Kaszka z mleczkiem PDF Drukuj Email
Utwory - Opowiadania
Wpisany przez Katarzyna Popiel   
Niedziela, 27 Grudzień 2009 18:12


 

            Anulka miała nóż na gardle. Na razie nie dosłownie, ale to mogło się zmienić lada chwila. Biegnący za nią chłop dyszał może coraz ciężej, ale dyszenie stale się zbliżało. „Kto by pomyślał, że ten grubas będzie taki szybki?” – pomyślała przeskakując niezbyt wdzięcznie nad kępą krzaków. Krzaki okazały się jeżynami i złapały Anulkę za stopę. Padła twarzą w mech i liście. Przynajmniej miękko wylądowała, mogło być gorzej. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Ledwo zdążyła odturlać się na bok, gdy usłyszała brzęk. W leśne poszycie wbiły się widły. Dokładnie tam, gdzie przed chwilą znajdowała się jej głowa. Chyba gość naprawdę się zdenerwował... Anulka pisnęła i w olimpijskim tempie podniosła się z ziemi. Popędziła jak najdalej od goniącego ją szaleńca.

            A miało być tak łatwo! Zlecenie podręcznikowe, po prostu kaszka z mleczkiem. Za to nieźle płatne, bo policzyła sobie dodatek za dojazd. Wieś Stągiew leżała niemal na końcu świata, czyli gdzieś za Poznaniem. To oznaczało trzy godziny w pociągu, potem półtorej godziny w pekaesie, z którego klientka zaoferowała się ją odebrać i podwieźć ostatnie sześć kilometrów. Inaczej musiałaby przejść je na własnych nogach. Przy obecnej recesji gospodarczej Anulki nie było jednak stać na wybrzydzanie. W tym miesiącu ledwo zapłaciła czynsz i rachunek za komórkę. Na życie nie zostało za wiele. Jakie tam zresztą życie! Bez kosmetyków, nowych ciuchów... Akcesoria potrzebne do pracy też swoje kosztowały, a oszczędzanie na nich nie wchodziło w grę.

            W tej sytuacji telefon od potencjalnej klientki uznała za dar losu. Machnęła ręką na odległość, tym bardziej, że zaproponowano jej pokrycie wszystkich kosztów. Miała okazję spędzić kilka dni na świeżym powietrzu, napawając się krajobrazem pięknej polskiej wsi. Potem pozostawało tylko zgarnąć kasę i wrócić do warszawskiego smrodku. Nie wahała się więc długo. Wrzuciła do plecaka niezbędne kosmetyki, z myślą o wiejskich bezdrożach dołożyła adidasy i wygodne spodnie, wyjściową sukienkę tak na wszelki wypadek, no i oczywiście wypchany neseserek z narzędziami pracy. Po zastanowieniu spakowała jeszcze kostium kąpielowy i krem z filtrem.

            Znalazłszy się na miejscu, Anulka podeszła do sprawy z pełną powagą. Przede wszystkim zorientowała się w rozkładzie zajęć gospodarstwa. Jak już coś robiła, to lubiła, żeby było porządnie i zgodnie z zasadami. Dlatego cały pierwszy dzień poświęciła na obserwację. Wstała o świcie, żeby zobaczyć pędzenie krów na pastwisko. Potem, ukryta za drzewem, obejrzała przez lornetkę teren działania. A przynajmniej to wszystko, co dało się obejrzeć. Spore budynki gospodarcze, dwa garaże, no i najważniejsza rzecz: obory. Względnie czysto, siła robocza wyglądała na mocno zajętą, żadnych maruderów. Gospodarz wyraźnie dbał o porządek. Obeszła wzdłuż ogrodzenia cały teren, przyjrzała się łąkom i dorodnej pszenicy na polach. Tylko na wszelki wypadek prześledziła spędzanie krów do obór i wieczorny udój. Zauważyła, że właściciel gospodarstwa osobiście dogląda dojenia każdej z krów. Teraz plan rysował się w jej głowie jasno i wyraźnie. Dlatego do swojej kwatery w domu aktualnej chlebodawczyni dotarła co prawda wykończona i nieziemsko głodna, ale zadowolona z siebie.

            Mogła zabrać się do pracy od razu następnego ranka, ale to oznaczałoby koniec letniska. Nie miała ochoty wracać tak szybko do ciasnej kawalerki. Każdy zdrowy na umyśle warszawiak spędzał lipcowe upały jak najdalej od stolicy. Dlatego latem niewiele się w mieście działo i szansa na zdobycie pracy lub spotkanie ze znajomymi dążyła do zera. Znacznie rozsądniej było zaszyć się w Stągwi na jakiś czas. Tym bardziej, że w tutejszej rzeczce płynęła wyjątkowo czysta woda, a podczas rutynowej obserwacji Anulka odkryła w lesie obiecującą miniplażę.

            Oczywiście od razu zorientowała się, że nie powiedziano jej wszystkiego. Na przykład tego, że przed nią ktoś już brał się za tę robotę. Może nawet więcej niż jedna osoba. I to powinno było dać jej do myślenia. Nie trzeba geniusza, żeby stwierdzić, że skoro ją zatrudniono, to widać poprzednicy wiele nie zdziałali... Anulka zgrzytnęła zębami ze złości na samą siebie. Zlekceważyła problem i teraz ma za swoje. Zamiast roztrząsać swoją porażkę, powinna raczej skoncentrować się na teraźniejszości. Szanse na ucieczkę były niewielkie, ale jakieś tam jednak były. Wiedziała, że ma kondycję lepszą niż na to wygląda. Trudno jednak biec przez stary las pełen porośniętych mchem dołków i zwalonych pni. Każdy nieostrożny krok mógł się skończyć skręconą kostką albo, nie daj Boże, złamaniem. Jej prześladowca też musiał uważać, ale miał podstawową przewagę: znał okolicę. Mimo to odległość między Anulką a rozwścieczonym rolnikiem wyraźnie się zwiększyła. Sądząc po dobiegających z tyłu soczystych przecinkach, trochę czasu zabrało mu odzyskanie wideł, które zaklinowały się w podłożu. Ciekawe, czemu w ogóle mu na nich zależało. Warunki fizyczne miał takie, że spokojnie mógłby ją udusić gołymi rękami. Może powinna się cieszyć, że na to nie wpadł...

- Czekojże, już jo cie złapie hekso jedno! Jo ci dom!

            To z pewnością nie brzmiało przyjaźnie. Anulka potrzebowała genialnego pomysłu i to szybko. Rozglądając się rozpaczliwie w poszukiwaniu natchnienia, dostrzegła wolną przestrzeń daleko po lewej. Droga! Na pewno doprowadziłaby ją do jakiejś cywilizacji. Korzystając z hałasu, jaki czynił przedzierający się przez krzaki rolnik, skręciła ostro w prawo, odbiła się mocno od ziemi i szczupakiem wpadła w zarośla między młodymi sosenkami. Auć, pokrzywy! Zacisnęła zęby, żeby nie wrzasnąć. Łzy pociekły jej z oczu, ale przycupnęła skulona w kłębek, starając się nie oddychać. Miała nadzieję, że chłop przebiegnie jeszcze spory kawałek, zanim zorientuje się, że ofiara znikła. A nawet jeśli nie, to może nie przyjdzie mu do głowy szukać w pokrzywach?

            Rzeczywiście przebiegł obok. Oddychał tak głośno, że nie usłyszałby nawet stada słoni. Anulka odczekała chwilę i, kiedy szerokie plecy rolnika znikły między drzewami, jak najciszej przemknęła ku drodze. Ruszyła biegiem w stronę przeciwną do tej, w którą pobiegł jej prześladowca. Pozostało jej tylko mieć nadzieję, że biegnie do wsi, a nie odwrotnie. Gdyby teraz mogła dorwać sołtysową, kobiecina zapłaciłaby jej za wszystko!

            Przypomniała sobie pierwsze spotkanie z żoną sołtysa. Prosta kobieta, na pierwszy rzut oka całkiem sympatyczna. Krótko i konkretnie przedstawiła sytuację. Jej problem nazywał się Marciniak i był najbogatszym gospodarzem we wsi. Niegdyś dobry sąsiad i życzliwy człowiek, zmienił się nie do poznania, odkąd na poważnie zajął się hodowlą krów. Zaczęło się od tego, że rozbudował gospodarstwo, postawił nowe obory, zainwestował w dojarnie – wszystko zgodne z unijnymi przepisami. Zaczął od pięciu mlecznych krów, a teraz miał trzydzieści. Ziemi odziedziczył masę po ojcu i dziadkach, więc część zalesił, za co regularnie otrzymywał z Unii całkiem ładną sumkę. I tak to poszło. Mimo braku wykształcenia Marciniak okazał się łebskim gospodarzem. Wymyślał coraz to nowe usprawnienia i sposoby na pomnożenie majątku. No i, jak to często bywa, pieniądze go popsuły. Przestał normalnie gadać z ludźmi, nie zaglądał już na plotki do gieesu, nawet do kościoła nie chodził, bo twierdził, że nie ma czasu.

- Mruk się z niego zrobieł, na okrungło tylko pod bindką chodzi jak jaki wylęga! I nyrol straśny, tylko bejmy mu w głowie, nieroz patrzysz, a jemu tej w ślepiach śwjici jakby zamiast oczu mioł złotówki. Wszystkich już we wsi zdrzaźnił, tośmy się tej naradzili i uradzili, coby mu jakomś kluntwe zapodać. Jakby mu te jego kochane krówska mlyko dawać przestoły, toby się może przecknoł chłopina!

            Anulka słuchała uważnie, starając się zrozumieć coś z tej przemowy.

- Klątwa to będzie pięć tysięcy, ale jeśli chodzi tylko o krowy... Może wystarczy urok? Za urok byłoby dwa tysiące. Połowa z góry, połowa po robocie.

- A jako to róźnica?

- Urok się rzuca na konkretną sytuację, na przykład na krowy, żeby mleko przestały dawać. Klątwa jest... bardziej wszechstronna. Powoduje pecha we wszystkich dziedzinach życia. Ten na kogo się ją rzuci, traci wszystko: majątek, zdrowie, rodzinę...

- E, to jo już wolę ten urok. Fakt, że Morciniak zgłupioł od bejm, ale kiedyś był swój chłop. Śkoda by było człekowi zdrowie psuć!

            Stanęło więc na uroku. Dzięki obserwacji gospodarstwa Anulka wiedziała już, że gospodarz podjął pewne środki ostrożności. Łąki ogrodzono deskami z poświęconej jarzębiny, a na każdym rogu słupek przewiązano czerwoną nitką. Ale ona umiała sobie radzić z takimi rzeczami. Sprawdziła długość i szerokość geograficzną, aktualną fazę księżyca i sporządziła odpowiednią mieszankę: piołun, kocimiętka i czarcie ziele. Przypomniała sobie smród czosnku wionący od ogrodzenia i uśmiechnęła się z politowaniem. Czosnek, pomyślałby kto! Typowe dla dyletantów. Wampir, wiedźma czy kopalniany Skarbnik, dla nich to jedno licho. Na wszelki wypadek dodała jednak łyżeczkę sproszkowanej ropuchy. Strzeżonego... i tak dalej. Zalała wszystko wodą i spirytusem, podgotowała i zakorkowała w niewielkiej, łatwej do ukrycia buteleczce. Pozostało tylko pójść na pastwisko i w samo południe rozlać mieszankę tam, gdzie zwykle przechodzą krowy. Kaszka z mleczkiem! Oczywiście należało też wypowiedzieć odpowiednią formułę, ale nie była ona skomplikowana. Na Uniwersytecie znał ją każdy pierwszoroczniak. Dlatego Anulka dałaby głowę, że wszystko się uda. Dopiero na miejscu, gdy wymruczała zaklęcie, a pierwsze krople dekoktu dotknęły ziemi, zaczęła się polka.

            Nagle poczuła zapach kopru, tak intensywny, że aż wiercił w nosie. Zaczęła kichać. Potem ścisnęło ją w uszach jak przy zmianie ciśnienia i wtedy zrozumiała. System alarmowy! Mimo woli poczuła szacunek dla nieznanego zamawiacza. Marciniak musiał korzystać z usług prawdziwego fachowca. Nie każdy umiał tak zakamuflować alarm przeciwwiedźmowy. No i zamówić urok, którego jeszcze nie rzucono! Wyższa szkoła jazdy. Nabrała się na ten czosnek... Zerwała się na równe nogi i pobiegła w las. Za nią rozlegały się już krzyki i słychać było zbliżający się warkot silników.

            Anulka ponownie otrząsnęła się ze wspomnień i rozejrzała dookoła. Droga doprowadziła ją na skraj lasu i dziewczyna odetchnęła z ulgą na widok znajomych zabudowań. Dom sołtysa był całkiem niedaleko. Przemknęła przez drogę i trzymając się blisko płotu pobiegła na kwaterę. Pomyślała, że musi nieźle wyglądać: cała poparzona przez pokrzywy, mech i liście we włosach, twarz utytłana w ziemi... Wypisz, wymaluj leśne licho albo czarownica!

            To tyle, jeśli chodzi o celujący z kamuflażu. Kto by teraz uwierzył, że panna Alojza zawsze uważała Anulkę za swoją najzdolniejszą uczennicę! Padłaby na zawał, gdyby ją teraz zobaczyła. Dziewczyna wzdrygnęła się na samą myśl o założycielce i rektorce Uniwersytetu: potomkini Merlina w prostej linii, wiedźmie nad wiedźmami i mistrzyni kamuflażu tak niedościgłej, że nikt nigdy o niej nie słyszał. Oprócz studentów, oczywiście. Oni znali ją bardzo dobrze. No, może nie do końca wiedzieli, jak wygląda... Nawet ci, którzy regularnie chodzili na jej wykłady. Ale o jej osiągnięciach krążyły legendy. Cały Uniwerek wiedział, kto naprawdę stał za operacją Pustynna Burza i skąd się wzięło półtora miliona dolarów na realizację największego marzenia Alojzy Kosmacz: stworzenie Uniwersytetu, który powstał z podziwu godną szybkością na fali euforii wywołanej przemianami ustrojowymi. Tajemnicą poliszynela był fakt, że szyby naftowe w Kuwejcie płonęły tak długo wyłącznie za sprawą skąpstwa Amerykanów, którzy przez osiem miesięcy próbowali negocjować cenę.

            Wystarczyło kilkanaście lat, żeby Warszawski Uniwersytet Wiedźmiństwa i Kamuflażu, czyli WUWiK, stał się największą tego typu instytucją w Europie. Chętnie odwiedzały go największe wiedźmy i czarodzieje z kraju i ze świata. Od lat stałe ćwiczenia prowadził Jakub Wędrowycz. Niestety, mało kto miał głowę na tyle mocną, żeby uczęszczać na wszystkie jego zajęcia. Zwłaszcza, że dyskusje panelowe (nieraz połączone ze śpiewem i tańcem) przeciągały się często do następnego ranka. Geralt z Rivii też kilkakrotnie wystąpił z odczytami, ale skromna pensja naukowa nie zatrzymała go długo na uczelni. Najbardziej żałowały tego studentki. Większość z nich dałaby się pokroić i ugotować ze jeden jego paskudny uśmiech.

            Anulka odetchnęła z ulgą i, starając się wyglądać spokojnie, wkroczyła na sołtysowe podwórze. Wtedy z tyłu ktoś chwycił ją mocno w pasie i przyłożył do szyi coś ostrego. Widły!

- Tuś mi strzygo! Potworze zatracony, wampirze łoko! Nie ućkniesz mi teroz...

            No to koniec. Anulka czuła, że zaraz się rozpłacze. Albo zemdleje. Głównie ze wstydu, bo w tej samej chwili z domu wyszła sołtysowa. Złapała się pod boki i spojrzała hardo.

- Co jest? Letniczke mi straszycie, Morciniok?

- Jako tam z niej letniczko, widźmo jedno! Śkód chciała w gospodarce narobić!

- Ady idź! Mówie, letniczka zez Warsiawy przyjechała! Od ześłej niedzieli u nas stoi. Jakby was co wiency interesowało poza wasze bejmy, to byście ją już wiele raz widzieli! Cięgiem tylko w rzyce pływa albo na polu się łopala.

            Rolnik stracił pewność siebie. Puścił Anulkę i przyjrzał się jej nieufnie.

- Z Warsiawy? Taki szuszwol z brudnom kalafom?

            Dziewczyna próbowała zmiażdżyć go wzrokiem, ale nie bardzo jej się udało.

- Jak nie widźmo, to po co uciekało po lesie?

- Jak gonią, to uciekam! Skąd miałam wiedzieć, czemu mnie pan goni? – Anulka skorzystała ze swobody ruchów i odsunęła się na bezpieczną odległość. – Przepraszam, muszę iść się umyć!

- Zaroz, zaroz! Nie tak pryndko... – chłop próbował chwycić Anulkę, ale wtedy do akcji wkroczyła sołtysowa.

- Wy się na moim polu nie rządźcie, Morciniok! – zajazgotała. – Lepi co byście swojej gospodarki pilnowali zamiast baby po wsi ganiać! A jakeście już tu są, to godojcie co z tym podatkiem leśnym, co to się z nim spóźniacie już drugi tydzień! I na ostatnim zebraniu wiejskim tyż wos nie było!

            Z każdym wypowiedzianym zdaniem głos sołtysowej nabierał mocy i wznosił na coraz wyższe tony. Marciniak słuchał w milczeniu, ale mocno ściskał widły, a jego twarz z wolna nabierała barwy dojrzałych wiśni. Anulka wolała nie sprawdzać, jak skończy się ta rozmowa. Korzystając z nieuwagi prześladowcy czmychnęła do łazienki.

            Tak naprawdę doszła do siebie dopiero w pociągu relacji Poznań – Warszawa. Oczywiście postarała się wyjechać jak najszybciej. Miała serdecznie dość wiejskich atrakcji. Pomyśleć tylko, że musiała jeszcze wykłócać się z sołtysową o wynagrodzenie! Cwana baba chciała najpierw sprawdzić, czy urok zadziałał. W końcu zgodziły się na tysiąc pięćset zamiast obiecanych dwóch tysięcy. Anulka nie miała zamiaru czekać, aż gospodarz zauważy brak mleka u swoich krów. A była o mały włos od porażki! Wszystko przez sołtysową, która „zapomniała” poinformować ją, że już w zeszłym roku wieś zrzucała się na usługi dwóch lokalnych zamawiaczek. Jedna miała zepsuć ziarno w spichrzu, druga sprowadzić chorobę na bydło. Pierwszej nawet się udało, ale kiedy po kilku dniach poszkodowany rolnik znalazł ją i przystawił widły do szyi, w mig dała się przekonać do cofnięcia uroku. Druga, wynajęta kilka miesięcy później, poszła do Marciniaka na przeszpiegi  i słuch po niej zaginął. Anulka prychnęła i uśmiechnęła się smutno do własnych myśli. Jej pewnie też „zapomnieli” powiedzieć, że gospodarz może być nieco uprzedzony do gości mruczących zaklęcia na progu obory. Ten cały Marciniak musiał rzeczywiście mieć łeb na karku. Pewnie od razu po pierwszym uroku zabezpieczył całe gospodarstwo u najlepszego fachowca. Perfekcyjnie zakamuflowany system alarmowy błyskawicznie zneutralizował zaklęcie Anulki. Całe szczęście, że przypadkiem trochę mikstury wylało się jej na dłoń. Kiedy Marciniak ją trzymał, starannie wytarła ją w jego rękę. Jednocześnie wyszeptała zaklęcie. Specjalnie wzmocnione, żeby nie pomogła nawet najstaranniejsza kąpiel. Teraz wystarczy, żeby przeszedł obok jakiejś krowy, a ta natychmiast straci mleko. Swoją drogą ciekawe, czy Marciniak zacznie znów odwiedzać sąsiadów? Oni też hodują bydło.
Zmieniony: Poniedziałek, 28 Grudzień 2009 21:00
 

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 15 gości 

Imieniny


19 Maja 2012
Sobota
Imieniny obchodzą:
Augustyn, Celestyn,
Iwo, Mikołaj,
Pękosław, Piotr,
Potencjana
Reklama:
Reklama
Reklama: