Księżniczka Teatru PDF Drukuj Email
Utwory - Opowiadania
Wpisany przez Kowalska Sara   
Sobota, 29 Październik 2011 12:12


                Gonili ją. Znów. Nie wiedziała czemu. Nigdy, nikt jej nic nie tłumaczył. Nie znała ludzi, ponieważ wszyscy mieli ją za potwora, nie mogła z nimi przebywać, poznawać ich. Chodziła czasem do jakiegoś miasta, brała jedzenie, gonili ją za to, krzyczeli, grozili, że zabiją. Zawsze była sama. Kiedyś był ktoś, kto się nią zajmował, nazywał pieszczotliwie księżniczką, kochał, dbał o nią, uczył ją chodzić i mówić. Zawsze ukrywały się w lesie, była nauczona, by unikać ludzi. Ale kobieta, którą kochała i nazywała mamą zmarła, gdy ona była malutka. Miała wtedy zaledwie kilka latek. Od tego czasu musiała zadbać o siebie sama. Życie nie było dla niej bajką. Gdy była mała, ludzi przymykali oko, gdy wbiegając do miasta i zabierając coś do jedzenia, uciekała do lasu. Ale teraz, gdy jest już dorosłą kobietą, ubraną w liście, czasem w znalezione gdzieś, w lesie, lub zdjęte ze umarłego wędrowcy stare ciuchy, ludzie traktowali ją inaczej, źle. Niektórzy bali się i krzyczeli za nią „czarownica”, jednak ona nie wiedziała nawet, co to znaczy. Dawno, dawno temu kobieta, która z nią była opowiadała jej bajki o złych czarownicach, gdy była niegrzeczna, jednak jeszcze, zanim zmarła, powiedziała, że to tylko bajki, żeby się nie bała. Dziewczyna nie wiedziała nawet, jak się nazywa, gdyż odkąd pamięta nazywana była tylko „księżniczką” lub „dzieckiem”.

                Biegła przez las, potykając się o korzenie, biegła, byle jak najgłębiej, jak najdalej, byle schować się podłym ludziom, którzy tak koniecznie chcieli ją skrzywdzić. Bała się. Ona zawsze się bała, jednak nigdy nie mogła tego okazywać. Teraz też nie. Biegła więc, by się uratować, schować. Odwróciła się, sprawdzając, jak daleko są jej prześladowcy. Nagle na coś wpadła. Uderzenie powaliło ją. Upadła. Przerażona, spojrzała w górę, nad nią stał jakiś mężczyzna. Uśmiechał się złowróżbnie. To faktycznie było „coś”, nie „ktoś”. Ten potwór chciał jej zguby. Przerażona odskoczyła, jednak mężczyzna przybliżył się, pochylił nad nią.

- Mi nie uciekniesz, maleńka- mruknął złośliwym, przesłodzonym głosem. Chciał ją złapać, jednak zrozpaczona, zbierając wszelkie siły kopnęła go w piszczel. Upadł wrzeszcząc z bólu, odturlała się, podniosła i szybko zbiegła. To kolejna jej ucieczka, zakończona sukcesem. Szczerze liczyła, że jeszcze nie raz uda jej się uciec. Nie chciała umierać.- Rozmyślając pobiegła do jaskini, w której lokowała się od jakiegoś czasu. Nocą było tam bezpieczniej niż pod gołym niebem. Dodatkowo, ciemna, wąska i długa jama pozwalała jej się skutecznie chować. Usiadła zmęczona w najbardziej oddalonym, najciemniejszym i najbardziej skrytym miejscu. Zaczęła płakać. Nie była zbytnią mazgają, jednak były chwile, kiedy nie rozumiała życia, miała go dość. Nie rozumiała, co zrobiła tym ludziom, że tak ją ścigali. Pragnęła spokoju, przerażało ją, że całe życie miała spędzić na ucieczce.

                W ciemnej, suchej i bezpiecznej jamie przerażenie znikało, płacz cichł usypiając biedną, smutną dziewczynę, dawał jej chwilę wytchnienia. Jednak tylko chwilę, wiedziała, że nazajutrz obudzi się, a życie nadal nie będzie przypominało bajki...  
                Dziewczyna miała rację, zaraz po tym, jak się obudziła, dotarło do niej, jak jej życie jest okrutne. Byłe zimno, w swojej jamie trzęsła się z zimna, była głodna, spragniona, na wpół żywa. Z trudem podniosła się, musiała rozpalić ogień i zjeść coś, zanim będzie dla niej za późno. Wyszła na zewnątrz, z przerażeniem odkryła, że pada śnieg. Nastał najgorszy dla niej okres - zima. Stopy szczypały ją na skutek dotyku lodowatej pierzyny, jednak dzielnie szła dalej w las. Wygłodniała, jak zwierz zaczęła grzebać w ziemi, chciała wykopać korzonki, które nadawałyby się do zjedzenia. Zbierała też drewno. Gdy miała już tyle drewna, by wystarczyło jej na najbliższych kilka godzin, po częściowemu zaspokojeniu głodu, wracała do jaskini. Była bardzo słaba, teraz już sama nie była pewna, czy uda jej się dojść do jaskini. Sama, choć nie była pesymistką, zastanawiała się teraz, czy ma szansę przeżyć.       
- Hej!- podskoczyła przestraszona, drewno rozsypało jej się u stóp. W jej stronę szedł jakiś mężczyzna w grubym kożuchu. Zaczęła uciekać. Jej mięśnie paliły, płakała z bólu, nie mogła oddychać, a mroźne powietrze drażniło jej płuca i gardziel. Potknęła się i upadła. Słyszała zbliżającego się mężczyznę, który cały czas za nią wołał, jednak nie miała już siły, ani fizycznej, ani psychicznej, by dalej uciekać. Leżała w śniegu, płakała i czekała na śmierć. Rzucało nią, co przypomniało jej agonię kobiety, która dawniej się nią zajmowała. Była pewna, że umrze, jednak teraz cieszyło ją to. Liczyła, że śmierć oznacza początek. Początek czegoś nowego, lepszego, przynajmniej dla niej.

                Było jej ciepło, przyjemnie i miękko. Umarłam- tak pomyślała. Otworzyła oczy, chciała zobaczyć jak wygląda niebo, o którym kiedyś tyle słyszała. Uczyniła to i odskoczyła.           
- Spokojnie... Nic ci tu nie grozi, nie bój się...- koło niej, na ogromnym i bogatym łożu z baldachimem siedział mężczyzna. Wyglądał znajomo. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to ten sam gonił ją w lesie, zanim upadła. Przerażona zaczęła wierzgać, próbując się uwolnić z kołdry. Była pewna, że ten mężczyzna chce jej krzywdy, jak każdy, zaraz podpali łóżko, albo jak gdyby nigdy nic, zabije ją nożem.            
- Uspokój się, proszę! Nic ci nie zrobię. Jak chcesz, wyjdę, tylko się uspokój, bo sobie zaszkodzisz! Mam wyjść?- mówił ze spokojem, tak, że mimowolnie przestała się szarpać. W jego głosie nie było żadnych negatywnych uczuć, zaskoczyło ją to do tego stopnia, że znieruchomiała i utkwiła w nim szeroko otwarte oczy.
- Coś nie tak?   
- Nie... – mruknęła nieśmiało, strachliwie.       
- Jak masz na imię?      
- Imię?
- Tak, jak się nazywasz?            
- Ja nie mam imienia...                
- Nie masz? Biedna, ile ty musiałaś przejść... Dobrze, nie będę cię straszył. Pójdę, a ty prześpij się, odpocznij. Przysięgam, że nie masz się czego obawiać, w tym miejscu, nikt cię nie skrzywdzi.

- Ja... dziękuję...- wyszedł, a nieco już uspokojona dziewczyna ostrożnie położyła się na miękkich poduszkach. Przymknęła oczy. Zastanawiało ją, czemu ten mężczyzna zachowywał się tak dziwnie, był dla niej miły. Usłyszała śpiew ptaków. Czuła się tu jak w klatce. Podniosła się z łóżka i podeszła do okna. Po dłuższej chwili kombinowania, udało jej się otworzyć okno. Jednak gdy zaatakowała ją fala zimnego powietrza, czym prędzej je zamknęła. Niespodziewanie zauważyła wielką balię, pełną parującej wody. Niepewnie podeszła do niej, musnęła palcem powierzchnię wody. Była taka ciepła... Drzwi trzasnęły, speszona podskoczyła i wpadła do balii. Zaczęła tonąć, nie wiedziała, w którą stronę powinna się poruszyć, by wydostać z wody. Ktoś złapał jej ramię, mocno pociągnął. Po chwili już siedziała w wodzie, kaszląc i wypluwając mnóstwo płynu.           
- Już dobrze, spokojnie...- delikatnie głaskał ją po ramieniu – nic ci się nie stało?        
- Nie... dziękuję...- usłyszała tylko dźwięczny śmiech, ten odgłos znów spowodował zaskoczenie dziewczyny. Nie był wrogi, był serdeczny i ciepły.

                Niepewnie podniosła się i wyszła z wody.       
- Poczekaj- zawołał imię jakiejś kobiety, głośno w stronę drzwi. Po chwili wbiegła jakaś kobieta, krzyknęła imię Boga i wybiegła, by po chwili wrócić z bogato zdobionym szlafrokiem. Nigdy nie widziała czegoś tak pięknego, a teraz, ta kobieta założyła go na jej ramiona!     
- Dziękuję- szepnęła wzruszona, rumieniąc się.            
- Nie potrzebnie. Czuj się jak u siebie w domu.- uśmiechnął się do niej, znów tak serdecznie. Zauważyła, że nie może być dużo od niej starszy, zatonęła w jego oczach, nie wiedziała jak ma się zachować, to wszystko było dla niej takie dziwne...            
                Kilka dni lokowała się w tym pokoju, miała tam ciepło, chroniła się i nigdy nie otwierała okna. Młodzieniec, o imieniu Franciszek odwiedzał ją codziennie, był miły, prosił, by została, choć do końca zimy. Nazywał ją Emilią, przedtem zapytał, czy może, czy takie imię się jej podoba. Podobało. Wszystko tu jej się podobało, ten mężczyzna uratował jej życie, był dla niej taki miły... teraz, po upływie kilku dni nazywała go swoim aniołem, oddałaby za niego życie. Wiedziała, że i tak pewnie niedługo wyrzuci ją stąd i jej życie wróci do normy, ale na razie było piękne. – leżała tak i rozmyślała, gdy nagle do pokoju ktoś zapukał. Podniosła się a do pokoju wszedł Franciszek. Uśmiechnął się do niej.                
- Jak się czujesz?            
- Dobrze, dziękuję

- Mam prośbę, zrobisz coś dla mnie?  
- Oczywiście- mógł prosić o wszystko, gdyby tego zechciał, mogłaby nawet zabić jakiegoś człowieka.
- Emilia, nie rób, proszę takiej miny, nie musisz, chciałem tylko poprosić, żebyś poszła ze mną do teatru.
- Do teatru?- szybko wyjaśnił jej co to jest teatr, nie mogąc się opanować, rzuciła mu się na szyję, ucałowała go lekko w policzek.            
- Dziękuję... dziękuję za wszystko! – zaśmiał się, lekko odepchnął ją od siebie i zmierzył wzrokiem. Strasznie się zawstydziła, bała się, że uraziła go tym, co przed chwilą zrobiła.
- Ale tak iść nie możesz...- mruknął gładząc piękną sukienkę, którą tu dostała.            
- Nie?- Zapytała rozkojarzona.               
- Nie. LINA!- zawołał kobietę, która pomagała mi we wszystkim. Weszła natychmiast.
- Tak, Panie?    
- Pomóż przygotować się Emilii stosownie do teatru, proszę. Tylko szybko. Zawołaj mnie, jak będzie gotowa. – uśmiechnął się do nas i wyszedł.          
- No, panienko spodobałaś się Panu.. do teatr, no, no, no...- nie wiedziała co odpowiedzieć, milczała. Po chwili była uczesana, jej długie, czarne włosy były zaczesane do tyłu, miała powpinane delikatne, białe perełki. Ubrano ją w wytworną, kremową suknię, dużo bogatszą i piękniejszą od tej, w której była wcześniej. Na dłoniach miała białe rękawiczki, dostała wachlarz i białe pantofelki.           
- Jaka jesteś piękna...- odwróciła się błyskawicznie, w efekcie upadła.             
- Proszę pana! Bez pukania! Do pokoju kobiety, wiedząc, że się przebiera!- Pani Lina podbiegła do Franciszka, okładając go ręcznikiem i groźnie fukając, wypędziła go z pokoju. Pomogła podnieść mi się z podłogi, akurat wtedy, gdy do pokoju ktoś zapukał. Po chwili stał przy nas Franciszek.        
- Pozwolę sobie zauważyć, że panienka Emilia jest już ubrana. Przepraszam, że cię przestraszyłem- ukłonił się lekko przede mną.  Pani Lina, fucząc i marudząc pod nosem wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Franciszek uśmiechnął się i podał mi ramię            
- Pani pozwali?              
- Oczywiście- delikatnie złapał się mężczyzny, który wyprowadził ją z pokoju.        
- Czy zdajesz sobie sprawę, że twoja uroda jest niebezpieczna? Wystarczy raz na ciebie spojrzeć, by chcieć oddać za ciebie życie...- zachichotała tylko, rumiana, nie przyzwyczajona do komplementów.

                Do teatru, który okazał się okrągłym, osłanianym materiałami budynkiem, na środku którego ludzie udawali różne istoty. W pewnej chwili dziewczyna, nie kontrolując tego i wraz z aktorami zaczęła tańczyć i grać. To było jak magnes, jak magia, wiedziała, co powinna robić, choć nigdy nie słyszała nawet o czymś takim jak teatr. Po przedstawieniu widownia głośno klaskała, prosiła, by Emilia powtórzyła piosenkę, którą niedawno zaśpiewała. Szczęśliwa dziewczyna spełniła ich prośbę. Nagle zauważyła, że w jej stronę biegnie jakiś rozzłoszczony mężczyzna. Ucichła przestraszona.              
- Emilia!- w jej stronę biegł też Franciszek. Dobiegł pierwszy i mocno ją przytulił.- pięknie...
- Przepraszam bardzo, co to miało być?! Panienko, trzeba mieć pozwolenie, żeby tu grać!- Franciszek odwrócił się niechętnie i spojrzał na mężczyznę.    
- Przepraszam, ona jest ze mną.- uśmiechnął się, a speszony mężczyzna ukłonił się
- Ja... ja przepraszam, po prostu... ona... nie wolno tak...             
- Oni nigdy nie była w teatrze, ja jej nie ostrzegłem, że tak nie wolno, wina więc leży po mojej stronie.          Rozumiem, że nie zamierza pan tego wybaczyć i postawi mnie przed sądem?     
- Nie! Nie! Jakże bym śmiał, najjaśniejszy panie... tylko...         
- Panie Gustawo! Ta dziewczyna ma wielki talent, bardzo by nam pomogła!- mężczyzna zamyślił się
- Faktycznie... proszę przyjąć moje przeprosiny. Czy zechciałaby panienka dołączyć do naszego teatru?
- Ja...- spojrzała zaskoczona na swojego obrońcę, uśmiechnął się i lekko skinął głową- bardzo bym chciała...

                Od tej pory Emilia występowała w teatrze, grała różne role, jednak każdą zagrała świetnie. Zdobyła nieśmiertelną sławę, nazywano ją księżniczką teatru. Jednak nigdy nie zapomniała o mężczyźnie, któremu wszystko zawdzięczała. Dowiedziała się, że jest szlachcicem, tego domyśliła się już wtedy, gdy pierwszy raz poszli do teatru. Mimo sławy dalej mieszkała u Franciszka, tyle że, niebawem już, jako jego żona. Do końca życia nazywano ją księżniczką teatru, a i długo po śmierci nie zapomniano o jej wielkim talencie.

Zmieniony: Niedziela, 30 Październik 2011 13:30
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości 

Imieniny


19 Maja 2012
Sobota
Imieniny obchodzą:
Augustyn, Celestyn,
Iwo, Mikołaj,
Pękosław, Piotr,
Potencjana
Reklama:
Reklama
Reklama: