Noc bliska Panu PDF Drukuj Email
Utwory - Opowiadania
Wpisany przez Kowalska Sara   
Sobota, 29 Październik 2011 12:25


            Nastał wieczór. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, miałam więc pełno pracy. Krzątałam się po kuchni, czując, że coraz mniej panuję nad nerwami. Bałam się. Za dwie godziny miał wrócić Michał, mój mąż. Nie był złym człowiekiem… Po prostu lubił ład i porządek. Moim zadaniem było dbanie o dom, o męża, a także opieka nad dziećmi. Jednak małżeństwem byliśmy od niedawna, nie mieliśmy jeszcze dzieci, choć byłam w ciąży. W siódmym miesiącu ciąży… Mimo to Michał był zasadniczy. Jeżeli czegoś nie zrobiłam idealnie, bił mnie, karał. Wiedziałam, że zasługuję na to. Miałam obowiązki należące do kobiet od samego początku ludzkości. Powinnam sobie z nimi radzić. Tym gorzej się czułam z faktem, że bałam się go, nie umiałam zrozumieć, że to normalne. Czasem nawet pozwalałam sobie myśleć, że mogłabym żyć tak jak inne moje koleżanki, w luźnych związkach, gdzie mąż pomagał swojej żonie. Zazdrościłam im tego, ale jednocześnie bałam się jeszcze bardziej. Miewałam wątpliwości, co do jakości naszego związku. Nie raz musiałam odwołać spotkanie z moimi rodzicami, żeby nie zobaczyli jednego z moich częstych siniaków. Czasem Michał denerwował się na tyle, że przestawał nad sobą panować. Bił mnie wtedy znacznie mocniej, kopał, wyzywał. W takich chwilach naprawdę mnie przerażał. Raz wyrwałam mu się i uciekłam na korytarz. Zdenerwował się wtedy jeszcze bardziej. Trzymając za kark, przywlókł z powrotem do mieszkania. Uderzył mnie w potylicę, straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, byłam w kącie, związana i cała obolała. Uwolnił mnie po dwóch dniach. Od tego czasu unikałam jak ognia wszystkiego, co mogło go zdenerwować.
            Westchnęłam, kończąc w ten sposób szaradę wspomnień. Wiedziałam, że nie mam na to czasu. Szybko wymieszałam przypalające się kawałki ryb. Otworzyłam okno, żeby mąż nie wyczuł swądu spalenizny.  
            Do powrotu Michała zostało mi jeszcze zaledwie dwadzieścia minut. Niby wszystko co do mnie należało, było zrobione, jednak lęk pozostawał.                  
            Nie chciałam źle wyglądać w jego obecności, nie lubił tego. Szybko więc pobiegłam do łazienki i doprowadziłam się do ładu. Gdy byłam gotowa, biegiem sprawdziłam, czy w całym pokoju panuje ład i porządek. Wróciłam do kuchni, włączyłam kuchenkę, by podgrzać obiad. Wstawiłam też wodę na kawę. Jego ulubiony kubek stał przygotowany.     
            Nagle rozległ się dźwięk domofonu. Poczułam, jak krew odpłynęła mi z twarzy. Podbiegłam
i wpuściłam męża. Biegiem wróciłam do kuchni, wymieszałam wszystko, co mogłoby się przypalić. Chwyciłam jego papcie, otworzyłam drzwi, postawiłam je na progu. Już po kilku sekundach, do drzwi dotarł Michał. Czując zapach obiadu, uśmiechnął się. Od razu mi ulżyło.   
            Ściągnął buty, założył papcie. Złapał moją dłoń i pociągnął. Obeszliśmy całe mieszkanie. Zajrzał wszędzie, sprawdził, czy jest porządek. Dopiero gdy dotarliśmy do kuchni, przytulił mnie.
- Witaj, kochanie…- Pocałował mnie w czoło.          
- Witaj- odszepnęłam nieśmiało. Puścił mnie. Szybko podeszłam do kuchenki, wyłączyłam ogień pod obiadem. Nałożyłam go i podałam mężowi.     
- Podać kawę czy herbatę?    
- Kawę.- Odparł krótko. Siedział już i posilał się. Posłusznie skinęłam głową i przygotowałam napój. Postawiłam przed nim.    
- Laura?- Zagadał nagle.        
- Tak?
- Czemu nie jesz?       
- Nie jestem głodna.- Zadrżał mi głos. Przestraszyłam się, miałam nadzieję, że tego nie usłyszy. Strasznie go drażniło, kiedy ukazywałam swój strach.         
- Jadłaś już?   
- Nie!- Zaprzeczyłam szybko, czułam, że znów blednę.       
- Spokojnie. Usiądź i zjedź.- To nie była prośba… Nałożyłam więc małą porcję dla siebie, usiadłam i zaczęłam grzebać widelcem w talerzu.   
- Laura, wszystko w porządku?- Drażniłam go. `      
- Tak, tak… Przepraszam…- Mruknęłam i mimo woli odsunęłam się trochę. Westchnął.
- Nie bój się. Powiedz prawdę. Coś nie tak? Coś cię boli?    
- Ja… Tak… Brzuch mnie boli…- Z niepokojem spojrzał na mój brzuch. Tam rozwijał się jego syn.
- Na pewno nic nie zjesz?      
- Tak. Nie chcę… Nie dobrze mi… Przepraszam…- Jęknęłam, nagle poczułam się słabo. Kiedy wszystko, co miałam zrobić, zrobiłam, pozwoliłam sobie na dopuszczenie do głowy myśli dotyczących mojej osoby. Bardzo źle się czułam, bolał mnie brzuch, kręciło mi się w głowie i miałam mdłości.
- Laura?- Skinęłam głową, ale nie odpowiedziałam, nie dałam rady.           
            Podszedł, ostrożnie mnie podniósł, przeniósł do pokoju i położył.  
            Bałam się, jak zareaguje na taki mój stan? Zdenerwuje się? To, jak dziwnie się teraz zachowywał, wcale nie pomagało. Jeszcze nigdy nie był wobec mnie taki troskliwy.
            Noc. Leżałam, niewiele do mnie docierało. Wiedziałam jednak, że Michał cały czas przy mnie siedział. Mimo bardzo później pory, nie kładł się, czuwał. Okrywał mnie, podawał picie, zmieniał okłady. Już sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Bałam się, ale jego zachowanie przede wszystkim szokowało mnie.            
            Nadal nie mogłam spać, choć minęło dużo czasu. Na szczęście czułam się już lepiej. Jednak przeszkadzał mi okropny smak w ustach. Poruszyłam się, chcąc wyplątać z kołdry. Michał od razu podniósł się.   
- Kochanie? Coś się stało?- Odruchowo minimalnie się skuliłam.    
- Nie… Chciałam tylko się umyć…   
- Laura… Niezbyt mnie interesuje, co ty chcesz. Masz myśleć o moim dziecku i mnie słuchać. Rozumiesz?- Skuliłam się. Wyraźnie go zdenerwowałam.    
- Ja… przepraszam… ja tylko… Nie chciałam….     
- Kładź się. Już!- Posłusznie szybko zakopałam się w kołdrze.- No. I nawet nie próbuj myśleć.
            Skuliłam się i zakryłam twarz. Bałam się jego gniewu, bałam się jego reakcji na moje łzy. Zaczęło świtać, a ja wciąż nie mogłam zasnąć. Michał też. Pilnował, bym nie wstawała. Bym była posłuszna…           
- Michał… Ja muszę do łazienki… Muszę skorzystać…- Jęknęłam.
- Idź- zgodził się wreszcie. Podniosłam się i szybko poszłam do ubikacji. Gdy miałam już pusty pęcherz, podeszłam do zlewu. Szybko umyłam zęby, jednocześnie modląc się w duchu, by się nie dowiedział.
            Wyszłam. Stał zaraz za drzwiami, bardzo zdenerwowany.   
- Chuchnij.- Polecił.   
            Poczułam, że blednę. Wiedziałam, że zaraz wpadnie w straszny gniew. Zacisnęłam oczy, chuchnęłam. Tak, jak się spodziewałam, zaraz potem dostałam w twarz.    
- Wyraziłem się nie jasno, idiotko?!  
- Ja tylko…- Znów mnie uderzył, znacznie mocniej.            
- Zamknij się. Leżeć, już!- Złapał mnie za szyję, mocno trzymając doprowadził i rzucił mnie na łóżko.- Jak skrzywdzisz moje dziecko, zamorduję, rozumiesz to bezmózga kretynko?!- Przyparł mnie do ściany, krzyczał prosto w twarz.
            Płakałam. Nie mogłam przestać. Michał siedział tuż obok, bardzo zdenerwowany.
            Właśnie tak wyglądał nasz wigilijny poranek.           
            Nagle brzuch mnie potwornie rozbolał. Miałam wrażenie, że ktoś rozrywa mi go na strzępy. Nie mogłam tego wytrzymać. Krzyczałam, mimo że Michał uciszał mnie, zdławił moje krzyki poduszką.    
            Gdy najgorsza fala bólu ustała, przyszły skurcze. Dodatkowo czułam się mokra, tak, jakby ktoś oblał mnie czymś od pasa w dół. Zaniepokojona odrzuciłam kołdrę. Nim się podniosłam, Michał wydał dźwięk, jakby się dławił, po czym wybiegł z pokoju. Podniosłam się. Przerażenie jakie przeżyłam, było nie do opisania. Materac cały był we krwi.   
            Nie minęło dwadzieścia minut, a do pokoju wrócił Michał. Przyprowadził do mnie funkcjonariuszy pogotowia ratunkowego. Mężczyźni podeszli i szybko przełożyli mnie na noszę. Okryli kocem. Nim się obejrzałam, byłam już w karetce. Jechałam do szpitala. Obok siedział Michał, jednak wydawał się nie zdawać sobie sprawy z mojej obecności. Zwyczajnie mnie ignorował.
            Strasznie się bałam. Czy straciłam dziś dziecko?- To pytanie nie dawało mi spokoju. Bynajmniej nie martwiło mnie, co zrobi Michał. Kochałam to maleństwo. To cząstka mnie, bardzo ważna.
            Wygonili Michała, ponoć im przeszkadzał. Zabrali mnie na jakąś salę. Podłączyli kroplówki i krew.  Zbadali mnie, podali lek, poinformowali tylko, że to uspokajający. Wyszli, zostawiając mnie samą sobie, nie informując, co z maleństwem. Modliłam się, błagałam Pana, by nie zabierał mojego skarbka. Głaskałam brzuch, który wydawał się jakby mniejszy.          
            Dopiero po kilkunastu minutach wrócił lekarz. Towarzyszące mu pielęgniarki uśmiechały się. Dały  mi tym nadzieję. Jednak mina lekarza była całkiem inna.     
- Pani Laura Orlikowska?      
- Tak…           
- Przykro nam, pani dziecko nie żyje.           
- Ale… Nie…- Oczy zapiekły, poczułam spływające po policzku łzy.        
- Wezwać męża?- Nie odpowiedziałam.- Rozumiem.- Lekarz wyszedł. Zostały tylko pielęgniarki, które wreszcie przestały się uśmiechać.        
- Ze względu na pani zdrowie, płód zostanie usunięty jutro rano. Proszę odpoczywać i nie martwić się. Jest pani młoda, ma jeszcze czas.- Wyszły.     
            Czas… Nie chciałam czasu, tylko moje maleństwo. Ta kobieta nie wiedziała, o czym mówi…
- Laura?- Głos Michała sprowadził mnie na ziemię. Nie odpowiedziałam mu jednak.- Kochanie? Powiedz, co się stało?           
- Daj mi spokój. Proszę, idź stąd!- Warknęłam, zdając sobie sprawę, że już w ogóle się go nie boję. Po prostu przestała mnie interesować moja własna osoba.           
- Laura… Dobrze, zaraz pójdę, powiedz tylko, czy wszystko w porządku…          
- Nic nie jest w porządku, rozumiesz?! Moje dzieciątko nie żyje, ty jesteś zwykłym śmieciem, to ty je zabiłeś!- Wrzasnęłam, powstrzymując na tę chwilę łzy. Teraz jednak płynęły ze zdwojoną siłą.
- Nie żyje? Przeze mnie?- Wykrztusił. Jednak to, w jakim był stanie nie robiło już na mnie wrażenia.
- Tak! Nasz syn nie żyje i to wyłącznie z twojej winy! Wynoś się stąd, daj mi spokój!
- Ja… już idę… Przepraszam… Odpocznij…- wyszedł, zostawiając mnie zupełnie samą, tylko z martwym już dzieciątkiem we mnie… To było nie do wytrzymania. Ja nie płakałam, ja wyłam, wrzeszczałam.
            Nagle do pokoju weszła pielęgniarka. Uśmiechnęła się smutno, przez wenflon podała mi jakieś lekarstwo.            
- Wszystko będzie dobrze… proszę się uspokoić…- Tak też się stało. Nerwy ustawały, słabłam. Pielęgniarka ruszyła ku drzwiom, ale czy wyszła- nie wiem. Oczy same mi się zamknęły.
            Tuż obok mnie unosiła się przepiękna, całkowicie biała postać. Miała skrzydła, ale przypominała człowieka. Pięknego człowieka… Nie umiałam jednak określić płci tej istoty. Trzymała harfę.            
            Nagle postać zaczęła grać, otworzyła usta, z których wydostały się tak nieziemsko piękne melodię, że miałam problem, ze skupieniem się na treści tej boskiej pieśni.

 

„Choć tyle krzywd wyrządził Ci,
To wciąż kochacie się.
Nie niszczcie tego bo,
To nie wybaczalny błąd.
Zabolało Was oboje,
Lecz zgoda lekiem jest.
Wybaczać, to być blisko Pana.
Pamiętaj więc, jak kochasz go,
Dajcie szansę sobie wzajem,
To i szansę otrzymacie”

 

            Zbudziłam się. Zrozumiałam, że to wszystko było snem, ale jednocześnie pojęłam, że nie był to zwykły sen. Ta postać… To był Anioł, wysłał go Pan, z ostrzeżeniem dla mnie. Wiedziałam, że miał rację. Kochałam Michała… Ale czy umiałby się zmienić? Przestać traktować mnie tak podle?
            Z opóźnieniem zrozumiałam, że ktoś od dłuższego czasu gładzi moje włosy. Pamiętając Anioła, a także to, co mi przekazał, zareagowałam jak najspokojniej. Otworzyłam oczy. Tak jak się spodziewałam, to był Michał. Nie wyglądał na zdenerwowanego, ale na pewno załamanego, strasznie smutnego.
- Laura?- Podniósł się, patrzył na mnie łagodnie.- Jak się czujesz?
- Kiepsko…- Mruknęłam, nie musiałam dodawać, że mam na myśli stan psychiczny.
- Ja… Bardzo cię przepraszam… Błagam, wybacz mi to, czym byłam… Wybacz, że tak cię traktowałem… Ja… Przepraszam… Ale proszę… Błagam… Daj mi jeszcze szansę… Pozwól mi się zmienić, poprawić… Proszę… Wiem, że sam wszystko zniszczyłem… Przepraszam…- Płakał. Mimo to, uśmiechnęłam się. To dlatego, że Anioł miał rację. Jednak nim mu odpowiedziałam, dostałam strasznych skurczy. Zwinęłam się i jęknęłam z bólu.
- Laura? Co jest?
- Brzuch… Boli… Skurcze…- Wyjęczałam. Michał wybiegł, po chwili wrócił z lekarzem, który spojrzał tylko i niczego nam nie tłumacząc, kazał pielęgniarkom przygotować mnie do zabiegu.
            Byłam na sali porodowej. Sama zgodziłam się urodzić moje martwe kochanie. Nie chciałam, żeby wyjęli je ze mnie, jak jakąś rzecz.
            Tak więc rodziłam, Michał cały czas był obok, wspierał mnie.
            Leżałam tak, strasznie już zmęczona, od jakiejś godziny. Wypełniałam polecenia lekarza, parłam.
            Nagle rozległ się płacz. Pielęgniarka, położna i lekarz wydali z siebie zduszone okrzyki.
Ja… Sama nie wiedziałam, co się ze mną działo… Na pewno się cieszyłam, ale i bałam. Moje dzieciątko, które było martwe, teraz płakało. Urodziłam je, żywe. Lekarze coś mówili. Nie interesowało mnie jednak, co. Płakałam. Łzy szczęścia kapały mi po twarzy, a ja modliłam się i dziękowałam Panu.
            Nareszcie dostałam swojego synka, mogłam go przytulić i nakarmić.
            Byłam słaba, jednak szczęście dodawało mi sił. Moje maleństwo żyło, było całe i zdrowe! Michał wreszcie zrozumiał, jak mnie traktował. Teraz stał i obserwował mnie z Jankiem. Nie miał nawet odwagi podejść bliżej.
            Przeprosił, a ja wybaczyłam. Nie chciałam już, żeby się smucił.
- Michał?
- Tak?- Podszedł szybko, gotowy mi pomóc, spełnić każde życzenia.
- Proszę.- Z uśmiechem podałam mu zawiniątko.- Przytrzymaj go.
- Ja… Naprawdę?
- Oczywiście. Przywitaj się ze swoim synem.- Ostrożnie go ode mnie odebrał. Spojrzał na niego i uśmiechnął się. Posłał mi spojrzenie pełne miłości, ale i trwogi.
- Czy to znaczy… że jesteś w stanie mi wybaczyć?- Spytał z niedowierzeniem, zaskoczony.
- Tak. Wesołych świąt, kochanie.- Wstałam i uważając na Janka, przytuliłam ich obu.
            To był bez wątpienia najcudowniejszy dzień mojego życia. Janek, choć szokując wszystkich urodził się cały i zdrowy, a ja dodatkowo jeszcze odzyskałam ukochanego męża.
            Mam świadomość, że to wszystko jest zasługą Pana. Raduję się, bo pozwolił mi z uśmiechem przeżyć Wigilię świąt Bożego Narodzenia, na które tak długo czekałam.
            W tym szczególnym dniu Miłosierdzie Pańskie jest jeszcze większe, jego litość i dobroć nie znają granic. Pamiętajcie o tym!
            Boże Narodzenie to rocznica największego poświęcenia ze strony Pana, dla nas, ludzi. Nie zapominajcie o tym, jak ważna prawda kryje się pod bożonarodzeniowymi potrawami i prezentami.
            Pamiętajcie, co tak naprawdę jest powodem do radowania się w tym Dniu.

Zmieniony: Niedziela, 30 Październik 2011 13:28
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości 

Imieniny


19 Maja 2012
Sobota
Imieniny obchodzą:
Augustyn, Celestyn,
Iwo, Mikołaj,
Pękosław, Piotr,
Potencjana
Reklama:
Reklama
Reklama: