ale on trwał dzielnie na posterunku i krok po kroczku dowiedział się, co tak mnie naprawdę gryzie. Aczkolwiek przyznaję, że nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei. Nie był tak domyślny jak się spodziewałam lub starał się także uniknąć pewnych osobistych tematów. Ale chyba to jednak była głównie moja wina- bałam się dopuścić go do siebie na tyle blisko, by już można było powiedzieć o nas: przyjaciele. Ktoś kiedyś powiedział, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną nie jest możliwa- w końcu pojawia się między nimi napięcie seksualne, którego nie sposób uniknąć. Jest to genetycznie uwarunkowane. Czyste, zwierzęce relacje pomiędzy samcem i samicą tego samego gatunku. Nawet się z tym zgadzałam. Jeśli przyjaźń była możliwa w takich przypadkach- to chyba tylko w Internecie. Z zachowaniem wszystkich środków ostrożności rzec jasna. Pomógł mi tylko połowicznie. Ale i to było więcej niż mogłam oczekiwać, niż spodziewałam się uzyskać jeszcze dziś rano. Zrobiłam pierwszy krok. Dokąd mnie zaprowadzi ścieżka, na którą właśnie wstąpiłam? Któż to wie? Może donikąd. A może w strony, gdzie nie powinnam się znaleźć? Chyba się zorientowałam, że odrobinę przeszarżowałam, bo natychmiast dałam na wsteczny i nieporadnie pokrywając zmieszanie, skryłam się za tandetnymi bzdurami w stylu „ nic o mnie nie wiesz i się nie dowiesz…”I tym razem nie poszedł sobie, co wprawiło mnie w autentyczne zdziwienie. Oraz obudziło mój szacunek do niego. Zdawało się być prawdziwym objawem…przyjaźni. Niewiarygodne, niespotykane, niemal nieprawdziwe. Ale tak to wyglądało. Rozbawił mnie. Urzekł, zamieszał w głowie i przestraszył. I to nie na żarty! A później, jakby tego było mało, zaintrygował jeszcze bardziej. Obiecał przysłać anioła. Zdumiał mnie tym. Nie dlatego, że to takie staroświeckie, niedzisiejsze, romantyczne do bólu i tanie w swym efekciarstwie, ale dlatego, że zupełnie mi nie znany gość, gdzieś w Polsce, któremu powinnam być obojętna, któremu byłam obojętna, on sam z siebie chciał mnie pocieszyć, mimo, że go od tego skutecznie odwodziłam. Bo czymże innym było takie bajdurzenie o aniołach, dobrych radach i happy endach? Jeśli nie formą pocieszenia? I ten mityczny anioł. Rozczulające. Niepoprawnie bajeczne. Ale podziałało! Obudziło we mnie kobietę, łasą na sztuczki, kwiaty i czekoladki w pudełkach. Czyli dokładnie tym, co każda z nas skrywa głęboko w sobie. Im głośniej temu zaprzecza, tym bardziej w to wierzy. I tego pragnie. Życie codzienne jest tak beznadziejnie szare, brutalne i zakłamane. Wszyscy potrzebują marzeń, rojeń bez pokrycia, złudy lepszych czasów, odwrotów fortuny i uśmiechu losu. Wszyscy…I każdy chowa na ciężkie dni te swoje namiastki szczęścia. Albo dostaje w prezencie. Jeśli nawet to tylko takie niewinne kłamstwo. Ale pewnie zrodzone z dobrej woli tego, który chce nas obdarować. Dlatego trzeba było mi to docenić. I doceniałam to. Nie zdążyłam podziękować, bo mój darczyńca poszedł sobie. Pożegnał się elegancko i znikł. A ja zostałam sama. Sama z tym nieszczęsnym mailem. Ponownie zapaliłam. Nikotyna mnie uspokajała. Nałóg, ale jakże pożyteczny. Jeden z nielicznych jakim się oddawałam. Paskudny zwyczaj, ale mnie wprawiał nieodmiennie w lepszy nastrój. Jak każdego nałogowego palacza, podejrzewam…A później przypomniała mi się butelka chardonnay schowana w szafce. Nawet niezły pomysł. Nic tak nie wprawia w dobry humor jak kieliszek dobrego wina i czekolada. Albo lody. Nieodzowny zestaw babskich wieczorów ku poprawie nastroju. Puściłam swoją ulubioną muzyczkę i przymknąwszy oczy, odpłynęłam na falach boskiego głosu Aznavoura. Może nawet przysnęłam. Wszystko mi się mieszało, jawa i sen po równi objęły mnie delikatnie niczym najczulszy kochanek i jak on zawrócił w głowie na tyle, żebym zapomniała o całym dzisiejszym dniu. Zdrzemnęłam się? Możliwe. Kiedy otworzyłam oczy na powrót, coś uległo zmianie w pokoju. Jeszcze nie docierało do mnie, co to takiego. Pokój tonął w półmroku, kształty sprzętów rozmywały się i zniekształcały, ale może nie był to wpływ zmierzchu tylko wina wypitego w nadmiarze. Mrugnęłam parę razy ku lepszemu widokowi, pomogło tylko w nieznacznym stopniu. Nie na tyle, by rozpoznać osobę, która siedziała na fotelu naprzeciwko mnie. Ten ktoś majaczył ledwie widoczny, siedząc w fotelu, w pozie zasiedzenia i oczekiwania. Fakt ten nieco wstrząsnął mną. Podstawowe pytanie nie było kim jest, tylko jak tu się znalazł? Jak wlazł przez zaryglowane drzwi? Czyżbym jeszcze śniła? Śniła na jawie? -Witaj, Shangri-la. Szok! Znał mój nick! Czyli był kimś z netu. Ale tutaj?! U mnie w mieszkaniu? Dotychczas półleżąc, teraz podniosłam się do pozycji siedzącej, a mój umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Tylko tyle, że nie bardzo radził sobie z natłokiem danych. Mętlik w głowie skutecznie blokował jakikolwiek rozsądek. -Kim jesteś?! I jak tu wszedłeś?!- Standardowe pytania, takie jakie zadałby każdy na moim miejscu. -Aniołem- odpowiedział, z delikatnym westchnieniem zrezygnowania. Zamrugałam powiekami. -Kim? -Aniołem. Od De Profundisa. Jasne. Wspominał o czymś takim przecież, ale żeby tak naprawdę? Facet wyłonił się z półcienia. Spoglądałam w twarz człowieka w wieku średniego, ubranego w szary płaszcz, z okularami na nosie i w kapeluszu na głowie. Ten kapelusz zwrócił moją szczególną uwagę- nie było to zbyt częste nakrycie głowy. -Ale jakim cudem?! Sprawiał wrażenie kogoś, kogo już męczy ciągłe wyjaśnianie tak prostych, oczywistych rzeczy. -W dużym skrócie: jestem tworem, jakim się stanie De Profundis po śmierci. To było niewiarygodne! Rozmawiałam z duchem człowieka, który jeszcze żył. O ile to wszystko było prawdą! Znacznie bardziej sensowne było sobie powiedzieć, że jakimś cudem wszedł do mojego mieszkania i rozgościł się nieproszony. Ale nie, że mam przed sobą autentyczną zjawę. Czyżby wino? -To wszystko prawda, Julito. Nie zadałam żadnego pytania, odpowiedział na nie jakby je usłyszał w mojej głowie. Ale nie to mną ponownie wstrząsnęło. Znacznie bardziej szokujące było to, że zna moje prawdziwe imię. A to zdradziłam tylko dwóm osobom na czacie: De Profundisowi i Poetice. Zrobiłam to pod wpływem nagłego impulsu, czasem nawet żałowałam tego, ale cofnąć się tego nie dało. Na szczęście nie miało dla mnie żadnego negatywnego skutku. Pod tym względem okazali się godni zaufania. -Ale jak?! -Nie chcę wdawać się w tłumaczenia…Po prostu uwierz mi! -Uwierzyć? Tobie?! Nierealność sytuacji aż bolała. Prawie dało się odczuć fizyczny dyskomfort. W sumie ta wymiana zdań doprowadziła mnie do całkowitego otrzeźwienia. I zrozumiałam jedno: wytrzeźwiałam, a on ciągle tutaj był! Niewiarygodne, ale mogła to być jednak prawda. W każdym razie wciąż patrzyłam na osobnika, który tak bezceremonialnie wtargnął do mego mieszkania. I nagle, całkiem nieoczekiwanie zbudził się we mnie mój chochlik- prześmiewca, skrzat- szyderca: -A czy anioły nie powinny wyglądać inaczej? -Inaczej?- Uniósł delikatnie w górę brwi, co nadawało mu wygląd lorda z angielskich romansów. Ciekawe czy zdawał sobie z tego sprawę jak bardzo teraz wygląda pociągająco?- Czyli jak, konkretnie? -Czy ja wiem?...- Tym razem ja zasępiłam się, ale z pewnością nie wyglądałam aż tak atrakcyjnie ze śmiesznie zmarszczonym czołem.- Jakaś aureolka? Dyskretny cień skrzydełek? Emanowanie boskością i może na dodatek tajemnicza poświata wokół ciała? Bawiło mnie wymyślanie tych wszystkich szczegółów i obserwowanie jak z zaciekawieniem wysłuchuje mojego bzdurzenia. Zawsze upijałam się na wesoło. Choć głowę bym dała, że teraz byłam diabelnie trzeźwa. -Zdradzić ci sekret?- Spytał, konspiracyjnie się do mnie nachylając. -Jasne- odwieczna kobieca ciekawość rozlała się po całym moim jestestwie z prędkością niewiele mniejszą od światła. -Bóg nie istnieje! Rozczarowanie było okropne. Bo skoro jest tak jak mówi, to nie istnieje także on, anioł, więc cały ten cyrk był tylko jakimś szalonym wymysłem. Ale kogo? A może jednak winko nadal buzuje mi w żyłach, a to wszystko mi się śni? Jeśli przyjąć za pewnik, że to tylko senne widziadło, to nawet nieźle to wygląda. A jeśli nie…? -Sam sobie zaprzeczasz!- Rzucam oskarżenie . -To znaczy?- Chciał koniecznie uściślić, co miałam na myśli. -Nie ma boga, nie ma aniołów. Proste! Czyli: ty nie istniejesz. Nie ma cię! -Julitko…- Nawet mi się spodobało to zdrobnienie w jego ustach.- To wszystko po to, abyście pojęli swoimi małymi rozumkami, kim jesteśmy. To tylko hasła. Anioł. Duch. Awatar. Dusza z zaświatów. Wszystko po to, by w miarę czytelnie wam się objawić, tak bez zbędnych dywagacji… Gapiłam się na niego z wyjątkowo głupią miną. -Skoro tak, to kiepsko wam idzie…- Nie mogłam sobie podarować satysfakcji skomentowania ostatnio usłyszanej rewelacji. -Wiem- był do bólu szczery.- Ale inaczej byłoby jeszcze gorzej. Milczenie wypełniło przestrzeń między nami. Na razie usilnie starałam się zrozumieć jak tu wszedł? I po kiego grzyba? I jakim cudem struga anioła, dokładnie tak jak rozmawialiśmy na czacie z De Profundisem? Czy jest możliwe, że ktoś monitorował tę naszą paplaninę i teraz starał się mi wyciąć paskudnego psikusa? Ale jakimże trzeba być świrem, by się zdecydować na taki krok? Lecz ja nic nie wiedziałam o wariatach, skąd mam mieć pewność, czy to nie jest akurat całkiem normalne zachowanie? Pomylone, a jednak zupełnie normalne? Jak na świra, rzecz jasna… -Mam naprawdę pokazać tanie sztuczki rodem z kuglarskich pokazów? Żebyś mi uwierzyła? -Czemu nie?- Odszczeknęłam się, tak tylko aby pokazać sobie samej, że jakoś panuję nad sytuacją. A może, by go sprowokować do pokazu? Zanim pojęłam co się dzieje, pokój zawirował blaskiem skrzydlatych istot, które w cudownym tańcu elfów wprawiły przestrzeń wokół mnie w obłąkańczy pląs. Obserwowałam to wszystko zafascynowana. Co tam zafascynowana- była całkowicie, bezapelacyjnie zachwycona niczym mała dziewczynka, która znalazła się swojej wyśnionej krainie. O mało nie klaskałam w dłonie. Odczułam przemożne szczęście, które wprost rozsadzało moją pierś. Trwało to chwilę, a później znikło wszystko. Nagle i nieoczekiwanie. Zawód był potworny. Anioł, nie anioł- ale sprawił mi przyjemność. I już za samo to, byłam mu winna choćby chwilę wysłuchania. -Ok.! Więc przyjmijmy, że jesteś tym za kogo się podajesz. A masz jakieś imię? -W zasadzie nie mam imienia, ale wołają na mnie Bezimienny. -Wołają? -Nie jesteś pierwszą osobą, którą odwiedzam.- Odpowiedział tytułem wyjaśnienia.- Ani pewnie ostatnią- dodał z lekkim przekąsem. Patrzyłam z zaciekawieniem na Bezimiennego. -A ty wyglądasz dokładnie tak jak De Profundis?- Nie mogłam sobie darować tej ciekawości. -Poniekąd… Nie powiem, żeby był szczególnie urodziwy. Ale chyba nie w tym tkwiła jego siła. Urok osobisty i życzliwość. Przynajmniej dla mnie. Budził zaufanie. Zadziwiające, ale mój wirtualny znajomy także sprawiał na mnie takie wrażenie, kiedy gadaliśmy ze sobą na czacie. Czyli w sumie jakby się to wszystko zgadzało! A gdyby w to uwierzyć? Że naprawdę jest aniołem, duchem, czymkolwiek był. -Ale po co mnie odwiedziłeś? -By ci pomóc podjąć decyzję. Przecież obiecał ci to De Profundis! -Zaiste, obiecał… W najśmielszych snach nie pomyślałam, że może to być prawda. A jednak! -Tylko, że ja już podjęłam decyzję… Uśmiechnął się niedowierzająco. Nie dał się oszukać. Potwierdził ponownie, że jednak jest tym za kogo się mieni. Wstał i przeszedł się po pokoju, zupełnie jakby chciał coś tutaj znaleźć lub zapamiętać to miejsce. Odprowadzałam go czujnie wzrokiem, ale niczego niepokojącego nie poczułam. Jasne. Nie było nic niepokojącego w aniołach nawiedzających mnie we własnym mieszkaniu. Każdemu się to przecież zdarza, czyż nie? A mnie spotkało dopiero dziś. Takie niedopatrzenie losu, po prostu… Powstałam także. Jakoś nagle zapragnęłam znaleźć się na jednym poziomie z moim niezwykłym gościem. Nie wiem dlaczego, ale tak coś mnie poderwało na równe nogi. Wolałam żeby nie spoglądał na mnie z góry. Dziwactwo? Albo potrzeba równych szans. Nie wiem co. Być może impuls, a może zachcianka. -Julito! Chcesz odnowić tę znajomość? Głos mnie zaskoczył. Nagle stanęliśmy przed meritum sprawy. Nie tracił czasu, jakby takich wizyt miał do odbycia jeszcze kilka. I może nawet tak było, kto wie? Tak czy siak, zmusił mnie tym pytaniem do odpowiedzi. -A ty tego jeszcze nie wiesz?- Nagły, diabelsko przewrotny skrzat zadał to pytanie za mnie. -Ja?- Zdziwił się tylko nieznacznie.- Ja, wiem. Kwestia, czy ty zdajesz sobie z tego sprawę… Dobry był! Nie dał się podejść. -Nie wiem… Miałam potworne wahania nastrojów. I ta wizyta nie poprawiała mego odczucia. Koniec końców trzeba przyznać rację: choć to niewiarygodne, to jednak rozmawiam z prawdziwym aniołem- cokolwiek to oznacza. Akceptacja tego faktu pozwoli mi jak najszybciej pójść dalej. -Nie mogę być z kimś na kim nie można polegać.- Słowa zaczęły płynąć z mych ust, zrazu powoli i opornie, później coraz szybciej i pewniej.- Ja muszę ufać tej drugiej osobie. Ufać bezgranicznie. -Nie da się rozpoczynać lub trwać w związku bez ryzyka.- Odpowiedział z niezmąconym spokojem kogoś, kto jest święcie przekonany do tej prawdy.- Musisz zaryzykować. -Nie potrafię- szeptem wyznaję swój chyba największy grzech.- Tego właśnie nie potrafię, Bezimienny…Wiesz, ja mu na pewno odpiszę na tego maila, ale jeszcze nie wiem w jakiej formie. Czy dać mu cień szansy, czy od razu pokazać, gdzie jego miejsce? I tu tkwi sedno sprawy! Jego usta skrzywiły się w geście uśmiechu z przekąsem: -To jest znacznie głębszy problem! -O czym ty mówisz?! -Dobrze wiesz. Boisz się. Tylko nie chcesz sama przed sobą tego przyznać. -Bzdura!- Gwałtownie protestuję, ale zdradziecki rumieniec oblewa całą moją twarz. Dobrze, że jest ciemno i mam nadzieję, że nie widzi tego, choć jeśli to w istocie jest anioł, to nie ma to większego znaczenia. -Bzdura? O, nie…Żeby się tego pozbyć musisz uporać się ze swymi sprawami- zaatakował mnie kolejną ripostą. -A cóż to za nowe dziwactwo?- Tym razem naprawdę mnie wkurzył!- Psychoanaliza z drugiego wymiaru?- Moje drugie pytanie miało wyłącznie ukazać całą moją szyderę, jaką czułam do niego w tej chwili. Bezimienny chwilkę postał i patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zupełnie jakby coś knuł, plany miał niemalże wypisane w oczach. Paskudne uczucie nieuchronności ogarnęło mnie swoim ramieniem i przycisnęło serdecznie do siebie. Czułam, że to jeszcze nie koniec tej historii, nie mogło to się tak skończyć. Przecież nic się nie wydarzyło jak dotąd, nic co skłoniłoby mnie do jakichkolwiek poczynań, nic co by usprawiedliwiało te niezwykłą wizytę. A potem bez słów wyciągnął ku mnie rękę w geście nie pozostawiającym żadnych wątpliwości. Z pewnym wahaniem ujęłam dłoń i z zaskoczeniem odkryłam, że mogę poczuć jego ciało. Duch, czy kim tam się zwie, ale jednak dotykałam żywego człowieka. Przemknęło przeze mnie dojmujące uczucie zawodu! Oszukał mnie, wymądrza się na potęgę, stroi w piórka wszystkowiedzącego, a to po prostu zwykły śmiertelnik. Dałam się podejść. Już nawet rozczarowanie nie pozwalało mi dociec jakim sposobem przeniknął do środka mieszkania. Kolejny raz ktoś mnie oszukał! O mało nie rozpłakałam się z żalem nad sobą. -Spokojnie, Julito.- Głos miał kojącą barwę.- To wszystko prawda. Możesz czuć moje ciało. A jednak jestem aniołem, aniołem- przewodnikiem… Tak bardzo chciałam mu wierzyć. Nagle poczułam przemożną potrzebę ufania temu dziwnemu facetowi. Tylko jak? Instynkt samozachowawczy usilnie bronił się przed tym. -Potrafisz czytać w moich myślach!- Bardziej wstrząśnięta nie mogłam chyba być. Ale znaczyło to jedno, że jeśli nie jest jakimś pomylonym szarlatanem o niezwykłych paranormalnych zdolnościach, to istotnie mam przed sobą anioła. -Cóż byłby wart anioł bez takich umiejętności?- Gorzka ironia jaka dała się słyszeć w jego głosie, dawała mi wiele do myślenia. Ale zanim zadałam jakiekolwiek pytanie, ciągnął dalej.- Męczy już mnie to ciągłe tłumaczenie wciąż na nowo tego samego… -Anioł o typowo ludzkich rozterkach?- I moja ironia także była idealnie wyważona, byle tylko nie urazić zanadto. Tak ku podtrzymaniu nastroju, nic więcej. -Phi… Przymknęłam na moment oczy. Ciepło bijące z jego dłoni rozchodziło się po całym moim ciele, wprawiając każdą najmniejszą cząsteczkę w delikatną wibrację, a mój system nerwowy zachowywał się jakby go delikatnie podłączono do prądu. Znałam to uczucie, już kiedyś coś podobnego czułam, ale w całkiem innych okolicznościach. I nie byłam pewna czy mi się to podoba, choć uczucie samo w sobie nie było nieprzyjemne, już raczej delikatnie niepokojące, coś jak niecierpliwe oczekiwanie na wydarzenie, które za chwilę ma nastąpić. Wiecie o co mi chodzi? Jeśli nie, to i tak już chyba nie potrafię wam tego wytłumaczyć. Wszystko to trwało jedno mgnienie oka. A jednak nie mogłam opędzić się od przekonania, że nagle wokół mnie otoczenie uległo diametralnej zmianie. By się o tym przekonać, otworzyłam oczy. Blask jaki poraził moje oczy skutecznie oślepił mnie, ale tylko na moment, nie był aż tak wyraźny; to złudzenie zaatakowanych znienacka spojówek oszukało swą ślepotą. Byliśmy w pomieszczeniu skąpanym w delikatnie mdłym świetle, ale nie byłam w stanie dojrzeć źródła tej poświaty. I nie to miało tutaj znaczenie. Znacznie bardziej znamiennym był fakt, że dookoła mnie, jak okiem sięgnąć, znajdował się szereg drzwi. Idealnie rozmieszczonych w kole, bliźniaczo podobnych i sprawiających wrażenie strażników koszmarów czy innych tajemnic, nie zawsze bezbolesnych. Nie wiem skąd mi się wzięła ta pewność. Przeczucie? A może sprawiła to obecność anioła obok mnie, to że trzymał mnie za rękę pozwoliło mi dojrzeć rzeczy, które dotychczas dostrzegał tylko on? Nie bardzo rozumiałam jakie ma ten widok znaczenie. Ale musiał mieć! I to na pewno było związane z moją osobą. Jakiekolwiek targały mną emocje ciekawości, pewnie zaraz dowiem się po co mnie tutaj przyprowadził. Ja byłam pewna jednego: że jeszcze nigdy tutaj nie byłam. I nie wiem dlaczego, miejsce to pomimo swego spokoju jakim tchnęło, wprawiało mnie dziwny stan niepokoju, który narastał. Powoli, ale nieprzerwanie rósł we mnie strach, obawa przed nieznanym. A może gdzieś, kiedyś już czytałam o czymś podobnym? Gdzieś w zakamarkach jaźni czaiło się uczucie deja vu. Niby wiedziałam, że to niemożliwe, bo bym takie miejsce z całą pewnością zapamiętała, lecz wciąż dręczyło mnie na widnokręgu świadomości przekonanie, że to jest mój powrót do tego miejsca, a nie wizyta dziewicza. Ale działo się wokół mnie zbyt wiele na raz, zbyt szybko, abym potrafiła to pozbierać w jakąś spójną całość, normalną na tyle, by dało się to pojąć i zaakceptować. I co ważniejsze, zrozumieć. Bezimienny przyglądał mi się z boku, ale nie odzywał się ani słowem, pozwalając mi cieszyć oczy widokiem jaki się rozpościerał przede mną. Cierpliwie czekał, aż dojrzeję do pierwszego pytania. Cała jego postawa znamionowała pewność, że musi nastąpić pytanie, pewność wynikająca nie tylko z jego wszechwiedzy, ale także, a może nawet bardziej, z doświadczenia. Zupełnie jakby takich wizyt odbył dziesiątki, a każda miała ten sam początek, jeśli wziąć pod uwagę zachowanie wycieczkowiczów. Na przykład dokładnie takie jak moje teraz. -Dowiem się w końcu gdzie jesteśmy?- Zadałam pytanie. To pierwsze. Jak znam życie dokładnie takie samo jakie mu zadawali inni na moim miejscu. A później nastąpiło zaraz drugie, równie oczywiste, co poprzednie. I pewnie równie często zadawane. Taki standardowy zestaw startowy.- I po co mnie tu ściągnąłeś? -Jeszcze się nie domyślasz gdzie jesteśmy?- Tembr jego głosu świadczył o tym, że tę kwestię wygłaszał na tyle wiele razy, iż nauczył się odpowiednio artykułować zgłoski. Dziwnym trafem wyczuwałam zmianę w jego postawie. Czy spowodowała to właśnie barwa jego głosu, czy coś zupełnie innego? Nie wiem. Można to było zwalić na słynną kobiecą intuicję… -Nie- odrzekłam krótko i prawdomównie, tym razem. Irytowało mnie to przeciąganie rozmowy, jakby wprost nie mógł odpowiedzieć. Chcę go zmusić do równie krótkich, szczerych i celnych wypowiedzi, tak żebym w końcu nie czuła się jak na jakimś porąbanym quizie. Chyba pojął moje intencje albo, jak typowy, wszystkowiedzący anioł czytał mi w myślach, bo tym razem odrzekł tak, jak chciałam by to zrobił: -Jesteśmy w twoim umyśle, Julito. Akurat pragnęłam, by przestał mnie zwodzić, ale niekoniecznie chciałam takiej prawdy! Jeśli to była prawda! Mogę zaakceptować paplaninę o równoległych światach, niewiarygodne przypadki rodem z baśni i horroru- ale to?! Dopóki w tym wszystkim tkwiła choć odrobina dobrego smaku, można było udawać, że to świetna zabawa. Oryginalna odskocznia przed szarością dnia codziennego, ok. Ale w tej chwili poczułam się jak ktoś, komu nagle odcięto dopływ powietrza. Już mi się zdawało, że to wszystko da się podstawić pod moje dotychczasowe pojmowanie świata. Ale niespodzianek ciąg dalszy…Niespodzianek niekoniecznie dających się zaakceptować, przynajmniej przeze mnie. I nie zamierzałam tego tak zostawić, o nie! Tak łatwo nie dam się zbyć. -Że jak?! Zahipnotyzowałeś mnie, czy co? Zastanowił się chwilkę nad odpowiedzią i już samo to było znamienne. -W pewnym sensie można tak powiedzieć… Dobry sobie! „W pewnym sensie…”Tak albo nie! Jeszcze się nie nauczyłam, że w kontaktach z aniołami nic nie jest proste, ani takie jakim się wydaje. Ale czyż nie było tak również na co dzień w życiu? Z pewnością tak. To tylko moja potrzeba obracania się pośród oczywistych prawd blokowała mnie, by pojąć, co tak naprawdę się tutaj rozgrywa. Sprowadziłam swe życie do dwubiegunowości, tylko czerń i biel- a tak przecież to nie funkcjonowało. Nie dało się przejść przez życie z taką filozofią. Bo choć było to nieskomplikowane, prowadzące do prostych z gruntu zachowań, to jednakże całe to nasze spektrum było aż do bólu szare. I ta świadomość pozwala nam akceptować porażki, małość innych ludzi, całe zło tego świata. To była ta alternatywa na życie. Czyżby właśnie to starał mi się pokazać mój niezwykły towarzysz? -Tak czy nie?- Z mojej strony to była już tylko beznadziejna forma zachowania twarzy, postawienia na swoim, obrona resztek własnych poglądów, ocalenia swego ego. -Nie da się tego tak wytłumaczyć.- Spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zabrał mi się za tłumaczenie tego zjawiska.- Jest to tylko uproszczenie, byście mogli to ogarnąć… -Acha, już wiem. Te nasze małe móżdżki!- Nie miało tak brzmieć, ale zjadliwość w mym głosie raziła nawet mnie. -W rzeczy samej- nie dał się wytrącić z równowagi. Podziwiałam te jego opanowanie. Z reguły działałam innym na nerwy, szybko i bezbłędnie, ale on…on był inny. Lub miał tylko większy dystans do otoczenia. Albo, co bardziej prawdopodobne, przemawiało przez niego doświadczenie wielokrotnie odbytych takich i podobnych rozmów. Sam przecież sugerował, że wciąż od nowa musi powtarzać te same wyjaśnienia jak mantrę. W końcu powinna go cechować iście anielska cierpliwość…I cechowała. -Ale po co?!- Skoro sobie już wyjaśniliśmy gdzie jesteśmy, należało również jednoznacznie określić w jakim celu. Ale jeśli w tamtym przypadku tłumaczenie było na tyle pokręcone, co najlepiej było przyjąć za pewnik, to czyż i teraz mogłoby być prosto, zwyczajnie, po chłopsku nieskomplikowane? Nie, jasne, że nie. -Abyś mogła uporać się ze swymi demonami, lękami, paranojami…- Zgrabnie mnie dobijał kolejnymi stanami lękowymi.- Byś mogła rozliczyć się sama przed sobą ze swym strachem…- No proszę, a to coś nowego!- Żebyś rozliczyła się ze swym sumieniem. Oj! Powiało grozą. -I to wszystko już zaraz na pierwszej sesji?- Powinnam chyba sobie obciążyć ten mój jęzor talarkiem ołowiu, doprawdy. Jego wzrok zatopił się w mych źrenicach i choć znać było, że docenił dowcip, to jednak odpowiedź była chłodna i racjonalna aż do przesady: -To jest jednorazowe rendez vous, madame.- Beznamiętnym głosem oświadczyła istota spoza wymiaru, czasu i pojmowania.- Nie będzie innych spotkań. Pojawiam się tylko raz, więc wykorzystaj to do cholery!- Dorzucił z nie dającym się z niczym pomylić akcentem na ostatnie sylaby. -Nie unoś się, proszę- skarciłam go delikatnie, sama mając świadomość, że to ja jestem przyczyną tego wybuchu. -Przepraszam…Ale zacznijmy już, nie mogę tu tkwić w nieskończoność.- Usprawiedliwienie dobre jak każde inne. Może nawet najlepsze w tych okolicznościach. -Tylko, że ja nie mam żadnych lęków- zaczynam na nowo działania opóźniające. -Każdy ma jakiegoś trupa w szafie- machnął ze zniecierpliwieniem ręką w kierunku złowieszczo rozmieszczonych drzwi.- Takiego zaskórniaka, którego łatwo wygrzebać, kiedy człowiek czuje się zanadto szczęśliwy… Bawił się doskonale i to moim kosztem, cholera jasna! Ale strasznie mi się podobało to jego poczucie humoru, było tak bardzo podobne do mojego. I błyskawiczny refleks. Choć, tak z drugiej strony, jak się ma takie zdolności, zdolności czytania w myślach, to nietrudno znaleźć ciętą ripostę; skoro się wie co powie rozmówca, jeszcze zanim on sam mozolnie poskleja z przypadkowych słów jakiś frazes, to żadna filozofia być tak błyskotliwym w dyskusji. Cholerny, cybernetyczny erudyta! O, przypadło mi do gustu to powiedzonko. -Cybernetyczny erudyta…- Mełłam na końcu języka, smakując, jakbym próbowała całkiem nowej, jeszcze mi nie znanej potrawy. -Co tam mamroczesz?- Dopytuje się natrętnie. -Jakbyś nie wiedział- odcinam się. Zaatakował mnie chichot dobiegający z jego strony. Lecz potwierdził tylko to, co już sama wiedziałam, że potrafi czytać w myślach i bez skrępowania to wykorzystuje. -Naprawdę nie ma takich spraw- nadal trwałam uporczywie przy swoim. Wskazał na białe prostokąty wokół mnie: -To raczej przeczy twoim słowom. Spojrzałam także w kierunku tych nieszczęsnych wrót. Jakbym stała przed zagadkami, ale nie bardzo chciałam je rozwiązać. Chyba nie miałam jednak wyjścia. Albo uporam się z tym, albo nie- anioł pójdzie sobie, a ja pozostanę sama- niezmieniona i samotna…Chcę tego? Na pewno chcę? Pewnie potrzebuję, ale czy chcę? Sama nie wiem czego oczekuję po sobie. Być może on wiedział, ale ja? -Czas- przypomina anioł z delikatnym przynagleniem w głosie. Musiałam się wreszcie zdecydować: poddać się temu czy kazać się wynosić w cholerę Bezimiennemu? Jednak ciekawość nieznanego pchała mnie ku tym drzwiom. Tylko czy na pewno było to nieznane? A może tylko głęboko ukryte wewnątrz mnie samej, zapomniane i ignorowane, ale jednak obecne w mej podświadomości? Może to będzie powrót, a nie odkrywanie nowych, dziewiczych obszarów mojej osobowości? -Zdradzę jednak, że jeśli dobrze będziesz wybierać,- anioł zdobył się na heroiczne wyjaśnienie- to nie wszystkie drzwi będziesz musiała otwierać… -A jak tego dokonać?- Obrzuciłam podejrzliwym wzrokiem otoczenie. -Tego nie wiem. -Kłamca!- Aż mnie się zrobiło lżej na sercu, kiedy rzuciłam mu w twarz oskarżenie. -Skoro ci ma to pomóc…- Był niewzruszony.- Kiedy będziesz chciała stamtąd wrócić, wystarczy, że wymówisz moje imię. Po prostu mnie zawołaj… -Zawołać? W odpowiedzi pokiwał twierdząco głową Nie pozostało mi nic innego jak dalej brnąć w tę absurdalną sytuację. -To idę… Nie otrzymałam odpowiedzi. Nawet na nią nie czekałam. Już chyba dość gadania. Trzeba zacząć działać. Ruszam do przodu, zrazu niepewnie, ale zdałam się na swoją intuicję i nie zastanawiając się zbytnio dokąd zmierzam, otwieram pierwsze drzwi. Dziwne, nie czułam ciekawości…Może odrobinę niepewności, ale nie ciekawość. Znalazłam się w miejscu, które wydało mi się znajome. Dopiero po chwili zrozumiałam, że jestem w mojej dawnej firmie. Pierwszej firmie, która miała być odskocznią ku wielkiej karierze, a stała się tylko moim pierwszym niepowodzeniem. Nie z mojej przyczyny, ale jednak…Kiedy to pojęłam, nawet wiedziałam kogo spotkam. Siedziała przy komputerze i spoglądała w moim kierunku, zupełnie jakby mnie oczekiwała. -Witaj, Julito!- Powitała mnie niemal od progu. -Witaj- odpowiadam z niechęcią. Byłyśmy kiedyś przyjaciółkami. Przez całe studia, niczym papużki- nierozłączki, wszędzie razem. Prawie, że chłopaków miałyśmy wspólnych. I kochanków. Nawet pierwszą pracę znalazłyśmy w tej samej firmie. Na moje nieszczęście… -Nadal się gniewasz?- Pyta Dorota głosem pełnym wyrzutu. Toż to bezczelność jawna!- O tamto? Julitka…- Prawie mnie rozczuliła tym swoim ćwierkaniem. Kiedyś ten ton nieodmiennie działał na mnie. Kiedyś…Już nie teraz. -Gniewam? O, nie!- Staram się strasznie panować nad sobą.- Jestem tylko rozczarowana, Dorota. I zawiedziona. Na koniec: wściekła! -Oj, Julita- nie pojęła chyba, jakim cudem nadal mnie trzyma. Czyli nie pojmowała niczego. Minęło co prawda odrobinę czasu od tamtego zdarzenia, ale nie na tyle dużo, by zapomnieć. A tak naprawdę to bardziej mnie bolała jej zdrada, niż fakt straty pracy. Pracowałyśmy w tej samej firmie, każda z nas miała przygotować projekt, jak każdy zresztą pracownik- stażysta czy nie- i wymyśliłam coś na tyle oryginalnego, że powinnam zaliczyć ten test. Jak zwykle zdradziłam Dorocie co. Zdradziłam i popełniłam błąd. Kiedy przyszło do burzy mózgów, okazało się, że moja najserdeczniejsza przyjaciółka okazała się szują! Przywłaszczyła sobie mój pomysł i zapunktowała, oj zapunktowała…A ja zostałam z niczym. Jeśli nie liczyć opadłej koparki na sam dół. -Warto było?- Pytam. -Zrozum, nie miałam wyjścia… -Nie miałaś wyjścia…- Powtarzam z nieodgadnionym wyrazem twarzy.- Ale czy było warto? -Wtedy tak,- potwierdza- ale później i tak odpadłam… -Wiem- do dziś Dorota błąka się gdzieś po marketach jako podrzędny menedżer. Niewiele pozostało z jej marzeń…Z moich także, jeśli już o to chodzi. -Byłyśmy jak siostry!- Dorota nie omieszkała przypomnieć mi naszych relacji. Ale to było tak dawno temu! Niemal wydawało się nieprawdą. -I dlatego twoja zdrada boli w dwójnasób- odbiłam piłeczkę. -Desperacja przeze mnie przemawiała.- To był staż, etat mogła dostać tylko jedna z czterech osób. I była to Dorota. Co prawda nie na długo, ale jednak… -Desperacja…- Przyglądam się własnym dłoniom.- To było zwykłe świństwo, Dorota… -Zgadzam się.- Dorota wstaje, chyba chce podejść i mnie objąć.- Przepraszam, Julito… Odsuwam się, dając znak, że nie życzę sobie żadnych czułości. -Przeprosiny przyjęte- daję jej nadzieję- ale tylko tyle... Opada na fotel. Cokolwiek myślała sobie, teraz wie, że powrotu nie będzie. Czuję się odrobinę rozczarowana- to mają być te ogromne sprawy, nie zamknięte przeze mnie? Jasne, jakaś zadra we mnie pozostała, ale żeby aż tak?! Coś mi tu nie pasowało. I wiedziałam kto powinien mi to wytłumaczyć… -Bezimienny! Jeszcze zanim mój głos przebrzmiał echem w sali, już byłam przy moim przewodniku, Dorota została tam, gdzie była- w zapomnieniu i pogardzie. -To są te brzemienne sprawy?- Pytam drwiąco. Stoi i ogląda ze znudzeniem swe stopy. Nawet zdaje mi się, że mnie nie usłyszał, lecz po chwili podnosi głowę i spogląda na mnie niczym wszystkowiedzący mag. -To są twoje wybory- odpowiada mi beznamiętnie- skup się bardziej i potraktuj to poważnie, a przekonasz się, po co tak naprawdę tu przybyłem… Mówił to spokojnie, ale chyba dlatego zabrzmiało to szczególnie złowieszczo. Nie wiem co miał na myśli mówiąc, że za mało się staram? Możliwe, że rzeczywiście nie traktowałam tego zbyt poważnie, od samego początku nie wierząc w to wszystko, czego byłam świadkiem, nawet jeśli brałam w tym udział. Spojrzałam w kierunku drzwi, które tkwiły wokół mnie niczym nieme zaproszenia do szaleństwa. Trwałam tak chwilę- nie wiem, wahając się, czy raczej chcąc dać sobie czas do namysłu- i wreszcie zdecydowanym krokiem podeszłam do kolejnych drzwi. Miałam tylko nadzieję, że tym razem bardziej mi zależy. Miałam nadzieję, bo nadal nic takiego nie czułam… Znalazłam się w ciemnym pomieszczeniu, przez moment dała o sobie znać moja klaustrofobia, lecz szłam dalej po omacku, aż natrafiłam na kolejne drzwi i otwarłam je. Moje oczy poraziło światło i na chwilę straciłam wzrok, a kiedy odzyskałam możliwość widzenia ujrzałam mego ojca! Ojca nie widzianego od lat, od dnia kiedy wyprowadził się od nas, niemal bez słowa wyjaśnienia, przynajmniej mnie nikt niczego nie starał się wyjaśnić. Możliwe, że uznali oboje z mamą, iż jestem na tyle dorosła, że nie potrzebuję żadnych wyjaśnień; że powinnam sama wszystko zrozumieć i zaakceptować ten stan. Pomimo tego, że wciąż mi wmawiali swoją wielką miłość do mnie, pozostawili mnie samą z moimi domysłami. Nie pytałam o nic- nigdy, nikogo. Ale w sercu pozostał żal, nie zagojona rana, która pozwoliła mi inaczej patrzeć na swoich rodziców i stać się nieprzejednaną strażniczką ich sumień. Nie wybaczyłam im tego nigdy! Było to kolejne doświadczenie w moim życiu, kolejne rozczarowanie i kolejny cios. Kolejny powód, by stać się tym kim jestem. Jeszcze wtedy miałam zaufanie do losu, chociaż z każdym razem ta nić stawała się coraz bardziej cienka. Aż w końcu znikła…Lecz jeszcze nie teraz. Wyglądał zupełnie tak jak go zapamiętałam- nic się nie zmienił: te same rysy twarzy, ciemne, budzące uczucie oczy. -Tato?- Pytam z odrobiną nieśmiałości. Patrzy na mnie tak samo jak przed laty. Wtedy nieodmiennie ten wyraz oczu budził we mnie całe pokłady miłości i przywiązania do niego- teraz stał się tylko odległym echem wspomnień i uczuć z czasów, kiedy coś dla mnie znaczyły- nie jak obecnie. Obecnie byłam uczuciową pustynią. Nie dlatego, że byłam zimna. Dlatego, że straciłam zaufanie do wszystkich i wszystkiego. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero teraz…Buduję na zapas mury obronne i bezpiecznie ukryta za nimi obserwuję jak ludzie wokół stają się takimi, jakimi chcę ich widzieć. A może jakimi są naprawdę, choć mam nadzieję, że tak nie jest w istocie. -Witaj, córciu- zdrobnienie w jego ustach brzmi tak samo czule jak niegdyś. Podchodzę bliżej. Zapamiętuję zmarszczki w kącikach oczu. Srebrzyste refleksy we włosach. Barwę skóry. Wdycham nawet jego zapach, subtelny aromat jego wody po goleniu. -Tato?- Ponawiam pytanie.- Dlaczego? -A jakie to ma znaczenie?- Odpowiada na moje pytanie pytaniem. -Dla mnie ma…Chcę wiedzieć! -Prawda nie zawsze bywa oczyszczająca- zdobył się na wyznanie, szczere niczym najczystsza biel. -Zawsze!- Protestuję zapamiętale, jakbym nie chciała uznać jego życiowej mądrości.- Nikt mi niczego nie wyjaśnił! Postanowiliście zostawić mnie samą sobie z moimi domysłami, a ja wcale nie byłam aż tak dorosła…Potrzebowałam wyjaśnień!...Ale ich nie otrzymałam.- Dodaję wyraźnie rozczarowana. -Chroniliśmy ciebie- banalność tego stwierdzenia aż mnie fizycznie dotknęła. Poczułam się jak idiotka, którą traktuje się z góry, bo nie jest w stanie pojąć najprostszych znaczeń. Najprostszych spraw. -Nie potrzebuję ochrony, tylko szczerości!- Na pewno? Na pewno tego potrzebowałam? Pokiwał głową, jakby potwierdzał swoje przypuszczenia względem mnie, jakiekolwiek one były. -Musiałem odejść- zaczął cicho jakby nie całkiem był przekonany do tego, co robi.- Mieliśmy z matką problemy…Ja miałem z nią problemy- uściślił. Na moment zamilkł, chyba szukał dalszych słów na opowiedzenie tej historii. -To nie była jej wina- ciągnął dalej, a ja nadal nic z tego nie pojmowałam.- Była niewątpliwie chora, może nawet wciąż jest, a ja nie umiałem zaakceptować tego stanu…Nie potrafiłem jej pomóc… -O czym ty, u diabła, mówisz?! -Twoja matka jest nimfomanką… -Co takiego?!- Wiedziałam, co to oznacza, ale jakoś nie mogłam w to uwierzyć. -W pewnym momencie już przestałem liczyć jej kochanków- chyba nie usłyszał mego pytania albo nie zwrócił żadnej uwagi.- To były przygody na jedną noc…Czysty seks, lecz mnie to przerastało…Czułem się zdradzony, niepotrzebny… Słuchałam go z rosnącym przerażeniem. Bo w tej jednej chwili zrozumiałam inne zdarzenie mojego życia, zdarzenie, które zmieniło całkowicie mój los. -Błagałem, by przestała lub poddała się leczeniu- mój ojciec postanowił mi tym razem wszystko wyjaśnić do końca. Spóźniony o kilka lat. Spóźniony o całe moje dawne życie.- Lecz ona nie chciała o tym słuchać…Nie widziała żadnego problemu… -Ale jak do tego doszło?- Pytam wstrząśnięta.- Zawsze taka była? -Nie.- Odpowiada zdecydowanie.- Owszem, miała temperament, co nawet mi się podobało, ale wystarczały jej te chwile spędzone ze mną. Aż do momentu kiedy zaginęła… -Zaginęła?!- Co jeszcze przede mną ukrywali? Chociaż coś tam pamiętam…Matki nie było przez dwa dni. Gorączkowe poszukiwania, telefony, odwiedziny znajomych i nieznajomych. A potem nagle sama się odnalazła. Bez słowa wyjaśnienia- po co i dlaczego…? Pamiętam te tabuny bliższej i dalszej rodziny, niby tak nam życzliwej, a przecież w gruncie rzeczy obcej. Pamiętam te szepty po kątach. Pamiętam urywane w pół słowa zdania, kiedy tylko znajdowałam się w zasięgu słuchu i wzroku rozmówców. Pamiętam te bezustanne głaskanie po twarzy i nie kończące się pocałunki każdego, komu się tylko nawinęłam pod rękę. Chronili mnie przed prawdą jak pisklę przed jastrzębiem. Miałam kilkanaście lat, lecz nic nie rozumiałam z tego zamieszania, a nikt nie chciał mi niczego powiedzieć- pomimo, że pytałam, a jakże. I pamiętam nocne podniesione krzyki rodziców, kiedy już kurz opadł po ostatnim familiancie. I łzy matki, że nic nie pamięta…I wtedy nikt mi nic nadal nie mówił, domyślałam się najgorszego, snułam dzikie wizje w głowie- lecz nic z tego nie było prawdą. Pamiętam opowieści na dobranoc, jakie mi matka opowiadała. Baśnie, ale dziwne. O istotach- ni aniołach, ni diabłach; na poły dobrych i przesiąkniętych złem; mądrych i bestialskich; pełnych miłości i pogardy bez miary. Groźnie pięknych i niebezpiecznych. Lubiłam te bajki, lecz ona ich nie zmyślała- ona relacjonowała mi to, co przeżyła podczas swej nieobecności. Wtedy tego nie wiedziałam, aż do chwili kiedy sama spotkałam te istoty… -Tak. Zaginęła na dwa dni…Niczego nie pamiętała z tego okresu…Dziwne…- Zastanawiał się na głos, jakby od nowa usiłował rozwikłać tę zagadkę.- Gadała wciąż coś o porwaniu przez kosmitów…Dasz wiarę? -Jak ja?!- Wyrwało mi się z ust. -Tak, jak ty.- Potwierdził. Bezustannie powtarzała do znudzenia tę swoją wersję zniknięcia, aż ojciec zamknął ją na oddziale dla umysłowych. Znów szepty, znaczące kiwnięcia głową, sądy wypowiadane niczym inkwizycja. A ja pośrodku tego wszystkiego…Powróciła po kilku tygodniach, ale odmieniona. Wtedy nie wiedziałam na czym ta zmiana polegała, ale ojciec od tamtej chwili miał z nią piekło. To właśnie wtedy zaczęły się te jej ekscesy seksualne, a kłótnie przybierały coraz gwałtowniejszą formę, tylko że tym razem matka nie płakała już- ona się śmiała, z każdym razem coraz głośniej i głośniej. Słyszałam w tym śmiechu szyderczą radość, choć nie wiedziałam jak nazwać to, co słyszę…Dziś wiem, ale wtedy nie. Mnie także kiedyś się przytrafiło takie zniknięcie. I amnezja. I ja po takim wydarzeniu się zmieniłam zupełnie. Ale nie tak jak matka…A może szkoda, że nie tak jak ona… -Widać, taka nasza rodzinna tradycja- uciekłam w banał.- Albo obie jesteśmy nieźle szurnięte… Ojciec nic nie odpowiada. Nie chce, nie potrafi albo jest mu wszystko jedno. Kiedy i ja się odnalazłam, i niemal identyczne historie zaczęłam opowiadać jak matka niegdyś, ojciec się poddał. Spakował walizki i tyle go widziałyśmy. Dla mnie była to tragedia, dla matki tylko znaczyło od teraz zielone światło dla swych upodobań. A ja po prostu poczułam się oszukana, zdradzona, porzucona na łaskę losu. Po raz pierwszy- ale jak się miało okazać, nie ostatni. Zaczęliśmy tę rozmowę i zanosiło się na wieczór wyjaśnień, ale teraz już zabrnęliśmy w takie rejony, że nic nie było w stanie zmienić mojego nastawienia. Dowiedziałam się przyczyn rozstania rodziców, reszta nie była mi do niczego potrzebna. Było zbyt późno na udawanie czułości między ojcem i córką, zbyt wiele lat nas dzieliło, zbyt wiele żalu i zawiedzionych nadziei. -Bezimienny!- Wołam, bo chcę już się stąd wynieść. Dowiedziałam się dość, może nawet więcej niż powinnam. W sumie ta prawda na niewiele mi się zdała… Zanim sobie to uświadomiłam, wróciłam do punktu wyjścia. Do przedsionka, gdzie tkwiły te moje tajemnice, drzwi prowadzące w głąb mnie samej. Prowadzące do mojej mrocznej, pokręconej przeszłości. Już wiedziałam, że będzie to długa noc. I anioł miał rację…We wszystkim. W każdej najmniejszej sprawie. Staję przed nim i tym razem mam ogromną ochotę, aby się przytulić. I on bez słowa bierze mnie w ramiona, a ja się uspokajam natychmiast…Ogarnął mnie spokój. Jeszcze nigdy nie byłam tak spokojna. Odpłynęłam i nie wiedziałam dokąd. Nie chciałam tego wiedzieć. Nie było to dla mnie ważne. Liczyło się tylko tu i teraz; i te wszechogarniające uczucie beztroski. Takie coś może uzależnić. Lecz dla mnie ten gest miał jeszcze inne znaczenie. Od tak dawna nie byłam w ramionach mężczyzny, w żadnych innych także nie, teraz przypomniałam sobie ile takie uściski znaczą w życiu codziennym. Nawet jeśli to tylko niewinne gesty wsparcia i pocieszenia, a nie początek gry wstępnej… Wreszcie odsuwam się pierwsza, chociaż doprawdy, chciałam tak trwać na wieki. -Tym razem ci lepiej poszło.- Słyszę jego ciepły, kojący głos. -Lepiej?- Pytam się, choć dobrze wiem o czym mówi. On wskazuje za moje plecy. Odwracam się i widzę jak parę drzwi blaknie i rozpływa się w powietrzu. Rzeczywiście poszło mi lepiej…Lecz wciąż ich zostało tak wiele, a ja już wiedziałam, co za nimi spotkam. Musiałam przez to przejść, nic więcej. Tylko tyle… Ruszam zdecydowanym krokiem do następnych wrót. Zaczynam czuć desperację, by jak najszybciej tam wejść, rozliczyć się z przeszłością i zakończyć tę terapię, bez względu czy mi to pomoże, czy nie. I wiedziałam, że nie będzie to wędrówka przyjemna. Naciskam klamkę i wchodzę do przedpokoju. Znam to miejsce. Znam, a jednak nie byłam tam już od tak dawna. Od tamtej pamiętnej nocy. I już wiem, że tym razem wyjaśnię to do końca. Chociaż pewnie sprawi mi to ból- ponownie. Kieruję się słuchem. Słyszę dźwięki z sypialni, idę tam- chociaż naprawdę nie chcę, bo wiem, co tam ujrzę. Lecz muszę tam wejść. Wchodzę. Patrzę. Przeżywam to jeszcze raz. Widzę mego chłopaka, jak leży na plecach, a moja matka dosiada go i kołysze z wściekłą zaciętością wyuzdanej dziwki. I ten głos, wychodzący z jej gardła, na poły jęk, na poły charczenie…Niczym zwierze, ludzkie zwierze ogarnięte tylko jednym szaleństwem- pieprzeniem się bez miary, byle szybciej dotrzeć na szczyt. Nie mogę oderwać wzroku od jej falujących piersi, sutki, naprężone wystrzeliwują do przodu, a pomiędzy wzgórkami spływa pot. A mój luby jest w siódmym niebie, także wzdycha i jęczy. Stoję w drzwiach, wstrząśnięta. Wtedy też tak było. Pamiętam dobrze… Musiałam Darkowi powiedzieć coś bardzo ważnego. I dlatego kazałam mu przyjść do mego domu, ale ani on, ani ja nie mogliśmy tam przybyć prędzej niż wieczorem. Ale przecież nie termin był tutaj ważny, ale wiadomość jaką miałam mu do przekazania. Przyszedł przede mną…Resztą zajęła się moja matka. Teraz wiem, że jest nimfomanką…Ale wtedy? Wtedy na ten widok wydałam z siebie tylko płacz. I pospiesznie wybiegłam z domu, by już do niego nie wrócić. Dziś miałam okazję wyjaśnić to wszystko, ale czy tak naprawdę trzeba było tu cokolwiek wyjaśniać? Najwidoczniej moja podświadomość uznała, że tak. -Co z wami?! W małym pomieszczeniu mój krzyk brzmi histerycznie. Matka spogląda na mnie i uśmiecha się tym swoim uśmiechem. Jest w nim kuszenie i cała słodycz na jaką ją stać. A stać ją było na wiele w tej kwestii. Wystarczyło na skuszenie mojego chłopaka. Była niczym Lilith. Piękna i groźna. I zupełnie zdeprawowana. Darek jest oszołomiony. Zrywa się na równe nogi, matka stacza się z niego, nie kryje zupełnie swojej nagości, jest dla mnie wyzywająca, jakby chciała sprowokować mnie do jakiś czynów, gwałtownych i nieobliczalnych. Chce doprowadzić do konfrontacji, ale dlaczego? Jej kochanek próbuje podejść do mnie, ale ja wyraźnie daję mu znak, że ma zostać tam gdzie jest. Siada więc i kuli się jak dziecko przed ojcem. Moja matka zajmuje miejsce obok niego. -A może byś się do nas przyłączyła, moje dziecko?- Własnym uszom nie wierzę! Szok! Niedowierzanie! Odraza! Te wszystkie uczucia zawładnęły mną w tej jednej chwili. A jednak znajomy ból i gorąco w podbrzuszu zdradziecko się pojawia i kusi przypomnieniem wspólnie spędzonych chwil w łóżku, może nie tak gwałtownych jak te, ale piękniejszych, pełnych uczucia i miłości…Być może on potrzebował czystego rżnięcia, zwierzęcego seksu, a nie delikatnych, jeszcze czasem nieśmiałych pieszczot kobiety, co ma pierwszego swego kochanka i zachowuje się wstydliwie, nie poprzez fałszywą pruderię, tylko najzwyczajniej z niedoświadczenia. I kiedy ma możliwość realizacji swych marzeń- to spełnia je bez najmniejszego wahania? Bez względu na osobę i miejsce. Czyli nic nie znaczyły te wszystkie tygodnie, miesiące wspólnych dni i nocy, słowa niczym srebrniki- piękne blaskiem, ale zimne i bez wartości tak naprawdę. Otrząsam się z tego koszmaru! Patrzę na nich pełna obrzydzenia, pogardy, prawie mi się zbiera na mdłości. A matka najspokojniej w świecie sięga dłonią do członka Darka i lubieżnie zaczyna gładzić tę jego dumę. On niby chce zaprotestować, lecz jak widać nie osiągnął jeszcze orgazmu, bo poddaje się tej czułości. Czy już nie dość mnie upokorzyli?! Jak wiele mam znosić?! -Wiem, co ci dolega! Ale jesteś matką, na litość boską!- Matce bym nie wybaczyła, mogę teraz zrozumieć tło zdarzeń, lecz wybaczyć…Ale Darek? Tyle słów, wielkich, ogromnych, płomiennych…I co?! Jedna okazja i myk! A może spodziewa się, że będzie posuwał córkę i matkę, na przemian i po równi? -Mnie nic nie dolega- matka dziwi się moim słowom. Pamiętam te tabuny „wujków” w naszym domu…Ale małolata myślała, że matka wciąż źle trafia, próbuje ułożyć sobie życie, ale jakoś się jej nie układa. A jej po prostu tak było z tym dobrze, wiecznie nowy facet w pościeli, wciąż od nowa przygody i fascynacje, orgazm bez końca…Tłumaczyłam samej sobie, że to nie matki wina, że faceci już tacy są, że kiedyś wreszcie znajdzie tego swego królewicza. Ale ona nie szukała królewicza…Brała, co tylko się nawinęło pod rękę, nie wyłączając faceta własnej córki; kto wie, może jej przyszłego zięcia? Cóż za podłość! Nagle straciłam ochotę do jakichkolwiek wyjaśnień. Co się miało stać, to się stało- nic więcej nie można tu dodać…To wtedy zdradzono mnie po raz kolejny…I nie ostatni. -Brzydzę się wami!- Odwracam się do nich plecami i zostawiam ich samych ze swą nagością i wstydem, ale jeszcze jedno rozczarowanie jest moim udziałem. Bo słyszę, że na powrót wrócili do pieszczot, aż do przedpokoju dobiegają dźwięki intensywnie kochającej się pary, zupełnie jakbym im nie przerwała tej galopady! -Bezimienny! Zabierz mnie stąd!- Krzyczę gdzieś w przestrzeń, ledwie potrafię przebić się przez głośne zawołania matki. Dopadam do drzwi, ale one już znikły. Znów utonęłam w objęciach anioła, lecz tym razem spazmatyczny szloch wstrząsał mną długo. Bardzo długo…A mój przewodnik nie robił niczego, by mnie uspokoić. Chyba wiedział, że jedyne czego potrzebuję, to tak stać wraz z nim i wypłakać cały swój żal, ból i zawód. Bez przeszkód. Tak długo jak zechcę. Jak długo będę potrzebować. Czułam, że to moje odkupienie, czy co to było w czym teraz brałam udział, jest niczym droga krzyżowa, droga przez mękę, czyściec i piekło w jednym po równi. Ileż to brudów nazbiera się w człowieku przez lata? Ileż demonów, które lekko poskromione zamknęliśmy gdzieś w niepamięci, w nadziei, że tam pozostaną na zawsze? Ale to nie prawda. Kiedyś, prędzej czy później, dojdzie do konfrontacji- do rozliczeń. I sama nie wiedziałam tylko czy to kara, czy może raczej wybawienie, szansa na nowe życie? -Ciężko, co?- Pyta delikatnie mnie od siebie odsuwając na odległość ramion. Jest tak blisko mnie, taki czuły i kochany, jest jak spełnienie marzeń i snów każdej kobiety. Nie jak kochanek, prędzej powiernik, wsparcie duchowe, przyjaciel. Jest taki nierzeczywisty, taki nieludzki w swej dobroci-ktoś taki nie ma prawa istnieć. I pewnie w gruncie rzeczy nie istnieje… -Ciężko- potwierdzam i czuję, że to wstęp do dalszej wędrówki, a tak bardzo już czuję się zmęczona i chciałabym odpocząć, a właściwie zakończyć to odkupienie. Najchętniej wróciłabym do tych jego ramion, tego azylu, gdzie nie ma niczego poza wszechobecnym spokojem. -A będzie jeszcze ciężej- dodaje mi otuchy po swojemu. Nic nie odpowiadam, bo wiem, że ma rację. Ale spotęgował tylko chęć ucieczki stąd. Albo walnięcia porządnego drinka, najlepiej jednym haustem. -Nic z tego- wyprowadza mnie z błędu.- Musisz zachować trzeźwy umysł- zapomniałam, że czyta w myślach!- Ale później możesz się urżnąć do nieprzytomności- zapalił światełko w tunelu. -I tak zrobię!- Zapewniam solennie, choć nie wiem, jego czy bardziej siebie. I sądząc po moich dotychczasowych dokonaniach, będzie to bardzo duża flaszka… -Czas na mnie- rzucam kwestię, ale jak zwykle nie otrzymuję odpowiedzi. Ruszam do następnych drzwi. Ruszam z rozpaczliwą obojętnością, pewna, że z całą pewnością się mi nie spodoba to, co tam ujrzę lub kogo spotkam- albo jedno i drugie razem. Tym razem zaraz po minięciu wrót, moje stopy utonęły wprost w piachu. Moje zdziwienie było bezgraniczne. A wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy tutaj, ale taka nagła zmiana scenerii była nie tylko zaskoczeniem- była wprost szokiem! „Cóż to za nowe diabelstwo?”- Myślę. Lecz brnę dalej po kostki w piasku, by po chwili usłyszeć delikatny szum morza. Jestem na plaży! Ale po co? Wzdrygam ramionami i idę przed siebie, aż docieram na brzeg. Wdycham słone powietrze i przymykam oczy. Jestem tu z jakiegoś powodu, ale z jakiego? W tamtych przypadkach mogłam choć w przybliżeniu się domyśleć, lecz teraz byłam kompletnie zaskoczona. Żadnej traumy związanej z morzem, plażą, nic z tych rzeczy…Rozglądam się wokół, może jest coś lub ktoś, kto mi to wytłumaczy lub chociaż naprowadzi swoim widokiem na właściwe tory? Przez moment spoglądam bezradnie i dopiero po kilku minutach dostrzegam w oddali sylwetkę, która szła także brzegiem plaży, tuż przy samej wodzie, tak blisko, że pewnie fale obmywały temu komuś stopy. Niezła myśl! Ściągam buty i pozwalam, aby morska woda ostudziła moje stopy, głaszcząc pieszczotą skórę. I zaczynam podążać naprzeciw nieznajomemu. A może nieznajomej? Idę i po chwili zdaję sobie sprawę, że jednak rozpoznaję to miejsce, albo mi się zdaje, że je poznaję. Jest bardzo podobne do plaży, gdzie spędziliśmy wakacje z Darkiem. Ach, Darek…! Ale przecież z nim już się rozliczyłam. Z nim i matką, hurtem, jak w promocji…Lecz mój wzrok przyciąga jakiś ruch na obrzeżach widzenia. Na chwilę zatrzymuję się i patrzę w tamtym kierunku. Jakiś cień znajomych kształtów wspomnień mi świta w umyśle niczym deja vu. Ależ tak! Teraz poznaję! Patrzę jak kocham się na wydmie z Darkiem…To było jedna z tych chwil, które wspominałam z rozczuleniem, bólem i zawodem w sercu. To była miłość, także ta cielesna, wielka, pierwsza, najpiękniejsza. Widzę i wiem, że nie ma w tym niczego z tej sceny z sypialni, tam z matką…Para kochanków, w czułych objęciach na łonie natury, oddanych tylko sobie. Dla siebie. Przez siebie. Ku przyszłości. Przyszłości, która jak się okazało, nie była wcale taka odległa…A już z pewnością nie tak świetlana. Szczerze mówiąc okazała się całkiem do dupy! Nie mogę oderwać wzroku od tej dwójki, to takie nierealne spoglądać na siebie sprzed lat. Fascynujące, a zarazem przerażające. I zapominam o postaci, do której podążałam. Przeżywam od nowa te wszystkie uniesienia, jakie były moim udziałem wtedy. Pamiętam doskonale, ani jedno odczucie nie zblakło we mnie, pielęgnowałam je w sobie od tak dawna, zupełnie nie wiem po co- dla większego bólu, czy bardziej ku przestrodze? Teraz tylko na nowo sobie je odkurzyłam i spoglądam jak na fotografie w albumie. Piękne, lecz już z lekka pożółkłe…I odrobinę wyblakłe. Ale moje. Na zawsze. Aż po kres. Kres rozpaczy niespełnionych marzeń. Nagle czuję jak ktoś mnie delikatnie i nieśmiało chwyta za dłoń. Odwracam się przestraszona ku intruzowi, który śmie mi przerywać spotkanie ze wspomnieniami. Te, choć w sumie są gorzkie jak piołun, to jednak mają w sobie rys piękna. Piękna i rozmarzenia. Nie jak w tamtych pokojach…Patrzę na chłopczyka i nie bardzo wiem, co się dzieje. Skąd on tutaj? I kim jest? Czego chce ode mnie? Ta chwila dekoncentracji wystarcza, żebym straciła widok kochającej się pary i dopiero teraz dociera do mnie, że to właśnie ten chłopczyk szedł w moim kierunku z naprzeciwka. Lecz nadal nie wiedziałam kim jest? Przyglądam mu się z autentycznym zainteresowaniem. Sprawia wrażenie takiego niedokończonego. Ma w sobie coś dziwnego. Jest taki- dwuwymiarowy. Jakby mu brakło głębi…Zupełnie jakbym spoglądała na ożywiony obraz, hologram, jakby nie był całkiem w tym samym wymiarze co ja. Trudno to jest wytłumaczyć. Miałam uczuciem jakbym patrzyła na niego, ale także przez niego. Pomimo, że czułam dotyk jego dłoni, to bardziej był duchem niż Bezimienny. Absurdalne… -Kim jesteś?- Pytam malca, mając nadzieję dowiedzieć się czegoś, co pozwoli mi go umiejscowić w głowie, we wspomnieniach, gdziekolwiek. I kiedy tak spoglądam na niego, to zdaje mi się, że rozpoznaję w nim rysy twarzy moje i Darka. Niewiarygodne, zupełnie pomylone odczucie, ale jednak byłam coraz bardziej tego pewna! A kiedy już zaakceptowałam ten fakt… -Dzień dobry, mamusiu- głosik ma cienki, niepewny. Taki sam, jak cała jego postać. Padam na kolana. Padam i zaczynam szlochać. A myślałam, że wypłakałam się dość w ramionach anioła. To tutaj właśnie poczęliśmy nasze dziecko. To tutaj miało się zacząć nasze szczęście. To była ta wieść, jaką miałam przekazać Dariuszowi tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy zastałam go pod moją matką w sypialni. To tutaj się to zaczęło i chyba musi się skończyć. Historia zatoczyła koło. Choć tak naprawdę, to zakończyła się w pewnej klinice ginekologicznej w Holandii…Przynajmniej tak mi się zdawało. Wyciągam ręce i chcę dotknąć istoty przede mną, ale chłopczyk się odsuwa: -Nie chciałaś mnie- mówi z wyraźnym wyrzutem. Pomimo łez widzę jak w jego oczach tkwi żal. Żal do mnie, że nie dałam mu szansy. Że nie chciałam być matką. Że nie wybrałam życia z nim, tylko zemstę na jego ojcu, zemstę nikomu nie potrzebną i na nikim nie robiącą wrażenia. Że uciekłam w łatwe rozwiązanie. Wtedy wydawało mi się to takie rozsądne, takie odpowiedzialne… -To nie tak- przez gulę w gardle przeciska mi się zaprzeczenie. -Nie chciałaś- powtarza, a ja pochylam się aż do jego stóp, jakby w geście poddania i oczekiwania na karę. Mój płacz przechodzi w wycie. Zawodzę jakbym chciałam iść w szranki z wichrem, co przemierza przestrzenie ponad taflą wody. Może ma rację? Może nie chciałam go? Może nie chciałam niczego, co należałoby choćby w części do tego zdrajcy? Może straciłam okazję na przeżycie przygody, niepowtarzalnej, pięknej i strasznej zarazem? Z całą pewnością to była prawda. W każdym aspekcie. Ponownie strumienie łez płyną z oczu, przesłaniając świat. Jedyne co mi pozostało, to wypłakać całą swoją winę, chociaż nie widziałam w tym żadnej, być może tylko odrobinę. A kiedy opanowuję się na tyle, by znów podnieść wzrok na mego nie istniejącego syna, on już oddalił się ode mnie, tak samo jak oddaliłam go ja sama niegdyś, beznamiętnie, obojętnie, w ciszy i bez wyrzutów sumienia. -Adrian!- Krzyczę i po raz pierwszy na głos wymawiam imię, jakie wybrałam dla niego, w chwili kiedy mój ginekolog mi powiedział, że zostanę mamą. Jeszcze nie znałam płci dziecka, a już wiedziałam, że musi to być chłopiec i będzie miał na imię Adrian. A potem świat mi się zawalił. I kiedy pozbierałam gruzy do kupy, dla Adrianka nie było miejsca w tej nowej rzeczywistości. Nie było, bo ja tak zdecydowałam. Arbitralnie, samolubnie- niby odpowiedzialnie. Nie słyszy mnie. A może nie zwraca uwagi? Chcę się zerwać i pobiec za nim, ale kolana ugrzęzły mi w piasku i żadną miarą nie potrafię się z tej matni wydobyć. Próbuję z całych sił, lecz jakaś niepojęta siła mnie trzyma w miejscu, nie pozwala wyrwać się i biec ku złudzeniom, że jeszcze można wszystko naprawić. Nic już nie da się odwrócić. Ten epizod z pewnością ma swój epilog- ta plaża to nemezis mego macierzyństwa. Macierzyństwa, które się skończyło zanim tak naprawdę się zaczęło. Patrzę bezsilnie jak się oddala, idąc ku zachodzącemu słońcu, ku cieniom, dokąd go wysłałam przed paru laty. Wszystko wokół ucichło, nawet mewy przestały krzyczeć w przestworzach, a morze bezgłośnie rozbija się falami o brzeg. Czuję się jakby czas się zatrzymał, ale to nieprawda. To tylko moja świadomość przechodzi ostre zapalenie istnienia. I w bólu rodzi się wybaczenie. Taką mam przynajmniej nadzieję… -Wybacz mi!- Rzucam za swoim nienarodzonym synem, ale odpowiadają mi tylko mewy; teraz na powrót wszędzie słychać ich ogłuszający jazgot, zmieszany z szumem wody i wiatrem w uszach. -Wybacz…- Szepczę do własnych myśli. Odzyskuję władzę w nogach, podnoszę się z klęczek- pokuta była straszliwa. A może nadal jest? Jeszcze się rozglądam w nadziei, że stoi obok gdzieś, ale płonne to nadzieje- widzę tylko na szczycie wydmy Darka, jak patrzy na mnie, lecz po chwili odwraca się i bez słowa znika w ciemnościach. Czyżbym dostrzegała w jego oczach prośbę o wybaczenie? Czy tylko było to odpuszczenie dla mnie, za to co zrobiłam? Nigdy się już nie dowiem. Ruszam jak pijana w kierunku dokąd poszedł Adrian. Chcę go dogonić, lecz nagle świat wiruje jak szalony, zaczynam tracić rozum, widzę postacie wokół, jak mnie wabią, wyciągają ku mnie swoje ręce: matka, ojciec, Darek, nawet Dorota. Niczym szalony korowód przemykają obok mnie, w obłąkańczym kontredansie otaczają, nie pozwalając wyrwać się z okręgu. Nie wiem, chcą mnie przytrzymać tutaj, czy może wesprzeć w tej beznadziejnej wędrówce? I nagle dobiega mnie głos: -Mamusiu!… -Adrian!- Wrzeszczę jak opętana, lecz słyszę tylko oddalające się ode mnie:„Mamusiu…!!!” -Adrian!!!- Chcę biec, ale ręce trzymają mnie mocno. Są niczym zemsta zza grobu. A może one mnie właśnie utrzymują przy zdrowych zmysłach? -Mamusiu…- Coraz słabszy głosik, ledwie daje się go słyszeć, możliwe, że bardziej go wyczuwam niż słyszę. -Adrian- szepczę przez ściśniętą krtań, już pogodzona z losem, że nigdy więcej go nie zobaczę. Jeszcze niby słyszę jak echo niesie się poprzez morską bryzę, ale to już koniec. Jestem ponownie sama na plaży… -Bezimienny!- Wołam, lecz moje struny głosowe dramatycznie się załamują i wychodzi z tego zawołania tylko taki piskliwy skowyt. Ale to wystarcza. Na powrót jestem w przedsionku. Stoję i patrzę na anioła, a w moim sercu rodzi się chęć mordu. A on przypatruje mi się z odcieniem pobłażania. Ale widzę, że w jego źrenicach zamieszkało zrozumienie dla mnie samej, on przecież doskonale wie, co mnie tam spotkało. Dobrze, że mam u niego wsparcie. -Mówiłem, że będzie jeszcze ciężej- jakby w geście przeprosin mówi to, co już słyszałam przed wizytą na plaży. -Mówiłeś…- Potwierdzam w bezsilnym zrezygnowaniu.- Ale żeby aż tak?! -To ty twierdziłaś, że nie masz żadnych zaległości w swej przeszłości- mógł sobie darować tę dygresję, doskonale pamiętam, co mówiłam. -Chyba nie zniosę więcej- mówię i spoglądam z odrazą w kierunku tych moich nieszczęść, co tkwią wokół niczym nieme wyrzuty sumienia, spraw dawno zapomnianych lub tylko odsuniętych w najodleglejsze zakątki jaźni, w nadziei, że tam zostaną na zawsze. Albo do czasu kiedy nadejdzie chwila, by się z nimi rozliczyć, jak teraz. -Jeszcze nie zakończyłaś swej wędrówki- zaprzecza z delikatnym wyrzutem Bezimienny- musisz dotrzeć do celu… -A jaki on jest?- Przerywam odrobinę opryskliwie- Jaki jest ten mój cel? Bezimienny nie raczy mi nawet odpowiedzieć, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia, doskonale wiem dokąd zmierzam, nie wiem tylko po co i czy warto aż tak cierpieć, przeżywając na nowo wszystkie te moje porażki. W końcu nie na darmo zepchnęłam je w niebyt świadomości, tam miały pozostać na wieki, a nie żeby się w nich babrać. I od nowa doświadczać wciąż tych samych rozczarowań. -Chyba czas na kolejny rozdział- rzucam od niechcenia i zaczynam się zbliżać do następnej tajemnicy, ale już nie tak pewnie jak poprzednio, waham się i boję spotkać się z tym, co jest po drugiej stronie. Naciskam klamkę i przechodzę przez próg. Czuję się tak zmęczona, chciałabym już skończyć ten cyrk, lecz idę dalej. To miejsce jest mi nieznane, choć jakbym już tu kiedyś była. Rozglądam się wkoło, wszędzie wszechobecny plastik, chrom, nieskazitelny porządek- niczym w laboratorium. Cisza, przerywana tylko poszumem urządzeń sprawiała tło jak z filmów science fiction. Urządzenia, w większości nieznane, migotały kontrolkami i popiskiwały tajemniczo, ale zupełnie dla mnie bez sensu. Szłam dalej, ciekawa i odrobinę zalękniona, co też spotkam na swej drodze. Albo kogo? Docieram do pomieszczenia, które sprawiało wrażenie gabinetu lekarskiego, królowało w nim na środku podwyższenie, jako żywo przypominające stół chirurgiczny, albo katafalk przyszłości, co zresztą nawzajem się nie wykluczało, tak absurdalnie, paradoksalnie mogło być jednym i drugim, a może nawet obiema tymi rzeczami równocześnie. W kącie stała istota, nie człowiek, istota. Kiedy ją ujrzałam wiedziałam, skąd ją znam, wiedziałam gdzie jestem- zbyt wiele razy matka mi opisywała to miejsce i te postacie. To był jeden z tych aniołów z bajek opowiadanych mi przez matkę! W sumie kiedy spojrzałam na tę zjawę, sama zrozumiałam, że wróciłam do miejsca, gdzie już kiedyś byłam. Dotarło do mnie, że to prawda! Oni istnieją, Obcy! Porywają ludzi i przeprowadzają na nich eksperymenty- nie były to czcze wymysły rodem „ Z archiwum X”. I ja także zostałam przez nich uprowadzona, teraz to zrozumiałam. Te wszystkie nocne koszmary, te lęki, obawa przed nieznanym- to wszystko była prawda! Dziś poznam dlaczego mnie to spotkało. Dlaczego zostałam naznaczona na całe życie. Tylko taki mógł być cel tej mojej wizyty tutaj… -Witaj, Julito- przywitała mnie istota.- Mam na imię Zorg! Głos miał delikatny, budzący zaufanie, prawie zupełnie taki sam jak ma Bezimienny. Może on też jest od nich? Wcale by mnie to zdziwiło. Ale jednak w głosie Zorga czaiła się groźba, było to niedostrzegalne niemal, ale było. Jakaś nuta, fałszywa w brzmieniu. Nie pasowała do wyglądu twarzy. Fizjonomia Zorga, choć tak bardzo podobna do naszej, różniła się jednak. Rysy delikatne i ostre zarazem, budzące ufność i ukrywające podstęp, wyraźne i rozmyte- jakbym patrzyła na lustrzane odbicia tej samej osoby, jakbym widziała charakter w krzywym zwierciadle, synonim przeciwności, alter ego. Jego oczy pozbawione brwi, z nieznacznie zaznaczonymi rzęsami, były obce naszej percepcji. Wiedziałam, że już kiedyś widziałam te twarze, może niedokładnie był to Zorg, lecz z całą pewnością istoty z jego gatunku. Być może wszyscy wyglądali tak samo, jak klony. Albo my nie potrafiliśmy dostrzec różnicy. Lub po prostu byli dla nas tacy sami, jak dla przeciętnego Europejczyka którykolwiek Azjata. -Witaj ponownie- słyszę i już wiem, że to jest mój powrót tutaj, a nie wizyta dziewicza. -Kim jesteś?- To pytanie niewiele ma wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, lecz tylko takie mi tkwiło w umyśle. -Kim jestem?- Upewnia się czy dobrze usłyszał.- Jestem twoim twórcą. -To nieprawda!- Krzyczę, a echo niesie się daleko w głąb tej stacji, czy gdzie byłam.- Nie jesteś moim ojcem! -Jestem twoim twórcą, nie ojcem- tłumaczy. -Jesteś bogiem?!- Wstrząśnięta do granic otwieram oczy na całą mi dostępną szerokość. -Tak nas nazywacie, ale nie bardzo wiem, co ten termin oznacza…Domyślam się tylko. Ale stworzyliśmy cię z materiału genetycznego twoich biologicznych rodziców. Niemal zemdlałam. -Jak?! -Kiedy twoja matka zaszła w ciążę, zmodyfikowaliśmy nieco twój kod genetyczny- słuchałam chyba elektronicznej encyklopedii, tak właśnie brzmiał, zatęskniłam nagle za Bezimiennym, teraz ten jego styl prowadzenia rozmowy wydał mi się ludzki przynajmniej na tyle, że mogłam zaakceptować ten fakt. Nie tak jak teraz! -Zmodyfikowaliście?! -Taki niewinny eksperyment- dodał z rozbrajającą szczerością. -Ale kiedy?... -Twoja matka często tu bywała- wyjaśnia.- Więcej niż tylko ten jeden raz, który zapamiętała… -Ty bydlaku!- Przez zaciśnięte zęby ciskam obelgę.- Zmieniliście także ją! -To było bardzo udane zjawisko- napawa się dumnie ze swych osiągnięć.- Kiedy już miała ciebie, nie potrzebowaliśmy innych dzieci, uczyniliśmy ją kobietą, która miała niespożyty apetyt seksualny. Obserwacje jej były bardzo pouczające… Rzucam się z pazurami w jego kierunku, ale kiedy tylko dopadam go, to rozpływa się w powietrzu niczym zjawa, duch, hologram…Bezsilnie zaczynam płakać. -Zniszczyliście jej życie!- Oskarżenie zupełnie bzdurne, nic go nie obchodziłyśmy, nic poza to, że mógł nas badać do woli.- I moje… -Przeciwnie- zaprzecza- dopiero my sprawiliśmy, że istniejesz naprawdę… -Jak to?- Nie chcę, ale pytam zaintrygowana. -Twoja matka nie była w stanie donosić ciąży, więc jej odrobinę pomogliśmy- wyjaśnia beznamiętnie.- Oczywiście, nie za darmo… Mogłabym go zamordować, o z całą pewnością potrafiłabym mu wyrwać serce z piersi, o ile ten sukinsyn ma coś takiego jak serce! -A ja?! Do czegóż byłam ja wam potrzebna? -Eksperymenty, dziecino- zabrzmiało to bardzo lekceważąco- przeprowadzamy je od wieków. Ze zmiennym szczęściem, zresztą… -Więc jestem błędem w sztuce inżynierii genetycznej? -A kto mówi, że błędem?- Dziwi się i po raz pierwszy czuję, że mówi prawdę.- Jesteś nad wyraz udana! -To znaczy? Co takiego mi zrobiliście? -Sprawiliśmy, że nie potrafisz nikomu ufać. Nikomu ze swego gatunku. Nam jak widzę także nie- dodaje z dumą.- Jest to efekt uboczny, niepożądany, ale ciekawy…Musieliśmy tylko sprawić, byś wciąż doznawała porażek w życiu, aby uwiarygodnić tę twoją postawę.- Słucham zdruzgotana.- Chyba się powiodło… Siadam na podłodze i zaczynam płakać. Ponownie tego wieczoru. Wylałam chyba już wszystkie łzy, jakie miałam w sobie. -Nawiasem mówiąc na przyszłość ostrożniej traktuj naszą własność- dobiega mnie gdzieś z góry nagana. Spoglądam na niego zaskoczona i niczego nie rozumiejąca. -Mam na myśli twoje dziecko, którego tak się lekkomyślnie pozbyłaś- wyjaśnia. Zaczynam się histerycznie śmiać, przez łzy, rozpacz i ból śmieję się jak wariatka, czym wprawiam Zorga w autentyczne zdziwienie. Miło wiedzieć, że nie są wszechmocni i można ich zaskoczyć. -Po raz pierwszy się cieszę!- Odpowiadam mu z podłogi.- Cieszę się, że uchroniłam go przed wami! Wciąż się śmieję. W pomieszczeniu mój śmiech brzmi niczym lament obłąkanej. Chyba zaczynam się czuć jak wariatka. Cała ta pomylona sytuacja zaczyna mnie bawić, jeszcze chwilę temu strach paraliżował mnie, ale teraz już pozbyłam się obaw. Bo cóż mi może zrobić? Zabić? I tak nie mam po co żyć, skoro nigdy nikt nie zbliży się do mnie tak blisko, aby być ze mną. Nie zbliży się, bo mu na to nie pozwolę, nawet wbrew sobie samej. -A Darek?- Ciekawości mi genetycznie nie usunęli.- Przecież przez chwilę Darek był obok mnie?! -Ale na koniec i tak go straciłaś, nie?- Triumfalnie ciska mi w twarz moją największą porażkę.- Zresztą, zabawnie było obserwować jak twoja własna matka… Poderwałam się z dołu i wyskoczyłam z wyciem ku niemu, ale był to tylko pusty gest, raczej odruch warunkowy, niczego nie mogłam mu zrobić, lecz gdyby tylko to było możliwe…! -Jesteś jedną z nas, Julito!- Zorg w końcu zdecydował mi się zadeklarować mój status, nie tylko w życiu, lecz także i tutaj. -Nie rozumiem? -Wrócisz kiedyś do nas- uzupełnia,- wrócisz…Już niebawem. -Po co? -A dlaczego nie? I tak tam nie masz szans na życie prawdziwego człowieka. Milczę. A on po chwili dodaje: -Traktuj to jako nagrodę. Mój wzrok zabiłby każde znane mi zwierzę i każdą, nawet najbardziej mityczną stworę, każdą- tylko nie jego. -Żegnaj, Julito!- Zaskoczył mnie.- A właściwie: do widzenia. I zanim zaprotestowałam, już otocznie wokół mnie zaczyna się zmieniać, tym razem nie potrzebuję wołać Bezimiennego, znalazłam się koło niego niemal w tej samej chwili kiedy Zorg uznał za stosowne zakończyć tę moją wizytę i odesłał mnie z powrotem na ten padół łez. Chociaż, gwoli ścisłości byłam teraz w swoim umyśle, podobno…Wszystko to było nad wyraz pokręcone. Pokręcone, nierzeczywiste i chyba bez sensu. Miałam dość! Cokolwiek powie mój tak zwany anioł, nigdzie więcej już nie pójdę, nie zniosę żadnych innych pomylonych zdarzeń. Dotarłam do kresu własnych możliwości, do kresu wytrzymałości na ból, zwłaszcza ten psychiczny. Może nie do końca podróży, ale na skraj własnej osobowości- na pewno. Bezimienny jest pełen współczucia, widzę, że chciałby ukoić mnie w tych swoich cudownych ramionach, ale ja ponownie wracam do swych przyzwyczajeń- nie ufać nikomu. Wiem, skąd mam tę przypadłość, ale pokonać jej nie jestem w stanie. Odbyłam całą tę drogę przez mękę na darmo. Nic się zmieni w moim życiu, poznałam wszystkie tajemnice swego losu, ale zmian żadnych nie będzie. Zorg tak powiedział i ja mu wierzę. Już teraz wierzę… -Julito…- Odzywa się, lecz milknie zaraz. Bo cóż tu jeszcze można dodać? -Wiedziałeś?- Pytam. Chcę znać prawdę, mimo wszystko chcę ją poznać. -Tak- potwierdza.- Wiedziałem. Od samego początku wiedziałem… Prawie go nie słucham, rozglądam się za drzwiami, których już nie ma! Znikły! Wszystkie znikły, tak jak obiecał! A więc to koniec?! Jestem tak zmęczona, jakbym przeszła niewiarygodnie długą wędrówkę, przez czas, przestrzeń, po znanych i nieznanych zakamarkach. Chyba podróży mam dosyć, przynajmniej na razie. -I jak będzie?- Zadaje mi pytanie, które było między nami od samego początku naszego spotkania. -Z czym?- Dobrze wiem o co pyta, ale muszę się podroczyć. A może nie jest to droczenie, tylko taki pusty gest samoobrony? -Pytam o maila… Nie o mail tu chodzi tak naprawdę. Chodzi o to, jakie będzie moje życie od dziś, życie, które jest już określone, zdeterminowane przez istoty spoza naszego pojmowania, nie mam na nie wpływu- choćbym nie wiem jak się starała, niczego nie zmienię- to jedno stało się dla mnie jasne, jedyny zysk jaki odniosłam z tej wędrówki. Pewność. Pewność niezmienności. Uśmiecham się gorzko: -Nic. Odpiszę i każę mu iść tam, skąd przyszedł- ogarnia mnie spokój, błogi spokój osoby pogodzonej ze swą naturą. Kiedy już wiem jak i dlaczego, pogodzona ze swym losem i nieuchronnością wszystkiego, co mnie spotyka, łatwiej mi podejmować decyzję, bez obaw, że nie są właściwe. Anioł kiwa w zamyśleniu głową. Chyba nie takiej oczekiwał odpowiedzi, ale cóż, nie można mieć wszystkiego… -Warto było się fatygować do mnie?- Ponownie prowokuję go do rozmowy. -Warto- odpowiada bez chwili namysłu- zawsze warto. Poznałaś siebie. Taki był zamiar, abyś mogła zaakceptować samą siebie. I poznać kim jesteś. -Doprawdy?- Kpina nie brzmi aż tak pewnie jak zamierzałam. Bezimienny odwraca się i zamierza odejść, lecz mówi na odchodnym: -Już czas na mnie. Wyciągam rękę, a on bez słowa ściska ją. Mocno, po męsku. Taki gest przyjaźni, nie jakieś tam obłapywanie się i tulenie, już dość się dzisiaj tuliłam, nadszedł czas, aby pokazać, że wychodzę z tego doświadczenia silna, silna duchem. -Dziękuję za wszystko, Bezimienny. A on znika bez odpowiedzi. Był, a później nagle już go nie ma. Ponownie znalazłam się w swoim mieszkaniu. Znajome kąty i przedmioty witam wzrokiem, wdzięczna, że mam dokąd wracać, że są rzeczy, których historię znam lepiej niż swoje życie. Wiem gdzie je kupiłam lub od kogo dostałam. Sięgam po butelkę i wdzięczna za to, że jeszcze tam coś zostało, nalewam resztę do kieliszka. Migający monitor kusi, aby zająć pozycję bojową i od nowa zacząć swoje wiszenie na czacie. Nie daję na siebie zbyt długo czekać, siadam i odpalam przeglądarkę. Szybkie logowanie i już zawitałam na sobie znane miejsce. Nie ma De Profundisa. Może nawet lepiej, nie jestem jeszcze gotowa, by stawić mu czoła. Są za to inni, nie wszyscy co prawda znani, a może ci sami, tylko skryci za nowymi nickami? To w zasadzie jest bez znaczenia. Moje palce zaczynają znany im bardzo dobrze taniec na klawiaturze. „J-E-S-T-E-M K-O-S-M-I-T-K-Ą.” Wyznanie wyświetla się na monitorze, ale nie robi to najmniejszego wrażenia na nikim. W necie nie takie rzeczy ludzie oznajmiają. „J-E-S-T-E-M K-O-S-M-I-T-K-Ą.”- Napis nadal tkwi niczym prowokacja na forum. „A S-O-B-I-E B-Ą-D-Ź !”- W końcu jeden z czatowiczów nie wytrzymuje i odszczekuje się. Roześmiałam się w głos. „Jestem kosmitką!” Ale tylko ja wiedziałam, że to prawda…
Motto: „ Jeśli istnieje ktoś tam, na górze, niech da mi jakiś znak. Jakiś mały promyk światła, który wskaże mi drogę, nauczy odróżniać dobro od zła. Kilka odpowiedzi na pytania, które wam zadaję- zachowuję czujność w tym gąszczu zwierciadeł, gdzie nic nie jest tym czym się zdaje…” ( fragment utworu „Vigil” Fisha )
AUTOPORTRET Z ANIOŁEM W TLE
Dla Joasi- „Shanti” W dowód podzięki za cierpliwość
Mosina, 26.04.- 30.05.2009 r.
Napisano tyle mądrych rad jak korzystać z Internetu. Tyle przestróg i ostrzeżeń. Jak się nie dać wciągnąć w żadne chore gierki. Jak rozpoznawać maniaków. Pomyleńców, którzy chcą spełniać się przez zasłonę monitora. Nigdy nie jesteś pewna z kim rozmawiasz. Nawet wtedy, gdy ten ktoś zdaje się być osobą jak najbardziej normalną. A może to zboczeniec? Morderca z drugiego końca kraju? Albo sąsiad, co ukrywa swą drugą, mroczną naturę i w sieci czyha na ofiary? Nigdy nie wiesz…Więc nie podawaj swoich danych na czacie. Swoich namiarów. Skryj się za nickiem i udawaj siebie. Albo bądź kimkolwiek. Kim tylko zechcesz. Lub nikim, bez żadnego znaczenia. Ale przenigdy nie przekraczaj magicznej granicy poznania. Byłam wierna tym zaleceniom, wierna aż do przesady. Choć przecież najprościej jest nie zaglądać na portale, gdzie gromadzą się wszelkie indywidua i udają kogoś, kim nie są. Albo są sobą, ale jest to dla nas zbyt oczywiste, by w to wierzyć. Więc wymyśliłam sobie pseudonim, jak każdy, i zalogowałam się na czacie jednego z portali. Po co? A któż to wie? Może z nudów? Albo z desperacji, że człowiek wciąż jest sam? Nie ważne są powody, dla których uzależniamy się od takich wizyt. Czasem całymi godzinami śledziłam prowadzone rozmowy na forum i nie odzywałam się nieproszona. Proszona zresztą także nie. Lecz z czasem nabrałem coraz większej ochoty, by z kimś pogadać, tak zwyczajnie, po ludzku. I w końcu, po wielu pomyłkach bez znaczenia, zgromadziłam wokół siebie kilkoro znajomych, podobnych do mnie, z którymi można było porozmawiać o wszystkim. Czasem nawet o pogodzie. Zależnie od nastroju. Lecz popełniłam błąd. Pomimo tych wszystkich ostrzeżeń, napomnień; popełniłam błąd. Uwierzyłam, że jeden z nich to ktoś wyjątkowy. Ktoś z kim mogę porozmawiać głębiej. Pokazać duszę i wystawić się na cios. Najzwyczajniej w świecie otarłam się o miłość. Własną. Do tamtego cienia na monitorze. Zaczęło się jako niewinny flirt. Bo akurat miałam taką ochotę, do niezobowiązujących pogaduszek z odcieniem erotyzmu w tle. Taka zabawa. Kokietowanie na odległość, bez możliwości dotknięcia w jakikolwiek fizyczny sposób. Znak czasów. Nie buduje się już wież z uwięzionymi księżniczkami w środku i warującym smokiem pod drzwiami. Teraz mieszkanie jest więzieniem, w którym zamykamy się sami. Całkiem dobrowolnie. Komputer i Internet zastąpiły nam spotkania towarzyskie. Czemu tak? Z wygody? Z lenistwa? Bo można pogadać i w każdej chwili zniknąć bez śladu? Pewnie wszystko po trochu. A może najzwyczajniej tak jest. Udajemy, że nie jesteśmy samotni, ale to nieprawda, choćbyśmy sami w to wierzyli najszczerzej. Zawsze jesteśmy samotni. Nigdy żaden inny człowiek nas nie pozna do końca, choćby nie wiem jak się starał, i jak byśmy próbowali mu to ułatwić. Ta gorzka prawda nas piecze dotkliwym ogniem, lecz wciąż jak niepoprawne dzieci usiłujemy udowodnić, że to nieprawda. Inaczej po co ludzie by wchodzili na czat? To nie tylko sposób na pogawędki- to również ucieczka od szarości dnia codziennego, miejsce, gdzie możemy wykreować siebie takich jakimi chcielibyśmy być. Lub jesteśmy sobą bez obaw, że nas wyśmieją prosto w twarz. Nawet jeśli jacyś idioci nam tu dokuczają, to zawsze kryjemy się za parawanem monitora. Taka namiastka cudownej tarczy. Ten mój znajomy zwał się Poetica. Taki nick miał. A ponieważ lubię poezję, więc zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Zrazu bardzo sztywno i na dystans, z czasem nasze rozmowy nabierały coraz bardziej osobistego charakteru. Wymieniliśmy adresy poczty elektronicznej i zaczęły przychodzić do mnie maile, z każdym dniem wyraźnie zmierzające w stronę, kuszącej co prawda, ale niebezpiecznej. Sama się sobie zdziwiłam jak wiele jest we mnie taniej księżniczki z bajek, co to oczekuje na swego księcia. Rycerza. Romantycznego barda. Czasy niby się zmieniają. Kobiety są coraz bardziej świadome własnej wartości, czasem na wyrost, w głębi jednak pozostajemy wciąż te same: chcemy przeżywać miłosne uniesienia, na miarę naszych babek i mam. I nie ważne, że twierdzimy coś zupełnie przeciwnego- tak jest naprawdę, nawet jeśli nie do końca zdajemy sobie z tego sprawy. W każdym razie ze mną tak było. Sparzyłam się kilka razy w świecie realnym i do spraw uczuciowych podchodziłam ostrożnie, by nie rzec, bojaźliwie. A może nie bojaźliwie, tylko z odcieniem pobłażania i kpiny: że wszystko to tylko blichtr i oszukiwanie siebie nawzajem. Potrzeba stadna to jedno, ale prawdziwego szczęścia ciężko dziś uświadczyć. Każdy o tym marzy, mało kto to dostaje. A czy możliwe jest coś takiego w sieci? W tym wirtualnym świecie pozorów, gdzie nic prawie nie jest takie jak się wydaje? Pewnie jest. Dokładnie tak samo jak na co dzień. Ale tak samo trudno to spotkać- w którymkolwiek ze światów…A jednak uwierzyłam, że Poetica to moja druga połowa. Facet, z którym można by zacząć coś od nowa. Nie padły żadne ostateczne pytania, na które trzeba by udzielić równie ostatecznych odpowiedzi, o nie! Wszystko to przypominało raczej pąk kwiatu, co jeszcze nie rozkwitł. Napęczniał płatkami, ale się całkiem nie rozwinął. Brakło jednak tak niewiele. Jednego tchnienia. Muśnięcia skrzydeł trzmiela. Delikatnego powiewu wiatru. Jednego promyka słońca. Ale tego właśnie zbrakło… Pewnego dnia mój potencjalny amant zamilkł. Poczta opustoszała. Na czacie ani śladu po nim. Znikł. Tak po prostu. Do dziś nie wiedziałam czy wystraszył się własnej śmiałości, czy tylko bawił się moim kosztem, a teraz już się znudził. Niby to takie oczywiste. Ale zabolało. Kolejne stracone złudzenia. Choć przecież nie do końca wyjaśniliśmy sobie, jak to z nami jest. Bałam się? Czy tylko czekałam aż się zdeklaruje pierwszy, niczym bohaterka powieści Jane Austen? Nie wiem. Nie wiem nawet czy chciałam tak naprawdę, by się deklarował. Ale tego nie uczynił. Niczego więcej nie zrobił, nie napisał, w końcu nie pokazał się więcej. Znikł. W stylu iście angielskim, dyskretnie i nagle. Choć akurat takie zachowanie w necie nie było ani szczególnie trudne, ani jakoś mało spotykane. Było pewnie nawet normą, z której nie chciałam sobie zdawać sprawy. Przybyło mi kolejne doświadczenie, z którym nie bardzo wiedziałam co mam począć. Takie niepotrzebne coś, co uwierało i męczyło. W końcu ustawiłam gdzieś na eksponowanym miejscu i spoglądając co rusz w tamtym kierunku, karmiłam się gorzkimi konkluzjami na temat relacji międzyludzkich i własnych oczekiwań. Pogodziłam się z tym i dalej żyłam, bo cóż innego mi pozostało? Nie była to ani tragedia, ani nawet jakieś szczególne nieszczęście. Rozczarowanie. To na pewno. Ale nie tragedia. Nadal zaglądałam na forum. Miałam tam innych znajomych. A trochę byłam ciekawa czy Poetica pojawi się tu także. Tylko, że mógł się tam znaleźć, pod innym nickiem i tak się bym o tym nie dowiedziała. Może nawet tak było- ja w każdym razie nie zauważyłam niczego znajomego w innych uczestnikach przekomarzań się na czacie. W końcu już nie szukałam. Odstawiłam na bok własną dumę i żal. Może tylko mniej się angażowałam w ogólne dyskusje na forum. Czekałam na znajomych, nie starałam się nawiązywać innych, nowych kontaktów, gadałam tylko z tymi, których znałam i akceptowałam. Tylko dla rozrywki, nic by podnieść adrenalinę. Był wśród nich taki jeden. Dziwny facet, sądząc po tym jak pisał. Nawet nie wiem czego tu szukał. Żonaty. Pewnie nie spełniony w małżeństwie. Pełno tu takich. Szukających taniego podrywu. Pragnących odreagować porażki. Poczuć się inaczej, lepiej. Ale jednak intrygujący na swój sposób. Kiedy dłużej pogadaliśmy, zmieniłam zdanie o nim. Przynajmniej trochę. A później się okazało, że facet pisze sobie, takie tam, teksty do szuflady. Pomyślałam, że kolejny grafoman, który szuka tutaj poklasku. Pozwoliłam nawet przesłać mu jeden taki twór. Ponieważ mnie zaintrygował. Na tyle, żeby złamać podstawową zasadę i kolejny raz podałam swój adres mailowy. Czy spowodowało to moje wieczne nienasycenie głodu czytania? Czy aż tak bardzo się nudziłam w pracy? Jakkolwiek było, dostałam te jego wypociny, które nawet były niezłe. Nie jakaś tam wielka literatura, ale poprawnie skonstruowane historie. Na tyle, że mnie wciągnęły bez reszty. Ciągle chciałam więcej i więcej…I dostawałam. Przesyłał mi swoje opowiadania z regularnością budząca mój szacunek. Do tego gadaliśmy na czacie. O wszystkim i o niczym. Ale trzymałam go na dystans. Żadnych osobistych zwierzeń. Żadnych szczegółów mogących naprowadzić go gdzie mieszkam, co robię i jak wygląda mój własny, mały świat. Można by sądzić, że osiągnęliśmy etap, który można by nazwać czatową przyjaźnią. O ile coś takiego w ogóle jest możliwe. W każdym razie była w tych naszych stosunkach duża doza wzajemnej sympatii. Przyznam nawet, że kusiło mnie czasem odkryć przed nim swoją prawdziwą twarz. Uznać w nim prawdziwego przyjaciela. Tylko po co? W sumie ryzyko było zbyt wielkie. A zysk niepewny. Niech zostanie tak jak jest. Tym bardziej, że nie zawsze reagował na moje pytania-testy jak należy. Wciąż były w tym jakieś wątpliwości. Wiedziałam, że mogłabym mu zaufać, jako osobie do zwierzeń. Ale nie do końca wiedziałam czy bilans tego, co mogłabym zyskać i stracić, wyszedłby przynajmniej na zero. Niby się wahałam, niby nie chciałam. I tak to trwało. Od tygodni. Miesięcy nawet. On mi słał swoje teksty, ja je czytałam i chwaliłem gdy mi się podobały; kręciłam nosem, kiedy było inaczej. Ale ciągle ceniłam tę naszą znajomość. Czułam, że chciałby poznać się bliżej. Lecz mu tego nie ułatwiałam, a wręcz nawet uniemożliwiałam swym chłodnym zachowaniem i trzymaniem na dystans. Dla mnie tak było wygodniej. Bezpieczniej. Szanował tę moją rezerwę i nie naciskał zbyt mocno. Widać zupełnie mu starczało, że ma komu wysyłać swoje opowiadania i tyle. A mnie bawiła rola tajemniczej nieznajomej z netu. Czyli każde z nas dostawało to czego oczekiwało. Albo prawie dostawało…W każdym razie lubiłam z nim rozmawiać, czekałam aż się pojawi na czacie- był jedną z nielicznych tam osób, z którymi można było pogadać. O wszystkim i niczym. Jak w życiu. A później nastąpiło coś niezwyczajnego. Poetica przysłał mi maila z życzeniami. Świątecznymi. Niby nic dziwnego. A jednak. Facet milczy od tygodni, nie pojawia się nigdzie, unika mnie, a teraz dostaję życzenia i to w tonie znamionującym coś więcej niż tylko pamięć. Powinnam zbyć to. Przejść do porządku dziennego. Uznać, że nic się nie wydarzyło. Ale nie potrafiłam. Trwałam uśpiona przez ten cały czas, teraz jeden mail obudził wszystkie te skrywane tęsknoty. Cieszyłam się i wściekałam po równi. Jak tak mógł mnie potraktować?! I czy warto słuchać głosu serca? Czy raczej pozwolić, by rozsądek sam się uporał z tym problemem? A może kogoś zapytać o to? Tylko, że to by wymagało odkrycia siebie. Czyli czegoś, co zawsze napawało mnie lękiem niemal pierwotnym. To coś więcej niż zdjęcie ubrania na scenie przed publicznością. Ta forma obnażania się była czymś całkowitym, nieodwracalnym. Nie byłam chyba gotowa na takie poświęcenie. Wciąż zanadto się bałam. Ale nie miałam wokół nikogo na tyle zaufanego, by uczynić ten krok. Nie byłam sama. Zawsze gdzieś tam były koleżanki, które mieniły się moimi przyjaciółkami. Które chętnie dzieliły się ze mną swymi sekretami, oczekiwały porad lub tylko biernego wysłuchania pretensji. A ja? Słuchałam, radziłam, ocierałam łzy z policzków, rozśmieszałam i pocieszałam. Ale żadna z nich nigdy nie zadała mi prostego pytania: dlaczego ja im nie mówię niczego o sobie. Nie chciały być prawdziwymi przyjaciółkami, chciały mieć tylko kogoś do wyżalenia. Więc im to dawałam- poczucie więzi. Dla mnie nie zostawało nic. Czasem zdawało mi się, że bardziej rozumie mnie De Profundis, mój czatowy grafoman, niźli moje znajome. Koniec końców nic nie wiedziały o moich marzeniach, oczekiwaniach od życia, rozterkach związanych z Poeticą. Nic im nie mówiłam. A one nie widziały zmian w moim zachowaniu- zbyt zapatrzone w siebie, zanadto zaabsorbowane swoimi problemami, by dostrzec cokolwiek innego poza sobą. Nawet mnie to nie przeszkadzało. Miałam spokój, że nikt nieproszony nie usiłuje wtargnąć do mego świata. Choć czasem przydałoby się z kimś pogadać, z kimś, kto ma świeże, nieskażone spojrzenie, z perspektywy. Kto pomógłby mi doradzić cokolwiek. Choćbym się z tym nie zgadzała lub zupełnie zignorowała wskazówki. Ale dzień minął jak co dzień. Pracę mam ciekawą, choć już nie ma w niej tego błysku. Ale ma pewną zasadniczą zaletę: mogę nawet w godzinach służbowych korzystać z netu w sposób niemal nieograniczony, bez niczyjej ingerencji. Więc pracuję w agencji reklamowej i wiszę godzinami na czacie. Z punktu widzenia innych czatowiczów jestem tam całą dobę. Bo kiedy tylko wracam do domu, to też komputer natychmiast włączam i zawisam na forum. Dziś zmęczona byłam bardziej niż dotąd. Może to sprawiła wiosna, która zawitała do nas na dobre? A może intensywna praca przy zamknięciu projektu? Jakkolwiek było- padałam z nóg. Ale nasze przyzwyczajenia mają nad nami moc ogromną, większą nawet niż jesteśmy w stanie to przyznać. Więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, to było restartowanie kompa i zalogowanie się na czacie. Zrobiłam sobie filiżankę kawy i zapaliwszy papierosa poddałam się intensywnym działaniom regeneracyjnym. Cokolwiek to znaczyło… W końcu pojawił się De Profundis. I dobrze, bo dotychczas wiało nudą z forum, niezwykłą nawet jak na tutejsze zwyczaje. A on nieodmiennie wprowadzał tutaj ruch, nie zawsze oczekiwany i pozytywny- zawsze jednak forum ożywało po jego przybyciu. Dziś jednakże on także wpadł tylko na moment, co nie omieszkał zakomunikować nam wszystkim. Szkoda. Poczułam rozczarowanie, na tyle duże, że mnie samą zaskoczyło. Było w tym coś więcej niż tylko zawód, że nie pogadamy sobie jak zazwyczaj. Cóż mogło spowodować takie moje nastawienie? Ten niepokojący mnie mail, który tkwił na mojej poczcie i czekał na ruch, co z nim zrobić? Czy potrzeba rozmowy z kimkolwiek? Zabawne. Moja podświadomość płata mi figla. Jestem niezależna. Nikogo nie potrzebuję. Wszystko to pozory…Przydałaby mi się rada w sprawie tych nieszczęsnych życzeń. A jeśli nawet nie rada, to chociażby chwila rozmowy na ten temat. Zachcianki. Bez możliwości spełnienia. Głównie z mojej przyczyny. A jednak złośliwy chochlik wewnątrz mnie dręczył moje sumienie, moje poczucie wsparcia samej siebie nudziło niczym rozkapryszone dziecko: „daj mi słuchacza!” Na forum grupa nastolatków rozpętała wojnę na gify. Normalnie mnie to nawet bawiło, dziś jednakże irytowało. I to w stopniu znacznie przewyższającym moją akceptację dla takiego stanu. Widać i jego to wpieniało, bo milczał znacząco, aż w końcu zawitał do mnie na priv. Czasem rozmawiałam z ludźmi prywatnie, ale rzadko to miało miejsce, prawie wcale. Jednakże De Profundis już kiedyś dostąpił tego zaszczytu, chciał wtedy pogadać o sobie. Nawet chyba mu wtedy pomogłam, choćby przez samo to, że go wysłuchałam. Czyli zrobiłam dokładnie to, czego potrzebowałam ja- właśnie teraz. Nie odrzuciłam zaproszenia. Nie mogłam. Nie jemu. A może liczyłam na coś? Na przykład na pretekst do rozważań o moich rozterkach i wątpliwościach. Zaczęliśmy rozmowę. On rzucał chaotyczne pytania, jakby błądził po omacku, ja odpowiadałam, ale tak aby niczego nie powiedzieć. Czyli jak zwykle. Ciekawiło mnie kiedy się zniecierpliwi moimi humorami i da drapaka. Ale on trwał dzielnie na posterunku i krok po kroczku dowiedział się, co tak mnie naprawdę gryzie. Aczkolwiek przyznaję, że nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei. Nie był tak domyślny jak się spodziewałam lub starał się także uniknąć pewnych osobistych tematów. Ale chyba to jednak była głównie moja wina- bałam się dopuścić go do siebie na tyle blisko, by już można było powiedzieć o nas: przyjaciele. Ktoś kiedyś powiedział, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną nie jest możliwa- w końcu pojawia się między nimi napięcie seksualne, którego nie sposób uniknąć. Jest to genetycznie uwarunkowane. Czyste, zwierzęce relacje pomiędzy samcem i samicą tego samego gatunku. Nawet się z tym zgadzałam. Jeśli przyjaźń była możliwa w takich przypadkach- to chyba tylko w Internecie. Z zachowaniem wszystkich środków ostrożności rzec jasna. Pomógł mi tylko połowicznie. Ale i to było więcej niż mogłam oczekiwać, niż spodziewałam się uzyskać jeszcze dziś rano. Zrobiłam pierwszy krok. Dokąd mnie zaprowadzi ścieżka, na którą właśnie wstąpiłam? Któż to wie? Może donikąd. A może w strony, gdzie nie powinnam się znaleźć? Chyba się zorientowałam, że odrobinę przeszarżowałam, bo natychmiast dałam na wsteczny i nieporadnie pokrywając zmieszanie, skryłam się za tandetnymi bzdurami w stylu „ nic o mnie nie wiesz i się nie dowiesz…”I tym razem nie poszedł sobie, co wprawiło mnie w autentyczne zdziwienie. Oraz obudziło mój szacunek do niego. Zdawało się być prawdziwym objawem…przyjaźni. Niewiarygodne, niespotykane, niemal nieprawdziwe. Ale tak to wyglądało. Rozbawił mnie. Urzekł, zamieszał w głowie i przestraszył. I to nie na żarty! A później, jakby tego było mało, zaintrygował jeszcze bardziej. Obiecał przysłać anioła. Zdumiał mnie tym. Nie dlatego, że to takie staroświeckie, niedzisiejsze, romantyczne do bólu i tanie w swym efekciarstwie, ale dlatego, że zupełnie mi nie znany gość, gdzieś w Polsce, któremu powinnam być obojętna, któremu byłam obojętna, on sam z siebie chciał mnie pocieszyć, mimo, że go od tego skutecznie odwodziłam. Bo czymże innym było takie bajdurzenie o aniołach, dobrych radach i happy endach? Jeśli nie formą pocieszenia? I ten mityczny anioł. Rozczulające. Niepoprawnie bajeczne. Ale podziałało! Obudziło we mnie kobietę, łasą na sztuczki, kwiaty i czekoladki w pudełkach. Czyli dokładnie tym, co każda z nas skrywa głęboko w sobie. Im głośniej temu zaprzecza, tym bardziej w to wierzy. I tego pragnie. Życie codzienne jest tak beznadziejnie szare, brutalne i zakłamane. Wszyscy potrzebują marzeń, rojeń bez pokrycia, złudy lepszych czasów, odwrotów fortuny i uśmiechu losu. Wszyscy…I każdy chowa na ciężkie dni te swoje namiastki szczęścia. Albo dostaje w prezencie. Jeśli nawet to tylko takie niewinne kłamstwo. Ale pewnie zrodzone z dobrej woli tego, który chce nas obdarować. Dlatego trzeba było mi to docenić. I doceniałam to. Nie zdążyłam podziękować, bo mój darczyńca poszedł sobie. Pożegnał się elegancko i znikł. A ja zostałam sama. Sama z tym nieszczęsnym mailem. Ponownie zapaliłam. Nikotyna mnie uspokajała. Nałóg, ale jakże pożyteczny. Jeden z nielicznych jakim się oddawałam. Paskudny zwyczaj, ale mnie wprawiał nieodmiennie w lepszy nastrój. Jak każdego nałogowego palacza, podejrzewam…A później przypomniała mi się butelka chardonnay schowana w szafce. Nawet niezły pomysł. Nic tak nie wprawia w dobry humor jak kieliszek dobrego wina i czekolada. Albo lody. Nieodzowny zestaw babskich wieczorów ku poprawie nastroju. Puściłam swoją ulubioną muzyczkę i przymknąwszy oczy, odpłynęłam na falach boskiego głosu Aznavoura. Może nawet przysnęłam. Wszystko mi się mieszało, jawa i sen po równi objęły mnie delikatnie niczym najczulszy kochanek i jak on zawrócił w głowie na tyle, żebym zapomniała o całym dzisiejszym dniu. Zdrzemnęłam się? Możliwe. Kiedy otworzyłam oczy na powrót, coś uległo zmianie w pokoju. Jeszcze nie docierało do mnie, co to takiego. Pokój tonął w półmroku, kształty sprzętów rozmywały się i zniekształcały, ale może nie był to wpływ zmierzchu tylko wina wypitego w nadmiarze. Mrugnęłam parę razy ku lepszemu widokowi, pomogło tylko w nieznacznym stopniu. Nie na tyle, by rozpoznać osobę, która siedziała na fotelu naprzeciwko mnie. Ten ktoś majaczył ledwie widoczny, siedząc w fotelu, w pozie zasiedzenia i oczekiwania. Fakt ten nieco wstrząsnął mną. Podstawowe pytanie nie było kim jest, tylko jak tu się znalazł? Jak wlazł przez zaryglowane drzwi? Czyżbym jeszcze śniła? Śniła na jawie? -Witaj, Shangri-la. Szok! Znał mój nick! Czyli był kimś z netu. Ale tutaj?! U mnie w mieszkaniu? Dotychczas półleżąc, teraz podniosłam się do pozycji siedzącej, a mój umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Tylko tyle, że nie bardzo radził sobie z natłokiem danych. Mętlik w głowie skutecznie blokował jakikolwiek rozsądek. -Kim jesteś?! I jak tu wszedłeś?!- Standardowe pytania, takie jakie zadałby każdy na moim miejscu. -Aniołem- odpowiedział, z delikatnym westchnieniem zrezygnowania. Zamrugałam powiekami. -Kim? -Aniołem. Od De Profundisa. Jasne. Wspominał o czymś takim przecież, ale żeby tak naprawdę? Facet wyłonił się z półcienia. Spoglądałam w twarz człowieka w wieku średniego, ubranego w szary płaszcz, z okularami na nosie i w kapeluszu na głowie. Ten kapelusz zwrócił moją szczególną uwagę- nie było to zbyt częste nakrycie głowy. -Ale jakim cudem?! Sprawiał wrażenie kogoś, kogo już męczy ciągłe wyjaśnianie tak prostych, oczywistych rzeczy. -W dużym skrócie: jestem tworem, jakim się stanie De Profundis po śmierci. To było niewiarygodne! Rozmawiałam z duchem człowieka, który jeszcze żył. O ile to wszystko było prawdą! Znacznie bardziej sensowne było sobie powiedzieć, że jakimś cudem wszedł do mojego mieszkania i rozgościł się nieproszony. Ale nie, że mam przed sobą autentyczną zjawę. Czyżby wino? -To wszystko prawda, Julito. Nie zadałam żadnego pytania, odpowiedział na nie jakby je usłyszał w mojej głowie. Ale nie to mną ponownie wstrząsnęło. Znacznie bardziej szokujące było to, że zna moje prawdziwe imię. A to zdradziłam tylko dwóm osobom na czacie: De Profundisowi i Poetice. Zrobiłam to pod wpływem nagłego impulsu, czasem nawet żałowałam tego, ale cofnąć się tego nie dało. Na szczęście nie miało dla mnie żadnego negatywnego skutku. Pod tym względem okazali się godni zaufania. -Ale jak?! -Nie chcę wdawać się w tłumaczenia…Po prostu uwierz mi! -Uwierzyć? Tobie?! Nierealność sytuacji aż bolała. Prawie dało się odczuć fizyczny dyskomfort. W sumie ta wymiana zdań doprowadziła mnie do całkowitego otrzeźwienia. I zrozumiałam jedno: wytrzeźwiałam, a on ciągle tutaj był! Niewiarygodne, ale mogła to być jednak prawda. W każdym razie wciąż patrzyłam na osobnika, który tak bezceremonialnie wtargnął do mego mieszkania. I nagle, całkiem nieoczekiwanie zbudził się we mnie mój chochlik- prześmiewca, skrzat- szyderca: -A czy anioły nie powinny wyglądać inaczej? -Inaczej?- Uniósł delikatnie w górę brwi, co nadawało mu wygląd lorda z angielskich romansów. Ciekawe czy zdawał sobie z tego sprawę jak bardzo teraz wygląda pociągająco?- Czyli jak, konkretnie? -Czy ja wiem?...- Tym razem ja zasępiłam się, ale z pewnością nie wyglądałam aż tak atrakcyjnie ze śmiesznie zmarszczonym czołem.- Jakaś aureolka? Dyskretny cień skrzydełek? Emanowanie boskością i może na dodatek tajemnicza poświata wokół ciała? Bawiło mnie wymyślanie tych wszystkich szczegółów i obserwowanie jak z zaciekawieniem wysłuchuje mojego bzdurzenia. Zawsze upijałam się na wesoło. Choć głowę bym dała, że teraz byłam diabelnie trzeźwa. -Zdradzić ci sekret?- Spytał, konspiracyjnie się do mnie nachylając. -Jasne- odwieczna kobieca ciekawość rozlała się po całym moim jestestwie z prędkością niewiele mniejszą od światła. -Bóg nie istnieje! Rozczarowanie było okropne. Bo skoro jest tak jak mówi, to nie istnieje także on, anioł, więc cały ten cyrk był tylko jakimś szalonym wymysłem. Ale kogo? A może jednak winko nadal buzuje mi w żyłach, a to wszystko mi się śni? Jeśli przyjąć za pewnik, że to tylko senne widziadło, to nawet nieźle to wygląda. A jeśli nie…? -Sam sobie zaprzeczasz!- Rzucam oskarżenie . -To znaczy?- Chciał koniecznie uściślić, co miałam na myśli. -Nie ma boga, nie ma aniołów. Proste! Czyli: ty nie istniejesz. Nie ma cię! -Julitko…- Nawet mi się spodobało to zdrobnienie w jego ustach.- To wszystko po to, abyście pojęli swoimi małymi rozumkami, kim jesteśmy. To tylko hasła. Anioł. Duch. Awatar. Dusza z zaświatów. Wszystko po to, by w miarę czytelnie wam się objawić, tak bez zbędnych dywagacji… Gapiłam się na niego z wyjątkowo głupią miną. -Skoro tak, to kiepsko wam idzie…- Nie mogłam sobie podarować satysfakcji skomentowania ostatnio usłyszanej rewelacji. -Wiem- był do bólu szczery.- Ale inaczej byłoby jeszcze gorzej. Milczenie wypełniło przestrzeń między nami. Na razie usilnie starałam się zrozumieć jak tu wszedł? I po kiego grzyba? I jakim cudem struga anioła, dokładnie tak jak rozmawialiśmy na czacie z De Profundisem? Czy jest możliwe, że ktoś monitorował tę naszą paplaninę i teraz starał się mi wyciąć paskudnego psikusa? Ale jakimże trzeba być świrem, by się zdecydować na taki krok? Lecz ja nic nie wiedziałam o wariatach, skąd mam mieć pewność, czy to nie jest akurat całkiem normalne zachowanie? Pomylone, a jednak zupełnie normalne? Jak na świra, rzecz jasna… -Mam naprawdę pokazać tanie sztuczki rodem z kuglarskich pokazów? Żebyś mi uwierzyła? -Czemu nie?- Odszczeknęłam się, tak tylko aby pokazać sobie samej, że jakoś panuję nad sytuacją. A może, by go sprowokować do pokazu? Zanim pojęłam co się dzieje, pokój zawirował blaskiem skrzydlatych istot, które w cudownym tańcu elfów wprawiły przestrzeń wokół mnie w obłąkańczy pląs. Obserwowałam to wszystko zafascynowana. Co tam zafascynowana- była całkowicie, bezapelacyjnie zachwycona niczym mała dziewczynka, która znalazła się swojej wyśnionej krainie. O mało nie klaskałam w dłonie. Odczułam przemożne szczęście, które wprost rozsadzało moją pierś. Trwało to chwilę, a później znikło wszystko. Nagle i nieoczekiwanie. Zawód był potworny. Anioł, nie anioł- ale sprawił mi przyjemność. I już za samo to, byłam mu winna choćby chwilę wysłuchania. -Ok.! Więc przyjmijmy, że jesteś tym za kogo się podajesz. A masz jakieś imię? -W zasadzie nie mam imienia, ale wołają na mnie Bezimienny. -Wołają? -Nie jesteś pierwszą osobą, którą odwiedzam.- Odpowiedział tytułem wyjaśnienia.- Ani pewnie ostatnią- dodał z lekkim przekąsem. Patrzyłam z zaciekawieniem na Bezimiennego. -A ty wyglądasz dokładnie tak jak De Profundis?- Nie mogłam sobie darować tej ciekawości. -Poniekąd… Nie powiem, żeby był szczególnie urodziwy. Ale chyba nie w tym tkwiła jego siła. Urok osobisty i życzliwość. Przynajmniej dla mnie. Budził zaufanie. Zadziwiające, ale mój wirtualny znajomy także sprawiał na mnie takie wrażenie, kiedy gadaliśmy ze sobą na czacie. Czyli w sumie jakby się to wszystko zgadzało! A gdyby w to uwierzyć? Że naprawdę jest aniołem, duchem, czymkolwiek był. -Ale po co mnie odwiedziłeś? -By ci pomóc podjąć decyzję. Przecież obiecał ci to De Profundis! -Zaiste, obiecał… W najśmielszych snach nie pomyślałam, że może to być prawda. A jednak! -Tylko, że ja już podjęłam decyzję… Uśmiechnął się niedowierzająco. Nie dał się oszukać. Potwierdził ponownie, że jednak jest tym za kogo się mieni. Wstał i przeszedł się po pokoju, zupełnie jakby chciał coś tutaj znaleźć lub zapamiętać to miejsce. Odprowadzałam go czujnie wzrokiem, ale niczego niepokojącego nie poczułam. Jasne. Nie było nic niepokojącego w aniołach nawiedzających mnie we własnym mieszkaniu. Każdemu się to przecież zdarza, czyż nie? A mnie spotkało dopiero dziś. Takie niedopatrzenie losu, po prostu… Powstałam także. Jakoś nagle zapragnęłam znaleźć się na jednym poziomie z moim niezwykłym gościem. Nie wiem dlaczego, ale tak coś mnie poderwało na równe nogi. Wolałam żeby nie spoglądał na mnie z góry. Dziwactwo? Albo potrzeba równych szans. Nie wiem co. Być może impuls, a może zachcianka. -Julito! Chcesz odnowić tę znajomość? Głos mnie zaskoczył. Nagle stanęliśmy przed meritum sprawy. Nie tracił czasu, jakby takich wizyt miał do odbycia jeszcze kilka. I może nawet tak było, kto wie? Tak czy siak, zmusił mnie tym pytaniem do odpowiedzi. -A ty tego jeszcze nie wiesz?- Nagły, diabelsko przewrotny skrzat zadał to pytanie za mnie. -Ja?- Zdziwił się tylko nieznacznie.- Ja, wiem. Kwestia, czy ty zdajesz sobie z tego sprawę… Dobry był! Nie dał się podejść. -Nie wiem… Miałam potworne wahania nastrojów. I ta wizyta nie poprawiała mego odczucia. Koniec końców trzeba przyznać rację: choć to niewiarygodne, to jednak rozmawiam z prawdziwym aniołem- cokolwiek to oznacza. Akceptacja tego faktu pozwoli mi jak najszybciej pójść dalej. -Nie mogę być z kimś na kim nie można polegać.- Słowa zaczęły płynąć z mych ust, zrazu powoli i opornie, później coraz szybciej i pewniej.- Ja muszę ufać tej drugiej osobie. Ufać bezgranicznie. -Nie da się rozpoczynać lub trwać w związku bez ryzyka.- Odpowiedział z niezmąconym spokojem kogoś, kto jest święcie przekonany do tej prawdy.- Musisz zaryzykować. -Nie potrafię- szeptem wyznaję swój chyba największy grzech.- Tego właśnie nie potrafię, Bezimienny…Wiesz, ja mu na pewno odpiszę na tego maila, ale jeszcze nie wiem w jakiej formie. Czy dać mu cień szansy, czy od razu pokazać, gdzie jego miejsce? I tu tkwi sedno sprawy! Jego usta skrzywiły się w geście uśmiechu z przekąsem: -To jest znacznie głębszy problem! -O czym ty mówisz?! -Dobrze wiesz. Boisz się. Tylko nie chcesz sama przed sobą tego przyznać. -Bzdura!- Gwałtownie protestuję, ale zdradziecki rumieniec oblewa całą moją twarz. Dobrze, że jest ciemno i mam nadzieję, że nie widzi tego, choć jeśli to w istocie jest anioł, to nie ma to większego znaczenia. -Bzdura? O, nie…Żeby się tego pozbyć musisz uporać się ze swymi sprawami- zaatakował mnie kolejną ripostą. -A cóż to za nowe dziwactwo?- Tym razem naprawdę mnie wkurzył!- Psychoanaliza z drugiego wymiaru?- Moje drugie pytanie miało wyłącznie ukazać całą moją szyderę, jaką czułam do niego w tej chwili. Bezimienny chwilkę postał i patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zupełnie jakby coś knuł, plany miał niemalże wypisane w oczach. Paskudne uczucie nieuchronności ogarnęło mnie swoim ramieniem i przycisnęło serdecznie do siebie. Czułam, że to jeszcze nie koniec tej historii, nie mogło to się tak skończyć. Przecież nic się nie wydarzyło jak dotąd, nic co skłoniłoby mnie do jakichkolwiek poczynań, nic co by usprawiedliwiało te niezwykłą wizytę. A potem bez słów wyciągnął ku mnie rękę w geście nie pozostawiającym żadnych wątpliwości. Z pewnym wahaniem ujęłam dłoń i z zaskoczeniem odkryłam, że mogę poczuć jego ciało. Duch, czy kim tam się zwie, ale jednak dotykałam żywego człowieka. Przemknęło przeze mnie dojmujące uczucie zawodu! Oszukał mnie, wymądrza się na potęgę, stroi w piórka wszystkowiedzącego, a to po prostu zwykły śmiertelnik. Dałam się podejść. Już nawet rozczarowanie nie pozwalało mi dociec jakim sposobem przeniknął do środka mieszkania. Kolejny raz ktoś mnie oszukał! O mało nie rozpłakałam się z żalem nad sobą. -Spokojnie, Julito.- Głos miał kojącą barwę.- To wszystko prawda. Możesz czuć moje ciało. A jednak jestem aniołem, aniołem- przewodnikiem… Tak bardzo chciałam mu wierzyć. Nagle poczułam przemożną potrzebę ufania temu dziwnemu facetowi. Tylko jak? Instynkt samozachowawczy usilnie bronił się przed tym. -Potrafisz czytać w moich myślach!- Bardziej wstrząśnięta nie mogłam chyba być. Ale znaczyło to jedno, że jeśli nie jest jakimś pomylonym szarlatanem o niezwykłych paranormalnych zdolnościach, to istotnie mam przed sobą anioła. -Cóż byłby wart anioł bez takich umiejętności?- Gorzka ironia jaka dała się słyszeć w jego głosie, dawała mi wiele do myślenia. Ale zanim zadałam jakiekolwiek pytanie, ciągnął dalej.- Męczy już mnie to ciągłe tłumaczenie wciąż na nowo tego samego… -Anioł o typowo ludzkich rozterkach?- I moja ironia także była idealnie wyważona, byle tylko nie urazić zanadto. Tak ku podtrzymaniu nastroju, nic więcej. -Phi… Przymknęłam na moment oczy. Ciepło bijące z jego dłoni rozchodziło się po całym moim ciele, wprawiając każdą najmniejszą cząsteczkę w delikatną wibrację, a mój system nerwowy zachowywał się jakby go delikatnie podłączono do prądu. Znałam to uczucie, już kiedyś coś podobnego czułam, ale w całkiem innych okolicznościach. I nie byłam pewna czy mi się to podoba, choć uczucie samo w sobie nie było nieprzyjemne, już raczej delikatnie niepokojące, coś jak niecierpliwe oczekiwanie na wydarzenie, które za chwilę ma nastąpić. Wiecie o co mi chodzi? Jeśli nie, to i tak już chyba nie potrafię wam tego wytłumaczyć. Wszystko to trwało jedno mgnienie oka. A jednak nie mogłam opędzić się od przekonania, że nagle wokół mnie otoczenie uległo diametralnej zmianie. By się o tym przekonać, otworzyłam oczy. Blask jaki poraził moje oczy skutecznie oślepił mnie, ale tylko na moment, nie był aż tak wyraźny; to złudzenie zaatakowanych znienacka spojówek oszukało swą ślepotą. Byliśmy w pomieszczeniu skąpanym w delikatnie mdłym świetle, ale nie byłam w stanie dojrzeć źródła tej poświaty. I nie to miało tutaj znaczenie. Znacznie bardziej znamiennym był fakt, że dookoła mnie, jak okiem sięgnąć, znajdował się szereg drzwi. Idealnie rozmieszczonych w kole, bliźniaczo podobnych i sprawiających wrażenie strażników koszmarów czy innych tajemnic, nie zawsze bezbolesnych. Nie wiem skąd mi się wzięła ta pewność. Przeczucie? A może sprawiła to obecność anioła obok mnie, to że trzymał mnie za rękę pozwoliło mi dojrzeć rzeczy, które dotychczas dostrzegał tylko on? Nie bardzo rozumiałam jakie ma ten widok znaczenie. Ale musiał mieć! I to na pewno było związane z moją osobą. Jakiekolwiek targały mną emocje ciekawości, pewnie zaraz dowiem się po co mnie tutaj przyprowadził. Ja byłam pewna jednego: że jeszcze nigdy tutaj nie byłam. I nie wiem dlaczego, miejsce to pomimo swego spokoju jakim tchnęło, wprawiało mnie dziwny stan niepokoju, który narastał. Powoli, ale nieprzerwanie rósł we mnie strach, obawa przed nieznanym. A może gdzieś, kiedyś już czytałam o czymś podobnym? Gdzieś w zakamarkach jaźni czaiło się uczucie deja vu. Niby wiedziałam, że to niemożliwe, bo bym takie miejsce z całą pewnością zapamiętała, lecz wciąż dręczyło mnie na widnokręgu świadomości przekonanie, że to jest mój powrót do tego miejsca, a nie wizyta dziewicza. Ale działo się wokół mnie zbyt wiele na raz, zbyt szybko, abym potrafiła to pozbierać w jakąś spójną całość, normalną na tyle, by dało się to pojąć i zaakceptować. I co ważniejsze, zrozumieć. Bezimienny przyglądał mi się z boku, ale nie odzywał się ani słowem, pozwalając mi cieszyć oczy widokiem jaki się rozpościerał przede mną. Cierpliwie czekał, aż dojrzeję do pierwszego pytania. Cała jego postawa znamionowała pewność, że musi nastąpić pytanie, pewność wynikająca nie tylko z jego wszechwiedzy, ale także, a może nawet bardziej, z doświadczenia. Zupełnie jakby takich wizyt odbył dziesiątki, a każda miała ten sam początek, jeśli wziąć pod uwagę zachowanie wycieczkowiczów. Na przykład dokładnie takie jak moje teraz. -Dowiem się w końcu gdzie jesteśmy?- Zadałam pytanie. To pierwsze. Jak znam życie dokładnie takie samo jakie mu zadawali inni na moim miejscu. A później nastąpiło zaraz drugie, równie oczywiste, co poprzednie. I pewnie równie często zadawane. Taki standardowy zestaw startowy.- I po co mnie tu ściągnąłeś? -Jeszcze się nie domyślasz gdzie jesteśmy?- Tembr jego głosu świadczył o tym, że tę kwestię wygłaszał na tyle wiele razy, iż nauczył się odpowiednio artykułować zgłoski. Dziwnym trafem wyczuwałam zmianę w jego postawie. Czy spowodowała to właśnie barwa jego głosu, czy coś zupełnie innego? Nie wiem. Można to było zwalić na słynną kobiecą intuicję… -Nie- odrzekłam krótko i prawdomównie, tym razem. Irytowało mnie to przeciąganie rozmowy, jakby wprost nie mógł odpowiedzieć. Chcę go zmusić do równie krótkich, szczerych i celnych wypowiedzi, tak żebym w końcu nie czuła się jak na jakimś porąbanym quizie. Chyba pojął moje intencje albo, jak typowy, wszystkowiedzący anioł czytał mi w myślach, bo tym razem odrzekł tak, jak chciałam by to zrobił: -Jesteśmy w twoim umyśle, Julito. Akurat pragnęłam, by przestał mnie zwodzić, ale niekoniecznie chciałam takiej prawdy! Jeśli to była prawda! Mogę zaakceptować paplaninę o równoległych światach, niewiarygodne przypadki rodem z baśni i horroru- ale to?! Dopóki w tym wszystkim tkwiła choć odrobina dobrego smaku, można było udawać, że to świetna zabawa. Oryginalna odskocznia przed szarością dnia codziennego, ok. Ale w tej chwili poczułam się jak ktoś, komu nagle odcięto dopływ powietrza. Już mi się zdawało, że to wszystko da się podstawić pod moje dotychczasowe pojmowanie świata. Ale niespodzianek ciąg dalszy…Niespodzianek niekoniecznie dających się zaakceptować, przynajmniej przeze mnie. I nie zamierzałam tego tak zostawić, o nie! Tak łatwo nie dam się zbyć. -Że jak?! Zahipnotyzowałeś mnie, czy co? Zastanowił się chwilkę nad odpowiedzią i już samo to było znamienne. -W pewnym sensie można tak powiedzieć… Dobry sobie! „W pewnym sensie…”Tak albo nie! Jeszcze się nie nauczyłam, że w kontaktach z aniołami nic nie jest proste, ani takie jakim się wydaje. Ale czyż nie było tak również na co dzień w życiu? Z pewnością tak. To tylko moja potrzeba obracania się pośród oczywistych prawd blokowała mnie, by pojąć, co tak naprawdę się tutaj rozgrywa. Sprowadziłam swe życie do dwubiegunowości, tylko czerń i biel- a tak przecież to nie funkcjonowało. Nie dało się przejść przez życie z taką filozofią. Bo choć było to nieskomplikowane, prowadzące do prostych z gruntu zachowań, to jednakże całe to nasze spektrum było aż do bólu szare. I ta świadomość pozwala nam akceptować porażki, małość innych ludzi, całe zło tego świata. To była ta alternatywa na życie. Czyżby właśnie to starał mi się pokazać mój niezwykły towarzysz? -Tak czy nie?- Z mojej strony to była już tylko beznadziejna forma zachowania twarzy, postawienia na swoim, obrona resztek własnych poglądów, ocalenia swego ego. -Nie da się tego tak wytłumaczyć.- Spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zabrał mi się za tłumaczenie tego zjawiska.- Jest to tylko uproszczenie, byście mogli to ogarnąć… -Acha, już wiem. Te nasze małe móżdżki!- Nie miało tak brzmieć, ale zjadliwość w mym głosie raziła nawet mnie. -W rzeczy samej- nie dał się wytrącić z równowagi. Podziwiałam te jego opanowanie. Z reguły działałam innym na nerwy, szybko i bezbłędnie, ale on…on był inny. Lub miał tylko większy dystans do otoczenia. Albo, co bardziej prawdopodobne, przemawiało przez niego doświadczenie wielokrotnie odbytych takich i podobnych rozmów. Sam przecież sugerował, że wciąż od nowa musi powtarzać te same wyjaśnienia jak mantrę. W końcu powinna go cechować iście anielska cierpliwość…I cechowała. -Ale po co?!- Skoro sobie już wyjaśniliśmy gdzie jesteśmy, należało również jednoznacznie określić w jakim celu. Ale jeśli w tamtym przypadku tłumaczenie było na tyle pokręcone, co najlepiej było przyjąć za pewnik, to czyż i teraz mogłoby być prosto, zwyczajnie, po chłopsku nieskomplikowane? Nie, jasne, że nie. -Abyś mogła uporać się ze swymi demonami, lękami, paranojami…- Zgrabnie mnie dobijał kolejnymi stanami lękowymi.- Byś mogła rozliczyć się sama przed sobą ze swym strachem…- No proszę, a to coś nowego!- Żebyś rozliczyła się ze swym sumieniem. Oj! Powiało grozą. -I to wszystko już zaraz na pierwszej sesji?- Powinnam chyba sobie obciążyć ten mój jęzor talarkiem ołowiu, doprawdy. Jego wzrok zatopił się w mych źrenicach i choć znać było, że docenił dowcip, to jednak odpowiedź była chłodna i racjonalna aż do przesady: -To jest jednorazowe rendez vous, madame.- Beznamiętnym głosem oświadczyła istota spoza wymiaru, czasu i pojmowania.- Nie będzie innych spotkań. Pojawiam się tylko raz, więc wykorzystaj to do cholery!- Dorzucił z nie dającym się z niczym pomylić akcentem na ostatnie sylaby. -Nie unoś się, proszę- skarciłam go delikatnie, sama mając świadomość, że to ja jestem przyczyną tego wybuchu. -Przepraszam…Ale zacznijmy już, nie mogę tu tkwić w nieskończoność.- Usprawiedliwienie dobre jak każde inne. Może nawet najlepsze w tych okolicznościach. -Tylko, że ja nie mam żadnych lęków- zaczynam na nowo działania opóźniające. -Każdy ma jakiegoś trupa w szafie- machnął ze zniecierpliwieniem ręką w kierunku złowieszczo rozmieszczonych drzwi.- Takiego zaskórniaka, którego łatwo wygrzebać, kiedy człowiek czuje się zanadto szczęśliwy… Bawił się doskonale i to moim kosztem, cholera jasna! Ale strasznie mi się podobało to jego poczucie humoru, było tak bardzo podobne do mojego. I błyskawiczny refleks. Choć, tak z drugiej strony, jak się ma takie zdolności, zdolności czytania w myślach, to nietrudno znaleźć ciętą ripostę; skoro się wie co powie rozmówca, jeszcze zanim on sam mozolnie poskleja z przypadkowych słów jakiś frazes, to żadna filozofia być tak błyskotliwym w dyskusji. Cholerny, cybernetyczny erudyta! O, przypadło mi do gustu to powiedzonko. -Cybernetyczny erudyta…- Mełłam na końcu języka, smakując, jakbym próbowała całkiem nowej, jeszcze mi nie znanej potrawy. -Co tam mamroczesz?- Dopytuje się natrętnie. -Jakbyś nie wiedział- odcinam się. Zaatakował mnie chichot dobiegający z jego strony. Lecz potwierdził tylko to, co już sama wiedziałam, że potrafi czytać w myślach i bez skrępowania to wykorzystuje. -Naprawdę nie ma takich spraw- nadal trwałam uporczywie przy swoim. Wskazał na białe prostokąty wokół mnie: -To raczej przeczy twoim słowom. Spojrzałam także w kierunku tych nieszczęsnych wrót. Jakbym stała przed zagadkami, ale nie bardzo chciałam je rozwiązać. Chyba nie miałam jednak wyjścia. Albo uporam się z tym, albo nie- anioł pójdzie sobie, a ja pozostanę sama- niezmieniona i samotna…Chcę tego? Na pewno chcę? Pewnie potrzebuję, ale czy chcę? Sama nie wiem czego oczekuję po sobie. Być może on wiedział, ale ja? -Czas- przypomina anioł z delikatnym przynagleniem w głosie. Musiałam się wreszcie zdecydować: poddać się temu czy kazać się wynosić w cholerę Bezimiennemu? Jednak ciekawość nieznanego pchała mnie ku tym drzwiom. Tylko czy na pewno było to nieznane? A może tylko głęboko ukryte wewnątrz mnie samej, zapomniane i ignorowane, ale jednak obecne w mej podświadomości? Może to będzie powrót, a nie odkrywanie nowych, dziewiczych obszarów mojej osobowości? -Zdradzę jednak, że jeśli dobrze będziesz wybierać,- anioł zdobył się na heroiczne wyjaśnienie- to nie wszystkie drzwi będziesz musiała otwierać… -A jak tego dokonać?- Obrzuciłam podejrzliwym wzrokiem otoczenie. -Tego nie wiem. -Kłamca!- Aż mnie się zrobiło lżej na sercu, kiedy rzuciłam mu w twarz oskarżenie. -Skoro ci ma to pomóc…- Był niewzruszony.- Kiedy będziesz chciała stamtąd wrócić, wystarczy, że wymówisz moje imię. Po prostu mnie zawołaj… -Zawołać? W odpowiedzi pokiwał twierdząco głową Nie pozostało mi nic innego jak dalej brnąć w tę absurdalną sytuację. -To idę… Nie otrzymałam odpowiedzi. Nawet na nią nie czekałam. Już chyba dość gadania. Trzeba zacząć działać. Ruszam do przodu, zrazu niepewnie, ale zdałam się na swoją intuicję i nie zastanawiając się zbytnio dokąd zmierzam, otwieram pierwsze drzwi. Dziwne, nie czułam ciekawości…Może odrobinę niepewności, ale nie ciekawość. Znalazłam się w miejscu, które wydało mi się znajome. Dopiero po chwili zrozumiałam, że jestem w mojej dawnej firmie. Pierwszej firmie, która miała być odskocznią ku wielkiej karierze, a stała się tylko moim pierwszym niepowodzeniem. Nie z mojej przyczyny, ale jednak…Kiedy to pojęłam, nawet wiedziałam kogo spotkam. Siedziała przy komputerze i spoglądała w moim kierunku, zupełnie jakby mnie oczekiwała. -Witaj, Julito!- Powitała mnie niemal od progu. -Witaj- odpowiadam z niechęcią. Byłyśmy kiedyś przyjaciółkami. Przez całe studia, niczym papużki- nierozłączki, wszędzie razem. Prawie, że chłopaków miałyśmy wspólnych. I kochanków. Nawet pierwszą pracę znalazłyśmy w tej samej firmie. Na moje nieszczęście… -Nadal się gniewasz?- Pyta Dorota głosem pełnym wyrzutu. Toż to bezczelność jawna!- O tamto? Julitka…- Prawie mnie rozczuliła tym swoim ćwierkaniem. Kiedyś ten ton nieodmiennie działał na mnie. Kiedyś…Już nie teraz. -Gniewam? O, nie!- Staram się strasznie panować nad sobą.- Jestem tylko rozczarowana, Dorota. I zawiedziona. Na koniec: wściekła! -Oj, Julita- nie pojęła chyba, jakim cudem nadal mnie trzyma. Czyli nie pojmowała niczego. Minęło co prawda odrobinę czasu od tamtego zdarzenia, ale nie na tyle dużo, by zapomnieć. A tak naprawdę to bardziej mnie bolała jej zdrada, niż fakt straty pracy. Pracowałyśmy w tej samej firmie, każda z nas miała przygotować projekt, jak każdy zresztą pracownik- stażysta czy nie- i wymyśliłam coś na tyle oryginalnego, że powinnam zaliczyć ten test. Jak zwykle zdradziłam Dorocie co. Zdradziłam i popełniłam błąd. Kiedy przyszło do burzy mózgów, okazało się, że moja najserdeczniejsza przyjaciółka okazała się szują! Przywłaszczyła sobie mój pomysł i zapunktowała, oj zapunktowała…A ja zostałam z niczym. Jeśli nie liczyć opadłej koparki na sam dół. -Warto było?- Pytam. -Zrozum, nie miałam wyjścia… -Nie miałaś wyjścia…- Powtarzam z nieodgadnionym wyrazem twarzy.- Ale czy było warto? -Wtedy tak,- potwierdza- ale później i tak odpadłam… -Wiem- do dziś Dorota błąka się gdzieś po marketach jako podrzędny menedżer. Niewiele pozostało z jej marzeń…Z moich także, jeśli już o to chodzi. -Byłyśmy jak siostry!- Dorota nie omieszkała przypomnieć mi naszych relacji. Ale to było tak dawno temu! Niemal wydawało się nieprawdą. -I dlatego twoja zdrada boli w dwójnasób- odbiłam piłeczkę. -Desperacja przeze mnie przemawiała.- To był staż, etat mogła dostać tylko jedna z czterech osób. I była to Dorota. Co prawda nie na długo, ale jednak… -Desperacja…- Przyglądam się własnym dłoniom.- To było zwykłe świństwo, Dorota… -Zgadzam się.- Dorota wstaje, chyba chce podejść i mnie objąć.- Przepraszam, Julito… Odsuwam się, dając znak, że nie życzę sobie żadnych czułości. -Przeprosiny przyjęte- daję jej nadzieję- ale tylko tyle... Opada na fotel. Cokolwiek myślała sobie, teraz wie, że powrotu nie będzie. Czuję się odrobinę rozczarowana- to mają być te ogromne sprawy, nie zamknięte przeze mnie? Jasne, jakaś zadra we mnie pozostała, ale żeby aż tak?! Coś mi tu nie pasowało. I wiedziałam kto powinien mi to wytłumaczyć… -Bezimienny! Jeszcze zanim mój głos przebrzmiał echem w sali, już byłam przy moim przewodniku, Dorota została tam, gdzie była- w zapomnieniu i pogardzie. -To są te brzemienne sprawy?- Pytam drwiąco. Stoi i ogląda ze znudzeniem swe stopy. Nawet zdaje mi się, że mnie nie usłyszał, lecz po chwili podnosi głowę i spogląda na mnie niczym wszystkowiedzący mag. -To są twoje wybory- odpowiada mi beznamiętnie- skup się bardziej i potraktuj to poważnie, a przekonasz się, po co tak naprawdę tu przybyłem… Mówił to spokojnie, ale chyba dlatego zabrzmiało to szczególnie złowieszczo. Nie wiem co miał na myśli mówiąc, że za mało się staram? Możliwe, że rzeczywiście nie traktowałam tego zbyt poważnie, od samego początku nie wierząc w to wszystko, czego byłam świadkiem, nawet jeśli brałam w tym udział. Spojrzałam w kierunku drzwi, które tkwiły wokół mnie niczym nieme zaproszenia do szaleństwa. Trwałam tak chwilę- nie wiem, wahając się, czy raczej chcąc dać sobie czas do namysłu- i wreszcie zdecydowanym krokiem podeszłam do kolejnych drzwi. Miałam tylko nadzieję, że tym razem bardziej mi zależy. Miałam nadzieję, bo nadal nic takiego nie czułam… Znalazłam się w ciemnym pomieszczeniu, przez moment dała o sobie znać moja klaustrofobia, lecz szłam dalej po omacku, aż natrafiłam na kolejne drzwi i otwarłam je. Moje oczy poraziło światło i na chwilę straciłam wzrok, a kiedy odzyskałam możliwość widzenia ujrzałam mego ojca! Ojca nie widzianego od lat, od dnia kiedy wyprowadził się od nas, niemal bez słowa wyjaśnienia, przynajmniej mnie nikt niczego nie starał się wyjaśnić. Możliwe, że uznali oboje z mamą, iż jestem na tyle dorosła, że nie potrzebuję żadnych wyjaśnień; że powinnam sama wszystko zrozumieć i zaakceptować ten stan. Pomimo tego, że wciąż mi wmawiali swoją wielką miłość do mnie, pozostawili mnie samą z moimi domysłami. Nie pytałam o nic- nigdy, nikogo. Ale w sercu pozostał żal, nie zagojona rana, która pozwoliła mi inaczej patrzeć na swoich rodziców i stać się nieprzejednaną strażniczką ich sumień. Nie wybaczyłam im tego nigdy! Było to kolejne doświadczenie w moim życiu, kolejne rozczarowanie i kolejny cios. Kolejny powód, by stać się tym kim jestem. Jeszcze wtedy miałam zaufanie do losu, chociaż z każdym razem ta nić stawała się coraz bardziej cienka. Aż w końcu znikła…Lecz jeszcze nie teraz. Wyglądał zupełnie tak jak go zapamiętałam- nic się nie zmienił: te same rysy twarzy, ciemne, budzące uczucie oczy. -Tato?- Pytam z odrobiną nieśmiałości. Patrzy na mnie tak samo jak przed laty. Wtedy nieodmiennie ten wyraz oczu budził we mnie całe pokłady miłości i przywiązania do niego- teraz stał się tylko odległym echem wspomnień i uczuć z czasów, kiedy coś dla mnie znaczyły- nie jak obecnie. Obecnie byłam uczuciową pustynią. Nie dlatego, że byłam zimna. Dlatego, że straciłam zaufanie do wszystkich i wszystkiego. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero teraz…Buduję na zapas mury obronne i bezpiecznie ukryta za nimi obserwuję jak ludzie wokół stają się takimi, jakimi chcę ich widzieć. A może jakimi są naprawdę, choć mam nadzieję, że tak nie jest w istocie. -Witaj, córciu- zdrobnienie w jego ustach brzmi tak samo czule jak niegdyś. Podchodzę bliżej. Zapamiętuję zmarszczki w kącikach oczu. Srebrzyste refleksy we włosach. Barwę skóry. Wdycham nawet jego zapach, subtelny aromat jego wody po goleniu. -Tato?- Ponawiam pytanie.- Dlaczego? -A jakie to ma znaczenie?- Odpowiada na moje pytanie pytaniem. -Dla mnie ma…Chcę wiedzieć! -Prawda nie zawsze bywa oczyszczająca- zdobył się na wyznanie, szczere niczym najczystsza biel. -Zawsze!- Protestuję zapamiętale, jakbym nie chciała uznać jego życiowej mądrości.- Nikt mi niczego nie wyjaśnił! Postanowiliście zostawić mnie samą sobie z moimi domysłami, a ja wcale nie byłam aż tak dorosła…Potrzebowałam wyjaśnień!...Ale ich nie otrzymałam.- Dodaję wyraźnie rozczarowana. -Chroniliśmy ciebie- banalność tego stwierdzenia aż mnie fizycznie dotknęła. Poczułam się jak idiotka, którą traktuje się z góry, bo nie jest w stanie pojąć najprostszych znaczeń. Najprostszych spraw. -Nie potrzebuję ochrony, tylko szczerości!- Na pewno? Na pewno tego potrzebowałam? Pokiwał głową, jakby potwierdzał swoje przypuszczenia względem mnie, jakiekolwiek one były. -Musiałem odejść- zaczął cicho jakby nie całkiem był przekonany do tego, co robi.- Mieliśmy z matką problemy…Ja miałem z nią problemy- uściślił. Na moment zamilkł, chyba szukał dalszych słów na opowiedzenie tej historii. -To nie była jej wina- ciągnął dalej, a ja nadal nic z tego nie pojmowałam.- Była niewątpliwie chora, może nawet wciąż jest, a ja nie umiałem zaakceptować tego stanu…Nie potrafiłem jej pomóc… -O czym ty, u diabła, mówisz?! -Twoja matka jest nimfomanką… -Co takiego?!- Wiedziałam, co to oznacza, ale jakoś nie mogłam w to uwierzyć. -W pewnym momencie już przestałem liczyć jej kochanków- chyba nie usłyszał mego pytania albo nie zwrócił żadnej uwagi.- To były przygody na jedną noc…Czysty seks, lecz mnie to przerastało…Czułem się zdradzony, niepotrzebny… Słuchałam go z rosnącym przerażeniem. Bo w tej jednej chwili zrozumiałam inne zdarzenie mojego życia, zdarzenie, które zmieniło całkowicie mój los. -Błagałem, by przestała lub poddała się leczeniu- mój ojciec postanowił mi tym razem wszystko wyjaśnić do końca. Spóźniony o kilka lat. Spóźniony o całe moje dawne życie.- Lecz ona nie chciała o tym słuchać…Nie widziała żadnego problemu… -Ale jak do tego doszło?- Pytam wstrząśnięta.- Zawsze taka była? -Nie.- Odpowiada zdecydowanie.- Owszem, miała temperament, co nawet mi się podobało, ale wystarczały jej te chwile spędzone ze mną. Aż do momentu kiedy zaginęła… -Zaginęła?!- Co jeszcze przede mną ukrywali? Chociaż coś tam pamiętam…Matki nie było przez dwa dni. Gorączkowe poszukiwania, telefony, odwiedziny znajomych i nieznajomych. A potem nagle sama się odnalazła. Bez słowa wyjaśnienia- po co i dlaczego…? Pamiętam te tabuny bliższej i dalszej rodziny, niby tak nam życzliwej, a przecież w gruncie rzeczy obcej. Pamiętam te szepty po kątach. Pamiętam urywane w pół słowa zdania, kiedy tylko znajdowałam się w zasięgu słuchu i wzroku rozmówców. Pamiętam te bezustanne głaskanie po twarzy i nie kończące się pocałunki każdego, komu się tylko nawinęłam pod rękę. Chronili mnie przed prawdą jak pisklę przed jastrzębiem. Miałam kilkanaście lat, lecz nic nie rozumiałam z tego zamieszania, a nikt nie chciał mi niczego powiedzieć- pomimo, że pytałam, a jakże. I pamiętam nocne podniesione krzyki rodziców, kiedy już kurz opadł po ostatnim familiancie. I łzy matki, że nic nie pamięta…I wtedy nikt mi nic nadal nie mówił, domyślałam się najgorszego, snułam dzikie wizje w głowie- lecz nic z tego nie było prawdą. Pamiętam opowieści na dobranoc, jakie mi matka opowiadała. Baśnie, ale dziwne. O istotach- ni aniołach, ni diabłach; na poły dobrych i przesiąkniętych złem; mądrych i bestialskich; pełnych miłości i pogardy bez miary. Groźnie pięknych i niebezpiecznych. Lubiłam te bajki, lecz ona ich nie zmyślała- ona relacjonowała mi to, co przeżyła podczas swej nieobecności. Wtedy tego nie wiedziałam, aż do chwili kiedy sama spotkałam te istoty… -Tak. Zaginęła na dwa dni…Niczego nie pamiętała z tego okresu…Dziwne…- Zastanawiał się na głos, jakby od nowa usiłował rozwikłać tę zagadkę.- Gadała wciąż coś o porwaniu przez kosmitów…Dasz wiarę? -Jak ja?!- Wyrwało mi się z ust. -Tak, jak ty.- Potwierdził. Bezustannie powtarzała do znudzenia tę swoją wersję zniknięcia, aż ojciec zamknął ją na oddziale dla umysłowych. Znów szepty, znaczące kiwnięcia głową, sądy wypowiadane niczym inkwizycja. A ja pośrodku tego wszystkiego…Powróciła po kilku tygodniach, ale odmieniona. Wtedy nie wiedziałam na czym ta zmiana polegała, ale ojciec od tamtej chwili miał z nią piekło. To właśnie wtedy zaczęły się te jej ekscesy seksualne, a kłótnie przybierały coraz gwałtowniejszą formę, tylko że tym razem matka nie płakała już- ona się śmiała, z każdym razem coraz głośniej i głośniej. Słyszałam w tym śmiechu szyderczą radość, choć nie wiedziałam jak nazwać to, co słyszę…Dziś wiem, ale wtedy nie. Mnie także kiedyś się przytrafiło takie zniknięcie. I amnezja. I ja po takim wydarzeniu się zmieniłam zupełnie. Ale nie tak jak matka…A może szkoda, że nie tak jak ona… -Widać, taka nasza rodzinna tradycja- uciekłam w banał.- Albo obie jesteśmy nieźle szurnięte… Ojciec nic nie odpowiada. Nie chce, nie potrafi albo jest mu wszystko jedno. Kiedy i ja się odnalazłam, i niemal identyczne historie zaczęłam opowiadać jak matka niegdyś, ojciec się poddał. Spakował walizki i tyle go widziałyśmy. Dla mnie była to tragedia, dla matki tylko znaczyło od teraz zielone światło dla swych upodobań. A ja po prostu poczułam się oszukana, zdradzona, porzucona na łaskę losu. Po raz pierwszy- ale jak się miało okazać, nie ostatni. Zaczęliśmy tę rozmowę i zanosiło się na wieczór wyjaśnień, ale teraz już zabrnęliśmy w takie rejony, że nic nie było w stanie zmienić mojego nastawienia. Dowiedziałam się przyczyn rozstania rodziców, reszta nie była mi do niczego potrzebna. Było zbyt późno na udawanie czułości między ojcem i córką, zbyt wiele lat nas dzieliło, zbyt wiele żalu i zawiedzionych nadziei. -Bezimienny!- Wołam, bo chcę już się stąd wynieść. Dowiedziałam się dość, może nawet więcej niż powinnam. W sumie ta prawda na niewiele mi się zdała… Zanim sobie to uświadomiłam, wróciłam do punktu wyjścia. Do przedsionka, gdzie tkwiły te moje tajemnice, drzwi prowadzące w głąb mnie samej. Prowadzące do mojej mrocznej, pokręconej przeszłości. Już wiedziałam, że będzie to długa noc. I anioł miał rację…We wszystkim. W każdej najmniejszej sprawie. Staję przed nim i tym razem mam ogromną ochotę, aby się przytulić. I on bez słowa bierze mnie w ramiona, a ja się uspokajam natychmiast…Ogarnął mnie spokój. Jeszcze nigdy nie byłam tak spokojna. Odpłynęłam i nie wiedziałam dokąd. Nie chciałam tego wiedzieć. Nie było to dla mnie ważne. Liczyło się tylko tu i teraz; i te wszechogarniające uczucie beztroski. Takie coś może uzależnić. Lecz dla mnie ten gest miał jeszcze inne znaczenie. Od tak dawna nie byłam w ramionach mężczyzny, w żadnych innych także nie, teraz przypomniałam sobie ile takie uściski znaczą w życiu codziennym. Nawet jeśli to tylko niewinne gesty wsparcia i pocieszenia, a nie początek gry wstępnej… Wreszcie odsuwam się pierwsza, chociaż doprawdy, chciałam tak trwać na wieki. -Tym razem ci lepiej poszło.- Słyszę jego ciepły, kojący głos. -Lepiej?- Pytam się, choć dobrze wiem o czym mówi. On wskazuje za moje plecy. Odwracam się i widzę jak parę drzwi blaknie i rozpływa się w powietrzu. Rzeczywiście poszło mi lepiej…Lecz wciąż ich zostało tak wiele, a ja już wiedziałam, co za nimi spotkam. Musiałam przez to przejść, nic więcej. Tylko tyle… Ruszam zdecydowanym krokiem do następnych wrót. Zaczynam czuć desperację, by jak najszybciej tam wejść, rozliczyć się z przeszłością i zakończyć tę terapię, bez względu czy mi to pomoże, czy nie. I wiedziałam, że nie będzie to wędrówka przyjemna. Naciskam klamkę i wchodzę do przedpokoju. Znam to miejsce. Znam, a jednak nie byłam tam już od tak dawna. Od tamtej pamiętnej nocy. I już wiem, że tym razem wyjaśnię to do końca. Chociaż pewnie sprawi mi to ból- ponownie. Kieruję się słuchem. Słyszę dźwięki z sypialni, idę tam- chociaż naprawdę nie chcę, bo wiem, co tam ujrzę. Lecz muszę tam wejść. Wchodzę. Patrzę. Przeżywam to jeszcze raz. Widzę mego chłopaka, jak leży na plecach, a moja matka dosiada go i kołysze z wściekłą zaciętością wyuzdanej dziwki. I ten głos, wychodzący z jej gardła, na poły jęk, na poły charczenie…Niczym zwierze, ludzkie zwierze ogarnięte tylko jednym szaleństwem- pieprzeniem się bez miary, byle szybciej dotrzeć na szczyt. Nie mogę oderwać wzroku od jej falujących piersi, sutki, naprężone wystrzeliwują do przodu, a pomiędzy wzgórkami spływa pot. A mój luby jest w siódmym niebie, także wzdycha i jęczy. Stoję w drzwiach, wstrząśnięta. Wtedy też tak było. Pamiętam dobrze… Musiałam Darkowi powiedzieć coś bardzo ważnego. I dlatego kazałam mu przyjść do mego domu, ale ani on, ani ja nie mogliśmy tam przybyć prędzej niż wieczorem. Ale przecież nie termin był tutaj ważny, ale wiadomość jaką miałam mu do przekazania. Przyszedł przede mną…Resztą zajęła się moja matka. Teraz wiem, że jest nimfomanką…Ale wtedy? Wtedy na ten widok wydałam z siebie tylko płacz. I pospiesznie wybiegłam z domu, by już do niego nie wrócić. Dziś miałam okazję wyjaśnić to wszystko, ale czy tak naprawdę trzeba było tu cokolwiek wyjaśniać? Najwidoczniej moja podświadomość uznała, że tak. -Co z wami?! W małym pomieszczeniu mój krzyk brzmi histerycznie. Matka spogląda na mnie i uśmiecha się tym swoim uśmiechem. Jest w nim kuszenie i cała słodycz na jaką ją stać. A stać ją było na wiele w tej kwestii. Wystarczyło na skuszenie mojego chłopaka. Była niczym Lilith. Piękna i groźna. I zupełnie zdeprawowana. Darek jest oszołomiony. Zrywa się na równe nogi, matka stacza się z niego, nie kryje zupełnie swojej nagości, jest dla mnie wyzywająca, jakby chciała sprowokować mnie do jakiś czynów, gwałtownych i nieobliczalnych. Chce doprowadzić do konfrontacji, ale dlaczego? Jej kochanek próbuje podejść do mnie, ale ja wyraźnie daję mu znak, że ma zostać tam gdzie jest. Siada więc i kuli się jak dziecko przed ojcem. Moja matka zajmuje miejsce obok niego. -A może byś się do nas przyłączyła, moje dziecko?- Własnym uszom nie wierzę! Szok! Niedowierzanie! Odraza! Te wszystkie uczucia zawładnęły mną w tej jednej chwili. A jednak znajomy ból i gorąco w podbrzuszu zdradziecko się pojawia i kusi przypomnieniem wspólnie spędzonych chwil w łóżku, może nie tak gwałtownych jak te, ale piękniejszych, pełnych uczucia i miłości…Być może on potrzebował czystego rżnięcia, zwierzęcego seksu, a nie delikatnych, jeszcze czasem nieśmiałych pieszczot kobiety, co ma pierwszego swego kochanka i zachowuje się wstydliwie, nie poprzez fałszywą pruderię, tylko najzwyczajniej z niedoświadczenia. I kiedy ma możliwość realizacji swych marzeń- to spełnia je bez najmniejszego wahania? Bez względu na osobę i miejsce. Czyli nic nie znaczyły te wszystkie tygodnie, miesiące wspólnych dni i nocy, słowa niczym srebrniki- piękne blaskiem, ale zimne i bez wartości tak naprawdę. Otrząsam się z tego koszmaru! Patrzę na nich pełna obrzydzenia, pogardy, prawie mi się zbiera na mdłości. A matka najspokojniej w świecie sięga dłonią do członka Darka i lubieżnie zaczyna gładzić tę jego dumę. On niby chce zaprotestować, lecz jak widać nie osiągnął jeszcze orgazmu, bo poddaje się tej czułości. Czy już nie dość mnie upokorzyli?! Jak wiele mam znosić?! -Wiem, co ci dolega! Ale jesteś matką, na litość boską!- Matce bym nie wybaczyła, mogę teraz zrozumieć tło zdarzeń, lecz wybaczyć…Ale Darek? Tyle słów, wielkich, ogromnych, płomiennych…I co?! Jedna okazja i myk! A może spodziewa się, że będzie posuwał córkę i matkę, na przemian i po równi? -Mnie nic nie dolega- matka dziwi się moim słowom. Pamiętam te tabuny „wujków” w naszym domu…Ale małolata myślała, że matka wciąż źle trafia, próbuje ułożyć sobie życie, ale jakoś się jej nie układa. A jej po prostu tak było z tym dobrze, wiecznie nowy facet w pościeli, wciąż od nowa przygody i fascynacje, orgazm bez końca…Tłumaczyłam samej sobie, że to nie matki wina, że faceci już tacy są, że kiedyś wreszcie znajdzie tego swego królewicza. Ale ona nie szukała królewicza…Brała, co tylko się nawinęło pod rękę, nie wyłączając faceta własnej córki; kto wie, może jej przyszłego zięcia? Cóż za podłość! Nagle straciłam ochotę do jakichkolwiek wyjaśnień. Co się miało stać, to się stało- nic więcej nie można tu dodać…To wtedy zdradzono mnie po raz kolejny…I nie ostatni. -Brzydzę się wami!- Odwracam się do nich plecami i zostawiam ich samych ze swą nagością i wstydem, ale jeszcze jedno rozczarowanie jest moim udziałem. Bo słyszę, że na powrót wrócili do pieszczot, aż do przedpokoju dobiegają dźwięki intensywnie kochającej się pary, zupełnie jakbym im nie przerwała tej galopady! -Bezimienny! Zabierz mnie stąd!- Krzyczę gdzieś w przestrzeń, ledwie potrafię przebić się przez głośne zawołania matki. Dopadam do drzwi, ale one już znikły. Znów utonęłam w objęciach anioła, lecz tym razem spazmatyczny szloch wstrząsał mną długo. Bardzo długo…A mój przewodnik nie robił niczego, by mnie uspokoić. Chyba wiedział, że jedyne czego potrzebuję, to tak stać wraz z nim i wypłakać cały swój żal, ból i zawód. Bez przeszkód. Tak długo jak zechcę. Jak długo będę potrzebować. Czułam, że to moje odkupienie, czy co to było w czym teraz brałam udział, jest niczym droga krzyżowa, droga przez mękę, czyściec i piekło w jednym po równi. Ileż to brudów nazbiera się w człowieku przez lata? Ileż demonów, które lekko poskromione zamknęliśmy gdzieś w niepamięci, w nadziei, że tam pozostaną na zawsze? Ale to nie prawda. Kiedyś, prędzej czy później, dojdzie do konfrontacji- do rozliczeń. I sama nie wiedziałam tylko czy to kara, czy może raczej wybawienie, szansa na nowe życie? -Ciężko, co?- Pyta delikatnie mnie od siebie odsuwając na odległość ramion. Jest tak blisko mnie, taki czuły i kochany, jest jak spełnienie marzeń i snów każdej kobiety. Nie jak kochanek, prędzej powiernik, wsparcie duchowe, przyjaciel. Jest taki nierzeczywisty, taki nieludzki w swej dobroci-ktoś taki nie ma prawa istnieć. I pewnie w gruncie rzeczy nie istnieje… -Ciężko- potwierdzam i czuję, że to wstęp do dalszej wędrówki, a tak bardzo już czuję się zmęczona i chciałabym odpocząć, a właściwie zakończyć to odkupienie. Najchętniej wróciłabym do tych jego ramion, tego azylu, gdzie nie ma niczego poza wszechobecnym spokojem. -A będzie jeszcze ciężej- dodaje mi otuchy po swojemu. Nic nie odpowiadam, bo wiem, że ma rację. Ale spotęgował tylko chęć ucieczki stąd. Albo walnięcia porządnego drinka, najlepiej jednym haustem. -Nic z tego- wyprowadza mnie z błędu.- Musisz zachować trzeźwy umysł- zapomniałam, że czyta w myślach!- Ale później możesz się urżnąć do nieprzytomności- zapalił światełko w tunelu. -I tak zrobię!- Zapewniam solennie, choć nie wiem, jego czy bardziej siebie. I sądząc po moich dotychczasowych dokonaniach, będzie to bardzo duża flaszka… -Czas na mnie- rzucam kwestię, ale jak zwykle nie otrzymuję odpowiedzi. Ruszam do następnych drzwi. Ruszam z rozpaczliwą obojętnością, pewna, że z całą pewnością się mi nie spodoba to, co tam ujrzę lub kogo spotkam- albo jedno i drugie razem. Tym razem zaraz po minięciu wrót, moje stopy utonęły wprost w piachu. Moje zdziwienie było bezgraniczne. A wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy tutaj, ale taka nagła zmiana scenerii była nie tylko zaskoczeniem- była wprost szokiem! „Cóż to za nowe diabelstwo?”- Myślę. Lecz brnę dalej po kostki w piasku, by po chwili usłyszeć delikatny szum morza. Jestem na plaży! Ale po co? Wzdrygam ramionami i idę przed siebie, aż docieram na brzeg. Wdycham słone powietrze i przymykam oczy. Jestem tu z jakiegoś powodu, ale z jakiego? W tamtych przypadkach mogłam choć w przybliżeniu się domyśleć, lecz teraz byłam kompletnie zaskoczona. Żadnej traumy związanej z morzem, plażą, nic z tych rzeczy…Rozglądam się wokół, może jest coś lub ktoś, kto mi to wytłumaczy lub chociaż naprowadzi swoim widokiem na właściwe tory? Przez moment spoglądam bezradnie i dopiero po kilku minutach dostrzegam w oddali sylwetkę, która szła także brzegiem plaży, tuż przy samej wodzie, tak blisko, że pewnie fale obmywały temu komuś stopy. Niezła myśl! Ściągam buty i pozwalam, aby morska woda ostudziła moje stopy, głaszcząc pieszczotą skórę. I zaczynam podążać naprzeciw nieznajomemu. A może nieznajomej? Idę i po chwili zdaję sobie sprawę, że jednak rozpoznaję to miejsce, albo mi się zdaje, że je poznaję. Jest bardzo podobne do plaży, gdzie spędziliśmy wakacje z Darkiem. Ach, Darek…! Ale przecież z nim już się rozliczyłam. Z nim i matką, hurtem, jak w promocji…Lecz mój wzrok przyciąga jakiś ruch na obrzeżach widzenia. Na chwilę zatrzymuję się i patrzę w tamtym kierunku. Jakiś cień znajomych kształtów wspomnień mi świta w umyśle niczym deja vu. Ależ tak! Teraz poznaję! Patrzę jak kocham się na wydmie z Darkiem…To było jedna z tych chwil, które wspominałam z rozczuleniem, bólem i zawodem w sercu. To była miłość, także ta cielesna, wielka, pierwsza, najpiękniejsza. Widzę i wiem, że nie ma w tym niczego z tej sceny z sypialni, tam z matką…Para kochanków, w czułych objęciach na łonie natury, oddanych tylko sobie. Dla siebie. Przez siebie. Ku przyszłości. Przyszłości, która jak się okazało, nie była wcale taka odległa…A już z pewnością nie tak świetlana. Szczerze mówiąc okazała się całkiem do dupy! Nie mogę oderwać wzroku od tej dwójki, to takie nierealne spoglądać na siebie sprzed lat. Fascynujące, a zarazem przerażające. I zapominam o postaci, do której podążałam. Przeżywam od nowa te wszystkie uniesienia, jakie były moim udziałem wtedy. Pamiętam doskonale, ani jedno odczucie nie zblakło we mnie, pielęgnowałam je w sobie od tak dawna, zupełnie nie wiem po co- dla większego bólu, czy bardziej ku przestrodze? Teraz tylko na nowo sobie je odkurzyłam i spoglądam jak na fotografie w albumie. Piękne, lecz już z lekka pożółkłe…I odrobinę wyblakłe. Ale moje. Na zawsze. Aż po kres. Kres rozpaczy niespełnionych marzeń. Nagle czuję jak ktoś mnie delikatnie i nieśmiało chwyta za dłoń. Odwracam się przestraszona ku intruzowi, który śmie mi przerywać spotkanie ze wspomnieniami. Te, choć w sumie są gorzkie jak piołun, to jednak mają w sobie rys piękna. Piękna i rozmarzenia. Nie jak w tamtych pokojach…Patrzę na chłopczyka i nie bardzo wiem, co się dzieje. Skąd on tutaj? I kim jest? Czego chce ode mnie? Ta chwila dekoncentracji wystarcza, żebym straciła widok kochającej się pary i dopiero teraz dociera do mnie, że to właśnie ten chłopczyk szedł w moim kierunku z naprzeciwka. Lecz nadal nie wiedziałam kim jest? Przyglądam mu się z autentycznym zainteresowaniem. Sprawia wrażenie takiego niedokończonego. Ma w sobie coś dziwnego. Jest taki- dwuwymiarowy. Jakby mu brakło głębi…Zupełnie jakbym spoglądała na ożywiony obraz, hologram, jakby nie był całkiem w tym samym wymiarze co ja. Trudno to jest wytłumaczyć. Miałam uczuciem jakbym patrzyła na niego, ale także przez niego. Pomimo, że czułam dotyk jego dłoni, to bardziej był duchem niż Bezimienny. Absurdalne… -Kim jesteś?- Pytam malca, mając nadzieję dowiedzieć się czegoś, co pozwoli mi go umiejscowić w głowie, we wspomnieniach, gdziekolwiek. I kiedy tak spoglądam na niego, to zdaje mi się, że rozpoznaję w nim rysy twarzy moje i Darka. Niewiarygodne, zupełnie pomylone odczucie, ale jednak byłam coraz bardziej tego pewna! A kiedy już zaakceptowałam ten fakt… -Dzień dobry, mamusiu- głosik ma cienki, niepewny. Taki sam, jak cała jego postać. Padam na kolana. Padam i zaczynam szlochać. A myślałam, że wypłakałam się dość w ramionach anioła. To tutaj właśnie poczęliśmy nasze dziecko. To tutaj miało się zacząć nasze szczęście. To była ta wieść, jaką miałam przekazać Dariuszowi tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy zastałam go pod moją matką w sypialni. To tutaj się to zaczęło i chyba musi się skończyć. Historia zatoczyła koło. Choć tak naprawdę, to zakończyła się w pewnej klinice ginekologicznej w Holandii…Przynajmniej tak mi się zdawało. Wyciągam ręce i chcę dotknąć istoty przede mną, ale chłopczyk się odsuwa: -Nie chciałaś mnie- mówi z wyraźnym wyrzutem. Pomimo łez widzę jak w jego oczach tkwi żal. Żal do mnie, że nie dałam mu szansy. Że nie chciałam być matką. Że nie wybrałam życia z nim, tylko zemstę na jego ojcu, zemstę nikomu nie potrzebną i na nikim nie robiącą wrażenia. Że uciekłam w łatwe rozwiązanie. Wtedy wydawało mi się to takie rozsądne, takie odpowiedzialne… -To nie tak- przez gulę w gardle przeciska mi się zaprzeczenie. -Nie chciałaś- powtarza, a ja pochylam się aż do jego stóp, jakby w geście poddania i oczekiwania na karę. Mój płacz przechodzi w wycie. Zawodzę jakbym chciałam iść w szranki z wichrem, co przemierza przestrzenie ponad taflą wody. Może ma rację? Może nie chciałam go? Może nie chciałam niczego, co należałoby choćby w części do tego zdrajcy? Może straciłam okazję na przeżycie przygody, niepowtarzalnej, pięknej i strasznej zarazem? Z całą pewnością to była prawda. W każdym aspekcie. Ponownie strumienie łez płyną z oczu, przesłaniając świat. Jedyne co mi pozostało, to wypłakać całą swoją winę, chociaż nie widziałam w tym żadnej, być może tylko odrobinę. A kiedy opanowuję się na tyle, by znów podnieść wzrok na mego nie istniejącego syna, on już oddalił się ode mnie, tak samo jak oddaliłam go ja sama niegdyś, beznamiętnie, obojętnie, w ciszy i bez wyrzutów sumienia. -Adrian!- Krzyczę i po raz pierwszy na głos wymawiam imię, jakie wybrałam dla niego, w chwili kiedy mój ginekolog mi powiedział, że zostanę mamą. Jeszcze nie znałam płci dziecka, a już wiedziałam, że musi to być chłopiec i będzie miał na imię Adrian. A potem świat mi się zawalił. I kiedy pozbierałam gruzy do kupy, dla Adrianka nie było miejsca w tej nowej rzeczywistości. Nie było, bo ja tak zdecydowałam. Arbitralnie, samolubnie- niby odpowiedzialnie. Nie słyszy mnie. A może nie zwraca uwagi? Chcę się zerwać i pobiec za nim, ale kolana ugrzęzły mi w piasku i żadną miarą nie potrafię się z tej matni wydobyć. Próbuję z całych sił, lecz jakaś niepojęta siła mnie trzyma w miejscu, nie pozwala wyrwać się i biec ku złudzeniom, że jeszcze można wszystko naprawić. Nic już nie da się odwrócić. Ten epizod z pewnością ma swój epilog- ta plaża to nemezis mego macierzyństwa. Macierzyństwa, które się skończyło zanim tak naprawdę się zaczęło. Patrzę bezsilnie jak się oddala, idąc ku zachodzącemu słońcu, ku cieniom, dokąd go wysłałam przed paru laty. Wszystko wokół ucichło, nawet mewy przestały krzyczeć w przestworzach, a morze bezgłośnie rozbija się falami o brzeg. Czuję się jakby czas się zatrzymał, ale to nieprawda. To tylko moja świadomość przechodzi ostre zapalenie istnienia. I w bólu rodzi się wybaczenie. Taką mam przynajmniej nadzieję… -Wybacz mi!- Rzucam za swoim nienarodzonym synem, ale odpowiadają mi tylko mewy; teraz na powrót wszędzie słychać ich ogłuszający jazgot, zmieszany z szumem wody i wiatrem w uszach. -Wybacz…- Szepczę do własnych myśli. Odzyskuję władzę w nogach, podnoszę się z klęczek- pokuta była straszliwa. A może nadal jest? Jeszcze się rozglądam w nadziei, że stoi obok gdzieś, ale płonne to nadzieje- widzę tylko na szczycie wydmy Darka, jak patrzy na mnie, lecz po chwili odwraca się i bez słowa znika w ciemnościach. Czyżbym dostrzegała w jego oczach prośbę o wybaczenie? Czy tylko było to odpuszczenie dla mnie, za to co zrobiłam? Nigdy się już nie dowiem. Ruszam jak pijana w kierunku dokąd poszedł Adrian. Chcę go dogonić, lecz nagle świat wiruje jak szalony, zaczynam tracić rozum, widzę postacie wokół, jak mnie wabią, wyciągają ku mnie swoje ręce: matka, ojciec, Darek, nawet Dorota. Niczym szalony korowód przemykają obok mnie, w obłąkańczym kontredansie otaczają, nie pozwalając wyrwać się z okręgu. Nie wiem, chcą mnie przytrzymać tutaj, czy może wesprzeć w tej beznadziejnej wędrówce? I nagle dobiega mnie głos: -Mamusiu!… -Adrian!- Wrzeszczę jak opętana, lecz słyszę tylko oddalające się ode mnie:„Mamusiu…!!!” -Adrian!!!- Chcę biec, ale ręce trzymają mnie mocno. Są niczym zemsta zza grobu. A może one mnie właśnie utrzymują przy zdrowych zmysłach? -Mamusiu…- Coraz słabszy głosik, ledwie daje się go słyszeć, możliwe, że bardziej go wyczuwam niż słyszę. -Adrian- szepczę przez ściśniętą krtań, już pogodzona z losem, że nigdy więcej go nie zobaczę. Jeszcze niby słyszę jak echo niesie się poprzez morską bryzę, ale to już koniec. Jestem ponownie sama na plaży… -Bezimienny!- Wołam, lecz moje struny głosowe dramatycznie się załamują i wychodzi z tego zawołania tylko taki piskliwy skowyt. Ale to wystarcza. Na powrót jestem w przedsionku. Stoję i patrzę na anioła, a w moim sercu rodzi się chęć mordu. A on przypatruje mi się z odcieniem pobłażania. Ale widzę, że w jego źrenicach zamieszkało zrozumienie dla mnie samej, on przecież doskonale wie, co mnie tam spotkało. Dobrze, że mam u niego wsparcie. -Mówiłem, że będzie jeszcze ciężej- jakby w geście przeprosin mówi to, co już słyszałam przed wizytą na plaży. -Mówiłeś…- Potwierdzam w bezsilnym zrezygnowaniu.- Ale żeby aż tak?! -To ty twierdziłaś, że nie masz żadnych zaległości w swej przeszłości- mógł sobie darować tę dygresję, doskonale pamiętam, co mówiłam. -Chyba nie zniosę więcej- mówię i spoglądam z odrazą w kierunku tych moich nieszczęść, co tkwią wokół niczym nieme wyrzuty sumienia, spraw dawno zapomnianych lub tylko odsuniętych w najodleglejsze zakątki jaźni, w nadziei, że tam zostaną na zawsze. Albo do czasu kiedy nadejdzie chwila, by się z nimi rozliczyć, jak teraz. -Jeszcze nie zakończyłaś swej wędrówki- zaprzecza z delikatnym wyrzutem Bezimienny- musisz dotrzeć do celu… -A jaki on jest?- Przerywam odrobinę opryskliwie- Jaki jest ten mój cel? Bezimienny nie raczy mi nawet odpowiedzieć, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia, doskonale wiem dokąd zmierzam, nie wiem tylko po co i czy warto aż tak cierpieć, przeżywając na nowo wszystkie te moje porażki. W końcu nie na darmo zepchnęłam je w niebyt świadomości, tam miały pozostać na wieki, a nie żeby się w nich babrać. I od nowa doświadczać wciąż tych samych rozczarowań. -Chyba czas na kolejny rozdział- rzucam od niechcenia i zaczynam się zbliżać do następnej tajemnicy, ale już nie tak pewnie jak poprzednio, waham się i boję spotkać się z tym, co jest po drugiej stronie. Naciskam klamkę i przechodzę przez próg. Czuję się tak zmęczona, chciałabym już skończyć ten cyrk, lecz idę dalej. To miejsce jest mi nieznane, choć jakbym już tu kiedyś była. Rozglądam się wkoło, wszędzie wszechobecny plastik, chrom, nieskazitelny porządek- niczym w laboratorium. Cisza, przerywana tylko poszumem urządzeń sprawiała tło jak z filmów science fiction. Urządzenia, w większości nieznane, migotały kontrolkami i popiskiwały tajemniczo, ale zupełnie dla mnie bez sensu. Szłam dalej, ciekawa i odrobinę zalękniona, co też spotkam na swej drodze. Albo kogo? Docieram do pomieszczenia, które sprawiało wrażenie gabinetu lekarskiego, królowało w nim na środku podwyższenie, jako żywo przypominające stół chirurgiczny, albo katafalk przyszłości, co zresztą nawzajem się nie wykluczało, tak absurdalnie, paradoksalnie mogło być jednym i drugim, a może nawet obiema tymi rzeczami równocześnie. W kącie stała istota, nie człowiek, istota. Kiedy ją ujrzałam wiedziałam, skąd ją znam, wiedziałam gdzie jestem- zbyt wiele razy matka mi opisywała to miejsce i te postacie. To był jeden z tych aniołów z bajek opowiadanych mi przez matkę! W sumie kiedy spojrzałam na tę zjawę, sama zrozumiałam, że wróciłam do miejsca, gdzie już kiedyś byłam. Dotarło do mnie, że to prawda! Oni istnieją, Obcy! Porywają ludzi i przeprowadzają na nich eksperymenty- nie były to czcze wymysły rodem „ Z archiwum X”. I ja także zostałam przez nich uprowadzona, teraz to zrozumiałam. Te wszystkie nocne koszmary, te lęki, obawa przed nieznanym- to wszystko była prawda! Dziś poznam dlaczego mnie to spotkało. Dlaczego zostałam naznaczona na całe życie. Tylko taki mógł być cel tej mojej wizyty tutaj… -Witaj, Julito- przywitała mnie istota.- Mam na imię Zorg! Głos miał delikatny, budzący zaufanie, prawie zupełnie taki sam jak ma Bezimienny. Może on też jest od nich? Wcale by mnie to zdziwiło. Ale jednak w głosie Zorga czaiła się groźba, było to niedostrzegalne niemal, ale było. Jakaś nuta, fałszywa w brzmieniu. Nie pasowała do wyglądu twarzy. Fizjonomia Zorga, choć tak bardzo podobna do naszej, różniła się jednak. Rysy delikatne i ostre zarazem, budzące ufność i ukrywające podstęp, wyraźne i rozmyte- jakbym patrzyła na lustrzane odbicia tej samej osoby, jakbym widziała charakter w krzywym zwierciadle, synonim przeciwności, alter ego. Jego oczy pozbawione brwi, z nieznacznie zaznaczonymi rzęsami, były obce naszej percepcji. Wiedziałam, że już kiedyś widziałam te twarze, może niedokładnie był to Zorg, lecz z całą pewnością istoty z jego gatunku. Być może wszyscy wyglądali tak samo, jak klony. Albo my nie potrafiliśmy dostrzec różnicy. Lub po prostu byli dla nas tacy sami, jak dla przeciętnego Europejczyka którykolwiek Azjata. -Witaj ponownie- słyszę i już wiem, że to jest mój powrót tutaj, a nie wizyta dziewicza. -Kim jesteś?- To pytanie niewiele ma wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, lecz tylko takie mi tkwiło w umyśle. -Kim jestem?- Upewnia się czy dobrze usłyszał.- Jestem twoim twórcą. -To nieprawda!- Krzyczę, a echo niesie się daleko w głąb tej stacji, czy gdzie byłam.- Nie jesteś moim ojcem! -Jestem twoim twórcą, nie ojcem- tłumaczy. -Jesteś bogiem?!- Wstrząśnięta do granic otwieram oczy na całą mi dostępną szerokość. -Tak nas nazywacie, ale nie bardzo wiem, co ten termin oznacza…Domyślam się tylko. Ale stworzyliśmy cię z materiału genetycznego twoich biologicznych rodziców. Niemal zemdlałam. -Jak?! -Kiedy twoja matka zaszła w ciążę, zmodyfikowaliśmy nieco twój kod genetyczny- słuchałam chyba elektronicznej encyklopedii, tak właśnie brzmiał, zatęskniłam nagle za Bezimiennym, teraz ten jego styl prowadzenia rozmowy wydał mi się ludzki przynajmniej na tyle, że mogłam zaakceptować ten fakt. Nie tak jak teraz! -Zmodyfikowaliście?! -Taki niewinny eksperyment- dodał z rozbrajającą szczerością. -Ale kiedy?... -Twoja matka często tu bywała- wyjaśnia.- Więcej niż tylko ten jeden raz, który zapamiętała… -Ty bydlaku!- Przez zaciśnięte zęby ciskam obelgę.- Zmieniliście także ją! -To było bardzo udane zjawisko- napawa się dumnie ze swych osiągnięć.- Kiedy już miała ciebie, nie potrzebowaliśmy innych dzieci, uczyniliśmy ją kobietą, która miała niespożyty apetyt seksualny. Obserwacje jej były bardzo pouczające… Rzucam się z pazurami w jego kierunku, ale kiedy tylko dopadam go, to rozpływa się w powietrzu niczym zjawa, duch, hologram…Bezsilnie zaczynam płakać. -Zniszczyliście jej życie!- Oskarżenie zupełnie bzdurne, nic go nie obchodziłyśmy, nic poza to, że mógł nas badać do woli.- I moje… -Przeciwnie- zaprzecza- dopiero my sprawiliśmy, że istniejesz naprawdę… -Jak to?- Nie chcę, ale pytam zaintrygowana. -Twoja matka nie była w stanie donosić ciąży, więc jej odrobinę pomogliśmy- wyjaśnia beznamiętnie.- Oczywiście, nie za darmo… Mogłabym go zamordować, o z całą pewnością potrafiłabym mu wyrwać serce z piersi, o ile ten sukinsyn ma coś takiego jak serce! -A ja?! Do czegóż byłam ja wam potrzebna? -Eksperymenty, dziecino- zabrzmiało to bardzo lekceważąco- przeprowadzamy je od wieków. Ze zmiennym szczęściem, zresztą… -Więc jestem błędem w sztuce inżynierii genetycznej? -A kto mówi, że błędem?- Dziwi się i po raz pierwszy czuję, że mówi prawdę.- Jesteś nad wyraz udana! -To znaczy? Co takiego mi zrobiliście? -Sprawiliśmy, że nie potrafisz nikomu ufać. Nikomu ze swego gatunku. Nam jak widzę także nie- dodaje z dumą.- Jest to efekt uboczny, niepożądany, ale ciekawy…Musieliśmy tylko sprawić, byś wciąż doznawała porażek w życiu, aby uwiarygodnić tę twoją postawę.- Słucham zdruzgotana.- Chyba się powiodło… Siadam na podłodze i zaczynam płakać. Ponownie tego wieczoru. Wylałam chyba już wszystkie łzy, jakie miałam w sobie. -Nawiasem mówiąc na przyszłość ostrożniej traktuj naszą własność- dobiega mnie gdzieś z góry nagana. Spoglądam na niego zaskoczona i niczego nie rozumiejąca. -Mam na myśli twoje dziecko, którego tak się lekkomyślnie pozbyłaś- wyjaśnia. Zaczynam się histerycznie śmiać, przez łzy, rozpacz i ból śmieję się jak wariatka, czym wprawiam Zorga w autentyczne zdziwienie. Miło wiedzieć, że nie są wszechmocni i można ich zaskoczyć. -Po raz pierwszy się cieszę!- Odpowiadam mu z podłogi.- Cieszę się, że uchroniłam go przed wami! Wciąż się śmieję. W pomieszczeniu mój śmiech brzmi niczym lament obłąkanej. Chyba zaczynam się czuć jak wariatka. Cała ta pomylona sytuacja zaczyna mnie bawić, jeszcze chwilę temu strach paraliżował mnie, ale teraz już pozbyłam się obaw. Bo cóż mi może zrobić? Zabić? I tak nie mam po co żyć, skoro nigdy nikt nie zbliży się do mnie tak blisko, aby być ze mną. Nie zbliży się, bo mu na to nie pozwolę, nawet wbrew sobie samej. -A Darek?- Ciekawości mi genetycznie nie usunęli.- Przecież przez chwilę Darek był obok mnie?! -Ale na koniec i tak go straciłaś, nie?- Triumfalnie ciska mi w twarz moją największą porażkę.- Zresztą, zabawnie było obserwować jak twoja własna matka… Poderwałam się z dołu i wyskoczyłam z wyciem ku niemu, ale był to tylko pusty gest, raczej odruch warunkowy, niczego nie mogłam mu zrobić, lecz gdyby tylko to było możliwe…! -Jesteś jedną z nas, Julito!- Zorg w końcu zdecydował mi się zadeklarować mój status, nie tylko w życiu, lecz także i tutaj. -Nie rozumiem? -Wrócisz kiedyś do nas- uzupełnia,- wrócisz…Już niebawem. -Po co? -A dlaczego nie? I tak tam nie masz szans na życie prawdziwego człowieka. Milczę. A on po chwili dodaje: -Traktuj to jako nagrodę. Mój wzrok zabiłby każde znane mi zwierzę i każdą, nawet najbardziej mityczną stworę, każdą- tylko nie jego. -Żegnaj, Julito!- Zaskoczył mnie.- A właściwie: do widzenia. I zanim zaprotestowałam, już otocznie wokół mnie zaczyna się zmieniać, tym razem nie potrzebuję wołać Bezimiennego, znalazłam się koło niego niemal w tej samej chwili kiedy Zorg uznał za stosowne zakończyć tę moją wizytę i odesłał mnie z powrotem na ten padół łez. Chociaż, gwoli ścisłości byłam teraz w swoim umyśle, podobno…Wszystko to było nad wyraz pokręcone. Pokręcone, nierzeczywiste i chyba bez sensu. Miałam dość! Cokolwiek powie mój tak zwany anioł, nigdzie więcej już nie pójdę, nie zniosę żadnych innych pomylonych zdarzeń. Dotarłam do kresu własnych możliwości, do kresu wytrzymałości na ból, zwłaszcza ten psychiczny. Może nie do końca podróży, ale na skraj własnej osobowości- na pewno. Bezimienny jest pełen współczucia, widzę, że chciałby ukoić mnie w tych swoich cudownych ramionach, ale ja ponownie wracam do swych przyzwyczajeń- nie ufać nikomu. Wiem, skąd mam tę przypadłość, ale pokonać jej nie jestem w stanie. Odbyłam całą tę drogę przez mękę na darmo. Nic się zmieni w moim życiu, poznałam wszystkie tajemnice swego losu, ale zmian żadnych nie będzie. Zorg tak powiedział i ja mu wierzę. Już teraz wierzę… -Julito…- Odzywa się, lecz milknie zaraz. Bo cóż tu jeszcze można dodać? -Wiedziałeś?- Pytam. Chcę znać prawdę, mimo wszystko chcę ją poznać. -Tak- potwierdza.- Wiedziałem. Od samego początku wiedziałem… Prawie go nie słucham, rozglądam się za drzwiami, których już nie ma! Znikły! Wszystkie znikły, tak jak obiecał! A więc to koniec?! Jestem tak zmęczona, jakbym przeszła niewiarygodnie długą wędrówkę, przez czas, przestrzeń, po znanych i nieznanych zakamarkach. Chyba podróży mam dosyć, przynajmniej na razie. -I jak będzie?- Zadaje mi pytanie, które było między nami od samego początku naszego spotkania. -Z czym?- Dobrze wiem o co pyta, ale muszę się podroczyć. A może nie jest to droczenie, tylko taki pusty gest samoobrony? -Pytam o maila… Nie o mail tu chodzi tak naprawdę. Chodzi o to, jakie będzie moje życie od dziś, życie, które jest już określone, zdeterminowane przez istoty spoza naszego pojmowania, nie mam na nie wpływu- choćbym nie wiem jak się starała, niczego nie zmienię- to jedno stało się dla mnie jasne, jedyny zysk jaki odniosłam z tej wędrówki. Pewność. Pewność niezmienności. Uśmiecham się gorzko: -Nic. Odpiszę i każę mu iść tam, skąd przyszedł- ogarnia mnie spokój, błogi spokój osoby pogodzonej ze swą naturą. Kiedy już wiem jak i dlaczego, pogodzona ze swym losem i nieuchronnością wszystkiego, co mnie spotyka, łatwiej mi podejmować decyzję, bez obaw, że nie są właściwe. Anioł kiwa w zamyśleniu głową. Chyba nie takiej oczekiwał odpowiedzi, ale cóż, nie można mieć wszystkiego… -Warto było się fatygować do mnie?- Ponownie prowokuję go do rozmowy. -Warto- odpowiada bez chwili namysłu- zawsze warto. Poznałaś siebie. Taki był zamiar, abyś mogła zaakceptować samą siebie. I poznać kim jesteś. -Doprawdy?- Kpina nie brzmi aż tak pewnie jak zamierzałam. Bezimienny odwraca się i zamierza odejść, lecz mówi na odchodnym: -Już czas na mnie. Wyciągam rękę, a on bez słowa ściska ją. Mocno, po męsku. Taki gest przyjaźni, nie jakieś tam obłapywanie się i tulenie, już dość się dzisiaj tuliłam, nadszedł czas, aby pokazać, że wychodzę z tego doświadczenia silna, silna duchem. -Dziękuję za wszystko, Bezimienny. A on znika bez odpowiedzi. Był, a później nagle już go nie ma. Ponownie znalazłam się w swoim mieszkaniu. Znajome kąty i przedmioty witam wzrokiem, wdzięczna, że mam dokąd wracać, że są rzeczy, których historię znam lepiej niż swoje życie. Wiem gdzie je kupiłam lub od kogo dostałam. Sięgam po butelkę i wdzięczna za to, że jeszcze tam coś zostało, nalewam resztę do kieliszka. Migający monitor kusi, aby zająć pozycję bojową i od nowa zacząć swoje wiszenie na czacie. Nie daję na siebie zbyt długo czekać, siadam i odpalam przeglądarkę. Szybkie logowanie i już zawitałam na sobie znane miejsce. Nie ma De Profundisa. Może nawet lepiej, nie jestem jeszcze gotowa, by stawić mu czoła. Są za to inni, nie wszyscy co prawda znani, a może ci sami, tylko skryci za nowymi nickami? To w zasadzie jest bez znaczenia. Moje palce zaczynają znany im bardzo dobrze taniec na klawiaturze. „J-E-S-T-E-M K-O-S-M-I-T-K-Ą.” Wyznanie wyświetla się na monitorze, ale nie robi to najmniejszego wrażenia na nikim. W necie nie takie rzeczy ludzie oznajmiają. „J-E-S-T-E-M K-O-S-M-I-T-K-Ą.”- Napis nadal tkwi niczym prowokacja na forum. „A S-O-B-I-E B-Ą-D-Ź !”- W końcu jeden z czatowiczów nie wytrzymuje i odszczekuje się. Roześmiałam się w głos. „Jestem kosmitką!” Ale tylko ja wiedziałam, że to prawda…
Motto: „ Jeśli istnieje ktoś tam, na górze, niech da mi jakiś znak. Jakiś mały promyk światła, który wskaże mi drogę, nauczy odróżniać dobro od zła. Kilka odpowiedzi na pytania, które wam zadaję- zachowuję czujność w tym gąszczu zwierciadeł, gdzie nic nie jest tym czym się zdaje…” ( fragment utworu „Vigil” Fisha )
|
|||
| Zmieniony: Środa, 04 Listopad 2009 11:51 |










