"Wszedł" PDF Drukuj Email
Utwory - Inne
Wpisany przez Differ   
Poniedziałek, 06 Kwiecień 2009 21:51


Rozdział 1

„Wszedł” 

 

Wszedł. Podniósł klapę i spojrzał na sedes. Wiedział, że jest zimny. Zawsze jest zimny. Mieszka sam, więc sedes nie ma prawa być nagrzany. A jednak, za każdym razem wierzył, że może właśnie dziś usiądzie i ciepło tego kawałka plastiku będzie znakiem. Zapowiedzią, że jego los się odmieni.Usiadł. Zimny. Na jego udach pojawiła się gęsia skórka. Spojrzał w kierunku haka z papierem toaletowym. Nie znosił ludzi, którzy zostawiają ostatni kawałeczek papieru na rolce, wiedząc, że i tak nie nadaje się do podtarcia tyłka. Ale dzięki temu nie muszą zakładać nowej rolki. Nie muszą sięgać do szafki, wyjmować rolki, potem ściągać cholernej banderoli w kaczuszki i wtykać papieru na hak. Pieprzone lenie. Myślał o tych ludziach i gapił się na skrawek białego, perforowanego papieru zwisającego z haka, który zostawił tam wczoraj wieczorem z nadzieją, że ktoś inny wymieni rolkę na nową. Zastanawiał się, dlaczego jego jedyną przyjemnością są czynności fizjologiczne. Jedzenie, spanie, sranie. Tylko to przynosi mu ulgę, zaspokaja jego potrzeby. A jednak poczucie satysfakcji gdzieś mu umyka. „Satysfakcja” – pomyślał i spuścił wodę. Zawsze wpatrywał się jeszcze w spływające fekalia, żeby mieć pewnośc, że nic nie zostało. Zazwyczaj nie zostawało, ale zdarzyło się kilka razy, że gdy sąsiadka spod „ósemki” robiła pranie, ciśnienie w rurach doprowadzających wodę do jego łazienki spadało drastycznie i...

 

Mieszkał pod „dziewiątką”. Sam. Od zawsze mieszkał sam. Nie zastanawiał się nad tym, ale faktycznie nigdy nie miał lokatora. Ludzie mają psy, koty, dzieci...baa, żony mają. On nie miał psa, kota, dzieci ani żony. Słowa „zawsze” i „sam” współgrały ze sobą niemal idealnie w jego przypadku. Raz znalazł w swojej wannie jaskółkę ze złamanym skrzydłem. Szybko jednak okazało się, że to nie jaskółka, tylko jerzyk. Jemu byłoby raczej wszytko jedno, ale czuł sie idiotycznie, gdy musiał za każdym razem tłumaczyć, że jerzyk to ptak, że do jaskółki podobny, że nie, nie ma kolców i że skąd u licha ma wiedzieć jak znalazł się w wannie...jerzyk, nie jaskółka. Pierdolony jerzyk! Wszystko popsuł, całą historię o tym jak wpadł do wanny, jak mu skrzydło składano. Mógłby być jaskółką i wszystko byłoby prostsze, ciekawsze.To był właśnie ten jego życiowy pech. Ta jego marna egzystencja. To 27-letnie ciało, które codziennie toczyło walkę z zimną deską klozetową w mieszkaniu gdzieś między numerem 8. a 10.

 

Rozdział 2

„Sobota i Ona”

 

Dzień następny. Sobota. Każdy następny dzień był zawsze podobny do poprzedniego. Ten też miał niczym się nie różnić od „wczoraj” i „jutro”. Poranna herbata. Jak zwykle, miała posmak przegotowanej wody, kamienia z dna czajnika i cukru. Wszystko to zabijało jej prawdziwy smak. Taką właśnie lubił, tylko taką znał. Przystawił szklankę do ust, zamknął oczy i wdychał gorącą, herbacianą parę. Robił tak zawsze. Czekał aż nad jego górną wargą pojawią się krople wody, potem wypijał łyk i odstawiał szklankę. Przeważnie nie wracał już do odstawionej herbaty. Parzył nową, gorącą. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego ta druga nie smakuje już tak dobrze, jak pierwsza. Powtarzał te same czynności, używał tych samych naczyń i wsypywał dokładnie tą samą herbatę…a jednak zawsze druga wychodziła gorzej. Nie dopijał jej. W całym swoim uporządkowanym życiu nie mógł upilnować tylko jednego drobiazgu – porozstawianych w całym mieszkaniu szklanek z niedopitą herbatą.

Wziął prysznic, spojrzał na zaparowane lustro. Nie lubił luster, od zawsze się ich bał. Ludzie widzą w lustrach lewą stronę świata, Alicję w krainie czarów albo najlepszych przyjaciół, czyli samych siebie. On widział tylko…Kobietę? Przetarł dokładnie szklaną taflę. W salonie siedziała kobieta. Przez chwilę myślał czy powinien się odwrócić. Tego właśnie nie znosił w lustrach – zawsze można w nich dostrzec coś niespodziewanego i nigdy nie ma pewności, czy to rzeczywistość czy szklana iluzja. Wziął głęboki wdech i wszedł do salonu. Jeśli była to iluzja, to zdecydowanie straciła swoje szklane uzasadnienie.

-Skąd się Pani tu wzięła?

Ton jego głosu pasował bardziej do usłużnego: „W czym mogę pomóc?”. Pytanie odbiło się od ścian i pokonało drogę powrotną do nadawcy, przedzierając się przez ciszę. Istotnie, brzmiało idiotycznie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że na jego kanapie, w jego mieszkaniu numer 9. siedzi zupełnie mu obca kobieta. Niebrzydka. Postanowił zmarszczyć brwi i dorzucić nerwowe „…u licha!”. Zaśmiała się.

-Że jak, proszę?

-Skąd się Pani tu U LICHA wzięła?!

-Ach tak. Ja przechodziłam…i widzisz…

Był zupełnie zmieszany, ale wcale nie miał ochoty zostać na tym przyłapany. Spojrzał jej prosto w oczy i przyjął pozycję oczekującą wyjaśnień.

- Maputo wcale nie jest stolicą Lesotho.

To kompletnie zbiło go z tropu. Wiedział, że Maputo nie jest stolicą Lesotho. Ale jak to, do cholery, miało wyjaśniać obecność słów: „piękna kobieta”, „moje mieszkanie” i „sobotni poranek” w jednym zdaniu?! Wyraźnie czuł, że ta geograficzna dygresja odebrała mu przewagę w konfrontacji z nieznajomą. Zalążek paniki pojawił się gdzieś w okolicy żołądka i sukcesywnie zmierzał ku górze, ażeby eksplodować w postaci gorących, czerwonych plam na jego policzkach.

-Pijesz?

Spytała radośnie, wskazując na szklankę z jeszcze ciepłą herbatą.

-Nie…

-To chyba nie zrobi Ci różnicy, jeśli ja ją wypiję, prawda?

-Prawda, ale…

Przyglądał się jej badawczo. Był w pełni świadom, że na jego twarzy malował się obraz o jasnym przekazie: „Nic nie rozumiem. Dokąd mam uciekać?”

-To jak masz na imię? Albo nie! Nie mów! Zgadnę. Adam, prawda? Wyglądasz mi na Adama. Chociaż…znałam jednego Adama i Carl go wcale nie lubił. A Ty wyglądasz sympatycznie. To może Simon, jak ten aktor, albo Jason. Wiesz, jak będę miała syna nazwę go Jason. No to jak masz na imię?

-Maseru.

-Co?

-Maseru. Stolica Lesotho.

-Ach, no tak…Wiesz, muszę już iść. Dziękuję za herbatę.

Nie odprowadził jej do drzwi. Przyglądał się pustej szklance po herbacie. Naprawdę była pusta…

 

 

Opadł na kanapę i utkwił wzrok gdzieś w przestrzeni. Lubił te chwile zapatrzenia. Mógłby w nich trwać i trwać. Czuł jak przez jego ciało przepływa ciepło. Miał wrażenie, że z każdym wdechem pokój się kurczy i rozkurcza przy wydechu. Zawsze uważał, że takie momenty, choć całkiem banalne i mało intrygujące, są w życiu wyjątkowo ważne. Te krótkie chwile beztroski, kiedy czas staje w miejscu a umysł ogarnia błogość. Za oknem dostrzegł drzewo. Nie miał pewności czy zawsze tam rosło. Właściwie, mógłby przysiąc, że jeszcze przed minutą go tam nie było. Przyjrzał się uważniej. Między gałęziami coś się poruszyło. Chciał wstać i podejść bliżej. Przez sekundę miał nawet ochotę wyskoczyć przez okno i był pewien, że w tym jednym przypadku grawitacja zrezygnuje ze swojej roli a on będzie mógł odlecieć do ciepłych krajów. Nic z tego. Nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Szybko przeanalizował możliwość wezwania pomocy. Nie było sensu, nikt by nie zareagował. A nawet jeśli, to i tak nie miał ochoty pokazywać się w takim stanie. Bezsilność – tego nienawidził. Poddał się uczuciu niemocy. Spojrzał przez okno. Drzewo zdawało się być trzy razy większe niż kilka minut temu. Nagle, spośród gałęzi wystrzeliło wprost do jego salonu coś żółtego, uderzyło o ścianę i opadło na podłogę. Ornitologia nigdy go nie pociągała, ale tym razem nie miał wątpliwości, to był kanarek. Nie miał pojęcia skąd się tam wziął i co miało oznaczać to wtargnięcie. Chciał podejść bliżej, ale żółta, pierzasta kulka wytrzeszczyła oczy, wysunęła spod skrzydła dzióbek i zaczęła skakać po dywanie. Przez chwilę zastanawiał się…coś go zaniepokoiło, ale nie wiedział do końca, co takiego. Kanarek na jego dywanie. Kanarek to jedno, ale przecież on nie ma dywanu! Nigdy nie kupił dywanu. Powoli ogarniała go panika. Spoglądał to na zwierzątko, to na dywan i klatkę. Zwierzątko, dywan, klatka, dywan, klatka, klatka…Klatka? Na szafce, między encyklopedią a wazonem w egipskie wzory, który dostał przy jakiejś okazji stała złota, starodawna klatka dla ptaków. Próbował zebrać myśli, ale nie potrafił. Wszystko działo się tak szybko. Kanarek energicznymi ruchami łebka rozejrzał się po pokoju i wfrunął do klatki. Kiedy złocone drzwiczki zamknęły się wszystko ucichło. Nagle odrętwienie minęło. Poczuł przypływ energii, wstał z kanapy i przeszedł przez dywan. Dywan. Zupełnie nieładny. Duże, brązowe kwiaty i frędzle na krawędziach. Brzydki. No i ten mały, żółty samobójca. Uświadomił sobie, że pojawiły się w nim jakieś dawno zapomniane uczucia. Chciał pogłaskać zwierzaka i zatroszczyć się o niego. Zupełnie jak wtedy, gdy miał 8 lat i przynosił do domu zagubione koty i wróble z wszelkimi, możliwymi urazami. Delikatnie położył kanarka na dłoni i... upuścił go. Małe ciałko upadło na podłogę. Nie było już dywanu, tylko zimne panele. Od żółtego łebka odpadł dzióbek a całe ciało napęczniało jak balon. Nastała króciutka cisza a potem rozległ się dziwny, głuchy dźwięk. Ptaszek wybuchł. Coś rozerwało go od środka wyrzucając z wnętrza zieloną, galaretowatą maź. Było jej dużo więcej niż mogło się tam zmieścić. Spływała po ścianach, oblepiła szafki i stół. Widok był przerażający. W powietrzu unosiło się jeszcze kilka delikatnych piórek…

Obudził się. Wszystkie włosy na jego ciele stały, jakby przygotowane do apelu. Koszulka przywarła do wilgotnych pleców. Idiotyczne sny, miały to do siebie, że były… idiotyczne. Zerknął na zegarek. Nie spał długo. Dla pewności wyjrzał jeszcze przez okno. Nie było tam drzewa. Odetchnął z ulgą. Miał zamiar rozluźnić mięśnie i przywołać włoski na ciele do porządku, ale usłyszał hałas dochodzący z kuchni. Nie zdążył wytężyć słuchu, bo w tej chwili do salonu weszła ona.

-Przepraszam, jeśli Cię obudziłam. Wyglądałeś tak słodko, kiedy spałeś. Chociaż mam wrażenie, że śniło Ci się coś dziwnego. Wiesz, to się jakoś tak widzi. Jak Carlowi śnią się koszmary, to się wierci. Czasem też krzyczy. Ty nie krzyczałeś, ale jakoś tak zesztywniałeś. Mogłabym się założyć, że to był jakiś smutny sen. Mam rację? Nie odpowiadaj, w sumie lepiej, żebyś zapomniał już o tym. Masz, zrobiłam Ci herbatę.

Był oszołomiony. Sen, ona i ten potok słów. Zrobiła mu herbatę. Dlaczego obca kobieta. Obca, niebrzydka kobieta robi mu herbatę? W jego domu. Zupełnie niebrzydka.

- Jeśli to kolejny sen, to mam chociaż nadzieję, że nie skończy się tak, jak poprzedni-powiedział i opadł na kanapę. Miał już dość i postanowił odłożyć wszelkie pytania na później.

- Nie wiem jak się skończył Twój sen, ale ja na pewno nie jestem snem i jeśli zaraz nie wypijesz tego, to będzie mi zupełnie prawdziwie przykro - wydęła usta jak mała dziewczynka.

- No dobrze – oparł się na łokciach i wyciągnął rękę po kubek z herbatą – A tak właściwie, to dlaczego Carlowi śnią się koszmary?

Już kończąc to pytanie zauważył jego absurd, ale nie miał ochoty czuć się głupio. Już cała sytuacja była tak dziwaczna, że to pytanie nie mogło nic pogorszyć. Ale ona najwyraźniej nie dostrzegła żadnego absurdu i skupiła się na odpowiedzi

- Jak dla mnie, to Carl za dużo myśli. To chyba dlatego. Ale, wiesz, to nie są takie zwyczajne myśli, tylko takie no…no poważne myśli. Ale Ty już lepiej pij, bo zaraz wystygnie.

Zapadła cisza. Zaskoczyło go to wyjątkowo mocno, bo nie podejrzewał swojego gościa o milczenie dłuższe niż chwila potrzebna na zaczerpnięcie oddechu. „Poważne myśli”…niby jakie to są te poważne myśli? Jakoś nie mógł sobie wyobrazić jej w towarzystwie poważnego myśliciela, albo naukowca. „No poważne myśli”. Dźwięczało mu w głowie to wyrażenie. Mogła jeszcze dodać „nie takie jak Twoje, tylko takie…no poważne myśli”. Poczuł się prawie urażony. Nawet jej nie znał. Właśnie, nie znał jej, a ona wchodziła do jego domu bez pukania, parzyła mu herbatę i prawie go urażała. Kim tak właściwie jest ta bezimienna istota, której jeszcze stąd nie wyprosił. Nie wyprosił tylko dlatego, że była kobietą. Niebrzydką kobietą. Bez imienia.

 

 

 

CDN...albo i nie N

 

 

 

Konkurs

 {mxc}

Zmieniony: Wtorek, 07 Kwiecień 2009 07:16
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 13 gości 

Imieniny


19 Maja 2012
Sobota
Imieniny obchodzą:
Augustyn, Celestyn,
Iwo, Mikołaj,
Pękosław, Piotr,
Potencjana
Reklama:
Reklama
Reklama: