UDZIELMY GŁOSU OSKARŻONEMU PDF Drukuj Email
Utwory - Inne
Wpisany przez Sławomir Jankowski   
Poniedziałek, 15 Marzec 2010 09:28


   
               UDZIELMY GŁOSU OSKARŻONEMU
                                   

          „Dzięki Tobie, Boże, unikamy zła, idziemy za  dobrem.”                           

    „Ty, Boże, sądzisz świat z grzechu, sprawiedliwości i sądu.”                          

                                                   Św. Augustyn*  

   Zabierając głos w dyskusji, jaka toczy się głównie na łamach „Gazety Wyborczej”, ale i szerokim echem rozchodzi się po całej Europie i pewnie dociera jeszcze dalej, sadzę, że jeśli się debatuje o książce Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, jeśli się stawia pod osądem publicznym życie i cały dorobek twórczy autora Lapidariów, należy dać szansę wypowiedzi, obrony zarówno Ryszardowi Kapuścińskiemu, jak i tym wszystkim, którzy książki Artura Domosławskiego nie chcą przeczytać. Żyjemy w wolnym kraju, mamy wolny rynek i nikogo nie wolno zmuszać -  po pierwsze – do zaglądania do życia intymnego, rodzinnego innych, a po drugie – do nabijania kasy zarówno wydawnictwu, które to robi, jak i autorowi. Szczególnie, jeśli przy tym ma się zasadnicze wątpliwości co do intencji, jakie kierowały Arturem Domosławskim podczas pisania biografii, która wedle Alicji Kapuścińskiej biografią miała nie być, ale też nie miała być hagiografią.

   Nie odbierajmy nikomu prawa do odkrywania  Ryszarda Kapuścińskiego na własny rachunek. Niekoniecznie przy pomocy książki Artura Domosławskiego.
  A zatem pozwólmy zabrać głos oskarżonemu, Ryszardowi Kapuścińskiemu. Bo bodaj najcięższym i jedynym - według mnie - poważnym zarzutem, jaki postawił mu Artur Domosławski, jest pomówienie autora Jeszcze jednego dnia życia o konfabulowanie, sprzeniewierzenie się warsztatowi reportera, czyli jednym słowem, oskarżenie Kapuścińskiego o to, że nas czytelników w zamierzony sposób okłamywał. Jako świadomy nie-czytelnik książki Domosławskiego, do czego prawa nikt nikomu nie może odmówić, mogę jedynie przytoczyć to, co powiedział o swoich tekstach – właśnie: TEKSTACH – sam Ryszard Kapuściński.    Wychodzi na to, że przez te wszystkie lata autor Cesarza był po prostu źle odczytywany, skoro teraz co niektórzy zamierzają nawet zmieniać nauczanie o nim. Ale nie uprzedzajmy faktów.
   Sadzę, że bardzo znamienną odpowiedzią dla tej dyskusji, choć jest ich w dorobku Kapuścińskiego o wiele więcej, miedzy innymi film Filipa Bajona „Poszukiwany Ryszard Kapuściński” z roku 1998, będzie wywiad-szkic, jaki przeprowadził z nim Wojciech Giełżyński w roku 1978, jeszcze przed ukazaniem się Wojny futbolowej i Cesarza, a po Jeszcze jednym dniu życia. Ukazał się on pierwotnie w „Ekspresie reporterów”, a w 2008 roku został przedrukowany w tomie wydanych przez Agorę Dzieł wybranych mistrza: Wojna futbolowa. Postscriptum.
   I – wbrew pozorom – jeśli chodzi o zawód reportera poglądy, refleksje, wspomnienia  miał Kapuściński przez lata niezmienne, czego przykładem może być zdanie, które pojawia się w szkicu, a następnie niemal w identycznej formie pisarz powtarza we wspomnianym filmie: „Jest tyle rzeczy do załatwienia, żeby dostać się na front, a pierwszą linię, że w ogóle nie mam czasu myśleć o strachu, który mnie tam czeka.”
   Zauważmy, że obie produkcje dzielą dwie dekady.
   Jeśli nie-czytelnicy książki Domosławskiego nie mają prawa do ocenia jego książki, chociażby, po odłamkach, jakimi poraniła nie tylko najbliższe otoczenie mistrza, tak samo – jeśli mamy być uczciwi - nie-czytelnicy książek Kapuścińskiego – nie powinni po lekturze książki Domosławskiego oceniać dziennikarza XX wieku. Bo po prostu stawiają fałszywe tezy. Na przykład o tym, że Kapuściński stał na cokole pomnika. Kapuściński był gwiazdą reportażu, to prawda, ale moim zdaniem nigdy nie pchał się na pomniki. 
   Busz po polsku, Gdyby cała Afryka…, Kirgiz schodzi z konia, Chrystus z karabinem na ramieniu, Jeszcze jeden dzień życia, Wojna futbolowa, Cesarz, Szachinszach, Notes, Lapidaria, Imperium, Heban, Podróże z Herodotem, Prawa natury, Ten inny, Autoportret reportera, Rwący nurt historii, Dałem glos ubogim, Spacer poranny, O książkach, ludziach i sztuce, Nieznane zapiski, Zapiski szpitalne – ilu ludzi przeczytało ten zestaw książek i tekstów Kapuścińskiego, i o Kapuścińskim (a to jest prawdziwy fenomen – książki napisane niejako za Kapuścińskiego i o Kapuścińskim), i dodatkowo zapoznało się z innymi wypowiedziami pisarza, czy to w postaci wywiadów prasowych, wieczorów autorskich, czy też kiedy bywał bohaterem filmów dokumentalnych?
   Ale wróćmy do wspomnianego szkicu, zatytułowanego: Czterokrotnie rozstrzelany, w którym Wojciech Giełżyński pisze na wstępie: „Pośród reporterów, którzy ostro, jak pierwsza liga (ale liga angielska) walczą o prestiżowe lokaty […] można rywalizować o miejsca od drugiego do trzydziestego. Co rok są przetasowania, ale „Kapusta” jest zawsze najwyżej, można by nim handlować w Peweksie, czyli za dolary.   No chyba, zazdrościmy mu: przeżyć i talentu ich opisywania. Ale to nie jest zazdrość zawistna. Pewnie dlatego, ze nigdy nie pcha się pod jupitery, jest jakby zakłopotany swoją popularnością, wyciszony, każdemu życzliwy.[…] Nawet plotki o nim są dobroduszne. Na przykład, że adoruje go cały pułk pisujących panienek, ale żadna nie okazała się na tyle wytrwałą, by dłużej niż półtorej godziny słuchać o różnicach taktycznych ugrupowań ZAPU i ZANU w ruchu wyzwoleńczym Zimbabwe.” 
   A zatem Ryszard Kapuściński na pewno był gwiazdą w latach siedemdziesiątych, lecz nie przypomina tu postaci z pomnika.    Następnie Giełżyński i Kapuściński na przykładzie ostatniej wówczas książki emigranta z Pińska, Jeszcze jednego dnia życia, dyskutują właśnie nad teorią reportażu, jakie są szkoły reportażu, co wolno reporterowi, a co nie, mówią, jak każdy z nich pracuje. Żałuję, że nie mogę przedrukować w całości tej części szkicu; w każdym razie w pewnej chwili Kapuściński zdradza: „Całą faktografię wojny [w Angoli] przekazywałem przecież dzień po dniu w korespondencjach dla agencji prasowej, więc swój obowiązek informacyjny spełniłem. Kiedy siadłem do pisania książki, nie zajrzałem nawet do tego pliku korespondencji, nie korzystałem z żadnych notatek, zaledwie kilku skrawków własnych depesz z Angoli użyłem w charakterze literackiego ozdobnika. Pisałem o tym, co mi się najmocniej wbiło w pamięć, nie bacząc na kalendarz, na szczegóły. Chciałem przekazać zapamiętany obraz wojny, być może tu i tam pomijając sprawy ważne, eksponując drugoplanowe, i to obraz najprawdziwszy, bo własny, przeżyty, utrwalony w moim osobistym doświadczeniu.”
   Czy Kapuściński coś tu ukrywa, oszukuje? Książki po prostu pisze po godzinach swojej właściwej reporterskiej pracy. I są to po prostu książki, teksty, o czym za chwilę.
   Wojciech Giełżyński zauważa:
   „To są cechy literatury a nie dziennikarstwa.”
   Na to Kapuściński: „To, jak się określa moje pisanie, zupełnie mnie nie interesuje. Nie zastanawiam się, czy to, co napisałem, jest reportażem, komentarzem, sprawozdaniem, literaturą, czy czymkolwiek innym. Chcę coś przekazać i w trakcie pisania staram się nadać relacji możliwie najlepszą formę. Piszę po prostu teksty i nie dbam, do jakiego należą gatunku.”
   W.G.: „Ta koncepcja i mnie odpowiada, jednak do pewnej granicy: do granicy fikcji. Ona określa przedział między reportażem, a literaturą.”   R.K.: „Nie stosuję fikcji „wymyślonej”, nie potrafię nic wymyślić. Ale to, co się dzieje w moich odczuciach, nie jest przecież fikcją, lecz czymś niezwykle konkretnym, najprawdziwszym.” 
   Podczas wojny w Angoli, kiedy autor Jeszcze jednego dnia życia jechał na południe, o czym pisze w książce, pojazd, którym podróżował został ostrzelany. W.G. pyta: „Czemu tej sceny nie opisałeś w Jeszcze jeden dzień życia?”
   R.K.: „Myślałem, czy jej nie włączyć, ale popsułaby dramaturgię reportażu frontowego. Strzelanina była na początku. Tymczasem kulminacyjny punkt tragedii nastąpił później: śmierć Carlotty. Zrezygnowałem z opisu potyczki ze względu na prawidła konstrukcji, żeby nie było dwóch grzybków w tym barszczu. Koniec końców, to była banalna potyczka [a Carlotta była niebanalna – dop. S.J.], jakich co dzień rozgrywało się kilkadziesiąt. Co z tego, że akurat mnie tam mogli ubić?”
   W.G.: „Zgadzam się, że w reporterskiej relacji trzeba często rezygnować ze smakowitych, nawet ważnych momentów, które jednaj nie w całości.”
   R.K.: „Ja to nazywam obróbką rzeczywistości. Żeby bardziej podkreślić jej plastykę, jej wyrazistość, coś się odejmuje.”
   Dalej Kapuściński deklaruje, że nie wymyśla, że gdyby umiał to robić, pisałby powieści.
   Na to W.G. zdaje się jeszcze głębiej drążyć: „Czy dopuszczasz możliwość lekkiego zdeformowania biegu faktów, na przykład poprawienia chronologii dla uzyskania lepszego efektu poznawczego lub artystycznego?
   R.K.: „Tak, można tak robić: rozbudować rzeczywistość, ale biorąc autentyczne elementy z tejże rzeczywistości. To czasem pomaga oddać jakiś głębszy sens. Wszystko zależy, jak się to robi, czy to siedzi w danych realiach, w klimacie, czy też jest sztuczne, wymyślone, zbujane. To się od razu wyczuwa. Czytelnik wyczuwa. Każde wydumane ozdobienie, upiększenie, dodanie grozy brzmi jak fałsz. Ale nie ma też sensu przesadzać z faktograficzną precyzją.”
    Po czym Kapuściński czyni rozważania, między innymi, na temat amerykańskiej szkoły reportażu, gdzie reporter na miejscu zdarzenia ma za zadanie zebrać całą masę, nawet najdrobniejszych szczegółów, na przykład z jakiego materiału była zrobiona brama pałacu, a następnie przesłać je do centrali, gdzie sporządza się wycyzelowaną notatkę, depeszę, artykuł. On jednak uważa, „że zamulanie tekstu tysiącami szczegółów jest zbędne, chociaż nie wolno szczegółami gardzić, bo niektóre są bardzo ważne, czasem zasadnicze dla przekazania jakiegoś obrazu, sceny.”
   Dalej Wojciech Giełżyński opowiada, jak pracuje w czasie reporterskiej podróży, że każdego wieczora, choćby nie wiem jak był zmęczony sporządza przez godzinę, półtora, bardzo szczegółowe notatki, z których potem może zaledwie jedna  dziesiąta zostanie wykorzystana w napisanym tekście. Kapuściński odpowiada: „To i ja chciałbym robić, ale nie mam czasu. Wykonuję właściwie dwa zawody: korespondenta i reportera. Ten pierwszy jest ważniejszy, bo po to jeżdżę, żeby nadawać wiadomości, pisanie reportaży jest moim zajęciem na wpół prywatnym. Wieczorne notatki – to są moje codzienne depesze do PAP. Jestem ten „czarnoroboczyj” korespondent agencyjny, z tej najczarniejszej armii pracy, jaka jest w dziennikarstwie . Dzień w dzień muszę zebrać materiał, usiąść i napisać go na maszynie, potem sperforować na teleksie, jeśli mam teleks, potem doczekać się łączności z Warszawą – i rano jestem nieprzytomny, i jeszcze nie mam pewności, czy ten materiał w ogóle doszedł do centrali. Jeżeli to się powtarza następnego dnia, następnego i następnego, to ja już nie mam siły, żeby jedno słowo zapisać dla siebie.”   
   Następnie Kapuściński opowiada o cenzurowaniu przez samego siebie swoich niektórych wiadomości, dlaczego to robi, że bywają przechwytywane przez innych, może przez wywiady, itd. - bardzo ciekawe wywody, zachęcam do lektury; choć być może jedynie pośrednio wpisują się w temat niniejszego artykułu, to przecież tło jest jakże ważne dla pracy Kapuścińskiego jako korespondenta wojennego.
   Mamy i powrót naszego bohatera do wczesnych wierszy. Tak je wspomina:   „…Pisałem bardzo złe wiersze, w bardzo zresztą złym okresie startowałem, na szczęście nie wydałem żadnego tomiku. Na szczęście, bo mógłby teraz to ktoś wyciągnąć i miałby zabawę. Odszedłem szybko od poezji, to był taki rodzaj produkcyjnej majakowszczyzny, schodkami się pisało i z patosem.” Identyczne słowa padają 28 lat później, w… 2006 roku, podczas wieczoru promocyjnego tomiku wierszy Prawa natury.
    Z tego co słyszę, najwyraźniej Artur Domosławski postanowił się zabawić. A przy tym mówienie, że coś odkrywa, że biografia jego autorstwa jest demaskatorska, jest moich zdaniem mało prawdziwe. Po prostu idzie o krok dalej, niż wielu miłośników i znawców twórczości mistrza chciało pójść.
   I jeszcze coś o niby pomnikowym Kapuścińskim:
   W.G.: „Jesteśmy widocznie nabzdyczone smutasy. Ja z urodzenia, ty od tych swoich rozstrzeliwań. Dziwne, ze nie wpadliśmy w alkoholizm.”
   R.K.: „Ale wypić lubimy. I inne miłe rzeczy lubimy.” 
   […]
   W.G.: „No to napijmy się.”
   R.K.: „Nie mogę. Antybiotyki. Jeszcze się leczę z afrykańskich świństw.”
    Zawiodło niestety autora tomu reportaży Kirgiz schodzi z konia najprostsze, trzecie z odkrytych przez niego praw: „należy ufać ludziom. Trzeba wierzyć każdemu człowiekowi, którego się spotyka.” Każdemu, byle nie Domosławskiemu. Okazało się nieprawdą, że „Jeśli nawet [człowiek] jest całkowicie zdemoralizowany, to odezwanie się do jego dobrej strony przynajmniej go zneutralizuje.”
   I tak o to z wolna zbliżamy się do zakończenia szkicu autorstwa  Wojciecha Giełżyńskiego. Coś o samotności.
   R.K.: „Umiejętność życia w samotności, oswojenia samotności, jest najtrudniejszą rzeczą w zawodzie reportera.”
   W.G.: „Z upływem lat ona doskwiera coraz mocniej. Zaczyna się czuć, ze samotność jest czymś jedynie realnym.”
   R.K.: „Coraz trudniej ją oszukać krótkotrwałymi przyjaźniami, chwilami euforii, przypadkowym wesołym towarzystwem albo sensacyjną przygodą .”
   I jeszcze coś, co Kapuściński również bardzo często powtarzał: „Ja nie wierzę w możliwość zupełnie chłodnego opisywania spraw, które się dzieją, bez osobistego ich udziału, bez wewnętrznego przekonania, ze tym opisywaniem coś próbuję zmieniać.” 
   Nie ma obiektywnego opisu” – chciałoby się za mistrzem spointować – i jeszcze raz przypomnieć, jaką wagę przywiązywał do roli pamięci i co napisał o pamięci. A że czasami mogła go zawieść. Każdy jest tylko i aż człowiekiem. Najważniejszy człowiek – to tytuł jednej z jego fotograficznych wystaw. Nie zapominajmy o człowieku, o Kapuścińskim-człowieku, o którego urodzony w Pińsku pisarz i reporter zawsze walczył. Niezależnie od tego, że „człowiek człowiekowi wilkiem”.
   Nie wiem, jakie konkretnie zarzuty postawił Kapuścińskiemu Domosławski. I nie chcę wiedzieć. Może dlatego, że – z tego co do mnie dociera i o czym już wspominałem – nie są one albo wcale takie odkrywcze, a w wielu przypadkach, bywają w ogóle bezzasadne. Po pierwsze wynika to moim zdaniem z niniejszego testu, a po drugie…
   Kilka lat przed ukazaniem się najnowszej książki Domosławskiego (i za nim jeszcze zgłębiłem w całości jakiekolwiek dzieło mistrza z Polesia) przeczytałem w Internecie bardzo nieprzychylny Kapuścińskiemu, wręcz napastliwy artykuł wytykający błędy merytoryczne autorowi Szachinszacha. Niestety nie wiem, nie pamiętam, kto był autorem wspomnianego tekstu, tak jak i nie pamiętam jego szczegółów, poza tym, że było, między innymi, o Szachinszachu. Nie przeszkodziło mi to jednak w rozsmakowaniu się w owej całej liście tytułów, które wymieniłem we wcześniejszej części tekstu, i w przeżyciu wspaniałej intelektualnej przygody. 
   Ale potem miałem jeszcze szczęście przeczytać wpis w Dzienniku pisanym nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i jego śladem sięgnąć po książkę Egona Naganowskiego Robert Musil. I tam znalazłem odpowiedź dla tych wszystkich – krytyków Ryszarda Kapuścińskiego. Oto co wówczas zanotowałem w moich notatkach:
    Robert Musil [który również, daleko przed Kapuścińskim, pisał o rozpadzie imperium]: „Co bowiem w literaturze uchodzi za psychologię jest czymś innym niż psychologia, podobnie jak literatura jest czymś innym niż nauka”. I dalej [z moją dedykacją dla niektórych krytyków Ryszarda Kapuścińskiego (choćby jego Autoportretu reportera i Szachinszacha)]: „…literatura nie jest źródłem wiedzy ani poznania.   Wszelako literatura opiera się na wiedzy i poznaniu. I to oczywiście zarówno odnośnie świata wewnętrznego, jak i zewnętrznego.”
     „Prawdziwa literatura różni się od literatury powszedniej od razu swą innością: gęstością związków (ich jednorodnością), czystością kształtu (surowością formy), unikaniem wszystkiego, co zbędne (szukaniem najkrótszej drogi), wielkością języka (pisarza można poznać często już po jednym słowie); jeśli po osobie wchodzącej do pomieszczenia poznajemy od razu, iż mamy do czynienia z osobistością, to podobne uczucie ogarnia nas już od pierwszej strony książki; poza tym jednak dochodzą takie cechy, jak narracyjność, napięcie, dzianie się, pasjonujące środowisko itd.”
   I ja na takie definicje przystaję, i myśląc o nich mam przed oczami Ryszarda Kapuścińskiego w swojej magicznej pracowni, za której prapoczątkami stoi niezrównana Kuba.
   Powinniśmy zastanowić się, jeśli koniecznie chcemy Kapuścińskiego zakwalifikować na siłę do jakiegoś gatunku, czego my właściwie od niego wymagamy, jeśli ciągle pamiętamy, że na przykład w jednym z pytań Wojciecha Giełżyńskiego widać wyraźny rozdział, konflikt między reportażem, a literaturą?
   Ja po prostu wymagam od Kapuścińskiego dobrych książek, tekstów, i autor Lapidariów moje oczekiwania w pełni zaspakaja.
                  Sławomir Jankowski, itinerarium.bloog.pl                                            9 marca 2010
*Przełożyła Anna Świderkówna.
**Tekst ukazał się na łamach gazety internetowej „Studio Opinii” http://alfaomega.webnode.com/ 12 marca 2010.      

 

Zmieniony: Wtorek, 16 Marzec 2010 08:51
 


Pokaż inne publikacje tego Autora..

Logowanie





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?
Załóż swoje konto!

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 13 gości 

Imieniny


5 Lutego 2012
Niedziela
Imieniny obchodzą:
Adelajda, Agata,
Aga, Albin, Izydor,
Jakub, Jan,
Justynian, Paweł,
Piotr,
Strzeżysława
Reklama:
Reklama
Reklama: