Zapach zielonych jabłek PDF Drukuj Email
Utwory - Opowiadania
Wpisany przez Paulina Maryniak   
Wtorek, 24 Luty 2009 14:11


Pochmurny dzień. Mnóstwo chmur. Deszcz zacina, nie widać ulic. I ona nie widziała.

-Ciśnienie?
-Spada!
-Tętno?
-Niedobrze… na Boga, odsuńcie te wszystkie klamoty! Sheryl! Zabierz mi to sprzed nóg!
-Ciśnienie ciągle spada!
-To koniec! Zbyt silnie uderzył…
-Nie! Nie dajcie jej odejść!
-Ma na imię Elis.

Obudziło ją słońce. Tak ostre jak na tą porę roku. Rozejrzała się po jasnym pomieszczeniu. Straszna ta biel. Razi. Gdzie mama? Jak to nie ma? Gdzie jest? Czemu jej przy mnie nie ma? Czemu milczycie? Zakryjcie tą biel. Tak bardzo razi. Nie pasuje do moich łez. Mamo, słyszysz mnie?

Ptaki. Tak pięknie śpiewają. Ona może już wstawać, ale sama nie chodzi. Była u niej siostra. Potem tata. Gdzie mama do licha? Mówią, że nie przyjdzie. Nie może? Dlaczego nie przyjdzie? Siostra patrzy na nią bez słowa. Słowami są jej łzy. Już wiem. Mały przebłysk. Ciemno, chociaż wcześnie… Idzie wzdłuż ulicy. Trzyma ją za rękę. Wybucha śmiechem na widok reklamy kociego jedzenia. Ten facet jest rewelacyjny! Mógłby być aktorem… Idą, zanosząc się śmiechem. Mama pyta ją jak w szkole. Mówi, że ciężko. Po drugiej stronie widzi cudowny sklep z papeterią. Mamo! Proszę, chodźmy tam! Proszę. Łapie ją za rękę i ciągnie. To przecież taki cudowny, malutki sklepik. Mamusiu! Ta w kwiatki! Albo z tym słonecznikiem! Z prawej strony stoi ona z lewej jej mama. Z lewej mama, mama i coś jeszcze. Z lewej drzewo, mama, kosz na śmieci, mama, wózek dziecięcy, samochód. Samochód. To ostatnie, co widziała. Potem było już tylko ciemno.

W szoku ciężko cokolwiek złożyć do kupy. To niemożliwe. Tak się dzieje tylko w filmach. Chociaż nie… w filmach wszystko dobrze się kończy. Ten scenariusz jest inny. Mamo! Przepraszam za ten sklep. Za ten mały, śliczny sklepik. Przepraszam, że tak bardzo spodobały mi się te słoneczniki. Przepraszam za te kwiaty. Były jak prawdziwe. Aż czułam ich zapach. Też go poczułaś? Powiedz, że zdążyłaś!

Teraz już wie, co się stało. Nie odzywa się. Siostra na nią patrzy. Są takie podobne. Przyniosła jabłka. Jakie czerwone. Bierze jedno. Sok aż tryska. Ile w nich soku. Jakie to dziwne. Jakie dziwne. W drzwiach ktoś stoi. Mała postać. Blond włosy spływają na ramiona. Jaka ładna. Jak laleczka. Ale co to? Smutna? Pyta czy może jedno jabłko. Czemu o to pyta? Ależ oczywiście, że może. I ten smutny błękit jej oczu. Ma na imię Emily. Ma raka. Włosy nie są jej. Jakie dziwne. Wyglądają jak naturalne. Ale teraz widzi jej zapadnięte policzki. Mówi, że też nie ma mamy. Je jabłko. Smakuje. Jakie czerwone…

Dzisiaj pogrzeb jej mamy. Chce iść. Lekarz się nie zgadza. Mówi, że i tak pójdzie. Ojciec ją wypisuje. Ma całe czerwone oczy. Pożegnała się z małą Emily. Powiedziała, że wróci jutro i przyniesie jej jabłka.

Na cmentarzu każdy podchodził do Elis i jej ojca. Nikt się nie odzywał, ale co tu dużo mówić. Bała się tego momentu. Bała się widoku twarzy ojca, bała się litości wszystkich ciotek, które widziała pierwszy raz w życiu. Może się założyć, że połowa z nich nie zna jej imienia. Potem zaczął mówić ksiądz. Nie słuchała. Dopiero, kiedy powiedział, że Margaret, gdyby żyła, zapewne chciałaby podziękować swojej rodzinie. Swojemu mężowi, dzieciom… Skąd on może wiedzieć. Podziękować mi? A za co? To ja dostrzegłam ten przeklęty sklep, tak myślała Elis. Chce już wracać. W szpitalu jest ciszej. Mała Emily już pewnie tęskni. Prosi ojca, żeby ją zawiózł. Mówi, że jeszcze nie. I ta chwila. No tak… Ciotki krzyczą, żeby otworzyć trumnę. Ale, po co? Zobaczyć czy ma równo makijaż? Czy ładnie ubrana? Czy umalowane paznokcie…, Po co? Pyta… Otworzyli. Jest piękna. Nadal. Na niektórych twarzach ulga. Nie przyniosła wstydu. Gratulują dobrania apaszki. Jakie to wstrętne. No tak, apaszka najważniejsza. Ona chce do szpitala. Tam jest tak cicho. Tylko zakryjcie tą biel. Razi.

Już na miejscu. Chce zostać sama. Nie znosi białego koloru. To nawet nie jest kolor. Jest taki pusty. Bezpłciowy. Nijaki. I taki rażący! Nie może już patrzeć. Krzyczy. Wpada pielęgniarka…
Cały oddział cię usłyszy! Długo tak zamierzasz się drzeć? Nie jesteś tu sama!
Zastrzyk. Znowu.

Jest tam już od pięciu dni. Ból głowy mija. Zadrapania się goją. Niedługo przyjdzie jej się pożegnać z Emily. Z tym łóżkiem, szafką. Z tą bielą. Przywykła do niej. Już nawet jakby zbladła.

Dzień pakowania. Nie jest wbrew pozorom najtrudniejszy. Owszem tęskni za domem, ale tutaj może się przynajmniej łudzić, że to wszystko to zły sen. Na razie ma zajęcie. A co będzie jak po raz pierwszy od 17 lat mama nie powita jej w domu. Co za określenie. Dom bez mamy, to nie dom. Czas pędzi. Niedługo przejdzie przez izbę przyjęć, widząc ludzi po wypadkach. Zobaczy ojca. Ma wrażenie, że nie poczuje od niego alkoholu tylko, dlatego, że przyjechał samochodem. Wraca do świata, który w ciągu paru tygodni stał się zupełnie obcy. Już nic nie będzie tak jak kiedyś…

Pa Emily, pa maleńka. Odwiedzę cię niedługo. Nie wiem, kiedy. Kocham cię Kruszynko.

Jak znaleźć sobie miejsce w tej sytuacji? Jak przestać rozpamiętywać tamte chwile? Jak nie czuć się winną? Czy tak już będzie zawsze? Tato, musiałeś znów to zrobić? Jadę do Emily. Nie wiem kiedy wrócę. Przestań już pić. To nic nie zmieni. Ona nie wróci.

Zatrzymała się przy jakimś straganie z warzywami. Wybrała dwa najładniejsze jabłka. Dla Kruszynki. Tak bardzo je lubi.

Dzień dobry, kochanie. Boli? Przestanie. Spójrz, jakie ładne te jabłka! Dla ciebie! Specjalnie dla ciebie. Dobrze, zjesz jak wyjdę.

Wrócę jutro. Przywieźć ci jabłko? Na pewno możesz je jeść? Pa, piękna.

Tato, wróciłam. Tato? Tato! Odezwij się! Tato! Dobrze się czujesz? Chryste!

Pyta, czemu. Czemu nie dał rady. Przecież nie został sam. Nie był sam, nigdy… była Elis, jej siostra. Dlaczego? Sam wiedział jak to jest zostać porzuconym przez ukochaną osobę. Czemu poddał się bez walki. Czemu musiał w ten sposób? Jak miała do niego trafić? Sznurek był tak mocny. Odcisnął się na jego szyi. Jego oczy… Były martwe. Mama zawsze powtarzała, że to w tych oczach się zakochała. Jeśli ona w nie już nie mogła patrzeć, nikt nie miał prawa…

O świcie już nie spała. Znów czekają ją te wszystkie spojrzenia. Litość ciotek. Aż strach pomyśleć. Zobaczy je po raz drugi w ciągu dwóch miesięcy i to w takich samych potwornych okolicznościach… Będzie też jej siostra. Tak rzadko ze sobą rozmawiają. Tyle się zmieniło, tyle się zmienia. Już nigdy nie będzie tak samo. Tylko smutek jej pozostał. Mieszka sama, siostra studiuje, połowa rodziny nie odzywa się. To wszystko przez to, że Elis i jej siostra są nieślubnymi dziećmi. Dopiero trzy lata po urodzeniu Elis jej rodzice postanowili się pobrać. Wtedy już nie mogli liczyć na nikogo od strony mamy. Może to i lepiej. Połowę mniej ciotek na pogrzebie.

Strasznie duszno w tej kaplicy. Elis już nawet nie płacze. Zbyt długo płakała w ciągu tych dwóch miesięcy. Już na nic nie starcza sił. Co znów? No tak. Ach, otwierajcie. O ludzie…
Uprzedzam, tata nie będzie tak ładnie wyglądał jak mama. On się powiesił. Nie zniosę tego…

Pyta, dlaczego siostra podeszła do niej na pogrzebie tylko raz. Ona chyba obwinia ją za śmierć matki. A ojca nie kochała. Przyszła, bo wypadało. Równie dobrze mogłaby siedzieć jak gdyby nigdy nic na uczelni, popijając kawkę… to takie przygnębiające. Kto jej został? Emily… Czeka na jabłka. Już 16.00. Trzeba iść.

Cześć Kruszynko! Widzę, że zjadłaś obydwa! Pytałam pielęgniarki, powiedziała, że to bardzo dobrze, że tyle ich jesz. Mogłabyś spokojnie jeszcze więcej, ale jeszcze ci się znudzą… Zostawię ci dwa. Musisz zjeść, żeby mieć siłę na nowy dzień. Poczekaj, pójdę porozmawiać z lekarzem.

Ile ona ma lat?
4
Takie dziecko… Nigdy nie widziałam, żeby ktoś ją odwiedzał…
Nie ma nikogo. Matka zostawiła ją w szpitalu zaraz po porodzie. Wychowywała się w Domu Dziecka, teraz jest tu…
Ile zostało czasu?

Szczerze.
Pół roku, to najwięcej… Ale przy jej stanie… Jest bardzo słaba. Potrzebuje dużo witamin. Naturalnych witamin. Słyszałem, że przynosi jej pani jabłka. To bardzo dobrze. Dziękuję. Proszę pomyśleć, że dwa jabłka to kolejny dzień życia dla niej. Ale ona nawet będąc takim dzieckiem, wie, co się z nią dzieje. Już dawno straciła wiarę. Tylko czeka. Chciałbym, żeby pani jej tę wiarę, choć w niskim stopniu przywróciła. To jest wbrew pozorom bardzo ważne.

Telefony… Ile ich dzisiaj miała! Przede wszystkim ze szkoły. Nie miała przyjaciół, ani nawet koleżanek, więc nikt nie wiedział, co się z nią działo. Nikt też nie wiedział o śmierci jej rodziców, więc kiedy zadzwoniła jej wychowawczyni, robiąc jej wyrzuty z powodu niezaliczonych sprawdzianów, musiała tylko delikatnie tłumaczyć, że z przyczyn od siebie niezależnych jej mama zmarła na miejscu wypadku, a ojciec się rozpił i powiesił. Na dodatek ona ma dwumiesięczne zwolnienie lekarskie, gdyż musi odbywać regularne rehabilitacje. Po czym nauczycielka strasznie na nią nawrzeszczała, że z czegoś takiego nie należy żartować i, że nie usprawiedliwia się wagarów wymyśloną śmiercią bliskich, na co Elis zaproponowała, że powie pani, na jaki cmentarz ma się udać, żeby się przekonać na własne oczy, że dwa miesiące temu jej matkę zabił samochód, ona ledwo uszła z życiem, a ojciec z tego powodu powiesił się naprzeciwko telewizora. Nauczycielka, poważnie zbita z tropu, nie wiedziała, co powiedzieć, ale jak się okazało nie rezygnowała i po kilku sekundach milczenia, zażądała kontaktowego numeru telefonu do któregoś z rodziców. Elis odłożyła słuchawkę. Wiedziała, że jej edukacja w tej szkole właśnie dobiegła końca.

Po jakimś czasie, kiedy już nie odbierała telefonów, na sekretarce miała coraz dziwniejsze wiadomości. O dziwo, wiele z nich było od tych nieznajomych ciotek. Na przykład: „Odgrzej sobie jakiś obiad”, albo „Elis, co powiesz na to żeby kupić sobie psa?” Śmieszne… Wcześniej nie dzwoniły nawet na Boże Narodzenie, nie mówiąc o jej urodzinach. Już 16.00… Pędzę Kruszynko!

Może przynieść ci coś jeszcze prócz jabłek? Samych też jeść nie możesz. Nie? Ale tylko spróbować! Na przykład ananasa? Są pyszne. Kocham ananasy… Na pewno nie chcesz? Cóż… Pamiętaj, że masz powiedzieć jakby ci czegoś było trzeba. Pa, Słoneczko. Muszę lecieć.

Czy to ona traci wzrok, czy wszystko wokół robi się ciemne? Chyba już nad niczym się nie zastanawia. Powoli próbuje przywyknąć do myśli, że niedługo zabraknie Emily. Jak wyobrazić sobie śmierć dziecka? To będzie gorsze niż śmierć mamy… Gorsze niż śmierć rodziców razem wzięta. I ta okropna świadomość, że jest z tym wszystkim sama. Zupełnie sama. Emily nie zdąży nacieszyć się życiem. 4 lata to zbyt mało na poznanie czegokolwiek. Mogło ją czekać tak wspaniałe długie życie. Nikt na coś takiego nie zasługuje. A już na pewno nie czteroletnia dziewczynka, która nigdy nie usłyszała głosu swojej matki. Strasznie jest utrzymywać kogoś tylko w podświadomości. I właśnie Emily jest ostatnią osobą, do której przywiązała się Elis. Potem nie będzie już niczego.

Poszła do swojej szkoły. Nie mogła tego wszystkiego tak po prostu zostawić. Trzeba wziąć jakieś papiery, porozmawiać z nauczycielami… Może uda jej się pokazać wychowawczyni akt zgonu obojga rodziców i wynik swojej obdukcji… Ciekawa była reakcji.

Pani wychowawczyni mimo wszystko nie dawała za wygraną i stwierdziła, że za fałszowanie takich dokumentów odpowiada parę paragrafów. Elis stwierdziła, że nie wątpi i delikatnie poprosiła o swoje papiery. Po czym wyszła. Nikt o nią więcej nie pytał.

Jak codziennie po 16.00, Emily czekała na Elis koło bufetu. Niedługo trzeba będzie zaprzestać tego zwyczaju- wkrótce będzie mogła tylko leżeć. W szpitalu nic się nie zmieniło. Tam nigdy nic się nie zmienia… Nie licząc paru osób, które już nie muszą na nic zwracać uwagi… Ale takich osób i tak nie traktuje się poważnie. W tym szpitalu zgon, to tylko kolejny etap pracy pielęgniarek. Może jakieś nadgodziny. Nic więcej się nie liczy. Emily zjadła jabłko. Od jutra Elis zacznie jej je kroić. W jej stanie gryzienie jest wysiłkiem.

Czy to śmierć dziś w nocy u niej była? Nagle poczuła taki chłód. Wstała, spojrzała na zegarek. 2.45… To był sen… Niech to będzie sen… czy to był zły sen? Tylko sen. Nie. To mógł być tata… Mogła to być mama… Mogła to być… ale jeszcze nie. Jeszcze nie ona. Dziś po policzku głaskała ją jej mama. Nikt inny. Poczuła jej dłoń tak ciepłą i tak odległą. Dotyk jej miękkich ust na powiekach. Cicho wymówione jej imię.

Mamo… tak bardzo mi przykro. Tak bardzo żałuję tamtego dnia. Tak mi przykro. Nie zniosę tego, mamo! Nie, nie odchodź. Tak kocham dotyk twoich rąk. Chcę słuchać twojego głosu, tak pięknie śpiewałaś. Mamo, nie ma mnie bez twoich spojrzeń. Jestem niewidoczna. Jestem nieszczęśliwa. Tak cię kocham. Nie odchodź. Jednak czym były jej słowa w porównaniu z wiecznością, która już dawno strawiła jej uczucia. Nieodgadniona wieczność, jak ta wiedźma.
Jutro też przyjdziesz, mamo?

Tak więc była. Pamięta. Ciągle czuje.

Elis poszła na cmentarz zanim pojechała do szpitala. Nogi nadal ją bolą. A na cmentarzu było tak cicho. Tam pragnienie śmierci wzmaga się jak nigdzie. Pomyślała, że mogłaby się położyć i zasnąć. Zasnąć na zawsze. Zasnąć snem nieprzespanym.

Proszę, twoje jabłka. Słucham? Och nie, nie jestem smutna. Czasem jest tak maleńka, że kiedy bardzo za czymś tęsknimy, niekoniecznie możemy to dostać. Ja za pewnymi rzeczami bardzo tęsknię, ale już przywykłam do myśli, że ich nie dostanę z powrotem. Zjedz. Muszę iść, Kruszynko.

Liście żółkną. Już tyle czasu minęło… Ona wciąż wchodząc do domu szuka jej wzroku. Usnąć na zawsze. To byłoby takie proste. Takie ciche, niespodziewane. To byłaby jej tajemnica. Nikt nie znałby powodu. Tak po prostu. Z sekundy na sekundę. Ze smutku w radość. Krzyk. Wszystko wewnątrz krzyczy. Ona całą sobą krzyczy. To byłoby takie proste. Takie ciche. Słodka tajemnica. Nieosiągalna. I nagle cała magia prysła. Nieosiągalna, nieosiągalna… cicha i niedostępna. Nierealna.

Była niespokojna. Cały dzień. Coś wisiało w powietrzu. Kroiła jabłka. Pachniały jak nigdy. Nagle łzy same jej pociekły.
Nie, Emily. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie, Kruszynko.

16.00. Emily nie może wstawać. Elis zostawia jej jabłka na szafce nocnej, na której namalowała dla niej postacie z kreskówek. Od tamtej pory, co przychodziła, na miejscu jabłek leżała mała laurka. Emily tak szybko się męczyła. Wciąż spała. Niech śpi. Ma jeszcze spokojne sny. Niech śpi. Jej sala jako jedyna jest niebieska. Śpij, kochanie.

Dziś w nocy znów to uczucie. Cudowne uczucie, że nie jest sama. Tym razem to nie była mama. Uspokoiła się, bo to nie mogło być również dziecko.
Tato. Dlaczego mi to zrobiłeś? Mogliśmy razem zbudować całkiem nowe życie. Bez łez. Z dala od ciekawskich spojrzeń sąsiadów. Zostawiłeś mnie. Tak mi ciężko.

16.00. Laurka jest wyjątkowo ładna. Tęcza. Tęcza, to szczęście dla takiego dziecka. Emily zna ją tylko z bajek. Tak już pozostanie do… Po prostu w najbliższym czasie nie będzie tęczy.

Tak dawno nie spała spokojnie. Tak dawno nie czuła się dobrze. Tylko samotna. Ciągle czegoś brak. Jak powietrze wdycha wspomnienia. Mimo to więdnie. Bo wodą dla niej byłaby rozmowa, a światłem spojrzenie dwóch najdroższych jej osób.

16.00 Emily pyta jak wyglądają słoneczniki. Ależ są wielkie, żółte, a jak dojrzeją to mają pyszne ziarenka, które można skubać, a to nigdy się nie nudzi! Kiedyś pokażę ci słoneczniki.

Czemu tak powiedziała? Przecież wie, że nie zdąży. Czas tak pędzi. Tylko wtedy kiedy najmniej tego byśmy chcieli.

16.00 Laurka. Duży żółty kwiat. Podpis „dziękuję”. To tyle dla niej znaczy. Tak bardzo nią to wstrząsnęło. Nagle zapragnęła oddać temu dziecku całe swoje życie byleby mogła wstać i zobaczyć te cholerne słoneczniki. Byleby znalazła odpowiedź na każde pytanie jakie zadała. Byleby zdążyła. Wciąż śpi.

Zapach cynamonu. Skąd u niej w środku nocy cynamon? Pachnie…

Rano pojechała pociągiem parę kilometrów za miasto, bo dowiedziała się, że gdzieś na obrzeżach miasteczka, jakaś babeczka ma skądś kwiaty słoneczników. Chciała zrobić taką niespodziankę małej Emily.

Biegła z szerokim uśmiechem w stronę szpitala. W ręku trzymała największego słonecznika jakiego widziała na oczy. Pewnie jakiś nawożony, na dodatek ta pora roku. Ale liczyło się, że jest piękny! Wpadła na oddział, a pielęgniarki cieszyły się na jej widok i na myśl o reakcji najmłodszej pacjentki, która wciąż pytała o słoneczniki. Elis zobaczyła, że mała śpi. Zobaczyła też nie zjedzone jabłko. To niedobrze, powinna jeść. Podeszła do łóżka. Nakryła ją. W gruncie rzeczy wydało jej się tam chłodno. Do małej buteleczki nalała trochę wody i włożyła tam słonecznika. Wciąż ciesząc się jak dziecko, siedziała czekając, aż Emily się obudzi. Spostrzegła, że jej Kruszynka miała bardzo blade usta. Cała była blada. Poczuła gorąco na policzkach. Powinna zjeść te jabłka. Do cholery. Dotknęła jej twarzy, potem dłoni, dotknęła jej maleńkich powiek. Żadnej energii jak nigdy. Pogłaskała ją po nóżce. Była taka chłodna.
Kruszynko. Proszę odezwij się do mnie. Proszę. Skarbie. Powiedz coś do mnie. Spójrz co ci przyniosłam. Kruszynko.
Błądziła dłonią po całym lodowatym ciałku, czuła, że uleciało z niej już wszystko. Jej mała, wątła Roślinka. Uleciała z niej nawet miłość do całego świata. Ufność mimo krzywd jakie ją spotkały. W jednej rączce ściskała laurkę. Przez pobyt w szpitalu nauczyła się pisać. Elis przeczytała napis: „Jak wyzdrowieję, zabierzesz mnie stąd i pozwolisz mi mówić do siebie Mamo. Wyjedziemy razem i będziemy mieszkać przy polu ze słonecznikami…” Elis zaczęła krzyczeć. Nigdy nie czuła takiego bólu. Nigdy nic tak jej nie zżerało od środka. Wybiegła z sali, trzymając w ręku maskotkę, którą któregoś razu przyniosła Emily. Usiadła pod ścianą i nikt nawet nie próbował jej podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to nie ma sensu…

Każdą cząstkę siebie, oddałabym tej Kruszynie o gołębim sercu.
Każde tchnienie bym jej dała…
To niewinne gołębie serduszko, tak długo gnębione przez chęć istnienia.
Ktoś kto swoim spojrzeniem oddawał całą swoją radość z życia.
Kto potrafił przekazać całą swoją miłość jedynie poprzez jeden uśmiech, jedno słowo.
Nie zasłużyła na to.
Bo czym mogła zasłużyć?
Nie zdążyła nacieszyć się chodzeniem, bo ledwo to opanowała, a już przykuto ją do łóżka.
Marzeniami była zawsze gdzie indziej.
Na swój sposób je spełniła.
Cóż, jeśli nie, to z pewnością spełniła moje marzenie.
Marzenie niedoszłego, nie uwolnionego uczucia.
Ta mała sarenka, wyzwoliła całą mnie.
Już nic nie będzie jak kiedyś.
Moja Kruszynka.
Kochanie, jeśli teraz mnie słyszysz, pomyśl, że nie ma drugiej osoby, która kochałaby cię tak mocno jak ja.
Moja Kruszynko. Mój Kwiatku. Mój pocieszycielu. Moje spełnienie marzeń.

Lampek na maleńkim grobku było tak mało. Parę kwiatów, jedna wiązanka. Może miała imię pierwsze lepsze z książki… ale nikt nigdy nie pomyśli, że była tylko kolejnym etapem pracy pielęgniarek. Nikt się nie odezwał, widząc Elis kładącą na trumnie olbrzymi żółty kwiat.
Przepraszam, że się spóźniłam, Kruszynko.
Odeszła nie odwracając się. Dobiegł końca ostatni rozdział jej życia. Następnego dnia znaleziono ją martwą. Zostawiła liścik:
„Jeśli zasypiać, to już na zawsze…”


Asieńce Klimczyk, iskierce, która zgasła mimo ciepła…

 

Zmieniony: Wtorek, 24 Luty 2009 14:52
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 13 gości 

Imieniny


5 Lutego 2012
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Agata,
Aga, Albin, Izydor,
Jakub, Jan,
Justynian, Paweł,
Piotr,
Strzeżysława
Reklama:
Reklama
Reklama: